Sadie - Courtney Summers - ebook

26 osób właśnie czyta

Opis

Sięgnij po thriller, który zmrozi krew w Twoich żyłach! Poznaj jedną z najpopularniejszych amerykańskich powieści roku 2018. Nominowana do Goodreads Choice Awards zajęła 2. miejsce na liście Best YA Fiction. Sadie nie ma łatwego życia. Dorastając bez rodziców, wychowuje swoją siostrę Mattie i choć życie ich nie rozpieszcza, najgorsze dopiero nadejdzie. Kiedy Mattie zostaje znaleziona martwa, cały świat Sadie się rozpada.

Po nieudanym dochodzeniu policyjnym jest zdeterminowana, aby znaleźć zabójcę i wymierzyć mu sprawiedliwość. West McCray, który prowadzi audycje radiowe poświęcone małym, zapomnianym miasteczkom w Ameryce, podsłuchuje historię Sadie na zapyziałej stacji benzynowej. Dziennikarz wkrótce zaczyna mieć obsesję na punkcie odnalezienia dziewczyny, która zaginęła w trakcie poszukiwań mordercy swojej siostry. Nagrywa podcast, w którym relacjonuje, jak podąża śladami Sadie, starając się odkryć jej losy i odnaleźć ją samą, zanim będzie za późno.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Tytuł oryginału: Sadie

 

Copyright © 2018 by Courtney Summers

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

 

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Alicja Laskowska, Anna Królak

Skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcie na okładce: Credit Line © Maggie McCall / Trevillion Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66278-11-0

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

 

 

 

 

 

 

DANNY GILCHRIST:

Mamy dzisiaj w mieście piękny dzień. Świeci słońce, na niebie ani jednej chmurki. Zjadłem świetny lunch w Central Parku, shoarmę z kurczaka z Shawarma Stop, która została nam wielokrotnie polecona przez naszych słuchaczy po ubiegłotygodniowym odcinku na temat największych sekretów Nowego Jorku. Dziękuję wam za to. Było pyszne, chętnie zjadłbym to też na kolację. Z KWNR New York mówi do was Danny Gilchrist, słuchacie audycji Always Out There.

 

Dzisiaj zrobimy coś nowego – i coś ważnego. Zrezygnowaliśmy z zaplanowanego odcinka Always Out There, aby wystartować z pierwszą częścią naszej nowej serii podcastów: The Girls. Jeżeli zechcecie usłyszeć więcej, możecie ściągnąć całe osiem odcinków – właśnie tak, pełny sezon – z naszej strony internetowej. A jesteśmy pewni, że będziecie chcieli usłyszeć więcej.

 

Stworzone i poprowadzone przez jednego z naszych wieloletnich producentów, Westa McCraya, The Girls pokazują, co może się stać, kiedy druzgocąca zbrodnia prowadzi do odkrycia wyjątkowo niepokojącej tajemnicy. To historia o rodzinie, o siostrach oraz o przemilczanym małomiasteczkowym życiu Ameryki. Opowieść o tym, jak daleko potrafimy się posunąć, aby ochronić tych, których kochamy… oraz o wysokiej cenie, jaką płacimy, kiedy poniesiemy porażkę.

 

A zaczyna się, jak wiele takich historii, od martwej dziewczyny.

 

 

 

 

 

 

THE GIRLS

 

ODCINEK 1

 

[motyw przewodni The Girls]

 

 

 

WEST MCCRAY:

Witajcie w Cold Creek w Kolorado. Liczba mieszkańców: osiemset.

 

Poszukajcie na Google Grafika, a znajdziecie zdjęcie głównej ulicy, ledwie bijącego serca tego maleńkiego świata, i zauważycie, że co drugi budynek stoi pusty lub wręcz jest zabity dechami. Szczęśliwcy w Cold Creek – ci, którzy dostąpili zaszczytu zatrudnienia – pracują w miejscowym spożywczaku, na stacji benzynowej oraz w kilku innych niezbędnych sklepach i zakładach wzdłuż ulicy. Reszta musi szukać szansy dla siebie i swoich dzieci miasteczko lub dwa dalej. Najbliższe szkoły znajdują się w Parkdale, czterdzieści minut drogi stąd. Chodzą tam uczniowie jeszcze z trzech innych miejscowości.

 

Poza główną ulicą arterie Cold Creek prowadzą do zniszczonych i poobijanych domków przypominających te z Monopoly, dla których nie ma już miejsca na planszy. Dalej roztacza się coś na kształt wiejskiego pustkowia. Szosa wylotowa jest poprzecinana żyłami polnych dróżek, które w równym stopniu prowadzą donikąd, co do skupisk niszczejących domków albo osiedli przyczep kempingowych w jeszcze gorszym stanie. Latem przyjeżdża tu busik z darmowymi posiłkami dla dzieciaków, żeby mogły zjeść przynajmniej dwie przydzielone porcje dziennie, nim rozpocznie się szkoła.

Panująca tu cisza jest zdumiewająca dla kogoś, kto przez całe życie mieszkał w mieście, tak jak ja. Cold Creek otaczają malownicze, niezakłócone niczym przestrzenie nieba i ziemi, które zdają się nigdy nie kończyć. Zachody słońca są niezwykle widowiskowe – pełne elektrycznego złota i pomarańczu, różu i fioletu – naturalnego piękna nie zakłócają wulgarne drapacze chmur. Sam ogrom tej przestrzeni budzi pokorę, zdaje się nieziemski. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś mógłby się tu czuć uwięziony.

 

A jednak jest tak w wypadku większości ludzi.

 

MIESZKANKA COLD CREEK:

W Cold Creek mieszkasz dlatego, że się tu urodziłeś, a skoro już się tu urodziłeś, to pewnie nigdy się stąd nie wydostaniesz.

 

WEST MCCRAY:

Nie jest to do końca prawda. Parę osób odniosło sukces, kilku absolwentów college’u przeprowadziło się za dobrze płatną pracą, ale oni są raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę. W Cold Creek wiedzie się życie na takim poziomie, ponad który chcemy się wzbić, kiedy dorośniemy – jeżeli tylko urodziliśmy się dość szczęśliwie, by w ogóle mieć jakiś wybór.

Tutaj każdy pracuje tak ciężko, żeby zarobić na rodzinę i utrzymać się na powierzchni, że gdyby marnował czas na błahe dramaty, skandale i osobiste urazy, które w naszej narodowej wyobraźni zdają się definiować małe miasteczka, długo by nie przetrwał. Nie oznacza to, że dramatów, skandali czy uraz nie ma – po prostu przeciętni mieszkańcy Cold Creek nie mogą sobie pozwolić na poświęcanie im uwagi.

 

Nie mogli, dopóki nie zdarzyło się TO.

 

Szkielet opuszczonego budynku szkolnego z przełomu wieków, z jedną salą w środku, stoi pięć kilometrów za miastem, strawiona ogniem. Dach się zapadł, a ściany uległy zwęgleniu. Szkoła znajduje się obok sadu jabłoni, powoli odzyskiwanego przez otaczającą go naturę; młode zarośla, nowe drzewa, dzikie kwiaty.

 

Jest w nim coś niemal romantycznego, co zdaje się nieść wytchnienie od reszty świata. Idealne miejsce, aby pobyć sam na sam z myślami. A przynajmniej wcześniej tak było.

 

May Beth Foster – którą poznacie wraz z rozwojem wydarzeń – zabrała mnie tam osobiście. Chciałem zobaczyć to miejsce. Jest puszystą, białą, sześćdziesięcioośmioletnią kobietą o włosach w kolorze pieprzu i soli. Ma w sobie coś z typowej babci, poczynając od głosu, który wydaje się tak zachęcająco znajomy, że ogrzewa was od środka. May Beth zarządza osiedlem przyczep kempingowych Sparkling River Estates, całe życie mieszkała w Cold Creek, a kiedy mówi, ludzie jej słuchają. Często też uznają wszystko, co powie, za prawdę.

 

MAY BETH FOSTER:

Mniej więcej… tutaj. Tutaj właśnie znaleźli ciało.

 

DYSPOZYTOR 911 [przez telefon]:

Tu numer alarmowy 911, co się stało?

 

WEST MCCRAY:

Trzeciego października czterdziestosiedmioletni Carl Earl był w drodze do pracy, do fabryki w Cofield. To dwie godziny jazdy z Cold Creek. Ledwo ruszył, kiedy zobaczył czarny dym szpecący poranny horyzont.

 

CARL EARL:

Tamten dzień zaczął się jak każdy inny. A przynajmniej tak mi się wydawało. Pewnie wstałem, zjadłem śniadanie i pocałowałem żonę na odchodnym, bo tak robię każdego poranka. Ale szczerze mówiąc, nie pamiętam nic przed tym, jak zobaczyłem ten dym, a jak to wszystko się dalej potoczyło… cóż. Wolałbym o tym zapomnieć.

 

CARL EARL [przez telefon]:

Tak, nazywam się Carl Earl i chciałbym zgłosić pożar. Przy Milner’s Road stoi w płomieniach opuszczony budynek szkolny. To około pięciu kilometrów na wschód od Cold Creek. Przejeżdżałem tam właśnie i go zauważyłem. Zatrzymałem się, żeby zadzwonić. Nie wygląda to dobrze.

 

DYSPOZYTOR 911 [przez telefon]:

Dobrze, panie Earl, wyślemy tam kogoś. Czy w pobliżu są jacyś ludzie? Czy widzi pan kogoś, kto może potrzebować pomocy?

 

CARL EARL [przez telefon]:

Wydaje mi się, że jestem tu sam, chociaż może stoję za daleko… Może mógłbym podejść i zobaczyć…

 

DYSPOZYTOR 911 [przez telefon]:

Proszę pana, proszę trzymać się z dala od ognia. Bardzo proszę się tam nie zbliżać, dobrze?

 

CARL EARL [przez telefon]:

Oczywiście, nie… Nie miałem zamiaru…

 

CARL EARL:

Zrobiłem więc, jak mi powiedziano, chociaż część mnie miała ochotę odegrać bohatera. Nadal nie jestem pewien, co kazało mi zostać w pobliżu, bo nie mogłem sobie pozwolić na opuszczenie pracy, ale czekałem, aż przyjechała policja i straż. Patrzyłem, jak gaszą ogień, póki nie został opanowany, i wtedy zauważyłem… Tuż za budynkiem szkolnym dostrzegłem… Byłem, ech… Byłem pierwszą osobą, która ją zobaczyła.

 

WEST MCCRAY:

Ciało Mattie Southern zostało odnalezione pomiędzy płonącym budynkiem szkolnym a sadem jabłoni, na uboczu. Trzy dni wcześniej zgłoszono jej zaginięcie, a teraz była tutaj, znalazła się.

Martwa.

 

Zdecydowałem, że makabryczne szczegóły odkrycia w sadzie nie staną się częścią tego programu. Choć morderstwo, zbrodnia, mogą początkowo przyciągnąć waszą uwagę, ich okrucieństwa i brutalność nie powinny służyć rozrywce – więc proszę, żebyście nas o to nie pytali. Szczegóły tej sprawy łatwo znaleźć w internecie. Moim zdaniem wystarczy, żebyście wiedzieli o niej dwie rzeczy.

Po pierwsze, przyczyną śmierci było uderzenie tępym narzędziem w głowę.

 

A po drugie:

 

MAY BETH FOSTER:

Ona miała tylko trzynaście lat.

 

CARL EARL:

Odkąd to się wydarzyło, źle sypiam.

 

WEST MCCRAY:

Mattie zostawiła dziewiętnastoletnią siostrę, Sadie, przyszywaną babcię, May Beth, oraz swoją matkę, Claire, chociaż z Claire od pewnego czasu nie miała kontaktu.

Po raz pierwszy usłyszałem o morderstwie Southern na stacji benzynowej pod Abernathy, jakieś pół godziny drogi od Cold Creek. Byłem z ekipą na Eastern Plains i dopiero co skończyliśmy wywiady do segmentu odcinka Always Out There, poświęconego charakterystyce małych amerykańskich miasteczek. Wiecie, chodzi o ten chaotyczny upadek. Chcieliśmy, żeby mieszkańcy opowiedzieli nam o tym, co straciły te miejsca – nie dlatego, że naszym zdaniem moglibyśmy je przywrócić do dawnej świetności, ale po prostu po to, żebyście wiedzieli, że w ogóle istniały. Chcieliśmy oddać im głos, zanim zupełnie znikną.

 

JOE HALLORAN:

To i tak miłe uczucie. Że ktoś nie ma nas gdzieś.

 

WEST MCCRAY:

To był Joe Halloran, jeden z mieszkańców Abernathy, z którymi rozmawialiśmy. Nie myślałem o jego słowach, kiedy stałem za gościem w kolejce na stacji benzynowej, słuchając, jak opowiada sprzedawcy, co dokładnie przydarzyło się dziewczynce Southern. Makabryczne szczegóły wcale mnie nie zachęciły, żeby zabawić tam dłużej. Zdobyliśmy z zespołem wszystko, po co przyjechaliśmy, i byliśmy gotowi wracać do domu. Oczywiście to okropne, ale żyjemy w świecie, w którym okropnych rzeczy nie brakuje. Nie można się zatrzymywać przy wszystkich.

 

Rok później siedziałem w swoim biurze w Nowym Jorku. Był październik, rok po śmierci Mattie, dokładnie trzeci października – a moje myśli dryfowały od monitora w stronę okna, za którym widziałem Empire State Building. Lubiłem swoją pracę w KWNR i życie w tym mieście, ale może jakaś część mnie – ta sama, która pozwoliła mi bez namysłu pominąć historię Mattie za pierwszym razem – potrzebowała wstrząsu.

 

Który przyszedł pod postacią telefonu.

 

MAY BETH FOSTER [przez telefon]:

Czy rozmawiam z panem Westem McCrayem?

 

WEST MCCRAY [przez telefon]:

Tak, przy telefonie. W czym mogę pomóc?

 

MAY BETH FOSTER [przez telefon]:

Mówi May Beth Foster. Joe Halloran powiedział mi, że pan nie ma nas gdzieś.

 

WEST MCCRAY:

Nie nastąpił żaden wart wspomnienia przełom w sprawie Mattie Southern, nie wskazano żadnego podejrzanego. Wyglądało na to, że śledztwo utknęło w miejscu. Ale to nie z tego powodu dzwoniła do mnie May Beth.

 

MAY BETH FOSTER [przez telefon]:

Potrzebuję pańskiej pomocy.

 

WEST MCCRAY:

Trzy miesiące wcześniej, w połowie lipca, zadzwoniono do niej z komisariatu w Farfield w Kolorado, miasteczka oddalonego od Cold Creek o tysiące kilometrów. Znaleziono tam przy drodze czarnego chevroleta z 2007 roku, a w środku zieloną torbę pełną osobistych przedmiotów należących do starszej siostry Mattie, Sadie Hunter, która zniknęła w czerwcu tego roku. Sadie nie dało się namierzyć. Nie znaleziono jej do dziś. Po pobieżnym śledztwie organy ścigania uznały, że uciekła, a May Beth Foster, wyczerpawszy wszystkie dostępne jej drogi, zadzwoniła do mnie.

 

Byłem jej ostatnią nadzieją. Myślała, że może zdołałbym sprowadzić żywą Sadie do domu. Sadie musiała żyć, bo…

 

MAY BETH FOSTER [przez telefon]:

Nie poradzę sobie z kolejną martwą dziewczyną.

 

 

 

 

 

 

Sadie

 

 

 

 

 

Znajduję auto w ogłoszeniach na Craigslist.

Myślę, że marka nie ma tu żadnego znaczenia, ale gdyby ktoś potrzebował więcej informacji, to jest kanciasty, w odcieniu nocnej czerni. To ten kolor, który znika przy każdym innym. Tylne siedzenie jest dość szerokie, żeby na nim spać. Wystawiono go w pospiesznie napisanym ogłoszeniu, w morzu innych pospiesznie napisanych ogłoszeń, ale to konkretne było upstrzone błędami ortograficznymi, które sugerowały wyjątkowy rodzaj desperacji. „Cena do negocjacji”mnie przekonała. To oznacza „Potrzebuję pieniędzy teraz”, czyli ktoś musiał wpaść w kłopoty, jest głodny albo czuje jakąś narkotyczną potrzebę. A skoro miałam przewagę, to dlaczego jej nie wykorzystać?

Nie przyszło mi do głowy, że spotykanie się z kimś na drodze pod miastem w celu zakupu samochodu za dowolną kwotę, którą zechcę zapłacić, może nie być najbezpieczniejszym posunięciem, ale tylko dlatego, że to, co zamierzam zrobić później, jest jeszcze bardziej ryzykowne.

– Możesz umrzeć – mówię tylko po to, żeby zobaczyć, czy samo wyrzucenie z siebie tych słów uświadomi mi ich prawdziwość.

Nie działa.

Mogę umrzeć.

Biorę z podłogi zielony płócienny plecak, zarzucam go na ramiona i przeciągam kciukiem po dolnej wardze. May Beth Foster dała mi poprzedniego wieczoru jagody i zjadłam je dziś na śniadanie. Nie jestem pewna, czy wybrudziłam nimi usta, a i bez tego nie robię dobrego pierwszego wrażenia.

Drzwi z moskitierą w przyczepie są zardzewiałe i jęczą na całe otaczające mnie Miejsce Bez Znaczenia, ale jeśli chcecie je sobie wyobrazić, pomyślcie o odległym miejscu, jeszcze dalszym niż przedmieścia, potem o mnie, pochodzącej ze środowiska znajdującego się jeszcze kilka szczebli niżej od tych przedmieść, przez całe życie mieszkającej w przyczepie wynajętej od Karmiącej Mnie Jagodami May Beth. Mieszkam w miejscu, które nadaje się tylko do tego, żeby je opuścić – nie potrzeba tu więcej słów i nie pozwalam sobie spoglądać wstecz. Chcę czy nie chcę, lepiej tego po prostu nie robić.

Biorę rower i wyjeżdżam z miasteczka, zatrzymując się na chwilę na zielonym moście nad rzeką Wicker’s, gdzie patrzę w dół na wodę i czuję, jak coś przewraca mi się w środku od jej wartkiego nurtu. Przekopuję się przez plecak, odgarniam ciuchy, butelki wody, jakieś czipsy i portfel, aż w końcu znajduję komórkę owiniętą w kulkę bielizny. Tani kawałek plastiku; nie ma nawet ekranu dotykowego. Wrzucam ją do wody, a potem wskakuję z powrotem na rower i jadę dalej Meddle’s Road, z dala od szosy, żeby spotkać się z kobietą, która napisała ogłoszenie na Craigslist. Ma na imię Becki „przez i”. Napisała to, jakbym nie była w stanie sama zauważyć w każdym mailu, który mi wysłała. Stoi obok kanciastego samochodu w kolorze nocnej czerni, jedną rękę trzyma na masce, a drugą na brzuchu ciążowym. Za nią czeka inny samochód, trochę nowszy. Za kierownicą siedzi mężczyzna z wystawionym za okno łokciem i jest spięty, dopóki mnie nie zauważa. Wtedy spływa z niego cały stres. To obraźliwe. Jestem niebezpieczna.

Niebezpiecznie jest nie doceniać ludzi, chcę krzyknąć. Mam nóż.

To prawda. W tylnej kieszeni mam nóż sprężynowy, który został mi po jednym z chłopaków matki, Keicie. Dawne czasy. Miał najprzyjemniejszy głos z nich wszystkich – tak delikatny, niemal puszysty – ale nie był dobrym człowiekiem.

– Lera? – pyta Becki, bo takie imię jej podałam. To moje drugie imię i wymawia się je łatwiej od pierwszego. Becki zaskakuje mnie swoim głosem: brzmi jak zdarte kolano. Założę się, że od lat pali. Kiwam głową, sięgam do kieszeni po wypakowaną gotówką kopertę i wyciągam ją przed siebie. W sumie osiem stów. Jasne, odrzuciła moją początkową ofertę, ale to nadal dobra okazja. Pokrywam mniej więcej koszty napraw, które przeprowadzili. Becki mówi, że powinien pojeździć przynajmniej rok.

– W mailu wydawałaś się sporo starsza.

Wzruszam ramionami i wyciągam nieco dalej rękę. Weź pieniądze, Becki, chcę powiedzieć, zanim spytam, do czego są ci potrzebne. Bo facet w samochodzie wygląda na bardzo pobudzonego i rozkojarzonego. Znam to spojrzenie. Poznam je wszędzie, u każdego. Dostrzegłabym je po ciemku.

Becki gładzi się po wydętym brzuchu i podchodzi trochę bliżej.

– Twoja mama wie, że tu jesteś? – pyta, a ja wzruszam ramionami, co na początku chyba ją zadowala, ale nagle zmienia zdanie. Marszczy się i mierzy mnie wzrokiem. – Nie, nie wie. Dlaczego miałaby pozwolić, żebyś przyjechała tu sama kupować samochód?

Nie jest to pytanie, które mogę zignorować, skwitować skinięciem głowy lub wzruszeniem ramion. Oblizuję usta i gotuję się do walki. Mam nóż, chcę powiedzieć to, co zwykle ściska mi gardło.

– Moja m… mama n-n-n-n…

Im więcej n-n-n, tym bardziej czerwienieje na twarzy i nie wie, gdzie podziać wzrok. Nie patrzy na mnie, nie prosto w oczy. Moje gardło wydaje się ciasne, za ciasne, zdławione, a jedyny sposób, w jaki mogę je uwolnić, to połączyć wreszcie te litery. Niezależnie od tego, jak bardzo się staram przy Becki, nigdy się nie połączą. Mówię płynnie tylko wtedy, kiedy jestem sama.

– …e żyje.

Jąkanie odpuszcza.

Nabieram powietrza.

– Jezu – mówi Becki i wiem, że to nie z powodu nieodzownego smutku, z jakim łączą się moje słowa, ale dlatego, że wyszły z moich ust takie połamane. Odsuwa się trochę, bo wiecie, to gówno jest zaraźliwe, a jeśli je złapie, to na sto procent przekaże je swojemu płodowi. – Czy powinnaś… To znaczy, ty umiesz jeździć?

To jeden z subtelniejszych sposobów, na które ktoś mnie spytał, czy jestem głupia, ale nie jest wcale mniej wkurzający, zwłaszcza w wykonaniu kobiety, która nie potrafi poprawnie pisać. Chowam kopertę z powrotem do kieszeni, oto moja odpowiedź. Mattie mawiała, że to upór, a nie jąkanie, jest moją najgorszą cechą, lecz jedno nie istniałoby bez drugiego. Ale co tam. Mogę sobie pozwolić na udawanie, że ignorancja Becki to więcej, niż jestem gotowa znieść w zamian za jej zużyty samochód. Śmieje się, zawstydzona.

– Co ja gadam. Oczywiście, że potrafisz… – mówi. – Oczywiście, że potrafisz – dodaje mniej przekonująco.

– Tak – odpowiadam, bo nie każde słowo, które wymawiam, rozpada się na kawałki. Normalne słowo uspokaja Becki i przestaje marnować mój czas. Pokazuje, włączając silnik, że auto działa. Mówi, że sprężyna bagażnika jest zepsuta, i żartuje, że pozwoli mi za darmo zatrzymać patyk, którego używają do podpierania klapy po otwarciu.

Przeprowadzam transakcję, posługując się wielokrotnie hm i mhm, aż w końcu dobijamy targu i siadam na masce mojego nowego samochodu, po czym patrzę, jak wyjeżdżają tyłem i skręcają w lewo na szosę. Okręcam na palcu brelok z kluczykami do auta, podczas gdy powoli spowija mnie ciepło wczesnego poranka. Owady uznają, że zajęłam ich teren, i ucztują na mojej bladej, piegowatej skórze. Suchy, duszny zapach drogi łaskocze w nozdrza, przemawiając do tej części mnie, która jest gotowa ruszać, więc ześlizguję się z samochodu i prowadzę rower w krzaki, a potem patrzę, jak mało spektakularnie przewraca się na bok.

May Beth Foster daje mi czasem jagody, ale zbiera też nieaktualne tablice rejestracyjne i wystawia je z dumą w szopie za swoją podwójną przyczepą. W wielu kolorach, z różnych stanów, czasem nawet krajów. May Beth ma ich tak dużo, że nie sądzę, aby tęskniła za dwiema. Naklejki na tablice mam dzięki uprzejmości starej pani Warner, która mieszka trzy przyczepy ode mnie i jest zbyt słaba, żeby jeździć, więc i tak nie będzie ich potrzebować.

Obklejam tablice błotem, a potem wycieram brudne dłonie o szorty, okrążam auto i siadam na miejscu kierowcy. Fotele są miękkie i niskie, między nogami widzę wypalone ślady po papierosach. Wsuwam kluczyk do stacyjki i silnik zaczyna mruczeć. Wciskam gaz, a samochód toczy się po nierównym terenie, tą samą trasą, którą pojechała Becki, aż dojeżdżam do szosy i wybieram przeciwny kierunek.

Oblizuję usta; smak jagód już zniknął, ale nie tak dawno, żebym nie umiała odtworzyć w wyobraźni tamtej słodyczy na pomarszczonych wargach i nie zatęskniła za nią. May Beth będzie rozczarowana, kiedy zapuka do moich drzwi i odkryje, że wyjechałam, ale nie sądzę, by była zaskoczona. Ostatnią rzeczą, którą powiedziała, trzymając moją twarz w dłoniach, było „cokolwiek teraz myślisz, wybij to sobie natychmiast z tej głupiej głowy”. Tylko że to nie jest w mojej głowie, ale w sercu, a ta sama kobieta powiedziała mi, że jeśli już mam za czymś podążać, równie dobrze mogę za jego głosem.

Nawet jeśli oznacza to kłopoty.

 

 

 

 

 

 

THE GIRLS

 

S1E1

 

 

 

 

 

WEST MCCRAY:

Ciągle gdzieś ginie jakaś dziewczyna.

 

Mój szef, Danny Gilchrist, już od jakiegoś czasu rozmawiał ze mną o tym, żebym poprowadził własny podcast, a kiedy opowiedziałem mu o telefonie od May Beth oraz o Mattie i Sadie, namówił mnie, żeby się temu przyjrzeć. Uważał, że to przeznaczenie, skoro byłem w okolicy, kiedy zginęła Mattie. Mimo wszystko pierwsze słowa, które rzuciłem w odpowiedzi, brzmiały:

 

„Ciągle gdzieś ginie jakaś dziewczyna”.

 

Niespokojne nastoletnie dziewczyny, lekkomyślne nastoletnie dziewczyny. Nastolatki i ich nieodłączne dramaty. Sadie przeżyła potworną stratę, a mnie nie sprawiło wiele wysiłku, by to olać. Olać ją. Chciałem historii świeżej, nowej i przejmującej, a co z tego znajdę w zaginięciu nastoletniej dziewczyny?

 

Wszyscy słyszeliśmy już takie opowieści.

 

Danny natychmiast przypomniał mi, dlaczego to ja pracuję dla niego, a nie na odwrót.

 

DANNY GILCHRIST [przez telefon]:

Powinieneś pokopać głębiej, jesteś to sobie winien. Nie decyduj, że czegoś nie masz, dopóki się o tym nie przekonasz. Jesteś na to za dobry. Pojedź tam i sprawdź, co ci się uda znaleźć.

 

WEST MCCRAY:

Jeszcze w tym samym tygodniu wyjechałem do Cold Creek.

 

MAY BETH FOSTER:

To załamało Sadie, morderstwo Mattie. Później nie była już sobą, zresztą nic dziwnego. Ale cóż, policja nigdy nie ustaliła, co za potwór tego dokonał. To musiała być kropla, która przepełniła czarę.

 

WEST MCCRAY:

Tak powiedziała Sadie?

 

MAY BETH FOSTER:

Nie, ale nie musiała. Po prostu widziałam to po niej.

 

WEST MCCRAY [ze studia]:

W sprawie Mattie Southern nie wymierzono sprawiedliwości.

 

Mieszkańcy Cold Creek nie mogą zaakceptować faktu, że zbrodnia dokonana w tak ohydny i chaotyczny sposób miałaby pozostać nierozwiązana. Telewizja ustawiła im punkt widzenia – w końcu w programach typu CSI mordercy są łapani w ciągu godziny, a często wystarczy do tego znacznie mniej dowodów, niż znaleziono w sadzie jabłoni.

 

Prowadzący śledztwo detektyw George Alfonso z komisariatu w Abernathy wygląda jak przejrzała gwiazda filmowa. To czarnoskóry mężczyzna po sześćdziesiątce, mierzący ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, z krótkimi, siwiejącymi włosami. Wyraził niepokój z uwagi na brak poszlak, ale biorąc poprawkę na okoliczności, niekoniecznie jest tym zaskoczony.

 

DETEKTYW ALFONSO:

Początkowo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mamy do czynienia z zabójstwem. Zgłoszono nam pożar i niestety większa część miejsca zbrodni została naruszona podczas działań straży pożarnej.

 

WEST MCCRAY:

Otrzymane wyniki DNA niczego nie rozstrzygnęły, nie dało się ich z nikim połączyć i do tej pory nie ma tak naprawdę żadnego podejrzanego, od którego można by zacząć.

 

DETEKTYW ALFONSO:

Wypełniliśmy lukę między zniknięciem a śmiercią Mattie najlepiej, jak mogliśmy. Kiedy tylko otrzymaliśmy zgłoszenie o zaginięciu, uruchomiliśmy AMBER Alert. Przeszukaliśmy okolicę i sprawdziliśmy kilku ludzi – osoby, z którymi Mattie kontaktowała się na godziny przed zniknięciem. Byli czyści. Mamy jednego świadka, który twierdzi, że widział, jak Mattie wsiadła do pickupa tego samego wieczoru, którego zaginęła. To był ostatni moment, kiedy ktokolwiek widział ją żywą.

 

WEST MCCRAY:

Tym świadkiem była Norah Stackett, która prowadzi sklep spożywczy Stackett, jedyny w Cold Creek. Norah jest pięćdziesięcioośmioletnią białą kobietą, rudą matką trójki dorosłych dzieci – wszyscy pracują w jej sklepie.

 

NORAH STACKETT:

Zobaczyłam ją, kiedy zamykałam wieczorem sklep. Pogasiłam właśnie światła, a Mattie Southern wsiadała do jakiegoś pickupa na rogu ulicy. Było na tyle ciemno, że nie widziałam dokładnie, czy był niebieski czy czarny, ale moim zdaniem czarny. Nie zerknęłam ani na tablicę rejestracyjną, ani na kierowcę, ale nigdy wcześniej nie widziałam tego auta, nie zobaczyłam go też nigdy więcej. Jestem jednak pewna, że rozpoznałabym je teraz. Dzień później usłyszałam, że do Sparkling River zjechali policjanci, i domyśliłam się, że nie żyje. To dziwne, prawda? Po prostu wiedziałam. [ŚMIECH] Aż mnie ciarki przechodzą.

 

WEST MCCRAY:

Dziewczyny mieszkały w Sparkling River Estates. To małe osiedle przyczep kempingowych, nie liczy więcej niż dziesięć sztuk, niektóre są lepiej utrzymane od innych. Jedną ozdabiają małe urocze dekoracje na trawniku i grządki kwiatów, inna znów wyróżnia się gnijącą kanapą i górą śmieci.

 

Jak wspomniałem wcześniej, zarządza nimi May Beth Foster, przyszywana babcia dziewczyn. Pokazuje mi ich przyczepę, podwójną, dokładnie w takim stanie, w jakim Sadie ją zostawiła. May Beth trwa w zawieszonym żalu i nie może się zebrać, żeby tam posprzątać, ale też nie stać jej na to, żeby jej nie wynajmować.

 

Sam nie wiem, czego oczekiwałem, wchodząc, ale jest tam skromnie i czysto. Przez cztery ostatnie lata ich wspólnego życia Sadie wychowywała tu Mattie sama, ale mimo wszystko była nastoletnią dziewczyną, a kiedy myślę o nastolatkach, wyobrażam sobie jakiś rodzaj naturalnego kataklizmu; tornado krążące od pokoju do pokoju, pozostawiające za sobą dziewczyńską masakrę.

 

W miejscu, które nazywały domem, nic takiego się nie wydarzyło. Kubki wciąż stoją w kuchennym zlewie i na ławie przed starym telewizorem w salonie. Kartki kalendarza na lodówce nie były zrywane od czerwca, kiedy zniknęła Sadie.

 

W ich sypialniach robi się upiornie. Pokój Mattie wygląda, jakby czekał na jej powrót. Na podłodze leżą ubrania, łóżko jest niepościelone. Na nocnym stoliku stoi pusta szklanka ze śladami po wodzie na wewnętrznych ściankach.

 

MAY BETH FOSTER:

Sadie nie pozwoliła nikomu tego ruszyć.

 

WEST MCCRAY:

Wygląda zupełnie inaczej niż pokój Sadie, który sprawia wrażenie, jakby wiedział, że ona już nigdy do niego nie wróci. Łóżko jest schludnie pościelone, ale poza tym każda płaska powierzchnia świeci pustkami. Wygląda na to, że został ogołocony.

 

WEST MCCRAY [do May Beth]:

Jest zupełnie pusto.

 

MAY BETH FOSTER:

Znalazłam jej wszystkie rzeczy na śmietniku na tyłach działki w dniu, w którym zauważyłam, że zniknęła.

 

WEST MCCRAY:

Jakie rzeczy?

 

MAY BETH FOSTER:

Pozbyła się swoich książek, filmów, ubrań… Po prostu wszystkiego.

 

Robi mi się niedobrze, jak pomyślę, że ot tak wyrzuciła swoje życie na śmietnik, bo na to właśnie wygląda. Wszystko, co ją ukształtowało, leżało na śmietniku, a kiedy to odkryłam, zaczęłam płakać, bo ona… nie miało to już dla niej żadnej wartości.

 

WEST MCCRAY:

Czy mogła się pani tego spodziewać? Czy zasugerowała jakoś, że planuje odejść?

 

MAY BETH FOSTER:

Na tydzień przed wyjazdem Sadie bardzo przycichła, jakby myślała o zrobieniu czegoś głupiego, i powiedziałam jej, że cokolwiek sobie myśli… że ma tego nie robić. Niech tego nie robi. Ale w tamtym momencie nie mogłam się z nią porozumieć na żaden temat.

 

Mimo wszystko nie pomyślałabym, że zrobi…

 

Mówię panu, zabija mnie to, że tutaj stoję. Po prostu naprawdę wolałabym, żeby mnie nie było.

 

WEST MCCRAY [ze studia]:

Kontynuujemy rozmowę w jej przytulnej podwójnej przyczepie z przodu działki. Posadziła mnie na kanapie przykrytej ceratą, która głośno trzeszczy za każdym razem, kiedy się poruszam. Gdy mówię jej, że to nie sprzyja nagrywaniu wywiadu, przenosimy się do malutkiej kuchni i siadamy przy stole, gdzie podaje mi szklankę mrożonej herbaty i pokazuje album, w którym trzyma zdjęcia dziewczynek z różnych lat.

 

WEST MCCRAY:

To pani dzieło?

 

MAY BETH FOSTER:

Tak.

 

WEST MCCRAY:

Wygląda na coś, co zrobiłaby matka.

 

MAY BETH FOSTER:

No cóż. Matka powinna.

 

WEST MCCRAY:

Claire Southern, matka Mattie i Sadie, nie jest mile wspominanym tematem, ale jednak nie da się go uniknąć, bo bez Claire nie byłoby tych dziewczyn.

 

MAY BETH FOSTER:

Im mniej się o niej mówi, tym lepiej.

 

WEST MCCRAY:

Mimo wszystko chciałbym coś usłyszeć, May Beth. Mogłoby to być pomocne. A w najgorszym razie pozwoliłoby mi lepiej zrozumieć Sadie i Mattie.

 

MAY BETH FOSTER:

No cóż, Claire zawsze sprawiała problemy, i to bez powodu. Niektóre dzieci po prostu rodzą się… złe. Zaczęła pić w wieku dwunastu lat. Jako piętnastolatka paliła trawę, brała kokainę. Po osiemnastce heroinę. Kilka razy aresztowano ją za drobne kradzieże, wykroczenia. Po prostu dramat. Zaprzyjaźniłam się z jej mamą, Irene, kiedy zaczęły wynajmować ode mnie przyczepę. W ten sposób znalazłam się w ich życiu. Trudno znaleźć łagodniejszą kobietę od Irene. Może mogłaby być bardziej stanowcza wobec Claire, ale nie ma się co teraz nad tym rozwodzić.

 

WEST MCCRAY:

Irene zmarła na raka piersi, kiedy Claire miała dziewiętnaście lat.

 

MAY BETH FOSTER:

Tuż przed śmiercią Irene Claire zaszła w ciążę. Irene bardzo starała się wyzdrowieć dla swojej wnuczki, ale nie… nie było jej to pisane. Trzy miesiące po tym, jak pochowaliśmy Irene, urodziła się Sadie. Obiecałam przyjaciółce na łożu śmierci, że będę się troszczyć o tę dziewczynkę, i tak zrobiłam. Zawsze to robiłam, bo… Ma pan dzieci?

 

WEST MCCRAY:

Tak, mam. Córkę.

 

MAY BETH FOSTER:

W takim razie wie pan, o co chodzi.

 

 

 

 

 

 

Sadie

 

 

 

 

 

Trzy dni i prawie dwa tysiące kilometrów później farbuję włosy.

Robię to w jakiejś publicznej toalecie po drodze. Amoniak miesza się z odorem brudnych kabin i robi mi się niedobrze. Nigdy wcześniej nie farbowałam włosów, ostatecznie wychodzi mi brudny blond. U dziewczyny na pudełku był bardziej złoty, ale to bez znaczenia, bo chodziło mi tylko o to, żeby wyglądać inaczej.

Mattie by się to nie spodobało. Powiedziałaby mi to. „Mnie nigdy nie pozwalasz farbować włosów” – rzuciłaby, zawodząc swoim cienkim głosem – a cienki nie oznacza tu kruchego ani słabego. Po prostu nie zdążył wydorośleć. Kiedy się śmiała, brzmiało to tak piskliwie, że bolały mnie uszy, ale nie narzekałam – bo kiedy Mattie się śmiała, czułam się jak w samolocie w nocy, patrząc w dół na jakieś rozświetlone miasto, w którym dotąd nie byłam. A przynajmniej wyobrażam sobie, że byłoby to takie uczucie. Nigdy jeszcze nie leciałam samolotem.

Zresztą to prawda, nie pozwalałam jej farbować włosów. Kiedy olewała po kolei każdą ustaloną przeze mnie zasadę („zadzwoń, jeśli idziesz do domu koleżanki”, „nie pisz esemesów do chłopców, nie mówiąc mi o tym”, „odłóż ten telefon i zabierz się do odrabiania cholernych lekcji”), tę jedną zdecydowała się uszanować: „Nie farbuj włosów, dopóki nie skończysz czternastu lat”. Nie doczekała się.

Myślę, że tak naprawdę Mattie nigdy nie tknęła swoich włosów, bo odziedziczyła blond po mamie i nie mogła znieść myśli, że straciłaby ten okruch, który jej po niej pozostał. Zawsze wkurzało mnie to, że były do siebie takie podobne – te same włosy, niebieskie oczy i twarze w kształcie serca. Nie miałyśmy z Mattie tego samego ojca i nie wyglądałyśmy na siostry, no chyba że ktoś nas przyłapał na robieniu identycznych min w tych rzadkich przypadkach, gdy reagowałyśmy na coś tak samo. Nie pasowałam do niej i do mamy – moje niesforne brązowe loki i ciemne, szare oczy składały się na coś, co May Beth zawsze nazywała „twarzą wróbelka”. Mattie wyglądała mizernie w taki niedorozwinięty i dziwaczny sposób, ale była w niej jakaś wyjątkowa łagodność, która do tego pasowała – sprawiała wrażenie mniej cynicznej ode mnie. Ja jestem efektem karmienia butelkami ze smoczkiem wypełnionymi Mountain Dew. Mój organizm nie bardzo wie, jak przetwarzać lepsze rzeczy. Moje ciało jest tak spiczaste, że mogłabym nim ciąć szkło, i rozpaczliwie potrzebuje jakichś krągłości, ale czasem mi to nie przeszkadza. Ciało może nie zawsze jest piękne, ale może być piękną zmyłką. Jestem silniejsza, niż na to wyglądam.

Jest już ciemno, kiedy pojawia się znak postoju dla ciężarówek w Whittler.

Postój dla ciężarówek. Przypomina przycisk pauzy dla ludzi, którzy przewijają życie do przodu, chociaż nie tyle się tam zatrzymują, co zwalniają do tempa i tak dwa razy szybszego od tego, w którym żyje reszta. Pracowałam kiedyś na stacji benzynowej tuż pod Cold Creek i mój szef, Marty, nigdy nie pozwalał mi brać nocnych zmian samej – tak niewiele miał zaufania do przejeżdżających kierowców ciężarówek. Nie wiem, czy to było do końca w porządku z jego strony, ale takie miał poczucie. Whittler jest większe od miejsca, z którego pochodzę, ale nie wydaje się takie czyste. A może po prostu człowiek przyzwyczaja się do bałaganu w domu i z czasem utwierdza w przekonaniu, że wszystko znajduje się tam, gdzie powinno. Nic tutaj nie stara się być lepsze. Neonowe napisy na stacji benzynowej wyglądają na przyćmione, jakby wolały miarowo blednąć, zamiast gasnąć nagle w ciemności.

Kieruję się do restauracji, nazwa „Ray’s” jest namalowana kursywą na tablicy zbyt małej w stosunku do budynku, na którym została umieszczona, przez co wszystko wydaje się tak krzywe, że aż przyprawia o zawroty głowy. NAJLEPSZA SZARLOTKA W GARNET COUNTY! – głosi niechlujna tekturowa informacja w oknie. SPRÓBUJ!

Popycham ciężkie szklane drzwi i wpadam prosto w lata pięćdziesiąte. Ray’s wygląda dokładnie tak, jak zostało mi opisane, wszędzie czerwony skaj i turkusy, kelnerki w sukienkach i fartuszkach pasujących do muzyki Bobby’ego Vintona, która leci z – słowo daję – szafy grającej w rogu. Stoję tam, wchłaniając tę nostalgię, zapach sosu pieczeniowego i ziemniaków, a potem podchodzę do baru na tyłach. Bufet i kuchnia są tuż za nim.

Przysiadam na stołku i kładę dłonie na zimnym, laminowanym blacie. Po mojej prawej siedzi dziewczyna. Dziewczyna. Kobieta. Garbi się nad niedojedzonym daniem, kciukami przesuwa szybko po ekranie telefonu. Ma mocno kręcone brązowe włosy i tak dużo obnażonej bladej skóry, że samo patrzenie na nią przyprawia mnie o dreszcze. Ma na sobie czarne szpilki, króciutkie spodenki i cienki, obcisły tank top. Myślę, że pracuje na parkingu. Tirówki. Tak nazywają te dziewczyny. Mój wzrok wędruje, by lepiej przyjrzeć się jej twarzy; wygląda na starszą, niż jest – cerę zniszczyły jej warunki życia, nie mijający czas. Kurze łapki i zmarszczki wokół ust przypominają mi pęknięcia w zbroi.

Opieram łokcie na barze i spuszczam głowę. Teraz, kiedy się zatrzymałam, ta jazda zaczyna do mnie docierać. Nie przywykłam do takiego siedzenia za kółkiem i jestem cholernie zmęczona. Mięśnie moich pleców zacisnęły się w małe, ciasne supełki. Skupiam się na tym, żeby zamienić każde pojedyncze ukłucie w jeden ogólny ból, który mogłabym zignorować.

Po minucie z kuchni wychodzi mężczyzna. Ma skórę w oliwkowym kolorze, głowę ogoloną na łyso i wytatuowane piękne kolorowe rękawy na ramionach. Czaszki i kwiaty. Jego czarna koszulka z napisem „Ray’s” opina go na tyle ciasno, by wyeksponować te części ciała, nad którymi musiał ciężko pracować. Wyciera dłonie tłustą ścierką przywiązaną do pasa i rzuca na mnie okiem.

– Co podać?

Jego głos brzmi jak nóż, który ostrzy się na innych ludziach. Jest tak onieśmielający, że nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak by brzmiał, gdyby krzyczał. Zanim zdążę spytać, czy to on ma na imię Ray, zauważam na jego koszulce plakietkę z napisem SAUL. Nachyla do mnie ucho i prosi, żebym powtórzyła, zupełnie jakby padły jakieś słowa, a on je tylko przegapił.

Zwykle moje jąkanie jest takie samo. Znam je lepiej od jakiejkolwiek innej części siebie, ale kiedy jestem zmęczona, może być zupełnie nieprzewidywalne, podobnie jak Mattie, która jako czterolatka zaczęła się bawić w chowanego po całej okolicy, nie mówiąc nawet nikomu, że zaczęła zabawę. Będę musiała tu porozmawiać, ale nie chcę robić sceny przy kimś, kto być może nie da mi tego, czego potrzebuję, więc chrząkam i sięgam po małe laminowane menu leżące koło koszyka serwetek, szukając czegoś taniego. Patrzę na Saula znacząco, wskazuję na swoje gardło i bezgłośnie mówię „przepraszam”, jakbym miała jakieś pieprzone zapalenie krtani. Stukam w menu, żeby wiedział, że mu coś komunikuję. Podąża wzrokiem za moim palcem i stuk-stukKAWA… Dwa dolary.

Minutę później podsuwa mi kubek pod nos ze słowami:

– Żeby było jasne, nie możesz nad tym siedzieć cały wieczór. Wypij, póki ciepła, albo domów do niej posiłek.

Pozwalam, żeby para owiała moją twarz, zanim wezmę pierwszy łyk. Kawa parzy mnie w język i gardło, budząc szybciej, niż zwykle robi to kofeina, ale wydaje się w smaku dość mocna, żebym mogła też liczyć na to drugie działanie. Odstawiam kubek i zauważam kobietę przy okienku kuchni. Jest ubrana w czarną koszulkę Ray’s tak jak Saul i przypomina mi nieco młodszą May Beth, tylko że ma włosy pofarbowane na czarno. Włosy May Beth mają kolor soli z odrobiną pieprzu. Obie mają jednak podobnie brzoskwiniowe twarze i ostre rysy, a wszystko poniżej ich szyj jest krąglejsze i dużo bardziej nieokreślone. Miękkie. May Beth brała mnie czasem w ramiona i przytulała, kiedy nie było komu tego zrobić – dopóki nie wyrosłam z takich rzeczy – i uwielbiałam tę jej miękkość. Pozwalam tamtemu wspomnieniu wywołać ostrożny uśmiech na mojej twarzy. Obdarzam nim tamtą kobietę. Odwzajemnia go.

– Patrzysz na mnie, jakbyś mnie znała – mówi.

Jednak coś jeszcze odróżnia ją od May Beth poza włosami – jej głos. May Beth brzmiała jak chrupiące kostki cukru. Ta kobieta bardziej jak tarta z jabłkami. A może nie brzmi tak, tylko czuję taki zapach. Trochę dalej na barze stoi patera z ciastem, słynna szarlotka z miękkimi, soczystymi kawałkami owoców ułożonymi w pięknym, puszystym cieście. Zaczynam się ślinić i wiem, że byłam już w życiu bardziej głodna, ale przez ten karmelowo-cynamonowo-słodki pocałunek zapominam, kiedy to było. Burczy mi w brzuchu. Kobieta unosi brwi i wtedy zauważam plakietkę nad jej prawą piersią z napisem RUBY. Cholernie trudno będzie mi to wykrztusić.

– Daj jej spokój, Roo – mówi Saul zza bufetu. – Ona nie mówi.

– Naprawdę? – zwraca się do mnie Ruby.

– … – Zamykam oczy. Blokada: chwila, która zdaje się trwać wiecznie – otwieram usta i nic się nie dzieje, przynajmniej nie na zewnątrz. W środku mam słowa i staram się im nadać kształt, przez co czuję, jakbym była odłączona. – W-wyg-l… – Walczę o „l”, walczę, żeby dojść do siebie. Otwieram oczy. Czuję, że kobieta obok się gapi. Ruby nawet nie mrugnęła i jestem jej za to wdzięczna, ale też cholernie tego nienawidzę, bo taki poziom przyzwoitości, który powinien utrzymywać każdy, nie zasługuje na moją wdzięczność. – Wyg-ląda pani jak k-ktoś znajomy.

– To dobrze?

– Tak. – Kiwam głową, trochę zadowolona z ostatecznego sukcesu. Tak.

– Myślałem, że nie mówisz – mówi niewzruszony Saul.

– Chcesz coś do tej kawy? – pyta Ruby.

– Nie, d-dziękuję.

Zaciska usta.

– Wiesz, że nie możesz nad nią siedzieć cały wieczór.

Jezu. Odchrząkuję.

– Z-zastanawiam się, cz-czy mogłab-bym p-panią o coś s… – Spytać. – Zagadnąć.

To jest coś, co czasem mi wychodzi – oszukiwanie jąkania. Przygotowuję się na połamanie jakiegoś słowa, a w ostatniej chwili zastępuję je innym i jakimś cudem nigdy nie udaje się go zepsuć. Kiedy odkryłam to po raz pierwszy, myślałam, że jestem wreszcie wolna, ale nie; byłam więziona w inny sposób. To wyczerpujące, całe to myślenie o mówieniu, nad którym nikt inny nie musi się zastanawiać. I niesprawiedliwe, ale mało co w życiu takie jest.

– Oczywiście – odpowiada.

– Czy R… – Zamykam na chwilę oczy. – Ray tu jest?

Wzdryga się.

– Zmarł kilka lat temu.

– P-przepraszam. – Cholera.

– Dlaczego szukasz Raya?

– P-prac-cuje tu pani d-długo?

– Będzie trzydzieści lat. – Przygląda mi się. – O co chodzi?

– Sz-szukam k-kogoś.

Da się to zrobić szybciej. Zanim zdąży odpowiedzieć, zaciskam usta i unoszę palec. Czeka minutę, o którą milcząco proszę, w tym czasie otwieram plecak i wyciągam zdjęcie. Jest sprzed ośmiu lat, ale to jedyne, jakie mam, na którym jest widoczna twarz poszukiwanej przeze mnie osoby. To ujęcie z lata, wszyscy pozujemy przed przyczepą May Beth. Wiem, że to lato, bo jej grządki są w pełnym rozkwicie. Zrobiła to zdjęcie, wzięłam je od niej, było schowane w albumie, który ma ze zdjęciami moimi i Mattie. To jedyna fotografia, na której jest mama – i Keith.

Keith ma surową twarz, tygodniowy zarost i głębokie kurze łapki, które, w co nie mogę uwierzyć, musiały mu się zrobić od częstego uśmiechania. Wygląda, jakby mógł wyjść z fotografii tylko po to, żeby znienawidzić cię z bliska. Na biodrze trzyma dziecko z potarganymi blond włosami – Mattie. Ma pięć lat. Jedenastoletnia dziewczynka z kucykami, nieostra, w odległym rogu, to ja. Pamiętam tamten dzień, pamiętam, jak mi było gorąco i niewygodnie i jak nie mogli mnie namówić, żebym pozowała z nimi, aż w końcu mama powiedziała: „dobra, zrobimy to bez ciebie”, co też nie wydawało mi się w porządku, więc zakradłam się do kadru i stałam się jego zamazanym rogiem. Patrzę na fotografię zbyt długo, jak zwykle, a potem wskazuję na długopis w kieszeni fartucha Ruby. Podaje mi go. Odwracam zdjęcie i szybko gryzmolę na odwrocie:

CZY WIDZIAŁA PANI TEGO MĘŻCZYZNĘ?