Saga czasu przemiany. Po drugiej stronie nieba - Łucja Wilewska - ebook
Opis

Zapraszam Cię na najbardziej pasjonującą podróż Twojego życia. Tutaj nic nie jest oczywiste ani jednoznaczne. Rzeczywistość miesza się z przywidzeniami, jawa ze snem, fakty z ułudą, dwa równoległe światy nakładają się na siebie. Pytanie, w którym Ty żyjesz…
Drugi tom Sagi czasu przemiany wrzuca nas w wir wydarzeń będących bezpośrednią kontynuacją historii opisanych w Ósmym niebie. Czy związek Łucji z Adamem przetrwa próbę? Co zrobią, gdy na ich drodze ponownie pojawi się Mikael? Czy Róża i Gabriel namieszają tak bardzo, jak we wszystkich poprzednich życiach? Jaki sekret nosi w sobie Marcin i kim jest jego bliźniak z równoległego świata? W tym tomie dowiemy się prawdy o Łucji i Adamie, poznamy historię ich miłości, która zachwyci nas ponad wszystko.
Po drugiej stronie nieba to wyjątkowa, magiczna opowieść o miłości i aniołach, a zarazem współczesne ujęcie tematu objawienia, osadzone w nurcie nowej duchowości. Czy wyjaśnią się wszystkie zagadki Ósmego nieba czy raczej pojawi się masa nowych pytań — o tym musicie przekonać się sami. Z pewnością drugi tom wciąga jeszcze bardziej niż pierwszy, a akcja nie zwalnia ani na moment.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 332

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Za kon­sul­ta­cje ‌kra­jo­znaw­cze ser­decz­nie dzię­ku­ję: Le­nieŁę­skiej, ‌Ka­ro­li­nie Spław­skiej, Jo­an­nie ‌Ma­rii ‌Wilk, Na­ta­lii Tur­skiej, Ewie ‌Gu­zi­kow­skiej, Gra­ży­nieMa­tys, ‌Alek­san­drze Stem­plew­skiej, Mar­cieJaś­kie­wicz.

Aniu, ‌kie­dyś ‌na­pi­sa­łaś, że we mnie ‌wie­rzysz. ‌Od­pi­sa­łam ‌ci, że ‌two­je ‌sło­wa za­brzmia­ły szcze­rze. ‌Od­par­łaś, że ‌były szcze­re. Chy­ba ci ‌w koń­cu (o zgro­zo!) uwie­rzy­łam. ‌Tę książ­kę de­dy­ku­ję to­bie. Masz ‌prze­pięk­ne bia­ło-czar­ne ‌skrzy­dła, wy­peł­nio­ne chma­rą roz­be­stwio­nych ‌li­te­rek. Roz­kła­daj ‌je czę­sto!

An­gel’s blo­od ta­stes ‌as good ‌as hell.

Mi­kha’el

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt ‌okład­ki

Pra­cow­nia WV

Fo­to­gra­fia na okład­ce

© ‌Ale­shyn An­drei ‌| shut­ter­stock.com

Re­dak­cja tech­nicz­na, ‌skład, ła­ma­nie ‌oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz ‌Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie ‌I, Cho­rzów 2018

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa ‌Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, ‌Ale­ja Har­cer­ska ‌3c

tel. 600 472 ‌609

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: ‌DIC­TUM ‌Sp. z o.o.

01-942 ‌War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa ‌21

tel. 22-663-98-13, ‌fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© ‌Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf ‌SA, Cho­rzów 2017

tekst © ‌Łu­cja Wi­lew­ska

ISBN 978-83-7835-662-2

Prolog

Ni­g­dy, ‌w ca­łym swo­im ‌do­tych­cza­so­wym ży­ciu, nie są­dzi­łam, ‌że ‌kie­dy­kol­wiek będę zmu­szo­na ze­brać ‌się na tak ‌wiel­ką od­wa­gę. He­ro­izm. Dło­nie ‌mi drżą i wiem, że ‌to nie ‌z zim­na. Idąc po­wol­nym kro­kiem, ‌li­cząc ‌ostat­nie, ci­che od­de­chy, ‌czub­ka­mi pal­ców ‌do­ty­kam brze­gu cięż­kiej skó­rza­nej ‌kurt­ki. Wiem, że ‌za­raz ‌będę mu­sia­ła zrzu­cić ‌ją z sie­bie. I wte­dy ‌wyda się. Wszyst­ko sta­nie ‌się jaw­ne ‌i raz na za­wsze wyj­dzie ‌z ukry­cia.

Czy je­stem na to ‌go­to­wa? ‌Z pew­no­ścią ‌nie. Czy ‌wiem, że do­brze ro­bię? ‌Dru­gie ‌nie. ‌Czy wiem, do ‌cze­go ‌to ‌do­pro­wa­dzi? ‌Nie, ‌i,szcze­rze mó­wiąc, na­wet boję ‌się wie­dzieć. Lewą dło­nią ‌od­chy­lam koł­nierz, uka­zu­jąc frag­ment szma­rag­do­wej suk­ni. Ktoś spo­glą­da na mnie, za­raz pew­nie roz­pocz­ną się szep­ty. A po­tem?

Nie wiem, zu­peł­nie tego nie wiem, ale nie po­win­no mnie to te­raz wca­le in­te­re­so­wać. Je­śli mam zdo­być się na naj­więk­szą w ży­ciu od­wa­gę, mu­szę to po pro­stu zro­bić. Wstrzy­mać od­dech, pójść o krok do przo­du i wy­ko­nać to. Po­zo­sta­ło mi już bar­dzo nie­wie­le cza­su.

W gło­wie czu­ję prze­ra­że­nie, w ser­cu bu­dzą­cą się de­ter­mi­na­cję. Mój od­dech po­wo­li spły­ca się, kie­dy od­kry­wam, że sto­py de­li­kat­nie za­czy­na­ją od­ry­wać się od zie­mi.

1. Nie tak miało być

— Przy­tul mnie — szep­cze, kła­dąc gło­wę na błę­kit­nej po­dusz­ce i przy­my­ka­jąc oczy.

Po­ściel jest mięk­ka i wy­god­na, pach­nie świe­żo, tro­chę słod­ko. Dło­nie, zło­żo­ne jak do mo­dli­twy, ukła­da pod gło­wą, ko­la­na pod­cią­ga w kie­run­ku po­bo­le­wa­ją­ce­go od pew­ne­go cza­su żo­łąd­ka.

Adam zja­wia się w mo­men­cie, jak na za­wo­ła­nie. Spo­glą­da w dół, na swo­ją dziew­czy­nę, któ­ra leży te­raz w jego wła­snym łóż­ku, ubra­na w ob­ci­słą bia­łą bluz­kę na ra­miącz­kach i zwiew­ne szor­ty ze śli­skie­go, sza­ro-błę­kit­ne­go ma­te­ria­łu. Leży zu­peł­nie nie­przy­kry­ta. Wzdy­cha głę­bo­ko na samą myśl o za­pa­chu jej cia­ła.

Zrzu­ca z sie­bie blu­zę, zdej­mu­je spodnie. Ubra­nie zo­sta­wia na pod­ło­dze, sprząt­nie je póź­niej. Od­kąd miesz­ka­ją ra­zem, prze­stał za­cho­wy­wać się prze­sad­nie pe­dan­tycz­nie, choć przy­cho­dzi mu to z nie­ma­łym tru­dem. Łu­cja za­my­ka oczy, kie­dy sły­szy dźwięk upa­da­ją­cych na zie­mię spodni, skó­rza­ne­go pa­ska z me­ta­lo­wą klam­rą, bu­tów, blu­zy. Już nie może się do­cze­kać, aż Adam w koń­cu ją przy­tu­li. Obej­mie. Za­gar­nie i ni­g­dy, prze­nig­dy nie pu­ści. Może to uśpi tego zwie­rza, tego par­szy­we­go gada, któ­ry za­do­mo­wił się w jej żo­łąd­ku i od dłuż­sze­go cza­su nie daje o so­bie za­po­mnieć?

Adam de­li­kat­nie kła­dzie się obok dziew­czy­ny i obej­mu­je ją sil­nym mę­skim ra­mie­niem. Jest bar­dzo wy­so­ki, a ona ma pod­kur­czo­ne nogi, dla­te­go nie­trud­no jest jej wtu­lić się w nie­go i zu­peł­nie znik­nąć dla świa­ta. Upa­dły gła­ska ją po gło­wie, cie­sząc się ru­mian­ko­wo-orien­tal­nym za­pa­chem jej wło­sów, de­li­kat­no­ścią cery, kru­cho­ścią cia­ła, ulot­no­ścią my­śli.

Nie jest taka jak on — nie­śmier­tel­na. Jej cia­ło jest lek­kie, łam­li­we, przej­ścio­we. Wła­śnie dla­te­go jest tak bar­dzo zde­spe­ro­wa­ny. Robi wszyst­ko, co może, po­świę­ca każ­dą mi­nu­tę, żeby szyb­ko i bez­piecz­nie prze­do­stać się ra­zem z nią na dru­gą stro­nę nie­ba. Póki jesz­cze żyje. Póki jest mło­da, pięk­na i ak­cep­tu­je sie­bie. Z cza­sem, z wie­kiem, bę­dzie to co­raz trud­niej­sze. A prze­cież ni­g­dy tak na­praw­dę nie ma pew­no­ści, że ona po­wró­ci do nie­go w ko­lej­nym ży­ciu.

Leżą sku­le­ni, moc­no przy­tu­le­ni do sie­bie. W oknie pali się błę­kit­na świe­ca, wsta­wio­na do bia­ło-kre­mo­we­go świecz­ni­ka ze zło­ty­mi zdo­bie­nia­mi. W sy­pial­ni roz­no­si się świą­tecz­ny, pier­nicz­ko­wy aro­mat. Po­wi­nien dzia­łać re­lak­su­ją­co. Tyl­ko dla­cze­go żad­ne z nich się nie uśmie­cha? Cze­mu obo­je leżą na wpół­przy­tom­ni, jed­no z za­su­pła­nym żo­łąd­kiem, a dru­gie gar­dłem? Z ja­kie­go po­wo­du nie śmie­ją się, nie tań­czą, nie ob­ja­da­ją po­ma­rań­cza­mi?

Za oknem ci­sza i chłód, nie­dłu­go trze­ba bę­dzie kłaść się spać. Żeby wy­spać się przed ko­lej­nym dniem, a przy oka­zji spraw­dzić, ja­kie nowe ta­jem­ni­ce zdra­dzą im tej nocy sny.

* * *

— Nie, to nie ma sen­su — stwier­dza na głos, zdej­mu­jąc z sie­bie czar­ną, do­pa­so­wa­ną spód­ni­cę i bia­łą bluz­kę z man­kie­ta­mi zdo­bio­ny­mi de­li­kat­nym srebr­nym ha­ftem.

Po raz ko­lej­ny pró­bu­je zmu­sić się do pój­ścia do pra­cy, w któ­rej ofi­cjal­nie prze­by­wa jesz­cze na L4. Ubra­nie od­wie­sza z po­wro­tem do sza­fy, a po­tem opa­da bez­wład­nie na łóż­ko i nie ma naj­mniej­szej ocho­ty na to, żeby wsta­wać. Adam po­je­chał do pra­cy z sa­me­go rana. Oczy­wi­ście za­raz po tym, jak wziął prysz­nic po kil­ku­dzie­się­cio­mi­nu­to­wym bie­gu.

Od pew­ne­go cza­su dużo miej­sca w jej gło­wie zaj­mu­ją prze­my­śle­nia do­ty­czą­ce dro­gi ży­cio­wej, któ­rą ak­tu­al­nie po­dą­ża. Gdzie te­raz jest i w któ­rą stro­nę po­win­na zmie­rzać?

Co­raz bar­dziej za­do­ma­wia się w miesz­ka­niu Ada­ma, a swo­je chcia­ła­by wy­na­jąć. Pa­mię­ta, jak daw­niej bała się, że kie­dyś stra­ci pra­cę i bę­dzie zmu­szo­na prze­pro­wa­dzić się do ro­dzi­ców, a wła­sne miesz­ka­nie od­dać pod na­jem stu­den­tom. Mi­nął rok i co? I te­raz ma­rzy o tym, żeby ni­g­dy wię­cej nie wra­cać ani do tej pra­cy, ani do daw­ne­go miesz­ka­nia. Pew­nie dla­te­go, że te­raz, ma­jąc Ada­ma, nie mu­sia­ła­by wra­cać do ro­dzi­ców. Poza tym jego dwu­po­zio­mo­we miesz­ka­nie z ogrom­nym ta­ra­sem i wi­do­kiem na Bło­nia i Ru­da­wę jest na tyle luk­su­so­we, że za­cie­ra ulot­ne, smut­ne wspo­mnie­nie po jej trzy­dzie­sto­me­tro­wym, mi­kro­sko­pij­nym dom­ku z Kro­wo­der­skich Zu­chów.

Od pew­ne­go cza­su Łu­cję nur­tu­ją dwie za­sad­ni­cze kwe­stie. Po pierw­sze: skąd Adam bie­rze siłę i mo­ty­wa­cję do co­dzien­nych tre­nin­gów? A po dru­gie: po co w ogó­le jeź­dzi do pra­cy? Sko­ro żyje już od ty­się­cy lat i zdo­łał zgro­ma­dzić po­kaź­ny ma­ją­tek, po co w ogó­le ru­sza się z domu? Cze­mu nie po­dró­żu­je, nie zwie­dza świa­ta albo nie spę­dza każ­dej mi­nu­ty z nią? Czy tak bar­dzo za­le­ży mu na fir­mie, któ­ra na do­da­tek nie jest jego wła­sno­ścią?

Łu­cja nie może tego zro­zu­mieć i mimo iż Adam po­zo­sta­wia jej wol­ną rękę w kwe­stiach pra­cow­ni­czych, to ra­czej za­chę­cał­by ją do po­wro­tu do fir­my niż do bez­czyn­ne­go sie­dze­nia w domu. Tak, je­śli mia­ła­by wy­mie­nić jed­ną rzecz, któ­rej Adam nie lubi naj­bar­dziej na świe­cie, to z pew­no­ścią by­ła­by to bez­czyn­ność. Nuda i le­ni­stwo. Nic­nie­ro­bie­nie. Adam robi coś non stop i naj­wy­raź­niej do­brze się z tym czu­je. A jak jest z nią, z Łu­cją?

„Czy mogę ofi­cjal­nie zo­stać upa­dłym anio­łem i czy pła­cą za to? Czy utrzy­mam się z roli aniel­skiej kor­po­dziew­czy­ny z ener­ge­tycz­ny­mi skrzy­dła­mi? Czy to wy­star­czy? A wła­śnie, pora naj­wyż­sza, żeby spraw­dzić, co tam no­we­go u skrzy­deł…” — przy­cho­dzi jej na myśl. Pod­cho­dzi do lu­stra w ła­zien­ce i roz­kła­da aniel­skie skrzy­dła, wy­dzier­ga­ne z naj­cień­szych i naj­de­li­kat­niej­szych ni­tek naj­bar­dziej sub­tel­nej ener­gii, z jaką przy­szło jej do­tych­czas ob­co­wać. Rany na ple­cach zro­sły się i za­go­iły, a skrzy­dła umoc­ni­ły się i po­więk­szy­ły. Mie­nią się te­raz wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi tę­czy i co ja­kiś czas wi­bru­ją. A kie­dy do­ty­ka się ich pal­cem, elek­trycz­ny dreszcz prze­cho­dzi przez dłoń.

Po po­wro­cie z syl­we­stra wie­lo­krot­nie roz­kła­da skrzy­dła i przy­glą­da się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze. Zwłasz­cza temu w ła­zien­ce i kie­dy jest zu­peł­nie sama i może po­zwo­lić so­bie na zdję­cie ubra­nia. Musi przy­znać przed samą sobą, że błysz­czą­ce i mie­nią­ce się róż­ny­mi ko­lo­ra­mi skrzy­dła wy­glą­da­ją ma­gicz­nie i zja­wi­sko­wo. I jak te­raz ona, aniel­ska dziew­czy­na, ma wró­cić do zwy­kłej, kor­po­ra­cyj­nej kle­pa­ni­ny i ra­por­tow­ni? I jak on, Adam, daje so­bie z tym radę? I, naj­waż­niej­sze, po co to wła­ści­wie robi? Od dłuż­sze­go cza­su pla­nu­je go o to za­py­tać, ale ja­koś nie ma na ra­zie na­stro­ju, żeby po­ru­szać ten wą­tek. Czu­je, że jest dla nie­go waż­na, choć nie zna po­wo­du, dla któ­re­go tak wła­śnie jest.

Adam do pra­cy jeź­dzi z chę­cią i nie­przy­mu­szo­ny. Speł­nia się w fir­mie i po­ka­zu­je z jak naj­lep­szej stro­ny, jak zwy­kły czło­wiek wśród in­nych zwy­kłych lu­dzi, któ­rzy po­ję­cia nie mają o tym, kim on tak na­praw­dę jest.

„Upa­dły ar­cha­nioł” — to brzmi zde­cy­do­wa­nie do­stoj­nie, groź­nie i… sek­sow­nie. Łu­cji robi się cie­pło w brzu­chu za każ­dym ra­zem, gdy so­bie o tym przy­po­mi­na.

Tak czy ina­czej, do pra­cy wra­cać nie chce. Nie za­mie­rza rów­nież być na wy­łącz­nym utrzy­ma­niu Ada­ma, choć wie, że on nie miał­by nic prze­ciw­ko i że pie­nią­dze nie są dla nie­go żad­nym pro­ble­mem. Ma ich mnó­stwo, co moż­na ła­two oce­nić po wy­glą­dzie jego dwu­po­zio­mo­we­go miesz­ka­nia, usy­tu­owa­ne­go tuż nad Ru­da­wą, i sa­mo­cho­dów, któ­ry­mi jeź­dzi. Pia­stu­je obec­nie sta­no­wi­sko głów­ne­go dy­rek­to­ra wy­ko­naw­cze­go Cor­po­ra­te Wings BPO i samo to wią­że się z kil­ku­na­sto­ty­sięcz­ną co­mie­sięcz­ną wy­pła­tą.

Po­nie­waż Łu­cja jest stu­pro­cen­to­wo pew­na tego, co czu­je do Ada­ma oraz że on od­wza­jem­nia jej uczu­cie, za­sta­na­wia ją, dla­cze­go nie rzu­cą wszyst­kie­go w cho­le­rę i nie wy­ja­dą w nie­koń­czą­cą się po­dróż po świe­cie? Zwie­dzi­li­by całą Eu­ro­pę, po­tem uda­li się do pach­ną­cych im­bi­rem i gał­ką musz­ka­to­ło­wą In­dii, do eg­zo­tycz­nej, owo­co­wej Taj­lan­dii i ma­gicz­nej In­do­ne­zji, wy­ru­sza­jąc stam­tąd pro­mem do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, po dro­dze za­ha­cza­jąc jesz­cze o Au­stra­lię, żeby obej­rzeć kan­gu­ry, i o Ja­po­nię, by zjeść su­shi ską­pa­ne w so­sie so­jo­wym i wy­ra­zi­sty w sma­ku ra­men. „Wi­dzi­cie to? My, we dwój­kę, w sta­rym, wy­słu­żo­nym kam­pe­rze, prze­mie­rza­ją­cy wspól­nie słyn­ną Ro­ute 66… — roz­my­śla. — Mo­gli­by­śmy ku­pić uży­wa­ne auto i prze­ro­bić jego wnę­trze tak, żeby ide­al­nie od­po­wia­da­ło na­szym po­trze­bom. Za­mon­to­wa­li­by­śmy lamp­ki cho­in­ko­we pod su­fi­tem i po­ło­ży­li pu­cha­ty dy­wan na pod­ło­dze. Wsta­jąc, co­dzien­nie rano wi­ta­li­by­śmy dzień, uśmie­cha­jąc się do pro­mie­ni słoń­ca pu­ka­ją­cych do okna za­mon­to­wa­ne­go na da­chu”.

Nie­ste­ty, zu­peł­nie nie wie­dzieć cze­mu, Adam nie po­dzie­la jej za­my­słów. Ostat­nio jest też bar­dziej oso­wia­ły i za­my­ślo­ny. Nie­obec­ny… „Może to nie ten czas? Może to nie to ży­cie?” — mo­men­ta­mi Łu­cji wy­da­je się, że coś jest nie tak. Jak­by me­lo­dia zna­nej pio­sen­ki de­li­kat­nie fał­szo­wa­ła albo je­den z nie­bie­skich puz­zli z nie­ba albo wody wło­żo­ny był na nie­wła­ści­we miej­sce, choć bar­dzo, bar­dzo po­dob­ne.

* * *

— Adam, czy chcesz mi o czymś po­wie­dzieć? — pyta wie­czo­rem, kie­dy po ko­la­cji usa­da­wia­ją się wy­god­nie na so­fie, przy­kry­wa­jąc nogi cie­płym ko­cem i z mi­ską peł­ną po­pcor­nu ocze­ku­ją na naj­now­szy od­ci­nek Gry o tron.

Jest koń­ców­ka stycz­nia i sza­ro­bu­ry kli­mat za oknem. Wiatr do­bi­ja się do okien, przy­sło­nię­tych gru­by­mi za­sło­na­mi w sta­lo­wym ko­lo­rze. Obok mi­ski z po­pcor­nem leżą dwa pi­lo­ty, do te­le­wi­zo­ra i de­ko­de­ra, a obok stoi woda mi­ne­ral­na z cy­try­ną i owo­co­we ko­recz­ki, przy­go­to­wa­ne na ba­zie man­go, list­ków ba­zy­lii i we­gań­skie­go sera ple­śnio­we­go.

— I tak, i nie — od­po­wia­da z wa­ha­niem w gło­sie.

— To zna­czy? — do­py­tu­je Łu­cja, ukła­da­jąc się wy­god­niej na so­fie. W prze­lo­cie wy­chwy­tu­je ba­daw­cze spoj­rze­nie anio­ła.

— Nie chcę cię okła­my­wać, ale…

— To nie okła­muj — wtrą­ca. Nie lubi, gdy ktoś roz­po­czy­na zda­nie od „nie chcę”, trak­tu­jąc to jako wy­mów­kę do tego, co i tak za­mie­rza, niby wbrew so­bie, uczy­nić.

— Jest parę te­ma­tów, o któ­rych bę­dzie­my mu­sie­li wkrót­ce po­roz­ma­wiać — od­pie­ra spo­koj­nym i wy­wa­żo­nym to­nem. — Tyl­ko to nie jest jesz­cze ten czas. — Wi­dząc po wy­ra­zie twa­rzy part­ner­ki, że ta od­po­wiedź nie za­do­wo­li­ła jej ani tro­chę, do­da­je: — Jak sama wiesz, two­je kar­micz­ne wspo­mnie­nia po­wra­ca­ją do cie­bie. Uru­cho­mi­łaś w so­bie te ob­sza­ry mó­zgu, któ­re od­po­wie­dzial­ne są za pa­mięć prze­szłych wcie­leń. Wkrót­ce przy­po­mnisz so­bie wszyst­ko i do­trzesz do punk­tu zero, w któ­rym…

Adam kon­ty­nu­uje, jed­nak Łu­cja już go nie słu­cha. Roz­luź­nia mię­śnie i prze­sta­je tak kur­czo­wo za­ci­skać w dło­niach koc. Spra­wy świa­ta i du­cho­wo­ści ow­szem, są dla niej istot­ne, ale nie aż tak waż­ne, jak jej re­la­cja z Ada­mem. Od­kąd jej chło­pak za­czął się sta­wać bar­dziej za­mknię­ty w so­bie, czu­je się za­gro­żo­na, a jej oso­bo­wość, ob­da­rzo­na licz­ny­mi i sil­ny­mi wzor­ca­mi od­rzu­ce­nia, za­czy­na kre­ować w gło­wie naj­róż­niej­sze sce­na­riu­sze, po­cząw­szy od tego, że Łu­cja jed­nak nie jest tą wła­ści­wą Łu­cją; że już znu­dzi­ła się Ada­mo­wi; że po­sta­no­wił, iż to ży­cie spę­dzą jed­nak osob­no; że wspól­ne miesz­ka­nie po­ka­za­ło, iż nie są dla sie­bie stwo­rze­ni; że nie jest tak faj­na, ład­na i chu­da, jak my­ślał; że czu­je się oszu­ka­ny; i w koń­cu że zna­lazł ko­goś in­ne­go. Lep­sze­go. Ko­goś bar­dziej w swo­im sty­lu, kto ro­zu­mie go le­piej.

Tak, wszyst­kie te czar­ne mary i oba­wy krę­cą się wo­kół Łu­cji od mo­men­tu, w któ­rym Adam za­czął za­kry­wać przed nią pew­ną część sie­bie. Nie­po­kój, któ­ry od pew­ne­go cza­su bu­dzi się w niej, chwy­ta ją za gar­dło i nie chce od­pu­ścić. Dla­te­go też ostat­nio je wię­cej i prze­sta­je re­gu­lar­nie ćwi­czyć, żeby ja­koś za­głu­szyć na­ra­sta­ją­ce w niej lęki i emo­cje.

Sło­wa Ada­ma uspo­ka­ja­ją ją. Je­śli nie cho­dzi o nią, a tyl­ko o losy pla­ne­ty, na któ­rej miesz­ka­ją — wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

— …i dla­te­go wła­śnie jesz­cze się do te­raz nie po­zna­ły­ście, ale chciał­bym to wkrót­ce nad­ro­bić — koń­czy swo­ją wy­po­wiedź upa­dły, a Łu­cja uświa­da­mia so­bie, że przez ostat­nie trzy mi­nu­ty wca­le go nie słu­cha­ła, po­wra­ca­jąc w gło­wie do pla­no­wa­nia ich za­gra­nicz­nej po­dró­ży.

— Nie po­zna­łam kogo? — pyta, zdzi­wio­na.

— No… Róży. Nie słu­cha­łaś mnie? — pyta z miną tak bar­dzo prze­ję­tą, że dziew­czy­nie po pro­stu głu­pio jest przy­znać się, że nie, nie słu­cha­ła go.

— Słu­cha­łam uważ­nie, chcia­łam się tyl­ko upew­nić. To kie­dy się po­zna­my? — do­py­tu­je, czu­jąc, że jed­nak po­win­na mieć pew­ne oba­wy.

To, że jest ja­kaś inna dziew­czy­na w jego ży­ciu, choć­by tyl­ko i przy­ja­ciół­ka czy ko­le­żan­ka, nie jest do koń­ca bez­piecz­ne. Trze­ba przy­znać, że Adam za­cho­wu­je się fair, mó­wiąc o niej, jed­nak Łu­cja musi mieć się na bacz­no­ści — czu­je przez skó­rę, że ta spra­wa nie do koń­ca jest wy­ja­śnio­na.

— Ko­cha­nie, na pew­no was so­bie przed­sta­wię, ale jesz­cze nie te­raz. Może za mie­siąc lub dwa… — stwier­dza, wzdy­cha­jąc i roz­kła­da­jąc ręce w ge­ście re­zy­gna­cji.

Wszyst­ko wska­zu­je na to, że jego dziew­czy­na nie przy­po­mnia­ła so­bie jesz­cze tej czę­ści opo­wie­ści. Nie pa­mię­ta ani Róży, ani tego, że obie nie­zbyt za sobą prze­pa­da­ją… Ani naj­waż­niej­szej czę­ści hi­sto­rii, a mia­no­wi­cie tego, że kie­dy Róża zja­wia się w ich ży­ciu, do­syć szyb­ko po­ja­wia­ją się w nim spo­re kom­pli­ka­cje i utrud­nie­nia. Dla­te­go też Adam od­wle­ka w cza­sie ich spo­tka­nie, li­cząc, że tym spo­so­bem wy­dłu­ży okres bło­gie­go spo­ko­ju i emo­cjo­nal­ne­go le­ni­stwa. Nie­ste­ty, nie jest to ta­kie pro­ste, jak by się mo­gło wy­da­wać: od­wle­ka­nie w cza­sie mo­men­tu ich po­zna­nia sta­no­wi rów­nież od­wle­ka­nie w cza­sie tego, co nie­unik­nio­ne. „A im szyb­ciej się z tym zmie­rzy­my, tym więk­sze szan­se na to, że jed­nak prze­ży­je­my” — roz­wa­ża w my­ślach.

— OK. Dzię­ki, że mi o tym mó­wisz, to wie­le dla mnie zna­czy. Będę te­raz spo­koj­niej­sza, a jak już na­dej­dzie wła­ści­wa pora, to wte­dy wró­ci­my do roz­mo­wy o spo­tka­niu — stwier­dza Łu­cja. Czu­je zmę­cze­nie i ma dość ga­da­nia na dziś.

— Do­brze, anioł­ku — mówi Adam, przy­glą­da­jąc się ba­daw­czo swo­jej dziew­czy­nie i osza­co­wu­jąc szan­se na szyb­ki nu­me­rek w prze­rwie na re­kla­my w Grze o tron.

Szan­se oka­zu­ją się cał­kiem spo­re.

2. Ravioli Róży

Do­cho­dzi siód­ma. Kot śpi na sto­le, zwi­nię­ty w kłę­bek, jed­nak pu­szy­sty czu­bek jego ogo­na zwi­sa z bla­tu i maj­ta się raz w jed­ną, raz w dru­gą stro­nę.

— Zro­bię so­bie ka­kao na mle­ku so­jo­wym, bo czy może być coś pysz­niej­sze­go, smacz­niej­sze­go, coś bar­dziej na miej­scu niż go­rą­ce ka­kao w chłod­ny zi­mo­wy wie­czór? — za­sta­na­wia się gło­śno.

Do­da­je pół ły­żecz­ki cy­na­mo­nu, do­sła­dza mio­dem i sta­wia­jąc kre­mo­wy ku­bek na pa­ra­pe­cie, wy­glą­da przez okno. Chmu­ry prze­rze­dza­ją się, wiatr usta­je, wszyst­ko więc wska­zu­je na to, że się spo­tka­ją.

Wie­czór re­zer­wu­je cały dla nie­go. Naj­pierw mają tro­chę po­bie­gać, choć wy­raz „tro­chę” w słow­ni­ku Ada­ma ozna­cza do­brych kil­ka ki­lo­me­trów. Stąd też to ka­kao — przy­rzą­dza je, żeby roz­grzać się we­wnętrz­nie przed du­żym wy­sił­kiem. Po­tem pla­nu­ją wpaść do niej i tro­chę po­ga­dać, mają kil­ka spraw do omó­wie­nia.

Z po­dzi­wem pa­trzy na swój sze­ro­ki pa­ra­pet, któ­ry ostat­nio grun­tow­nie uprząt­nę­ła: słu­ży jej te­raz za sto­lik noc­ny. Pre­zen­tu­je się rów­nie oka­za­le i za­chę­ca­ją­co, jak miesz­ka­nio­we sty­li­za­cje z naj­now­sze­go ka­ta­lo­gu Ikei, któ­ry do­pie­ro co wy­ję­ła ze skrzyn­ki. Cze­ka na przej­rze­nie, jesz­cze cie­pły, nie­od­pie­czę­to­wa­ny. Od pew­ne­go cza­su zmie­rza w kie­run­ku mi­ni­ma­li­zmu, co oczy­wi­ście ostat­nim ra­zem, gdy się wi­dzie­li, nie uszło uwa­gi jej ko­cha­ne­go Ada­sia:

— Mniej ciu­chów? Mniej ksią­żek? Ko­cha­nie, a gdzie się po­dzia­ły wszyst­kie two­je ma­gicz­ne szpar­ga­ły?

— Ro­bię ży­cio­we po­rząd­ki, po­zby­wam się tego, co już nie jest ze mną w har­mo­nii — od­po­wia­da od nie­chce­nia, mru­ga­jąc do nie­go za­lot­nie.

— Cie­szę się. To znak, że w koń­cu doj­rze­wasz — stwier­dza, jak to on: po­waż­nie, choć z nutą iro­nii w gło­sie.

— Adam, może i je­steś ode mnie star­szy i wyż­szy, ale two­je cią­głe i nie­ustan­ne sta­wia­nie się na pie­de­sta­le mo­men­ta­mi po­tra­fi być na­praw­dę iry­tu­ją­ce.

— Ale ja nie sta­wiam się na pie­de­sta­le. Ja tyl­ko wy­ra­żam moją ra­dość zwią­za­ną z fak­tem, że do­ra­stasz. To miło po­pa­trzeć na to, uczest­ni­czyć w tym pro­ce­sie — od­po­wia­da z ogrom­nie po­waż­ną miną. Jak­by to, co mó­wił, sta­no­wi­ło je­dy­ną i nie­za­prze­czal­ną praw­dę wszech­świa­ta.

Do­brze wie­dząc, że nie ma naj­mniej­sze­go sen­su o tym z nim dys­ku­to­wać ani tym bar­dziej zło­ścić się na ko­goś, kogo zna się od uro­dze­nia — nie ko­men­tu­je tego. Bie­rze głę­bo­ki, uwal­nia­ją­cy od­dech i po­now­nie wy­glą­da za okno, od­ci­na­jąc się od tam­tych wspo­mnień. Wi­dok za­pie­ra dech w pier­siach: za­cho­dzą­ce słoń­ce oświe­tla czub­ki kil­ku naj­wyż­szych drzew — brzóz i tui. Ko­lor nie­ba przy­po­mi­na sta­lo­wo­ró­żo­we caf­fè lat­te (tak, do­kład­nie tak, jak to so­bie te­raz wy­obra­żasz). Po­ru­szo­na wi­do­kiem uśmie­cha się do sa­mej sie­bie i raz jesz­cze spo­glą­da na pa­ra­pet, na któ­rym z le­wej stro­ny stoi ma­lo­wa­ny ko­mi­nek za­pa­cho­wy w kształ­cie dom­ku, któ­re­go od pew­ne­go cza­su uży­wa prak­tycz­nie co­dzien­nie. W za­leż­no­ści od po­trzeb i na­stro­ju do­da­je parę kro­pel la­wen­dy dla uko­je­nia ner­wów, olej­ku po­ma­rań­czo­we­go dla wzmoc­nie­nia ener­gii czy ge­ra­nium dla wy­ci­sze­nia i uspo­ko­je­nia. Obok dom­ku stoi aro­ma­tycz­na maść lecz­ni­cza, na któ­rą skła­da się na­tu­ral­ny ole­jek wy­mie­sza­ny z li­ściem mię­ty, eu­ka­lip­tu­sem i aro­ma­tem cy­try­no­wym. Wą­cha maść, kie­dy czu­je osła­bie­nie czy znie­chę­ce­nie (a je­sie­nią i zimą zda­rza jej się to zde­cy­do­wa­nie czę­ściej niż w po­rze let­nio-wio­sen­nej), a wie­czo­ra­mi sma­ru­je nią skro­nie, prze­gu­by rąk, wma­so­wu­je w sto­py. Ostat­ni ele­ment tej stro­ny pa­ra­pe­tu sta­no­wi no­te­sik w for­mie kub­ka, ku­pio­ny w skle­pie Fly­ing Ti­ger, któ­ry nie­daw­no otwar­li przy Flo­riań­skiej. Nie uwie­rzy­cie, ale na tym no­te­si­ku na­pi­sa­ne jest:ka­kao.

Nie­ste­ty dzwo­nek do drzwi wy­bi­ja ją z ryt­mu, więc tyl­ko wspo­mnę o lamp­ce w ko­lo­rze mię­ty; o wrzo­sach w bia­ło-ró­żo­wej do­nicz­ce i ja­sno­kre­mo­wym se­gre­ga­to­rze w czar­ne wie­lo­ry­by, do któ­re­go wkła­da ze­szy­ty z no­tat­ka­mi; książ­ce, któ­rą aku­rat czy­ta przed snem (a jest to obec­nieDro­ga rza­dziej prze­mie­rza­naM. Scot­ta Pe­cka) i dłu­go­pi­sie w kształ­cie Ja­pon­ki ze śmiesz­ny­mi wło­sa­mi: żeby go otwo­rzyć, trze­ba na­ci­snąć na ko­kard­kę, któ­ra spi­na pla­sti­ko­wą fry­zu­rę. Wie­czo­ra­mi, kie­dy gasi gór­ne świa­tło, zo­sta­wia za­pa­lo­ną w dom­ku świe­cę i włą­czo­ną mię­to­wą lamp­kę z me­ta­lo­wym, po­dziur­ko­wa­nym aba­żu­rem. Cie­nie, któ­re lam­pa rzu­ca na ścia­nę i su­fit, nie­raz sta­no­wią dla niej źró­dło za­chwy­tu i in­spi­ra­cji. Tak, lubi cie­nie, lu­stra, od­bi­cia, na­kła­da­ją­ce się na sie­bie ob­ra­zy. To wła­śnie dla­te­go Adam chce się dziś z nią spo­tkać. Wie o tym. I już od kil­ku dni przy­go­to­wu­je się psy­chicz­nie i fi­zycz­nie do tego spo­tka­nia.

— Cześć, Adam — wita go, otwie­ra­jąc drzwi.

— Cześć, Różo. Ład­nie dziś wy­glą­dasz — stwier­dza, ca­łu­jąc ją w po­li­czek i zdej­mu­jąc z sie­bie czar­ną blu­zę z kap­tu­rem.

Dziew­czy­na od­bie­ra ją od nie­go i wie­sza na wie­sza­ku w się­ga­ją­cej su­fi­tu sza­fie w przed­po­ko­ju.

— Dzię­ki, ty też — od­da­je kom­ple­ment za kom­ple­ment. Za­słu­żo­ny, tak na mar­gi­ne­sie mó­wiąc. — Wi­dzę, że ży­cie we dwój­kę na­praw­dę ci słu­ży.

— Są­dzi­łaś, że bę­dzie ina­czej?

— Może nie tyle są­dzi­łam, co by­łam cie­ka­wa, czy wspól­ne obiad­ki i nie­prze­spa­ne noce wpły­ną ja­koś na two­ją wy­spor­to­wa­ną i umię­śnio­ną syl­wet­kę.

— I jaka jest two­ja oce­na? — pyta zu­peł­nie po­waż­nie, nie uśmie­cha­jąc się. Czyż­by na­praw­dę był cie­kaw jej opi­nii w tej kwe­stii?

— My­ślę, że do­brze wiesz jaka.

— Tak, wiem. Ale tak rzad­ko sły­szę od cie­bie miłe sło­wa, nie mó­wiąc już o kom­ple­men­tach, że po­my­śla­łem so­bie, iż faj­nie by­ło­by usły­szeć z two­ich ust coś w sty­lu: Adam, su­per wy­glą­dasz. Widzę, że do­brze so­bie ra­dzisz, że od­naj­du­jesz się w związ­ku. Wy­da­jesz się bar­dzo szczę­śli­wy. Cie­szę się z tobą ca­łym ser­cem.

— No, z tym ser­cem to już prze­sa­dzi­łeś.

— OK, to po „z tobą” po­staw­my krop­kę i wte­dy bę­dzie do­brze?

— Ale że co? Mnie ma cie­szyć, że do­brze wy­glą­dasz? A co mnie to, do cho­le­ry, ob­cho­dzi?! — war­czy na nie­go, chwi­lę póź­niej mo­men­tal­nie się sto­pu­jąc. — Adaś, prze­pra­szam, sama nie wiem, co się ze mną dzie­je — do­da­je, a on spo­glą­da na nią po­dejrz­li­wie.

— I wła­śnie dla­te­go chcia­łem z tobą po­roz­ma­wiać. Ale naj­pierw prze­bie­gnij­my się. To nam po­mo­że zrzu­cić nie­co nad­pro­gra­mo­wych emo­cji.

— Do­bra — od­po­wia­da krót­ko.

Ubie­ra­ją się i wy­cho­dzą przed dom. Bie­giem ru­sza­ją w stro­nę par­ku. Nie mogą po­zwo­lić so­bie na tra­ce­nie tak cen­ne­go dla nich wszyst­kich cza­su. Róża czu­je we­wnętrz­nie, że wiel­ki­mi kro­ka­mi zbli­ża­ją się spo­re zmia­ny. Wła­śnie dla­te­go tak bar­dzo za­le­ża­ło jej na spo­tka­niu z Ada­mem. Rów­nież dla­te­go po­sta­no­wi­ła gryźć się w ję­zyk za każ­dym ra­zem, gdy mia­ła ocho­tę mu do­piec, choć­by tyl­ko i sym­bo­licz­nie.

Nie moż­na po­wie­dzieć, że nie prze­pa­da­ją za sobą. To nie to. To coś bar­dziej w sty­lu: „Wku­rzasz mnie, bo je­steś do mnie bar­dzo po­dob­ny. I nie mów tego, co chcesz te­raz po­wie­dzieć, bo do­brze wiem, co to jest i wca­le nie bę­dzie to śmiesz­ne”. Adam jest star­szy od niej za­le­d­wie o kil­ka­na­ście ty­siąc­le­ci, nie jest to więc okres na tyle zna­czą­cy, żeby mógł się tym szczy­cić i prze­chwa­lać. Ale on oczy­wi­ście robi to, udo­wad­nia­jąc jej na każ­dym kro­ku, że jest star­szy, a przez to i mą­drzej­szy.

— Ale to nie ja ze­sko­czy­łam na Zie­mię jako pierw­sza! — wy­krzy­cza­ła mu kie­dyś.

Nic nie od­parł, spu­ścił smut­no wzrok, co mu się prze­cież prak­tycz­nie ni­g­dy nie zda­rza, i do­pie­ro ja­kiś czas póź­niej po­wie­dział:

— Prze­pra­szam. Przy­kro mi, że tak się sta­ło. Nie mia­łem po­ję­cia, że sko­czysz za mną.

Roz­my­śla­ła o tym ostat­nio…

* * *

Cóż, miał ra­cję, a za­ra­zem wca­le jej nie miał. Czy na­praw­dę nie są­dził, że udam się za nim? Że będę pró­bo­wa­ła go za­wró­cić, że nie zo­sta­wię go sa­me­go? Na Boga, prze­cież by­łam i na­dal je­stem jego przy­ja­ciół­ką! Kogo bliż­sze­go ma ode mnie? OK, nie za­wsze się mię­dzy nami ukła­da­ło, lu­bi­my so­bie do­gry­zać i nie pa­ła­my wo­bec sie­bie wiel­kim, cie­płym i roz­mem­ła­nym uczu­ciem, ta­kim ja­kie on żywi te­raz do tej swo­jej ludz­kiej dziew­czy­ny. Na­rze­czo­nej — jak sam ją okre­śla.

Ale ja je­stem inna od niej i po pierw­sze, nie mogę do koń­ca zro­zu­mieć, co ona wi­dzi w tym py­szał­ko­wa­tym, za­du­fa­nym w so­bie anioł­ku, któ­ry chy­ba za moc­no ude­rzył się w gło­wę, gdy upa­dał… Ada­ma trze­ba trzy­mać krót­ko, a ona wpa­tru­je się w nie­go jak w ob­ra­zek! Słu­cha go jak au­to­ry­te­tu i wszę­dzie za nim cho­dzi! Skut­kiem cze­go Adaś sta­je się prze­sad­nie pew­ny sie­bie, a brak po­ko­ry bywa zgub­ny, wiem coś o tym. A po dru­gie, ży­wię we­wnętrz­ną ura­zę, sama nie wiem, czy do sie­bie, czy do nie­go, o to, że się tu zna­leź­li­śmy. Że mi­ja­ją ko­lej­ne ty­siąc­le­cia, a my na­dal tkwi­my na Zie­mi bez celu i bez żad­ne­go, naj­mniej­sze­go na­wet sen­su. Wku­rza mnie to ogrom­nie i iry­tu­je. Ale cóż mogę zro­bić? Nic. Przy­szło mi za­ak­cep­to­wać fakt, że choć je­stem naj­bliż­szą przy­ja­ciół­ką praw­dzi­we­go upa­dłe­go ar­cha­nio­ła, ba, po­mi­mo iż sama z wła­snej woli uda­łam się chwi­lę po nim pro­sto na Zie­mię, to ani ja, ani on nie mo­że­my spro­wa­dzić nas z po­wro­tem na górę. Może to zro­bić tyl­ko jed­na oso­ba… Ona. Łu­cja, dziew­czy­na Ada­ma, o po­twor­nie pre­ten­sjo­nal­nym imie­niu. Czy na­praw­dę ro­dzi­ce nie mo­gli na­zwać jej nor­mal­nie, odro­bi­nę bar­dziej zwy­czaj­nie? Prze­cież Łu­cja to imię dla ja­kiejś sta­ro­daw­nej świę­tej czy śre­dnio­wiecz­nej, eg­zal­to­wa­nej mnisz­ki! Co złe­go jest w Ju­lii, Alek­san­drze czy Zu­zan­nie? Albo w Róży? Róża to naj­pięk­niej­sze, naj­cu­dow­niej­sze i naj­faj­niej­sze imię, ja­kie mo­gła­bym so­bie wy­ma­rzyć. Adam oczy­wi­ście do­gry­za mi z jego po­wo­du, chy­ba nie mu­szę tłu­ma­czyć dla­cze­go?

— Adam, nie za­cho­wuj się, jak­bym mia­ła kol­ce — po­wie­dzia­łam mu kie­dyś, po­nie­waż oso­bi­ście uwa­żam sie­bie za wy­jąt­ko­wo ła­god­ną i po­ko­jo­wo na­sta­wio­ną do świa­ta anie­li­cę.

— To nie cho­dzi o to, czy masz kol­ce, czy nie. Cho­dzi o to, że cią­gle nimi kłu­jesz — od­po­wie­dział mi bez­czel­nie.

Cóż, fak­tem jest, że bez­względ­na szcze­rość Ada­ma czę­sto gra­ni­czy z bez­czel­no­ścią. Ale na­le­ży wziąć pod uwa­gę to, że ja też nie na­le­żę do ci­chych i po­kor­nych istot. Za­wsze sta­wiam na swo­im, gło­śno wy­ra­żam swo­je zda­nie — ina­czej niż ta jego mi­mo­za — dla­te­go też przy­jaźń z Ada­mem, choć cza­sa­mi bywa trud­na, jest przede wszyst­kim ogrom­nie war­to­ścio­wa. Nikt, tak jak on, nie wspie­ra mnie, nie mo­ty­wu­je, ale też i nie ko­pie w ty­łek, kie­dy uzna to za sto­sow­ne. Za to wła­śnie naj­bar­dziej go ce­nię i dla­te­go też prze­nig­dy nie za­mie­rzam go stra­cić.

Co nie zmie­nia fak­tu, że do imie­nia Łu­cja po pro­stu nie po­tra­fię się prze­ko­nać. Oba­wiam się, że nie prze­ko­nam się rów­nież do jego wła­ści­ciel­ki, a jak do­my­ślam się już od pew­ne­go cza­su, Adam pew­nie w koń­cu za­pro­po­nu­je, że­by­śmy spo­tka­li się we trój­kę. Mó­wiąc szcze­rze, nie bar­dzo mam na to ocho­tę. Wy­star­czą mi spo­tka­nia z sa­mym Ada­siem raz w mie­sią­cu. Je­śli za­cznie przy­cho­dzić na nie ze swo­ją dziew­czy­ną, może to ne­ga­tyw­nie wpły­nąć na na­szą, i tak już moc­no nad­szarp­nię­tą, re­la­cję. A wie­cie, co w tym wszyst­kim jest naj­gor­sze? To, że Adam oczy­wi­ście ba­ga­te­li­zu­je tę spra­wę. Mówi: „Może nie bę­dzie tak źle? Może się jed­nak do niej prze­ko­nasz? Może się na­wet po­lu­bi­cie?”. Nie są­dzę, aby tak się sta­ło, ale co zro­bić…? Czas po­ka­że, że mia­łam ra­cję, bo za­wsze mam, prze­cież od po­cząt­ku mó­wi­łam mu: „Nie schodź w ma­te­rię”…

* * *

Róża ma ja­sną cerę, wy­ra­zi­ste usta o chłod­nym, fio­le­to­wym od­cie­niu dzi­kiej róży, blond wło­sy, któ­re naj­bar­dziej lubi wią­zać w su­peł tuż nad kar­kiem albo spi­nać wy­so­ko na czub­ku gło­wy… Lubi styl, jak by to Adam na­zwał: sta­ro­mod­ny, na któ­ry skła­da­ją się ko­ron­ko­we ko­szu­le z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi i fal­ba­na­mi, ozdo­by z kwia­tów i mo­ty­li, ko­cha brosz­ki i ogrom­ne zło­te pier­ścion­ki z za­to­pio­ny­mi w nich ko­lo­ro­wy­mi ka­mie­nia­mi. Na­wet je­śli spo­ty­ka­ją się z Ada­mem tyl­ko na tre­ning, za­wsze dba o to, żeby przy­ozdo­bić strój do bie­ga­nia ręcz­nie ha­fto­wa­ną je­dwab­ną szar­fą, któ­rą opla­ta się w pa­sie lub zwią­zu­je nią wło­sy. Nie za­po­mi­na też o kol­czy­kach z oczkiem z bursz­ty­nu czy o pier­ścion­ku z fio­le­to­wą per­łą.

— Róża? — pyta Adam, kie­dy bie­gną już od do­brych dwu­dzie­stu mi­nut. — Zbie­ra się na deszcz. Za­wróć­my i po­bie­gnij­my już do domu, po co mamy prze­mok­nąć?

Dziew­czy­na nie wie­rzy wła­snym uszom! Adam chce wra­cać do domu i koń­czyć bie­ga­nie wcze­śniej z po­wo­du desz­czu?! To się ni­g­dy przed­tem nie zda­rzy­ło. Może spra­wa, o któ­rej mie­li po­roz­ma­wiać, jest na tyle pil­na, że nie chce tego dłu­żej od­kła­dać?

„A może po pro­stu bo­isz się, że zmok­niesz i two­ja dziew­czy­na ze­zło­ści się na cie­bie za prze­mo­czo­ne gat­ki?” — ci­śnie jej się na usta, ale po­wścią­ga swo­ją wro­dzo­ną zło­śli­wość i za­cho­wu­je ten ko­men­tarz tyl­ko dla sie­bie. Wi­dzi­cie? Go­dzi­ny me­dy­ta­cji po­łą­czo­nej z aro­ma­te­ra­pią na coś się w koń­cu przy­da­ły.

Fak­tycz­nie, deszcz za­ci­na co­raz moc­niej, kie­dy do­bie­ga­ją do domu. Wbi­ja­ją kod na do­mo­fo­nie i zmar­z­nię­ci szyb­ko wcho­dzą do środ­ka. Bę­dąc już w miesz­ka­niu, prze­bie­ra­ją się w su­che i cie­płe rze­czy, Róża na­sta­wia wodę na her­ba­tę i po­wo­li za­sia­da­ją do ich co­mie­sięcz­nej bra­ter­sko-sio­strza­nej ko­la­cji. Zwy­kle spo­ty­ka­ją się na prze­mian raz u niej, raz u nie­go, ale od­kąd Adam za­miesz­kał z dziew­czy­ną, Róża woli uma­wiać się tyl­ko u sie­bie.

— Na dzi­siej­szą ko­la­cję za­pla­no­wa­łam ra­vio­li z pie­czo­ną dy­nią. Na de­ser przy­go­to­wa­łam szar­lot­kę na cie­pło, z cy­na­mo­no­wą kru­szon­ką i pra­żo­ny­mi orze­cha­mi pe­can.

— Brzmi prze­pysz­nie. Po­mo­gę ci — mówi i obo­je uda­ją się do kuch­ni.

Za oknem kró­lu­je już zmrok, deszcz roz­pa­dał się na do­bre, wiatr po­now­nie się roz­hu­lał. W kuch­ni jest ja­sno, pa­nu­je cie­pła i do­mo­wa at­mos­fe­ra. Nie chce się stąd wy­cho­dzić. Świa­tła lamp ulicz­nych od­bi­ja­ją się w szy­bach sza­fek — w oknie nie wi­szą fi­ran­ki ani ża­lu­zje. Co ja­kiś czas sły­chać ryt­micz­ne tu­pa­nie prze­chod­niów i chlu­pa­nie wody w ich bu­tach.

— Różo, nie od­wle­kaj­my tej roz­mo­wy. Mu­si­my przejść przez to i im szyb­ciej za­cznie­my, tym le­piej dla nas oboj­ga. Wiesz o tym prze­cież? — pyta, a po­tem prze­cią­ga się, jak­by chciał zrzu­cić z sie­bie na­pię­cie, stać się bar­dziej ela­stycz­nym w sto­sun­ku do sie­bie i in­nych.

— Wiem, Adam — od­po­wia­da po chwi­li mil­cze­nia.

Pró­bu­je ze­brać my­śli, drew­nia­ną łyż­ką mie­sza­jąc wodę w garn­ku. Na­praw­dę chce, ba, ma­rzy o tym, żeby odło­żyć na bok ich kłót­nie i prze­ko­ma­rza­nia, jed­nak sta­no­wi to dla niej nie lada wy­zwa­nie. Po­ziom wku­rze­nia na Ada­ma za to, że obo­je utknę­li na Zie­mi, jest ogrom­ny.

„Po­wie­cie pew­nie, że sko­czy­łam za nim sama, z wła­snej woli, że mo­głam tego nie ro­bić… Ale po pierw­sze, nie wie­cie o mnie, o nas, wszyst­kie­go. A po dru­gie, Adam to mój bli­ski przy­ja­ciel. To, że cza­sa­mi za nim nie prze­pa­dam, że mnie iry­tu­je, jak nikt inny, nie ozna­cza, że go nie ko­cham. Jest moim bra­tem, moim naj­uko­chań­szym bra­tem, o naj­bar­dziej cze­ko­la­do­wych oczach i naj­cie­plej­szym uśmie­chu świa­ta, i wła­śnie dla­te­go sko­czy­łam za nim w prze­paść. Na­praw­dę nie wy­obra­żam so­bie, że mo­gła­bym po­stą­pić ina­czej” — kon­ty­nu­uje swój we­wnętrz­ny mo­no­log.

— Mu­si­my na nowo za­ufać so­bie i po­sta­wić na szcze­rość. To je­dy­na sen­sow­na dro­ga. Je­śli mamy ja­ką­kol­wiek szan­sę na ura­to­wa­nie się, to tyl­ko je­śli bę­dzie­my dzia­łać ra­zem. Jak dru­ży­na.

— Dru­ży­na A. Le­ciał kie­dyś taki se­rial… — stwier­dza, nie mo­gąc się po­wstrzy­mać.

Jed­nak Adam nie wy­glą­da na ura­żo­ne­go. Wręcz prze­ciw­nie — uśmie­cha się na­wet.

— Je­śli wo­lisz, mo­że­my się na­zwać Dru­ży­ną R.

— Albo RA. A na­szym go­dłem bę­dzie Oko Ho­ru­sa.

— Oko Ho­ru­sa? My­śla­łem o czymś bar­dziej w kie­run­ku RA-vio­li.

— To ci się aku­rat uda­ło.

— Ale pa­mię­taj, że w na­szym te­amie jest jesz­cze Łu­cja.

— Któ­ra pew­nie bę­dzie cią­gnąć za sobą tego zde­ze­lo­wa­ne­go ży­ciem wam­pi­ra…

— Co spra­wia, że na­zwę na­szej sa­mo­zwań­czej gru­py sa­mo­po­mo­co­wej trze­ba prze­kształ­cić w Dru­ży­nę… RAŁM?

— Może MRAŁ? Wiesz, że lu­bię koty, na­wet by mi to pa­so­wa­ło. Jed­nak oba­wiam się, że z taką na­zwą da­le­ko nie zaj­dzie­my. Wy­śmie­ją nas już przy pierw­szym por­ta­lu.

— Może to i do­brze? Wiesz, jacy są straż­ni­cy. Je­śli zro­bi­my na nich śmiesz­ne i nie­groź­ne wra­że­nie, to pa­ra­dok­sal­nie mamy więk­szą szan­sę na prze­do­sta­nie się na dru­gą stro­nę bra­my. Choć­by i jed­nej. W otwar­tej wal­ce na pew­no z nimi nie wy­gra­my.

— To, co mó­wisz, ma sens, je­dy­nym pro­ble­mem dla mnie jest to, że to wszyst­ko wy­da­je się to­tal­nie głu­pie, dzie­cin­ne i ki­czo­wa­te. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wo­la­ła­bym, że­by­śmy od­cię­li się od po­zo­sta­łej dwój­ki i za­dzia­ła­li sami, na wła­sną rękę. Mo­gli­by­śmy się wte­dy na­zwać Ry­ce­rza­mi Bia­łe­go Pło­mie­nia, Za­gu­bio­ny­mi Wśród Ma­te­rii albo Ko­smicz­nym Świa­teł­kiem Róży i Ada­ma — wy­zna­je.

Ra­vio­li jest już go­to­we, za­czy­na na­kła­dać je na ta­le­rze. Adam wyj­mu­je z szu­fla­dy sztuć­ce i roz­kła­da je rów­no na sto­le.

— Różo, już to prze­ra­bia­li­śmy. Do­brze wiesz, że nie zo­sta­wię Łu­cji, a poza tym to ona jest straż­nicz­ką por­ta­lu. Bez niej nie mamy moż­li­wo­ści, żeby prze­do­stać się przez ziem­skie ba­rie­ry.

— Na­praw­dę nie ma in­ne­go spo­so­bu? Tyl­ko od­po­wiedz szcze­rze — do­da­je po chwi­li wa­ha­nia.

— Nie ma. O ile mi wia­do­mo, to je­dy­na opcja, jaka nam po­zo­sta­ła.

W mil­cze­niu prze­cho­dzą do po­ko­ju. Ta­le­rze pa­ru­ją, w po­miesz­cze­niu uno­si się za­pach pie­czo­nej dyni i kar­me­lu. Na sto­le za­pa­la­ją dwie bia­łe świe­ce i jed­ną małą w dom­ku za­pa­cho­wym. „Cedr i so­sna — mówi do sie­bie w my­ślach Róża, wle­wa­jąc do wody kil­ka pach­ną­cych kro­pel. — Ide­al­nie do­peł­nią at­mos­fe­rę dzi­siej­sze­go wie­czo­ru”.

— Ja za­cznę — stwier­dza Róża w prze­rwie po­mię­dzy ko­lej­ny­mi wi­del­ca­mi ra­vio­li.

Ma­ka­ron ugo­to­wa­ny al den­te ide­al­nie kon­tra­stu­je z ak­sa­mit­nym far­szem z lek­ko słod­ka­wej, aro­ma­tycz­nej dyni, tro­chę kle­istej, z orze­cho­wą nutą i odro­bi­ną grec­kiej oli­wy extra vir­gin z pe­stek wi­no­gron i pra­żo…

— Mhm. — Adam chrząk­nię­ciem prze­ry­wa jej we­wnętrz­ne roz­wa­ża­nia. Dziew­czy­na czu­je jego obec­ność w swo­jej gło­wie i mo­men­tal­nie go stam­tąd wy­rzu­ca.

— Do­brze wiesz, że nie ży­czę so­bie, że­byś mi wcho­dził do gło­wy. Zwłasz­cza kie­dy roz­my­ślam o je­dze­niu.

— Wiem, prze­pra­szam, ale nie mo­głem się po­wstrzy­mać. Mia­łaś tak roz­anie­lo­ne spoj­rze­nie, że po pro­stu mu­sia­łem się do­wie­dzieć, o czym tak in­ten­syw­nie roz­my­ślasz.

— No, to już wiesz. A tak na mar­gi­ne­sie: two­ja wy­bran­ka wie już, jak wy­rzu­cać cię z gło­wy, czy jesz­cze nie ra­czy­łeś jej o tej moż­li­wo­ści po­in­for­mo­wać? Może na­dal gme­rasz so­bie bez­kar­nie w jej my­ślach, co? — pyta z wy­ra­cho­wa­ną zło­śli­wo­ścią w gło­sie.

Adam uśmie­cha się zna­czą­co. Nie wy­glą­da na spe­szo­ne­go.

— Jesz­cze nie wspo­mnia­łem. Daję Łu­cji szan­sę, żeby sama to od­kry­ła.

— Aha, a więc tak to ro­ze­gra­łeś. No, spryt­nie, anioł­ku. Mu­szę przy­znać, że do­brze so­bie ra­dzisz z ko­bie­ta­mi.

— Z ko­bie­tą. Jed­ną. Nie za­mie­rzam szu­kać in­nej, więc pro­po­nu­ję od razu zmie­nić te­mat. Może wróć­my do po­cząt­ku. Mia­łaś za­cząć.

— OK — mówi, sku­pia­jąc się mo­men­tal­nie na no­wym te­ma­cie. — Pierw­sze dziw­ne zna­ki za­czę­ły po­ja­wiać się tak jak u więk­szo­ści, po dwa ty­sią­ce dwu­na­stym roku. Za­uwa­żam po­ja­wia­ją­ce się co ja­kiś czas błysz­czą­ce punk­ci­ki, bia­łe i fio­le­to­wo­nie­bie­skie. Wi­dzę dużo bocz­nym wi­dze­niem: smu­gi świa­tła, po­ru­sze­nia ener­gii, mru­gnię­cia, iskrze­nia, za­ry­sy po­sta­ci. Świat bar­dzo się zsyn­chro­ni­zo­wał, jak­by wszyst­ko na­raz za­czę­ło do mnie prze­ma­wiać. Na przy­kład rano za­sta­na­wia­łam się, co przy­go­tu­ję na dzi­siej­szą ko­la­cję, chwi­lę póź­niej dzwo­ni ko­le­żan­ka, któ­ra mówi, że wła­śnie bę­dzie ro­bi­ła ra­vio­li na obiad i czy nie mam ja­kie­goś faj­ne­go prze­pi­su, a za­raz po­tem w te­le­wi­zji wi­dzę re­kla­mę, w trak­cie któ­rej bo­ha­te­ro­wie, jak gdy­by ni­g­dy nic, je­dzą… ra­vio­li! I nie by­ło­by w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, gdy­by nie to, że ta­kie dziw­ne zbie­gi oko­licz­no­ści przy­da­rza­ją mi się non stop, po pro­stu sta­le tego do­świad­czam. Coś mó­wię, coś po­my­ślę i to wy­da­rza się, cza­sem nor­mal­nie, a cza­sem w ja­kiś dziw­ny, po­krę­co­ny spo­sób. Wczo­raj na przy­kład po­czu­łam się bar­dzo smut­na i sa­mot­na. Zde­pry­mo­wa­na, usia­dłam na łóż­ku, przy­kry­łam nogi ko­cem i włą­czy­łam ra­dio. Wiesz, jak brzmia­ły sło­wa pio­sen­ki, któ­ra aku­rat wte­dy le­cia­ła? „Ni­g­dy cię nie opusz­czę, nie czuj się sa­mot­na, za­wsze je­stem przy to­bie”.

Wi­dząc, że Adam jest za­in­te­re­so­wa­ny jej przy­dłu­gim wy­wo­dem, co zda­rza się na­praw­dę rzad­ko, kon­ty­nu­uje bez chwi­li na od­dech:

— Po­tem do­szła za­ba­wa z cie­nia­mi: ktoś do mnie ewi­dent­nie prze­ma­wia po­przez nie. No i od­bi­cia. Z od­bi­cia­mi to już kla­sy­ka. Wi­dzę, jak świa­ty na­kła­da­ją się na sie­bie, jak na­war­stwia­ją się. To za­gęsz­cze­nie sta­le na­ra­sta i mo­men­ta­mi za­sta­na­wiam się, gdzie tak na­praw­dę je­stem i co jest praw­dzi­we: ja czy moje od­bi­cie. A może od­bi­cie w od­bi­ciu, jak sel­fie ro­bio­ne w lu­strze? Za­czę­ło się od za­sta­na­wia­nia się nad praw­dzi­wo­ścią świa­ta, nad jego na­ma­cal­no­ścią. Pa­trzy­łam w swo­je od­bi­cia w szy­bach do­mów i mi­ja­nych skle­pów: je­śli ktoś na­grał­by mnie i moje od­bi­cie, a po­tem obej­rzał na fil­mie, to tak na do­brą spra­wę nie był­by w sta­nie stwier­dzić, czy mó­wi­łam do nie­go ja, czy ta dru­ga, ta nie­ma­te­rial­na oso­ba. Od tego cza­su za­czę­łam bacz­nie przy­glą­dać się od­bi­ciom i temu, jak świa­ty — ten re­al­ny i ten od­bi­ty — na­kła­da­ją się na sie­bie. Za­sta­na­wiam się czy na­dal two­rzą je­den świat, czy są dwo­ma od­ręb­ny­mi miej­sca­mi? A może na­wet jest ich wię­cej?

Koń­czy i spo­glą­da na po­ma­rań­czo­wą ser­wet­kę, któ­rą w trak­cie mó­wie­nia bez­wied­nie po­dar­ła na małe ka­wa­łecz­ki. Zgar­nia je te­raz pal­cem w jed­no miej­sce, a po­tem zbie­ra w garść i od­kła­da na ta­le­rzyk.

— Do tego do­cho­dzą jesz­cze dziw­ne za­cho­wa­nia, nie do koń­ca moje, wy­ostrzo­ne lub prze­sa­dzo­ne re­ak­cje. Tak jak dziś, kie­dy tuż po two­im przyj­ściu ze­zło­ści­łam się na cie­bie zu­peł­nie bez po­wo­du. To zna­czy po­wód pew­nie by się zna­lazł, ale wca­le nie mia­łam tego na my­śli. Po­czu­łam się tak, jak­by ja­kaś inna część mnie prze­ma­wia­ła wte­dy. To mi się zda­rza co­raz czę­ściej, że nie re­agu­ję jak do­tych­czas, tyl­ko ina­czej. Zwy­kle bar­dziej wy­ra­zi­ście lub od­wrot­nie — dużo sub­tel­niej.