Sādhanā - Rabindranath Tagore - ebook

Sādhanā ebook

Tagore Rabindranath

0,0

Opis

Sādhanā” to zbiór esejów Rabindranatha Tagore, indyjskiego poety, prozaika, filozofa, kompozytora, malarza, pedagoga, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

Sādhanā” to doskonały zbiór esejów Rabindranatha Tagore na temat duchowości indyjskiej. Porusza on takie tematy jak, Stosunek jednostki do wszechświata, Świadomość duszy czy Zagadnienie zła.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-277-3
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Przedmowa autora

Może uczynię dobrze wyjaśniając, że treść rozpraw ogłoszonych w niniejszej książce nie była traktowana filozoficznie ani rozważana ze stanowiska człowieka uczonego. Autor wychował się w rodzinie, która tekstami upaniszadowemi posługuje się w codziennem nabożeństwie, miał zaś przed sobą przykład ojca swego, który przeżył długi wiek życia najściślej obcując z Bogiem, przyczem nie zaniedbywał swych obowiązków wobec świata i nie wystawiał na szwank swego żywego zainteresowania wszechsprawami ludzkiemi. Tedy w rozprawach niniejszych (wolno się spodziewać) czytelnik zachodni znajdzie sposobność wejścia w zetknięcie ze starodawnym duchem Indyj, takim jak się on objawił w naszych pismach świętych, a przejawia w życiu dnia dzisiejszego.  Cokolwiek człowiek wygłosił wielkiego, sądzić należy nie według litery, lecz według ducha — ducha, który się odsłania wraz ze wzrostem życia w dziejach. Poznajemy istotne znaczenie Chrześcijaństwa, śledząc jego żywy wygląd w chwili obecnej, chociażby się on mocno różnił, nawet pod ważnemi względami, od Chrześcijaństwa okresów wcześniejszych.  W uczonych zachodnich wielkie pisma religijne indyjskie zdają się budzić zajęcie jedynie jako przedmiot badań retrospektywnych i starożytniczych; lecz dla nas mają one żywą doniosłość i nie możemy obronić się myśli, że tracą swe znaczenie, jeśli wystawić je w pudełkach z etykietkami — niby mumje okazowe myśli ludzkiej i tęsknot ludzkich, przechowane na wsze czasy w owijakach erudycji.  Znaczenie żywych słów, które płyną z doświadczeń wielkich serc, nie da się nigdy wyczerpać jednym jakimś systemem wykładu logicznego. Winny one być wyjaśniane bez końca w komentarzach żywotów osobniczych, a każde nowe objawienie przydaje im treści tajemnej. Dla mnie wersety upaniszadów i kazania Buddhy były zawsze rzeczami ducha, a przeto obdarzonemi nieograniczonym rozrostem żywotnym; posługiwałem się też niemi, zarówno w życiu własnem, jak w nauczaniu drugich, jakgdyby tętniły swoistem znaczeniem dla mnie, jakoteż dla innych, a potwierdzenia swego czekały właśnie od mojego osobnego świadectwa, które musi mieć wartość skutkiem swoistości swojej.  Winienem może dodać, że rozprawy niniejsze zawierają, w związku właściwym formie książkowej, pomysły zaczerpnięte z niektórych wykładów bengalskich, jakie mam zwyczaj wygłaszać wobec uczni w szkole mojej w Bolpur, w Bengalu; tu i ówdzie posłużyłem się częściowym przekładem, jakiego dokonali przyjaciele moi Babu Satiś Czandra Roy i Babu Adżit Kumar Czakrawarti. Ostatnia rozprawa w tym zbiorze, „Urzeczywistnienie w czynie“, jest przekładem odczytu mojego bengalskiego o Karma-Yoga; tłumaczył bratanek mój, Babu Surendra Nath Tagore.  Korzystam ze sposobności, ażeby wyrazić wdzięczność prof. James’owi H. Woods (Harvard University) za jego szlachetne uznanie, które mię zachęciło do zestawienia niniejszego zbioru i wygłoszenia w uniwersytecie Harvardzkim większości zawartych w nim rozpraw. Składam także podziękowanie p. Ernestowi Rhys’owi za uprzejmą pomoc, jaką mi okazał przez udzielenie wskazówek, oraz za przejrzenie całości i poprawienie korekt.  Nie zawadzi słówko o wymowie wyrazu Sādhanā: przycisk pada bardzo silnie na pierwsze ā które brzmi jasno (t. j. jak po polsku) i jest długie.

I

STOSUNEK JEDNOSTKI DO WSZECHŚWIATA

Cywilizację starożytnej Grecji wypiastowały mury miejskie. W istocie, wszelka cywilizacja starożytna miała kołyskę z cegieł i tynku.

 Mury te ryją swe znamię głęboko w umysłach ludzkich. Utrwalają one w naszym poglądzie na świat zasadę „divide et impera“, która w nas rodzi nawyk zabezpieczania wszystkich zdobyczy naszych przez wzmacnianie ich i przez odgraniczanie jednej od drugiej. Oddzielamy naród od narodu, wiedzę od wiedzy, człowieka od przyrody. Stąd pleni się w nas silna nieufność ku wszystkiemu, co tylko znajduje się poza szrankami, jakieśmy sami dźwignęli i każda rzecz zniewolona jest ciężko walczyć o dostęp do naszego uznania. Kiedy pierwsi najeźdźcy aryjscy pojawili się w Indjach, były one obszerną krainą lasów, które nowi przybysze wnet obrócili na swa korzyść. Lasy te dały im schron przed palącym żarem słonecznym i przed zniszczeniem, jakie siały burze podzwrotnikowe, dostarczyły im pastwisk dla bydła, drew dla ogni ofiarnych i budulca dla chat. Różne szczepy aryjskie, z patrjarchami swymi na czele, osiedliły się w różnych okolicach leśnych, gdzie tylko przyroda nastręczała łatwiejszą ochronę, a żywności i wody było poddostatkiem.  Tym sposobem w Indjach cywilizacja nasza narodziła się w lasach, biorąc odrębne piętno z tych swoich początków i z otoczenia. Otoczona była szeroko płynącem życiem przyrody, od niej brała żywność i strój i pozostawała w najściślejszym i najtrwalszym stosunku do jej wciąż zmiennych przejawów.  Życie takie, powie kto, skłonne jest przytępiać bystrość umysłu ludzkiego i karlic podniety postępu przez obniżanie poziomu bytowania. Ale widzimy, że w Indjach starożytnych warunki życia leśnego nie obezwładniły umysłu człowieka i nie osłabiły prądu jego tężyzny, lecz nadały mu tylko pewien swoisty kierunek. Będąc w ustawicznem zetknięciu z żywym rozrostem przyrody, umysł ludzki wolny był od chęci rozszerzania udziału swej władzy przez wznoszenie murów granicznych dokoła swoich nabytków. Celem jego było nie nabywać, ale urzeczywistniać, powiększać zakres swej świadomości przez to, że rósł wraz ze swem otoczeniem i że w nie wrastał. Czuł, że prawda jest wszechobejmującą, że niema nic w rodzaju bezwzględnego wyosobnienia się w bycie, i że prawdę można osiągnąć jedynie w drodze przeniknięcia jestestwa naszego we wszystkie przedmioty i nawzajem. Urzeczywistnić tę wielką harmonję między duchem ludzkim a duchem świata, było dążeniem mieszkających po lasach mędrców starożytnych Indyj.  Z czasem przyszła pora, kiedy dziewicze lasy ustąpiły miejsca uprawnym polom, a wszędzie dokoła podniosły się zamożne miasta. Wyrosły potężne królestwa, utrzymujące stosunki ze wszystkiemi mocarstwami świata. Ale nawet u szczytu pomyślności materjalnej, serce Indyj wciąż zwracało się z uwielbieniem ku pierwotnemu ideałowi skrzętnego samo-urzeczywistniania się i ku dostojności prostego życia w pustelni leśnej, czerpiąc najlepsze natchnienie z nagromadzonej tam mądrości.  Zachód zdaje się dumą napawać myśl podboju przezeń przyrody; jakgdybyśmy żyli na jakimś wrogim świecie, gdzie wszystko czego nam potrzeba, winniśmy wydrzeć niechętnemu i obcemu porządkowi rzeczy. Poczucie to jest wytworem nawyków umysłu urabianego wewnątrz murów miejskich. Bo w życiu miejskiem, człowiek siłą rzeczy kieruje zogniskowane światło wzroku duszy swojej na własne życie i dzieła, a to stwarza sztuczny rozdział między nim a tą Wszech-Przyrodą, na której łonie spoczywa.  Ale w Indjach kąt widzenia był różny: zawierał on świat wraz z człowiekiem jako jedną wielką prawdę. Wszystek nacisk położyły Indje na harmonję, jaka istnieje między jednostką a powszechnością. Czuły, że nie moglibyśmy mieć żadnej styczności z naszem otoczeniem, gdyby nam ono miało być bezwzględnie obcem. Skarży się człowiek na przyrodę, że prawie wszystko czego potrzebuje, zdobywać musi własnym wysiłkiem. Tak, lecz wysiłki jego nie idą na marne; dzień każdy przynosi powodzenie, a stąd wniosek, że zachodzi jakiś zasadny związek między człowiekiem a przyrodą, nie możemy bowiem przyswoić sobie niczego, wyjąwszy to, co nam jest naprawdę pokrewne. Można patrzeć na drogę pod dwojakim kątem widzenia. Jeden spogląda na nią, jako na coś co nas dzieli od przedmiotu naszych pragnień; w takim razie uważamy, że każdy krok naprzód po tej drodze wywalczony został siłą wbrew przeszkodom. Drugi widzi w niej bieżnię, która nas wiedzie ku naszemu przeznaczeniu; a wtedy staje się ona częścią naszego celu. Jest ona już początkiem dojścia do mety i dążąc po niej naprzód możemy tylko zdobyć to, co nam sama z siebie podaje. Ten drugi kąt widzenia zajęły Indje w stosunku do przyrody. Dla nich jądro rzeczy leży w tem, że jesteśmy w harmonji z przyrodą; że człowiek może myśleć, bo myśli jego są w harmonji z przedmiotami; że może używać sił przyrody dla własnych celów jedynie, ponieważ własna jego moc jest w harmonji z potęgą powszechną, i że na dłuższą metę zamiary jego nigdy nie mogą znaleźć się w sprzeczności z zamiarem, którego działalność przenika przyrodę.  Na Zachodzie przeważa poczucie, że przyroda ogranicza się wyłącznie do rzeczy nieżywotnych i do zwierząt, że gdzie się poczyna przyroda ludzka, tam się otwiera jakaś nagła otchłań, z której nie można zdać sobie sprawy. Według tego, wszystko co się znajduje na niskich szczeblach drabiny stworzeń, jest poprostu przyrodą, a cokolwiek nosi na sobie znamię doskonałości, intelektualnej czy moralnej, jest przyrodą ludzką. Równa się to dzieleniu pączka i kwiecia na dwie odrębne kategorje i kładzeniu ich wdzięku na karb dwóch odmiennych i przeciwstawnych zasad. Ale umysł indyjski nigdy się nie waha uznać swoje pokrewieństwo z przyrodą, swój nieprzerwany związek ze wszystkiem.  Zasadnicza jedność świata stworzonego nie była dla Indyj prostem sobie dociekaniem filozoficznem; celem ich życia było urzeczywistnić tą wielką harmonję w uczuciu i w czynie. Rozmyślając i służąc, prostując własne życie, kształciły Indje świadomość swoją w taki sposób, że wszystko nabierało dla nich znaczenia duchowego. Ziemia, woda i światło, owoce i kwiaty — dla nich nie były to sobie tylko zjawiska fizyczne, któreby można zużytkować a potem odrzucić na stronę. Były im one konieczne, ażeby osiągnąć własny ideał doskonałości, jak każda nuta jest konieczną, ażeby symfonja posiadła pełnię. Indje czuły intuicyjnie, że jądro tego świata ma dla nas znaczenie żywotne; winniśmy być na nie jak najbaczniej wrażliwi i wejść z niem w świadomy stosunek, nietylko pod naciskiem naukowej ciekawości, albo żądzy korzyści materjalnej, ale urzeczywistniając je w duchu sympatji, z szerokiem uczuciem radości i spokoju.  Człowiek nauki wie, pod jednym względem, że świat nie jest tem tylko, czem się zmysłom naszym być wydaje; wie, że ziemia i woda są w rzeczywistości grą sił, objawiających się nam jako ziemia i woda — jak, to w części tylko pojąć możemy. Podobnie człowiek, który patrzy oczyma ducha, wie, że ostateczna prawda o ziemi i wodzie leży w naszem ujęciu wiecznej woli, działającej w czasie i biorącej na się kształt w tych siłach, które uświadamiamy sobie pod owemi zjawiskami. Nie jest to prostem poznaniem, jak nauka, ale postrzeżeniem duszy przez duszę. Nie wiedzie nas to do potęgi, jak poznanie, lecz darzy nas wolnością, która jest wynikiem zjednoczenia rzeczy pokrewnych. Człowiek, którego znajomość świata prowadzi go nie głębiej, niż może doprowadzić nauka, nigdy nie zrozumie, co też takiego człowiek o spojrzeniu duchowem znajduje w tych przyrodzonych zjawiskach. Woda nietylko członki jego zmywa, ale i serce jego oczyszcza; bo dotyka duszy jego. Ziemia nietylko dzierży jego ciało, ale i umysł jego raduje; bo dotknięcie jej jest więcej, niż fizycznym dotykiem — jest żywą obecnością. Póki człowiek nie uświadomi sobie swego pokrewieństwa ze światem, żyje w więzieniu, którego mury są mu obce. Kiedy we wszystkich przedmiotach zetknie się z wiecznym duchem, wtedy przychodzi nań wyzwolenie, bo wtedy odkrywa najpełniejsze znaczenie świata, na który się narodził; wtedy odnajduje sam siebie w pełni prawdy, i utrwala się harmonja jego ze wszystkiem. W Indjach powtarza się ludziom z naciskiem, że nie wolno im tracić z oczu faktu, iż są w najściślejszym związku — ciałem i duszą — z rzeczami dokoła siebie, i że winni witać słońce poranne, wodę płynącą, płodną ziemię, jako przejawy tej samej żywej prawdy, która ich dzierży w uścisku. I tak tekstem naszych rozmyślań powszednich jest Gāyatrī, wiersz uważany za ostatni wyraz (epitome) wszystkich Wed. Z jego pomocą staramy się zdać sobie sprawę z istotnej jedności świata ze świadomą duszą ludzką; uczymy się postrzegać jedność, utrzymywaną przez jednego Wiecznego Ducha, którego potęga stwarza ziemię, niebiosa i gwiazdy, a równocześnie rozpromienia zmysły nasze światłem świadomości, poruszającej się i bytującej w nierozerwalnej ciągłości ze światem zewnętrznym.  Nie jest prawdą, jakoby Indje starały się zamykać oczy na różnicę wartości rzeczy różnych, wiedzą one bowiem, że tym sposobem życie stałoby się niemożliwem. Umysłowi indyjskiemu nie było obcem znaczenie wyższości człowieka na szczeblach drabiny stworzeń. Ale Indje pojęły po swojemu, na czem ta wyższość w istocie polega: nie na potędze posiadania, lecz na potędze zjednoczenia. Dlatego to Indje wybierały za cel swoich pielgrzymek wszelkie miejsca, gdzie tylko przyroda przedstawiała widok szczególnie podniosły lub piękny, tak żeby umysł mógł wybiec poza świat ciasnych konieczności i zdać sobie sprawę ze swego miejsca w nieskończoności. To było powodem, dlaczego w Indjach cały lud, żywiący się niegdyś mięsem, zarzucił pokarm zwierzęcy i jął hodować uczucie powszechnej sympatji ku wszystkiemu co żyje — zdarzenie jedyne w dziejach ludzkości.  Indje wiedziały, że kiedy wznosząc szranki fizyczne czy umysłowe, odrywamy się gwałtownie od niewyczerpanego życia przyrody, kiedy stajemy się poprostu człowiekiem, me zaś człowiekiem-we-wszechświecie, stwarzamy zagadnienia wysoce kłopotliwe i, odcinając sobie drogę do źródła ich rozwiązania, próbujemy wszelkiego rodzaju metod sztucznych, z których każda niesie w plonie trudności bez końca. Kiedy człowiek porzuca miejsce swego spoczynku w powszechnej przyrodzie, kiedy wkracza na samotną linę ludzkości, ma do wyboru taniec lub upadek, zniewolony jest prę żyć bezustannie każdy nerw i mięsień, ażeby z każdym nowym krokiem zachować równowagę, i wtedy, w przerwach znużenia, piorunuje przeciw Opatrzności i odczuwa tajemną dumę i zadowolenie na myśl, że cały porządek rzeczy postąpił sobie z nim niepoprawnie.  Ale to nie może trwać wiecznie Człowiek winien zdać sobie sprawę z całości rozmiarów swego bytu, ze swego miejsca w nieskończoności; winien wiedzieć, że nawet największe wysiłki nigdy mu nie pozwolą tworzyć miodów w komorach własnego ulu, albowiem tylko z poza jego ścian da się stale uzupełniać pokarm życia. Winien wiedzieć, że kiedy się zamyka przed ożywczem i oczyszczającem dotknięciem nieskończoności, kiedy w sobie samym szuka środków do życia i ocalenia, wtedy sam się wpędza w szaleństwo, sam się rwie w strzępy i zżera własną podstawę. Pozbawiona tła całości, nędza ludzka traci wielki przymiot: prostotę, nabiera zaś brudu i wstydu. Dobrobyt przestaje być szczodrym, staje się poprostu przesadnie rozrzutnym. Pożądania już nie służą życiu, utrzymując się w granicach swego zadania; stają się one celem same w sobie, podkładają ogień pod życie ludzkie i przygrywają na skrzypkach w posępnem świetle pożogi. Wówczas to, szukając wyrazu treści naszej, staramy się zadziwiać, zamiast pociągać; w sztuce gonimy za oryginalnością i gubimy z oczu prawdę, starą a jednak zawsze nową; w literaturze zatracamy pełny widok człowieka, prosty a jednak wielki, ukazując go natomiast jako zagadnienie psychologiczne, albo wcielenie namiętności, mocnej bo zwyrodniałej i wystawionej w blaskach gwałtownie jaskrawego światła, które jest sztuczne. Kiedy świadomość człowieka zacieśnia się wyłącznie do najbliższego sąsiedztwa własnej jaźni ludzkiej, wtedy głębsze korzenie jego przyrody nie docierają do stałych swoich pokładów, a duch ludzki, wciąż zagrożony wycieńczeniem, w miejsce tryskającej zdrowiem siły podstawia nawroty sztucznych podniet. Wówczas to człowiek zatraca swą perspektywę wewnętrzną i mierzy wielkość swoją jej rozmiarami, nie zaś żywotnem ogniwem, które ją łączy z nieskończonością; działalność swoją ocenia jej ruchliwością, nie zaś spokojem doskonałości — spokojem, który jest w gwiaździstych niebiosach, w przelewającym się wiecznie tańcu rytmicznym stworzonego świata.  Pierwszemu najazdowi na Indje dokładnie odpowiada najazd osadników europejskich na Amerykę. Oni takie natknęli się na lasy dziewicze i na zaciętą walkę z tubylcami. Ale ta walka człowieka przeciw człowiekowi i człowieka przeciw przyrodzie została przeprowadzoną aż do końca; nie doszło nigdy do układów. W Indjach lasy, które były mieszkaniem barbarzyńców, stały się świętym przybytkiem mędrców; ale w Ameryce te wielkie żywe świątynie przyrody nie nabrały głębszego znaczenia w oczach ludzkich. Przyniosły one człowiekowi dobrobyt i potęgę, czasami nawet, być może, budziły w nim radosne odczucie piękna i natchnęły jakiego samotnego poetę. Nigdy nie nabrały w sercach ludzkich wagi świętych skojarzeń, jako siedziba jakiegoś wielkiego duchowego pojednania, gdzie dusza człowieka spotyka się z duszą świata.  Nie pragnę ani na chwilę budzić wrażenia, że powinno było być inaczej. Byłoby skrajnem marnowaniem sposobności, gdyby historja miała powtarzać się dokładnie w ten sam sposób na każdem miejscu. Dla obcowania duchowego najlepiej jest, ażeby ludy żyjące w odmiennych warunkach, słały na targ ludzkości swoje odmienne wytwory, z których każdy uzupełnia inne i jest im niezbędny. Pragnę jedynie powiedzieć, że Indje natknęły się u progu swego rozwoju na szczególny splot okoliczności, który nie przeszedł nad niemi bez śladu. Zgodnie ze sposobnościami, jakie im się nastręczyły, Indje dumały i ważyły, cierpiały i dążyły, nurzały się w głębiach bytu i dokonały czegoś, co niewątpliwie nie może być pozbawionem wartości dla ludu, którego rozwój dziejowy poszedł najzupełniej odmienną drogą. Ażeby się rozwinąć doskonale, wymaga człowiek wszystkich żywych pierwiastków, które stanowią jego złożone życie; dlatego to pokarm ludzki winien być hodowanym na różnych polach i znoszonym z różnych źródeł.  Cywilizacja jest rodzajem formy, której odlewem zajął się każdy naród dla siebie, ażeby nadać członkom swoim, mężczyznom i kobietom, kształt odpowiadający ideałowi, jaki uważa za najlepszy. Wszystkie urządzenia narodowe, prawodawstwo, norma uznania i potępienia, zasady wpajane świadomie i nieświadomie, wszystko zmierza ku powyższemu celowi. Nowożytna cywilizacja zachodnia, z całą swoją organizacją wysiłków, stara się wydać ludzi doskonałych pod względem sprawności fizycznej, umysłowej i moralnej. Rozległe zapasy energji każdego narodu obraca ona na to, ażeby rozszerzyć władzę człowieka poza jego najbliższe otoczenie; kombinuje i wytęża wszelki rodzaj zdolności, ażeby posiąść i zużytkować wszystko, co tylko może wpaść w ręce, ażeby pokonać każdą zaporę w zdobywczym pochodzie. Ludzie wciąż się sposobią na zwalczanie przyrody i drugich ras; zbrojenia ich olbrzymieją dzień w dzień na podziw; ich maszyny, zastosowania, organizacja pracy, przybierają w stopniu zdumiewającym. Są to wyniki świetne, bez wątpienia, i stanowią zadziwiający przejaw mistrzostwa ludzkiego, które nie zna przeszkód, a za cel wytknęło sobie zwierzchność człowieka nad wszystkiem innem.  Starożytna cywilizacja indyjska miała własny ideał doskonałości i ku niemu skierowała swoje wysiłki. Celem jej nie było posięście potęgi, więc też zaniedbała ona pielęgnowania swych zdolności aż do ostatnich granic i organizowania ludzi dla obrony i najazdów, dla współpracy nad zdobywaniem dobrobytu i dla osiągnięcia przewagi wojskowej i państwowej. Ideał, który Indje starały się urzeczywistnić, powiódł ich najlepszych synów ku samotności żywota zamyśleńczego, a skarby jakie zdobyły dla rodzaju ludzkiego, przenikając w głąb tajników rzeczywistości, okupione zostały drogo w dziedzinie powodzenia światowego. A przecież i to były wyniki szczytne — był to najwyższy przejaw tej tęsknoty ludzkiej, która nie zna granic, a cel wytyka sobie nie mniejszy, jak urzeczywistnienie Nieskończoności.  Miały Indje mężów cnotliwych, mądrych, dzielnych; miały polityków, królów i cesarzy; ale na kogo, wśród tych warstw wszystkich, podniosły one wzrok szukający przedstawicieli ludzkości?  Na riszich. Cóż to byli za jedni? Ci, którzy osiągnąwszy najwyższą duszę w poznaniu, pełni byli mądrości, a znalazłszy ją w jedności z duszą (swoją), byli w najdoskonalszej zgodzie z wnętrzną jaźnią; uprzytomniwszy ją sobie w sercu, byli oni wolni od wszelkich samolubnych pożądań, a doświadczywszy jej we wszelkiej czynności świata, zdobyli spokój. Riszi byli ci, którzy osiągnąwszy najwyższego Boga zewszechstron, posiedli trwały pokój, zjednoczyli się ze wszystkie m, weszli wżycie Wszechświata.  Tym sposobem stan uprzytomnienia sobie naszego pokrewieństwa ze wszystkiem, stan wniknięcia we wszystko skutkiem zjednoczenia z Bogiem, uważany był w Indjach za ostateczny cel i wypełnienie się ludzkości.  Człowiek może niszczyć i grabić, nabywać i gromadzić, czynić wynalazki i odkrycia, ale wielkim jest przez to, że dusza jego obejmuje wszystko. Równa się dlań okrutnej zagubię, jeżeli duszę swoją otoczy martwą skorupą chropawych nawyków i jeżeli dokoła niego wiruje ślepy szał czynów, niby burza skłębionej kurzawy, przesłaniając widnokrąg. Zaiste, szał ten zabija samego ducha jestestwa ludzkiego, którym jest duch zdolności objęcia. W istocie rzeczy człowiek nie jest niewolnikiem ani siebie samego ani świata; ale jest miłośnikiem. Wolność jego i wypełnienie są w miłości, która znaczy to samo co doskonała zdolność objęcia. Przez tę potęgę objęcia, tę wnikliwość jestestwa swego, człowiek jednoczy się z wszechprzenikającym Duchem, który jest tchnieniem także jego duszy. Kiedy człowiek stara się wybić na czoło, popychając i potrącając wszystkich innych, kiedy stara się dopiąć odznaczeń, napawających go dumą, że jest czemś więcej  niż ktokolwiek drugi, wtedy staje się obcym owemu Duchowi. Dlatego to Upaniszady powiadają o tych, którzy osiągnęli cel życia ludzkiego, że są „spokojni“ i „za-jedno-z-Bogiem“, rozumiejąc, że znajdują się oni w doskonałej harmonji z człowiekiem i przyrodą, a przeto w niezmąconej jedności z Bogiem.  Błysk tej samej prawdy znajdujemy w słowach Jezusa, kiedy uczy: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi wejść do królestwa niebieskiego — to znaczy, że wszelkie skarby jakie zbieramy dla siebie samych, dzielą nas od drugich; nabytki nasze ograniczają nas. Kto się oddał gromadzeniu bogactw, ten nie zdoła, z osobowością co go wciąż rozpiera, przecisnąć się przez bramę zdolności objęcia świata duchowego, to jest, świata doskonałej harmonji; zamknięty jest w ciasnych murach swych ograniczonych nabytków.  Dlatego duch nauki Upaniszadów jest: Aby go znaleźć, winieneś zawrzeć w uścisku wszystko. W pogoni za dobrobytem, w rzeczywistości wyrzekamy się wszystkiego, ażeby zdobyć niewiele; nie tędy droga ku posięściu tego, który jest zupełnością.  Niektórzy nowsi filozofowie europejscy, którzy pośrednio czy bezpośrednio zaciągnęli dług u Upaniszadów, nietylko że zgoła zeń sobie sprawy nie zdają, ale jeszcze utrzymują, że Brahman indyjskie, to czysta abstrakcja, zaprzeczenie wszystkiego, co jest na świecie. Jednem słowem, że Nieskończonej Istoty znaleźć nie można nigdzie, wyjąwszy w metafizyce. Być może, iż nauka taka miała i wciąż ma posłuch u jakiego odłamu naszych ziomków. Ale bez wątpienia nie jest ona w zgodzie z ogólnym duchem umysłowości indyjskiej. Przeciwnie, natchnienie swoje czerpała ona stale z praktyki uprzytomniania sobie i stwierdzania obecności nieskończonego pierwiastka we wszystkich rzeczach.  Każe się nam widzieć wszystko, cokolwiek jest na świecie, ogarniętem przez Boga.  Wciąż a wciąż oddaje pokłon Bogu, który jest w ogniu i w wodzie, który przenika cały świat, który jest w jednoletniem zbożu zarówno jak w długowiecznych drzewach.  Czy to może być Bóg oderwany od świata ? Przeciwnie, to znaczy nietylko, że go się widzi we wszystkich rzeczach, ale że mu się cześć oddaje we wszystkich przedmiotach na świecie. Postawa człowieka upaniszadowego, przejętego świadomością Boga, jednoznaczna jest z głębokiem uczuciem uwielbienia. Przedmiot jego czci jest obecny wszędzie. Jest to jedna żywa prawda, która czyni prawdziwą wszelką rzeczywistość. Prawda tkwiąca nietylko w poznaniu, ale w nabożnem oddaniu się ,Namōnamaḥ’ — oddajemy mu pokłon wszędzie, wciąż a wciąż. Poznać tę prawdę w wybuchu, z jakim się riszi zwraca do całego świata w nagłym zachwycie radości: Słuchajcie mnie synowie nieśmiertelnego ducha, wy którzy żyjecie w przybytku niebieskim, poznałem Najwyższą Osobę, której jasność wystrzela z poza ciemności. Czyż nie znajdujemy przemożnej rozkoszy bezpośredniego i dodatniego doznania, gdzie niema najmniejszego śladu mglistości ani bierności?  Buddha, który rozwinął praktyczną stroną nauki