Saga rodu Forsyte’ów. Nowoczesna komedia. Tom 1. Biała małpa - John Galsworthy - ebook
Opis

"Nowoczesna komedia" to kolejna trylogia powieściowa poświęcona rodzinie Forsyte'ów. W jej skład wchodzą "Biała małpa" (1924), "Milczące zaloty. Srebrna łyżka" (1926) i "Miłający się w mroku. Łabędzi śpiew" (1928). Następuje w niej metamorfoza głównego bohatera, Soamesa, który z egoisty i dorobkiewicza przeistacza się w dostojnego, uduchowionego dżentelmena. Pokolenie, które Galsworthy wcześniej krytykował za zdradę wartości ogólnoludzkich, staje się teraz według niego ich nosicielem; krytyce poddana zostaje natomiast najmłodsza generacja, przesiąknięta hedonizmem i nihilizmem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu

The Mo­dern Co­me­dy

*

1. The Whi­te Mon­key

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek J. Piw­ko

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Elż­bie­ta Spa­dziń­ska-Zak

Wy­da­nie IX, czer­wiec 2009

Edy­cja I

Ni­niej­sze wy­da­nie opar­te jest na edy­cji

Pań­stwo­we­go In­sty­tu­tu Wy­daw­ni­cze­go z 1962 r.

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf II Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, al. Har­cer­ska 3c

tel. (0-32) 348-31-33, 348-31-35 fax (0-32) 348-31-25

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. (0-22) 663-98-13, fax (0-22) 663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Vi­de­ograf II Sp. z o.o., Cho­rzów 2009

ISBN 978-83-7183-699-2 (Se­ria)

ISBN 978-83-7183-696-1 (Tom I)

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PRZEDMOWA

W ty­tu­le, któ­ry nosi dru­ga część kro­nik rodu For­sy­te­ów, na­zwa­na No­wo­cze­sną ko­me­dią, sło­wo „ko­me­dia” zo­sta­ło, być może, uży­te w rów­nie sze­ro­kim zna­cze­niu, w ja­kim sło­wo „saga” zo­sta­ło uży­te w od­nie­sie­niu do czę­ści pierw­szej. A jed­nak czy moż­na na­kre­ślić inny niż ko­me­dio­wy ob­raz lat tak trud­nych jak te, w któ­rych ży­li­śmy od cza­su woj­ny, czy moż­na się w nich do­szu­kać in­nej niż ko­me­dio­wa wy­mo­wy? Wiek, któ­ry sam nie wie, cze­go chce, a za­ra­zem z naj­więk­szym wy­sił­kiem usi­łu­je owo „coś” zdo­być, musi wy­wo­ły­wać choć­by smut­ny uśmiech.

Od­dać kształt i bar­wę ja­kiejś epo­ki to za­da­nie prze­kra­cza­ją­ce moż­li­wo­ści każ­de­go po­wie­ścio­pi­sa­rza, a w bar­dzo znacz­nym stop­niu prze­kra­cza­ją­ce moż­li­wo­ści ni­żej pod­pi­sa­ne­go. Lecz kie­dy pi­sał on tę try­lo­gię, u pod­ło­ża jego za­mie­rzeń le­ża­ło nie­wąt­pli­wie pra­gnie­nie, by spró­bo­wać choć w czę­ści wy­ra­zić du­cha tej epo­ki. Na­sza Współ­cze­sność – ni­czym przy­sło­wio­wy ku­rak Ir­land­czy­ka – leci tak szyb­ko, że nie spo­sób ująć jej jako ca­ło­ści; moż­na ją co naj­wy­żej chwy­tać na mi­gaw­kę, kie­dy pę­dzi na­przód, ku swej przy­szło­ści, nie wie­dząc jed­nak, gdzie i kie­dy ta przy­szłość się wy­peł­ni i jaka bę­dzie.

An­glia roku 1886, roku, w któ­rym roz­po­czy­na się Saga rodu For­sy­te­ów, tak­że nie wi­dzia­ła przed sobą przy­szło­ści, spo­dzie­wa­ła się bo­wiem, że jej te­raź­niej­szość trwać bę­dzie wiecz­nie, i je­cha­ła na swym bi­cy­klu jak­by we śnie, lę­ka­jąc się tyl­ko dwóch upio­rów: pana Glad­sto­ne’a i ir­landz­kich człon­ków Izby Gmin.

An­glia roku 1926, roku, w któ­rym koń­czy się No­wo­cze­sna ko­me­dia (sto­ją­ca jed­ną nogą w po­wie­trzu, a dru­gą w ży­ją­cym Mor­ri­sem Oks­for­dzie), krę­ci się w kół­ko jak kot za swo­im ogo­nem, mru­cząc do sie­bie: „Gdy­byż to wie­dzieć, w któ­rym miej­scu się za­trzy­mać!”

Po­nie­waż wszyst­ko jest te­raz względ­ne, nie moż­na już po­kła­dać peł­ne­go za­ufa­nia ani w Bogu, ani w wol­no­ści Han­dlu, w mał­żeń­stwie czy kon­so­lach, ani w wę­glu, ani w swej ka­ście.

wo­bec po­wszech­ne­go prze­lud­nie­nia nie ma dziś miej­sca, gdzie czło­wiek mógł­by za­trzy­mać się na dłu­żej; wy­lud­nio­na jest tyl­ko wieś, lecz po­byt na niej uwa­ża się za zbyt nud­ny i sta­now­czo za mało zy­skow­ny.

Wszy­scy prze­ży­li trwa­ją­ce czte­ry lata trzę­sie­nie zie­mi, to­też wszy­scy od­wy­kli od spo­ko­ju. A jed­nak cha­rak­ter An­gli­ków zmie­nił się bar­dzo nie­znacz­nie, je­że­li w ogó­le się zmie­nił. Do­wo­dem strajk po­wszech­ny z roku 1926, któ­rym roz­po­czy­na się ostat­nia część tej try­lo­gii. Je­ste­śmy nadal na­ro­dem nie zno­szą­cym przy­mu­su, nie­uf­nym wo­bec krań­co­wo­ści, znaj­du­ją­cym ra­tu­nek w spe­cy­ficz­nym hu­mo­rze, na­ro­dem do­bro­dusz­nym, nie lu­bią­cym wtrą­cać się w cu­dze spra­wy, nie­opatrz­nym i skłon­nym do mar­no­traw­stwa, lecz ob­da­rzo­nym szcze­gól­ną zdol­no­ścią od­ra­dza­nia się. Je­że­li nie wie­rzy­my nie­mal w nic, to jed­nak wie­rzy­my wciąż w sie­bie sa­mych. Ta nie­zwy­kła cha­rak­te­ry­sty­ka An­gli­ków osta­je się przy głęb­szym za­sta­no­wie­niu. Cze­mu na przy­kład po­ry­wa­my się usta­wicz­nie na za­da­nia prze­ra­sta­ją­ce na­sze siły? Po pro­stu dla­te­go, że nie po­sia­da­my kom­plek­su niż­szo­ści i nic nas nie ob­cho­dzi, co inni o nas my­ślą. Na po­zór nie ma na świe­cie na­ro­du, któ­re­mu by bar­dziej zby­wa­ło na pew­no­ści sie­bie; w głę­bi du­szy ża­den na­ród nie ma jej wię­cej. Na­wia­sem mó­wiąc, war­to może przy­po­mnieć tym, któ­rzy skłon­ni są na uży­tek pu­blicz­ny gło­sić grom­ko sła­wę An­glii, że dąć w trą­by na wła­sną cześć świad­czy o spryt­nie za­ma­sko­wa­nych za­cząt­kach kom­plek­su niż­szo­ści. Tyl­ko ci, co mają dość sił na to, by mil­czeć o so­bie, mają też dość sił na to, by wie­rzyć w sie­bie. Epo­ka, któ­rą prze­ży­wa­my, utrud­nia wła­ści­wą oce­nę cha­rak­te­ru na­ro­do­we­go An­gli­ków i sy­tu­acji An­glii. Nie ma chy­ba kra­ju, gdzie tak mało praw­do­po­dob­na by­ła­by praw­dzi­wa de­ge­ne­ra­cja na­tu­ry ludz­kiej jak na tej wy­spie, bo nie ma dru­gie­go kra­ju o tak zmien­nym, ła­go­dzą­cym cha­rak­ter ludz­ki, wy­ra­bia­ją­cym tę­ży­znę i z grun­tu zdro­wym kli­ma­cie. Pod ką­tem tej uwa­gi na­le­ży pa­trzeć na cały dal­szy ciąg tej przed­mo­wy.

Do obec­nej epo­ki nie prze­trwa­ło nic z wcze­sne­go wik­to­ria­ni­zmu. Przez wcze­sny wik­to­ria­nizm ro­zu­miem to, co re­pre­zen­to­wa­li sta­rzy For­sy­te­owie i co już w roku 1886 prze­ży­wa­ło swój okres schył­ko­wy. Prze­trwał, a na­wet za­cho­wał swą moc tyl­ko wik­to­ria­nizm So­ame­sa i jego ge­ne­ra­cji; był on sie­bie wię­cej świa­do­my, nie na tyle jed­nak, by sie­bie uni­ce­stwić lub o so­bie za­po­mnieć. Otóż wła­śnie na tle owej, mniej lub wię­cej okre­ślo­nej, gru­py lu­dzi mo­że­my le­piej uj­rzeć bar­wę i kształt dzi­siej­sze­go po­ko­le­nia, któ­re wszyst­ko sta­wia pod zna­kiem za­py­ta­nia. Sta­rzy For­sy­te­owie – sta­ry Jo­lyon, Swi­thin, Ja­mes, Ro­ger, Mi­ko­łaj, Ty­mo­te­usz – żyli dłu­gie lata nie za­py­taw­szy nig­dy, czy ży­cie w ogó­le jest coś war­te. Wy­da­wa­ło się im ono cie­ka­we, po­chła­nia­ło ich co dzień na nowo, a je­śli na­wet w głę­bi du­szy nie bar­dzo wie­rzy­li w ży­cie przy­szłe, za to przed­mio­tem ich naj­głęb­szej wia­ry była wła­sna, co­raz lep­sza po­zy­cja spo­łecz­na oraz gro­ma­dze­nie do­stat­ków dla swo­ich dzie­ci.

Po nich przy­szli So­ames, mło­dy Jo­lyon oraz ich współ­cze­śni, u któ­rych pod wpły­wem dar­wi­ni­zmu i wyż­szych uczel­ni za­kieł­ko­wa­ły okre­ślo­ne wąt­pli­wo­ści co do przy­szłe­go ży­cia i roz­bu­dzi­ła się na tyle sil­na skłon­ność do in­tro­spek­cji, że za­czę­li się za­sta­na­wiać, czy istot­nie idą na­przód; za­cho­wa­li jed­nak po­czu­cie wła­sno­ści i pra­gnie­nie, by od­ro­dzić się w po­tom­stwie i za­bez­pie­czyć mu przy­szłość. Po­ko­le­nie, któ­re we­szło na wi­dow­nię w chwi­li, gdy kró­lo­wa Wik­to­ria z niej scho­dzi­ła, na sku­tek no­wych wy­obra­żeń o wy­cho­wa­niu dzie­ci, no­wych środ­ków lo­ko­mo­cji oraz dzię­ki wiel­kiej woj­nie do­szło do prze­ko­na­nia, że wszyst­ko na­le­ży prze­war­to­ścio­wać. Sko­ro zaś przed wła­sno­ścią przy­szłość jest za­mknię­ta, a ży­cie nie ma jej w ogó­le przed sobą – po­ko­le­nie to po­sta­no­wi­ło żyć chwi­lą bie­żą­cą, nie kło­po­cząc się o los po­tom­stwa, któ­re może się przy­pad­kiem zro­dzić. Nie dla­te­go, by to dzi­siej­sze po­ko­le­nie mniej ko­cha­ło swo­je dzie­ci niż po­przed­nie po­ko­le­nia, ale dla­te­go, że za­bez­pie­czać przy­szłość kosz­tem te­raź­niej­szo­ści, zwłasz­cza te­raz, kie­dy nie ma ab­so­lut­nie nic pew­ne­go, nie wy­da­je mu się war­te za­cho­du.

I to wła­śnie sta­no­wi za­sad­ni­czą róż­ni­cę po­mię­dzy dzi­siej­szą ge­ne­ra­cją a tymi, któ­re ją po­prze­dzi­ły. Lu­dzie nie będą się ubez­pie­czać prze­ciw cze­muś, cze­go nie mogą prze­wi­dzieć. Wszyst­ko to na­tu­ral­nie od­no­si się tyl­ko do tej, po­wiedz­my, dzie­sią­tej czę­ści lud­no­ści, któ­rej oczy pa­trzą po­wy­żej li­nii gra­nicz­nej za­kre­ślo­nej przez po­sia­da­nie; po­ni­żej tej li­nii nie ma For­sy­te­ów, a za­tem nie ma po­trze­by, by się­ga­ła tam ni­niej­sza przed­mo­wa. Ja­kiż zresz­tą prze­cięt­ny An­glik, ma­ją­cy mniej niż trzy­sta fun­tów rocz­ne­go do­cho­du, my­ślał kie­dy­kol­wiek o przy­szło­ści na­wet we wcze­sno­wik­to­riań­skiej epo­ce?

No­wo­cze­sna ko­me­dia roz­gry­wa się za­tem na tle owej mniej lub wię­cej okre­ślo­nej gru­py, któ­rą two­rzą So­ames, dru­gi teść mło­dych Mon­tów – lek­ko­myśl­ny dzie­wią­ty ba­ro­net sir Law­ren­ce Mont oraz ta­kie no­wo­wik­to­riań­skie przy­dat­ki, jak fa­ry­zej­ski pan Dan­by, El­der­son, Bly­the, sir Ja­mes Fo­skis­son, Wil­fred Ben­tworth i Hi­la­ry Char­well.

Su­mu­jąc ich idio­syn­kra­zje, za­le­ty i po­sta­wę we­wnętrz­ną, otrzy­mu­je­my dość roz­le­gły i jed­no­li­ty ob­raz prze­szło­ści, na któ­rym ry­su­ją się kon­tu­ry te­raź­niej­szo­ści: Fleur i Mi­chał, Wil­fryd De­sert, Au­brey Gre­ene, Mar­jo­rie Fer­rar, Nora Cur­few, Jon, Ra­fa­eli­ta i inne mniej­szej wagi po­sta­cie. Róż­no­rod­ność ty­pów i ten­den­cji współ­cze­sno­ści – na­wet po­wy­żej owej gra­nicz­nej li­nii, jaką za­kre­śla po­sia­da­nie – nie po­mie­ści­ła­by się w ra­mach dwu­dzie­stu na­wet po­wie­ści, tak że ta oto No­wo­cze­sna ko­me­dia musi być z ko­niecz­no­ści nie­co pry­mi­tyw­ną a kry­tycz­ną oce­ną obec­ne­go po­ko­le­nia, lecz może nie wy­mie­rzo­nym prze­ciw nie­mu pasz­kwi­lem. Sym­bo­lizm jest nud­ny, łudź­my się więc na­dzie­ją, że pew­ne po­do­bień­stwo po­mię­dzy hi­sto­rią Fleur a dzie­ja­mi jej po­ko­le­nia, któ­re, ogra­bio­ne ze spo­koj­ne­go szczę­ścia, nie usta­je w po­go­ni za nim – zdo­ła ujść uwa­gi. W tej chwi­li trze­ba stwier­dzić przy­najm­niej jed­no: mło­dzież, ży­ją­ca w wiecz­nej nie­pew­no­ści, chwie­je się i krę­ci w kół­ko. Do cze­go jesz­cze doj­dzie? Czy uda się osią­gnąć za­do­wo­le­nie? Jak to wszyst­ko się uło­ży? Czy w ogó­le wszyst­ko znów się kie­dyś uło­ży? Kto wie? Czy na­dej­dą nowe woj­ny i nowe wy­na­laz­ki, dep­cząc po pię­tach daw­nym, nie prze­tra­wio­nym jesz­cze i nie opa­no­wa­nym? Czy też z wy­ro­ku losu na­stą­pi znów chwi­la wy­tchnie­nia po­dob­na do owej ery wik­to­riań­skiej, pod­czas któ­rej prze­war­to­ścio­wa­ne ży­cie za­sty­gnie w nowe kształ­ty, a przed wła­sno­ścią i nie­od­łącz­ny­mi od niej okre­ślo­ny­mi wie­rze­nia­mi otwo­rzy się nowy okres po­myśl­no­ści?

Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, w ja­kiej mie­rze No­wo­cze­sną ko­me­dię moż­na uwa­żać za od­bi­cie du­cha epo­ki, jest ona przede wszyst­kim opo­wie­ścią o ży­ciu, któ­re to­czy­ło się po­cząw­szy od pew­ne­go dnia roku 1881, w któ­rym So­ames i Ire­na spo­tka­li się w sa­lo­nie w Bo­ur­ne­mo­uth, opo­wie­ścią, któ­ra może się za­koń­czyć do­pie­ro wte­dy, gdy oś jej zo­sta­nie zła­ma­na i So­ames, w czter­dzie­ści pięć lat póź­niej, prze­nie­sie się do wiecz­no­ści.

Kro­ni­karz, za­sy­py­wa­ny (jak to się czę­sto zda­rza) py­ta­nia­mi do­ty­czą­cy­mi So­ame­sa, nie po­tra­fi do­kład­nie po­wie­dzieć, co ta po­stać re­pre­zen­tu­je. W każ­dym ra­zie, z któ­rej­kol­wiek stro­ny pa­trzeć by na nie­go – był on uczci­wy. Żył i dzia­łał, los jego się do­peł­nił, a te­raz śpi snem wiecz­nym. Twór­cy zaś jego na­le­ży wy­ba­czyć, że śmierć So­ame­sa uwa­ża za wła­ści­wą; choć bo­wiem da­le­ko ode­szli­śmy od grec­kiej kul­tu­ry i fi­lo­zo­fii, wciąż praw­dzi­we po­zo­sta­je daw­ne grec­kie przy­sło­wie: „Czło­wie­ka gubi w koń­cu to wła­śnie, co naj­bar­dziej uko­chał”.

John Gal­swor­thy

Księga I

Bia­ła mał­pa

Nie ma od­wro­tu, nie ma od­wro­tu;

Zwy­cię­żyć mu­szą lub zgi­nąć

Ci, co nie mają od­wro­tu.

John Gay

CZĘŚĆ PIERWSZA

I. Spa­cer

Owego pa­mięt­ne­go po­po­łu­dnia w po­ło­wie paź­dzier­ni­ka 1922 roku sir Law­ren­ce Mont, dzie­wią­ty ba­ro­net, zszedł­szy ze scho­dów klu­bu „Sno­oks”, na­zwa­ne­go tak w la­tach osiem­dzie­sią­tych ubie­głe­go stu­le­cia przez Je­rze­go For­sy­tea, zwró­cił swój cien­ki nos ku wscho­do­wi i pu­ścił w szyb­ki ruch swo­je chu­de nogi. Po­li­tyk z uro­dze­nia ra­czej niż z uspo­so­bie­nia, za­sta­na­wiał się z bez­in­te­re­sow­no­ścią nie po­zba­wio­ną hu­mo­ru nad prze­wro­tem, któ­ry od­dał zno­wu wła­dzę w ręce jego par­tii. Mi­ja­jąc klub „Re­mo­ve” po­my­ślał: „Tam się do­pie­ro pocą! Skoń­czy­ły się wy­szu­ka­ne po­tra­wy. Raz dla od­mia­ny ja­rzą­bek bez gar­ni­tu­ru!”

Wiel­cy tego świa­ta opu­ści­li „Sno­oks”, za­nim on tam wstą­pił, nie na­le­żał bo­wiem do „tej ban­dy gro­szo­ro­bów, któ­ra się te­raz zna­la­zła u żło­bu”, o nie! In­dy­wi­dua, któ­re od­wró­ci­ły się od rol­nic­twa, gdy tyl­ko woj­na się skoń­czy­ła. Tfu! Przez go­dzi­nę jed­nak przy­słu­chi­wał się dys­ku­sji i jego ru­chli­wy, do­cie­kli­wy umysł, tkwią­cy w po­ję­ciach prze­szło­ści, a scep­tycz­ny wo­bec te­raź­niej­szo­ści i wszel­kich po­li­tycz­nych przy­rze­czeń i zo­bo­wią­zań, ba­wił się tym po­mie­sza­niem pa­trio­ty­zmu z oso­bi­sty­mi wzglę­da­mi, któ­re było po­sie­wem owe­go do­nio­słe­go w skut­kach ze­bra­nia. Jak więk­szość wła­ści­cie­li ziem­skich nie do­wie­rzał dok­try­nom. Je­że­li miał ja­kieś cre­do po­li­tycz­ne, to cło na psze­ni­cę; o ile mógł są­dzić, był na ra­zie osa­mot­nio­ny w swych po­glą­dach, to­też nie sta­rał się o fo­tel w par­la­men­cie; in­ny­mi sło­wy, jego po­li­tycz­nym za­sa­dom nie gro­zi­ło uni­ce­stwie­nie przez wy­bor­ców, któ­rzy mu­sie­li pła­cić za chleb. Za­sa­dy – roz­my­ślał – to prze­cież au fond1 tyl­ko kie­szeń, i nie­chby, do li­cha, lu­dzie nie uda­wa­li, że jest in­a­czej!

Na­tu­ral­nie, kie­szeń w naj­głęb­szym zna­cze­niu tego sło­wa, in­te­res wła­sny jako człon­ka pew­nej okre­ślo­nej spo­łecz­no­ści. Lecz jak, do dia­bła, mo­gła owa okre­ślo­na spo­łecz­ność – na­ród an­giel­ski – eg­zy­sto­wać, kie­dy co­raz mniej zie­mi było w upra­wie, a do­kom i okrę­tom gro­zi­ło znisz­cze­nie ze stro­ny sa­mo­lo­tów? Całą go­dzi­nę cze­kał w klu­bie, czy kto nie po­ru­szy spra­wy rol­nic­twa. Nikt! To nie na­le­ża­ło do re­al­nej po­li­ty­ki. Bierz ich li­cho! Niech so­bie wy­cie­ra­ją spodnie na po­sel­skich krze­słach lub w wal­ce o nie. Żad­nej pro­por­cji mię­dzy tą gor­li­wo­ścią w sie­dze­niu a tro­ską o przy­szłe po­ko­le­nia! Na­praw­dę żad­nej! Gdy tak wspo­mi­nał przy­szłe po­ko­le­nia, prze­mknę­ło mu na­gle przez myśl, że jak do­tąd, nie wi­dać, aby u jego sy­no­wej za­no­si­ło się na coś w tym wzglę­dzie. Już dwa lata! Czas, by po­my­śle­li o dzie­ciach. Nie­bez­piecz­nie przy­zwy­cza­jać się do bra­ku po­tom­stwa, gdy od nie­go za­le­ży ma­ją­tek i ty­tuł. Tu uśmiech ścią­gnął mu usta i krza­cza­ste brwi. Ślicz­ne, mło­de stwo­rze­nie, ogrom­nie po­cią­ga­ją­ca, i wie o tym aż na­zbyt do­brze! Cóż za zna­jo­mo­ści zdą­ży­ła po­ro­bić! Lwy, ty­gry­sy, mał­py i koty – jej dom sta­wał się czymś w ro­dza­ju me­na­że­rii więk­szych i mniej­szych zna­ko­mi­to­ści. Było w tym coś fan­ta­stycz­ne­go! Sto­jąc na­prze­ciw bry­tyj­skie­go lwa na Tra­fal­gar Squ­are sir Law­ren­ce po­my­ślał: „Nie­ba­wem i tych tak­że ścią­gnie do swe­go domu! Ma ma­nię ko­lek­cjo­no­wa­nia. Mi­chał musi się mieć na bacz­no­ści – w domu zbie­ra­cza znaj­dzie się za­wsze la­mus na sta­re ru­pie­cie, a mę­żo­wie mogą się tam ła­two do­stać. To mi przy­po­mi­na, że obie­ca­łem jej chiń­skie­go po­sła. Hm… Musi za­cze­kać aż do po­wszech­nych wy­bo­rów”.

Na koń­cu Whi­te­hall pod sza­rym nie­bem za­ma­ja­czy­ły na chwi­lę we wschod­niej stro­nie wie­że West­min­ste­ru. „Coś fan­ta­stycz­ne­go i w tym tak­że – po­my­ślał. – Mi­chał i jego ko­ni­ki! Cóż, taka moda. So­cja­li­stycz­ne za­sa­dy i bo­ga­ta żona! Po­świę­ce­nie i bez­pie­czeń­stwo! Spo­kój i po­myśl­ność! Cu­dow­ne leki – dzie­sięć za pen­sa!”

Mi­nąw­szy na Cha­ring Cross roz­wrzesz­cza­nych sprze­daw­ców ga­zet, któ­rych kry­zys po­li­tycz­ny wpro­wa­dził w szał, za­wró­cił na lewo do fir­my wy­daw­ni­czej Dan­by i Win­ter, gdzie jego syn był młod­szym wspól­ni­kiem. Te­mat no­wej książ­ki za­czął wła­śnie za­przą­tać jego umysł, któ­ry wy­dał już z sie­bie Ży­cie Mon­tro­se’a, W da­le­kim Ki­ta­ju – dzie­ło o po­dró­żach na Wschód oraz fan­ta­stycz­ną roz­mo­wę po­mię­dzy du­cha­mi Glad­sto­nea i Di­sra­ele­go za­ty­tu­ło­wa­ną Duet. Z każ­dym kro­kiem da­lej na wschód od klu­bu „Sno­oks” pro­sta, chu­da po­stać sir Law­ren­cea w pal­cie z ka­ra­ku­ło­wym koł­nie­rzem, jego chu­da twarz z si­wy­mi wą­sa­mi i opraw­nym w szyl­kret mo­no­klem pod ciem­ny­mi, ru­chli­wy­mi brwia­mi spra­wia­ła oso­bliw­sze wra­że­nie. W koń­cu w brud­nej bocz­nej ulicz­ce, gdzie wozy wlo­kły się jak sen­ne mu­chy, a lu­dzie szli z książ­ka­mi pod pa­chą, jak­by chcie­li ucho­dzić za wy­kształ­co­nych, sta­ła się nie­mal fe­no­me­nem.

W po­bli­żu wej­ścia do fir­my spo­tkał dwóch mło­dych lu­dzi. Je­den z nich to naj­wy­raź­niej jego syn; od cza­su swe­go mał­żeń­stwa był le­piej ubra­ny i – Bogu dzię­ki – pa­lił cy­ga­ra za­miast tych wiecz­nych pa­pie­ro­sów; dru­gi… aha! to mło­dy po­eta, pro­te­go­wa­ny Mi­cha­ła i jego druż­ba z no­sem do góry i w ak­sa­mit­nym ka­pe­lu­szu na gład­ko ucze­sa­nej gło­wie. Sir Law­ren­ce za­wo­łał:

– Hej, Mi­cha­le!

– Halo, Bart!2 Znasz mego ro­dzi­ca, Wil­fry­dzie? Wil­fryd De­sert, au­tor Drob­nej mo­ne­ty, mó­wię ci, Bart, po­eta całą gębą, Mu­sisz go prze­czy­tać. Idzie­my do domu. Chodź z nami.

Sir Law­ren­ce po­szedł z nimi.

– Jak tam było w klu­bie?

– Le roi est mort.3 Te­raz la­bo­urzy­ści mogą roz­po­cząć swo­je kłam­stwa. Wy­bo­ry w przy­szłym mie­sią­cu.

– Bart, Wil­fry­dzie, był wy­cho­wa­ny w cza­sach, któ­re nie zna­ły De­mo­sa4.

– Czy pan wi­dzi coś re­al­ne­go w obec­nej po­li­ty­ce, pa­nie De­sert?

– A czy pan wi­dzi coś re­al­ne­go w czym­kol­wiek obec­nie?

– W po­dat­ku do­cho­do­wym, daj­my na to.

Mi­chał uśmiech­nął się sar­ka­stycz­nie.

– Po­wy­żej kni­gh­ta5 nie ma już ta­kiej rze­czy jak pro­sta wia­ra – rzekł.

– Przy­pu­ść­my, Mi­cha­le, że twoi przy­ja­cie­le doj­dą do wła­dzy – pod pew­nym wzglę­dem nie by­ło­by to złe, boby może doj­rze­li, cze­go zdo­ła­ją do­ko­nać, hę? Czy po­tra­fią wy­sub­tel­nić na­sze na­ro­do­we gu­sta? Znieść kina? Na­uczyć An­gli­ków go­to­wać? Za­po­biec groź­bie woj­ny ze stro­ny in­nych państw? Zmu­sić nas do sa­mo­wy­star­czal­no­ści w za­kre­sie środ­ków żyw­no­ścio­wych? Wstrzy­mać roz­rost ży­cia miej­skie­go? Czy po­wie­szą wy­twór­ców ga­zów tru­ją­cych? Czy za­po­bie­gną na­lo­tom lot­ni­czym pod­czas woj­ny? Czy mogą w ja­ki­kol­wiek spo­sób osła­bić in­stynkt po­sia­da­nia? Uczy­nić w ogó­le coś wię­cej niż zmie­nić nie­co za­kres praw wła­sno­ści? Par­tyj­na po­li­ty­ka za­wsze bę­dzie po­wierz­chow­na. Rzą­dzą nami wy­na­laz­cy i na­tu­ra ludz­ka. Je­ste­śmy w błęd­nym kole.

– Naj­zu­peł­niej się z pa­nem zga­dzam.

Mi­chał wy­wi­jał cy­ga­rem.

– Je­ste­ście dwaj obrzy­dli­wi sta­rzy pe­sy­mi­ści!

Uchy­la­jąc ka­pe­lu­szy, prze­szli koło Gro­bow­ca Nie­zna­ne­go Żoł­nie­rza.

– Rzecz dziw­nie symp­to­ma­tycz­na – po­wie­dział sir Law­ren­ce. – Po­mnik oba­wy przed wszel­ką pom­pą… Bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ne. A oba­wa przed pom­pą.

– Da­lej, Bart! – za­chę­cał Mi­chał.

– Wszyst­ko, co pięk­ne, po­tęż­ne, ozdob­ne – za­gi­nę­ło. Zu­peł­ny za­nik sze­ro­kich po­glą­dów, pro­jek­tów na wiel­ką ska­łę, wiel­kich za­sad, wiel­kiej re­li­gii lub wiel­kiej sztu­ki, es­te­ty­zo­wa­nie w kli­kach i za­mknię­tych kół­kach, mali lu­dzie w ma­łych ka­pe­lu­szach.

– Jak­że tę­sk­ni twe ser­ce za By­ro­nem, Wil­ber­for­ce’em6 i po­mni­kiem Nel­so­na7. Bied­ny sta­ry Bart! Co my­ślisz o tym, Wil­fry­dzie?

– Tak, co pan o tym my­śli?

Ciem­na twarz De­ser­ta skur­czy­ła się.

– To jest wiek pa­ra­dok­sów – od­rzekł. – Wszy­scy do­bi­ja­my się wol­no­ści, a je­dy­ne in­sty­tu­cje zy­sku­ją­ce na sile to so­cja­lizm i Ko­ściół rzym­sko­ka­to­lic­ki. Świa­do­mi je­ste­śmy wiel­kiej wagi sztu­ki, a je­dy­na jej ga­łąź, jaka się roz­wi­ja, to film. Łak­nie­my po­ko­ju, a je­dy­ne, co czy­ni­my w tym kie­run­ku, to udo­sko­na­la­nie ga­zów tru­ją­cych.

Sir Law­ren­ce spoj­rzał spod oka na mło­dzień­ca mó­wią­ce­go z taką go­ry­czą.

– A co tam sły­chać w wy­daw­nic­twie, Mi­cha­le?

– Do­brze. Drob­na mo­ne­ta jest roz­chwy­ty­wa­na i duży ruch w Du­ecie. A co byś po­wie­dział na nową ob­wo­lu­tę: „Duet, przez sir Law­ren­cea Mon­ta, Bar­ta. Naj­bar­dziej dys­tyn­go­wa­na roz­mo­wa, jaką kie­dy­kol­wiek pro­wa­dzi­li umar­li”. To po­win­no tra­fić do prze­ko­na­nia spi­ry­ty­stom. Wil­fryd pro­po­nu­je: „Glad­sto­ne i Di­sra­eli przed mi­kro­fo­nem – nada­ne w pie­kle”. Co ci się le­piej po­do­ba?

Tym­cza­sem do­szli do po­li­cjan­ta, któ­ry trzy­mał rękę pod­nie­sio­ną przed no­sem ko­nia za­przę­żo­ne­go do wozu cię­ża­ro­we­go, tak że wszyst­ko sta­nę­ło w miej­scu. Mo­to­ry aut pra­co­wa­ły ja­ło­wo, szo­fe­rzy utkwi­li wzrok w za­mknię­tej przed nimi prze­strze­ni, dziew­czy­na na ro­we­rze roz­glą­da­ła się bez­czyn­nie do­ko­ła, ucze­piw­szy się tyłu wozu, na któ­rym sie­dział bo­kiem ja­kiś mło­dzik z wy­cią­gnię­ty­mi w jej kie­run­ku no­ga­mi. Sir Law­ren­ce spoj­rzał znów na mło­de­go De­ser­ta. Szczu­pła, bla­da, o śnia­dej ce­rze twarz, przy­stoj­na, lecz z pew­nym gry­ma­sem, któ­ry psuł jej har­mo­nię; nic outre8 w ubra­niu i ma­nie­rach, a wie­le to­wa­rzy­skiej swo­bo­dy: mniej żywy niż ten urwis, jego syn, ale rów­nież nie wie­dzą­cy, ku cze­mu zdą­ża i bar­dziej jesz­cze scep­tycz­ny; za­pew­ne jed­nak zdol­ny od­czu­wać bar­dzo głę­bo­ko. Po­li­cjant opu­ścił rękę.

– Był pan na woj­nie? – zwró­cił się sir Law­ren­ce do De­ser­ta.

– O tak.

– W lot­nic­twie?

– I w pie­cho­cie. Tro­chę tu, tro­chę tam.

– Cięż­kie dla po­ety.

– Wca­le nie. Po­ezja jest moż­li­wa tyl­ko wten­czas, kie­dy gro­zi nam w każ­dej chwi­li wy­le­ce­nie w po­wie­trze albo kie­dy się miesz­ka w Put­ney9.

Brwi sir Law­ren­cea unio­sły się.

– My­śli pan?

– Ten­ny­son, Brow­ning, Word­sworth, Swin­bur­ne, ci mo­gli two­rzyć; ils vi­va­ient, mais si­peu10.

– A czy nie ma jesz­cze trze­ciej oko­licz­no­ści sprzy­ja­ją­cej?

– A tą by­ło­by?…

– Jak mam to wy­ra­zić. Pew­ne pod­nie­ce­nie umy­sło­we zwią­za­ne z ko­bie­ta­mi.

Twarz De­ser­ta drgnę­ła i po­ciem­nia­ła.

Mi­chał wło­żył klucz w za­mek swo­ich fron­to­wych drzwi.

II. W domu

Dom na So­uth Squ­are w West­min­ste­rze, do któ­re­go mło­dzi Mon­to­wie spro­wa­dzi­li się przed dwo­ma laty po mio­do­wym mie­sią­cu spę­dzo­nym w Hisz­pa­nii, mógł słusz­nie zwać się „eman­cy­po­wa­nym”. Bu­do­wał go bo­wiem ar­chi­tekt, któ­re­go ide­ałem był dom no­wo­cze­sny naj­zu­peł­niej sta­ro­świec­ki i dom sta­ro­świec­ki naj­zu­peł­niej no­wo­cze­sny. Dla­te­go też nie no­sił na so­bie śla­dów żad­ne­go zna­ne­go sty­lu czy tra­dy­cji i był po­zba­wio­ny ar­chi­tek­to­nicz­nych prze­są­dów; lecz jego mury wchło­nę­ły w sie­bie sa­dze wiel­ko­miej­skie z tak zdu­mie­wa­ją­cą szyb­ko­ścią, że na­bra­ły już sza­cow­nej pa­ty­ny ko­ścio­ła św. Paw­ła. Okna i drzwi mia­ły ła­god­nie za­okrą­glo­ne łuki. Wy­so­ki, spa­dzi­sty dach o sub­tel­nych brud­no­ró­żo­wych to­nach był nie­mal w duń­skim sty­lu, a dwa „mi­lut­kie okien­ka”, któ­re z nie­go spo­glą­da­ły, na­su­wa­ły przy­pusz­cze­nie, że miesz­ka tam służ­ba bar­dzo wy­so­kie­go wzro­stu. Po obu stro­nach drzwi fron­to­wych – sze­ro­kich i ozdo­bio­nych lau­ro­wy­mi drzew­ka­mi w czar­no-zło­tych do­ni­cach – znaj­do­wa­ły się po­ko­je. Dom był ob­szer­ny, a sze­ro­kie, pro­ste, po­zba­wio­ne ozdób scho­dy wzno­si­ły się w sa­mym koń­cu hal­lu, któ­ry mógł po­mie­ścić po­kaź­ną licz­bę ka­pe­lu­szy, okryć i bi­le­tów wi­zy­to­wych. Miał aż czte­ry ła­zien­ki, lecz ani jed­nej piw­ni­cy. Do tego kup­na przy­czy­nił się in­stynkt For­sy­te­ów, nie­za­wod­ny, je­śli cho­dzi­ło o domy. So­ames na­był go dla cór­ki w owym psy­cho­lo­gicz­nym mo­men­cie, gdy bań­ka in­fla­cji pry­sła i z ba­lo­nu han­dlu świa­to­we­go za­czę­ło ucho­dzić po­wie­trze. Dom nie po­sia­dał we­wnętrz­nej de­ko­ra­cji, lecz Fleur na­tych­miast na­wią­za­ła kon­takt z ar­chi­tek­tem – So­ames nie zdo­łał nig­dy prze­zwy­cię­żyć cał­ko­wi­cie swej nie­chę­ci do tego za­wo­du – po czym zde­cy­do­wa­ła się utrzy­mać dom w trzech tyl­ko sty­lach: chiń­skim, hisz­pań­skim i wła­snym. Po­kój na lewo od drzwi fron­to­wych, któ­ry zaj­mo­wał całą sze­ro­kość domu, utrzy­ma­ny był w sty­lu chiń­skim i miał bo­aze­rie z ko­ści sło­nio­wej, mie­dzia­ną po­sadz­kę, cen­tral­ne ogrze­wa­nie i krysz­ta­ło­we ży­ran­do­le. Wi­sia­ły w nim czte­ry ob­ra­zy, wszyst­kie chiń­skie – je­dy­na szko­ła, któ­rą jej oj­ciec do­tąd się nie zaj­mo­wał. Po obu stro­nach sze­ro­kie­go, otwar­te­go ko­min­ka sta­ły dwa chiń­skie psy na dwóch chiń­skich ka­flo­wych pod­sta­wach. Obi­cia były prze­waż­nie zie­lo­na­we­go ko­lo­ru. Znaj­do­wa­ły się tam dwie prze­pięk­ne, czar­ne chiń­skie skrzy­nie, na­by­te u Job­so­na za pie­nią­dze So­ame­sa – kup­no wca­le nie­oka­zyj­ne. Nie było na­to­miast for­te­pia­nu, po czę­ści dla­te­go, że ten in­stru­ment jest tak wy­łącz­nie za­chod­ni, po czę­ści dla­te­go, że za­jął­by zbyt wie­le miej­sca. Fleur za­le­ża­ło na prze­strze­ni, ko­lek­cjo­no­wa­ła bo­wiem ra­czej lu­dzi niż me­ble i bi­be­lo­ty. Świa­tło, pa­da­ją­ce z okien po obu stro­nach, nie było, nie­ste­ty, chiń­skie. Fleur sta­wa­ła cza­sem na środ­ku tego po­ko­ju my­śląc, jak­by naj­le­piej „roz­ło­żyć” go­ści, jak uczy­nić ten po­kój bar­dziej chiń­skim nie po­zba­wia­jąc go jed­no­cze­śnie kom­for­tu, jak ro­bić wra­że­nie, że zna się na li­te­ra­tu­rze i po­li­ty­ce, jak przyj­mo­wać wszyst­kie po­dar­ki ojca nie da­jąc mu po­znać, że nie ma zu­peł­nie wy­czu­cia fu­tu­ry­zmu, jak za­trzy­mać przy so­bie nową gwiaz­dę li­te­rac­ką, Si­bleya Swa­na, a jed­no­cze­śnie zdo­być sta­rą w oso­bie Gur­do­na Min­ho, jaki jest wła­ści­wie styl jej su­kien, że Wil­fryd De­sert jest nią zbyt za­ję­ty, cze­mu Mi­chał ma ta­kie za­baw­ne uszy, a cza­sem sta­ła nie my­śląc w ogó­le o ni­czym, od­czu­wa­jąc tyl­ko ci­chą tę­sk­no­tę.

Trzej męż­czyź­ni za­sta­li ją przy sto­li­ku z czer­wo­nej laki, gdy koń­czy­ła wy­bor­ną her­ba­tę. Ka­za­ła za­wsze po­da­wać ją so­bie dość wcze­śnie, chcąc spo­koj­nie, w zu­peł­nej sa­mot­no­ści „wsu­nąć” coś do­bre­go, a po­nie­waż nie mia­ła jesz­cze skoń­czo­nych dwu­dzie­stu je­den lat, była to jej go­dzi­na wspo­mnień o mło­do­ści… obok Fleur stał na tyl­nych nóż­kach Ting-a-ling opie­ra­jąc przed­nie, brą­zo­wo­zło­te łap­ki na chiń­skim sto­łecz­ku i pod­no­sząc czar­no-zło­ty, spłasz­czo­ny pysz­czek ku gó­rze, kon­tem­plo­wał owo­ce swej fi­lo­zo­fii.

– Już masz do­syć, Ting! Do­syć, pie­sku! Ba­sta.

Pysz­czek Ting-a-lin­ga miał taki wy­raz, jak­by od­po­wia­dał: „No, to skończ i ty tak­że, nie ska­zuj mnie na ka­tu­sze!”

Miał te­raz rok i trzy mie­sią­ce, a Mi­chał ku­pił go przed je­de­na­stu mie­sią­ca­mi z okna wy­sta­wo­we­go na Bond Stre­et i ofia­ro­wał Fleur na jej dwu­dzie­ste uro­dzi­ny.

Dwa lata mał­żeń­stwa nie prze­dłu­ży­ły krót­kich, ciem­no­kasz­ta­no­wa­tych wło­sów Fleur, lecz nada­ły jej ru­chli­wym ustom wy­raz bar­dziej sta­now­czy, nie­co wię­cej wa­bi­ka jej orze­cho­wym, przy­sło­nię­tym ciem­ny­mi rzę­sa­mi i bia­ły­mi po­wie­ka­mi oczom, jej ru­chom nie­co wię­cej spo­ko­ju i płyn­no­ści, za­okrą­gli­ły tro­chę pier­si i bio­dra, wy­szczu­pla­jąc ta­lię i łyd­ki, sto­no­wa­ły co­kol­wiek ru­mień­ce na jej bar­dziej ścią­głych po­licz­kach i uję­ły nie­co sło­dy­czy gło­so­wi, któ­ry brzmiał te­raz bar­dziej przy­mil­nie.

Pod­nio­sła się zza za­sta­wy her­ba­cia­nej, wy­cią­ga­jąc bez sło­wa bia­łe krą­głe ra­mię. Uni­ka­ła po­wi­tal­nych i po­że­gnal­nych for­mu­łek. Mu­sia­ła­by uży­wać ich dość czę­sto, a temu sa­me­mu ce­lo­wi le­piej słu­ży­ły: spoj­rze­nie, uścisk dło­ni lub lek­kie po­chy­le­nie gło­wy.

Z okrą­głym ge­stem za­ci­śnię­tej dło­ni rze­kła:

– Sia­daj­cie. Może śmie­tan­ki, sir? Oto cu­kier, Wil­fry­dzie. Ting-a-ling już i tak do­stał za dużo, nie pa­ście go wię­cej! Czę­stuj, Mi­cha­le. Sły­sza­łam wszyst­ko o ze­bra­niu w „Sno­oks”. Nie bę­dziesz prze­cież agi­to­wał za la­bo­urzy­sta­mi, Mi­cha­le? Wszel­ka agi­ta­cja to w ogó­le non­sens. Gdy­by mnie chciał ktoś prze­cią­gnąć na swo­ją stro­nę, gło­so­wa­ła­bym na­tych­miast na prze­ciw­ną par­tię.

– Tak, ko­cha­nie, ale ty nie je­steś prze­cięt­nym wy­bor­cą.

Fleur spoj­rza­ła na nie­go. Bar­dzo mile po­wie­dzia­ne. Uświa­do­mi­ła so­bie jed­no­cze­śnie, że Wil­fryd za­gry­za war­gi, że sir Law­ren­ce to za­uwa­żył, że za­nad­to wi­dać jej nogi ob­cią­gnię­te je­dwab­ny­mi poń­czo­cha­mi, że ma przed sobą kre­mo­wo-czar­ne fi­li­żan­ki i przy­pro­wa­dzi­ła wszyst­ko do po­rząd­ku. Jed­no drgnie­nie jej bia­łych po­wiek i Wil­fryd prze­stał gryźć usta, je­den ruch jej ob­cią­gnię­tych je­dwa­biem nóg – i sir Law­ren­ce prze­stał na nie­go pa­trzeć. Po­da­jąc her­ba­tę spy­ta­ła:

– Pew­no nie je­stem do­syć no­wo­cze­sna?

De­sert, mie­sza­jąc błysz­czą­cą ły­żecz­ką w swej sro­ka­tej fi­li­żan­ce, rzekł nie pod­no­sząc oczu:

– Je­steś o ty­leż bar­dziej no­wo­cze­sna niż mo­der­ni­ści, o ile je­steś od nich bar­dziej sta­ro­świec­ka.

– Strzeż się po­ezji! – po­wie­dział Mi­chał.

Gdy jed­nak wy­szedł z oj­cem, aby mu po­ka­zać naj­now­sze ka­ry­ka­tu­ry Au­breya Gre­ene’a, Fleur rze­kła:

– Wy­tłu­macz mi ła­ska­wie, co chcia­łeś przez to po­wie­dzieć, Wil­fry­dzie?

Głos De­ser­ta zda­wał się drżeć z po­wścią­ga­ne­go wzru­sze­nia.

– Czy nie wszyst­ko jed­no? Nie chcę tra­cić na to cza­su.

– Ale ją chcę wie­dzieć. To brzmia­ło jak szy­der­stwo.

– Szy­der­stwo? Ode mnie? Fleur!

– No, to po­wiedz mi.

– Mia­łem na my­śli, że po­sia­dasz całą ich nie­spo­koj­ną ru­chli­wość i trzeź­wą za­bor­czość, lecz po­sia­dasz rów­nież to, cze­go im brak, Fleur: zdol­ność za­wra­ca­nia lu­dziom gło­wy. Mnie ją za­wró­ci­łaś. Wiesz o tym do­brze.

– Jak by się to po­do­ba­ło Mi­cha­ło­wi: t y, jego druż­ba!

De­sert pod­szedł szyb­ko do okna.

Fleur wzię­ła Ting-a-lin­ga na ko­la­na. Sły­sza­ła po­dob­ne sło­wa już przed­tem, ale Wil­fryd trak­to­wał to po­waż­nie. Bar­dzo miło po­my­śleć, że po­sia­da jego ser­ce, na­tu­ral­nie, tyl­ko gdzie mo­gła­by je tak ukryć, aby prócz niej nikt tego nie spo­strzegł? Był nie­obli­czal­ny, po­stę­po­wał tak dziw­nie! Tro­chę się bała – nie jego sa­me­go, ale tej jego wła­ści­wo­ści. Wró­cił do ko­min­ka i po­wie­dział:

– Brzyd­ko, praw­da? Zrzuć tego prze­klę­te­go psa, Fleur, nie mogę doj­rzeć two­jej twa­rzy. Gdy­byś na­praw­dę ko­cha­ła Mi­cha­ła, nie mó­wił­bym tak, przy­się­gam. Ale ty go nie ko­chasz, wiem o tym.

Fleur od­rze­kła chłod­no:

– To wiesz nie­wie­le. Ko­cham Mi­cha­ła.

De­sert za­śmiał się wła­ści­wym so­bie, ury­wa­nym śmie­chem.

– O tak, ale w spo­sób, jaki się nie li­czy.

Fleur pod­nio­sła oczy.

– Do­sta­tecz­nie się li­czy, abym się czu­ła bez­piecz­na.

– Kwiat, któ­re­go nie mogę ze­rwać.

Fleur ski­nę­ła gło­wą.

– Na pew­no, Fleur? Zu­peł­nie, tak zu­peł­nie na pew­no?

Fleur wpa­trzy­ła się w nie­go; spoj­rze­nie jej zła­god­nia­ło tro­chę, nie­zwy­kle bia­łe po­wie­ki opa­dły. Po­ta­ku­ją­co kiw­nę­ła gło­wą. De­sert rzekł po­wo­li:

– Z chwi­lą, kie­dy w to uwie­rzę, jadę na Wschód.

– Na Wschód?

– Nie tak okle­pa­ne, jak je­chać na Za­chód, ale cał­kiem to samo. Nie wra­ca się stam­tąd.

Fleur my­śla­ła: „Wschód? Tak bym pra­gnę­ła go po­znać. Szko­da, że to się tak­że nie da zro­bić. Wiel­ka szko­da!”

– Mnie nie za­trzy­masz w swo­jej me­na­że­rii, moja dro­ga. Nie będę się tu wa­łę­sał i ży­wił okru­cha­mi. Wiesz, co czu­ję; musi dojść do ja­kie­goś wy­bu­chu.

– To prze­cież nie moja wina.

– Jed­nak­że zdo­by­wa­łaś mnie do two­ich zbio­rów jak każ­de­go, kto się do cie­bie zbli­ży.

– Nie ro­zu­miem.

De­sert na­chy­lił się, po­rwał jej rękę i przy­ci­snął do ust.

– Nie gnie­waj się na mnie, je­stem zbyt nie­szczę­śli­wy.

Fleur po­zo­sta­wi­ła rękę przy jego go­rą­cych ustach.

– Przy­kro mi, Wil­fry­dzie.

– Do­brze, moja dro­ga. Idę.

– Ale przyj­dziesz ju­tro na obiad?

De­sert od­po­wie­dział gwał­tow­nie:

– Ju­tro? Li­to­ści­wy Boże! Nie! Za kogo mnie masz?

Od­rzu­cił jej rękę.

– Bar­dzo nie lu­bię gwał­tow­no­ści, Wil­fry­dzie.

– No więc, bądź zdro­wa. Le­piej, że­bym po­szedł.

Sło­wa: „I le­piej, że­byś już nie wra­cał” – drga­ły na jej war­gach, ale nie zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne. Gdy­by za­bra­kło Wil­fry­da, ży­cie jej stra­ci­ło­by coś ze swe­go cie­pła. Ski­nę­ła ręką. Od­szedł. Sły­sza­ła, jak drzwi się za­my­ka­ły. Bied­ny Wil­fryd! Miło jest wie­dzieć o tym pło­mie­niu, przy któ­rym może so­bie ogrzać dło­nie! Miło – lecz tro­chę nie­bez­piecz­nie! I na­gle, pu­ściw­szy Ting-a-lin­ga, wsta­ła i za­czę­ła cho­dzić po po­ko­ju. Ju­tro! Dru­ga rocz­ni­ca jej ślu­bu! Czu­ła jesz­cze ból na myśl, że ten dzień nie był tym, czym być po­wi­nien. Mało było jed­nak cza­su do roz­my­ślań, a ona go jesz­cze skra­ca­ła. Co przyj­dzie z roz­my­ślań? Udzia­łem jej było ży­cie peł­ne lu­dzi, peł­ne rze­czy do zbie­ra­nia i do po­sia­da­nia, rze­czy upra­gnio­nych – ży­cie po­zba­wio­ne tyl­ko jed­ne­go, a to. No, je­że­li na­wet lu­dzie to po­sia­da­li, to nig­dy na dłu­go! Pod jej po­wie­ka­mi ze­bra­ły się dwie łzy i obe­schły, nim zdą­ży­ły spły­nąć. Sen­ty­men­ta­lizm! Nie! Naj­gor­sza rzecz w świe­cie – prze­stęp­stwo nie do da­ro­wa­nia! Jak po­sa­dzi ju­tro go­ści? I kogo za­pro­si za­miast Wil­fry­da, je­że­li Wil­fryd na­praw­dę nie przyj­dzie – nie­mą­dry chło­pak! Czy ten dzień, czy ta noc – cóż za róż­ni­ca? Kto po­wi­nien sie­dzieć po jej pra­wej ręce, kto po le­wej? Kto jest sław­niej­szy: Au­brey Gre­ene czy Si­bley Swan? Czy oby­dwaj są rów­nie zna­ni jak Wal­ter Na­zing i Ka­rol Upshi­re? Obiad na dwa­na­ście osób, sami li­te­ra­ci i ar­ty­ści, z wy­jąt­kiem Mi­cha­ła i Ali­son Char­well. A gdy­by Ali­son mo­gła jej spro­wa­dzić Gur­do­na Min­ho… Je­den tyl­ko pi­sarz sta­rej szko­ły, je­den kie­li­szek sta­re­go wina, aby zła­go­dzić mu­su­ją­ce jak szam­pan pod­nie­ce­nie. Nie wy­da­wał swo­ich dzieł u Dan­by­ego i Win­te­ra, ale Ali­son wo­dzi go na pa­sku. Po­de­szła szyb­ko do jed­nej ze sta­rych chiń­skich skrzyń i otwo­rzy­ła ją. We­wnątrz był te­le­fon.

– Czy mogę pro­sić lady Ali­son? Mówi Fleur Mont. Tak. To ty, Ali­son?… Tu Fleur. Wil­fryd robi mi ju­tro za­wód. Czy mo­gła­byś przy­pro­wa­dzić Gur­do­na Min­ho? Nie znam go oczy­wi­ście, ale dla nie­go ten obiad może być in­te­re­su­ją­cy. Spró­bu­jesz?… To do­sko­na­le. Praw­da, że ze­bra­nie w „Sno­oks” było pod­nie­ca­ją­ce? Bart mówi, że po tym roz­ła­mie będą się te­raz wza­jem­nie gryź­li. Ale wra­ca­jąc do Gur­do­na Min­ho, czy mo­gła­byś dać mi znać dziś wie­czo­rem? Dzię­ku­ję, strasz­nie dzię­ku­ję!… Do wi­dze­nia!

Je­że­li nie uda się z Gur­do­nem Min­ho, to kogo? W my­śli prze­bie­gła na­zwi­ska ze swo­jej ksią­żecz­ki ad­re­so­wej. O tak spóź­nio­nej po­rze mu­siał­by to być ktoś, kto nie dba o ce­re­mo­nie, lecz prócz Ali­son nikt z krew­nych Mi­cha­ła nie był­by za­bez­pie­czo­ny przed cię­ty­mi żar­ta­mi Si­bleya Swa­na i Ne­sty Gor­se. For­sy­te­owie zaś nie wcho­dzi­li wca­le w ra­chu­bę; mie­li wpraw­dzie wła­ści­wy so­bie zgryź­li­wy hu­mor (nie­któ­rzy z nich), lecz nie byli no­wo­cze­śni, praw­dzi­wie no­wo­cze­śni. Zresz­tą wi­dy­wa­ła ich tak rzad­ko, jak tyl­ko mo­gła – byli za­co­fa­ni, na­le­że­li do mi­nio­nej, dra­ma­tycz­nej epo­ki, nie poj­mo­wa­li ży­cia bez po­cząt­ku i koń­ca. Nie! Je­że­li Gur­don Min­ho zo­sta­wi ją na lo­dzie, trze­ba bę­dzie za­pro­sić ja­kie­goś mu­zy­ka, któ­re­go kom­po­zy­cje są hie­ro­gli­ficz­ne z odro­bi­ną ma­estrii chi­rur­ga, albo jesz­cze le­piej – psy­cho­ana­li­ty­ka. Prze­wra­ca­ła kart­ki, aż do­szła do obu tych ka­te­go­rii. Hugo Sol­stis? Tak, ewen­tu­al­nie, ale gdy­by przy­szło mu do gło­wy za­grać któ­rąś ze swych naj­now­szych kom­po­zy­cji? Do tego nada­wał­by się tyl­ko for­te­pian Mi­cha­ła i trze­ba by przejść do jego ga­bi­ne­tu. Le­piej Ge­rald Hanks – co praw­da, on i Ne­sta Gor­se za­głę­bią się w dys­ku­sję o snach, ale na­wet w tym wy­pad­ku nie bę­dzie to stra­tą dla to­wa­rzy­stwa. Tak, je­że­li Gur­don Min­ho nie do­pi­sze, to Ge­rald Hanks; bę­dzie na pew­no wol­ny – po­sa­dzi go mię­dzy Ali­son i Ne­stą. Za­mknę­ła ksią­żecz­kę ad­re­so­wą, po­de­szła do zie­lo­na­wej ka­nap­ki i sia­dła pa­trząc na Ting-a-lin­ga. Pie­sek rów­nież utkwił w niej swo­je wy­pu­kłe, krą­głe oczy, błysz­czą­ce, czar­ne, pra­sta­re. Fleur my­śla­ła: „Nie chcę tra­cić Wil­fry­da.” W tłu­mie, któ­ry przy­pły­wał i od­pły­wał, u niej i u in­nych, wszę­dzie, nie było ni­ko­go, na kim by jej za­le­ża­ło. Utrzy­my­wać z nimi sto­sun­ki, brać udział we wszyst­kim – na­tu­ral­nie! To strasz­nie za­baw­ne, strasz­nie po­trzeb­ne! Tyl­ko… tyl­ko… co tyl­ko?

Gło­sy! Mi­chał i Bart wra­ca­ją. Bart za­uwa­żył coś w Wil­fry­dzie. Był dziw­nie spo­strze­gaw­czym sta­rym Bar­tem. Nie czu­ła się nig­dy zu­peł­nie pew­na w jego obec­no­ści – pe­łen ży­cia i ru­chli­wy, miał w so­bie jed­nak coś, nie­wzru­szo­ne­go, ary­sto­kra­tycz­ne­go – tro­chę jak Ting-a-ling – coś kry­tycz­ne­go, co jej za­wsze mó­wi­ło, że jest zmien­na i świe­żej daty. Był jak­by na ko­twi­cy, mógł się po­ru­szać tyl­ko na dłu­gość swo­jej sta­ro­świec­kiej liny, ale po­tra­fił nie­spo­dzie­wa­nie wy­pro­wa­dzić czło­wie­ka z rów­no­wa­gi. Po­dzi­wiał ją jed­nak, czu­ła to – o tak!

No i cóż, jak mu się po­do­ba­ły ka­ry­ka­tu­ry? Czy Mi­chał po­wi­nien je wy­dać i czy z tek­stem, czy bez? Czy nie uwa­ża, że ten ku­bi­stycz­ny ry­su­nek na­zwa­ny Mar­twa na­tu­ra, a przed­sta­wia­ją­cy rząd, jest prze­za­baw­ny, szcze­gól­nie „Sta­ry Grzyb”, czy­li pre­zes mi­ni­strów? W od­po­wie­dzi usły­sza­ła ja­kieś szyb­kie, brzę­kli­we dźwię­ki: sir Law­ren­ce opo­wia­dał o zbio­rze ka­ry­ka­tur wy­bor­czych swe­go ojca. Tak by chcia­ła, aby Bart prze­stał jej opo­wia­dać o swo­im ojcu, któ­ry był co praw­da bar­dzo wy­twor­ny, lecz mu­siał być sza­le­nie nud­ny, a na wszyst­kie wi­zy­ty uda­wał się kon­no, ubra­ny w spodnie za­pi­na­ne pod bu­ta­mi na rze­myk. On, lord Char­les Ca­ri­boo i mar­kiz of For­far byli ostat­ni­mi, któ­rzy w ten spo­sób skła­da­li wi­zy­ty. Gdy­by nie to, za­po­mnia­no by o nich zu­peł­nie. Ma jesz­cze przy­mie­rzyć suk­nię i za­ła­twić mnó­stwo rze­czy, a kon­cert Hu­go­na za­czy­na się o ósmej pięt­na­ście! Dla­cze­go lu­dzie ze star­sze­go po­ko­le­nia mają za­wsze tyle cza­su? Spoj­rzaw­szy na­gle w dół, zo­ba­czy­ła, że Ting-a-ling liże mie­dzia­ną po­sadz­kę. Pod­nio­sła go: „Nie moż­na, pie­siu, pfuj!” Czar prysł. Bart od­cho­dził, do ostat­niej chwi­li to­nąc we wspo­mnie­niach. Cze­ka­ła u stóp scho­dów, aż Mi­chał za­mknie za nim drzwi, po­tem po­bie­gła na górę. Do­padł­szy swe­go po­ko­ju za­pa­li­ła wszyst­kie świa­tła. Tu pa­no­wał jej wła­sny styl – łóż­ko, wca­le nie przy­po­mi­na­ją­ce łóż­ka, i wie­le lu­ster. Po­sła­nie Ting-a-lin­ga zaj­mo­wa­ło je­den kąt po­ko­ju, skąd mógł się wi­dzieć w trzech lu­strach. Po­sta­wi­ła go na zie­mi mó­wiąc: „A te­raz leż ci­cho!” Jego sto­su­nek do in­nych psów w po­ko­ju stał się od daw­na obo­jęt­ny. Cho­ciaż były jego rasy i do­kład­nie tej sa­mej ma­ści, cia­ła ich nie mia­ły żad­nej woni, a ję­zy­ki – zdol­no­ści li­za­nia; do ni­cze­go się nie nada­wa­ły – dziw­ne isto­ty, na­śla­du­ją­ce tyl­ko za­miast od­po­wia­dać.

Zrzu­ciw­szy suk­nię Fleur trzy­ma­ła nową to­a­le­tę pod bro­dą.

– Czy mogę cię po­ca­ło­wać? – usły­sza­ła, i za jej od­bi­ciem w lu­strze uka­za­ła się syl­wet­ka Mi­cha­ła.

– Te­raz nie ma na to cza­su, ko­cha­ny chłop­cze! Po­móż mi to wło­żyć! – wsu­nę­ła suk­nię przez gło­wę. – Za­pnij trzy gór­ne za­trza­ski. No, jak ci się po­do­bam? O, ale słu­chaj, Mi­cha­le, może Gur­don Min­ho bę­dzie u nas ju­tro na obie­dzie. Wil­fryd nie może przyjść. Czyś czy­tał rze­czy Min­ha? Usiądź i po­wiedz mi coś o nich. Same po­wie­ści, praw­da? Ja­kie­go ro­dza­ju?

– Trze­ba przy­znać, że za­wsze miał coś do po­wie­dze­nia. Jego szki­ce są nie­złe. Oczy­wi­ście, jest tro­chę ro­man­ty­kiem.

– Och, to może zro­bi­łam gafę?

– Prze­ciw­nie, do­sko­na­ły na­by­tek. Sła­bą stro­ną lu­dzi z na­sze­go krę­gu jest to, że po­tra­fią po­wie­dzieć wszyst­ko bar­dzo pięk­nie, tyl­ko że nic nie mają do po­wie­dze­nia. Nie prze­trwa­ją.

– Ależ wła­śnie dla­te­go będą trwa­li: nie ze­sta­rze­ją się.

– My­ślisz? Och, i jak jesz­cze!

– Wil­fryd bę­dzie trwał.

– Och! Wil­fryd ma uczu­cia: nie­na­wiść, li­tość, tę­sk­no­tę, a przy­najm­niej ma je cza­sa­mi. Kie­dy jest szcze­ry, wy­cho­dzą z tego ba­jecz­nie do­bre rze­czy. W prze­ciw­nym ra­zie pi­sze wier­sze o ni­czym, jak inni.

Fleur po­pra­wi­ła wy­su­wa­ją­ce się spod suk­ni ra­miącz­ko.

– Ale, Mi­cha­le, je­że­li tak jest na­praw­dę, to­śmy… to jest ja… ob­ra­łam so­bie nie­wła­ści­wych lu­dzi.

Mi­chał ro­ze­śmiał się.

– Moje dro­gie dziec­ko, ci, któ­rzy są mod­ni w da­nej chwi­li, są za­wsze wła­ści­wi. Mu­sisz tyl­ko uwa­żać, aby ich w porę zmie­nić.

– Ale czy ty my­ślisz, że Si­bley nie bę­dzie trwał?

– Sib? Oczy­wi­ście, nie!

– Ale on jest zu­peł­nie pew­ny, że prócz nie­go każ­dy koń­czy się lub jest skoń­czo­ny. Z pew­no­ścią jest ge­nial­nym kry­ty­kiem.

– Gdy­bym nie miał wię­cej zmy­słu kry­tycz­ne­go niż Sib, ju­tro rzu­cił­bym wy­daw­nic­two.

– Ty wię­cej niż Si­bley Swan?

– Na­tu­ral­nie, że mam wię­cej zmy­słu kry­tycz­ne­go niż Sib. A dla­cze­go? Sąd Siba jest po pro­stu jego opi­nią o so­bie sa­mym, zwy­kłą lub upięk­szo­ną nie­cier­pli­wo­ścią w sto­sun­ku do wszyst­kich in­nych pi­sa­rzy. On ich na­wet nie czy­ta. Prze­rzu­ci jed­ną rzecz każ­de­go au­to­ra i po­tem mówi: „Och! ten jest nud­ny, tam­ten mo­ra­li­zu­je, ów jest sen­ty­men­tal­ny lub sta­ro­świec­ki, a ten pi­sze ba­nia­lu­ki.” Dzie­siąt­ki razy sły­sza­łem go tak mó­wią­ce­go.

To jest, je­że­li cho­dzi o ży­ją­cych, bo gdy już nie żyją, to oczy­wi­ście sy­tu­acja zu­peł­nie in­a­czej się przed­sta­wia. On za­wsze wy­grze­bu­je zmar­łych i ka­no­ni­zu­je ich; w ten spo­sób wy­ro­bił so­bie imię. Taki Sib za­wsze znaj­dzie się w li­te­ra­tu­rze. Jest ży­wym przy­kła­dem tego, jak lu­dzie po­tra­fią na­rzu­cić świa­tu do­bre mnie­ma­nie o so­bie. Ale co się ty­czy trwa­nia – oczy­wi­ście nie bę­dzie trwał. On nig­dy nie jest twór­czy, na­wet przy­pad­kiem.

Fleur daw­no zgu­bi­ła wą­tek roz­mo­wy. Tak! Jest jej w tym do twa­rzy – zu­peł­nie ład­na li­nia! A te­raz do­syć! Musi jesz­cze na­pi­sać trzy bi­le­ci­ki, za­nim się ubie­rze na kon­cert!

Mi­chał za­czął zno­wu:

– Coś ci po­wiem, Fleur. Praw­dzi­wie wiel­cy lu­dzie nie ga­da­ją i nie two­rzą klik. Idą przez ży­cie o wła­snych si­łach, że­glu­jąc po wo­dach, któ­re nam się wy­da­ją sto­ją­ce. Lecz wody te two­rzą wła­śnie głów­ny nurt. Do pio­ru­na! Nie­chcą­cy po­wie­dzia­łem bon mot11 – a może to pa­ra­doks? Czy gra słów jest pa­ra­dok­sem, czy pa­ra­doks grą słów?

– Mi­cha­le, gdy­byś był na moim miej­scu, czy opo­wie­dział­byś Fry­de­ry­ko­wi Wil­me­ro­wi, że w przy­szłym ty­go­dniu spo­tka tu na lun­chu Hu­ber­ta Mar­slan­da? Czy to go przy­cią­gnie, czy od­stra­szy?

– Mar­sland jest sta­rym dur­niem, Wil­mer sta­rym osłem. Nie wiem.

– Ach! Bądź po­waż­ny, Mi­cha­le! Ty mi nig­dy nie chcesz po­móc przy urzą­dza­niu cze­go­kol­wiek, nig­dy! Pro­szę, nie mal­tre­tuj mo­ich ra­mion.

– Ależ, ko­cha­nie, ja do­praw­dy nie wiem. Nie mam w tym kie­run­ku two­ich ge­nial­nych zdol­no­ści. Mar­sland ma­lu­je wia­tra­ki, ska­ły i tym po­dob­ne rze­czy, bar­dzo wąt­pię, czy sły­szał coś o fu­tu­ry­zmie. Pod tym wzglę­dem do­rów­nu­je nie­mal Ma­thew Ma­ri­so­wi, nie pły­nie z prą­dem. Je­że­li są­dzisz, że bę­dzie chciał po­znać ver­ti­gi­ni­stę.

– Ja cie­bie nie py­ta­łam, czy on bę­dzie chciał spo­tkać Wil­me­ra, lecz czy Wil­mer ze­chce się z nim spo­tkać?

– Wil­mer po pro­stu po­wie: „Lu­bię tę małą pa­nią Mont, daje świet­ne pa­pu­siu”, i bę­dzie miał ra­cję, ki­ciu. Ver­ti­gi­ni­sta musi się do­brze od­ży­wiać, in­a­czej nie do­sta­nie za­wro­tu gło­wy12.

Pió­ro Fleur za­czę­ło znów śli­zgać się szyb­ko po pa­pie­rze – jej pi­smo sta­wa­ło się już z lek­ka nie­czy­tel­ne. Mru­cza­ła pod no­sem:

– My­ślę, że Wil­fryd ura­tu­je sy­tu­ację, cie­bie nie bę­dzie. Raz… dwa… trzy. Ja­kie pa­nie po­pro­sić?

– Dla ma­la­rzy ład­ne i pulch­ne, bez in­te­lek­tu.

Fleur od­po­wie­dzia­ła z iry­ta­cją:

– Nie mogę mieć pulch­nych, ta­kich już te­raz w ogó­le nie ma. I pi­sa­ła szyb­ko da­lej:

Ko­cha­ny Wil­fry­dzie! Wto­rek – lunch. Wil­mer, Hu­bert Mar­sland, jesz­cze dwie pa­nie. Po­móż mi wy­brnąć z tego.

Za­wsze two­ja

Fleur

– Mi­cha­le, two­ja bro­da dra­pie jak szczot­ka do bu­tów.

– Bar­dzo mi przy­kro, ma­lut­ka, to two­je ra­mio­na są za de­li­kat­ne. Wiesz, kie­dy­śmy tu szli, Bart dał Wil­fry­do­wi pew­ną wska­zów­kę.

Fleur prze­sta­ła pi­sać.

– Tak?

Przy­po­mniał mu, że za­ko­cha­nie jest do­brą pod­nie­tą dla po­etów.

– W związ­ku z czym to po­wie­dział?

– Wil­fryd skar­żył się, że mu się te­raz nic nie uda­je.

– Non­sens! Jego ostat­nie rze­czy są naj­lep­sze.

– Naj­zu­peł­niej się z tobą zga­dzam. Może on uprze­dził tę radę. Czy wiesz co o tym?

Fleur zwró­ci­ła oczy ku twa­rzy za swy­mi ple­ca­mi. Nie, mia­ła zwy­kły wy­raz – otwar­ty i bez­tro­ski; spi­cza­ste uszy, ru­chli­we usta i noz­drza tro­chę przy­po­mi­na­ły fau­na.

Od­rze­kła z wol­na:

– Je­śli  t y  tego nie wiesz, nikt nie wie.

Na­głe sa­pa­nie ubie­gło od­po­wiedź Mi­cha­ła. Ting-a-ling stał mię­dzy nimi prze­cią­ga­jąc się – dłu­gi, ni­ski, z czar­nym pyszcz­kiem pod­nie­sio­nym ku gó­rze. „Mój ro­do­wód jest dłu­gi – zda­wał się mó­wić – ale moje nóż­ki krót­kie; cóż na to moż­na po­ra­dzić?”

III. Kon­cert

Sto­sow­nie do nie­wzru­szo­nej i po­wszech­nie obo­wią­zu­ją­cej za­sa­dy Fleur i Mi­chał Mon­to­wie byli obec­ni na kon­cer­cie Hu­go­na Sol­sti­sa nie dla­te­go, że obie­cy­wa­li so­bie wie­le przy­jem­no­ści, lecz po­nie­waż go zna­li. Byli też zda­nia, że Sol­stis, An­glik ro­syj­sko-ho­len­der­skie­go po­cho­dze­nia, na­le­żał do tych, któ­rzy od­ra­dza­li an­giel­ską mu­zy­kę, wy­swo­ba­dza­jąc ją cał­ko­wi­cie z pęt me­lo­dii i ryt­mu i wy­po­sa­ża­jąc w uro­ki li­te­rac­kie i ma­te­ma­tycz­ne. Wy­cho­dząc z kon­cer­tu któ­re­go­kol­wiek z mu­zy­ków tej szko­ły, nie­po­dob­na było nie mieć na ustach sło­wa „in­te­re­su­ją­ce”. Nie­moż­li­wą było rów­nież rze­czą za­snąć przy tej od­ro­dzo­nej an­giel­skiej mu­zy­ce. Fleur, tęgi śpioch, nie pró­bo­wa­ła na­wet. Mi­chał pró­bo­wał i skar­żył się po­tem, że było to jak drzem­ka na dwor­cu ko­le­jo­wym w Lie­ge. Mon­to­wie zaj­mo­wa­li swo­je zwy­kłe miej­sca w pierw­szym rzę­dzie bal­ko­nu przy przej­ściu – Fleur mia­ła na nie ro­dzaj mo­no­po­lu. Hugo Sol­stis i jemu po­dob­ni mo­gli ją tam wi­dzieć pa­tro­nu­ją­cą an­giel­skie­mu ru­cho­wi od­ro­dzeń­cze­mu; stam­tąd moż­na też było z ła­two­ścią wy­mknąć się na ko­ry­tarz i za­mie­nić sło­wo „in­te­re­su­ją­ce” ze znaw­ca­mi w bo­ko­bro­dach lub wy­jąć szyb­ko pa­pie­ro­sa z ma­łej zło­tej pa­pie­ro­śni­cy, pre­zen­tu ślub­ne­go od ku­zyn­ki Imo­ge­ny Car­di­gan, od­po­cząć chwi­lę i za­cią­gnąć się raz i dru­gi. Mó­wiąc szcze­rze, Fleur po­sia­da­ła wro­dzo­ne po­czu­cie ryt­mu i od­czu­wa­ła pew­ną przy­krość pod­czas tych dłu­gich i „in­te­re­su­ją­cych” pa­sa­żów, któ­re sym­bo­li­zo­wa­ły nie­ja­ko prze­wra­ca­nie się kom­po­zy­to­ra na jego cier­nio­wym łożu. W ci­cho­ści ser­ca lu­bi­ła me­lo­dię i fakt, że nie mo­gła się do tego przy­znać nie tra­cąc Sol­sti­sa, Baf­fa, Bir­di­ga­la, Mac Le­wi­sa, Clo­ra­nea i in­nych an­giel­skich od­ro­dzeń­czych kom­po­zy­to­rów, wy­sta­wiał nie­raz jej na­tu­rę – nie po­zba­wio­ną zresz­tą pew­nych cech spar­tań­skich – na bo­le­sne pró­by. Na­wet Mi­cha­ło­wi nie chcia­ła się z tego „wy­spo­wia­dać” i było to dla niej do­dat­ko­wą udrę­ką, kie­dy on ze swo­im wro­dzo­nym bra­kiem sza­cun­ku dla waż­nych oso­bi­sto­ści, wzmo­żo­nym jesz­cze przez ży­cie w ro­wach strze­lec­kich i pra­cę w fir­mie wy­daw­ni­czej, szep­tał jej nie­raz: „Na Boga! Nie­chże to się już raz skoń­czy!” lub „Do li­cha! Ależ sfał­szo­wał!” Tym bar­dziej ją to mę­czy­ło, po­nie­waż wie­dzia­ła do­brze, iż Mi­chał w grun­cie rze­czy zno­si to le­piej od niej, gdyż jest bar­dziej wy­kształ­co­ny li­te­rac­ko i nie ma w no­gach ta­kiej ocho­ty do tań­ca.

Pierw­szy te­mat no­wej kom­po­zy­cji Sol­sti­sa Fan­ta­sma­go­ria pie­monc­ka, dla któ­rej wła­ści­wie przy­szli, za­czął się kil­ku prze­cią­gły­mi akor­da­mi.

– Oj, bia­da! – szep­nął jej Mi­chał do ucha. – Trzy sztu­ki me­bli prze­su­wa­ne jed­no­cze­śnie po po­sadz­ce!

W mi­mo­wol­nym uśmie­chu Fleur kry­ło się roz­wią­za­nie za­gad­ki, cze­mu jej mał­żeń­skie po­ży­cie było zno­śne. Osta­tecz­nie Mi­chał był ko­cha­nym chłop­cem! Głę­bo­kie uczu­cie dla niej i umysł jak żywe sre­bro, żar­to­bli­wość i wier­ność – wszyst­ko to ra­zem pod­bi­ja­ło, a na­wet wzru­sza­ło ser­ce, któ­re od­da­ła już in­ne­mu, nim zo­sta­ło jego wła­sno­ścią. „Uczu­cie” bez „pi­kan­te­rii” nu­dzi­ło­by ją, „pi­kan­te­ria” bez „uczu­cia” by ją draż­ni­ła. W tym mo­men­cie Mi­chał wy­glą­dał szcze­gól­nie ko­rzyst­nie. Z rę­ka­mi sple­cio­ny­mi wo­kół ko­lan, z usza­mi na­sta­wio­ny­mi i oczy­ma błysz­czą­cy­mi, pe­łen lo­jal­no­ści wo­bec Sol­sti­sa, wy­dy­ma­jąc ję­zy­kiem po­li­czek, słu­chał tej uwer­tu­ry, w spo­sób, któ­ry wzbu­dził po­dziw Fleur. Rzecz bę­dzie z pew­no­ścią „in­te­re­su­ją­ca”, więc na po­zór bacz­na na wszyst­ko, w isto­cie po­grą­ży­ła się w my­ślach – stan, w któ­rym Fleur ostat­nio czę­sto się znaj­do­wa­ła. Tam na­prze­ciw­ko sie­dział L.S.D., naj­więk­szy dra­ma­turg. Nie zna­ła go do­tąd. Wła­ści­wie wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co z tymi wło­sa­mi na jeża. W wy­obraź­ni wi­dzia­ła go już na swo­jej mie­dzia­nej po­sadz­ce, na tle chiń­skie­go ob­ra­zu. A tam – do­praw­dy! Gur­don Min­ho! Nie­sły­cha­ne, że o n przy­szedł na coś rów­nie no­wo­cze­sne­go! Jego pro­fil był tro­chę rzym­ski – z cza­sów Mar­ka Au­re­liu­sza. Prze­śli­znąw­szy się wzro­kiem po tym an­ty­ku z przy­jem­ną my­ślą, że ju­tro o tej po­rze bę­dzie już na­le­żał do jej zbio­rów, ba­da­ła wi­dow­nię twarz po twa­rzy, nie chcąc prze­oczyć żad­nej zna­ko­mi­to­ści. „Prze­su­wa­nie me­bli” na­gle uci­chło.

– In­te­re­su­ją­ce – rzekł ja­kiś głos za jej ple­ca­mi. Au­brey Gre­ene! Było w nim coś zja­wi­sko­we­go, jak­by księ­ży­co­we­go – je­dwa­bi­ste ja­sne wło­sy scze­sa­ne miał gład­ko na tył gło­wy, oczy zie­lon­ka­we, a uśmiech jego bu­dził za­wsze w Fleur uczu­cie, że się z niej „wy­śmie­wa”. Nie dar­mo był ka­ry­ka­tu­rzy­stą!

– Nie­praw­daż?

Prze­śli­znął się da­lej. Mógł był po­zo­stać tro­chę dłu­żej. Już i tak nie star­czy mu cza­su dla ni­ko­go in­ne­go przed pie­śnia­mi Bir­di­ga­la! Oto wcho­dzi śpie­wak, Ka­rol Po­wls! Jaki wy­da­je się tęgi i oka­za­ły, gdy tak cią­gnie ma­łe­go Bir­di­ga­la do for­te­pia­nu!

Ślicz­ny akom­pa­nia­ment – szem­rzą­cy, me­lo­dyj­ny!

Tęgi, oka­za­ły męż­czy­zna za­czął śpie­wać. Jak­że róż­nił się ten śpiew od akom­pa­nia­men­tu! Każ­da nuta pie­śni zda­wa­ła się wy­do­by­wać zza prze­po­ny brzusz­nej, z ma­te­ma­tycz­ną ści­sło­ścią po­zba­wia­jąc Fleur wszel­kiej przy­jem­no­ści. Bir­di­gal mu­siał to kom­po­no­wać w sta­łej oba­wie, aby ktoś nie na­zwał jego pie­śni „me­lo­dyj­ną”! Me­lo­dyj­na! Fleur wie­dzia­ła, jak to sło­wo jest za­raź­li­we. Sze­rzy­ło­by się jak odra w ca­łym to­wa­rzy­stwie i au­tor był­by skoń­czo­ny! Bied­ny Bir­di­gal! To było jed­nak „in­te­re­su­ją­ce” – tyl­ko, jak mó­wił Mi­chał: „Och, Bo­ziu!”

Trzy pie­śni! Po­wls był cu­dow­ny – taki lo­jal­ny! Nie wziął ani jed­nej nuty tak, aby brzmia­ła jak mu­zy­ka! My­śli jej ule­cia­ły do Wil­fry­da. Jemu jed­ne­mu spo­śród wszyst­kich mło­dych po­etów przy­zna­wa­no pra­wo po­wie­dze­nia cze­goś; miał dzię­ki temu nie­zwy­kłe sta­no­wi­sko, zda­wa­ło się, że zro­dzi­ło go ży­cie, nie li­te­ra­tu­ra. Nad­to pod­czas woj­ny do­ko­nał róż­nych rze­czy, był sy­nem lor­da Mul­lyona i praw­do­po­dob­nie otrzy­ma na­gro­dę Mer­ce­ra za swo­ją Drob­ną mo­ne­tę. Je­że­li Wil­fryd ją opu­ści, spad­nie jed­na gwiaz­da z fir­ma­men­tu roz­ta­cza­ją­ce­go się nad jej mie­dzia­ną po­sadz­ką. Nie ma pra­wa zo­sta­wiać jej na ko­szu! Musi się wy­zbyć swej gwał­tow­no­ści i na­uczyć my­śleć mniej zmy­sło­wy­mi ka­te­go­ria­mi. Ona nie może po­zwo­lić, aby Wil­fryd jej się wy­mknął, ale nie może rów­nież do­pu­ścić no­wych sen­ty­men­tów w swym ży­ciu, po­że­ra­ją­cych na­mięt­no­ści wraz z ich bez­na­dziej­no­ścią i gorz­kim po­sma­kiem. Do­syć tego za­kosz­to­wa­ła. Cią­gle jesz­cze czu­ła tępy ból, któ­ry ją ostrze­gał.

Bir­di­gal się kła­niał. Mi­chał mó­wił:

– Wyjdź­my na pa­pie­ro­sa. Na­stęp­ny ka­wa­łek to piła! – Och! Beetho­ven. Bied­ny, sta­ry Beetho­ven! Taki nie­mod­ny… a słu­cha­ło­by się go na­praw­dę z przy­jem­no­ścią!

Ko­ry­tarz i są­sied­ni bu­fet ro­iły się od przed­sta­wi­cie­li od­ro­dzeń­cze­go kie­run­ku. Mło­dzi męż­czyź­ni i mło­de ko­bie­ty o nie­spo­koj­nych, ży­wych twa­rzach wy­mie­nia­li mię­dzy sobą sło­wo „in­te­re­su­ją­ce”. Męż­czyź­ni o ty­pie bar­dziej ma­syw­nym, po­dob­ni do za­sie­dzia­łych ma­ta­do­rów ha­mo­wa­li cały ruch. Fleur i Mi­chał prze­szli parę kro­ków, sta­nę­li przy ścia­nie i za­pa­li­li pa­pie­ro­sy. Fleur pa­li­ła de­li­kat­nie ma­leń­kie­go pa­pie­ro­sa w cien­kiej bursz­ty­no­wej cy­gar­nicz­ce. Zda­wa­ło się, że tyl­ko po­dzi­wia kłę­by nie­bie­skie­go dymu, lecz nie pusz­cza ich sama. Mu­sia­ła wszak­że li­czyć się ze sfe­ra­mi nie na­le­żą­cy­mi do tego świat­ka – nig­dy nie wia­do­mo, kogo moż­na tu spo­tkać! Na przy­kład sfe­ra, w któ­rej ob­ra­ca się Ali­son Char­well – po­li­tycz­no-li­te­rac­ka, po­zba­wio­na uprze­dzeń, lecz jak Mi­chał to zwy­kle okre­ślał: „Prze­ko­na­na, jak każ­dy sys­tem sa­na­cyj­ny, że na niej się wszyst­ko koń­czy i za­czy­na. Patrz, jak oni pi­szą pa­mięt­ni­ki jed­ni o dru­gich!” Mo­gli – Fleur bała się tego za­wsze – nie po­chwa­lać ko­biet pa­lą­cych w pu­blicz­nych miej­scach. Ob­cu­jąc oględ­nie z ob­ra­zo­bur­ca­mi nie za­po­mi­na­ła jed­nak, że na­le­ży co naj­mniej do dwóch świa­tów. Sto­jąc tak i ob­ser­wu­jąc wszyst­ko, co się dzie­je na pra­wo i na lewo, za­uwa­ży­ła opar­te­go ple­ca­mi o ścia­nę męż­czy­znę, któ­ry krył twarz za pro­gra­mem. „Wil­fryd – po­my­śla­ła – uda­je, że mnie nie wi­dzi!” Zmar­twio­na jak dziec­ko, któ­re­mu ukra­dzio­no po­sia­da­ne pen­sy, po­wie­dzia­ła:

– Tam jest Wil­fryd! Spro­wadź go, Mi­cha­le!

Mi­chał pod­szedł do Wil­fry­da i do­tknął jego ra­mie­nia; De­sert pod­niósł znad pro­gra­mu za­chmu­rzo­ną twarz. Wi­dzia­ła, jak wzru­szył ra­mio­na­mi, od­wró­cił się i znik­nął w tłu­mie. Mi­chał wró­cił.

– Wil­fryd ma dziś mu­chy w no­sie. Po­wie­dział, że nie na­da­je się do ludz­kie­go to­wa­rzy­stwa. Sta­ry dzi­wak!

Jak śle­pi by­wa­ją męż­czyź­ni! Wil­fryd jest jego przy­ja­cie­lem, a więc Mi­chał nic nie wi­dzi. Na szczę­ście zresz­tą. A za­tem Wil­fryd na­praw­dę po­sta­no­wił jej uni­kać! No, zo­ba­czy­my! Po­wie­dzia­ła:

– Je­stem zmę­czo­na, Mi­cha­le. Jedź­my do domu.

Mi­chał wziął ją pod rękę:

– Bar­dzo mi przy­kro, ma­lut­ka; chodź­my.

Przy­sta­nę­li na chwi­lę przy bocz­nych drzwiach, ob­ser­wu­jąc Wo­oma­na, ka­pel­mi­strza mio­ta­ją­ce­go się nad swą or­kie­strą.

– Spoj­rzyj na nie­go – rzekł Mi­chał – ist­ny pa­jac wy­wie­szo­ny w we­nec­kim oknie, z wy­pcha­ny­mi rę­ka­mi i no­ga­mi, któ­re fru­wa­ją na wie­trze! I przy­patrz się, jak Frap­ka wy­glą­da przy for­te­pia­nie – co za ha­ła­śli­wa, roz­hu­ka­na para.

Za­dźwię­czał dziw­ny ton.

– Nie­ba! Me­lo­dia – rzekł Mi­chał.

Woź­ny szep­nął im do ucha:

– Mu­szę już za­mknąć drzwi, pro­szę pań­stwa.

Fleur uj­rza­ła jesz­cze prze­lot­nie L.S.D.; sie­dział z przy­mknię­ty­mi ocza­mi, wy­pro­sto­wa­ny i sztyw­ny jak jego wło­sy. Drzwi się za­mknę­ły, a oni zna­leź­li się w hal­lu.

– Za­cze­kaj tu, ko­cha­nie. Spro­wa­dzę ja­kiś po­jazd.

Fleur wtu­li­ła bro­dę w fu­tro. Było zim­no, dął ostry wschod­ni wiatr.

Na­gle usły­sza­ła tuż za sobą:

– No cóż, Fleur, mam je­chać na Wschód?

Wil­fryd! Z po­sta­wio­nym koł­nie­rzem, z rę­ka­mi w kie­sze­niach i z pa­pie­ro­sem w ustach, po­że­rał ją wzro­kiem.

– Je­steś bar­dzo nie­mą­dry, Wil­fry­dzie!

– Wszyst­ko, co chcesz. Mam je­chać na Wschód?

– Nie. Bądź w nie­dzie­lę rano o je­de­na­stej w Ga­le­rii Tate. Po­mó­wi­my o tym.

– Co­nve­nu!13 – i już go nie było.

Na­gle osa­mot­nio­na Fleur do­zna­ła pierw­sze­go wstrzą­su w ze­tknię­ciu z rze­czy­wi­sto­ścią. Czy Wil­fryd na­praw­dę nie da się po­skro­mić?

Za­je­cha­ła tak­sów­ka, Mi­chał kiw­nął, wsia­dła.

Gdy mi­ja­li ja­skra­wo oświe­tlo­ną oazę mło­dych dam de­mon­stru­ją­cych cie­ka­wym lon­dyń­czy­kom naj­wyż­szy sto­pień pa­ry­skie­go ro­ze­bra­nia, uczu­ła, że Mi­chał po­chy­la się nad nią. Je­że­li chce za­trzy­mać Wil­fry­da, musi być miła dla Mi­cha­ła. Ale.

– Czy mu­sisz mnie ca­ło­wać wła­śnie na Pic­ca­dil­ly Cir­cus, Mi­cha­le!

– Da­ruj, ki­ciu­niu! To było tro­chę przed­wcze­sne, mia­łem za­miar uści­skać cię na­prze­ciw­ko Par­the­no­nu.

Fleur przy­po­mnia­ła so­bie, jak przez pierw­sze dwa ty­go­dnie ich mio­do­wych mie­się­cy sy­piał na nie­wy­god­nej hisz­pań­skiej ka­na­pie; jak za­wsze na­le­gał, aby nie wy­da­wa­ła na nie­go pie­nię­dzy, a prze­ciw­nie, po­zwa­la­ła mu się ob­da­rzać do woli, cho­ciaż ona mia­ła trzy ty­sią­ce fun­tów rocz­nie, a on tyl­ko ty­siąc dwie­ście; jak był na wy­sko­ki, kie­dy mia­ła byle ka­tar; jak za­wsze wra­cał na her­ba­tę do domu. Tak, to ko­cha­ny chło­piec! Lecz czy zła­ma­ło­by to jej ser­ce, gdy­by ju­tro od­je­chał na Wschód lub na Za­chód? Przy­tu­lo­na do nie­go dzi­wi­ła się wła­sne­mu cy­ni­zmo­wi.

W hal­lu le­ża­ła kart­ka z te­le­fo­nicz­ną wia­do­mo­ścią: „Pro­szę po­wie­dzieć pani Mont, że pan Gur­don Min­ho przyj­dzie. Lady Ali­son.”

To było uspo­ka­ja­ją­ce! Praw­dzi­wy an­tyk! Za­pa­li­ła świa­tła w swo­im po­ko­ju i sta­ła chwi­lę po­dzi­wia­jąc go. Na­praw­dę ład­ny! Lek­kie sa­pa­nie w ką­cie – Ting-a-ling zło­to­brą­zo­wy na czar­nej po­dusz­ce, ist­ny chiń­ski lew w mi­nia­tu­rze – le­żał czy­sty, obcy i świe­ży po swej wie­czor­nej ga­wę­dzie z ogro­dze­niem skwe­ru.

– Ach, je­steś tu! – po­wie­dzia­ła Fleur.

Ting-a-ling nie po­ru­szył się. Jego okrą­głe, czar­ne ślep­ka szły za pa­nią, gdy się roz­bie­ra­ła. Kie­dy po­wró­ci­ła z ła­zien­ki, le­żał zwi­nię­ty w kłę­bek. Fleur po­my­śla­ła: „Dziw­ne! Skąd on wie, że Mi­chał nie przyj­dzie?” – i wsu­nąw­szy się do do­brze ogrza­ne­go łóż­ka zwi­nę­ła się i tak­że za­snę­ła.

Lecz w nocy obu­dzi­ła się, co się jej nig­dy nie zda­rza­ło. Krzyk – dłu­gi, nie­sa­mo­wi­ty, prze­cią­gły, skąd­siś od rze­ki, z po­bli­skich slum­sów, po­ru­szał doj­mu­ją­co bo­le­sne wspo­mnie­nie z mio­do­wych mie­się­cy – Gre­na­da, jej da­chy, tam w dole, jak dże­ty, kość sło­nio­wa i zło­to; głos straż­ni­ka, wiersz z li­stu Jona: