Saga czasu przemiany. Ósme niebo - Łucja Wilewska - ebook
Opis

Historia dwudziestokilkuletniej pracownicy krakowskich centrów outsourcingowych, Łucji, której szara, korporacyjna rzeczywistość zmienia się nie do poznania po tym, gdy we śnie tajemniczy wampir o wzroście koszykarza i wyglądzie blond anioła ratuje jej życie. Wampir ma na imię Mikael, a Łucja zakochuje się w nim i usilnie szuka sposobu na to, by ponownie się z nim zobaczyć. Tymczasem dostaje propozycję pracy w nowej firmie, Corporate Wings BPO. Z pozoru typowa korporacja okazuje się wyjątkowym miejscem: szef rekrutacji, Adam, przyjmuje do pracy przede wszystkim lightworkerów: osoby obdarzone duszami upadłych aniołów i istot pozaziemskich. To opowieść o dorastaniu, poznawaniu prawdziwego siebie, nauce szanowania własnych granic. To historia o wyborze pomiędzy dwoma mężczyznami, pomiędzy namiętnością a miłością. To droga poprzez samego siebie, która prowadzi do odkrycia wyjątkowego skarbu, jakim jest każdy z nas. To pierwszy tom opowieści o miłości i aniołach, a zarazem pierwszej polskiej sagi o lightworkerach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

© To­masz Zu­gaj

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Łu­cja Wi­lew­ska

ISBN 978-83-7835-599-1

Prze­bu­dze­nie. Pro­log

Daw­no nie mia­łam tak wy­jąt­ko­we­go na­stro­ju. Nic mnie nie zło­ści, nie iry­tu­je, nie czu­ję na­wet gło­du, mimo iż od rana zja­dłam tyl­ko jed­no mar­ne jabł­ko. Do­pie­ro po mniej wię­cej dwóch go­dzi­nach za­czę­łam ro­zu­mieć, co jest przy­czy­ną wspa­nia­łe­go hu­mo­ru. Je­stem za­ko­cha­na. Za­ko­cha­na w wam­pi­rze, któ­ry przy­śnił mi się tej nocy.

1. O korn­wa­lij­skich wróż­kach, któ­re zna­ją się na sa­mo­cho­dach

Je­śli mia­ła­bym za za­da­nie stre­ścić do­ko­na­nia swo­je­go ży­cia w rap­tem kil­ku zda­niach, z pew­no­ścią nie sta­no­wi­ło­by to dla mnie pro­ble­mu. Uro­dzi­łam się i od za­wsze miesz­ka­łam w Kra­ko­wie, opusz­cza­jąc mia­sto je­dy­nie w cza­sie fe­rii zi­mo­wych i wa­ka­cji.

Kie­ru­nek stu­diów wy­bra­łam po li­nii naj­mniej­sze­go opo­ru: po­nie­waż nie by­łam or­łem z przed­mio­tów ści­słych ani nie od­zna­cza­łam się szcze­gól­ny­mi umie­jęt­no­ścia­mi w żad­nej z dzie­dzin, po­zo­sta­wa­ły mi je­dy­nie kie­run­ki hu­ma­ni­stycz­ne i wszyst­kie po­zo­sta­łe, nie­skla­sy­fi­ko­wa­ne, ta­kie jak: za­rzą­dza­nie, tu­ry­sty­ka czy nie­szczę­sny mar­ke­ting. Osta­tecz­nie pa­dło na kul­tu­ro­znaw­stwo, bo oprócz sto­sun­ko­wo nie­wiel­kiej licz­by kan­dy­da­tów na jed­no miej­sce (w po­rów­na­niu z fi­lo­lo­gią an­giel­ską, me­dy­cy­ną czy pra­wem) moż­na się było na­uczyć mnó­stwa cie­ka­wych, zu­peł­nie ży­cio­wo nie­przy­dat­nych rze­czy. Po pię­ciu la­tach stu­diów po­tra­fi­łam opo­wie­dzieć co nie­co o re­li­giach In­dii, o zna­kach w ję­zy­ku ja­poń­skim, o zdo­bie­niu i ce­lo­wym oszpe­ca­niu ciał czy o roli gen­der w dzi­siej­szej kul­tu­rze. Nie­ob­ce były mi na­zwi­ska ta­kie jak: Mead, Ma­li­now­ski, Elia­de, Bu­ber czy Ja­nion. Pod­szko­li­łam an­giel­ski i fran­cu­ski, co sta­no­wi­ło głów­ny atut jed­no­stro­ni­co­we­go Cur­ri­cu­lum Vi­tae, któ­re na­pi­sa­łam tuż przed obro­ną pra­cy ma­gi­ster­skiej.

Obro­ni­łam się na po­cząt­ku lip­ca i na wa­ka­cje wy­bra­łam się z gru­pą zna­jo­mych do An­glii. Ra­zem z Paw­łem, Mo­ni­ką i moim bra­tem, Łu­ka­szem, po­je­cha­li­śmy pra­co­wać na far­mie w Korn­wa­lii. Zbie­ra­li­śmy tru­skaw­ki, cza­sem też ple­wi­li­śmy, wie­czo­ry spę­dza­li­śmy na roz­mo­wach (na nic wię­cej nie mie­li­śmy siły), a w week­en­dy jeź­dzi­li­śmy po oko­licz­nych wio­skach i mia­stecz­kach. Zwie­dzi­li­śmy nad­mor­skie Looe, ar­ty­stycz­ne St Ives, Hay­le z naj­więk­szą w Korn­wa­lii pla­żą i pi­rac­kie Pen­zan­ce. Przez trzy mie­sią­ce pra­cy uda­ło mi się odło­żyć osiem­set fun­tów i przy­wieźć ze sobą wa­liz­kę peł­ną wy­traw­nych pa­sties, prze­pysz­nych kró­wek o na­zwie „fud­ge”, któ­re eks­pe­dient­ka w bia­łym far­tu­chu od­kra­ja­ła no­żem z du­że­go blo­ku, i parę prze­wod­ni­ków po cel­tyc­kich kra­inach Wiel­kiej Bry­ta­nii. Przy­wio­złam też ko­lek­cję mniej­szych i więk­szych pi­xies. Te małe, śmiesz­ne stwor­ki to korn­wa­lij­ska od­mia­na pso­tli­wych, ale i bar­dzo po­moc­nych wró­żek. Pi­xies to­wa­rzy­szą mi do dziś, ozda­bia­jąc drzwi wej­ścio­we do mo­je­go miesz­ka­nia czy wi­sząc przy klu­czy­kach do sa­mo­cho­du. Pi­sząc o du­żym po­ko­ju, nie­co ubar­wi­łam rze­czy­wi­stość, ale o tym za chwi­lę.

Jesz­cze w trak­cie po­by­tu w Wiel­kiej Bry­ta­nii roz­po­czę­łam roz­sy­ła­nie CV. Zna­łam re­alia i nie li­czy­łam na kre­atyw­ną, do­brze płat­ną pra­cę. Po stu­diach kul­tu­ro­znaw­czych mia­łam do wy­bo­ru pój­ście do kor­po­ra­cji i kle­pa­nie da­nych za mar­ne gro­sze lub nie­co cie­kaw­szą pra­cę, ale za gro­sze jesz­cze mar­niej­sze. Pa­dło na kor­po­ra­cję, bo tam bra­li wszyst­kich, jak po­pad­nie, bez do­świad­cze­nia i zna­jo­mo­ści, o ile tyl­ko mó­wi­ło się do­brze po an­giel­sku, a naj­le­piej i w dru­gim ob­cym ję­zy­ku.

Pierw­szą pra­cę do­sta­łam już w li­sto­pa­dzie. Przy­ję­to mnie do fir­my out­so­ur­cin­go­wej, do dzia­łu ra­chun­ko­wo­ści. Cho­ciaż nie mia­łam zdol­no­ści ma­te­ma­tycz­nych, te­sty nu­me­rycz­no-ana­li­tycz­ne po­szły mi nad wy­raz do­brze i tym spo­so­bem zo­sta­łam kle­pa­czem fak­tur. Pra­co­wa­łam na sta­no­wi­sku o dum­nie brzmią­cej na­zwie: Ju­nior Ac­co­un­tant. Ra­chun­ko­wość to było coś. Ro­dzi­ce byli za­chwy­ce­ni i mimo iż tłu­ma­czy­łam im, że prze­pi­su­ję je­dy­nie licz­by z fak­tur do sys­te­mu, chwa­li­li się wszyst­kim do­oko­ła, że ich je­dy­na cór­ka robi ka­rie­rę w fi­nan­sach.

Nie­ste­ty, nie pła­ci­li naj­le­piej: na po­czą­tek do­sta­łam ty­siąc dzie­więć­set zło­tych brut­to, z pod­wyż­ką do dwóch ty­się­cy czte­ry­stu po roku pra­cy. Było to nie­wie­le i dar­mo­wa opie­ka me­dycz­na oraz kar­ta Mul­ti­sport nie zni­we­lo­wa­ły nie­sma­ku, któ­ry od­czu­łam po usły­sze­niu o tak zwa­nych wa­run­kach fi­nan­so­wych. Ale lep­sze to niż nic, tak więc przy­ję­łam ofer­tę.

Pra­co­wa­łam przy Bora-Ko­mo­row­skie­go i na­dal miesz­ka­łam z ro­dzi­ca­mi, więc żyło mi się wy­god­nie, ale mało per­spek­ty­wicz­nie. Nie wy­trwa­łam dłu­go w tej fir­mie i po nie­ca­łym roku da­łam się pod­ku­pić ko­lej­nej kor­po­ra­cji out­so­ur­cin­go­wej, dzia­ła­ją­cej w bran­ży za­so­bów ludz­kich – Hu­man Re­so­ur­ces. Daw­niej pew­nie po­wie­dzie­li­by­śmy ka­dry, ale wte­dy wy­star­czy­ła jed­na, dwie ka­dro­we na całą fir­mę. Ta­kie oso­by przyj­mo­wa­ły lu­dzi do pra­cy, zaj­mo­wa­ły się wy­pła­ta­mi, szko­le­nia­mi, ad­mi­ni­stra­cją, po pro­stu wszyst­kim. Te­raz trze­ba było mi­lio­no­we­go ka­pi­ta­łu i trzy­stu lu­dzi pra­cu­ją­cych w spe­cjal­nie dla nich zbu­do­wa­nym biu­row­cu, żeby pra­cow­nik John Smith, prze­by­wa­ją­cy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, mógł otrzy­mać do­da­tek na opie­kę nad dziec­kiem z naj­bliż­szą pen­sją.

Out­so­ur­cing uwa­ża­łam za zu­peł­nie nie­po­trzeb­ny wy­kwit dzi­siej­szych kor­po­ra­cyj­nych cza­sów. Nie będę jed­nak ukry­wać, że sta­no­wi­sko So­ur­cing Spe­cia­list i dwa ty­sią­ce osiem­set zło­tych brut­to (plus oczy­wi­ście le­karz pod te­le­fo­nem i dar­mo­wy wstęp na kli­ma­ty­zo­wa­ną salę gim­na­stycz­ną) sta­no­wi­ły ku­szą­cą ofer­tę.

Do pra­cy mia­łam znacz­nie da­lej: z Prąd­ni­ka Bia­łe­go do­jeż­dża­łam na Wa­do­wic­ką, a nad­mie­nię, że po­łu­dnio­wa część Kra­ko­wa sta­no­wi­ła dla mnie ko­niec zna­ne­go mi świa­ta. Czter­dzie­ści mi­nut sta­nia w au­to­bu­sie każ­de­go po­ran­ka spra­wi­ło, że za­czę­łam my­śleć o kup­nie sa­mo­cho­du. Po­nie­waż miesz­ka­łam z ro­dzi­ca­mi, mia­łam odło­żo­nych kil­ka ty­się­cy zło­tych. Do tego do­cho­dzi­ły fun­ty, któ­re na­dal le­ża­ły nie­za­mie­nio­ne na zło­tów­ki.

Ni­g­dy nie by­łam spe­cja­list­ką w dzie­dzi­nie mo­to­ry­za­cji, jed­nak po­tra­fi­łam od­róż­nić die­sel od ben­zy­ny i Fa­bię od Octa­vii. Wie­dzia­łam, że szu­kam sa­mo­cho­du ma­łe­go i eko­no­micz­ne­go, naj­le­piej z in­sta­la­cją ga­zo­wą. Sil­nik mak­sy­mal­nie 1.4, a ko­lor do­wol­ny, byle nie żół­ty, bo zbyt­nio rzu­ca się w oczy, i nie bia­ły, bo za szyb­ko się bru­dzi. Uru­cho­mi­łam kon­tak­ty, po­wy­py­ty­wa­łam zna­jo­mych, któ­rzy na bie­żą­co sie­dzie­li w ofer­tach uży­wa­nych sa­mo­cho­dów, i tym spo­so­bem w nie­ca­łe dwa mie­sią­ce od pod­ję­cia de­cy­zji o kup­nie sta­łam się pra­wo­wi­tą wła­ści­ciel­ką czar­ne­go, dzie­się­cio­let­nie­go gol­fa.

Auto oglą­da­łam ra­zem z tatą. Od za­wsze był zło­tą rącz­ką i znał się nie tyl­ko na sa­mo­cho­dach, ale i na in­nych me­cha­nicz­nych urzą­dze­niach. Z drob­ny­mi na­pra­wa­mi, re­je­stra­cją i ubez­pie­cze­niem zmie­ści­łam się w okrą­głej kwo­cie dzie­się­ciu ty­się­cy zło­tych. Tym sa­mym moje ży­cie zmie­ni­ło się ra­dy­kal­nie: po­zby­łam się wszyst­kich oszczęd­no­ści, za­koń­czy­łam ro­mans z kra­kow­ską ko­mu­ni­ka­cją miej­ską i za­miast co­dzien­nie rano de­ner­wo­wać się i wal­czyć o prze­trwa­nie w prze­peł­nio­nym i dusz­nym au­to­bu­sie li­nii 164, za­czę­łam na­rze­kać na kor­ki i brak miejsc par­kin­go­wych. Sło­wem: sta­łam się kie­row­cą.

Po­mi­ja­jąc mało istot­ny szcze­gół, że utrzy­ma­nie sa­mo­cho­du jest do­syć kosz­tow­ne, ta od­mia­na dała mi dużo wię­cej wol­no­ści i nie­za­leż­no­ści, niż mo­głam się tego spo­dzie­wać. Więk­sze za­ku­py czy wy­pa­dy za mia­sto nie sta­no­wi­ły już dla mnie pro­ble­mu. Pod­czas pierw­szej dłuż­szej wy­pra­wy, w Be­ski­dy, uzna­łam, że czas się w koń­cu unie­za­leż­nić i wy­pro­wa­dzić od ro­dzi­ców. Już wkrót­ce mia­łam skoń­czyć dwa­dzie­ścia sześć lat.

Wkrót­ce po pod­ję­ciu tej de­cy­zji za­czę­łam się wdra­żać w te­mat nie­ru­cho­mo­ści. Ry­nek pier­wot­ny czy wtór­ny, ogrze­wa­nie cen­tral­ne czy kuch­nia łą­czo­na z sa­lo­nem? De­cy­zja nie była pro­sta, a mimo iż ofert było spo­ro, nie­ła­two było zna­leźć tę jed­ną je­dy­ną. Przede wszyst­kim ogra­ni­czał mnie bu­dżet. Po­nie­waż nie spo­ty­ka­łam się z ni­kim na sta­łe i w naj­bliż­szym cza­sie nie pla­no­wa­łam za­mąż­pój­ścia, mo­głam li­czyć tyl­ko na sie­bie. Ro­dzi­ce obie­ca­li, że za­miast po­sa­gu za­fun­du­ją mi pięć do dzie­się­ciu pro­cent ceny miesz­ka­nia, co bę­dzie sta­no­wi­ło wkład wła­sny. Na resz­tę mu­sia­łam wziąć kre­dyt. Mia­łam za­tem dwie opcje: ku­pić miesz­ka­nie małe, ta­nie i sama spła­cać ratę kre­dy­tu, na któ­rą bę­dzie mnie stać, lub za­ry­zy­ko­wać, ku­pić miesz­ka­nie więk­sze i je­den z po­ko­jów pod­na­jąć. Po dłu­gich prze­my­śle­niach do­szłam do wnio­sku, że nie po to za­mie­rzam się wy­pro­wa­dzić od ro­dzi­ców, żeby za­mie­niać ich na no­wych współ­lo­ka­to­rów. Duże miesz­ka­nie wca­le nie było mi po­trzeb­ne, a je­śli kie­dyś nada­rzy się taka ko­niecz­ność, wte­dy obec­ne lo­kum za­wsze moż­na sprze­dać i ku­pić więk­sze.

Ma­jąc na uwa­dze gło­śną ostat­nio spra­wę Le­opar­da, bra­łam pod uwa­gę miesz­ka­nia je­dy­nie z ryn­ku wtór­ne­go, a je­śli miał­by to być ry­nek pier­wot­ny, to tyl­ko ta­kie bu­dyn­ki, któ­re są już wy­bu­do­wa­ne i go­to­we do za­miesz­ka­nia. Każ­de­go wie­czo­ru ślę­cza­łam z kub­kiem kawy albo colą nad ogło­sze­nia­mi w In­ter­ne­cie i szcze­gó­ło­wo je stu­dio­wa­łam. In­te­re­so­wa­ły mnie rów­nież miesz­ka­nia do re­mon­tu: mój tata, wspo­mnia­na zło­ta rącz­ka, sam mógł bar­dzo wie­le zdzia­łać i wy­ka­zy­wał spo­rą chęć po­mo­cy, o ile zaj­dzie taka po­trze­ba. Ja rów­nież nie ba­łam się pędz­la ani młot­ka, a za­ufa­nych elek­try­ków i hy­drau­li­ków mia­łam na szczę­ście spo­ro wśród zna­jo­mych. W koń­cu przy­szło mi coś z tego, że w okre­sie li­ce­al­nym czę­sto spo­ty­ka­łam się z chło­pa­ka­mi z tech­ni­ków, a dzię­ki Fa­ce­bo­oko­wi wie­le z tych zna­jo­mo­ści zo­sta­ło od­no­wio­nych. No i w koń­cu mo­ich dwóch bra­ci też mia­ło­by szan­sę się wy­ka­zać.

Oprócz bu­dże­tu istot­na była dla mnie lo­ka­li­za­cja. Przede wszyst­kim bra­łam pod uwa­gę je­dy­nie ofer­ty miesz­kań usy­tu­owa­nych na pół­noc od Wi­sły. Na cen­trum nie było mnie stać, w No­wej Hu­cie też nie chcia­łam miesz­kać, tak więc zo­sta­wał mi Prąd­nik Bia­ły i Czer­wo­ny, obrze­ża Kro­wo­drzy, ewen­tu­al­nie Bro­no­wi­ce, Czy­ży­ny lub Grze­górz­ki.

Ogło­sze­nia prze­glą­da­łam przez kil­ka mie­się­cy, aż w koń­cu tra­fi­ła się ide­al­na ofer­ta. Bio­rąc pod uwa­gę do­łą­czo­ne do ogło­sze­nia zdję­cia, miesz­ka­nie nie wy­glą­da­ło może prze­sad­nie za­chę­ca­ją­co, ale aku­rat mia­łam wol­ne po­po­łu­dnie i za­dzwo­ni­łam pod nu­mer po­da­ny w ogło­sze­niu. Wła­ści­ciel był chęt­ny, żeby od razu po­ka­zać mi lo­kal, więc po­je­cha­łam tam za­raz po pra­cy. Nie­da­le­ko, bo je­dy­nie na Kro­wo­der­skich Zu­chów. Znaj­do­wa­ło się tam osie­dle dłu­gich, ni­skich blo­ków, zbu­do­wa­nych w la­tach osiem­dzie­sią­tych. Uro­dą nie grze­szy­ły, ale do­oko­ła była zna­ko­mi­ta in­fra­struk­tu­ra i pięć mi­nut pie­cho­tą do pę­tli tram­wa­jo­wej na Kro­wo­drzy Gór­ce. A ko­lej­ne dzie­sięć do ro­dzi­ców, tak więc za­wsze mia­ła­bym bli­sko, żeby wpaść na kawę i po­ga­dać.

„Po­wierzch­nia tego wy­jąt­ko­wo ustaw­ne­go miesz­ka­nia z bal­ko­nem wy­no­si dwa­dzie­ścia dzie­więć me­trów – czy­ta­łam w ogło­sze­niu. – Pod ocie­plo­nym parę lat temu blo­kiem wy­dzie­lo­no licz­ne miej­sca par­kin­go­we. Cena wyj­ścio­wa to pięć ty­się­cy zło­tych za metr, ze wzglę­du na ko­niecz­ność grun­tow­ne­go re­mon­tu”. Zwa­ża­jąc na do­god­ną lo­ka­li­za­cję, cena była zna­ko­mi­ta. Naj­wy­raź­niej wła­ści­cie­lo­wi spie­szy­ło się ze sprze­da­żą, bo po­wie­dział, że jak się szyb­ko zde­cy­du­ję, to sprze­da mi miesz­ka­nie za czte­ry ty­sią­ce dzie­więć­set zło­tych za metr. To już sta­no­wi­ło na­praw­dę świet­ną cenę, a brak win­dy zu­peł­nie mi nie prze­szka­dzał, po­nie­waż lo­kal znaj­do­wał się na pod­wyż­szo­nym par­te­rze (co rów­nież mia­ło zna­cze­nie przy usta­la­niu ceny).

Nie­sa­mo­wi­cie pod­nie­co­na moż­li­wo­ścią szyb­kie­go na­by­cia miesz­ka­nia w do­god­nej lo­ka­li­za­cji, po­sta­no­wi­łam jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru prze­ga­dać spra­wę z ro­dzi­ca­mi.

– Dwa­dzie­ścia dzie­więć me­trów to jest prze­strzeń, któ­ra w zu­peł­no­ści wy­star­czy mi do ży­cia. Jest mała ła­zien­ka z pral­ką i prysz­ni­cem. Kuch­nia, rów­nież mała, ory­gi­nal­nie była od­ręb­nym po­miesz­cze­niem, ale wła­ści­ciel wy­bił ścian­kę dzia­ło­wą i te­raz jest otwar­ta na duży po­kój. Do tego do­cho­dzi sy­pial­nia i bal­kon. Li­cząc po czte­ry dzie­więć­set za metr, to daje nie­wie­le po­nad sto czter­dzie­ści ty­się­cy za kup­no miesz­ka­nia. Oczy­wi­ście trze­ba do tego do­ło­żyć kwo­tę na re­mont i spra­wy urzę­do­we. Ale wie­le bę­dzie­my mo­gli zro­bić sami!

By­łam nie­sa­mo­wi­cie za­afe­ro­wa­na tą sy­tu­acją i nie do­pusz­cza­łam ro­dzi­ców do gło­su. W głę­bi du­szy już wi­dzia­łam sie­bie w tym miesz­ka­niu i żad­ne ar­gu­men­ty nie były w sta­nie od­wieść mnie od tej de­cy­zji.

– Żeby zmi­ni­ma­li­zo­wać kosz­ty re­mon­tu i roz­ło­żyć je w cza­sie – kon­ty­nu­owa­łam po wzię­ciu głęb­sze­go od­de­chu – re­mont ła­zien­ki może od­być się bez wy­mia­ny rur. Co praw­da in­sta­la­cję elek­trycz­ną wy­pa­da­ło­by wy­mie­nić w obu po­ko­jach, ale nie jest to ko­niecz­ne. Na ra­zie będę po­trze­bo­wa­ła je­dy­nie pod­sta­wo­we me­ble: łóż­ko, stół, biur­ko, a to wszyst­ko moż­na ku­pić w Ikei, w ra­tach na trzy lata, więc nie wyj­dzie tak dużo mie­sięcz­nie. Z cza­sem, wia­do­mo, do­ku­pi się po­zo­sta­łe rze­czy. Gła­dzie mógł­by po­ło­żyć tata z chło­pa­ka­mi, ja po­mo­gę przy ma­lo­wa­niu. Po­zo­sta­je też kup­no wy­po­sa­że­nia kuch­ni i ła­zien­ki, bez tego się nie obej­dzie.

Ro­dzi­ce wi­dzie­li, że żad­nym spo­so­bem nie od­cią­gną mnie od po­my­słu za­ku­pu tego miesz­ka­nia, na szczę­ście nie na­ci­ska­li na nowe bu­dow­nic­two. Dzień póź­niej umó­wi­łam się z wła­ści­cie­lem na jesz­cze jed­no oglą­da­nie miesz­ka­nia, tym ra­zem wspól­nie z ro­dzi­ca­mi. Oczy­wi­ście tata wy­pa­trzył kil­ka do­dat­ko­wych uste­rek i trud­no­ści, o któ­rych wła­ści­ciel przy­pad­ko­wo za­po­mniał mi wspo­mnieć, jed­nak nie sta­no­wi­ły one dla mnie pro­ble­mu, a je­dy­nie nie­wiel­kie nie­do­god­no­ści na dro­dze do wiecz­ne­go szczę­ścia oso­by z kre­dy­tem hi­po­tecz­nym na kar­ku.

Ku­pi­łam to miesz­ka­nie. Z po­wo­du wy­pa­trzo­nych przez ojca uste­rek i dzię­ki jego zdol­no­ściom ne­go­cja­cyj­nym sta­nę­ło na ce­nie czte­rech ty­się­cy ośmiu­set pięć­dzie­się­ciu zło­tych za metr kwa­dra­to­wy. Ro­dzi­ce do­ło­ży­li mi czter­na­ście ty­się­cy zło­tych, co było moim wkła­dem wła­snym, na resz­tę bez więk­szych pro­ble­mów do­sta­łam kre­dyt. Za re­mont, ma­te­ria­ły i wy­po­sa­że­nie pła­ci­łam z osob­nej puli ro­dzi­ciel­sko-po­życz­ko­wej. Po­życz­kę na me­ble i sprzę­ty ku­chen­ne i ła­zien­ko­we mia­łam prze­stać spła­cać już po dwóch la­tach. A mie­sięcz­na rata kre­dy­tu hi­po­tecz­ne­go wy­nio­sła rów­ne pięć­set zło­tych, któ­re mia­łam uisz­czać przez lat dwa­dzie­ścia pięć. Tak więc tuż po mo­ich pięć­dzie­sią­tych pierw­szych uro­dzi­nach mia­łam w koń­cu za­miesz­kać w stu­pro­cen­to­wo wła­snym miesz­ka­niu.

Jak już wspo­mi­na­łam wcze­śniej, nie prze­ra­ża­ło mnie to. Po za­koń­cze­niu na­ło­go­we­go prze­glą­da­nia ofert miesz­kań za­czę­łam in­te­re­so­wać się wy­koń­cze­niów­ką i pro­jek­to­wa­niem wnętrz. Nie mi­nę­ły dwa mie­sią­ce, a mo­gła­bym wy­gła­szać wy­kła­dy na uni­wer­sy­te­cie (a przy­naj­mniej w tech­ni­kum bu­dow­la­nym) na te­mat róż­nych ro­dza­jów gre­su, pod­kła­dów ma­lar­skich, róż­nic po­mię­dzy far­ba­mi akry­lo­wy­mi a la­tek­so­wy­mi oraz pa­le­ty ko­lo­ry­stycz­nej i spo­so­bów do­bo­ru oświe­tle­nia do róż­ne­go typu po­miesz­czeń.

Re­mont, jak to zwy­kle z re­mon­tem bywa, kosz­to­wał wię­cej, niż to so­bie za­pla­no­wa­łam, i po­trwał dłu­żej. Osta­tecz­nie wpro­wa­dzi­łam się po pię­ciu mie­sią­cach od daty za­ku­pu miesz­ka­nia. Nie będę w tym miej­scu za­mę­czać was szcze­gó­ło­wym opi­sem miesz­ka­nia i ko­lo­ra­mi, na któ­re osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łam się po wie­lu nie­prze­spa­nych no­cach. Jed­nak nie by­ła­bym sobą, gdy­bym o tym nie opo­wie­dzia­ła, oczy­wi­ście kie­dy na­dej­dzie na to od­po­wied­nia pora.

2. O de­cy­zji biz­ne­so­wej, któ­ra spo­ro na­mie­sza­ła

Mimo iż raty, któ­re spła­ca­łam, nie były bar­dzo wy­so­kie, to jed­nak trud­no było mi do­trwać do pierw­sze­go. Dla­te­go też za­czę­łam roz­glą­dać się za le­piej płat­ną pra­cą. Na szczę­ście dla mnie zło­ży­ło się tak, że fir­ma, w któ­rej pra­co­wa­łam, po­szu­ki­wa­ła pra­cow­ni­ków na sta­no­wi­sko Se­niorSo­ur­cingSpe­cia­list. Pra­ca nie róż­ni­ła się prak­tycz­nie wca­le od tej, któ­rą do­tych­czas wy­ko­ny­wa­łam. Róż­ni­ca, jak dia­beł, tkwi­ła w szcze­gó­łach. Obo­wiąz­ki zo­sta­wa­ły te same, jed­nak było ich znacz­nie wię­cej. W za­mian otrzy­my­wa­ło się sło­wo „star­szy” w na­zwie sta­no­wi­ska, nową umo­wę i ty­siąc zło­tych brut­to pod­wyż­ki. Jak to ma­wia­ją w Kra­ko­wie: „ty­siąc pie­cho­tą nie cho­dzi”. Zło­ży­łam apli­ka­cję i uda­ło mi się do­stać awans. W ku­lu­arach mó­wi­ło się, że jest to jed­no­znacz­ne z pod­pi­sa­niem nie­ofi­cjal­nej lo­jal­ki na dwa lata, ale ni­g­dzie w umo­wie nie było to wy­szcze­gól­nio­ne, więc w ogó­le się tym nie przej­mo­wa­łam.

W dwu­dzie­ste siód­me uro­dzi­ny zro­bi­łam so­bie ra­chu­nek su­mie­nia i do­mo­we­go bu­dże­tu. Od dwóch lat nie by­łam na wa­ka­cjach, do kina cho­dzi­łam je­dy­nie dzię­ki dar­mo­wym bi­le­tom z pra­cy, o te­atrze już daw­no za­po­mnia­łam, a na kawę uma­wia­łam się z dala od okrop­nie dro­gich sie­ció­wek. Mo­głam się na­to­miast po­chwa­lić cia­snym, ale wła­snym miesz­ka­niem, uży­wa­nym gol­fem i cie­płą po­sad­ką w za­gra­nicz­nej fir­mie. Kra­kow­skie ży­cie mło­dych, pięk­nych i zdol­nych sin­gli na wy­da­niu sta­ło przede mną otwo­rem.

Ułu­da sie­lan­ko­we­go ży­cia za­koń­czy­ła się w na­stęp­nym roku, tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Wła­śnie tak wy­jąt­ko­wą porę sze­fo­stwo mo­jej fir­my wy­bra­ło, aby ogło­sić pra­cow­ni­kom, że „de­cy­zją biz­ne­so­wą” spół­ki jest prze­nie­sie­nie cen­trum out­so­ur­cin­go­we­go w tań­sze re­jo­ny świa­ta, w związ­ku z czym mamy przed sobą jesz­cze dwa mie­sią­ce pra­cy i jed­ną do­dat­ko­wą pen­sję w ra­mach od­pra­wy i za­dość­uczy­nie­nia. By­łam, jak wszy­scy zresz­tą, zszo­ko­wa­na i za­ła­ma­na. Co praw­da non stop na­rze­ka­łam na idio­tycz­ną pra­cę, któ­rą mu­szę wy­ko­ny­wać, a zwłasz­cza na spi­sy­wa­nie ra­por­tów z wy­ko­na­nia ra­por­tów, jed­nak ży­łam nie­za­leż­nie, może nie na naj­wyż­szym, ale i nie naj­niż­szym po­zio­mie, i wszyst­ko to­czy­ło się samo do przo­du. By­łam pa­nią w swo­im wła­snym cu­kier­ko­wym świe­cie.

Trze­ba się było jed­nak otrzą­snąć i za­cząć roz­glą­dać za nową pra­cą. Nie­ste­ty, po­czą­tek roku nie ob­fi­to­wał w cie­ka­we ofer­ty, a na do­da­tek na­gle na ryn­ku pra­cy mia­ło się po­ja­wić pra­wie trzy­sta osób o bar­dzo zbli­żo­nym pro­fi­lu. Uru­cho­mi­łam wszel­kie moż­li­we zna­jo­mo­ści i po raz ko­lej­ny za­czę­łam wer­to­wa­nie ogło­szeń, tym ra­zem o pra­cę. Na ryn­ku po­szu­ki­wa­li spe­cja­li­stów od fun­du­szy in­we­sty­cyj­nych za trzy i pół ty­sią­ca brut­to, pra­cow­ni­ków ob­słu­gi klien­ta za czte­ry ty­sią­ce (mi­nu­sem była pra­ca w go­dzi­nach po­po­łu­dnio­wo-wie­czor­nych, po­nie­waż fir­ma dzia­ła­ła na ryn­ku ame­ry­kań­skim). Za­wsze po­zo­sta­wa­ło jesz­cze Big Four, ale tam naj­chęt­niej bra­li mło­dych, wy­ga­da­nych i ta­kich, któ­rzy lu­bią sie­dzieć w nad­go­dzi­nach za dar­mo­chę (do­dam, że ja do nich zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ża­łam).

Po­wy­sy­ła­łam parę CV, ale nie było wiel­kie­go od­ze­wu. Skoń­czył się sta­ry rok, mi­nął sty­czeń, a ja za­czy­na­łam się po­waż­nie de­ner­wo­wać. W naj­czar­niej­szych wi­zjach wi­dzia­łam sie­bie po­wra­ca­ją­cą do ro­dzi­ców i moje uko­cha­ne miesz­ka­nie wy­naj­mo­wa­ne stu­den­tom po to, by mieć na spła­tę kre­dy­tu. Na szczę­ście te wi­zje nie zi­ści­ły się, a to tyl­ko dzię­ki temu, że tego po­ran­ka za­po­mnia­łam wy­łą­czyć te­le­fon w pra­cy.

– Dzień do­bry, na­zy­wam się Adam Roz­toc­ki i dzwo­nię w imie­niu fir­my OK Re­cru­it­ment. Czy mam przy­jem­ność roz­ma­wiać z pa­nią Łu­cją Maj? – za­brzmiał w słu­chaw­ce me­lo­dyj­ny i wy­jąt­ko­wo przy­jem­ny głos.

Od­ru­cho­wo za­ło­ży­łam nogę na nogę, ob­li­za­łam usta i prze­cze­sa­łam ręką roz­pusz­czo­ne ciem­no­brą­zo­we wło­sy.

– Tak, to ja – od­par­łam, do­syć za­sko­czo­na.

Rzad­ko otrzy­mu­ję te­le­fo­ny przed dzie­wią­tą rano. A je­śli już, to są to za­pro­sze­nia na dar­mo­wą cy­to­lo­gię lub po­kaz ża­ro­od­por­nych garn­ków.

– Wspa­nia­le. Czy mia­ła­by pani te­raz ja­kieś pięć, dzie­sięć mi­nut, żeby po­roz­ma­wiać na te­mat ofer­ty pra­cy, któ­rą chciał­bym pani przed­sta­wić?

Szyb­ko ro­zej­rza­łam się do­oko­ła: w biu­rze pa­no­wał względ­ny spo­kój. Bio­rąc pod uwa­gę na­szą obec­ną sy­tu­ację pra­cow­ni­czą, bez szcze­gól­nych wy­rzu­tów su­mie­nia wy­bi­łam się z te­le­fo­nu, wstu­ku­jąc kod „spo­tka­nie z me­ne­dże­rem”. Na­stęp­nie uda­łam się do ma­łe­go, prze­szklo­ne­go po­ko­ju, któ­ry sta­no­wił en­kla­wę ci­szy w ogól­nym roz­gar­dia­szu pa­nu­ją­cym zwy­kle w open spa­ce.

– Za­mie­niam się w słuch – od­par­łam, usa­da­wia­jąc się wy­god­nie na czer­wo­nej so­fie.

– A za­tem: do na­sze­go biu­ra wpły­nę­ło pani CV i po­wiem szcze­rze, że do­kład­nie ta­kiej oso­by jak pani szu­ka­my dla na­sze­go no­we­go klien­ta. – Po chwi­li pau­zy kon­ty­nu­ował: – Jest to fir­ma nowa na pol­skim ryn­ku, z bran­ży IT i w nie­dłu­gim cza­sie bę­dzie otwie­rać swo­je pierw­sze biu­ro. Po­szu­ku­je­my osób na sta­no­wi­ska w dzia­le ob­słu­gi klien­ta, w ob­sza­rze ra­chun­ko­wo­ści, a tak­że w ana­li­zach i mar­ke­tin­gu. Bio­rąc pod uwa­gę pani do­świad­cze­nie i umie­jęt­no­ści, wi­dział­bym pa­nią w dzia­le ana­liz, jed­nak o przy­dzia­le do kon­kret­ne­go ze­spo­łu de­cy­do­wać będą wy­ni­ki As­se­sment Cen­tre, dwóch roz­mów kwa­li­fi­ka­cyj­nych oraz oczy­wi­ście in­dy­wi­du­al­ne pre­fe­ren­cje na­szych kan­dy­da­tów. Czy w tym miej­scu mia­ła­by pani ja­kieś py­ta­nia?

– Ro­zu­miem, że trud­no w tym mo­men­cie mó­wić szcze­gó­ło­wo o za­kre­sie pra­cy… Ale może po­wie mi pan wię­cej o wa­run­kach za­trud­nie­nia? Na kie­dy prze­wi­dy­wa­ne jest ofi­cjal­ne otwar­cie fir­my? Ilu pra­cow­ni­ków ma zo­stać przy­ję­tych? Czy pra­ca jest zmia­no­wa i jaka bę­dzie lo­ka­li­za­cja biu­ra? – po­wie­dzia­łam na jed­nym wy­de­chu, mile pod­bu­do­wa­na uwa­ga­mi re­kru­te­ra.

– Z chę­cią od­po­wiem na wszyst­kie py­ta­nia – od­parł mój roz­mów­ca, któ­ry zda­wał się do­sko­na­le przy­go­to­wa­ny do roz­mo­wy.

– Na swo­ją sie­dzi­bę fir­ma wy­bra­ła Kra­ków Bu­si­ness Park, któ­ry mie­ści się w pod­kra­kow­skim Za­bie­rzo­wie.

„Su­per! – krzyk­nę­łam w my­ślach. – Mia­ła­bym wy­jąt­ko­wo ła­twy do­jazd”.

– Pra­ca jest zmia­no­wa, sie­dem dni w ty­go­dniu. Do­kład­ne go­dzi­ny zo­sta­ną po­da­ne w ter­mi­nie póź­niej­szym, ale prze­wi­du­je­my, że bę­dzie to mniej wię­cej od ósmej, dzie­wią­tej rano do dzie­wią­tej, dzie­sią­tej wie­czo­rem. Oczy­wi­ście za pra­cę w go­dzi­nach noc­nych, je­śli ta­ko­wa mia­ła­by się po­ja­wić, oraz za pra­cę w week­en­dy na­li­cza­ny bę­dzie do­dat­ko­wy bo­nus do pen­sji. Ofi­cjal­ne roz­po­czę­cie pra­cy biu­ra zo­sta­ło wy­zna­czo­ne na dzień dru­gi kwiet­nia. Od przy­szłe­go ty­go­dnia roz­po­czy­na­my prze­pro­wa­dza­nie in­te­rview oraz As­ses­sment Cen­tre, je­śli więc na tym eta­pie jest pani za­in­te­re­so­wa­na moją ofer­tą, to bar­dzo się cie­szę i za­pra­szam na roz­mo­wę w przy­szły wto­rek o czter­na­stej. Czy taki ter­min pani pa­su­je?

– Tak, pa­su­je mi – od­par­łam, za­sko­czo­na szyb­ko­ścią prze­bie­gu roz­mo­wy.

– Wspa­nia­le. A za­tem wi­dzi­my się we wto­rek o czter­na­stej. W cią­gu naj­bliż­szej go­dzi­ny przy­ślę pani mej­la z po­twier­dze­niem i ad­re­sem na­szej pla­ców­ki. Bar­dzo się cie­szę, że zna­la­zła pani dla mnie chwi­lę i że mo­gli­śmy po­roz­ma­wiać.

– Ja rów­nież się cie­szę. Dzię­ku­ję i do zo­ba­cze­nia we wto­rek.

– Dzię­ku­ję, do wi­dze­nia.

Wow, to było szyb­kie. Szyb­kie i kon­kret­ne. Od razu po­pra­wił mi się hu­mor, w koń­cu coś za­czy­na­ło się dziać w te­ma­cie no­wej pra­cy. Za­sta­na­wia­ło mnie tyl­ko, skąd oni mie­li moje CV, sko­ro nie zdą­ży­łam jesz­cze za­ło­żyć pro­fi­li na Lin­ke­din ani na Gol­den­Li­ne… Ale może do­sta­li całą bazę da­nych wszyst­kich pra­cow­ni­ków, za­nim jesz­cze my do­wie­dzie­li­śmy się o zwol­nie­niach? Nie zdzi­wi­ło­by mnie to ani tro­chę. Zresz­tą obec­ny (jesz­cze) pra­co­daw­ca obie­cał po­moc w po­szu­ki­wa­niu pra­cy, więc może nie były to sło­wa rzu­ca­ne na wiatr.

Tak czy ina­czej, we wto­rek mia­łam pierw­szą roz­mo­wę o pra­cę i trze­ba się było do niej po­rząd­nie przy­go­to­wać. Ale naj­pierw cze­kał mnie week­end pe­łen re­lak­su w mroź­nej, zi­mo­wej at­mos­fe­rze. Za­pla­no­wa­łam go­rą­cą cze­ko­la­dę z cy­na­mo­nem, pier­nicz­ki i grza­ne wino z po­ma­rań­cza­mi. Do tego ką­piel z pia­ną, książ­ka i przez cały week­end nie za­mie­rzam na­wet wy­ściu­bić nosa spod koł­dry. Oczy­wi­ście, nie li­cząc go­dzi­ny prze­zna­czo­nej na ką­piel i ko­lej­nej na ma­lo­wa­nie pa­znok­ci i ma­secz­ki upięk­sza­ją­ce. I może ja­kiś faj­ny film wie­czo­rem?

3. As­ses­sment Cen­tre

Kie­dy rów­no o czter­na­stej do­tar­łam do sie­dzi­by agen­cji OK Re­cru­it­ment, by­łam bar­dziej niż zdzi­wio­na. Usa­dzo­no mnie na twar­dym krze­śle w wą­skim ko­ry­ta­rzu, któ­ry naj­wy­raź­niej ro­bił za po­cze­kal­nię, bo wraz ze mną znaj­do­wa­ło się tam z dzie­sięć in­nych osób. Naj­praw­do­po­dob­niej kan­dy­da­tów na sta­no­wi­ska w tej sa­mej fir­mie. W po­wie­trzu dało się wy­czuć na­pię­cie i dusz­ny za­pach mar­ko­wych per­fum. Któ­reś krze­sło skrzyp­nę­ło ze sta­ro­ści lub prze­mę­cze­nia.

Czy to przez roz­tar­gnie­nie, czy z po­wo­du na­zbyt sek­sow­ne­go gło­su re­kru­te­ra, ale w trak­cie roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej nie za­re­je­stro­wa­łam, że dzi­siaj od­by­wa się As­ses­sment Cen­tre. By­łam pew­na, że przy­cho­dzę je­dy­nie na roz­mo­wę face-to-face z pa­nem Ada­mem R. W tym celu ubra­łam się ade­kwat­nie: ko­bie­co, ale nie wy­zy­wa­ją­co. Tym­cza­sem naj­pierw cze­ka­ło mnie kla­sycz­ne sito i prze­pra­wa z in­ny­mi kan­dy­da­ta­mi, z któ­rych każ­dy je­den miał na­dzie­ję na to samo sta­no­wi­sko. Do­pie­ro póź­niej oso­by, któ­re po­zy­tyw­nie przej­dą pierw­szy etap se­lek­cji, mia­ły być kie­ro­wa­ne na in­dy­wi­du­al­ną roz­mo­wę z re­kru­te­rem.

Cóż, nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak przy­go­to­wać się do boju. Bra­łam już udział w jed­nym ta­kim przed­sta­wie­niu, zwa­nym As­ses­sment Cen­tre. Po­le­ga­ło ono na tym, że od­gry­wa­ło się scen­ki gru­po­we lub dys­ku­to­wa­ło na ja­kiś te­mat, po to, by wy­ło­nić tych bar­dziej bły­sko­tli­wych oraz tych, któ­rzy od­zna­cza­li się zdol­no­ścia­mi przy­wód­czy­mi lub roz­jem­czy­mi. Te­ma­ty dy­wa­ga­cji zwy­kle były bar­dziej niż dur­no­wa­te. Przy­kła­do­wo, za­sta­no­wie­nie się nad tym, czy za­chod­nie kor­po­ra­cje po­win­ny po­ma­gać lo­kal­nie, czy sku­piać się na mię­dzy­na­ro­do­wej dzia­łal­no­ści cha­ry­ta­tyw­nej. Albo w jaki spo­sób zor­ga­ni­zo­wać wy­jazd in­te­gra­cyj­ny, gdy ma się do dys­po­zy­cji je­dy­nie jed­ną go­dzi­nę i sto zło­tych w kie­sze­ni. Ge­ne­ral­nie cho­dzi­ło o po­ga­dan­kę na po­waż­ne te­ma­ty ży­cio­we, bie­żą­ce spra­wy z pierw­szych stron ga­zet i naj­go­ręt­sze dy­le­ma­ty lu­dzi z kor­po­świa­ta.

I tym ra­zem „cen­trum oce­ny” prze­bie­gło po­dob­nie, co po­twier­dza­ło­by fakt, że wszy­scy re­kru­te­rzy ko­rzy­sta­ją z tego sa­me­go pod­ręcz­ni­ka (je­dy­ne­go prze­tłu­ma­czo­ne­go na ję­zyk pol­ski). Usa­dzi­li nas przy ogrom­nym, pro­sto­kąt­nym sto­le. Nu­mer miej­sca lo­so­wa­ło się, żeby nikt nie czuł się po­krzyw­dzo­ny. Mnie się po­szczę­ści­ło i za­ję­łam dru­gie naj­waż­niej­sze miej­sce, po pra­wej stro­nie od „pre­ze­sa” (czy­taj: re­kru­te­ra). Naj­pierw wy­peł­nia­li­śmy krót­ką an­kie­tę, a po­tem dwu­dzie­sto­mi­nu­to­wy test ana­li­tycz­ny. Nie był trud­ny, ale wy­ma­gał sku­pie­nia. Na de­ser po­zo­sta­wa­ło za­da­nie gru­po­we.

Każ­dy z nas otrzy­mał kar­tecz­kę, na któ­rej wid­nia­ła na­zwa pro­jek­tu, któ­ry po­ten­cjal­nie mógł być zre­ali­zo­wa­ny w na­szej fir­mie. Na­stęp­nie trze­ba było wy­po­wie­dzieć się na te­mat tej ini­cja­ty­wy w taki spo­sób, żeby prze­ko­nać do niej po­zo­sta­łych uczest­ni­ków. Na ko­niec gło­so­wa­li­śmy, żeby wspól­nie wy­brać naj­lep­szą z pro­po­zy­cji. Do­sta­li­śmy parę mi­nut, żeby przy­go­to­wać się do wy­po­wie­dzi.

Jako pierw­sza zgło­si­ła się dziew­czy­na po le­wej stro­nie od pro­wa­dzą­ce­go dys­ku­sję.

– A więc ja wy­lo­so­wa­łam kar­tecz­kę z na­pi­sem „ba­sen”. Uwa­żam, że jest to do­bry po­mysł, bo każ­dy lubi wodę i przy­da­ło­by się tro­chę ru­chu po pra­cy.

– Ja nie lu­bię wody! – wy­krzy­czał ko­le­ga sie­dzą­cy po­środ­ku sto­łu. Wszy­scy spoj­rze­li na nie­go zdu­mie­ni. – Prze­pra­szam, że prze­rwa­łem, ale na­praw­dę nie lu­bię wody i uwa­żam bu­do­wa­nie ba­se­nu za wy­jąt­ko­wo dro­gą i nie­tra­fio­ną in­we­sty­cję. Sam chciał­bym prze­ko­nać was do stwo­rze­nia dar­mo­wych miejsc par­kin­go­wych dla pra­cow­ni­ków. – Prze­jął pa­łecz­kę od po­przed­niej dziew­czy­ny i naj­wy­raź­niej nie za­mie­rzał już jej od­da­wać. A dziew­czy­na nie wal­czy­ła. Tym go­rzej dla niej. – Sami wie­cie, jak to jest spie­szyć się do pra­cy i póź­niej tra­cić pół go­dzi­ny na szu­ka­nie miej­sca par­kin­go­we­go. A je­śli się go nie znaj­dzie? To się je­dzie jesz­cze da­lej i tym spo­so­bem spóź­nia do pra­cy. Fir­mie przy­no­si to stra­ty, a dla pra­cow­ni­ka to nie­po­trzeb­ny stres. Na­to­miast – kon­ty­nu­ował nie­prze­rwa­nie wy­jąt­ko­wo zde­cy­do­wa­nym gło­sem – gdy­by­śmy stwo­rzy­li dar­mo­we, ła­two do­stęp­ne miej­sca par­kin­go­we tuż pod sie­dzi­bą fir­my, wte­dy pro­blem zo­stał­by raz na za­wsze za­że­gna­ny. Jest to wspa­nia­ła ini­cja­ty­wa, któ­ra za­osz­czę­dzi czas i ner­wy za­rów­no pra­cow­ni­kom, jak i prze­ło­żo­nym. Dzię­ku­ję.

– To może te­raz ja – po­wie­dzia­ła ci­chym gło­sem dziew­czy­na sie­dzą­ca na­prze­ciw pro­wa­dzą­ce­go dys­ku­sję. – Chcia­ła­bym po­krót­ce przed­sta­wić wady i za­le­ty mo­je­go pro­jek­tu. – Jak do­tąd jako pierw­sza od­wa­ży­ła się mó­wić rów­nież o sła­bych stro­nach. Punkt dla niej. – Otóż po­win­ni­śmy za­in­we­sto­wać w coś, co przy­nie­sie wy­mier­ne ko­rzy­ści nie tyl­ko pra­cow­ni­kom, ale i fir­mie. Dla­te­go naj­lep­szym po­my­słem jest otwar­cie wir­tu­al­nej bi­blio­te­ki, w któ­rej pra­cow­ni­cy mo­gli­by nie tyl­ko mieć do­stęp do swo­ich ulu­bio­nych ksią­żek, ale rów­nież brać udział w do­szka­la­ją­cych kur­sach on­li­ne. Tego ro­dza­ju plat­for­my są do­syć kosz­tow­ne, ale efek­ty wi­dać już po paru mie­sią­cach. Wie­dza pra­cow­ni­ków po­sze­rza się, po­lep­sza się rów­nież stan­dard ob­słu­gi klien­ta. Zde­cy­do­wa­nie za­chę­cam do za­gło­so­wa­nia na ten pro­jekt. Dzię­ku­ję.

Po kil­ku na­stęp­nych oso­bach po­zo­sta­łam już tyl­ko ja. Był to za­bieg ce­lo­wy, a za­da­nie mia­łam do­syć pro­ste, przy­naj­mniej z mar­ke­tin­go­we­go punk­tu wi­dze­nia.

– Na po­cząt­ku chcia­ła­bym za­py­tać, co jest pierw­szą czyn­no­ścią, jaką wy­ko­nu­je­cie po przyj­ściu do pra­cy? – za­py­ta­łam z ta­jem­ni­czym uśmie­chem.

– Włą­cze­nie kom­pu­te­ra – od­parł je­den z bar­dziej śmia­łych chło­pa­ków.

– A co ro­bisz w trak­cie, gdy kom­pu­ter włą­cza się i bę­dzie na­dal się włą­czał przez ko­lej­ne pięć, dzie­sięć mi­nut?

– Eee… Idę po kawę?

– Do­kład­nie tak. To te­raz wy­obraź so­bie, że nie ma kawy. Po­myśl so­bie, że przy­je­cha­łeś do pra­cy, za­par­ko­wa­łeś na dar­mo­wym miej­scu dla pra­cow­ni­ków, po­sze­dłeś na ba­sen, wy­po­ży­czy­łeś książ­kę z wir­tu­al­nej bi­blio­te­ki, ale nie masz kawy. I co? Nie bę­dziesz pra­co­wał. Nie dasz rady. Ani miej­sce par­kin­go­we, ani ba­sen, ani bony za­ku­po­we nie spra­wią, że te­raz, w tym kon­kret­nym mo­men­cie, sku­pisz się i bę­dziesz pra­co­wał przez cały dzień na naj­wyż­szych ob­ro­tach. – Po chwi­li pau­zy kon­ty­nu­owa­łam: – Dla­te­go wła­śnie za­chę­cam was do gło­so­wa­nia na pro­jekt, któ­ry za­kła­da mon­taż pro­fe­sjo­nal­nych eks­pre­sów do kawy na każ­dym z pię­ter. Po­my­śl­cie tyl­ko: zno­wu nie było gdzie za­par­ko­wać, za­spa­li­ście na po­ran­ne wej­ście na ba­sen, nie mie­li­ście cza­su prze­czy­tać wy­po­ży­czo­nej książ­ki… Ale to wszyst­ko nie ma zna­cze­nia: pro­ble­my i stre­sy ulat­nia­ją się ra­zem z za­pa­chem świe­żo pa­rzo­nej kawy. Ro­bi­cie so­bie pysz­ne cap­puc­ci­no albo kla­sycz­ną tall lat­te z sy­ro­pem wa­ni­lio­wym i ze spo­ko­jem i ra­do­ścią za­sia­da­cie do co­dzien­nych obo­wiąz­ków.

Po moim wy­stą­pie­niu za­pa­no­wa­ła ci­sza. Może było nie­co zbyt po­etyc­kie, ale my­ślę, że prze­mó­wi­łam moim ko­le­gom do roz­sąd­ku.

Uda­ło mi się wy­grać gło­so­wa­nie jed­nym gło­sem. Dru­gie miej­sce za­ję­ła dziew­czy­na, któ­ra wy­lo­so­wa­ła dar­mo­we bony obia­do­we. Jako zwy­cięż­czy­ni pierw­sza zo­sta­łam skie­ro­wa­na na roz­mo­wę in­dy­wi­du­al­ną. Oka­za­ło się, że Adam, z któ­rym roz­ma­wia­łam przez te­le­fon, już na mnie cze­ka.

– Wi­tam, pani Łu­cjo, za­pra­szam – po­wie­dział mi­łym gło­sem i po­dał mi rękę na przy­wi­ta­nie.

Uścisk był sil­ny i kon­kret­ny, a ja nie my­li­łam się w kwe­stii wy­obra­żeń na te­mat jego wy­glą­du. Adam był wy­jąt­ko­wo przy­stoj­nym, wy­so­kim bru­ne­tem o lek­ko śnia­dej ce­rze i wy­spor­to­wa­nej syl­wet­ce.

– Pro­szę mi naj­pierw po­wie­dzieć, jak pani po­szło As­ses­sment Cen­tre. – Spoj­rzał na mnie wy­cze­ku­ją­co.

– My­ślę, że po­szło mi bar­dzo do­brze – od­par­łam pew­nie. Na tego ro­dza­ju roz­mo­wach jest tyl­ko jed­na opcja – albo je­steś jed­nym z nich, albo je­steś prze­ciw­ko nim. – Kie­dy moż­na spo­dzie­wać się wy­ni­ków?

– Naj­póź­niej do koń­ca tego ty­go­dnia bę­dzie­my się kon­tak­to­wa­li z wy­bra­ny­mi kan­dy­da­ta­mi. Oprócz roz­mo­wy ze mną od­bę­dzie się jesz­cze spo­tka­nie z line ma­na­ge­rem. To on po­dej­mie osta­tecz­ną de­cy­zję, po­nie­waż bę­dzie wy­bie­rał pra­cow­ni­ków do wła­sne­go te­amu. Waż­ne jest więc, żeby gru­pa była od­po­wied­nio do­bra­na.

– Ro­zu­miem – od­par­łam, sta­ra­jąc się nie przy­glą­dać Ada­mo­wi zbyt na­chal­nie.

Tak na oko miał z metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, krót­ko przy­cię­te, czar­ne wło­sy i ogrom­ne oczy w ko­lo­rze ciem­ne­go kasz­ta­nu. Do tego ło­bu­zer­ski uśmiech, sek­sow­ny głos i… by­łam już stra­co­na. Mu­sia­łam się te­raz bar­dzo pil­no­wać, żeby nie pal­nąć cze­goś głu­pie­go.

– Pro­szę mi naj­pierw po­wie­dzieć, cze­go ocze­ku­je pani od po­ten­cjal­ne­go pra­co­daw­cy? – spy­tał gło­sem po­waż­nym, ale jak­by z lek­kim przy­mru­że­niem oka.

Gra­li­śmy w grę i żad­ne z nas nie mo­gło po­zwo­lić so­bie na zła­ma­nie nie­pi­sa­nych re­guł.

– Chcia­ła­bym pra­co­wać dla or­ga­ni­za­cji so­lid­nej i god­nej za­ufa­nia. Za­le­ży mi na moż­li­wo­ściach roz­wo­ju, po­nie­waż chcia­ła­bym zwią­zać się z fir­mą na dłu­żej.

– A gdzie wi­dzi pani sie­bie za pięć lat?

– Chcia­ła­bym pójść w kie­run­ku spe­cja­li­stycz­nym i roz­wi­jać się w ra­mach czyn­no­ści zwią­za­nych z da­nym sta­no­wi­skiem pra­cy. Po­sia­dam też zdol­no­ści ko­mu­ni­ka­cyj­ne i or­ga­ni­za­cyj­ne, nie wy­klu­czam więc roz­wo­ju w kie­run­ku za­rzą­dza­nia gru­pą lub two­rze­nia szko­leń, je­śli ta­kie moż­li­wo­ści mia­ły­by się po­ja­wić.

– Do­brze się skła­da, bo nasz klient za­mie­rza na do­bre za­do­mo­wić się na pol­skim ryn­ku i je­ste­śmy za­in­te­re­so­wa­ni współ­pra­cą przede wszyst­kim z oso­ba­mi mło­dy­mi i dy­na­micz­ny­mi, któ­re będą mia­ły chę­ci i am­bi­cje, żeby roz­wi­jać się i piąć do góry.

Na­sza roz­mo­wa po­trwa­ła jesz­cze z dzie­sięć mi­nut i już mia­łam wy­cho­dzić, gdy Adam za­gad­nął mnie jesz­cze:

– Pani Łu­cjo, nie spy­ta­łem jesz­cze o pani za­in­te­re­so­wa­nia, a to prze­cież klu­czo­we py­ta­nie każ­dej roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­nej.

Zda­wa­ło mi się, że wszyst­ko mówi z lek­ką nut­ką iro­nii. I nie my­li­łam się, ale mia­łam się o tym prze­ko­nać do­pie­ro póź­niej.

– Za­in­te­re­so­wa­nia… Je­śli mia­ła­bym być szcze­ra, to ostat­nio cały wol­ny czas po­świę­ca­łam kwe­stiom mo­to­ry­za­cyj­nym, te­ma­tom zwią­za­nym z re­mon­ta­mi i urzą­dza­niem wnętrz oraz… wróż­kom.

– Wróż­kom? To cie­ka­we, pro­szę po­wie­dzieć coś wię­cej.

– Swo­je­go cza­su przy­wio­złam z Korn­wa­lii kil­ka­na­ście fi­gu­rek pi­xies. To są wróż­ki, któ­re żyją wśród wrzo­so­wisk i oprócz tego, że lu­bią pso­cić, mogą też być bar­dzo po­moc­ne. I oczy­wi­ście przy­no­szą szczę­ście.

– To tro­chę jak na­sze skrza­ty… Choć sły­sza­łem też o pięk­nych wróż­kach, któ­re tak na­praw­dę są anio­ła­mi, strze­gą­cy­mi przy­ro­dy.

– Hm, nie są­dzi­łam, że wróż­ki mogą mieć coś wspól­ne­go z anio­ła­mi. Brzmi in­try­gu­ją­co.

– Ty przy­po­mi­nasz mi wła­śnie taką wróż­kę.

Po tych sło­wach za­trzy­ma­łam się w pro­gu, za­sta­na­wia­jąc się, czy się nie prze­sły­sza­łam.

– Wi­dzę, że mój żart był tro­chę nie na miej­scu… Prze­pra­szam, je­śli cię ura­zi­łem. Moją sła­bą stro­ną jest brak wia­ry w po­li­tycz­ną po­praw­ność.

Co in­ne­go po­li­tycz­na po­praw­ność, a co in­ne­go pro­fe­sjo­na­lizm i do­bre wy­cho­wa­nie… Chcia­łam po­wie­dzieć gło­śno, ale po­wstrzy­ma­łam się. Za­le­ża­ło mi na tej pra­cy, a je­śli męż­czy­zna pra­wi mi kom­ple­ment, to prze­cież nie będę się na nie­go ob­ra­żać.

– Nic nie szko­dzi, przyj­mu­ję to jako kom­ple­ment. Raz jesz­cze dzię­ku­ję za roz­mo­wę i będę cze­ka­ła na kon­takt z pań­stwa stro­ny – od­par­łam z uśmie­chem.

– Z pew­no­ścią się ode­zwie­my. Dzię­ku­ję i do zo­ba­cze­nia.

– Do wi­dze­nia – od­rze­kłam i za­mknę­łam za sobą drzwi.

Ufff, roz­mo­wa po­szła cał­kiem nie­źle, jed­nak co do Ada­ma mia­łam mie­sza­ne uczu­cia. Po wyj­ściu z bu­dyn­ku wpa­dłam jesz­cze na dziew­czy­nę, któ­ra ra­zem ze mną bra­ła udział w As­ses­sment Cen­tre. To była ta od wir­tu­al­nej bi­blio­te­ki.

– Już po? I jak po­szło? – za­gad­nę­ła mnie.

– Po. My­ślę, że po­szło w po­rząd­ku. A jak ty wy­pa­dłaś? I z kim mia­łaś roz­mo­wę?

– Z pa­nem Ada­mem… Przy­stoj­ny, co? Mo­men­ta­mi aż trud­no było mi się sku­pić… – wy­zna­ła z uśmie­chem na twa­rzy.

– Mia­łam po­dob­nie – przy­zna­łam, wy­kła­da­jąc kar­ty na stół. – Ale póź­niej ze­bra­łam się w so­bie i roz­mo­wa po­to­czy­ła się bar­dzo spraw­nie.

– Nie wiesz, kie­dy się mają ode­zwać?

– Po­wie­dzie­li, że do koń­ca tego ty­go­dnia będą wy­ni­ki… Je­śli przej­dzie się do ko­lej­ne­go eta­pu, to od­bę­dzie się jesz­cze jed­na roz­mo­wa, tym ra­zem z team le­ade­rem.

– Mam na­dzie­ję, że uda mi się za­ła­pać… Co praw­da mam te­raz pra­cę, ale jest tak bez­na­dziej­na, że żyć mi się ode­chcie­wa. A w no­wej fir­mie będą inni lu­dzie i wszyst­kie za­sa­dy będą usta­la­ne od po­cząt­ku… To bar­dzo duży plus no­wych firm na ryn­ku, bo moż­na szyb­ko i ła­two awan­so­wać.

– Zga­dzam się. Na­to­miast ja już za kil­ka ty­go­dni będę bez­ro­bot­na, tak więc na ra­zie nie my­ślę o awan­sie, ale o zdo­by­ciu pra­cy. Ja­kiej­kol­wiek.

– No, ja­sne – od­par­ła dziew­czy­na.

Spodo­ba­ło mi się to, że mówi szcze­rze i otwar­cie. Była niż­sza ode mnie, mia­ła może z metr sześć­dzie­siąt pięć, okrą­głą twarz i parę ki­lo­gra­mów na plu­sie. Co nie zmie­nia fak­tu, że jej syl­wet­ka cha­rak­te­ry­zo­wa­ła się ko­bie­cy­mi za­okrą­gle­nia­mi, a wy­raz twa­rzy był cie­pły i ser­decz­ny.

– A tak w ogó­le to Asia je­stem.

– Łu­cja. Miło mi cię po­znać.

– Do­syć ory­gi­nal­ne imię.

– Tak. Za­wsze by­łam w kla­sie je­dy­ną o tym imie­niu, co ma swo­je oczy­wi­ste za­le­ty. Jak sły­sza­łam „Łu­cja”, to wie­dzia­łam, że na pew­no cho­dzi o mnie.

– Su­per spra­wa. Ja z ko­lei mia­łam dwie inne Aśki w kla­sie, ale ni­g­dy mi to nie prze­szka­dza­ło. Słu­chaj, a może wy­mie­ni­my się te­le­fo­na­mi i umó­wi­my na kawę, je­śli uda nam się do­stać tę pra­cę? Co ty na to?

– Do­bry po­mysł. Za­tem ży­czę to­bie i so­bie suk­ce­sów i mam na­dzie­ję do szyb­kie­go zo­ba­cze­nia.

– Do­kład­nie tak. Cześć!

– Cześć.

Po tym, jak po­że­gna­łam się z Asią, skrę­ci­łam w pra­wo i po­dą­ży­łam wzdłuż uli­cy. Za­par­ko­wa­łam sto­sun­ko­wo nie­da­le­ko i za­czę­łam pod­bie­gać, żeby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w sa­mo­cho­dzie. Pa­no­wał sil­ny mróz i wiał po­ry­wi­sty wiatr, któ­ry spra­wiał, że nogi od­ma­wia­ły po­słu­szeń­stwa, a zgra­bia­łe pal­ce z tru­dem prze­krę­ca­ły klu­czyk w sta­cyj­ce.

Ogrze­wa­nie w sa­mo­cho­dzie włą­czy­łam od razu na mak­sa. Je­cha­łam pro­sto do domu. Wie­czo­rem mie­li od­wie­dzić mnie ro­dzi­ce, więc wy­pa­da­ło tro­chę po­sprzą­tać i przy­go­to­wać coś do je­dze­nia. Już daw­no u mnie nie byli, a ja ani wczo­raj, ani dziś rano nie mia­łam gło­wy do tego, żeby za­jąć się przy­go­to­wa­niem miesz­ka­nia na wi­zy­tę go­ści.

Kie­dy prze­stą­pi­łam próg, mo­men­tal­nie otrze­pa­ło mnie z zim­na. Oka­za­ło się, że bal­kon jest otwar­ty na oścież.

– Jak to moż­li­we? – po­wie­dzia­łam do sie­bie.

Za­wsze za­my­kam bal­kon przed wyj­ściem… Miesz­ka­nie jest na wy­so­kim par­te­rze, a ja nie mam krat w oknach… Czy jest to praw­do­po­dob­ne, żeby drzwi otwar­ły się same? Po­spiesz­nie za­mknę­łam bal­kon i spraw­dzi­łam, że drzwi są szczel­ne i nie wi­dać na nich żad­nych po­dej­rza­nych śla­dów.

– Cóż, pew­nie nie do­mknę­łam ich do­sta­tecz­nie moc­no i same się uchy­li­ły – stwier­dzi­łam i już mia­łam brać się za sprzą­ta­nie, gdy za­uwa­ży­łam małe, bia­łe piór­ko, któ­re za­plą­ta­ło się w fi­ran­kę.

Wzię­łam je do ręki i obej­rza­łam do­kład­nie. Było ślicz­ne: śnież­no­bia­łe i mięk­kie jak zi­mo­wy puch. Po­ło­ży­łam je na dło­ni, moc­no chuch­nę­łam i piór­ko po­le­cia­ło w stro­nę nie­ba. Po­tem za­mknę­łam bal­kon i po­sta­no­wi­łam, że od razu za­bio­rę się za pra­ce do­mo­we. Ale naj­pierw zro­bię so­bie po­po­łu­dnio­wą kawę z pian­ką i włą­czę od­po­wied­nią do sprzą­ta­nia mu­zy­kę. Ca­lvin Har­ris czy Avi­cii, hm?