Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka S.E.K.R.E.T. - L. Marie Adeline

Pierwszy tom trylogii.

W tej wyrafinowanej powieści erotycznej, rozgrywającej się w Nowym Orleanie, młoda wdowa trafia do tajnego stowarzyszenia, które ma na celu pomóc kobietom realizować najskrytsze fantazje erotyczne i osiągnąć seksualne wyzwolenie. Mężczyźni są boscy, fantazje prowokujące, wszystko zaś odbywa się pod troskliwym kierunkiem tajnego matriarchatu.

S.E.K.R.E.T. to książka dla kobiet w każdym wieku, miłośniczek romansów i powieści erotycznych, wielbicielek Christiana Greya, ale także dla szerszego grona odbiorców, którzy poszukują powieści o kobietach dążących do spełnienia. L. Marie Adeline to pseudonim jednej z czołowych kanadyjskich producentek telewizyjnych i pisarek. Zainteresowanie trylogią S.E.K.R.E.T. wyraziła wytwórnia filmowa Sary Jessiki Parker i HBO.

Barwna książka, podążająca za najskrytszymi fantazjami bohaterów. Wiele ról, różne scenariusze.

David Graham, „Toronto Star”

 

Autorka, inspirując się nieco Pięćdziesięcioma twarzami Greya, napisała na wskroś erotyczną

powieść o świetnej fabule.

Christy Fletcher, „Publishers Weekly”

Opinie o ebooku S.E.K.R.E.T. - L. Marie Adeline

Fragment ebooka S.E.K.R.E.T. - L. Marie Adeline

L. Ma­rie Ade­li­ne

S.E.K.R.E.T.

Tłu­ma­cze­nie: Piotr Grze­go­rzew­ski

Ty­tuł ory­gi­na­łu: S.E.C.R.E.T.

Co­py­ri­ght © 2013 L. Ma­rie Ade­li­ne

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Do­uble­day Ca­na­da, a di­vi­sion of Ran­dom Ho­use of Ca­na­da Li­mi­ted.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Nity

I

Kel­ner­ki do­sko­na­le od­czy­tu­ją mowę cia­ła. Po­dob­nie jak żony wście­kłych na cały świat pi­ja­ków. Na­le­ża­łam do obu tych ka­te­go­rii – przez czter­na­ście lat by­łam żoną al­ko­ho­li­ka, a przez nie­ca­łe czte­ry kel­ner­ką. Moja pra­ca wy­ma­ga­ła ode mnie, bym od­ga­dy­wa­ła ży­cze­nia klien­tów, za­nim jesz­cze zda­dzą so­bie z nich spra­wę. To tak­że prze­ro­bi­łam z moim eks, prze­wi­du­jąc, co chce zro­bić, już w chwi­li gdy wcho­dził do domu. Jed­nak ile­kroć usi­ło­wa­łam za­sto­so­wać tę umie­jęt­ność na so­bie, po­no­si­łam klę­skę.

Nie pla­no­wa­łam zo­stać kel­ner­ką. Czy ktoś to pla­nu­je? Do­sta­łam pra­cę w Café Rose po śmier­ci męża. I przez na­stęp­ne czte­ry lata, pod­czas któ­rych prze­by­łam dłu­gą dro­gę od żalu, po­przez gniew, do cze­goś w ro­dza­ju otę­pie­nia, cze­ka­łam. Cze­ka­łam na lu­dzi, cze­ka­łam na wła­ści­wy mo­ment, cze­ka­łam na praw­dzi­we ży­cie. Wciąż lu­bi­łam swo­ją pra­cę. Pra­cu­jąc w lo­ka­lu ta­kim jak Café Rose, w mie­ście ta­kim jak Nowy Or­le­an, czło­wiek zy­sku­je sta­łych klien­tów; jed­nych lubi, a dru­gich za wszel­ką cenę pró­bu­je od­dać in­nym kel­ner­kom. Dell, na przy­kład, w ogó­le nie ob­słu­gi­wa­ła miej­sco­wych eks­cen­try­ków, po­nie­waż zo­sta­wia­li kiep­skie na­piw­ki. To oni jed­nak opo­wia­da­li naj­lep­sze hi­sto­rie. Pro­wa­dzi­ły­śmy więc han­del wy­mien­ny. Ona prze­ka­zy­wa­ła mi eks­cen­try­ków i ulicz­nych graj­ków, ja na­to­miast od­da­wa­łam jej stu­den­tów i ro­dzi­ców z dzieć­mi w wóz­kach.

Naj­bar­dziej lu­bi­łam pary, zwłasz­cza jed­ną. Może to za­brzmi dziw­nie, ale za każ­dym ra­zem, gdy się po­ja­wia­ła, ser­ce za­czy­na­ło mi bić szyb­ciej. Ko­bie­ta do­bie­ga­ła czter­dziest­ki i była pięk­na uro­dą za­re­zer­wo­wa­ną dla Fran­cu­zek – świe­tli­sta cera, krót­kie wło­sy, a do tego aura ko­bie­co­ści. Jej part­ner, męż­czy­zna, z któ­rym za­wsze tu przy­cho­dzi­ła, miał szcze­rą twarz i ciem­ne, kró­ciut­ko przy­strzy­żo­ne wło­sy. Był wy­so­ki, szczu­pły, gib­ki i chy­ba nie­co młod­szy od niej. Ani on, ani ona nie no­si­li ob­rą­czek, dla­te­go nie by­łam pew­na na­tu­ry związ­ku, któ­ry ich łą­czył. Z pew­no­ścią jed­nak byli so­bie bar­dzo bli­scy. Za­wsze wy­glą­da­li tak, jak­by do­pie­ro co upra­wia­li seks albo mie­li za­cząć to ro­bić za­raz po lun­chu.

Za każ­dym ra­zem gdy już usie­dli, męż­czy­zna opie­rał łok­cie na sto­le i zwra­cał do swo­jej part­ner­ki otwar­te dło­nie. Ona od­cze­ki­wa­ła chwi­lę, po czym po­wta­rza­ła jego gest. Trzy­ma­li te dło­nie kil­ka cen­ty­me­trów od sie­bie, zu­peł­nie jak­by ja­kaś ta­jem­ni­cza siła po­wstrzy­my­wa­ła ich od do­ty­ka­nia się. Trwa­ło to tyl­ko chwi­lę, gdy­by się prze­cią­gnę­ło, za­czę­ło­by za­la­ty­wać ki­czem i pew­nie za­uwa­żył­by to ktoś poza mną. Po­tem ich dło­nie się spla­ta­ły. Ca­ło­wał ko­niusz­ki jej pal­ców, je­den po dru­gim. Za­wsze od le­wej do pra­wej. A ona się uśmie­cha­ła. Wszyst­ko to na­stę­po­wa­ło szyb­ko, bar­dzo szyb­ko. W koń­cu roz­dzie­la­li ręce i za­czy­na­li prze­glą­dać menu. Ob­ser­wo­wa­nie tej pary, czy też ra­czej pró­by ob­ser­wo­wa­nia jej w spo­sób nie­zau­wa­żo­ny, bu­dzi­ło we mnie głę­bo­ką, zna­jo­mą tę­sk­no­tę. Wy­da­wa­ło mi się, że czu­ję to samo co ta ko­bie­ta, zu­peł­nie jak­by to moją dłoń, przed­ra­mię czy nad­gar­stek ktoś pie­ścił.

W moim ży­ciu nie było miej­sca na tego ro­dza­ju tę­sk­no­ty. Nie za­zna­łam czu­ło­ści. Ani na­mięt­no­ści. Mój mąż Scott na trzeź­wo umiał być miły i wiel­ko­dusz­ny, ale pod ko­niec na­sze­go mał­żeń­stwa jego pa­nem i wład­cą był al­ko­hol. Kie­dy zgi­nął, pła­ka­łam z bólu, ale nie tę­sk­ni­łam za nim ani przez chwi­lę. Po jego śmier­ci coś we mnie uschło i przez bli­sko pięć lat ani razu się nie ko­cha­łam. Pięć Lat. Czę­sto my­śla­łam o tym nie­za­mie­rzo­nym ce­li­ba­cie jak o wy­chu­dłym sta­rym psie, któ­ry musi za mną cho­dzić, bo nie ma in­ne­go wyj­ścia. Ten pies to­wa­rzy­szył mi na każ­dym kro­ku, z wy­wie­szo­nym ję­zo­rem, truch­ta­jąc obok mnie. Kie­dy przy­mie­rza­łam nową su­kien­kę, le­żał na pod­ło­dze przy­mie­rzal­ni, ział i pa­trzył z bły­skiem roz­ba­wie­nia w oczach na moje da­rem­ne pró­by po­pra­wie­nia swo­je­go wy­glą­du. Pies – wa­bił się Pięć Lat – le­żał przy mo­ich no­gach pod sto­li­kiem pod­czas wszyst­kich tych lo­do­wa­tych ran­dek, któ­re za­li­czy­łam.

Żad­na z nich nie prze­ro­dzi­ła się w po­waż­ny zwią­zek. W wie­ku trzy­dzie­stu pię­ciu lat za­czy­na­łam wie­rzyć, że „to” już nig­dy mi się nie przy­da­rzy. Dla­te­go ob­ser­wo­wa­nie tej na­mięt­nej pary co­raz bar­dziej ko­ja­rzy­ło mi się z oglą­da­niem za­gra­nicz­ne­go fil­mu, któ­re­go ni w ząb nie ro­zu­miem, bo na­pi­sy są nie­ostre.

– Trze­cia rand­ka – szep­nął mój szef, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia.

Sta­łam obok Wil­la za prze­szklo­ną ladą z cia­sta­mi. Wła­śnie ście­rał z kie­lisz­ków za­cie­ki po­zo­sta­wio­ne przez zmy­war­kę. Zwró­cił uwa­gę, że przy­glą­dam się tej pa­rze. A ja jak zwy­kle zwró­ci­łam uwa­gę na jego ra­mio­na. Miał na so­bie ko­szu­lę w kra­tę z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi, a jego przed­ra­mio­na były umię­śnio­ne i po­kry­te wło­ska­mi spło­wia­ły­mi na słoń­cu. Cho­ciaż by­li­śmy tyl­ko przy­ja­ciół­mi, kie­dyś wy­da­wał mi się nie­ziem­sko sek­sow­ny, tym bar­dziej że zu­peł­nie nie zda­wał so­bie z tego spra­wy.

– A może pią­ta, nie są­dzisz? Ile cza­su ko­bie­ty cze­ka­ją, za­nim się prze­śpią z fa­ce­ta­mi, z któ­ry­mi się uma­wia­ją?

– A niby skąd ja mam to wie­dzieć?

Will prze­wró­cił błę­kit­ny­mi ocza­mi. Miał już ser­decz­nie do­syć mo­je­go uża­la­nia się nad sobą spo­wo­do­wa­ne­go tym, że z ni­kim się nie spo­ty­kam.

– Ci dwo­je za­cho­wu­ją się tak od pierw­sze­go dnia – po­wie­dzia­łam, prze­no­sząc wzrok z po­wro­tem na swo­ją ulu­bio­ną parę. – Cały czas są w sie­bie wpa­trze­ni.

– Daję im ja­kieś pół roku – za­wy­ro­ko­wał Will.

– Cy­nik – od­par­łam, po­trzą­sa­jąc gło­wą.

Cał­kiem czę­sto zda­rza­ło się nam snuć do­my­sły na te­mat re­la­cji łą­czą­cych na­szych go­ści. W ten spo­sób za­bi­ja­li­śmy czas.

– Po­patrz tam. Wi­dzisz tego star­sze­go fa­ce­ta je­dzą­ce­go mał­że z o wie­le młod­szą dziew­czy­ną? – za­py­tał, ru­chem bro­dy po­ka­zu­jąc dys­kret­nie inną parę. Wy­cią­gnę­łam szy­ję, sta­ra­jąc się nie przy­glą­dać zbyt otwar­cie. – Za­ło­żę się, że to cór­ka jego naj­lep­sze­go kum­pla. – Will zni­żył głos. – Dziew­czy­na jest świe­żo po stu­diach i chce, żeby przy­jął ją na prak­ty­ki w swo­jej kan­ce­la­rii praw­nej. A po­nie­waż jest już peł­no­let­nia, fa­cet za­czy­na do niej za­ry­wać.

– E tam. Może to po pro­stu jego cór­ka?

Will wzru­szył ra­mio­na­mi.

Ro­zej­rza­łam się po sali, za­ska­ku­ją­co za­tło­czo­nej jak na wtor­ko­we po­po­łu­dnie. Po­ka­za­łam inną parę, któ­ra w ką­cie wła­śnie koń­czy­ła po­si­łek.

– Wi­dzisz tych dwo­je?

– Tak.

– Wy­da­je mi się, że są o krok od ze­rwa­nia – oznaj­mi­łam. Will po­pa­trzył na mnie tak, jak­bym za­brnę­ła za da­le­ko w świat fan­ta­zji. – Pra­wie na sie­bie nie pa­trzą i tyl­ko on za­mó­wił de­ser. Przy­nio­słam im dwie ły­żecz­ki, ale nie za­pro­po­no­wał jej ani kęsa. To zły znak.

– Od razu zły znak. Ro­zu­miem, że męż­czy­zna za­wsze po­wi­nien dzie­lić się swo­im de­se­rem. – Will pu­ścił do mnie oko. Uśmiech­nę­łam się. – Mo­żesz skoń­czyć wy­cie­rać za mnie kie­lisz­ki? Mu­szę przy­wieźć Tra­ci­nę. Znów jej na­wa­lił sa­mo­chód.

Tra­ci­na była kel­ner­ką pra­cu­ją­cą na dru­gą zmia­nę. Will za­czął się z nią uma­wiać po­nad rok temu, gdy od­rzu­ci­łam jego awan­se. Po­cząt­ko­wo po­chle­bia­ło mi za­in­te­re­so­wa­nie sze­fa, ale moje na­sta­wie­nie nie po­zwa­la­ło po­waż­nie brać go pod uwa­gę. Bar­dziej niż ko­chan­ka po­trze­bo­wa­łam przy­ja­cie­la. A poza tym na­sza przy­jaźń sta­ła się tak głę­bo­ka, że wca­le nie kosz­to­wa­ło mnie zbyt wie­le trzy­ma­nie go na dy­stans… może z wy­jąt­kiem tej dziw­nej chwi­li, gdy za­sta­łam go pra­cu­ją­ce­go do póź­na w ga­bi­ne­cie na ty­łach lo­ka­lu, w roz­pię­tej ko­szu­li, z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi i prze­bie­ga­ją­ce­go pal­ca­mi po gę­stych, szpa­ko­wa­tych wło­sach… Uda­ło mi się jed­nak opa­no­wać.

A po­tem za­czął się uma­wiać z Tra­ci­ną. Kie­dyś oskar­ży­łam go, że tyl­ko po to ją za­trud­nił.

– Na­wet je­śli tak, to co z tego? To jed­na z nie­licz­nych ko­rzy­ści wy­ni­ka­ją­cych z by­cia sze­fem – od­parł.

Po wy­tar­ciu kie­lisz­ków wy­dru­ko­wa­łam ra­chu­nek mo­jej ulu­bio­nej pary i wol­nym kro­kiem po­de­szłam do jej sto­li­ka. To wte­dy po raz pierw­szy za­uwa­ży­łam bran­so­let­kę ko­bie­ty, gru­by zło­ty łań­cu­szek ozdo­bio­ny ma­ły­mi zło­ty­mi wi­sior­ka­mi.

Wy­dał mi się nie­zwy­kle ory­gi­nal­ny. Wi­sior­ki po jed­nej stro­nie mia­ły rzym­skie cy­fry, a po dru­giej wy­ra­zy, któ­rych nie mo­głam od­czy­tać. Na łań­cusz­ku było ja­kieś dzie­sięć wi­sior­ków. Męż­czy­zna rów­nież wy­da­wał się za­uro­czo­ny tą bran­so­let­ką. Mu­skał pal­ca­mi wi­sior­ki, kie­dy pie­ścił dłoń­mi nad­gar­stek i przed­ra­mię ko­bie­ty. Jego do­tyk był tak moc­ny i za­bor­czy, że za­schło mi w gar­dle i po­czu­łam, jak ob­le­wa mnie fala go­rą­ca. Pięć Lat.

– Pro­szę bar­dzo – po­wie­dzia­łam gło­sem wyż­szym o okta­wę. Po­ło­ży­łam ra­chu­nek na czę­ści sto­łu wol­nej od ich rąk. Wy­da­wa­li się za­sko­cze­ni moją obec­no­ścią.

– Dzię­ku­ję – od­par­ła ko­bie­ta, pro­stu­jąc się.

– Sma­ko­wa­ło? – za­py­ta­łam. Dla­cze­go czu­łam się w ich to­wa­rzy­stwie onie­śmie­lo­na?

– Jak zwy­kle było pysz­ne – od­rze­kła ona.

– Dzię­ku­je­my – do­dał on, się­ga­jąc po port­fel.

– Po­zwól, że tym ra­zem ja za­pła­cę. Ty to za­wsze ro­bisz. – Ko­bie­ta po­chy­li­ła się, wy­cią­gnę­ła z to­reb­ki port­mo­net­kę i po­da­ła mi kar­tę kre­dy­to­wą. Bran­so­let­ka za­brzę­cza­ła. – Pro­szę, ko­cha­nie. – Była w moim wie­ku i zwra­ca­ła się do mnie per ko­cha­nie?

To pew­ność sie­bie spra­wi­ła, że mo­gła so­bie na to po­zwo­lić. Kie­dy wzię­łam od niej kar­tę, wy­da­ło mi się, że zo­ba­czy­łam w jej oczach wy­raz tro­ski. Czy do­strze­gła moją po­pla­mio­ną brą­zo­wą bluz­kę? Za­wsze no­si­łam ją w pra­cy, po­nie­waż pa­so­wa­ła do ko­lo­ru je­dze­nia, któ­re na niej prę­dzej czy póź­niej lą­do­wa­ło. Na­gle po­czu­łam się bo­le­śnie świa­do­ma swo­je­go wy­glą­du. Przy­po­mnia­łam so­bie rów­nież, że je­stem nie­uma­lo­wa­na. A moje buty były brą­zo­we i zno­szo­ne. Poza tym – uwie­rzy­cie? – nie no­si­łam poń­czoch, tyl­ko skar­pet­ki. Co się ze mną sta­ło? Kie­dy zmie­ni­łam się przed­wcze­śnie w ubra­ną bez gu­stu ko­bie­tę w śred­nim wie­ku?

Gdy od­cho­dzi­łam od sto­li­ka, czu­łam, że twarz mnie pali. Wło­ży­łam kar­tę kre­dy­to­wą do kie­sze­ni, a po­tem po­szłam do ła­zien­ki, żeby spry­skać się zim­ną wodą. Wy­gła­dzi­łam far­tuch i przej­rza­łam się w lu­strze. No­si­łam brą­zo­we ciu­chy ze wzglę­dów prak­tycz­nych. Nie mo­głam no­sić su­kie­nek. By­łam kel­ner­ką. Je­śli cho­dzi o mój nie­chluj­ny koń­ski ogon, to wło­sy mu­sia­ły być ze­bra­ne do tyłu, ta­kie były prze­pi­sy. Pew­nie mo­gła­bym je ucze­sać, za­miast byle jak spi­nać gum­ką jak pę­czek szpa­ra­gów. Moje buty były bu­ta­mi ko­bie­ty, któ­ra nie przy­wią­zu­je zbyt du­żej wagi do wy­glą­du stóp, cho­ciaż mó­wio­no mi, że są ład­ne. Praw­dą też było, że ostat­ni raz ro­bi­łam so­bie pro­fe­sjo­nal­ny ma­ni­kiur w przed­dzień swo­je­go ślu­bu. To wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się po pro­stu stra­tą pie­nię­dzy. Jed­nak wciąż żywe po­zo­sta­wa­ło py­ta­nie: jak mo­głam się tak za­pu­ścić? Pięć Lat le­żał na pod­ło­dze pod drzwia­mi ła­zien­ki, wy­czer­pa­ny. Wró­ci­łam do sto­li­ka z po­kwi­to­wa­niem, uni­ka­jąc kon­tak­tu wzro­ko­we­go za­rów­no z ko­bie­tą, jak i z męż­czy­zną.

– Od jak daw­na pani tu­taj pra­cu­je? – za­py­tał on, pod­czas gdy ona się pod­pi­sy­wa­ła.

– Ja­kieś pięć lat.

– Jest pani praw­dzi­wą pro­fe­sjo­na­list­ką.

– Dzię­ku­ję. – Po­czu­łam, że się ru­mie­nię.

– Do zo­ba­cze­nia w przy­szłym ty­go­dniu – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. – Uwiel­biam ten lo­kal.

– Miał swo­je lep­sze dni.

– Dla nas jest ide­al­ny – od­par­ła, po­da­jąc mi po­kwi­to­wa­nie i mru­ga­jąc do męż­czy­zny.

Zer­k­nę­łam na pod­pis, spo­dzie­wa­jąc się cze­goś kwie­ci­ste­go i in­try­gu­ją­ce­go. Na­zwi­sko Pau­li­ne Da­vis wy­da­wa­ło się zwy­czaj­ne i ba­nal­ne. Sta­no­wi­ło to dla mnie pew­ne po­cie­sze­nie.

Od­pro­wa­dza­łam ich wzro­kiem, gdy szli mię­dzy sto­li­ka­mi do wyj­ścia. Na dwo­rze po­ca­ło­wa­li się i każ­de ru­szy­ło w swo­ją stro­nę. Ko­bie­ta po­pa­trzy­ła na mnie przez szy­bę i po­ma­cha­ła. Mu­sia­łam wy­glą­dać głu­pio, sto­jąc tam w bez­ru­chu i ga­piąc się na nich. Od­ma­cha­łam jej po­słusz­nie zza brud­ne­go okna.

Z za­my­śle­nia wy­rwa­ła mnie star­sza ko­bie­ta sie­dzą­ca obok.

– Tej pani coś wy­pa­dło – po­wie­dzia­ła, po­ka­zu­jąc pod sto­lik.

Schy­li­łam się i pod­nio­słam mały no­tes w bor­do­wej okład­ce. Była po­prze­cie­ra­na i mięk­ka w do­ty­ku jak skó­ra. Wid­nia­ły na niej zło­te ini­cja­ły P.D., zło­te były rów­nież kra­wę­dzie kar­tek. Ostroż­nie otwo­rzy­łam no­tes, szu­ka­jąc ad­re­su lub nu­me­ru te­le­fo­nu Pau­li­ne, i mój wzrok spo­czął na kil­ku frag­men­tach tek­stu:

jego usta ca­łu­ją­ce moje… nig­dy nie czu­łam się tak peł­na ży­cia… prze­szył mnie na wskroś… nad­cho­dzi fa­la­mi, wi­ru­jąc… po­chy­la mnie nad…

Za­mknę­łam no­tes z trza­skiem.

– Jesz­cze ją pani do­go­ni – po­wie­dzia­ła sta­rusz­ka, nie­spiesz­nie je­dząc ro­ga­lik. Za­uwa­ży­łam, że nie ma przed­nie­go zęba.

– Chy­ba już nie – od­par­łam. – Za­trzy­mam to. Ta ko­bie­ta czę­sto tu bywa.

Sta­rusz­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i odła­ma­ła ka­wa­łek ro­ga­li­ka. Scho­wa­łam no­tes do kie­sze­ni far­tu­cha, a moje cia­ło prze­szył dreszcz pod­nie­ce­nia. Przez resz­tę zmia­ny, do cza­su gdy przy­je­cha­ła Tra­ci­na roz­ta­cza­ją­ca wko­ło za­pach gumy do żu­cia, z lo­ka­mi pod­ska­ku­ją­cy­mi w koń­skim ogo­nie, no­tes pa­lił mnie w kie­sze­ni. Po raz pierw­szy od daw­na Nowy Or­le­an po zmro­ku nie ko­ja­rzył mi się z sa­mot­no­ścią.

W dro­dze do domu li­czy­łam lata. Mi­nę­ło ich sześć od chwi­li, gdy przy­je­cha­li­śmy tu ze Scot­tem z De­tro­it, by roz­po­cząć nowe ży­cie. Domy w No­wym Or­le­anie były ta­nie, a Scott wła­śnie stra­cił ostat­nią pra­cę, któ­rą miał na­dzie­ję utrzy­mać, w prze­my­śle sa­mo­cho­do­wym. Wy­da­wa­ło się nam, że roz­po­czę­cie wszyst­kie­go od nowa w mie­ście, któ­re wła­śnie się od­bu­do­wy­wa­ło po hu­ra­ga­nie, może być od­po­wied­nie dla mał­żeń­stwa ma­ją­ce­go na­dzie­ję na to samo.

Zna­leź­li­śmy ład­ny nie­bie­ski do­mek przy Dau­phi­ne Stre­et w Ma­ri­gny, gdzie miesz­ka­li prze­waż­nie mło­dzi lu­dzie. Do­pi­sa­ło mi szczę­ście i zna­la­złam pra­cę jako po­moc we­te­ry­na­ryj­na w schro­ni­sku dla zwie­rząt w Me­ta­irie. Scott jed­nak nie mógł utrzy­mać żad­nej po­sa­dy, a po­tem za­wa­lił dwu­let­ni okres abs­ty­nen­cji – jed­na noc pi­cia prze­ro­dzi­ła się w dwu­ty­go­dnio­wy ciąg. Kie­dy po dwu­let­niej prze­rwie znów mnie ude­rzył – wcze­śniej już raz to zro­bił – zro­zu­mia­łam, że to ko­niec. Na­gle uświa­do­mi­łam so­bie, jak wie­le wy­sił­ku kosz­to­wa­ło go po­wstrzy­my­wa­nie się przed bi­ciem mnie, od­kąd po raz pierw­szy pod­niósł na mnie rękę po pi­ja­ne­mu. Prze­pro­wa­dzi­łam się do nie­wiel­kie­go miesz­ka­nia kil­ka ulic da­lej, pierw­sze­go, któ­re zna­la­złam.

Kil­ka mie­się­cy póź­niej Scott za­dzwo­nił do mnie i za­py­tał, czy w ra­mach re­kom­pen­sa­ty za swo­je za­cho­wa­nie może mnie za­pro­sić do Café Rose. Zgo­dzi­łam się. Twier­dził, że skoń­czył z pi­ciem, tym ra­zem na do­bre. Jego za­pew­nie­nia brzmia­ły jed­nak nie­szcze­rze. Pod ko­niec ko­la­cji usi­ło­wa­łam po­wstrzy­mać łzy, a on stał nade mną, szep­cząc nad moją po­chy­lo­ną gło­wą sło­wa prze­pro­sin.

– Na­praw­dę mi przy­kro. Może nie spra­wiam ta­kie­go wra­że­nia, ale w głę­bi ser­ca ża­łu­ję tego, co ci zro­bi­łem. Nie wiem, jak ci to wy­na­gro­dzić – po­wie­dział, po czym wy­biegł z sali.

Oczy­wi­ście zo­sta­wił mnie z nie­za­pła­co­nym ra­chun­kiem.

Wy­cho­dząc, za­uwa­ży­łam ogło­sze­nie, że za­trud­nią kel­ner­kę. Od daw­na my­śla­łam o rzu­ce­niu po­sa­dy w schro­ni­sku. Opie­ko­wa­łam się tam ko­ta­mi i wy­pro­wa­dza­łam psy pod­czas po­po­łu­dnio­wej zmia­ny, ale bez­dom­ne zwie­rzę­ta po­zo­sta­łe po hu­ra­ga­nie Ka­tri­na nie mia­ły szans na ad­op­cję, więc moja pra­ca co­raz czę­ściej spro­wa­dza­ła się do go­le­nia wy­chu­dłych łap zdro­wych zwie­rząt przy­go­to­wy­wa­nych do uśpie­nia. Za­czy­na­łam nie­na­wi­dzić tej pra­cy. Mia­łam dość pa­trze­nia w smut­ne, zmę­czo­ne śle­pia. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru zło­ży­łam po­da­nie o pra­cę w re­stau­ra­cji.

Rów­nież tego wie­czo­ru pod­my­ło dro­gę nie­da­le­ko Par­lan­ge. Scott wje­chał sa­mo­cho­dem do Fal­se Ri­ver i uto­nął.

Za­sta­na­wia­łam się, czy to był wy­pa­dek, czy sa­mo­bój­stwo, na szczę­ście jed­nak na­sze to­wa­rzy­stwo ubez­pie­cze­nio­we nie mia­ło po­dob­nych dy­le­ma­tów; w każ­dym ra­zie Scott był trzeź­wy. A po­nie­waż ba­rier­ki prze­żar­ła rdza, otrzy­ma­łam od­szko­do­wa­nie od władz hrab­stwa. Nie mo­głam zro­zu­mieć, co ro­bił tam Scott tej nocy. Choć w su­mie było to do nie­go po­dob­ne: zna­leźć pa­te­tycz­ne roz­wią­za­nie, któ­re po­zo­sta­wi­ło mnie z po­czu­ciem winy. Wca­le się nie cie­szy­łam z jego śmier­ci. Nie by­łam też jed­nak smut­na. Po­pa­dłam po pro­stu w odrę­twie­nie, w któ­rym trwa­łam aż do te­raz.

Dwa dni po po­wro­cie z po­grze­bu w Ann Ar­bor – gdzie sie­dzia­łam w od­osob­nie­niu, po­nie­waż ro­dzi­na Scot­ta ob­wi­nia­ła mnie o jego śmierć – za­dzwo­nił Will. W pierw­szej chwi­li prze­ra­zi­łam się jego gło­su. Wy­dał mi się bar­dzo po­dob­ny do gło­su Scot­ta, tyle że oczy­wi­ście mniej beł­ko­tli­wy.

– Pani Cas­sie Ro­bi­chaud?

– Tak. Kto mówi?

– Na­zy­wam się Will Fo­ret. Je­stem wła­ści­cie­lem Café Rose. W ze­szłym ty­go­dniu zo­sta­wi­ła pani u nas po­da­nie. Szu­ka­my ko­goś od za­raz na pierw­szą zmia­nę. Wiem, że nie ma pani zbyt du­że­go do­świad­cze­nia, ale pod­czas na­sze­go spo­tka­nia wy­czu­łem do­bre flu­idy i…

Do­bre flu­idy?

– Na­sze­go spo­tka­nia?

– Po­zna­li­śmy się, kie­dy zo­sta­wia­ła pani po­da­nie.

– A tak, oczy­wi­ście, pa­mię­tam. Mogę za­cząć od czwart­ku.

– Świet­nie. Może o wpół do je­de­na­stej? Po­ka­żę pani co i jak.

Dwie doby póź­niej po­trzą­sa­łam ręką Wil­la, jed­no­cze­śnie po­trzą­sa­jąc gło­wą w zdu­mie­niu, że go nie za­pa­mię­ta­łam – oto w ja­kim sta­nie by­łam tam­te­go wie­czo­ru. Te­raz so­bie z tego żar­tu­je­my („Tak za­chwy­cił cię mój wy­gląd, że aż nie pa­mię­ta­łaś, że się po­zna­li­śmy!”), ale po spo­tka­niu ze Scot­tem by­łam w ta­kim sta­nie du­cha i umy­słu, że mo­gła­bym roz­ma­wiać z Bra­dem Pit­tem i też bym tego nie za­uwa­ży­ła. Za­tem do­pie­ro przy po­now­nym spo­tka­niu prze­ko­na­łam się, jak bar­dzo przy­stoj­ny jest Will.

Nie obie­cy­wał mi wiel­kich za­rob­ków; Café Rose nie na­le­ża­ło do naj­mod­niej­szych lo­ka­li w mie­ście, a poza tym było za­mknię­te w nocy. Wspo­mi­nał coś o roz­bu­do­wie lo­ka­lu kosz­tem swo­je­go miesz­ka­nia na pię­trze, ale mia­ło to na­stą­pić w bli­żej nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści.

– Sto­łu­ją się u nas głów­nie miej­sco­wi. Tim i chło­pa­ki ze skle­pu ro­we­ro­we­go Mi­cha­ela. Mnó­stwo graj­ków ulicz­nych. Nie­któ­rych moż­na zna­leźć rano przy na­szych drzwiach. Od­sy­pia­ją noce. Miej­sco­wi lu­bią tu prze­sia­dy­wać go­dzi­na­mi. I wszy­scy piją mnó­stwo kawy.

– Brzmi cał­kiem nie­źle.

Przy­ucze­nie do za­wo­du po­le­ga­ło na mało en­tu­zja­stycz­nym opro­wa­dze­niu mnie przez Wil­la po lo­ka­lu. Wy­tłu­ma­czył mi, mam­ro­cząc pod no­sem, jak ko­rzy­stać ze zmy­war­ki i młyn­ka do kawy oraz gdzie trzy­ma środ­ki czy­sto­ści.

– Prze­pi­sy wy­ma­ga­ją, żeby wło­sy kel­ne­rek były ze­bra­ne do tyłu. Poza tym nie mam żad­nych wy­ma­gań. Nie mamy jed­no­li­tych stro­jów, ale w po­rze lun­chu jest tu­taj nie­zły za­męt, więc le­piej ubie­rać się prak­tycz­nie.

– Prak­tycz­ność to moje dru­gie imię – po­wie­dzia­łam.

Pla­nu­ję re­mont – wy­ja­śnił, gdy zo­ba­czył, że mój wzrok spo­czął na wy­szczer­bio­nej płyt­ce pod­ło­go­wej, a po­tem na chwie­ją­cym się sta­rym wen­ty­la­to­rze na su­fi­cie.

Lo­kal był za­nie­dba­ny, lecz przy­tul­ny, a poza tym znaj­do­wał się le­d­wie dzie­sięć mi­nut dro­gi od mo­je­go miesz­ka­nia na rogu Char­tres i Man­de­vil­le. Will twier­dził, że re­stau­ra­cja za­wdzię­cza na­zwę Rose Ni­caud, by­łej nie­wol­ni­cy, któ­ra sprze­da­wa­ła wła­sną mie­szan­kę kawy na uli­cach No­we­go Or­le­anu. Will był po­dob­no jej da­le­kim krew­nym ze stro­ny mat­ki.

– Po­win­na pani zo­ba­czyć zdję­cia z na­szych ro­dzin­nych zjaz­dów. Przy­po­mi­na­ją mi­gaw­ki z po­sie­dzeń ONZ-etu. Nie ma chy­ba ta­kie­go ko­lo­ru skó­ry, któ­ry nie był­by re­pre­zen­to­wa­ny… I co? Bie­rze pani tę ro­bo­tę?

Po­ki­wa­łam en­tu­zja­stycz­nie gło­wą, a Will po­now­nie po­trzą­snął moją ręką.

Od­tąd mój świat skur­czył się do kil­ku ulic w no­wo­or­le­ań­skiej dziel­ni­cy Ma­ri­gny. Może po­szłam kie­dyś do Tre­mé, żeby po­słu­chać An­ge­li Re­je­an, jed­nej z przy­ja­ció­łek Tra­ci­ny, któ­ra pra­co­wa­ła w Ma­ison. Albo do skle­pów ze sta­ro­cia­mi przy Ma­ga­zi­ne Stre­et. Jed­nak rzad­ko wy­pusz­cza­łam się poza naj­bliż­sze oko­li­ce i zu­peł­nie prze­sta­łam cho­dzić do Mu­seum of Art czy Au­du­bon Park. Może to dziw­nie za­brzmi, ale mo­gła­bym spę­dzić resz­tę ży­cia w tym mie­ście, zu­peł­nie nie wi­du­jąc wody.

Ob­cho­dzi­łam ża­ło­bę. W koń­cu Scott był moim pierw­szym i je­dy­nym. Za­czy­na­łam pła­kać w naj­mniej spo­dzie­wa­nych chwi­lach, pod­czas jaz­dy au­to­bu­sem albo my­cia zę­bów. Prze­bu­dze­nie się ze snu w ciem­nej sy­pial­ni za­wsze wy­wo­ły­wa­ło łzy. Nie tyl­ko Scot­ta opła­ki­wa­łam. Opła­ki­wa­łam nie­mal pięt­na­ście lat ży­cia stra­co­nych na wy­słu­chi­wa­niu jego nie­ustan­nych do­cin­ków i skarg. I oto z czym zo­sta­łam. Nie wie­dzia­łam, jak uci­szyć kry­tycz­ny głos, któ­ry pod nie­obec­ność męża od­no­to­wy­wał wszyst­kie moje wady i pod­kre­ślał błę­dy. Jak mo­żesz nie cho­dzić do si­łow­ni? Ża­den męż­czy­zna nie chce ko­bie­ty po trzy­dzie­stym pią­tym roku ży­cia. Nic, tyl­ko ga­pisz się w te­le­wi­zor. By­ła­byś o wie­le ład­niej­sza, gdy­byś tyl­ko tro­chę się po­sta­ra­ła. Pięć Lat.

Rzu­ci­łam się w wir pra­cy. Szyb­kie tem­po wca­le mi nie prze­szka­dza­ło. Nasz lo­kal jako je­dy­ny przy tej uli­cy ser­wo­wał śnia­da­nia. Nic wy­szu­ka­ne­go: jaj­ka w każ­dej po­sta­ci, kieł­ba­sa, grzan­ki, owo­ce, jo­gurt, ciast­ka i ro­ga­li­ki. Lunch rów­nież nie był wy­myśl­ny: zupy, ka­nap­ki, a cza­sa­mi da­nia jed­no­garn­ko­we, ta­kie jak zupa bo­uil­la­ba­is­se, gu­lasz z so­cze­wi­cy czy jam­ba­laya, pod wa­run­kiem że Dell przy­szła wcze­śnie i mia­ła ocho­tę coś upich­cić. Była lep­szą ku­char­ką niż kel­ner­ką, ale nie umia­ła wy­trzy­mać cały dzień w kuch­ni.

Pra­co­wa­łam je­dy­nie czte­ry dni w ty­go­dniu, od dzie­wią­tej do szes­na­stej, cza­sa­mi dłu­żej, je­śli zo­sta­wa­łam na obie­dzie albo cze­ka­łam na Wil­la. Je­śli Tra­ci­na się spóź­nia­ła, ob­słu­gi­wa­łam jej sto­li­ki. Nig­dy się nie skar­ży­łam. Za­wsze by­łam za­ję­ta.

Na dru­giej zmia­nie za­ra­bia­ła­bym le­piej, ale wo­la­łam pierw­szą. Uwiel­bia­łam po­le­wać wodą z węża brud­ny chod­nik. Uwiel­bia­łam słoń­ce na­kra­pia­ją­ce pie­ga­mi sto­li­ki w ka­wiar­nia­nym ogród­ku. Uwiel­bia­łam ukła­dać ciast­ka w prze­szklo­nej wi­try­nie, pod­czas gdy pa­rzy­ła się kawa, a zupa go­to­wa­ła się na wol­nym ogniu. Uwiel­bia­łam od­wle­kać chwi­lę pod­li­cza­nia dzien­nych wpły­wów, roz­kła­da­jąc pie­nią­dze z na­piw­ków na jed­nym z roz­chwie­ru­ta­nych sto­li­ków przy du­żych fron­to­wych oknach. I za­wsze czu­łam się nie­co sa­mot­na, gdy przy­cho­dzi­ło mi się zbie­rać do domu.

Moje ży­cie za­czę­ło się to­czyć spo­koj­nym ryt­mem: pra­ca, dom, czy­ta­nie, spa­nie. Pra­ca, dom, czy­ta­nie, spa­nie. Pra­ca, kino, dom, czy­ta­nie, spa­nie. Nie trze­ba było nad­ludz­kich wy­sił­ków, by to zmie­nić, ale po pro­stu nie po­tra­fi­łam tego zro­bić.

Wy­da­wa­ło mi się, że z bie­giem cza­su za­cznę zno­wu żyć peł­nią ży­cia, może na­wet cho­dzić na rand­ki. My­śla­łam, że przyj­dzie ja­kiś ma­gicz­ny dzień, kie­dy prze­sta­wię się na wła­ści­wie tory i wró­cę do świa­ta. Wresz­cie coś za­sko­czy. Przy­szło mi do gło­wy, by wró­cić na stu­dia. Jed­nak by­łam zbyt otę­pia­ła, by się na to zdo­być. Nie­uchron­nie zbli­ża­łam się do wie­ku śred­nie­go, a tłu­sta ko­ci­ca tri­co­lor Di­xie, któ­rą swe­go cza­su przy­gar­nę­łam, sta­rza­ła się wraz ze mną.

– Mó­wisz, że jest tłu­sta, tak jak­by to była jej wina – wy­ty­kał mi Scott. – Tym­cza­sem to ty ją utu­czy­łaś. Ty za to od­po­wia­dasz.

Scott nie ule­gał Di­xie i jej nie­ustan­ne­mu miau­cze­niu o je­dze­nie. Nade mną pra­co­wa­ła tak dłu­go, aż w koń­cu ka­pi­tu­lo­wa­łam. I to wie­le razy. Nie mia­łam dość de­ter­mi­na­cji, co praw­do­po­dob­nie było też od­po­wie­dzią na py­ta­nie, dla­cze­go tak dłu­go wy­trzy­my­wa­łam ze Scot­tem. Dużo cza­su za­ję­ło mi zro­zu­mie­nie, że to nie ja je­stem przy­czy­ną jego pi­cia i że nie mogę go po­wstrzy­mać, a mimo to wciąż prze­śla­do­wa­ła mnie myśl, że ura­to­wa­ła­bym go, gdy­bym tyl­ko wy­star­cza­ją­co moc­no się po­sta­ra­ła.

Może gdy­by­śmy mie­li dziec­ko, tak jak chciał. Nig­dy mu nie po­wie­dzia­łam, że ulży­ło mi, kie­dy się oka­za­ło, że je­stem bez­płod­na. Roz­wa­ża­li­śmy wy­na­ję­cie mat­ki za­stęp­czej, ale to było dla nas za dro­gie; na szczę­ście Scott nie na­le­żał do zwo­len­ni­ków ad­op­cji. To, że nie chcę być mat­ką, nie bu­dzi­ło mo­ich naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Wciąż jed­nak mia­łam na­dzie­ję na coś, co nada mo­je­mu ży­ciu sens, co wy­peł­ni pu­ste miej­sce, któ­re­go nig­dy nie wy­peł­ni­ło pra­gnie­nie po­sia­da­nia dzie­ci.

Kil­ka mie­się­cy po tym, jak za­czę­łam pra­co­wać w Café Rose, za­nim jesz­cze Tra­ci­na skra­dła mu ser­ce, Will na­po­mknął, że zdo­był bi­le­ty na cie­szą­cy się wiel­kim wzię­ciem kon­cert na fe­sti­wa­lu jaz­zo­wym. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łam, że chce mi opo­wie­dzieć o dziew­czy­nie, z któ­rą się tam wy­bie­ra, ale oka­za­ło się, że to mnie wi­dzi przy swo­im boku. Po­czu­łam, że ogar­nia mnie pa­ni­ka.

– To zna­czy… chcesz, że­bym tam z tobą po­szła?

– Yyy… tak. – Spoj­rzał na mnie i przez chwi­lę wy­da­wa­ło mi się, że jest ura­żo­ny. – Pierw­szy rząd, Cas­sie. Daj się na­mó­wić. To do­bry pre­tekst, żeby wło­żyć su­kien­kę. Wła­śnie so­bie uświa­do­mi­łem, że jesz­cze nig­dy nie wi­dzia­łem cię w su­kien­ce.

Na­gle zro­zu­mia­łam, że po­win­nam to za­koń­czyć. Nie mo­głam się uma­wiać. Nie mo­głam uma­wiać się z  n i m. Z moim sze­fem. Nie ma mowy, że­bym stra­ci­ła pra­cę, któ­rą na­praw­dę lu­bi­łam, przez męż­czy­znę, któ­ry na pew­no, gdy tyl­ko spę­dzi ze mną tro­chę cza­su, zro­zu­mie, jak nie­skoń­cze­nie je­stem nud­na. Męż­czy­znę, z któ­rym nie mo­głam się rów­nać. Pa­ra­li­żo­wał mnie strach i per­spek­ty­wa zna­le­zie­nia się z nim sam na sam na in­nych za­sa­dach niż w pra­cy.

– Nie wi­dzia­łeś mnie w su­kien­ce, bo żad­nej nie mam – od­par­łam.

Kła­ma­łam. Po pro­stu nie wy­obra­ża­łam so­bie, że mo­gła­bym któ­rąś wło­żyć. Will mil­czał przez kil­ka chwil, wy­cie­ra­jąc ręce w far­tuch.

– Nie ma spra­wy – po­wie­dział w koń­cu. – Mnó­stwo osób chce zo­ba­czyć ten ze­spół.

– To nie tak, Will. Po pro­stu przez tyle lat mia­łam za męża wrak, że to mnie w ja­kimś sen­sie… sku­tecz­nie wy­le­czy­ło z ran­dek – od­rze­kłam, ma­jąc świa­do­mość, że mó­wię jak psy­cho­log z noc­ne­go pro­gra­mu ra­dio­we­go.

– To ele­ganc­ki spo­sób na po­wie­dze­nie: to nie two­ja wina, tyl­ko moja.

– Ale taka jest praw­da. To moja wina.

Po­ło­ży­łam dłoń na jego przed­ra­mie­niu.

– Zda­je się, że nie po­zo­sta­je mi nic in­ne­go, jak za­pro­sić na­stęp­ną atrak­cyj­ną dziew­czy­nę, któ­rą za­trud­nię – za­żar­to­wał.

Tak też zro­bił. Za­pro­sił olśnie­wa­ją­co pięk­ną Tra­ci­nę z Te­xar­ka­ny, dziew­czy­nę z po­łu­dnio­wym ak­cen­tem i nie­bo­tycz­nie dłu­gi­mi no­ga­mi. Opie­ko­wa­ła się młod­szym bra­tem cho­ru­ją­cym na au­tyzm i mia­ła wię­cej kow­bo­jek, niż kto­kol­wiek mógł­by po­trze­bo­wać. Za­czę­ła pra­co­wać na dru­gą zmia­nę i cho­ciaż za­wsze od­no­si­ła się do mnie z pew­ną re­zer­wą, w su­mie nie­źle się do­ga­dy­wa­ły­śmy. A poza tym naj­wy­raź­niej uszczę­śli­wi­ła Wil­la. Od­tąd, mó­wiąc mu „do­bra­noc”, czu­łam się po­dwój­nie sa­mot­na, po­nie­waż wie­dzia­łam, że praw­do­po­dob­nie spę­dzi noc z Tra­ci­ną za­miast w swo­im miesz­ka­niu nad re­stau­ra­cją. Nie cho­dzi o to, że by­łam za­zdro­sna. Jak­że­bym mo­gła? To była do­kład­nie taka dziew­czy­na, z jaką Will po­wi­nien być – za­baw­na, in­te­li­gent­na i sek­sow­na. Mia­ła ide­al­nie ka­ka­ową skó­rę. Cza­sa­mi po­zwa­la­ła swo­jej fry­zu­rze afro uno­sić się jak kłąb waty cu­kro­wej, in­ny­mi razy z wpra­wą po­skra­mia­ła ją, za­pla­ta­jąc war­ko­czy­ki. Tra­ci­na była tym, cze­go on szu­kał: ko­bie­tą peł­ną ży­cia. Do­sko­na­le do nie­go pa­so­wa­ła. W od­róż­nie­niu ode mnie.

Tego wie­czo­ru, pod­czas gdy no­tes wciąż roz­grze­wał przed­nią kie­szeń mo­je­go far­tu­cha, ob­ser­wo­wa­łam Tra­ci­nę ob­słu­gu­ją­cą tłum go­ści, któ­rzy przy­szli na ko­la­cję. Po raz pierw­szy przy­zna­łam się sama przed sobą, że jed­nak tro­chę je­stem o nią za­zdro­sna. Nie ze wzglę­du na Wil­la. Za­zdro­ści­łam jej tego, z ja­kim wdzię­kiem i ła­two­ścią po­ru­sza się po sali. Nie­któ­re ko­bie­ty mają po pro­stu to coś, tę umie­jęt­ność znaj­do­wa­nia się w cen­trum uwa­gi – i na­praw­dę świet­nie przy tym wy­glą­da­ją. Nie są ob­ser­wa­tor­ka­mi, ale przed­mio­tem szcze­gól­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia. Są po pro­stu… żywe. Kie­dy Will ją za­pro­sił, od­po­wie­dzia­ła:

– Tak, z przy­jem­no­ścią.

Żad­nych roz­te­rek i wy­krę­tów, pro­ste i zde­cy­do­wa­ne „tak”.

Po­my­śla­łam o no­te­sie i sło­wach, któ­re prze­czy­ta­łam, o męż­czyź­nie przy sto­li­ku, tym, jak pie­ścił nad­gar­stek part­ner­ki i ca­ło­wał jej pal­ce. O tym, jak do­ty­kał jej bran­so­let­ki, o jego po­żą­da­niu. Za­pra­gnę­łam, by ja­kiś męż­czy­zna czuł to samo w sto­sun­ku do mnie. Wy­obra­zi­łam so­bie swo­ją dłoń za­ci­ska­ją­cą się na buj­nej czu­pry­nie, swo­je ple­cy przy­ci­śnię­te do ścia­ny w re­stau­ra­cyj­nej kuch­ni, rękę uno­szą­cą mi spód­ni­cę. Za­raz, prze­cież męż­czy­zna z Pau­li­ne był krót­ko ostrzy­żo­ny. To nie jego so­bie wy­obra­ża­łam, tyl­ko Wil­la, jego wło­sy i usta…

– Dał­bym wszyst­ko, żeby wie­dzieć, o czym my­ślisz – po­wie­dział Will, prze­ry­wa­jąc moje ab­sur­dal­ne ma­rze­nia.

– Aku­rat te my­śli fak­tycz­nie war­te są wszyst­kich two­ich pie­nię­dzy – od­par­łam, czu­jąc, że na mo­jej twa­rzy po­ja­wia­ją się ru­mień­ce. Skąd się wzię­ły? Moja zmia­na już się skoń­czy­ła. Czas iść do domu.

– Jak dzi­siaj na­piw­ki?

– Zu­peł­nie nie­źle. Mu­szę już le­cieć. Nic mnie nie ob­cho­dzi, że sy­piasz z Tra­ci­ną. Masz jej po­wie­dzieć, żeby na­peł­ni­ła cu­kier­ni­ce na sto­łach, za­nim pój­dzie do domu. Rano, kie­dy za­czy­nam pra­cę, po­win­ny być peł­ne.

– Tak jest, sze­fo­wo – po­wie­dział, sa­lu­tu­jąc. A po­tem, gdy szłam do drzwi, za­py­tał: – Masz ja­kieś pla­ny na wie­czór?

Ga­pie­nie się w te­le­wi­zor. Sor­to­wa­nie śmie­ci. Co jesz­cze?

– Ja­sne, mnó­stwo – od­par­łam.

– Po­win­naś za­cząć się spo­ty­kać z męż­czy­zną, a nie z ko­tem, Cas­sie. Je­steś pięk­ną ko­bie­tą.

– Pięk­ną? Nie po­wi­nie­neś mnie tak na­zy­wać, Will. Wła­śnie to mó­wią fa­ce­ci ko­bie­tom pod czter­dziest­kę, któ­re jesz­cze cał­ko­wi­cie się nie po­su­nę­ły, ale któ­re są na do­brej dro­dze do tego, by wy­paść z ryn­ku ma­try­mo­nial­ne­go. „Je­steś pięk­ną ko­bie­tą, ale…”.

– Nie ma żad­ne­go „ale”. Po­win­naś po pro­stu za­cząć wy­cho­dzić – po­wie­dział, po­ka­zu­jąc bro­dą na drzwi.

– Wła­śnie to ro­bię – od­rze­kłam, po czym wy­szłam na uli­cę pro­sto pod koła prze­jeż­dża­ją­ce­go ro­we­rzy­sty.

– Jezu! Cas­sie! – Will rzu­cił mi się na ra­tu­nek.

– Wi­dzisz? To wła­śnie się dzie­je, kie­dy tyl­ko stąd wy­cho­dzę. Od razu pró­bu­ją mnie za­bić. – Usi­ło­wa­łam się uspo­ko­ić i ro­ze­śmiać.

Will po­trzą­snął gło­wą, a ja od­wró­ci­łam się i ru­szy­łam French­men Stre­et. Wy­da­wa­ło mi się, że czu­ję na so­bie jego wzrok, ale nie od­wa­ży­łam się obej­rzeć za sie­bie.

II

Czy to moż­li­we, żeby jed­no­cze­śnie czuć się mło­dym i sta­rym? By­łam zmę­czo­na, kie­dy wlo­kłam się do swo­je­go miesz­ka­nia po­ło­żo­ne­go czte­ry prze­czni­ce da­lej. Lu­bi­łam się przy­glą­dać znisz­czo­nym nie­wiel­kim dom­kom w tej dziel­ni­cy. Nie­któ­re wy­cho­dzi­ły na są­sied­nie po­se­sje, nie­któ­re po­kry­te były tak wie­lo­ma war­stwa­mi far­by, oto­czo­ne przez tak wie­le ku­te­go że­la­za i przy­stro­jo­ne tak wie­lo­ma bo­ga­to zdo­bio­ny­mi okien­ni­ca­mi, że ko­ja­rzy­ły się z wie­ko­wy­mi tan­cer­ka­mi re­wio­wy­mi w ko­stiu­mach i sce­nicz­nym ma­ki­ja­żu. Moje miesz­ka­nie po­ło­żo­ne było na ostat­nim pię­trze dwu­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy na rogu Char­tres i Man­de­vil­le. Mia­ła ja­sno­zie­lo­ną ele­wa­cję, pół­ko­li­ste łuki i ciem­no­zie­lo­ne okien­ni­ce. W wie­ku trzy­dzie­stu pię­ciu lat miesz­ka­łam jak stu­dent­ka. W wy­naj­mo­wa­nej ka­wa­ler­ce mia­łam sofę z ma­te­ra­cem fu­ton, pół­ki na książ­ki z kar­to­nów po mle­ku, któ­re słu­ży­ły rów­nież jako sto­li­ki, i ro­sną­cą ko­lek­cję sol­ni­czek i pie­prz­ni­czek. W sy­pial­ni była wnę­ka z sze­ro­kim ozdob­nym łu­kiem i trze­ma okna­mi man­sar­do­wy­mi wy­cho­dzą­cy­mi na po­łu­dnie. Mó­wiąc szcze­rze, klat­ka scho­do­wa była tak wą­ska, że unie­moż­li­wia­ła wsta­wie­nie du­żych me­bli. Wszyst­ko mu­sia­ło być ma­lut­kie i na­da­ją­ce się do zło­że­nia. Kie­dy do­tar­łam do swo­je­go bu­dyn­ku i spoj­rza­łam w górę, uświa­do­mi­łam so­bie, że pew­ne­go dnia będę za sta­ra, żeby miesz­kać na ostat­nim pię­trze, zwłasz­cza je­śli nie prze­sta­nę wy­ko­ny­wać pra­cy wy­ma­ga­ją­cej cią­głe­go cho­dze­nia. W nie­któ­re wie­czo­ry by­łam tak zmę­czo­na, że le­d­wo mia­łam siłę do­wlec się na górę.

Za­uwa­ży­łam, że gdy moje są­siad­ki się sta­rza­ły, wca­le się nie wy­pro­wa­dza­ły; po pro­stu prze­no­si­ły się na niż­sze pię­tra. Sio­stry Del­mon­te zmie­ni­ły lo­kum przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi, gdy Sal­ly i Ja­net­te, dwie inne sio­stry, osta­tecz­nie zna­la­zły się w domu spo­koj­nej sta­ro­ści. Kie­dy sio­stry Del­mon­te zwal­nia­ły swo­je przy­tul­ne trzy­po­ko­jo­we miesz­kan­ko, po­mo­głam im prze­nieść książ­ki i ubra­nia z pierw­sze­go pię­tra na par­ter. Po­mię­dzy Anną i Bet­ti­ną było dzie­sięć lat róż­ni­cy i cho­ciaż sześć­dzie­się­cio­let­nia Anna jesz­cze przez kil­ka lat mo­gła­by spo­koj­nie wcho­dzić po scho­dach, sie­dem­dzie­się­cio­let­nia Bet­ti­na wy­ma­ga­ła po­mo­cy. To Anna po­wie­dzia­ła mi, że kie­dy w la­tach sześć­dzie­sią­tych w tym jed­no­ro­dzin­nym domu wy­dzie­lo­no pięć miesz­kań, stał się zna­ny pod na­zwą Ho­tel Sta­rych Pa­nien.

– Za­wsze miesz­ka­ły tu wy­łącz­nie ko­bie­ty – wy­ja­śni­ła. – Nie że­byś ty była sta­rą pan­ną, moja dro­ga. Wiem, że w dzi­siej­szych cza­sach sa­mot­ne ko­bie­ty w śred­nim wie­ku są bar­dzo zmy­sło­we, że się tak wy­ra­żę. Nie żeby było coś złe­go w by­ciu sta­rą pan­ną, na­wet gdy­byś nią była. Tyle że wła­ści­wie nie je­steś.

– Wła­ści­wie to je­stem wdo­wą.

– Tak, ale mło­dą wdo­wą. Masz jesz­cze mnó­stwo cza­su, żeby po­now­nie wyjść za mąż i mieć dzie­ci. No, przy­najm­niej po­now­nie wyjść za mąż. – Anna unio­sła jed­ną brew.

Dała mi do­la­ra za po­moc. Nie sprze­ci­wi­łam się temu, bo wie­dzia­łam, że i tak kil­ka go­dzin póź­niej zo­stał­by zło­żo­ny osiem razy i wsu­nię­ty pod moje drzwi.

– Cas­sie, je­steś praw­dzi­wym skar­bem.

Czy by­łam sta­rą pan­ną? W ze­szłym roku po­szłam na jed­ną rand­kę, z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem młod­sze­go bra­ta Wil­la, Vin­ce’em, chu­dym hip­ste­rem, któ­ry wy­dał stłu­mio­ny okrzyk, kie­dy mu po­wie­dzia­łam, że mam trzy­dzie­ści czte­ry lata. Po­tem, żeby ukryć szok, na­chy­lił się nad sto­łem i po­wie­dział, że ma sła­bość do star­szych ko­biet – tych po­wy­żej trzy­dziest­ki. Po­win­nam sprać go po tej głu­piej gę­bie. Za­miast tego po go­dzi­nie za­czę­łam spo­glą­dać na ze­ga­rek. Zde­cy­do­wa­nie za dużo mó­wił o bez­na­dziej­nym ze­spo­le, w któ­rym grał, o tym, że kar­ta win jest nie­do­brze uło­żo­na, i o tym, jak dużo zruj­no­wa­nych do­mów w No­wym Or­le­anie za­mie­rza ku­pić, po­nie­waż ry­nek nie­ru­cho­mo­ści z pew­no­ścią za ja­kiś czas od­bi­je się od dna. Kie­dy pod­wo­ził mnie do Ho­te­lu Sta­rych Pa­nien, za­sta­na­wia­łam się, czy nie za­pro­sić go na górę. My­śla­łam o Pię­ciu La­tach sku­lo­nym na tyl­nym sie­dze­niu. „Prze­śpij się z tym fa­ce­tem, Cas­sie. Co cię po­wstrzy­mu­je? Co cię za­wsze po­wstrzy­mu­je?” Kie­dy jed­nak zo­ba­czy­łam, jak wy­plu­wa przez okno gumę do żu­cia, do­szłam do wnio­sku, że po pro­stu nie mo­gła­bym się ro­ze­brać przed tym prze­ro­śnię­tym chłop­cem.

To tyle, je­śli cho­dzi o moją ostat­nią rand­kę, my­śla­łam, wle­wa­jąc wodę do wan­ny i zdej­mu­jąc strój kel­ner­ki. Po­pa­trzy­łam na mały no­tes le­żą­cy na sto­li­ku przy drzwiach wej­ścio­wych. Co mam z nim zro­bić? Ja­kaś część mnie wie­dzia­ła, że nie po­win­nam go czy­tać, ale dru­ga nie mo­gła się opa­no­wać. Przez całą zmia­nę ja­koś się trzy­ma­łam, my­śląc: „Po po­wro­cie do domu. Po ko­la­cji. Po ką­pie­li. W łóż­ku. Rano. Nig­dy?”.

Di­xie otar­ła się o moje nogi, że­brząc o coś do je­dze­nia, pod­czas gdy woda i pia­na wy­peł­nia­ły wan­nę. Nad Char­tres Stre­et uno­sił się księ­życ, a przez szum ru­chu ulicz­ne­go prze­dzie­ra­ło się cy­ka­nie świersz­czy. Spoj­rza­łam w lu­stro, usi­łu­jąc po­pa­trzeć na sie­bie tak, jak­bym była kimś, kto wi­dzi mnie pierw­szy raz w ży­ciu. Nie moż­na po­wie­dzieć, by z moim cia­łem było coś nie tak. Ogól­nie rzecz bio­rąc, wy­da­wa­ło się cał­kiem nie­złe, nie by­łam ani za wy­so­ka, ani za szczu­pła. Nie li­cząc znisz­czo­nych dło­ni, mia­łam nie­złą fi­gu­rę, praw­do­po­dob­nie dzię­ki ca­ło­dzien­ne­mu kel­ne­ro­wa­niu. Po­do­bał mi się kształt mo­jej pupy, była ład­nie za­okrą­glo­na, ale to praw­da, co mówi się o ko­bie­tach pod czter­dziest­kę: wszyst­ko za­czy­na wiot­czeć. Wzię­łam w dło­nie swo­je pier­si w roz­mia­rze C i nie­co je unio­słam. Wy­obra­zi­łam so­bie Scot­ta, nie, nie Scot­ta. Wil­la? Nie, jego też nie. Na­le­żał do Tra­ci­ny, nie do mnie. Wy­obra­zi­łam so­bie męż­czy­znę z re­stau­ra­cji. Pod­cho­dził do mnie od tyłu, kładł ręce na moim cie­le, po­chy­lał mnie, a po­tem… Prze­stań, Cas­sie.

Po śmier­ci Scot­ta nie sto­so­wa­łam już de­pi­la­cji bra­zy­lij­skiej. Ten wi­dok za­wsze mnie pe­szył, zu­peł­nie jak­bym była małą dziew­czyn­ką. Po­zwo­li­łam dło­ni ze­śli­zgnąć się do mo­jej… cze­go? Jak to na­zy­wać, kie­dy jest się sa­me­mu? „Wa­gi­na” było ter­mi­nem zbyt me­dycz­nym. „Cip­ka” – na­zwą uży­wa­ną przez męż­czyzn i nie­zbyt po­waż­ną. „Piz­da”? No nie, bez prze­sa­dy. Wło­ży­łam tam pa­lec i ku swo­je­mu za­sko­cze­niu prze­ko­na­łam się, że je­stem wil­got­na. Nie zdo­by­łam się jed­nak na to, by coś z tym zro­bić.

Czy czu­łam się sa­mot­na? Oczy­wi­ście, że tak. Poza tym jed­nak wol­no za­my­ka­łam pew­ne czę­ści mo­je­go cia­ła, być może na za­wsze, ni­czym wiel­ką fa­bry­kę, w któ­rej gasi się świa­tła sek­tor za sek­to­rem. Mia­łam trzy­dzie­ści pięć lat, a nig­dy nie za­zna­łam na­praw­dę wspa­nia­łe­go, fan­ta­stycz­ne­go, wy­zwo­lo­ne­go, so­czy­ste­go sek­su, ta­kie­go, o ja­kim na­po­my­ka­no w tam­tym no­te­sie.

Cza­sa­mi czu­łam się tak, jak­bym była po pro­stu skó­rą na­cią­gnię­tą na ko­ści, wsia­da­ją­cą do au­to­bu­sów i tak­só­wek, wy­sia­da­ją­cą z nich, cho­dzą­cą po re­stau­ra­cji, kar­mią­cą lu­dzi i sprzą­ta­ją­cą po nich. W domu moje cia­ło było je­dy­nie cie­płym le­go­wi­skiem dla kota. Jak do tego do­szło? Co się sta­ło z moim ży­ciem? Dla­cze­go nie mo­głam po pro­stu uło­żyć so­bie wszyst­kie­go na nowo i za­cząć cho­dzić na rand­ki, jak ra­dził Will?

Znów spoj­rza­łam w lu­stro: całe to cia­ło, mimo że do­stęp­ne i wraż­li­we, było jed­nak w ja­kiś spo­sób za­mknię­te. We­szłam do wan­ny, usia­dłam, a po­tem ze­śli­zgnę­łam się pod wodę; przez kil­ka se­kund trzy­ma­łam gło­wę pod pia­ną. Sły­sza­łam bi­cie swo­je­go ser­ca, smut­ne echo ude­rzeń. Po­my­śla­łam, że to dźwięk sa­mot­no­ści.

Rzad­ko pi­łam, a już nig­dy do lu­stra, ale tego wie­czo­ru coś we mnie wo­ła­ło o kie­li­szek schło­dzo­ne­go bia­łe­go wina, któ­re mo­gła­bym są­czyć, sie­dząc w cie­płym płasz­czu ką­pie­lo­wym. W lo­dów­ce mia­łam kar­ton cha­blis, któ­ry tkwił tam od mie­się­cy; trud­no, bę­dzie mu­siał wy­star­czyć. Wzię­łam dużą szklan­kę i na­la­łam so­bie do peł­na. Po­tem usia­dłam w ką­cie sofy z kot­ką na ko­la­nach i no­tat­ni­kiem w ręce. Prze­je­cha­łam pal­cem po ini­cja­łach P.D. na okład­ce. W środ­ku zna­la­złam pla­kiet­kę z na­zwi­skiem Pau­li­ne Da­vis, ale nie było ad­re­su. Na na­stęp­nej stro­nie sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­no:

Krok pierw­szy: Pod­da­nie się

Krok dru­gi: Od­wa­ga

Krok trze­ci: Za­ufa­nie

Krok czwar­ty: Hoj­ność

Krok pią­ty: Nie­ustra­szo­ność

Krok szó­sty: Pew­ność sie­bie

Krok siód­my: Cie­ka­wość

Krok ósmy: Bra­wu­ra

Krok dzie­wią­ty: Ży­wio­ło­wość

Krok dzie­sią­ty: Wy­bór

Jezu, co to jest? Co to za li­sta? Czu­łam jed­no­cze­śnie go­rą­co i chłód, zu­peł­nie jak­bym od­kry­ła nie­bez­piecz­ny, ale wspa­nia­ły se­kret. Wsta­łam z sofy, żeby za­cią­gnąć za­sło­ny. Nie­ustra­szo­ność, od­wa­ga, pew­ność sie­bie, ży­wio­ło­wość? Te sło­wa wy­la­ły się z kart­ki, roz­ma­zu­jąc się przed mo­imi ocza­mi. Czy Pau­li­ne sta­wia­ła te kro­ki sama? A je­śli tak, w któ­rym miej­scu li­sty aku­rat się znaj­do­wa­ła? Usia­dłam i jesz­cze raz za­po­zna­łam się ze wszyst­ki­mi kro­ka­mi, a po­tem prze­wró­ci­łam kart­kę. „Fan­ta­zje zwią­za­ne z kro­kiem pierw­szym” – gło­sił na­głó­wek. Nie mo­głam się po­wstrzy­mać. Za­czę­łam czy­tać:

Trud­no wy­ra­zić, jak bar­dzo się ba­łam, jak mar­twi­łam tym, że stchó­rzę, od­wo­łam wszyst­ko, uciek­nę. To wła­śnie ro­bię, praw­da? Za każ­dym ra­zem, gdy coś wy­my­ka się spod kon­tro­li, zwłasz­cza w sfe­rze sek­su­al­nej. Ale po­my­śla­łam o sło­wie „ak­cep­ta­cja” i sta­łam się otwar­ta na po­mysł, że mo­gła­bym to za­ak­cep­to­wać, za­ak­cep­to­wać po­moc ze stro­ny S.E.K.R.E.T-u. I kie­dy po ci­chu we­szłam do ho­te­lo­we­go po­ko­ju i za­mknę­łam za sobą drzwi, wie­dzia­łam, że tego chcę…

Czu­łam, że ser­ce bije mi tak szyb­ko, jak­bym to ja była w tym ho­te­lo­wym po­ko­ju, kie­dy nie­zna­jo­my na­gle otwo­rzył drzwi i…

Ten fa­cet! Co mogę po­wie­dzieć? Ma­til­da mia­ła ra­cję. Był cho­ler­nie sek­sow­ny… Ru­szył w moim kie­run­ku wol­no jak kot, a ja za­czę­łam się co­fać, aż wresz­cie po­czu­łam za sobą łóż­ko. Wte­dy pchnął mnie na nie de­li­kat­nie, uniósł mi spód­ni­cę i roz­su­nął nogi. Ukry­łam twarz w po­dusz­ce, gdy wy­po­wie­dział je­dy­ne sło­wa tego dnia: „Je­steś cho­ler­nie pięk­na”. A po­tem za­cią­gnął mnie do kra­iny roz­ko­szy, któ­rej chy­ba nie umiem opi­sać, cho­ciaż się po­sta­ram…

Za­mknę­łam no­tes. Nie po­win­nam tego czy­tać. To in­tym­ne za­pi­ski. Nie moja spra­wa. Mu­szę z tym skoń­czyć.

Jesz­cze tyl­ko je­den krok. Po­tem ko­niec. Po­tem na pew­no odło­żę ten no­tes i do nie­go nie wró­cę.

Otwo­rzy­łam go na chy­bił tra­fił, mniej wię­cej po­środ­ku, i za­czę­łam prze­glą­dać stro­ny, któ­re, zgod­nie z moim prze­czu­ciem, peł­ne były zmy­sło­wych słów: