Wydawca: Videograf Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2009

Saga rodu Forsyte’ów. Koniec rozdziału 2. Kwiat na pustyni ebook

John Galsworthy

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 381 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Saga rodu Forsyte’ów. Koniec rozdziału 2. Kwiat na pustyni - John Galsworthy

Kontynuacja "Sagi rodu Forsyte’ów", pasjonującego cyklu powieściowego, który przyniósł Johnowi Galsworthy’emu literacką Nagrodę Nobla. Wielka epicka opowieść o angielskich wyższych sferach przełomu XIX i XX wieku. "Koniec rozdziału" to ostatnia trylogia powieściowa poświęcona rodzinie Forsyte’ów. Składają się na nią: "Dziewczyna czeka" (1930), "Kwiat na pustyni" (1932) i "Za rzeką" (1933). Zamyka ona wielki cykl poświęcony kilku pokoleniom zamożnej mieszczańskiej rodziny. Pierwszy tom trylogii przedstawia losy skoligaconej z Forsyte’ami Dinny Cherwell i jej rodzeństwa – siostry Diany i brata Hubrta. Mąż Diany od lat przebywa w zakładzie dla umysłowo chorych. Kiedy pewnego dnia niespodziewanie pojawia się w domu, rodzina i przyjaciele, mając w pamięci jego brutalną naturę, wpadają w popłoch. Siostry usiłują wydobyć z więzienia swego brata Huberta, oskarżonego o zabicie Metysa. Ten obyczajowy skandal wprowadza w życie londyńskiej śmietanki atmosferę sesacji i przygody.

Opinie o ebooku Saga rodu Forsyte’ów. Koniec rozdziału 2. Kwiat na pustyni - John Galsworthy

Fragment ebooka Saga rodu Forsyte’ów. Koniec rozdziału 2. Kwiat na pustyni - John Galsworthy

Tytuł oryginału

End of the Chapter

*

Flowering Wilderness

Projekt okładki

Marek J. Piwko

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Laura Ryndak

Wydanie IX, Chorzów 2014

Edycja I

Niniejsze wydanie oparte jest na edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1962 r.

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

©Copyright byWydawnictwaVideograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-257-0

I

W roku 1930, wkrótce po zatwierdzeniu budżetu, można było podziwiać w sąsiedztwie dworca Victoria Station ósmy cud świata: troje Anglików o zupełnie różnych typach oglądających równocześnie jeden z londyńskich pomników. Przyszli oddzielnie i stali niedaleko od siebie na południowo-wschodnim końcu niezadrzewionej przestrzeni, gdzie zanikające światło późnego wiosennego popołudnia nie świeciło w oczy. Jedną a tych trzech osób była młoda kobieta mniej więcej dwudziestosześcioletnia, drugą — młody człowiek mający około trzydziestu czterech lat, a trzecią — mężczyzna między pięćdziesiątym a sześćdziesiątym rokiem życia. Młoda kobieta, smukła i o wcale niegłupim wyglądzie, patrzyła w górę przekrzywiając głowę na bok; lekki uśmiech rozchylał jej wargi. Szczupły młody człowiek zacisnął paskiem granatowe palto, jakby się obawiał chłodnego wiosennego wiatru. Twarz miał żółtą od dawnej opalenizny; pogardliwy wyraz jego ust był w dziwnej sprzeczności z oczami, które wpatrywały się w pomnik ze szczerym przejęciem. Starszy mężczyzna, bardzo wysokiego wzrostu, ubrany w brązową marynarkę i brązowe trzewiki z kozłowej skóry, trzymał niedbale ręce w kieszeniach spodni; jego długa, nieco przywiędła, lecz przystojna twarz miała wyraz chytrego sceptycyzmu.

A pomnik — konny posąg marszałka Focha — stał wysoko wśród drzew, bardziej od nich nieruchomy.

Młody człowiek odezwał się nagle:

— On nas wyratował.

Taka bezceremonialność wywarła na tamtych dwojgu różne wrażenie; starszy mężczyzna podniósł lekko brwi i podszedł do pomnika, jakby chcąc przyjrzeć się bliżej nogom konia; młoda kobieta odwróciła się i spojrzała wprost na interlokutora. Nagle na twarzy jej odmalowało się zdziwienie.

— Czy pan Wilfryd Desert?

Młody człowiek ukłonił się.

— W takim razie — rzekła — jużeśmy się raz spotkali. Na ślubieFleurMont. Pan był drużbą, pamięta pan? Pierwszym drużbą, jakiego widziałam w życiu. Miałam wówczas szesnaście lat. Pan mnie sobie pewnie nie przypomina, jestem Dinny Cherrell; na chrzcie świętym dano mi imię Elżbiety. W ostatniej chwili zostałam pasowana na druhnę.

Usta młodego człowieka straciły pogardliwy wyraz.

— Pamiętam doskonale pani włosy.

— Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby kto zachował o mnie inne wspomnienie.

— Pani się myli. Doskonale pamiętam, że pomyślałem: ta panienka musiała pozować Botticellemu. Jak widzę, pozuje mu pani w dalszym ciągu.

„Jakież on ma piękne oczy! — myślała Dinny. — To pierwsze oczy, które zrobiły na mnie wrażenie”.

Oczy te znowu patrzyły na pomnik.

— On nas naprawdę wyratował — powiedział Desert.

— Pan musiał być na wojnie.

— Służyłem w lotnictwie i miałem tego powyżej uszu!

— Czy panu się ten pomnik podoba?

— Koń, owszem.

— Tak — szepnęła Dinny — to jest prawdziwy koń, a nie coś na kształt pląsającej beczki z zębami i rozdętymi nozdrzami.

— Całość wykonana solidnie, to pasuje do Focha.

Dinny zmarszczyła brwi.

— Mnie się podoba, że on stoi tak spokojnie wśród tych drzew.

— Jak się miewa Michał? O ile pamiętam, pani jest jego kuzynką.

— Michał ma się dobrze. Jest wciąż posłem do parlamentu; wybrali go z okręgu, w którym ma zapewnioną większość.

— A Fleur?

— Kwitnie. Czy pan wie, że w zeszłym roku urodziła jej się córka?

— Fleur? Hm. To mają dwoje dzieci, prawda?

— Tak. Mała nazywa się Katarzyna.

— Nie byłem w kraju od 1927 roku. Do licha! Dużo czasu upłynęło od tego wesela.

— Wygląda pan jak człowiek, który przebywał na słońcu — rzekła Dinny wpatrzona w ciemnożółtą twarz.

— Nie mógłbym żyć bez słońca.

— Michał mówił mi kiedyś, że pan mieszka na Wschodzie.

— Włóczę się tam. — Twarz ściemniała mu; wstrząsnął się lekko. — Wściekle zimna ta angielska wiosna.

— Czy pan wciąż pisuje poezje?

— A! Pani zna moją słabość?

— Czytałam, wszystkie wiersze pana. Najbardziej podoba mi się ostatni tom.

Desert uśmiechnął się.

— Pani mi pochlebia, a poeci to lubią. Kim może być ten wysoki pan? Twarz jego wydaje mi się znajoma.

Wysoki pan, który obchodził pomnik dokoła, wracał właśnie.

— On mi się też w jakiś sposób kojarzy ze ślubem Michała — szepnęła Dinny.

Wysoki pan zbliżył się do nich.

— Pęciny nie bardzo się rzeźbiarzowi udały — oświadczył.

Dinny uśmiechnęła się.

— Jak to dobrze, że nie mam pęcin! Zastanawialiśmy się właśnie, czy pana znamy. Był pan może kilka lat temu na weselu Michała Monta?

— Byłem. Z kim mam przyjemność?

— W takim razie spotkaliśmy się tam wszyscy troje. Jestem cioteczną siostrą Michała ze strony matki. Nazywam się Dinny Cherrell. Pan Desert był drużbą Michała.

Wysoki pan skinął głową.

— O! Nazywam się Jack Muskham. Ojciec Michała jest moim ciotecznym bratem. — Zwrócił się do Deserta: — Zdaje mi się, że wyrażał pan podziw dla marszałka Focha.

— Tak jest.

Posępny wyraz twarzy Deserta zadziwił Dinny.

— No tak — przyznał Muskham — to był prawdziwy żołnierz. Niewielu takich wydała ta wojna. Ale ja przyszedłem zobaczyć konia.

— Koń stanowi niewątpliwie najciekawszą część pomnika — szepnęła Dinny.

Wysoki pan uśmiechnął się drwiąco.

— Foch nigdy nie zawiódł naszego zaufania i za to musimy mu być wdzięczni.

Desert zwrócił się raptownie do Muskhama.

— Czy jakiś szczególniejszy powód skłonił pana do tej uwagi?

Muskham wzruszył ramionami, skłonił się Dinny i z wolna odszedł.

Kiedy się oddalił, zapadła cisza jakby nad głęboką wodą.

— Gdzie pan teraz idzie? — spytała wreszcie Dinny.

— Wszędzie, dokąd pani idzie.

— Ślicznie dziękuję. Idę do ciotki, która mieszka na Mount Street.

— Doskonale.

— Pan musi ją pamiętać, to matka Michała. Kochane stworzenie! Mistrzyni skrótów. Mówi tak, jakby skakała z kamienia na kamień. Trzeba dużego wysiłku, aby nadążyć za jej myślami.

Przeszli na drugą stronę ulicy do Grosvenor Place.

— Pewnie pan znajduje zmiany w Anglii za każdym powrotem do kraju. Przepraszani za takie zagajenie rozmowy.

— Owszem, widzę pewne zmiany.

— Czyżby pan, jak to mówią, „nie kochał ojczystego kraju”?

— Czuję do Anglii coś w rodzaju wstrętu.

— Czy pan należy przypadkiem do rzędu ludzi, którzy pragną, aby o nich myślano gorzej, niż na to zasługują?

— To niemożliwe. Niech pani spyta Michała.

— Michał nie potrafi obmawiać.

— Michał, jak aniołowie, żyje poza kręgiem rzeczywistości.

— O nie — zaprzeczyła Dinny — Michał tkwi w rzeczywistości i jest bardzo angielski.

— Ta sprzeczność stanowi źródło jego wewnętrznej rozterki.

— Dlaczego pan mówi źle o Anglii? To nic oryginalnego.

— Tylko z Anglikami mówię źle o Anglii.

— Bardzo chwalebnie. Ale dlaczego się pan z tą krytyką zwraca do mnie?

— Bo pani mi się wydaje wcieleniem tego, czym Anglia powinna być — zaśmiał się Desert.

— „Zaszczycona i piękna, lecz nie tłusta i nie czterdziestoletnia”.1

— Anglia wciąż uważa, że przoduje światu, i to mam jej do zarzucenia.

— A czy tak nie jest?

— Owszem — odparł niespodziewanie Desert. — Ale to nie powód, aby o sobie tak sądziła.

Dinny pomyślała:

Przewrotny jesteś, bracie Wilfrydzie,

Ostrym językiem wciąż kłujesz.

Nieładnie wygląda, gdy stajesz na głowie,

Czemu więc tak postępujesz?2

Ujęła tę myśl w prostsze słowa:

— Jeżeli Anglia ciągle przoduje światu, jeżeli nie powinna o tym wiedzieć, a jednak tak czyni, to wykazuje w każdym razie pewną dozę intuicji. Czy pan intuicyjnie poczuł antypatię do pana Muskhama? — Spojrzała na Wilfryda i pomyślała: „Zdaje się, że wdepnęłam!”

— Antypatię? Cóż znowu! Po prostu jest to typ zakamieniałego koniarza, który mnie zawsze śmiertelnie nudzi.

„Nie podaje prawdziwego powodu — pomyślałaDinnypatrząc na Deserta. — Co za dziwna twarz! Nieszczęśliwa, odbija głęboką, wewnętrzną rozterkę, jakby anioł toczył z szatanem nieustanną walkę o tego człowieka”. Ale drżała pod jego spojrzeniem tak samo jak wówczas, kiedy mając szesnaście lat stała przy nim z rozpuszczonymi włosami na weseluFleur.

— Czy pan naprawdę lubi wędrówki po Wschodzie?

— Ciąży na mnie przekleństwo jak na Żydzie Wiecznym Tułaczu.

„Będzie musiał mi wyznać kiedyś, dlaczego tak jest — pomyślała Dinny. — Tylko że pewno go już nigdy nie zobaczę”. Lekki dreszcz przemknął jej po plecach.

— Może pan zna mego stryja Adriana? Był na Wschodzie w czasie wojny. Teraz ma pod swoją opieką stare kości w muzeum. W każdym razie pan na pewno zna Dianę Ferse. Pobrali się zeszłego roku.

— Nie znam nikogo z wybitnych londyńskich osobistości.

— Więc Michał jest jedynym naszym punktem stycznym.

— Nie uznaję kontaktów za pośrednictwem osób trzecich. Gdzie pani mieszka?

Dinny uśmiechnęła się:

— Uważam, że tu będzie wskazany krótki zarys biograficzny: od niepamiętnych czasów rodzina moja zamieszkuje Condaford Grange w Oxfordshire. Ojciec mój jest emerytowanym generałem, a ja jedną z dwóch córek. Mój jedyny brat, wojskowy, niedawno się ożenił i przyjeżdża teraz z Sudanu na urlop.

— Ach tak! — mruknął Desert, a twarz jego nabrała znowu ponurego wyrazu.

— Mam lat dwadzieścia sześć, jestem niezamężna i jak dotąd bezdzietna. Moją pasją jest wtrącanie się do cudzych spraw. Nie mam pojęcia, skąd mi się to bierze. Kiedy przyjeżdżam do Londynu, mieszkam u lady Mont, na Mount Street. Wychowana skromnie, mam zamiłowanie do zbytku i żadnych środków na zaspokajanie moich zachcianek. O ile mi się zdaje, mam poczucie humoru. A teraz kolej na pana.

Desert uśmiechnął się i potrząsnął głową.

— Czy mam pana wyręczyć? — spytała Dinny. — Jest pan drugim z kolei synem lorda Mullyona; za długo pan przebywał na wojnie; pisze pan poezje; ma pan koczownicze instynkty i jest pan swoim własnym wrogiem; tylko to ostatnie spostrzeżenie jest oryginalne. Otóż i MountStreet. Może pan wstąpi i odwiedzi ciotkę Emilię?

— Dziękuję, nie wstąpię. Czy zechciałaby pani zjeść ze mną jutro śniadanie, a potem pójść na popołudniowe przedstawienie?

— Chętnie. Gdzie się spotkamy?

— U Dumourieux, o pół do drugiej.

Zamienili uścisk dłoni i rozeszli się. Ale Dinny drżała z wewnętrznego podniecenia, kiedy wchodziła do domu ciotki, i stała cicho przed drzwiami salonu uśmiechając się do swoich wrażeń.

II

Uśmiech znikł z ust Dinny; usłyszała dźwięki dochodzące spoza zamkniętych drzwi.

„O Boże! — pomyślała — urodziny ciotki Emilii. Zebranie rodzinne! Zapomniałam”.

Ktoś nagle przerwał grę na fortepianie; usłyszała pośpieszne kroki, jakby odgłos walki, szuranie krzeseł po podłodze, parę przeraźliwych okrzyków, milczenie i znowu głos fortepianu.

„Muzykalne krzesła” — pomyślała Dinny i cicho otworzyła drzwi.

Dawna Diana Ferse siedziała przy fortepianie. Jedna duża i osiem małych postaci w jaskrawych kapeluszach z papieru grupowało się koło ośmiu ustawionych rzędem krzeseł zwróconych kolejno na wschód i na zachód. W tej właśnie chwili siedem postaci wstało, a dwie siedziały na jednym krześle. Dinny spostrzegła od lewej ku prawej stronie: Ronalda Ferse’a, małego Chińczyka, Anię, najmłodsze dziecko ciotki Alison, Tony’ego, najmłodszego syna stryja Hilarego, Celię i Dingo, dzieci zamężnej siostry Michała, Celii Moriston, Sheilę Ferse, a na krześle stryja Adriana i Kita Mont. Następnie wzrokDinny padł na zadyszaną ciotkę Emilię w dużym kapeluszu z fiołkowego papieru, stojącą przy kominku, i na Fleur, która odsuwała krzesło obok Ronalda.

— Kit, wstawaj. Wyszedłeś już z gry.

Kit siedział niewzruszony, Adrian wstał.

— Baw się dalej, stary. Teraz będziesz walczył z równymi sobie. Dalej, jazda!

— Nie wolno łapać za poręcze — wołała Fleur. — Wu-Fing, nie siadaj, póki grają. Dingo, nie trzymaj się tego krzesła na zakręcie.

Muzyka nagle ustała. Bieganina, tłok, krzyki i najmniejsza ze wszystkich, Ania, została pozbawiona krzesła.

— Chodź tu, maleńka — powiedziała Dinny. — Bij w ten bębenek. A jak przestaną grać, to i ty przestań. O tak! A teraz zaczynaj znowu. Uważaj na ciocię Dianę.

Zabawa trwała dalej, aż pozostała tylko Sheila, Dingo i Kit.

„Ja stawiam na Kita” — pomyślała Dinny.

Sheila odpadła. Odsunięto jedno krzesło. Dingo, wykapany Szkot, i jasnowłosy Kit, który zgubił swój papierowy kapelusz, kręcili się wokół ostatniego krzesła. Obydwaj siadali, podnosili się i znów siadali. Diana starannie odwracała wzrok, Fleur stała w głębi lekko uśmiechnięta, twarz ciotki Emilii była mocno zarumieniona. Fortepian umilkł. Dingo siedział, a Kit stał czerwony ze zmarszczonym czołem.

— Kit — rozległ się głos Fleur — pamiętaj o zasadach gry.

Kit odrzucił głowę w tył i wsadził ręce do kieszeni.

„Fleur może być dumna” — pomyślała Dinny.

Za nią odezwał się głos.

— Płomienne zamiłowanie twojej ciotki do młodzieży wznieca dziwne bunty. Co byś powiedziała na cichą przystań mojego gabinetu?

Dinnyspojrzała na sir Lawrence’a Monta; wąsy zupełnie mu zbielały na suchej, nerwowej twarzy, choć włosy ciągle jeszcze były szpakowate.

— Nie zrobiłam jeszcze tego, co do mnie należy, wuju.

— Najwyższy czas, żebyś się nauczyła tego nie robić. Niech się poganie męczą. Chodź na spokojną chrześcijańską pogawędkę.

Zagłuszając instynkt służenia myślą: „Chciałabym porozmawiać o Wilfrydzie Desercie” — Dinny poszła za wujem.

— Nad czym teraz pracujesz, wuju?

— Chwilowo nad niczym. Czytam wspomnienia Harriette Wilson; co to za wspaniała kobieta, Dinny! Trudno było za czasów Regencji popsuć czyjąś dobrą sławę w wyższych sferach, ale ona tego dokonała. Jeśli nie słyszałaś o niej, to się dowiedz, że wierzyła w miłość i miała wielu kochanków, z których kochała tylko jednego.

— Mimo tego wierzyła w miłość?

— Widzisz, miała dobre serce, a ci inni ją kochali. Co za różnica między nią a Ninon de l’Enclos, która kochała wszystkich swych kochanków! Ile życia w sobie miały! Rozmowa między jedną i drugą o „cnocie”! Co za temat. Siadaj!

— Oglądając dziś po południu pomnik Focha spotkałam kuzyna wuja, pana Muskhama.

— Jacka?

— Tak.

— Ostatni z dandysów. Istnieje kolosalna różnica, moja droga, między „galantem”, „dandysem”, „pięknisiem”, „lwem salonowym”, „złotym młodzieńcem”, „gogusiem” i tą ostatnią odmianą, której nazwy zawsze zapominam. Typ ten bezwzględnie się pogarsza. Wiekiem Jack kwalifikuje się na „lwa salonowego”, lecz nosi się zawsze jak nieposzlakowany dandys, kubek w kubek Whyte Melville3. Jak ci się podobał?

— Obchodzą go jedynie konie, pikieta i własna osoba.

— Zdejm kapelusz, moja droga, lubię patrzeć na twoje włosy.

Dinny zdjęła kapelusz.

— Spotkałam jeszcze kogoś przy pomniku, drużbę Michała.

— Co, młodego Deserta? Więc wrócił? — ruchome brwi sir Lawrence’a podskoczyły w górę.

Lekki rumieniec zabarwił policzki Dinny:

— Tak — odpowiedziała.

— Dziwny z niego ptak, Dinny.

SerceDinnydrgnęło nie znanym jej dotąd uczuciem. Nie byłaby w stanie określić tego uczucia; przypomniała sobie cacko porcelanowe, które przed dwoma tygodniami podarowała ojcu na urodziny: lisica karmiąca cztery małe lisiątka, cała grupa przepięknie wykonana. Wyraz pyszczka lisicy, słodki, lecz czujny, oddawał znakomicie jej własne uczucia w tej chwili.

— Dlaczego dziwny?

— Różne plotki,Dinny. Tobiemogę jednak powiedzieć… Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ten młodzieniec smalił cholewki doFleurw rok czy dwa po jej ślubie. To go wypędziło w świat.

Więc to miał na myśli mówiąc o Żydzie Wiecznym Tułaczu? Nie! Wyraz jego twarzy, kiedy wspomniał Fleur, nie potwierdzał tego przypuszczenia.

— Przecież to było tak dawno — powiedziała.

— Pewnie. Stare dzieje. Słyszało się też inne rzeczy. Kluby są źródłem niemiłosiernych plotek.

Słodycz uczuć Dinny zanikła, a czujność się wzmogła.

— Jakie inne rzeczy?

Sir Lawrence poruszył przecząco głową.

— Ten młody człowiek jest mi dość sympatyczny, a przy tym nawet tobie, Dinny, nie mogę powtarzać niesprawdzonych pogłosek. Niech tylko ktoś spróbuje żyć w sposób trochę odmienny, a nie ma rzeczy, której by ludzie na niego nie wymyślili. — Spojrzał raptownie ma Dinny; oczy jej były przejrzyste.

— Co to za mały Chińczyk tam na górze?

— Syn byłego mandaryna, który zostawił tu rodzinę w obawie przed rozruchami w Chinach… dziwaczna figurka. Sympatyczny naród ci Chińczycy. Kiedy Hubert przyjeżdża?

— W przyszłym tygodniu. Samolotem z Włoch. Jean bardzo lubi latać.

— Co się dzieje z jej bratem? — Sir Lawrencespojrzał znowu naDinny.

— Z Alanem? Jest na placówce w Chinach.

— Ciotka nie przestaje lamentować, że się między wami nic nie klei.

— Drogi wuju, zrobiłabym niemal wszystko, aby dogodzić cioci. Ale ponieważ mam dla Alana uczucia siostry, więc prawa boskie i Kościół stoją na przeszkodzie temu małżeństwu.

— Ja nie pragnę, abyś wyszła za mąż i wyjechała do takiego lub innego barbarzyńskiego kraju.

„Wuj Lawrence jest niesamowity” — pomyślała Dinny, a oczy jej stały się jeszcze bardziej przejrzyste.

— Ta przeklęta biurokracja — ciągnął dalej sir Lawrence — zabiera całą naszą rodzinę i wszystkich przyjaciół. Dwie moje córki są poza krajem: Celia w Chinach, Flora w Indiach; twój brat Hubert w Sudanie, twoja siostra Klara wyjedzie zaraz po ślubie, JerryCorven dostał posadę na Cejlonie; Karol Muskham, jak słyszę, został przydzielony do urzędu gubernatorskiego w Cape Town; starszy syn Hilarego wstępuje do służby cywilnej w Indiach, a młodszy do marynarki. Tam do licha, Dinny! Tylko ty i Jack Muskham pozostaliście mi wierni. No i Michał.

— Czy wuj często widuje pana Muskhama?

— Dość często w klubie „Burton”, a i w klubie „Coffee-House” grywamy czasem partię pikiety. Poza nami nikt już tego nie gra. Spotykamy się po sezonie wyścigowym, teraz już go pewnie nie zobaczę aż po wyścigach w Cambridgeshire.

— Czy on jest naprawdę takim wspaniałym znawcą koni?

— O tak! Ale jak większość koniarzy nie zna się na niczym innym. Koń jest zwierzęciem, które zda się zatykać pory ducha. Trzeba na nim skupić całą uwagę. Na nim i na wszystkich, którzy mają z nim do czynienia. Jak wygląda młody Desert?

— Ach! — odparła Dinny niemal zaskoczona. — Jest ciemnożółtego koloru.

— To odblask piasków pustyni. Desert jest rodzajem Beduina. Jego ojciec żyje jak odludek, więc syn ma to już we krwi. Najbardziej przemawia na jego korzyść to, że Michał nie przestał go lubić mimo tej sprawy.

— A jego poezja? — spytała Dinny.

— Pozbawiona harmonii. Lewa ręka niszczy to, co daje prawa.

— Może dotychczas nie znalazł swego miejsca na świecie? Czy wuj nie uważa, że on ma piękne oczy?

— Przede wszystkim wbiły mi się w pamięć jego usta: wrażliwe i gorzkie.

— Oczy mówią, czym człowiek jest, usta, czym się staje.

— Usta i brzuch.

— Desert nie ma brzucha, zauważyłam to — odparła Dinny.

— Dzięki przyzwyczajeniu do odżywiania się garstką daktyli i filiżanką kawy. Nie znaczy to, aby Arabowie chętnie pili kawę, mają raczej słabość do zielonej herbaty z miętą. Mocny Boże! Otóż i twoja ciotka. Kiedy powiedziałem „mocny Boże”, miałem na myśli herbatę z miętą.

LadyMont ukazała się bez kapelusza z papieru i już nie zadyszana.

— Kochana ciociu — powiedziała Dinny — zupełnie zapomniałam o urodzinach cioci i nic nie przyniosłam.

— To mnie pocałuj, kochanie. Zawsze utrzymuję, że twoje pocałunki są najmilsze. Skąd się tu wzięłaś?

— Przyjechałam po zakupy dla Klary.

— Czy przywiozłaś nocną koszulę?

— Nie.

— Więc dam ci moją. Czy wciąż jeszcze używasz nocnych koszul?

— Tak — odrzekła Dinny.

— Dobre z ciebie dziecko. Nie lubię pidżam dla kobiet… i wuj także. Nie są wygodne. Na to się nic nie poradzi… usiłujecie, ale nie ma na to rady. Michał i Fleur zostaną na obiedzie.

— Dziękuję cioci, chętnie przenocuję. I tak nie zdążyłabym dzisiaj załatwić połowy sprawunków Klary.

— Nie podoba mi się, że Klara wychodzi za mąż przed tobą, Dinny.

— Ależ, ciociu, przecież to zrozumiałe.

— Głupstwo. Klara jest bardzo błyskotliwa, a takie panny zwykle nie wychodzą wcześnie za mąż. Ja zaręczyłam się mając lat dwadzieścia jeden.

— Widzi ciocia!

— Drwisz ze mnie. Raz w życiu byłam błyskotliwa. Pamiętasz, Lawrence, jak to było z tym słoniem? Chciałam go zmusić, żeby usiadł, a on uparł się i klęknął. Wszystkie cztery nogi słonia skłaniają się w jedną stronę, a ja powiedziałam, że słoń pójdzie za swoją skłonnością.

— Kochana cioteczko, poza tym jednym wypadkiem jesteś najbardziej błyskotliwą kobietą, jaką znam. Kobiety są przeważnie konsekwentne aż do znudzenia.

— Dinny, twój nos to moja pociecha. Sprzykrzyły mi się zakrzywione dzioby ciotki Wilmet, Heni Bentworth i mój własny.

— Nos cioci jest zaledwie leciutko orli.

— W dzieciństwie przechodziłam straszliwe męki, że się bardziej zakrzywi. Rozpłaszczałam go często o szafę.

— I ja to samo robiłam, tylko w przeciwnym kierunku.

— Kiedy raz, tak stałam, twój ojciec przyczaił się na szafie jak lampart, skoczył na mnie z góry i przeciął sobie wargę, krew popłynęła mi na szyję.

— Nieznośny chłopiec!

— O tak! Lawrence, o czym myślisz?

— O tym, że Dinny na pewno nie jadła drugiego śniadania.

— Zamierzałam zjeść śniadanie jutro, wuju.

— To bardzo do ciebie podobne, Dinny — wtrąciła ladyMont. — Zadzwoń naBlore’a. Zawsze będziesz chuda, póki nie wyjdziesz za mąż.

— Pozbądźmy się najprzód Klary, ciociu.

— W kościele Świętego Jerzego. Czy to Hilary ich załatwi?

— Oczywiście.

— Będę płakała!

— Dlaczego właściwie ciocia płacze na ślubach?

— Ona będzie wyglądała jak anioł, a on ubierze się w czarny żakiet i przystrzyże wąsy i wcale nie będzie taki zakochany, jak ona myśli. Przecież to smutne.

— A może będzie bardziej zakochany? Jestem przekonana, że Michał miał głębokie uczucie dla Fleur, tak samo jak stryj Adrian dla Diany, kiedy się z nią żenił.

— Adrian ma pięćdziesiąt trzy lata i nosi brodę. Zresztą Adrian jest i pozostanie Adrianem.

— Zapewne; należy to brać pod uwagę. Ale według mnie powinniśmy raczej ronić łzy nad mężczyzną. Kobieta przeżywa najpiękniejszą godzinę siwego życia, a mężczyzna ma prawie zawsze za ciasną kamizelkę.

— Lawrence nie miał ciasnej kamizelki. Był zawsze cienki jak nitka, a ja tak szczupła jak ty, Dinny.

— Cioci musiało być ślicznie w welonie, prawda, wuju? — Dinny przerwała, powstrzymał ją wyraz dziwnego zamyślenia na obu niemłodych twarzach. Po chwili podjęła: — Gdzieście się poznali?

— Na polowaniu. Wpadłam do rowu, wujowi się to nie podobało i wyciągnął mnie stamtąd.

— Cudowne!

— Ale gdzież tam! Za dużo było błota. Potem nie rozmawialiśmy ze sobą przez cały dzień.

— I co was zbliżyło?

— Rozmaite rzeczy. Bawiłam u rodziny Heni, u Corderoyów, i wuj przyjechał obejrzeć szczenięta. Ale po co ten egzamin?

— Chciałam się tylko dowiedzieć, jak się onego czasu załatwiało takie sprawy.

— Postaraj się lepiej stwierdzić osobiście, jak się je załatwia obecnie.

— Kiedy wuj Lawrence nie chce się mnie pozbyć.

— Wszyscy mężczyźni to egoiści, prócz Michała i Adriana.

— A poza tym pragnę oszczędzić cioci łez.

— Blore, proszę podać cocktail i kanapki dla panny Dinny, nie jadła śniadania. I, Blore, państwo Adrianostwo i państwo Michałostwo zostaną na obiedzie. I, Blore, proszę też powiedzieć Laurze, żeby przygotowała moją nocną koszulę i wszystko, co trzeba, w niebieskim pokoju gościnnym, panna Dinny będzie nocowała. Ach te dzieci! — I lady Mont pożeglowała ku drzwiom wyprzedzając swego kamerdynera.

— Wuju, ciocia jest doprawdy urocza.

— Zawsze to samo twierdziłem, Dinny.

— Każde widzenie z nią pokrzepia mnie. Czy ona potrafi się rozgniewać?

— Czasami próbuje, ale zanim jej się to uda, przeskakuje na inny temat.

— Cóż to za cudowna właściwość!

Przy obiedzie Dinny oczekiwała ze strony wuja jakiejś uwagi dotyczącej powrotu Wilfryda Deserta. Lecz wuj nic nie powiedział.

Po obiedzie usiadła przy Fleur. Dinny podziwiała Fleur. Zachwycała ją twarz i postać kuzynki, jej żywe i pewne ruchy, jej jasne, przenikliwe oczy, pewność siebie pozbawiona złudzeń i stosunek do Michała, którego traktowała z szacunkiem, a jednocześnie jakby z góry.

„Jeśli wyjdę za mąż — rozmyślała Dinny — nie potrafię w taki sposób obchodzić się z mężem. Będę mu patrzeć prosto w twarz jak grzesznik grzesznikowi”.

— Fleur — odezwała się głośnio — czy pamiętasz swoje wesele?

— Pamiętam, kochanie, nieznośna uroczystość.

— Widziałam dziś drużbę Michała.

Fleur otworzyła szeroko oczy.

— Wilfryda? Jakim sposobem go poznałaś?

— Miałam wówczas szesnaście lat i zrobił na mnie wrażenie.

— Spełnił zadanie drużby. Jak wygląda?

— Ponuro i destrukcyjnie.

Fleur roześmiała się:

— Zawsze był taki.

Dinny popatrzyła naFleur i postanowiła brnąć dalej.

— WujLawrence mówił mi, że Desert usiłował posunąć dość daleko swą destrukcyjną działalność.

— Nie miałam pojęcia, że ojciec to zauważył — zdziwiła się Fleur.

— WujLawrence — oświadczyła Dinny — bywa czasem niesamowicie domyślny.

— Wilfryd zachował się zupełnie poprawnie w tej sprawie — szepnęła Fleur z uśmiechem. — Pokornie jak jagnię powędrował na Wschód.

— Ale chyba nie to było powodem, że dotąd pozostawał na Wschodzie?

— Nawet i odra nikogo nie przykuwa do łóżka na wieczne czasy. Nie, cóż znowu. On lubi Wschód, ma tam pewnie harem.

— Nie przypuszczam — zaprzeczyła Dinny. — Wilfryd musi być wybredny.

— Masz słuszność, kochanie. Należała mi się nauczka za mój płaski cynizm. Wilfryd jest wielkim dziwakiem, ale właściwie to miły chłopak. Michał bardzo go lubił. Ale — spojrzała szybko na Dinny — nie podobna się w nim zakochać. To uosobienie dysharmonii. Obserwowałam go kiedyś pilnie, rozumiesz. Jest nieuchwytny. Kłębek nerwów; namiętny, tkliwy a zarazem zgorzkniały. I nie przypuszczam, aby w cośkolwiek wierzył.

— Jedynie może w piękno — szepnęła Dinny — albo w prawdę, jeśli ją gdzie znajdzie.

Fleur odparła niespodziewanie:

— W to, mojaDinny, wierzymy wszyscy, o ile się z prawdą lub pięknem zetkniemy. Tylko że niestety niełatwo je napotkać, chyba że leżą w nas samych… A jeśli człowiek jest w rozterce z sobą, cóż wtedy? Gdzie widziałaś Wilfryda?

— Oglądał pomnikFocha.

— A! Pamiętam, że uwielbiał Focha. Biedny Wilfryd! Ciężkie ma przed sobą życie. Kontuzjowany, poeta, a w dodatku takie wychowanie! Ojciec, który odwrócił się od życia, i matka półkrwi Włoszka, która uciekła z innym. Żadnego oparcia. Najlepsze w nim, to oczy: bardzo piękne, wzbudzają współczucie. To niedobre połączenie. Czy może znowu zrobił na tobie wrażenie? — Spojrzała uważnie na Dinny.

— Byłam po prostu ciekawa, jakie wrażenie to zrobi na tobie, jeśli go wspomnę.

— Na mnie? Drogie dziecko, mam już blisko trzydzieści lat, dwoje dzieci i… — twarzFleur zasępiła się — jestem uodporniona. Gdybym potrafiła o tym mówić, zwierzyłabym się tobie, Dinny, ale są rzeczy, o których się nie mówi.

Na górze Dinny wpatrywała się w ogień na kominku, palący się mimo jej protestu. Nieswojo jej było w obszernej koszuli ciotki Emilii. Zdawała sobie jasno sprawę z niedorzeczności swych uczuć. Odczuwała dziwną ciekawość, natarczywą a zarazem nieśmiałą, jakby przed nieuchronnym czynem. A wszystko dlatego, że spotkała znów człowieka, który dziesięć lat temu wzniecił w niej bezsensowne uczucie, człowieka, jak ogólnie twierdzą, bardzo niepewnego. Wzięła lusterko i bacznie przyjrzała się swej twarzy wystającej z haftów zbyt obszernej koszuli. Odbicie w lustrze mogło ją zadowolić, ale skutek był wręcz przeciwny.

„Co za nudziarstwo — pomyślała — wiecznie ten sam botticellowski typ!

Nosek zadarty,

Niebieskie oczy,

Strzeż się, rusałko czerwonowłosa,

Gdy własny wizerunek zoczysz.

On się zrósł ze Wschodem, przywykł do powłóczystych spojrzeń czarnych oczu ukrytych nęcąco za zasłoną, do okrągłych kształtów spowitych w draperie, do zmysłowości, tajemnic, zębów jak perły — patrz hurysa”. Dinny przyjrzała się w lustrze swym zębom. Tego nie potrzebuje się lękać, najpiękniejsze zęby w rodzinie. A włosy nie były właściwie rude, raczej kasztanowate. Ładne słowo! Szkoda, że wyszło z użycia. To, co się znajdowało poniżej linii, do której się myły kobiety ery wiktoriańskiej, ukryte było pod obficie haftowaną koszulą. Musi pamiętać, żeby odbyć dalszy egzamin jutro przed kąpielą. Może będzie za co Panu Bogu dziękować.

Zwestchnieniem odłożyła lusterko i położyła się.

III

Wilfryd Desert zatrzymał swoje mieszkanie na Cork Street. Właściwie mieszkanie to opłacał lord Mullyon, który tam zajeżdżał w rzadkich wypadkach, gdy się zdobywał na opuszczenie swej wiejskiej pustelni. Młodszy syn był może bliższy sercu samotnika aniżeli starszy — poseł do parlamentu; w każdym razie widywanie Wilfryda nie sprawiało ojcu specjalnej przykrości. Najczęściej jednak w mieszkaniu przebywał tylko Stack, ordynans Wilfryda z czasów wojny, który miał dla swego pana milczące przywiązanie, trwalsze niż hałaśliwe zapewnienia wierności.

Kiedy Wilfryd wracał z podróży bez zawiadomienia, zastawał mieszkanie w takim samym stanie, w jakim je opuścił, nie bardziej duszne ani zakurzone. Te same ubrania wisiały na tych samych wieszakach i ten sam w miarę usmażony befsztyk z pieczarkami zaspokajał pierwszy głód Deserta. Starożytne umeblowanie i wschodnie drobiazgi nadawały obszernemu salonowi wygląd z dawna zamieszkałej zamkowej komnaty, a otomana przed kominkiem, na którym płonęły kłody drzewa, przyjmowała Wilfryda tak gościnnie, jakby jej nigdy nie opuszczał.

Na drugi dzień po spotkaniu Dinny, Wilfryd wyciągnięty na otomanie zastanawiał się, dlaczego tylko Stack potrafi zrobić prawdziwie dobrą kawę. Wschód jest ojczyzną kawy, ale turecka kawa to rytuał, zabawka, i jak wszystkie rytuały i zabawki służy jedynie do przyjemnego połechtania duszy.

Był to trzeci dzień pobytu Wilfryda w Londynie po trzyletniej nieobecności. W ciągu ostatnich dwóch lat przeżył rzeczy, o których nie chciał z nikim mówić, bał się nawet wracać do nich myślą. W szczególności jedno przeżycie wprowadziło do jego duszy rozdźwięk, z którym dotychczas nie potrafił się uporać, choć usiłował pomniejszyć jego znaczenie. Słowem, przywiózł ze sobą upiora. Przywiózł też sporo wierszy; można będzie z nich złożyć czwarty, trochę może szczupły tomik. Wilfryd zastanawiał się, czy nie należałoby, powiększyć objętości książki przez dołączanie najdłuższego poematu, jaki dotąd napisał. Był to utwór ściśle związany z owym przeżyciem. Wilfryd uważał go za najlepsze swoje dzieło. Szkoda, że nie można tego wydrukować, ale… Owo „ale” było tak ważkie, że wielokrotnie chciał zniszczyć poemat, aby zatrzeć wszelki ślad przeżycia, które pragnął wymazać z pamięci. Inne „ale”… Poemat był uzasadnieniem, obroną postępku, o którym — miał nadzieję — nikt nie wiedział. Podrzeć wiersz, to znaczy zrezygnować z obrony. Nigdy nie potrafi po raz drugi odtworzyć tak wiernie swych uczuć i wrażeń w obliczu minionego dylematu. Zniszczyłby jednocześnie najlepsze usprawiedliwienie przed własnym sumieniem; może nawet jedyny środek pozbycia się upiora. Czasami bowiem myślał, że jeżeli nie ujawni światu swego postępku, nie odzyska nigdy spokoju duszy.

Raz jeszcze odczytał poemat „Do licha! — pomyślał — to jest o całe niebo głębsze i lepsze od podłego wierszydła Lyalla”. Myśl Wilfryda podążyła, pozornie beż związku, ku dziewczynie spotkanej poprzedniego dnia. Jakie to dziwne, że zapamiętał jej postać ze ślubu Michała; młodziutka, przejrzysta istota podobna do Wenus, anioła, czy Madonny Botticellego — niewielką różnicę robi między nimi ten malarz. Było to wówczas urocze stworzenie. Tak, a obecnie jest czarującą młodą kobietą: wartościowa, z poczuciem humoru, zdolna wiele zrozumieć. Dinny Cherrell! Pisali swoje nazwisko: Charwell, pamiętał doskonale. Bez przykrości pokazałby jej swoje wiersze, mógłby zaufać wrażeniu, jakie na niej zrobią.

Po części dlatego, że myślał o niej, po części zaś dlatego, że wziął taksówkę, spóźnił się na śniadanie i spotkał Dinny na progu, w chwili kiedy wychodziła od Dumourieux.

Nie ma może lepszej okazji do zbadania charakteru kobiety, niż kazać jej czekać na śniadanie w publicznym lokalu. Dinny powitała Wilfryda uśmiechem:

— Myślałam, że pan zapomniał.

— To wina ruchu ulicznego. Jak filozofowie mogą twierdzić, że czas jest przestrzenią a przestrzeń czasem? Niech tylko dwoje ludzi umówi się na śniadanie, a teoria bierze w łeb. Stąd do Cork Street nie ma nawet mili, myślałem, że przejazd zajmie mi dziesięć minut, a tymczasem spóźniłem się o dziesięć minut. Bardzo panią przepraszam.

— Mój ojciec utrzymuje, że trzeba dodawać dziesięć minut do umówionego czasu, odkąd konne dorożki zostały zastąpione przez samochody. Czy pan pamięta dorożki?

— Spodziewam się, że pamiętam!

— Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Londyn, już dorożek nie było.

— Proszę, niech pani prowadzi, jeżeli pani zna tę restaurację. Ja słyszałem o niej, ale nigdy tu jeszcze nie byłem.

— Restauracja jest w podziemiu. Kuchnię prowadzą francuską.

Zdjęli okrycia w szatni i przeszli do stolika w głębi sali.

— Dla mnie proszę coś lekkiego. Może być kura na zimno, sałata i kawa.

— Czy pani jest niezdrowa?

— Zawsze mało jadam.

— Rozumiem. Mamy te same zwyczaje. Pozwoli pani wina?

— Dziękuję. Czy pan uważa, że to dobrze mało jadać?

— Jeżeli się tego nie robi dla zasady.

— Więc pan nie lubi, jeśli się coś robi dla zasady?

— Nie mam zaufania do ludzi, którzy się rządzą zasadami, to faryzeusze.

— Jakoś mi się to wydaje zbyt ogólnikowe. Czy pan zawsze tak ostro sądzi?

— Miałem na myśli ludzi, którzy mało jedzą, ponieważ uważają jedzenie za zmysłową przyjemność. Ale pani chyba do nich nie należy?

— O nie! — odparła Dinny. — Po prostu nie lubię się czuć najedzona. A niewiele mi do tego potrzeba. Wydaje mi się, że zmysły to dobra rzecz, choć z doświadczenia nie bardzo mogę o tym sądzić.

— Może jedyna dobra rzecz na świecie.

— Więc dlatego pan pisuje poezje?

Desert uśmiechnął się.

— Myślę, że i pani mogłaby pisać wiersze.

— Mogłabym najwyżej tworzyć rymy.

— Najodpowiedniejszym miejscem dla poezji jest pustynia. Czy pani widziała kiedy pustynię?

— Nigdy. Ale chciałabym bardzo zobaczyć.

Po wygłoszeniu tego zdania Dinny zadziwiła się. Przypomniała sobie oziębłość, jaką okazywała amerykańskiemu profesorowi, i brak entuzjazmu dla szerokich, otwartych przestrzeni. Co prawda wielki był kontrast między profesorem Hallorsenem a tym opalonym młodzieńcem, o duszy pełnej sprzeczności, który nie spuszczał z niej oczu; dreszcz przebiegł znów po jej plecach.

— Wczoraj wieczór widziałam Michała i Fleur — odezwała się krusząc chleb palcami.

— O! Szalałem kiedyś zaFleur — powiedział Desert zacinając wargi. — Wspaniała osoba, w swoim rodzaju.

— Niewątpliwie. — Oczy Dinny ostrzegały: „Nie krytykujFleur!”.

— Doskonałe warunki. Opanowana!

— Wydaje mi się, że pan jej nie zna — wtrąciła Dinny. — Co do mnie, mam pewność, że jej nie znam.

Desert pochylił się naprzód.

— Wierna z pani przyjaciółka. Skąd się pani tego nauczyła?

— „Wierność” jest dewizą naszej rodziny; to powinno było mnie wyleczyć z wierności, prawda?

— Nie wiem — powiedział nagle Desert — czy dobrze pojmuję istotę wierności. Być wiernym komu? Czemu? Nie ma nic stałego na świecie, wszystko jest względne. Wierność wydaje mi się cechą umysłów zastygłych w bezruchu albo po prostu przesądem, a w każdym razie zaprzeczeniem ciekawości.

— A jednak są rzeczy, którym warto dochować wiary. Na przykład kawa albo religia.

Desert zwrócił na Dinny oczy, które miały tak dziwny wyraz, że ich się zlękła.

— Religia? Czy pani jest wierząca?

— Mniej więcej.

— Jak to, więc pani potrafi strawić dogmaty jakiejkolwiek religii? Czy pani uważa, że jakaś jedna legenda bardziej od innych zasługuje na wiarę? Czy pani przypuszcza, że jakiś jeden system wierzeń dotyczących Nieznanego ma większą wartość od innych systemów? Religia! Pani ma poczucie humoru, czyż zawodzi panią w tym wypadku?

— Nie. Tylko, według mnie, religia może być po prostu świadomością istnienia wszechprzenikającego ducha i przyjęciem etycznych wskazań, za pomocą których najlepiej się służy temu duchowi.

— Hm. Dalekie to od powszechnych wierzeń. Ale nawet i w tym wypadku, skąd pani wie, które wskazania najlepiej służą wszechprzenikającemu duchowi?

— Wierzę na słowo.

— I w tym się różnimy. Niech się pani zastanowi. — Dinny zauważyła, że głos Deserta zadrżał z podniecenia. — Po cóż w takim razie posiadamy umiejętność rozumowania, po co nam władze umysłowe? Rozważam każde zagadnienie, w miarę jak mi się nasuwa; rozpatruję wszystkie za i przeciw i postępuję zgodnie z wynikiem mego rozumowania. Postępuję więc według wyrozumowanego przekonania, że tak jest najlepiej.

— Dla kogo?

— Dla mnie i dla wszystkich.

— A czyje dobro stawia pan na pierwszym planie?

— To przecież w gruncie rzeczy na jedno wychodzi.

— Zawsze? Nie bardzo w to wierzę. A przy tym te każdorazowe rozważania muszą panu zabierać bardzo wiele czasu. Kiedyż pan dochodzi do czynów? Zasady etyki to przecież nic innego, tylko suma niezmiernej ilości decyzji podjętych w przeszłości przez ludzi stojących przed tymi samymi problemami. Dlaczego nie brać tych decyzji za wytyczne?

— Bo żadna z nich nie została powzięta przez człowieka mego charakteru i w moim położeniu.

— Rozumiem. Pan jest zwolennikiem „poszczególnego przypadku”. Prawdziwie po angielsku.

— Strasznie mi przykro — odezwał się nagle Desert. — Pewnie panią znudziłem. Czy pani zje coś słodkiego?

Dinny oparła łokcie o stół, ujęła brodę w dłonie i wpatrzyła się z powagą w twarz Deserta.

— Wcale mnie pan nie znudził — odparła — przeciwnie, bardzo mnie pan zainteresował. Tylko, jak mi się zdaje, kobiety bardziej kierują się instynktem, co właściwie sprowadza się do tego, że uznają własne podobieństwo chętniej niż mężczyźni i są bardziej skłonne instynktownie zaufać ogólnoludzkim doświadczeniom.

— Taki był dotychczas kobiecy sposób myślenia, ale czy takim pozostanie?

— Myślę, że tak — odparła Dinny. — Wątpię, czy się nam kiedykolwiek zechce osobiście zgłębiać zagadnienia. Proszę o jakiś deser. Może kompot z suszonych śliwek.

Desert popatrzył na nią i roześmiał się.

— Pani jest nadzwyczajna. Ja także wezmę śliwki. Czy w rodzinie pani bardzo cenią przyjęte formy?

— Nie tyle może cenią formy, co szanują tradycje i przeszłość.

— A pani?

— Sama nie wiem. Stanowczo mam słabość do antyków, dawnych siedzib i starych ludzi. Lubię wszystko, co ma patynę. Przyjemne jest poczucie, że się gdzieś zapuściło korzenie. Zawsze się interesowałam historią. A jednak trudno czasem nie śmiać się z tego wszystkiego. Wprost komiczne są więzy, które nas trzymają. Jesteśmy jak kury, które nie wychodzą poza koło zakreślone kredą na podłodze.

Desert wyciągnął rękę. Dinny podała mu swoją.

— Chcę uścisnąć dłoń pani za to powiedzenie.

— Kiedyś — rzekła Dinny — będzie mi pan musiał coś o sobie powiedzieć, a teraz: do jakiego teatru idziemy?

— Czy wystawiają gdzie sztukę autora zwanego Szekspirem?

Z pewnym trudem dowiedzieli się, że w teatrzyku po drugiej stronie Tamizy grają utwór największego dramaturga świata. Pojechali tam, a po przedstawieniu Desert zaproponował z pewnym wahaniem:

— Czy nie zechciałaby pani przyjść do mnie na herbatę?

Dinny uśmiechnęła się i skinęła potakująco głową. Od tej chwili zauważyła różnicę w sposobie bycia Wilfryda. Odnosił się do niej bardziej poufale, a zarazem z większym szacunkiem, jakby sobie powiedział: „Jesteśmy sobie równi”.

Herbatę podał Stack; miał wygląd mnicha i dziwne oczy, które zdawały się wszystko rozumieć. Owa godzina spędzona przy herbacie sprawiła Dinny niezmąconą radość. Nigdy jeszcze nie doznawała tak głębokiego uczucia szczęścia. Wreszcie uświadomiła sobie, że jest zakochana. Drobne nasionko, zasadzone przed dziesięciu laty, zakwitło. Dinny miała dwadzieścia sześć lat i myślała, że się już nigdy nie zakocha. Był to tak niesłychany cud, iż od czasu do czasu powstrzymywała oddech i ze zdumieniem spoglądała na Wilfryda. Dlaczegóż, u Boga żywego, doznawała takich uczuć? To śmieszne! Będzie cierpiała, bo on jej przecież nie pokocha. Dlaczego miałby ją kochać? Jeśli zaś nie pozyska jego miłości, nie może wyjawić mu swego uczucia. Ale jak je ukryć?

— Kiedy ja panią zobaczę? — spytał Desert, gdy Dinny wstała, aby odejść.

— Czy pan chce mnie widzieć?

— Niesłychanie!

— Dlaczego?

— Dlaczego nie? Pani jest pierwszą damą, z którą rozmawiam po dziesięciu latach; może w ogóle pierwszą, z którą w życiu rozmawiałem.

— Jeśli się mamy widywać, nie wolno panu drwić ze mnie.

— Drwić z pani? To niemożliwe! Więc kiedy się spotkamy?

— Obecnie nocuję na Mount Street w cudzej koszuli. Powinnam właściwie wracać do Condaford. Ale ponieważ ślub mojej siostry odbędzie się w przyszłym tygodniu w Londynie, a mój brat przyjeżdża w poniedziałek z Egiptu, każę sobie może przysłać rzeczy i zostanę. Gdzie pan chce się ze mną spotkać?

— Czy wybrałaby się pani jutro na spacer? Od wieków nie byłem w Richmond i w Hampton Court.

— Ja tam nigdy nie byłam.

— Doskonale. W takim razie bez względu na pogodę zabieram panią o drugiej; spotykamy się przy pomniku Focha.

— Będzie mi bardzo miło, młody panie!

— Świetnie! — Desert pochylił się nagle i podniósł do ust rękę Dinny.

— Co za galanteria! — powiedziała. — Do widzenia.

IV

Zaprzątnięta swą zdumiewającą tajemnicą Dinny zapragnęła instynktownie samotności, ale Adrian i Diana Cherrellowie zaprosili ją już uprzednio na obiad.

Po ślubie Cherrellowie wyprowadzili się ze smutnej pamięci domu przy Oakley Street i wynajęli niedrogie mieszkanie w Bloomsbury, na jednym z obszernych placów, które obecnie stopniowo odzyskują charakter porządnej dzielnicy, zatracony w trzydziestych latach dziewiętnastego stulecia. Cherrellowie wybrali tę część miasta głównie z powodu bliskości „składu szkieletów” Adriana. Adrian uważał, że w jego wieku ważna jest każda zaoszczędzona minuta, którą może poświęcić żonie. Stosownie do przepowiedni Dinny towarzystwo profesora Hallorsena i roczny pobyt w Meksyku dobrze podziałały na Adriana. Ciemniejszy odcień brązowych, pooranych bruzdami policzków i częstszy uśmiech na pociągłej twarzy były tego dowodem. Dinny cieszyła się myślą, że stryj posłuchał jej rady. Diana zaś odzyskiwała szybko blask, któremu zawdzięczała powodzenie w świecie, nim wyszła za biednego Ferse’a. Ze względu jednak na beznadziejny rodzaj zajęcia Adriana i na czas, jaki musiała poświęcać mężowi, nie mogła wrócić do światowego życia; pochłaniały ją coraz bardziej obowiązki żony i matki. Dinny tak serdecznie kochała stryja, że się temu nie dziwiła.

W drodze do Cherrellów Dinny zastanawiała się, czy ma powiedzieć, gdzie była. Ponieważ nie lubiła wykrętów, postanowiła być szczera. „Przecież — pomyślała — zakochane panny lubią mówić o przedmiocie swej miłości”. A jeśliby za ciężko było wytrzymać bez zwierzeń, najlepszym powiernikiem będzie stryj Adrian; po części dlatego, że zna Wschód, ale przede wszystkim dlatego, że jest sobą.

Ślub Klary i przyjazd Huberta były najważniejszym tematem rozmowy przy obiedzie. Wybór siostry niepokoił trochę Dinny. Sir Gerald (Jerry) Corven był czterdziestoletnim, średniego wzrostu, energicznym mężczyzną o śmiałym wyrazie twarzy. Dinny przyznawała, że ma dużo uroku, anawet obawiała się, że go ma za dużo. Jerry zajmował poważne stanowisko w administracji kolonialnej — należał do rzędu ludzi, o których się mówi odruchowo, że zajdą wysoko. Dinny zastanawiała się, czy Klara nie ma za dużo cech wspólnych z narzeczonym; jest równie śmiała i dowcipna, lubi ryzykować i narażać się na niebezpieczeństwo, a przy tym młodsza od narzeczonego o siedemnaście lat. Diana dobrze znała Geralda.

— Te siedemnaście lat różnicy — oświadczyła — są okolicznością pomyślną w tym wypadku. Jerry powinien się ustatkować. Jeśli będzie mógł okazywać żonie trochę uczuć ojcowskich, tym lepiej. Ma za sobą bujną przeszłość. Cieszę się, że jadą na Cejlon.

— Dlaczego?

— PrzynajmniejJerry zerwie z przeszłością.

— Czy on naprawdę ma taką bujną przeszłość?

— Obecnie jest po uszy zakochany w Klarze, ale z takim człowiekiem nigdy nie wiadomo. Ma za dużo uroku i zamiłowania do wszelkiego rodzaju niebezpieczeństw.

— „Tak więc małżeństwo czyni nas tchórzami”4— mruknął Adrian.

— Wątpię, aby małżeństwo podziałało w ten sposób na Jerry’ego; on się ugania za niebezpieczeństwem jak złota rybka za larwami moskitów. Powiedz, Dinny, czy Klara bardzo jest w nim zakochana?

— Bardzo, ale i ona lubi niebezpieczeństwo.

— A jednak — rzekł Adrian — to nie współczesne typy. Oboje mają głowę na karku i umieją się nią posługiwać.

— Słuszna uwaga, stryju. Klara bierze z pasją wszystko, co życie dać może, ale wierzy w nie szczerze. Mogłaby zostać drugą lady Stanhope.

— Ty byś się z tego cieszyła, Dinny. Tylko musiałaby najpierw pozbyć się Geralda Corvena. A o ile