Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 189

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Sąd w Canudos - Sandor Marai

Pod koniec dziewiętnastego wieku w Brazylii, na dzikich pustkowiach, żyjący w skrajnej nędzy biedacy zebrali się pod przywództwem charyzmatycznego proroka, Antônia Doradcy, i założyli swoje Święte Miasto, Canudos. Rząd młodej Republiki Brazylii uznał ich samowolną działalność za zagrożenie, które trzeba jak najprędzej zlikwidować. Niespodziewanie jednak okazało się, że zniszczenie tego miasta z błota i gliny zmieszanej ze słomą nie jest wcale takie proste… 

Sąd w Canudos (1970) opowiada o ostatnim dniu krwawej wojny domowej, która pochłonęła trzy ekspedycje wojskowe. Sándor Márai odmalowuje niezwykły portret marszałka Bittencourta, dowódcy czwartej ekspedycji przeciwko Canudos, oraz bezimiennej kobiety, mieszkanki Świętego Miasta. Ostatnia konfrontacja dwóch stron konfliktu uświadamia jej uczestnikom, że role sędziów, prokuratorów i oskarżonych w tym sporze nie są rozdzielone tak jednoznacznie, jak sobie wyobrażali. Zdaniem niektórych znawców twórczości Maraiego to jedna z jego najwybitniejszych powieści.

Opinie o ebooku Sąd w Canudos - Sandor Marai

Fragment ebooka Sąd w Canudos - Sandor Marai

Sándor Márai

Sąd w Canudos

Przekład Irena Makarewicz

Czytelnik

Warszawa 2014

Sąd w Canudos

Zapisuję teraz to, co widziałem i słyszałem 5 października 1897 roku, od piątej po południu do dziewiątej wieczorem. W tych godzinach, w zbudowanej z gliny wymieszanej ze słomą szopie folwarku zwanego Rancho do Vigário marszałek Carlos Machado de Bittencourt, minister wojny Brazylii – kilka godzin wcześniej, nim nasi żołnierze skończyli ze wszystkimi, którzy pozostali żywi w Canudos – odbył zaimprowizowaną konferencję prasową. Od pięćdziesięciu lat szykuję się, by napisać o tym, co widziałem i słyszałem w tych godzinach. Do pisania nie miałem dotychczas odwagi. Bo choć prawdą jest, że nawet i teraz, na starość stawiam czytelne, okrągłe litery, nie drży mi ręka i nie najgorzej znam zasady pisowni i składni portugalskiej, to jednak poza tym nie umiem opowiadać. Ilekroć zabierałem się do tego, by zanotować moje wspomnienia z Canudos, zatrzymywałem się gwałtownie, bo zdawało mi się, że byłoby to śmieszne i próżne przedsięwzięcie, gdybym po zapiskach zawodowych pisarzy i historiografów przemówił również ja – ja, który w Canudos byłem nikim i niczym, jedynie zwykłym kapralem i bezimiennym naocznym świadkiem.

Mimo to piszę, bo jestem człowiekiem starym i niedługo – może już dzisiejszej nocy albo w następnej chwili – umrę. Nie chcę odejść bez zapisania tego, co wówczas po południu i wczesnym wieczorem widziałem i słyszałem w Canudos. Nie piszę „historii”, tę napisali już inni. Lecz przez moment – jak gdy w czasie wielkiej suszy gorące powietrze wybucha nad dżunglą – widziałem, jaka jest siła, z której powstaje potem historia. To właśnie chciałbym opisać.

Albowiem przez te pięćdziesiąt lat nie zapomniałem owych czterech godzin. Byłem wówczas wyrostkiem. Tymczasem minęło pół wieku, w świecie szalało wiele wojen, rzezi potworniejszych od potyczki w Canudos. Tutaj w oddali, w Brazylii, uczyliśmy się imion i nazwisk: niemieckiego Cesarza, potem Hitlera, Stalina i innych, którzy – jak słyszeliśmy – tworzyli historię powszechną. Przywódca wojny w Canudos pozostawał niewidoczny – Antônio, Doradca, tak się nazywał1. Zdaje mi się, że za granicą niewiele o nim słyszano. Ten człowiek nie był wodzem naczelnym ani mężem stanu. Możliwe, że był szaleńcem. Mimo wszystko, to on był w stanie sprawić, że przed pięćdziesięciu laty w Canudos, na północno-wschodnich pustkowiach Brazylii ludzie walczyli, mordowali i umierali – zabijali i ginęli z taką zapalczywością, z takim przekonaniem, jakby ten mord na człowieku, nazywany wojną, miał jakiś sens. O wielkich rzeziach – z tamtej strony oceanu, z Europy i z Azji – docierały wieści także do Brazylii, gazety, później radia przytaczały potworne szczegóły. Lecz ja widziałem Canudos na własne oczy. To Canudos było moją wojną… a każdy ma taką wojnę, jaka mu się akurat trafi. W końcu w beczce wody można się utopić tak samo jak w Oceanie Atlantyckim. I nie żyje już zbyt wielu takich, co mogą powiedzieć, że widzieli Canudos w owych godzinach, kiedy wszystko i wszyscy tam wyginęli.

Teraz, jako starzec, czasem roję sobie, że w moim życiu tak naprawdę istotne były tylko tamte godziny – gdy byłem skrybą na konferencji prasowej marszałka de Bittencourta, w ruinach zabudowań zwanych Folwarkiem Wikariusza. Wszystko, co stało się potem, już nie było dla mnie ważne. Mój czas przeminął, moje życie wypełniło się. Miałem rodzinę, żonę i dzieci. Wszyscy oni pomarli, w pokoju, bo jak się wydaje, również pokój jest niebezpieczny dla życia. Lecz ja wciąż jeszcze żyję – mówią, że człowiek żyje dopóty, dopóki ma jakieś osobiste zadanie, ma do wykonania coś, czego nie może doprowadzić do końca nikt inny, jedynie on sam. Ale możliwe, że to tylko wymysły ludzi, którzy za pomocą takiego naiwnego mędrkowania chcieliby odroczyć umieranie – jak skazany na śmierć, który przed egzekucją jeszcze czyta książkę czy też chce się zobaczyć z krewnym, jednym słowem prosi o zwłokę, o godzinę lub jedynie o kilka minut, ale mimo wszystko o zwłokę – tak próbuje wyłudzić nieco czasu. Nie wiem, czy prawdą jest, że mam jeszcze przed śmiercią coś osobiście do zrobienia. Czy tylko wymyśliłem to zadanie, opisanie wydarzeń w Canudos, żeby mieć pretekst, by jeszcze trochę pożyć?… Tak czy inaczej, zacząłem pilnie gryzmolić. Bo wspomnienie, które teraz notuję, jest niczym choroba noszona na skórze: pali i swędzi.

Naprzód zanotuję tutaj, kim jestem, skąd się wywodzę. Nazywam się Oliver O’Connel. Mój dziad i ojciec przybyli do Brazylii z Irlandii, gdzie w następstwie zarazy ziemniaczanej zapanowała nędza i wielu ludzi wyemigrowało ze strachu przed śmiercią głodową. Pod koniec panowania cesarza Dom Pedra mój ojciec był w Brazylii nauczycielem języka. Czy prawdą jest, że to on uczył angielskiego także członków cesarskiego dworu? Być może tylko się tak przechwalał od czasu do czasu, gdy pod wpływem rumu pogrążał się w marzeniach. Lecz pewne jest, że jego życie w służbie dynastii Bragançów uległo zmianie, kiedy cesarz Dom Pedro udał się na wygnanie do Portugalii, bo w Brazylii wybuchła wolność i ogłoszono Republikę. Także mój ojciec przysięgał na Republikę, jednak w sercu pozostawał zawsze monarchistą. Wystarczy powiedzieć tyle, że był człowiekiem wykształconym, obytym. Potem, kiedy już nie było Cesarza ni Dworu, mój ojciec został nauczycielem szkoły średniej w prowincji Bahia. Ze mną, ze swym jedynym synem, zawsze rozmawiał po angielsku – tak oto się złożyło, że już jako pacholę w zgrzebnej koszuli jednakowo dobrze trajkotałem po angielsku i po portugalsku.

Jestem Metysem. Moja matka była Indianką. Nigdy nie mówiła o swych przodkach, bo i nie było o czym. Byli Indianami, caboclos, czyli tubylcami, których powoli połyka biały i czarny człowiek, podobnie jak olbrzymią, leśną świnię, caitetu, pochłania boa dusiciel na brzegu Amazonki. Moja matka też była cabocla – lecz nigdy nie mówiła o tym, w jaki sposób zeszła się z moim ojcem, zbrazylizowanym irlandzkim imigrantem. To prawda, w owym czasie mieszanie się nie było w Brazylii rzadkością. Także księża mieszali się z caboclas, a nawet z mulatas. Moja matka nie mówiła o tamtych czasach, ale niekiedy śpiewała mi o swoim dzieciństwie. Śpiewała o pustkowiach i o dżungli, gdzie się urodziła. Pięknie śpiewała, ochrypłym głosem. W taki sposób, pieśniami, opowiedziała to, co chciała opowiedzieć mnie – swemu synowi, Metysowi.

Mój ojciec dość dobrze obchodził się z moją matką, z cabocla. Rzadko ją bił. Jeśli zdarzyło się coś takiego, przeklinał po angielsku i strzelał paskiem od spodni. Ale szybko się godzili. Moja matka ocierała łzy, przynosiła flaszkę rumu. Pili oboje i po upływie krótkiego czasu śmiali się przyjaźnie. Mnie ojciec bił już surowiej: kiedy byłem mały, w istocie wbił we mnie umiejętność czytania i pisania oraz język angielski. Do dzisiaj jestem mu za to wdzięczny, gdyż dzięki temu tak się złożyło, że wtedy po południu to ja byłem skrybą w Canudos. A potem właśnie dlatego otrzymałem posadę tutaj w bibliotece.

Oto, czym się zajmuję: jestem pomocnikiem bibliotekarza w São Paulo, w Biblioteca Municipal. Utrzymuję w porządku książki historyczne. Nie mam wiele pracy i prawdę mówiąc, moi przełożeni tolerują mnie w bibliotece jedynie z litości, jako że zgodnie z prawem i zwyczajem wypadałoby, żebym już przeszedł na emeryturę. To ostatni rok, gdy jeszcze patrzą przez palce na to, że tu przychodzę. Także dlatego zdecydowałem się na pisanie: w pomieszczeniu, gdzie teraz gryzmolę, panuje spokój – nie tak, jak w tym nędznym miejscu, w którym spędzam noce, na peryferiach miasta, dokąd rad nierad trafiłem na starość.

Goście rzadko mi tu przeszkadzają, bo młodzi czytają dzisiaj raczej fachowe książki z dziedziny nauk technicznych. Z okna biblioteki widzę park miejski, gdzie tablica, przybita gwoździami do jednej z desek drewnianej chaty, informuje, że w tej to chacie Euclides da Cunha napisał swoją słynną, wielką książkę, klasyczne arcydzieło zatytułowane Os Sertões. Po południu, w drodze do domu, czasem przechodzę spacerkiem obok tej chaty i czytam tekst na tablicy pamiątkowej. Potem mijam pomnik Camõesa i Cervantesa. Piszę o tym tylko po to, żeby czytelnik – o ile w ogóle zdarzy się ktoś, kto moją książkę kiedyś przeczyta – mógł sobie wyobrazić, w jakim otoczeniu piszę.

Jak słyszałem, nazwisko Euclidesa da Cunhii zna niewiele osób na świecie. To dziwne, ponieważ za moimi plecami, na półce, obok tomów poświęconych brazylijskiej historii, geografii, etnografii, opisowi krajobrazów i hydrografii, długim rzędem stoją przecież portugalskie i zagraniczne wydania książki Euclidesa da Cunhii. Są tutaj wszystkie, wiele tuzinów wydawnictw. Mimo to na innych kontynentach niewielu jest takich, co znają tę książkę. Po prawej, w zasięgu ręki, mam oprawiony w zieloną skórę egzemplarz – pierwsze, rzadkie wydanie Os Sertões: wydrukowane w 1902 roku w Rio de Janeiro. Po nim kolejno następują pozostałe, na przykład czwarte wydanie, które wydrukował Francisco Alves w 1911, dwa lata po tym, jak w Santa Cruz na Estrada Real pewien oficer zastrzelił autora. Ale to już inna historia, nie przynależy tutaj.

Całkiem możliwe, że tę skromną synekurę – posadę tu w bibliotece – zawdzięczam nie tylko mojej znajomości języka angielskiego, ale i temu, że byłem w Canudos. Jest pośród dyrektorów biblioteki jeden czy dwóch takich, co szanują naocznego świadka Canudos – mnie, starca, który jeszcze widziałem wszystko to, o czym da Cunha napisał książkę. Może też dlatego mam teraz, podczas pisania, tremę – czuję się jak amator, ośmielający się śpiewać w obecności wielkiego tenora.

*

Jeszcze nawet nie zacząłem samej historii, a już widzę, że mówię o wielu różnych rzeczach, chaotycznie, niepotrzebnie. Zdaje się, że pisanie to trudne rzemiosło. Zwłaszcza jeśli człowiek jest stary i pośpieszenie, bez zastanawiania się chce opowiedzieć wszystko, co pamięta. Spróbuję mówić jedynie o tym, co najistotniejsze.

Piątego października około południa rozeszła się wieść, że oblężenie Canudos zakończy się w ciągu kilku godzin. Taka pogłoska wielokrotnie pojawiała się w minionych miesiącach i na wieść o bliskim zwycięstwie żołnierze upijali się pośpiesznie. Lecz w końcu zawsze wyjaśniało się, że pogłoska jest fałszywa, buntownicy w Canudos wciąż się trzymają. Nikt nie rozumiał, jak to możliwe, bo wielka masa rebeliantów – ponad osiem tysięcy mężczyzn, kobiet, dzieci i starców żyło w pięciu tysiącach dwustu lepiankach – niemal już w całości padła. Jednak z obleganej twierdzy z błota wciąż jeszcze strzelano do naszych.

Mimo to teraz nagle wszyscy zdawali się wiedzieć, że oto nadszedł kres, można będzie wrócić do domu. W tych godzinach okolice Rancho do Vigário były tak głośne i po cygańsku, indiańsku pełne bałaganu, jak rynek w pobliskim mieście Monte Santo, pięćdziesiąt kilometrów dalej, gdzie ulokowała się główna kwatera regularnego wojska. Wokół zabudowań folwarku – może w odległości czterech kilometrów od tego wszystkiego, co po spustoszeniach dokonanych przez artylerię pozostało z błotnistego gniazda w Canudos – pod gołym niebem i w namiotach jeszcze konali ranni żołnierze. Lecz pozostali – oficerowie i szeregowcy – już się pakowali. We wrzaskliwym nieporządku nikt się nie przejmował zagrożeniem: również w tych ostatnich godzinach buntownicy wykorzystywali możliwość przypadkowego trafienia. I wielu spośród naszych poległo także tego ostatniego dnia.

Powietrze cuchnęło tak jak na pastwisku, kiedy pasterze pod gołym niebem przypiekają baraninę. W tych ostatnich godzinach w spojrzeniach, w zachowaniu naszych ludzi było już coś z szaleństwa. Ale wszyscy wiedzieli, że oto koniec hańby – koniec oblężenia Canudos, zdychania, usychania z pragnienia, bezmyślnego zabijania. Koniec tego, że nawet siedem tysięcy federalnych żołnierzy, cztery następujące po sobie ekspedycje wojskowe, działa Kruppa i nowoczesna broń palna przez dziesięć miesięcy nie zdołały poradzić sobie z ośmioma tysiącami cierpiących z głodu i pragnienia, wyglądających jak szkielety, zwierzęco zdziczałych żywych istot – z buntownikami w Canudos i ich przywódcą, fanatycznym prorokiem, Antôniem Macielem, Doradcą.

To właśnie bowiem działo się przez dziesięć miesięcy, na pustkowiach, na północy, w Brazylii, od grudnia 1896 do października 1897. To była ta złowieszcza hańba, która nie tylko wżerała się w skórę i ciało prowadzących oblężenie żołnierzy regularnego wojska, ale też zarażała całą Brazylię. To właśnie niepokoiło odległe miasta zachodniej hemisfery, każdego, kto wierzył w dyscyplinujące idee Cywilizacji i Demokracji. A teraz wszędzie, dokąd iskra telegrafu poniosła wieść o tym człowieczym wybuchu, o tym społecznym zwarciu, wytężono uwagę: ludzie dowiedzieli się, że to koniec Canudos.

Tyle że – jak się zdawało – pozostała resztka buntowników nie chciała przyjąć do wiadomości tego końca. Od czasu do czasu wciąż jeszcze oddawali salwy w naszym kierunku – i było to niezrozumiałe, bo od uchodźców i zbiegów wiedzieliśmy, że już drugi tydzień w istocie nie mają tam wody, a żywności też ledwie co. I wciąż jeszcze dobrze strzelali – celowali wybornie, jakby widzieli nawet w ciemnościach.

Poprzedniego dnia o świcie i po południu, także o zmroku przybywali uchodźcy – razem trzysta kilkoro kobiet i mężczyzn – o ile te wolno poruszające się szkielety można było jeszcze nazwać ludźmi. Tych wlokących się kościotrupów już nie trzeba było zabijać: gdy tylko do nas docierali, w większości kładli się przed namiotami, wzdłuż drogi i umierali. Zdawało się, że siły i woli starczyło im jedynie na tę krótką drogę – drogę, podczas której wygrzebali się z ulepionych z gliny nor w Canudos, przywlekli się do nas i ułożyli się przed naszymi namiotami. Ci ostatni uchodźcy wyleźli z Canudos jak robaki z gliniastych czeluści dzielonych przez wielu masowych grobów. A ci, co pozostali żywi, opowiedzieli, że po tamtej stronie – w Świętym Mieście, jak oni nazywali Canudos – żyją jeszcze buntownicy, którzy ich, zbędne istoty – samą skórę i kości – przepędzili do nas, do zwycięzców, bo chcieli się uwolnić od niezdolnego do walki ludzkiego nadmiaru. To od nich wiedzieliśmy, że w Canudos wciąż jeszcze jest nieco życia – miasto z błota jeszcze dymi, niczym kupa gnoju, kiedy podstępne gazy, opary gnicia, podgrzewają ściółkę od wewnątrz, od spodu.

Antônio Vicente Mendes Maciel (1830–1897) nosił przydomek Conselheiro, co dosłownie znaczy Doradca, zaś szerzej – Nauczyciel, Pocieszyciel. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Ítélet Canudosban

© Heirs of Sándor Márai, Csaba Gaál (Toronto)

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Piotr Gidlewski

REDAKCJA: Bianka Dziadkiewicz

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważania wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Irena Makarewicz, 2012

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2014

ISBN 978-83-07-03331-0