Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię. Eseje i rozważania ebook

David Foster Wallace

4 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 597 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię. Eseje i rozważania - David Foster Wallace

Kolejna po Krótkich wywiadach z paskudnymi ludźmi książka legendarnego amerykańskiego pisarza nareszcie po polsku!

Gorzka i wnikliwa analiza ubóstwa intelektualnego oferty telewizyjnej, miażdżąca krytyka twórczości Davida Lyncha, brawurowy opis szkolnych mistrzostw sportowych oraz godny Mrożka reportaż z tygodniowego rejsu luksusowym liniowcem na Karaiby – w zbiorze swoich siedmiu esejów David Foster Wallace żongluje tematami i stylistyką. Nie tracąc nic ze swojego charakterystycznego stylu, urzeka celnością spostrzeżeń, ironią, dowcipem i intelektualnym rozmachem. Granica między dyskursem akademickim a literackim jest tu nieuchwytna, a zakres tematów szeroki i zaskakujący. Pozornie chaotyczne, a jednak precyzyjne teksty, które zyskały uznanie na całym świecie, zachwycą nie tylko miłośników prozy Wallace’a. Autor kultowej powieści Infinite Jest również w esejach daje się poznać jako wybitny, oryginalny pisarz, wrażliwy na absurdy otaczającej nas rzeczywistości.

Charakterystyczny i zaraźliwy styl pana Wallace’a czyni jego pisarstwo wielce zajmującym dla czytelnika, niezależnie od wybranego tematu.

– „The New York Times”

David Foster Wallace wyczuciem kolokwializmów mógłby zawstydzić swoich mistrzów, Pynchona i DeLillo, a trzeźwość sądów, którą wnosi do wybranych przez siebie tematów – fikcyjnych albo rzeczywistych – powinny służyć za wzór każdemu, kto para się krytyką, niezależnie jaką formę przybiera.

–„Publishers Weekly”

David Foster Wallace (1962-2008) – pisarz amerykański zaliczany do grona najwybitniejszych postmodernistów schyłku XX wieku. Autor doskonale przyjętych powieści Infinite Jest oraz The Broom of the System, a także zbiorów opowiadań Oblivion, Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi oraz Girl With Curious Hair. Poza beletrystyką zajmował się eseistyką.

Studiował filologię angielską i filozofię. Otrzymał MacArthur Fellowship i wiele innych nagród. Największą sławę przyniosła mu licząca ponad tysiąc stron powieść Infinite Jest (1996), w 2005 roku magazyn „Time” uznał ją za jedną ze stu najlepszych anglojęzycznych powieści od czasów założenia czasopisma w 1923 r. „Los Angeles Times” nazwał Wallace’a w 2008 roku jednym z najbardziej wpływowych i innowacyjnych pisarzy minionych dwudziestu lat. David Foster Wallace, który przez wiele lat zmagał się z depresją, zmarł śmiercią samobójczą 12 września 2008 roku. W 2015 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazała się po polsku pierwsza jego książka, Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi. W przygotowaniu są kolejne tytuły: Oblivion i Infinite Jest.

Opinie o ebooku Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię. Eseje i rozważania - David Foster Wallace

Fragment ebooka Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię. Eseje i rozważania - David Foster Wallace

David Foster Wallace

RZEKOMO FAJNA RZECZ, KTÓREJ NIGDY WIĘCEJ NIE ZROBIĘ

przełożyła Jolanta Kozak

Tytuł oryginału: A Supposedly Fun Thing I’ll Never Do Again. Essays and arguments

Copyright © 1997 by David Foster Wallace

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Jolanta Kozak, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

dla Colina Harrisona i Michaela Pietscha

Wtórny sport w alei Tornada

Kiedy opuściłem swoją zapyziałą mieścinę na terenach rolniczych Illinois, aby wstąpić na Alma Mater mojego taty wśród groźnie najeżonych gór Berkshire w zachodnim Massachusetts, ni stąd, ni zowąd dostałem hopla na punkcie matematyki. Zaczynam rozumieć, skąd to się wzięło. Matma w college’u pobudza i katartyzuje tęsknotę za domem osobnika ze Środkowego Zachodu. Wychowałem się wewnątrz wektorów, linii i linii przecinających linie, siatek oraz, na skali horyzontów, zamaszystych krzywych siły geograficznej, upiornego topograficznego wiru odpływowego ogromu sprasowanego lodem lądu, który zalega i kręci się w kółko na płytach. Obszar za i przed tymi zamaszystymi krzywymi na szwie ziemi i nieba potrafiłem wykreślić na oko, na długo przedtem nim poznałem wielkości nieskończenie małe jako narzędzia ułatwienia, a całkę jako schemat. Matematyka w górzyście wschodniej szkole była jak przebudzenie; rozkładała na części pamięć i oświecała ją. Rachunek różniczkowy był, całkiem dosłownie, dziecinną igraszką.

W późnych latach dzieciństwa nauczyłem się grać w tenisa na czarnych kortach małego publicznego parku wykrojonego z pól uprawnych, które już nie nadawały się pod uprawy, bo za często je azotowano. To było moje rodzinne Philo w stanie Illinois, małe skupisko silosów zbożowych i pobudowanych w czasie wojny domów Levittown, których rdzenni mieszkańcy nie trudnili się właściwie niczym poza sprzedawaniem ubezpieczeń od upraw zbożowych, nawozów azotowych i herbicydów, oraz pobieraniem podatków własnościowych od młodych akademików z pobliskiego Uniwersytetu Champaign-Urbana, a ich szeregi tak spuchły podczas wyżu demograficznego lat sześćdziesiątych, że peryferyjne non sequitur w rodzaju „społeczności farmersko-sypialnianej” zyskały jasny sens.

Pomiędzy dwunastym a piętnastym rokiem życia byłem prawie wybitnym tenisistą w kategorii juniorów. Zdobyłem szlify rywalizacji, pokonując pociechy prawników i dentystów w małych zawodach Klubu Wiejskiego Champaign i Urbany, a już niebawem całe wakacje schodziły mi na byciu obwożonym od bladego świtu po turniejach w całym Illinois, Indianie i Iowa. Jako czternastolatek zajmowałem siedemnaste miejsce w klasyfikacji Sekcji Zachodniej Związku Tenisowego Stanów Zjednoczonych („Zachodniej”, bo tak w zamierzchłej nomenklaturze Amerykańskiej Komisji Nazewnictwa określano Środkowy Zachód; dalej od nas na zachód leżały sekcje Południowozachodnia, Północnozachodnia i Pacyficzno-Północnozachodnia). Mój flirt z tenisową doskonałością miał o wiele więcej wspólnego z mieściną, w której się uczyłem i trenowałem, oraz z dziwną skłonnością do intuicyjnej matematyki niż z talentem sportowym. Byłem, nawet wedle standardów współzawodnictwa młodzieżowego, w którym każdy jest ledwie zalążkiem czystego potencjału, tenisowym beztalenciem. Miałem niezłą koordynację oko–ręka, ale nie byłem ani duży, ani szybki, miałem nieomal wklęsłą klatkę piersiową, a nadgarstki tak cienkie, że mogłem je objąć kciukiem i małym palcem, toteż uderzałem piłkę tenisową nie mocniej i nie celniej niż większość dziewcząt z mojej grupy wiekowej. Umiałem za to jedno: Grać na Całym Korcie. Tak brzmiał jeden z tenisowych truizmów, który mógł mieć dowolną liczbę znaczeń. W moim przypadku chodziło o to, że znałem swoje ograniczenia i ograniczenia pola, w którym stałem, i przystosowywałem się do nich. Najlepszy byłem w złych warunkach.

Albowiem warunki w Centralnym Illinois są ciekawe z perspektywy matematycznej, a złe z perspektywy tenisowej. Letnie upały i wilgotność spotniałej rękawicy, groteskowo urodzajna gleba, która wyciska trawy i babkę lekarską ponad powierzchnię kortów, meszki karmiące się potem i komary, które roją się w bruzdach boiska oraz w pozatykanych rzęsą rowach okalających każde pole, praktyczna niemożność gry w tenisa nocą, ponieważ ćmy i komary, zwabione sodowymi światłami, formują małe planety wokół każdej z wysokich lamp i cała oświetlona powierzchnia kortu drga od spastycznych małych cieni.

A przede wszystkim wiatr. Największym pojedynczym czynnikiem jakości życia na zewnątrz w Środkowym Illinois jest właśnie wiatr. Nie zdołam przytoczyć wszystkich lokalnych dowcipów o pogiętych wiatrowskazach i poprzekrzywianych stodołach ani stanowych określeń na różne odmiany wiatru, liczniejszych niż wśród Malemutów na śnieg. Wiatr miał osobowość, (paskudny) temperament i, najwyraźniej, własne plany. Nawiewał jesienne liście w nadprogramowe linie i łuki krajobrazu, tak regularne, że można by je sfotografować do podręcznika o regule Cramera i efektach krzyżowania się krzywych w trójwymiarowej przestrzeni.

Wiatr formował zimowy śnieg w oślepiające zaspy, które grzebały unieruchomione auta i zmuszały obywateli do wykopywania się szuflami nie tylko z podjazdów, ale też z domów; „zadymka” w Środkowym Illinois zaczyna się dopiero, gdy śnieg przestaje padać i zrywa się wiatr. Większość ludzi w Philo nie czesała się, bo i po co. Panie tak regularnie nosiły na włosach plastikowe kapturki, że przypuszczałem, iż są one niezbędne dla wykwintnej koafiury; dziewczyny spacerujące po Wschodnim Wybrzeżu z rozwianymi włosami wydawały mi się chutliwe i nagie. Wiatr, wiatr etc., etc.

Znani mi ludzie z zewnątrz dzielą Środkowy Zachód na puste płaszczyzny, czarną ziemię i pola rzadkich zielonych ździebeł, czyli popołudniowy zarost, łagodne wzniesienia i wgłębienia, które tutejszą topologię zmieniają w sadystyczne ćwiczenie z kwadryki stosowanej, widoki z autostrady tak jednakowe i martwe, że doprowadzają kierowców do obłędu. Ci z Indiany / Wisconsin / Północnego Illinois uważają swój własny Środkowy Zachód za obszar agronomii i przyszłych towarów na handel, młockarni, hodowli fasoli i producentów nasion, typów nordyckich z policzkami jak jabłuszka, cydru, rzezi i meczów futbolowych z białymi wałami mgły oddechów dobywających się spod kasków. Ale w dziwacznej kieszonce centralnej, którą tworzą Champaign-Urbana, Rantoul, Philo, Mahomet-Seymour, Mattoon, Farmer City i Tolono, środkowozachodnie życie formuje i deformuje wiatr. Pod względem pogodowym nasze miasteczko leży na wschodnim krańcu czegoś, co pewien meteorolog w brązowych tweedach nazwał kiedyś w mojej obecności Anomalią Termalną. Wiąże się ona z rotacją w kierunku południowym rześkiego powietrza od Wielkich Jezior w połączeniu z parnym południowym tchnieniem Arkansas i Kentucky, a do tego dochodzi jeszcze wzmożona dawka dzikich zefirów od położonej trzy godziny na zachód doliny Missisipi. Chicago nazywa siebie Wietrznym Miastem, ale Chicago, jeden wielki wiatrochron, nie zna wiatru o charakterze prawdziwie sakralnym. A meteorolodzy nie mają nic nowego do powiedzenia ludziom z Philo, którzy doskonale wiedzą, że tak naprawdę na zachód, pomiędzy nami a Rocky Mountains, nie ma właściwie nic wysokiego i że dzikie zefiry łączą bryzy i podmuchy, i prądy termalne, i prądy zstępujące i co tam jeszcze, pochodzące znad Nebraski i Kansas i zdążające za wschód niczym potoki tworzące rzeki i tryskające strumienie, i fronty militarne, które gromadzą się niczym lawiny i z rykiem wpadają wstecznie w bydlęce szlaki pionierów, aby dotrzeć do naszych osobistych nieosłoniętych tyłków. Najgorsza była wiosna, dla chłopaków szczyt szkolnego sezonu tenisowego, gdy siatki stawały na sztorc niczym dumne flagi, a posłaną błędnie piłkę wiatr znosił na najdalsze wschodnie ogrodzenie, zakłócając grę na kilku następnych kortach. Przy gorszym podmuchu niektórzy z nas wyciągali liny i oznajmiali Robowi Lordowi, który był naszym piątym w singlach, chudemu jak widmo, że będziemy musieli go przywiązać, by nie skończył w charakterze pocisku. Jesień, zazwyczaj co najmniej w połowie tak kiepska jak wiosna, przynosiła nieustanne basowe wycie oraz szum kontynentów suchych liści formowanych w siłowe łuki – nie znałem innego dźwięku, który by przypominał ten megaszum, dopóki jako dziewiętnastolatek, w nowobrunszwickiej Zatoce Fundy, nie usłyszałem po raz pierwszy fali przypływu, która rozbiła się i została wessana z powrotem po obłych kamykach plaży. Lato bywało obłędnie skwarne i pełne porywistych wiatrów, ale około sierpnia przychodził martwy spokój. Wiatr po prostu zamierał w niektóre sierpniowe dni, ale wcale nie przynosiło to ulgi; to zawieszenie akcji doprowadzało nas do szału. Co roku w sierpniu uświadamialiśmy sobie, jak dalece odgłos wiatru stał się częścią ścieżki dźwiękowej życia w Philo. Odgłos wiatru stał się dla mnie ciszą. Kiedy go brakło, zostawałem ze szmerem krwi w głowie i słuchowym migotaniem wszystkich drobnych włosków na bębenkach usznych, dygoczących jak pijak na odwyku. Po przeprowadzce do zachodniego Massachusetts miesiącami nie mogłem naprawdę spać przy zniewieściałym szepcie wiatru Nowej Anglii.

Przeciętnemu człowiekowi z zewnątrz Środkowe Illinois wydaje się idealne do uprawiania sportów. Ziemia, oglądana z powietrza, silnie sugeruje grę planszową: nieznośnie precyzyjne kwadraty upraw burych lub w kolorze khaki, pocięte i podzielone prościutkimi jak strzała smołowymi drogami (w całym obszarze rolniczym drogi nadal zdają się bardziej przeszkodami niż liniami komunikacyjnymi). Zimą teren ten wygląda zawsze jak płytka łazienkowa firmy Mannington, białe czworokąty tam, gdzie pusto (śnieg), czarne, gdzie drzewa i krzewy otrząsnęły się ze śniegu na wietrze. Z samolotu wygląda mi to zawsze na Monopoly lub Life, albo na labirynt dla szczurów; za to z poziomu ziemi schludne pola pastewnej kukurydzy lub soi, pola pobrużdżone w linie tak proste, jak tylko Allis Chalmers ze swoim sekstantem mógł je pociąć, przypominają bieżnię sportową lub olimpijskie baseny, pooznaczane do poważnej rozgrywki, upstrzone kątami i alejkami na serio rozgrywanego tenisa. Okolice mojego Środkowego Zachodu zawsze wyglądają na specjalnie spreparowane, jak według planu.

Mocne strony tego terenu są zarazem jego słabościami. Ponieważ ziemia wydaje się tak równa, projektanci klubów i parków rzadko zadają sobie trud wyrolowania jej na płask przed położeniem asfaltu pod korty tenisowe. Skutkiem tego jest zazwyczaj nieznaczne nachylenie, które zauważy jedynie gracz spędzający dużo czasu na korcie. Ponieważ korty tenisowe, z powodu słońca i widoczności, są zawsze tworzone na osi północ–południe, i ponieważ ziemia Środkowego Illinois wznosi się bardzo łagodnie na wschód w kierunku Indiany i subtelnego szczytu geologicznego, który sprawia, że rzeki zawracają gdzieś na wschodzie tego stanu, forhendowa połowa kortu, dla prawego zwróconego twarzą na północ, zawsze będzie fizycznie pod górkę wobec bekhendowej – podczas turnieju w Richmond, Indiana, tuż powyżej linii Ohio, zauważyłem, że nachylenie jest odwrotne. Ta sama gleba, która jest do tego stopnia pełna humusu, że farmerów trzeba wykupywać, by nie dopuścić do przesycenia rynku, przetyka gliniane korty ostami i dziko rosnącym zbożem, a w kortach asfaltowych otwiera szczeliny pod naciskiem babki lekarskiej, której nasionek nie zniechęca półcalowa kopuła szczeliwa i kamieni. W rezultacie wszystkie korty, poza najlepiej utrzymanymi w najbogatszych dystryktach Illinois, tworzą miniaturowe krajobrazy wiejskie, z kępkami, szczelinami i podziemnymi kałużami, które stają się częścią rozgrywki. Pęknięcia kortu zdają się zawsze zaczynać od stanowiska serwisowego, skąd meandrują w głąb i wstecz ku linii serwu. Miejscami przesłonięte liśćmi czarne rozpadliny, zwłaszcza na tle lesistej zieleni kontrastującej z cynobrową czerwienią przestrzeni poza liniami wyznaczającymi obszar czystej gry, nadają kortom dziwaczny pozór dobrze nawodnionych okolic Illinois, widzianych z samolotu.

Kort tenisowy, siedemdziesiąt osiem na dwadzieścia siedem stóp, ze szczupłymi prostokątami dubli po bokach całej długości, wygląda z góry jak kartonowe pudło z odgiętymi klapkami. Siatka rozpięta na słupkach wysokości ponad trzech stóp dzieli kort poprzecznie na pół; linie serwisowe dzielą z kolei każdą połowę na backcourt i forecourt. Na obu forecourtach linie biegnące od podstawy, którą stanowi środek siatki, dzielą całość na pola serwisowe o wymiarach dwadzieścia jeden na trzynaście i pół stopy. Ściśle precyzyjne podziały i granice, w połączeniu z faktem, iż – pomijając wiatr i co bardziej egzotyczne wybicia – piłki można posyłać wyłącznie po liniach prostych, składają się na podręcznikową geometrię figur płaskich tenisa. Jest to bilard z piłkami, które nie chcą się zatrzymać. Są to szachy w biegu. Tenis tak się ma do artylerii i nalotów, jak futbol do piechoty i starcia.

W odniesieniu do tenisa miałem dwa wrodzone dary kompensujące niedostatek talentu fizycznego. Powiedzmy, że trzy. Pierwszy to ten, iż zawsze tak obficie się pociłem, że przy każdej pogodzie pozostawałem w miarę dobrze przewietrzony. Nadmierna potliwość mogłaby się wydać wątpliwym błogosławieństwem, ale dla mnie oznaczała możliwość grania przez wiele godzin w lipcowy upał godny łaźni tureckiej bez najmniejszego zmęczenia, pod warunkiem że między meczami piłem wodę i jadłem coś słonego. W czwartej rozgrywce wyglądałem już zawsze jak topielec, ale nie doznawałem skurczów, wymiotów ani omdleń, w przeciwieństwie do odpicowanej peoryjskiej dziatwy, której włos nigdy nie odchylił się od przedziałka, aż do momentu, gdy wywróciła oczami i runęła na twarz na falujący w upale beton. Jeszcze większą zaletą było doskonałe samopoczucie w otoczeniu linii prostych. Ani cienia geometrycznej klaustrofobii, która niejednego zdolnego juniora przemieniła już po chwili gry w rozdrażnione zwierzątko z zoo. Odkryłem, że fizycznie najlepiej się czuję w pajęczynie kątów prostych, ostrych przekątnych, kątów płaskich. Było to zasługą środowiska naturalnego. Philo, Illinois, jest przechyloną siatką: dziewięć ulic o orientacji północ–południe przeciwko sześciu o orientacji północny wschód– południowy zachód, pięćdziesiąt jeden wspaniałych rogów w formie zbakierowanego krzyża (tangensy kątów wschodnich i zachodnich skrzyżowań można było oszacować na podstawie ich siecznych!) wokół potrójnego skrzyżowania na placu w środku miasta, ozdobionego czołgiem, którego lufa wycelowana była na północny zachód, w stan Urbana, oraz posągiem zatrzymanego w ruchu syna tej ziemi, zabitego na cyplu plaży w Salerno, wskazującego ręką z brązu dokładnie północ. Późnym rankiem figura gościa z Salerno rzucała przysadzisty, czarny cień ramienia na gęstą jak do golfa trawę; wieczorem słońce galwanizowało jej lewy profil, rzucając oskarżycielski cień ramienia na prawo, zgięty pod kątem kija zanurzonego w sadzawce. W college’u nagle olśniło mnie podczas pewnego quizu, że różniczka pomiędzy kierunkiem wskazywanym przez rękę posągu a łukiem rotacji jego cienia jest pierwszego rzędu. W każdym razie większość wspomnień z dzieciństwa – czy to o zaoranych polach, czy o wartownikach żniwiarzy wzdłuż drogi RR104W, czy też o grze skośnych cieni o zmierzchu na boisku piłkarskim Legion Hall – mogłem teraz zrekonstruować na zawołanie za pomocą linijki i kątomierza.

Lubiłem ostry dialog linii prostych bardziej niż inne dzieciaki, z którymi się wychowałem. Prawdopodobnie dlatego, że one były tubylcami, ja zaś stanowiłem młodociany przeszczep z Ithaca, gdzie mój tata zrobił doktorat. Poznałem zatem, jeszcze horyzontalnie i podświadomie jako niemowlę, coś innego: wysokie wzniesienia i jednokierunkowe serpentyny górnego stanu Nowy Jork. Jestem w zasadzie pewien, że gdzieś w jaszczurczej partii mózgu zachowałem amorficzną papkę krzywizn i wypukłości jako kontrastujące tło dla wszystkiego, ponieważ dzieciaki z Philo, z którymi się biłem i bawiłem, dzieciaki, które nigdy nie znały niczego innego, nie dostrzegały żadnej osobliwości ani nowości w rozkładzie ulic naszego miasteczka, nie wyczuwały w nim żadnej świeżości. (Tylko dlaczego wydaje mi się znaczące, że tak wiele z nich skończyło w służbie wojskowej, strugając bystrzaków i w wyprasowanych na kant granatowych mundurach?)

O ile nie zaliczasz się do grona rzadkich mutantów, wirtuozów brutalnej siły, przekonasz się, że współzawodnictwo tenisowe, podobnie jak pula pieniężna, wymaga myślenia geometrycznego, umiejętności kalkulowania nie tylko swoich własnych kątów, ale też kątów odpowiedzi na twoje kąty. Ponieważ wachlarz możliwości odpowiedzi jest liczbą do kwadratu, musisz myśleć n odbić naprzód, przy czym n jest funkcją hiperboliczną ograniczoną sinusem hiperbolicznym talentu przeciwnika oraz cosinusem hiperbolicznym (przybliżonej) liczby dotychczasowych uderzeń. Byłem w tym dobry. Niemal świetnym czyniło mnie to, że potrafiłem włączyć do obliczeń różniczkową komplikację wiatru; umiałem myśleć i grać ósemkowo. Wiatr wprowadzał bowiem krzywizny w linie i przekształcał grę w trójwymiarową. Wiatr czynił znaczne szkody wielu tenisistom juniorom ze Środkowego Illinois ‒ zwłaszcza w okresie od kwietnia do lipca, kiedy wyraźnie brakowało mu litu ‒ wykazując tendencję do dmuchania bez jakiegokolwiek porządku, do wirowania i nawracania, zamierania i zrywów, czasem zaś wiał w jednym kierunku na poziomie kortu, a w całkiem przeciwnym dziesięć stóp nad ziemią. Precyzja myślenia wymagała od gracza indukowania procentowego kierunków, siły uderzenia i kąta odpowiedzi – w precyzji tej nasz trener i inni ochotniczy trenerzy miasteczka byli dobrzy, dokonywali obliczeń bez kredy i tablicy; sznurem do bielizny przywiązywali nogę ucznia do ogrodzenia, aby ograniczyć w praktyce łuk jego ruchu, umieszczali w różnych kątach kortu kosze na bieliznę i kazali nam posyłać do nich piłkę za piłką, za pomocą taśmy maskującej wytyczali chińskie pudełka w czworokątach kortu na powtórki i sprinty pod wiatr – ale cała ta baza teoretyczna okazywała się nieprzydatna z chwilą, gdy tenisówki stawały na konkretnym korcie w turnieju. Najlepiej zaplanowaną, najlepiej uderzoną piłkę częstokroć wywiewało poza linie i to był podstawowy prozaiczny problem. Kapryśność i niesprawiedliwość tego zjawiska doprowadzała niektóre dzieciaki do szału, a w rzeczywiście wietrzne dni dzieciaki te, zazwyczaj o nieprzeciętnym talencie, dostawały w trzecim mniej więcej gemie meczu pierwszych ataków apopleksji połączonej z ciskaniem rakietą, a pod koniec pierwszego seta popadały w nadąsany stupor, z goryczą oczekując, że wejdzie im w paradę wiatr, siatka, taśma, słońce. Ja, który zyskałem sobie czułe przezwisko Ślimak z uwagi na lenistwo w ćwiczeniach, lokowałem swoją największą tenisową zaletę w dziwacznie robotycznym dystansie do nieplanowanych niesprawiedliwości wiatru i pogody. Nie zliczę, ile meczów turniejowych wygrałem między dwunastym a piętnastym rokiem życia, przeciwko większym, szybszym, lepiej skoordynowanym i lepiej wytrenowanym przeciwnikom, dzięki pozbawionemu wyobraźni posyłaniu piłki równo w środek kortu przy schizofrenicznej wichurze; pozwalałem przeciwnikowi grać z większą werwą i dezynwolturą, czekałem, aż dostateczna liczba jego ambitnych piłek wymierzonych w pobliże linii skręci lub ześlizgnie się z wiatrem poza zielony kort i biały pas na surowo czerwone terytorium, i zdobywałem jeszcze jeden brzydki punkt. Oglądanie tego nie było ani miłe, ani zabawne i nawet przy illinojskich wiatrach nigdy nie wygrałbym w ten sposób całego meczu, gdyby przeciwnik nie doznał w końcu drobnego załamania nerwowego i nie ukorzył się wobec jawnej niesprawiedliwości przegrywania z „wyciskaczem” o wklęsłej klatce piersiowej za sprawą gównianych wiejskich kortów i parszywego wiatru, który nagradzał czujny automatyzm zamiast werwę i dezynwolturę. Byłem graczem nielubianym, i słusznie. Jednak nieprawdą byłoby stwierdzenie, że nie posługiwałem się werwą czy wyobraźnią. Akceptacja jest werwą sama w sobie, a wyobraźnię niewątpliwie ma gracz, który lubi wiatr, ja zaś lubiłem wiatr; czy też raczej czułem przynajmniej, że wiatr ma u nas elementarną rację bytu, wydawał mi się interesujący i chętnie poszerzyłbym swoje terytorium logistyczne, żeby się przekonać, jak niszczycielski efekt podmuchów o prędkości piętnaście do trzydziestu mil na godzinę wpłynąłby na moje najdoskonalsze obliczenia, mające na celu ustalenie, w jaki sposób ambitnie odpowiedzieć na górnie podkręconą piłkę Uczesanego Józia, posłaną w mój bekhendowy róg.

Obecna w Illinois kombinacja krostowatych kortów, mdlącej wilgoci i wiatru wymuszała i nagradzała zbliżoną do postawy zen akceptację stanu rzeczy na korcie. Wygrywałem często. Jako dwunastolatek zacząłem być wystawiany na turniejach poza Philo, Champaign i Danville. Moi rodzice albo starzy Gila Antitoi, syna profesora historii Kanady z Urbany, zawozili mnie na takie spotkania, jak Central Illinois Open w Decatur, mieście wybudowanym przez koncern przetwórczy A.E. Staley i stanowiącym własność tegoż koncernu, a tak zasmrodzonym prażoną kukurydzą, że młodzi grali w bandanach zawiązanych na ustach i nosach; jak Western Closed Qualifier na terenie kampusu uniwersyteckiego w Normal; jak McDonald’s Junior Open w poważnym kukurydzianym mieście Galesburg, leżącym daleko na zachód nad rzeką; jak Prairie State Open w Pekinie, centrum usług ubezpieczeniowych i miejscu produkcji traktorów Caterpillar; jak Midwest Junior Clay Courts w szykownym prywatnym klubie peoriańskiej bladej wersji Scarsdale.

Przez kolejne cztery lata poznałem więcej okolic stanu Illinois, niż to jest normalne i zdrowe, jakkolwiek lwią część tego poznawania stanowił zatarty obraz podróży i upraw, spoglądania pomiędzy drzemkami na nagłe i potwornie jasne wschody słońca ponad zagięciem między polami a niebem (plus, widziało się miasto stanowiące cel podróży w momencie, gdy wyłoniło się ono zza krzywizny ziemi, a jedna część czytanego w college’u Prousta, która mnie naprawdę wzruszyła, dotyczyła wczesnego opisu geometrycznej relacji dziecka do odległej wieży kościoła w Combray), gdy przejeżdżało się na tylnym siedzeniu combi poprzez sobotnie świty i niedzielne zachody słońca. Stawałem się systematycznie coraz lepszy; Antitoi, niesprawiedliwie wspierany przedwczesnym dojrzewaniem, stawał się radykalnie coraz lepszy.

Zanim ukończyliśmy czternaście lat, Gil Antitoi i ja byliśmy śmietanką Środkowego Illinois w naszym przedziale wiekowym; zazwyczaj klasyfikowani jako pierwszy i drugi na turniejach okręgowych, pokonywaliśmy każdego, poza kilkoma juniorami z przedmieść Chicago, którzy razem z kontyngentem z Grosse Pointe, Michigan, dominowali zazwyczaj w zachodnich rankingach regionalnych. Tamtego lata najlepszym czternastolatkiem w skali narodowej był Bruce Brescia z Chicago (którego predylekcja do białych tenisowych czapek z daszkiem, niskich skarpet z pomponikami na pięcie i landrynkowo pastelowych kamizelek z dzianiny świadczyła o skłonnościach, które we mnie miały się obudzić dopiero za kilka lat), ale Brescia i jego wierny towarzysz Mark Mees z Zanesville, Ohio, nie zniżali się do grania poniżej Midwestern Clays i niektórych halowych spotkań w hrabstwie Cook, gdyż byli zbyt zajęci lataniem na Pacific Hardcourts w Venturze, Junior Wimbledon itp. Grałem z Brescią tylko raz, w ćwierćfinale halowego turnieju Rosemont Horizon w 1977, a skutki tego były niepiękne. Któregoś roku Antitoi zdołał ukraść seta Meesowi w narodowych Qualifiers. Ani Brescia, ani Mees nie zostali nigdy zawodowcami; nie wiem, co się z nimi stało po ukończeniu osiemnastu lat.

Antitoi i ja brylowaliśmy na tym samym terytorium rywalizacji; Antitoi był moim przyjacielem, wrogiem i przekleństwem. Chociaż zacząłem grać dwa lata przed nim, był ode mnie większy, szybszy i ogólnie lepszy, gdy mieliśmy po jakieś trzynaście lat, tak że wkrótce przegrywałem z nim w finałach wszystkich właściwie rozgrywanych turniejów. Tak różne były nasze postury, podejścia i ogólne światopoglądy, że trwaliśmy w epickiej rywalizacji od roku 1974 do 1977. Stałem się tak przewidujący w korzystaniu ze statystyk, powierzchni, słońca, podmuchów i swoistej stoickiej pogody, że uchodziłem za fizycznego sawanta, młodego czarodzieja wiatru i upału, ponieważ mogłem grać w nieskończoność, odsyłając barokowo podkręcone piłki. Antitoi, od początku nieskomplikowany, wyciskał gówno z każdej okrągłej rzeczy, jaka znalazła się w jego zasięgu, i celował zawsze w jeden z dwóch rogów backcourtu. Siłacz i Ślimak. Kiedy był w formie, czyli miał dobry dzień, rozmazywał mnie na korcie. Kiedy nie był w najlepszej formie (a niezliczone godziny spędziliśmy z Davidem Saboe z Bloomington, Kirkiem Riehagenem i Steve’em Cassilem z Danville na rozważaniach i dociekaniach, jakie właściwie zróżnicowania diety, snu, romansowania, automobilizmu, a nawet koloru skarpetek stanowiły znaczący czynnik w równaniu wahań humoru i poziomu Antitoiego z dnia na dzień), rozgrywaliśmy fantastyczne mecze, prawdziwie maratońskie łubudu. Z jedenastu finałów, któreśmy rozegrali w 1974, wygrałem dwa.

Tenis juniorów Środkowego Zachodu wprowadził mnie także w prawdziwie dojrzały smutek. Nabyłem swoistej pychy z racji swojej taoistycznej zdolności kontrolowania przez niekontrolowanie. Ustanowiłem prywatną religię wiatru. Lubiłem nawet jeździć na rowerze. Strasznie mało ludzi w Philo jeździ na rowerze, z oczywistych powodów wietrznych, lecz ja odkryłem sposób mocowania się ze sztywnym prądem powietrza, gibając się w tył i w przód z jakąś szeroką książką trzymaną u boku pod kątem około stu dwudziestu stopni do kierunku jazdy – Sztuka inżynierii Baynesa i Pugha oraz Język ręki Cheira okazały się najlepszymi płatami nośnymi – tak że poprzez imaginację, werwę i stoicką pogodę ducha potrafiłem nie tylko zneutralizować wmordewind, ale wykorzystać go w kolarstwie. Podobnie, zanim skończyłem trzynaście lat, odkryłem, jak nie tylko znosić, ale wykorzystywać silne letnie wiatry w meczach tenisowych. Już nie tyko waliłem piłką w sam środek, żeby zostawić szeroki margines dla błędu i zwekslowania, ale nauczyłem się wykorzystywać prądy powietrza w sposób, w jaki miotacz w baseballu wykorzystuje ślinę. Potrafiłem posyłać piłkę łukiem pod wiatr, który ją upuszczał tuż przed linią; opanowałem specjalny wiatroserw z tak silnym podkręceniem, że piłka robiła się w powietrzu owalna i skręcała z lewa na prawo niczym sprytny narciarz, a potem, przy odbiciu o ziemię, zmieniała kierunek łuku. Nabyłem takiego samego automatycznego wyczucia tego, co wiatr zrobi z piłką, jakie ma przeciętny kierowca wobec zmiany biegów. Przez pewien czas jako tenisista junior byłem, w odróżnieniu od innych chłopców, obywatelem betonowego świata. Około czternastego roku życia poczułem się zdradzony, bo wielu z tych chłopaków walących rakietą jak cepem nagle wyrosło i nabrało cech męskich, pojawiły im się włoski na udach, pierwociny wąsów i węźlaste arterie na przedramionach. W piętnastym lecie mojego życia dzieciaki, które rok wcześniej pokonywałem z łatwością, stały się nagle niezwyciężone. Przegrałem w dwóch półfinałach w Pekinie i w Springfield w 1977, a były to te same zawody, w których w 1976 pobiłem w finale Antitoiego. Mój tata prawie mnie pognębił po porażce w Springfield z jakimś młodym z Quad Cities, gdy próbując mnie pocieszyć, powiedział, że wyglądało to tak, jakby chłopiec grał przeciwko mężczyźnie. Chłopcy też coś we mnie wyczuli, zwęszyli załamanie mojej osobliwej détente z żywiołami: moja zdolność wykorzystywania i kształtowania okoliczności zewnętrznych została osłabiona dysfunkcją jakiegoś wewnętrznego budzika, na którym się nie znałem.

Wspominam o tym głównie dlatego, że ogromna część mojej środkowozachodniej energii psychicznej podlegała czynnikom wzrostu i płodności. Czynnik agronomiczny był oczywisty – wszak cała moja rodzinna mieścina uzależniona była od podatku od ziarna, dyspersji, wysokości i wydajności. Coś z obsesyjnego ważenia, mierzenia i planowania przez dorosłych, z tego specyficznego rachunku siewu i wzrostu, przesiąkało w nasze dziecięce głowy w czapkach i bandanach, by ujawnić się na boiskach futbolowych, rombach baseballowych i kortach, na których rozwijaliśmy swoje szczególne zainteresowania. W roku 1977 byłem jedynym z grupy sportowych przyjaciół, który zachował dziewictwo. (Wiem to na pewno, a nie przyznam się wam, skąd wiem, tylko dlatego że ci moi kumple są teraz nauczycielami, handlowcami i ubezpieczycielami, którzy muszą dbać o stanowiska, a w dodatku mają rodziny). W miarę jak moje dojrzewanie się opóźniało, czułem się wyalienowany nie tylko z własnego uparcie nieowłosionego ciałka, ale z całego środowiska żywiołów, które wcześniej uważałem za swoich wspólników. Jakoś wiedziałem, że wezwanie do wzrostu i owłosienia przychodzi z zewnątrz, z tego, co wszędzie poza Monsanto i Dow sprawia, że zboże rośnie, świnie się parzą, wiatr wiosną łagodnieje i zawisa w powietrzu przesiąknięty wonią nawozu z porośniętych fasolą północnych równin pomiędzy nami a Champaign. Moje powołanie osłabło. Już nie czułem się wezwany. Zacząłem doświadczać takiego samego resentymentu wobec tego, co dzieci zwą naturą, którego, jak wiedziałem, doświadczył Steve Cassil, gdy posłaną przez niego piłkę zdmuchnął wiatr, albo Gil Antitoi, gdy słońce popsuło jego podkręcany serw (Antitoi był jedynym wybijającym się młodzikiem, który zaczynając na powolnych, zachwaszczonych wiejskich kortach, od początku serwował z podkręceniem – dlatego odniósł taki sukces na gładkim betonie Zachodniego Wybrzeża, kiedy wyjechał grać w barwach Cal-Fullerton): Antitoi był taki wysoki i z takim uporem stosował podręcznikowy serw na warunki słoneczne, że kiedy w meczach wczesnopopołudniowych serwował z północnego krańca kortu, w oczach pojawiały mu się fioletowe plamki i potem już do końca gry poruszał się jak ślepiec, waląc wściekle rakietą jak cepem. Było to w czasach, gdy okulary przeciwsłoneczne były na korcie niedopuszczalne.

Krótko mówiąc, zacząłem czuć to, co oni czuli wcześniej. W skrytości ducha hodowałem niechęć do swojego fizycznego miejsca w wielkim planie przyrody, a owa niechęć i gorycz, rodzaj powolnego gnicia od korzeni, stała się głównym powodem, dla którego już nigdy po 1977 nie zakwalifikowałem się do mistrzostw na szczeblu sekcji, i dla którego w roku 1980 ledwo wszedłem do drużyny w college’u mniejszym od szkoły średniej w Urbanie, gdzie chłopaki, których niegdyś pokonywałem i którym później zazdrościłem, grali w tenisa o stypendia do Purdue, Fullerton, Michigan, Pepperdine, a nawet – mówię o przypadku Pete’a Boutona, któremu w 1977 przybyło pół stopy wzrostu i czterdzieści punktów IQ – do legendarnego Uniwersytetu Illinois w Urbanie-Champaign.

Alienacja-ze-Środkowego-Zachodu-jako-źródła-płodności mogła być niejakim przegięciem metafizycznym, nie mówiąc o litowaniu się nad sobą. W tym samym czasie przecież odkryłem całki oznaczone oraz antypochodne i tak czy owak stwierdziłem zwrot swojej tożsamości od fanatyka sportowego do fanatyka matematyki. Ale prawdą jest również, że moja cała środkowozachodnia kariera tenisowa dojrzała, a następnie zdegenerowała się pod egidą Zasady Petera. W moim miasteczku i jego okolicach – gdzie korty były wiejskie, a budżet niski, warunki zaś tak ekstremalne, że komary wydawały dźwięk trąb, pszczoły dźwięk tub, a wiatr dźwięk alarmu pożarowego piątego stopnia, że musieliśmy zmieniać koszulki między meczami, a dzbanków z wodą pitną używać do spłukiwania plew z ramion i karków, a także nosić tabletki solne w specjalnych pojemnikach – byłem faktycznie prawie świetny: umiałem Grać na Całym Korcie; byłem W Swoim Żywiole. Ale wszystkie ważniejsze turnieje, rozgrywki, do których się dostawałem dzięki swej wiejskiej doskonałości, organizowano w innym świecie realnym: powierzchnia kortów w Arlington Tennis Center, gdzie odbywały się Narodowe Spotkania Kwalifikacyjne dla naszego okręgu, była co wiosnę odnawiana; zieleń pięknego terytorium tych kortów miała tak żywy kolor, że mogła rozpraszać, powierzchnia zaś była tak nowa i szorstka, że urażała stopy przez podeszwy butów, i tak dalece pozbawiona wad, nachyleń, szczelin czy spojeń, że to całkowicie dezorientowało. Gra na korcie doskonałym była dla mnie jak stąpanie po wodzie tam, skąd nie widać lądu: nigdy nie wiedziałem, gdzie jestem. W 1976 rozgrywki Chicago Junior Invitational odbywały się w Klubie Kąpielowo-Tenisowym w Lincolnshire, gdzie olbrzymi obszar trzydziestu sześciu kortów okalały płachty zielonego brezentu przytwierdzone do wszystkich ogrodzeń, z małymi łukowatymi szczelinami na poziomie oczu, tworzącymi parodię widowiska. Płachty te były wiatrochronami Wind-B-Gone, opatentowanymi przez ekipę Cyclone Fence w 1971. Istotnie, chroniły przed najsilniejszymi porywami wiatru, lecz jednocześnie zdawały się pozbawiać korty dopływu świeżego powietrza: w Lincolnshire grało się jak na dnie studni. Gdy naprawdę ważne środkowozachodnie turnieje przeciągały się w noc, na słupach zapalano feerię sinych lamp tępiących owady: wokół głowy nie roiły się meszki, a i strzępiaste cienie ciem nie przeszkadzały w śledzeniu trajektorii piłki, za to tuż nad głową słyszało się skwierczący odgłos likwidowanych owadów; pozwolę sobie pominąć smród. Rzecz w tym, że ja nie byłem sobą bez zakłóceń środowiska, które mógłbym ogrywać. Teraz myślę, że wiatr, owady i dziury w korcie stanowiły dla mnie rodzaj wewnętrznych granic, mój osobisty zestaw linii. W zetknięciu z pewnym poziomem turniejowych ułatwień stawałem się bezbronny, ponieważ nie umiałem się przystosować do nieobecności przeszkód do pokonania. O ile to ma sens. Pomijając lęki wieku dojrzewania i fizyczną alienację, moja środkowozachodnia kariera tenisowa zniżkowała z chwilą, kiedy ujrzałem swój pierwszy wiatrochron.

Wciąż mam dziwną chęć mówić o pogodzie, więc pozwolę sobie nadmienić, że moje miasteczko, a właściwie całe wschodniośrodkowe Illinois, szczyci się położeniem w tak zwanej przez meteorologów alei Tornada. Występowanie tornad przerasta tu wszelkie statystyczne proporcje. Osobiście byłem świadkiem dwóch naziemnych i pięciu podniebnych. Tornada podniebne są szarobiałe i bardziej przypominają konwulsje wewnątrz burzowych chmur niż zjawisko od nich oddzielone lub z nich się wyłaniające. Tornada naziemne są czarne jedynie z racji ton gleby, którą zasysają i wprawiają w ruch wirowy. Groteskowa częstotliwość tornad w okolicy mojego miasteczka stanowi podobno funkcję tych samych zmiennych, które wywołują nasze normalne wiatry: jesteśmy współrzędną, na której zbiegają się fronty i masy powietrza. Przez większość dni od późnego marca do czerwca prowadzone są Obserwacje Tornad gdzieś w zasięgu naszych telewizyjnych stacji nadawczych (w prawym górnym rogu ekranu stacje umieszczają wówczas ikonkę lornetki symbolizującą Obserwację oraz ikonkę Wieży z kart tarota symbolizującą Ostrzeżenie, czy coś w tym stylu). Obserwacje oznaczają, że warunki są sprzyjające i tak dalej, i tak dalej, wielkie halo. Dopiero rzadsze Ostrzeżenia o Tornadzie, wymagające potwierdzenia wiarygodnego naocznego świadka, uruchamiają syreny Obrony Cywilnej. Syrena umieszczona na dachu szkoły średniej w Philo wyła innym tonem i cyklem niż syrena w południowej części Urbany, a obie razem przeplatały się w niemiłosiernych trenach. Gdy zawyły syreny, tubylcze rodziny schodziły do swoich piwnic albo schronów (bez zgrywu); rodziny wykładowców akademickich, zamieszkujące kolorowe domki z prefabrykatów, ze świeżymi trawnikami i fundamentami z kamiennych płyt, chwytały jakie tylko się dało talizmany i udawały się w najbardziej centralny punkt parteru, pootwierawszy wcześniej wszystkie okna, aby udaremnić implozję wywołaną drastycznymi spadkami ciśnienia. Dla mojej rodziny najbardziej centralny punkt parteru lokował się w korytarzu pomiędzy gabinetem taty a szafą na bieliznę; na jednej ścianie wisiała tam reprodukcja flamandzkiej sceny Zwiastowania, a na drugiej brązowy aztecki wschód słońca, masywny niczym gilotyna. Zawsze usiłowałem wmanewrować siostrę pod wschód słońca.

Jeżeli Ostrzeżenie zastawało człowieka na dworze i z dala od domu – powiedzmy, na turnieju tenisowym w jakimś odludnym parku na obrzeżach jakiegoś miasta, wytyczonych pod przyszłą zabudowę – należało położyć się na brzuchu w najgłębszym dostrzegalnym zagłębieniu. Ponieważ jedynymi zagłębieniami z prawdziwego zdarzenia wokół większości terenów turniejowych były rowy irygacyjne i ściekowe okalające pola uprawne, rowy lepkie od rzęsy i spreju na komary, nieustannie falujące kłębowiskami jadowitych węży północnoamerykańskich, czyli po prostu miejsca, w jakich człowiek rozumny nie położy się na brzuchu w żadnych okolicznościach, w praktyce na turnieju z Ostrzeżeniem wrzucało się rakiety do pokrowców i biegło poszukać swoich kochanych, albo chociaż lubianych, żeby kręcić się w kółko razem z nimi, nie zdradzając miną, że za chwilę straci się kontrolę nad mięśniem zwieracza. Matki niekiedy jęczały, przyciskając do piersi dziecięce główki (szczególnie znana z przyciskania główek nawet obcych dziatek do swego imponującego biustu była pani Swearingen z Pekinu).

Wspominam o tornadach z powodów odnoszących się bezpośrednio do celu niniejszego eseju. Po pierwsze, tornada stanowiły istotną część środkowozachodniego dzieciństwa, gdyż jako małe dziecię obsesyjnie się ich bałem. W moich najwcześniejszych koszmarach, w których nie pojawiały się milowej wysokości roboty z Zagubionych w kosmosie, uzbrojone w wielkie kije do krokieta (nie pytaj), występowały przeraźliwie wyjące syreny i trupio blade niebiosa z chudym potworem na horyzoncie stanu Iowa, sterczącym nie tyle fallicznie, ile jaszczurczo z coraz niższego nieba, i miotającym się tak wściekle, że niemal składał się wpół, usiłując zjeść własny ogon, otrząsając z siebie plewy, ziemię i krzesła; nigdy nie podszedł bliżej niż do horyzontu; nie musiał.

W praktyce dla tubylców z Philo Obserwacje i Ostrzeżenia miały w sobie coś z bajki o żelaznym wilku. Zbyt często się po prostu zdarzały. Nieistotne wydawały się zwłaszcza Obserwacje, bo i tak zawsze grubo wcześniej dostrzegaliśmy burze nadciągające z zachodu, a zanim minęły okolice Decatur, potrafiliśmy zdiagnozować rodzaj burzy na podstawie koloru i wysokości chmur: im wyższe było jej czoło przypominające kształtem kowadło, tym większa szansa na grad i Ostrzeżenia; chmury czarne jak smoła były pomyślniejszym znakiem niż szare przetykane dziwną perłową bielą; im krótsza przerwa między widokiem błyskawicy a odgłosem grzmotu, tym szybciej zjawisko nadciągało, a im szybsze zjawisko, tym gorzej: podobnie jak większość rzeczy czyniących człowiekowi krzywdę, srogie burze są porywcze i nie żartują.

Wiem, dlaczego ta obsesja nie przeszła mi z wiekiem. Tornada były dla mnie transfiguracją. Jak wszystkie wiatry serio, stanowiły one nasz mały wycinek współrzędnej płaszczyzny z, ruch w górę od euklidesowej monotonii bruzdy, drogi, osi i siatki. Studiowaliśmy tornada w gimnazjum: kanadyjskie prostoliniowe z południowego wschodu od obu stanów Dakota; wilgotne, ciepłe ciągi mas powietrza od północy, na przykład z Arkansas: wynikiem nie było greckie χ ani nawet kartezjańska Γ, lecz zaokrąglenie kwadratu, zagięcie wektorów, uwklęśnienie wypukłości. Czysta alchemia, czysty Leibniz. Tornada w naszej części Środkowego Illinois były pozbawionym wymiarów punktem, w którym linie równoległe spotykają się, wirują i wybuchają. Nie miały sensu. Domy nie rozpadały się na zewnątrz, tylko zapadały do środka. Oszczędzały burdele, a niszczyły sąsiadujące z burdelami sierocińce. Martwe bydło znajdowano nietknięte o trzy mile od paśników. Tornada są wszechmocne i nie znają żadnych praw. Siła bez prawa nie ma kształtu, a jedynie kierunek i czas trwania. Dzisiaj wierzę, że wiedziałem to wszystko bezwiednie jako dziecko.

Jeden jedyny raz zostałem porwany przez chyba prawdziwe tornado, a było to w czerwcu ’78 na korcie tenisowym parku Hessel w Champaign, gdzie trenowałem pewnego popołudnia z Gilem Antitoim. Jako pogardy godny i pogardzany przeciwnik turniejowy byłem zarazem wziętym partnerem do treningów, ponieważ umiałem posyłać piłki gdzie kto chciał z bezmyślną wytrwałością maszyny. Tamtego dnia miało się rozpadać w porze kolacji. Parę razy wydało się nam, że słyszymy nikłe echa syren od zachodu, od strony Monticello, ale przez cały tydzień trenowaliśmy z Antitoim z religijną pilnością co popołudnie na powolnym, gliniastym korcie Har-Tru w parku Hessel, przygotowując się do morderczych rozgrywek na glinie w Chicago, gdzie, jak chodziły plotki, mieli się pojawić Brescia i Mees. Ćwiczyliśmy podania motylkowe – mój forhend przenoszony jest po przekątnej do bekhendu Antitoiego, on odbija po przekątnej na mój bekhend, ja posyłam piłkę wzdłuż linii na jego forhend, cztery kąty 45°, chociaż linie przecięcia tylko jego podań tworzą X, który ma cztery kąty 90° i krzyż przekręcony o takie samo ćwierć obrotu, co swastyka (zawierająca osiem kątów 90°) na flagach hitlerowskich. Takie rzeczy chodziły mi po głowie podczas treningu. Park Hessel śmierdział dotkliwie serem z wielkiej fabryki Krafta na zachodnim skraju Champaign i miał cudownie kosztowne, miękkie korty Har-Tru o barwie tak soczystej sosnowej zieleni, że trajektorie fluorescencyjnych piłek utrzymywały się w powidoku przez kilka kolejnych sekund, pozostawiając ślad, co jest dodatkowym powodem, dla którego kąty i hieroglify schematu motylkowego wydają się istotne. Najważniejsze jednak, że motylki są przede wszystkim treningiem kondycyjnym: obaj gracze muszą między podaniami przemieścić się z jednej strony kortu na drugą, więc gdy pokona się początkowy ból i zadyszkę – zakładając, że jesteś dzieckiem w absurdalnie świetnej formie, bo godzinami bezmyślnie skaczesz na skakance albo pływasz w basenie stylem grzbietowym, ewentualnie co rano biegasz sprintem tam i z powrotem wzdłuż idealnie prostych bruzd pola wschodzącej fasoli – a zatem po pokonaniu pierwszego bólu i zmęczenia motylkami, jeżeli obaj gracze są tak dobrzy, że robią niewiele niewymuszonych błędów przerywających serie podań, wpada się w swoisty trans wewnętrznej fugi, w którym koncentracja osiąga punkt neutralny i zatraca się świadomość własnych kończyn oraz szurania własnych butów w poślizgu (na Har-Tru z biegu wychodzisz ślizgiem, inaczej się nie da), a także wszystkiego, co znajduje się poza linią kortu, natomiast widzi się tylko jaskrawą piłkę i oktagonalny zarys motylka jej trajektorii na tle bilardowej zieleni kortu. Właśnie byliśmy w trakcie tasiemcowej serii podań i opuściłem naszą planetę cichym wewnętrznym wzlotem, gdy kort i piłka, i motylkowy szlak jakby uniosły się jaskrawo i rozżarzyły ogniem, a jednocześnie światło dzienne po prostu zgasło na niebie. Żaden z nas nie zauważył, że od kilku minut znajomy wiatr nie nawiewa nam żwiru w oczy – zły znak. Syreny nie wyły. Potem wyjaśniono, że okręgowa sieć alarmowa miała awarię. Był szósty czerwca 1978. Temperatura powietrza spadła tak szybko, że czuło się, jak włoski na ciele stają dęba. Nie rozległ się grzmot, powietrze znieruchomiało. Nie umiałbym powiedzieć, dlaczego nie przerwaliśmy treningu. Nie padło ani jedno słowo. Nie rozległ się gwizdek. Południe, nikogo więcej na kortach. Traktor-kosiarka wciąż jeździł w tę i z powrotem po boisku do softballu na wschód od nas. W pobliżu nie było żadnych zagłębień, jeśli nie liczyć gnilnego rowu wzdłuż pola młodej kukurydzy trochę dalej na zachód. Co mogliśmy zrobić? Przed srogą burzą powietrze zawsze pachnie skoszoną trawą. Myśleliśmy chyba, że w najgorszym razie zacznie padać, więc pogramy sobie do tego czasu, a potem pójdziemy posiedzieć w combi rodziców Antitoiego. Pamiętam jednak pewną mentalną obsceniczność – moja rakieta miała naciąg jelitowy, którego wszyscy czołowi gracze już się pozbyli w zamian za wyrażenie zgody, aby przedstawiciel handlowy firmy Wilson nasprejował im w poprzek rakiet symbol W, byli więc wolni, ale ja lubiłem ten swój naciąg, lubiłem, żeby był napięty, ale nie za bardzo, 62–63 punkty na maszynie Proflite. Jelito zamienia się w makaron, gdy namoknie, ale obaj z Antitoim byliśmy w stanie fugi, jaki wywołuje zmęczenie powtarzalnością, w stanie fugi, do którego dążyłem przez cały czas swojej gry w tenisa, w stanie fugi, który kojarzył mi się także z orką, siewem i łuskaniem, i z rozpylaniem herbicydów wzdłuż perfekcyjnych linii, w tę i z powrotem, albo z marszem wojskowym po płaskim asfalcie – ten stan umysłu jest zarazem płaski i wzniosły, odrętwiający, a jednak cudnie odczuwalny. Byliśmy młodzi, nie wiedzieliśmy, kiedy należy przestać. Może wściekałem się na swoje ciało i chciałem sprawić mu ból, umęczyć je. Nagle całe zarośnięte po kolana pole po zachodniej stronie, wzdłuż alei Kirby, spłaszczyło się pod wpływem fali nacierającej w naszą stronę, jakby prasowała pole walcem parowym. Antitoi odskoczył na zachód, żeby odbić forhendem, a ja zobaczyłem, że zboże kładzie się falami, a sykomory w zagajniku rosnącym wzdłuż rowu gną się w naszą stronę. Nie było leja. Albo dopiero co się zmaterializował i zniknął, albo nie był prawdziwy. Duże, ciężkie huśtawki na przemysłowych stojakach wzleciały do góry, okręcając się wielokrotnie łańcuchami wokół górnej sztaby; trawa w parku położyła się w ten sam sposób, co zboże na polu; wszystko to stało się tak szybko, jak jeszcze nigdy nie widziałem; przypomnijcie sobie film o wybuchu bomby wodorowej na Bikini i widoczną w morzu falę uderzeniową, która zbliża się do ekipy filmowej. Tu wszystko odbyło się bardzo szybko, ale w seryjnym następstwie: pola, drzewa, huśtawki, trawa, potem uczucie, jakby się było unoszonym przez największą w świecie rękawicę baseballową, siatki nagle i erotycznie stają na sztorc, i pamiętam, że chyba wybiłem piłkę z ręki do Antitoiego, żeby zobaczyć radykalną krzywiznę jej trajektorii na linii zachód–wschód, i nie wiedzieć dlaczego puściłem się w pogoń za tą piłką, którą przed chwilą odbiłem, ale nie, nie mogłem przecież biec za piłką, którą sam wybiłem, a jednak pamiętam łagodne uniesienie w okolicy ud i zawrócenie piłki w moją stronę i swoje podanie, i uderzenie piłki w locie ponad poprzeczną siatkę, przy czym moje stopy ani razu nie dotknęły ziemi na odcinku ponad piętnastu metrów, jak w filmie rysunkowym, a potem powietrze wypełniło się plewami i pyłem i obaj, Antitoi i ja, ulecieliśmy, albo zwiało nas wirujących jak wiatraki, bo przysięgam, że wylądowaliśmy w odległości pięćdziesięciu stóp, na ogrodzeniu sąsiedniego kortu, na jego wschodnim ogrodzeniu, w które walnęliśmy tak mocno, żeśmy je przechylili pod kątem 45°, Antitoiemu odkleiła się siatkówka i przez resztę lata musiał nosić te odlotowe gogle siatkówkowe marki Jabbar, a w ogrodzeniu pozostały dwa wklęsłe odciski ciał, jak w kreskówkach, gdzie czyjaś twarz zostawia odcisk w patelni, którą go przygrzmocono, dwie siatkowe maski baseballowego łapacza, obaj nosiliśmy głębokie kratkowe odciski tego ogrodzenia na twarzach, torsach i przednich stronach nóg, moja siostra mówiła, że wyglądamy jak gofry, ale żaden z nas nie odniósł poważniejszych obrażeń i żaden dom się nie zawalił – albo tornado wzniosło się z powrotem z niewiadomego powodu, to się zdarza, tornada nie znają żadnych praw, nie trzymają się żadnej linii, skaczą sobie powodowane czymś, co może być wolą, albo to nie było prawdziwe tornado. Po tym incydencie Antitoi dalej doskonalił się w tenisie, ale ja już nie.

1990

E Unibus Pluram: telewizja a fikcja amerykańska

graj naturalnie

Autorzy fikcji literackiej mają szczególną skłonność do lubieżnego oglądactwa. Lubią się czaić i gapić. Są urodzonymi oglądaczami. To oni w metrze gapią się tak nonszalancko, że człowiekowi robi się straszno. Niemal jak drapieżniki. A to dlatego, że sytuacje ludzkie są żertwą pisarzy. Autorzy fikcji literackiej obserwują inne istoty ludzkie z tą samą motywacją, która każe gapiom zwalniać przy wypadku samochodowym: lubują się w wizji siebie samych jako świadków.

Ale ci sami autorzy fikcji literackiej mają skłonność do straszliwej niepewności. Poświęcając masę twórczego czasu na pilne studiowanie, jak jawią im się inni ludzie, autorzy fikcji spędzają też masę mniej twórczego czasu na nerwowym zastanawianiu się, jak z kolei oni jawią się innym ludziom. Jak wyglądają, jacy się zdają, czy rąbek koszuli może im wystawać z rozporka, czy może mają szminkę na zębach, czy ludzie, na których bezwstydnie się gapią, nie mają ich za zboczeńców, podglądaczy i szpicli.

Skutek tego jest taki, że większość autorów fikcji, urodzonych oglądaczy, raczej nie lubi być obiektem uwagi innych. Nie lubią być obserwowani. Wyjątki od tej reguły – Mailer, McInerney – stwarzają czasem wrażenie, że większość beletrystów ubiega się o ludzkie zainteresowanie. Ale większość tego nie robi. Ci nieliczni, którzy lubią być obiektem uwagi, w sposób naturalny zyskują większą uwagę. Reszta z nas obserwuje.

Większość znanych mi autorów fikcji to Amerykanie przed czterdziestką. Nie wiem, czy autorzy fikcji przed czterdziestką oglądają telewizję częściej niż inne gatunki Amerykanów. Statystycy donoszą, że w przeciętnym amerykańskim domu telewizja jest oglądana przez sześć godzin dziennie. Nie znam żadnych autorów fikcji mieszkających w przeciętnych amerykańskich domach. Podejrzewam o to Louise Erdrich. Prawdę mówiąc, nigdy nie widziałem przeciętnego amerykańskiego domu. Chyba że w telewizji.

Gołym okiem widać w amerykańskiej telewizji parę rzeczy, które jawią się jako potencjalnie fantastyczne dla nas, amerykańskich pisarzy. Po pierwsze, telewizja wykonuje za nas sporą część naszego drapieżnego badania ludzkości. Amerykańskie istoty ludzkie są w prawdziwym życiu śliskie i zmienne; cholernie trudno wycisnąć z nich jakąkolwiek uniwersalność. Ale telewizja ma do niej wytrych. Jest niewiarygodnym wskaźnikiem ogólności. Jeżeli chcemy się dowiedzieć, czym jest amerykańska normalność – czyli co Amerykanie pragną postrzegać jako normalne – możemy zaufać telewizji. Albowiem całą racją jej bytu jest odzwierciedlanie tego, co ludzie chcą widzieć. Jest ona lustrem. Nie stendhalowskim zwierciadłem jednak, które odbija błękit nieba i błoto kałuży. Raczej przesadnie oświetlonym lustrem łazienkowym, przed którym nastolatek pręży bicepsy i ustala swój lepszy profil. Takie okno na amerykańskie postrzeganie siebie jest po prostu bezcenne dla autora fikcji literackiej. Toteż pisarze mogą pokładać wiarę w telewizji. Stawką jest, bądź co bądź, kupa forsy; ponadto telewizja jest w posiadaniu najlepszych demografów, jakich mają do zaoferowania nauki stosowane, i badacze ci są w stanie precyzyjnie ustalić, czym Amerykanie lat dziewięćdziesiątych są, czego chcą i co widzą – jak my jako Publiczność chcemy widzieć siebie. Telewizja na wskroś dotyczy pragnień. A z punktu widzenia literatury pragnienie to cukier w ludzkim pożywieniu.

Fantastyczna wydaje się także druga rzecz: to, że telewizja sprawia wrażenie daru bożego dla tego ludzkiego podgatunku, który uwielbia obserwować ludzi, ale nie cierpi być obserwowany. Ekran telewizyjny zapewnia bowiem dostęp tylko jednostronny. Jest psychiczną zastawką. My widzimy Ich; Oni nie widzą Nas. Nieobserwowani, możemy się odprężyć i napawać ich widokiem. Tak się składa, że osobiście wierzę, iż właśnie dlatego telewizja tak bardzo trafia do osób samotnych. Do dobrowolnych odludków. Każdy znany mi człowiek samotny ogląda telewizję znacznie dłużej niż przeciętne amerykańskie sześć godzin dziennie. Samotni, tak jak literaci, kochają obserwację jednostronną. Albowiem ludzie samotni przeważnie nie są tacy z racji rażących zniekształceń ciała, przykrego zapachu czy obrzydliwości – istnieją przecież dzisiaj grupy wsparcia i stowarzyszenia dla osób o wymienionych cechach. Ludzie samotni są samotni raczej dlatego, że odmawiają ponoszenia psychicznych kosztów przebywania wśród innych ludzi. Mają na nich alergię. Ludzie zbyt silnie na nich działają. Nazwijmy przeciętnego amerykańskiego samotnika Joe Briefcase. Joe Briefcase boi się i nienawidzi nadzwyczajnego skrępowania, które ogarnia go tylko w obecności innych realnych humanoidów, a oni się gapią, strosząc swoje ludzkie czułki. Woli spasować w niesamowicie stresującej amerykańskiej grze pokera pozorów.

Ale ludzie samotni w swoich domach nadal łakną widoków i scen, łakną towarzystwa. Joe może gapić się na Nich na ekranie; Oni pozostają ślepi na Joego. To już prawie podglądactwo. Tak się składa, że znam ludzi samotnych, którzy uważają telewizję za istną deus ex machina dla podglądaczy. A znaczna część krytyki, tej naprawdę zjadliwej krytyki wymierzonej w stacje nadawcze, przemysł reklamowy i publiczność telewizyjną, opiera się na zarzucie, że telewizja zamieniła nas w naród spoconych, siedzących z otwartymi gębami podglądaczy. Jest to zarzut niesłuszny, lecz niesłuszny z interesujących powodów.

Klasyczne podglądactwo jest szpiegostwem, czyli obserwowaniem ludzi nieświadomych obecności podglądacza, zajętych przyziemnymi, lecz naładowanymi erotycznie sprawami życia prywatnego. Ciekawe, że tak znaczna część klasycznego podglądactwa dokonuje się poprzez media szkła ujętego w ramy – okna, teleskopy itp. Może to właśnie oprawione w ramy szkło czyni analogię z telewizją tak kuszącą. Oglądanie telewizji różni się jednak od klasycznego podglądania. Ludzie, których oglądamy bowiem na oprawnym w ramy szkle ekranu telewizyjnego, nie są nieświadomi faktu, że ktoś ich obserwuje. A raczej cała masa ktosiów. W istocie ludzie występujący w telewizji wiedzą, że to właśnie dzięki temu wielkiemu tłumowi gapiących się ktosiów oni sami istnieją na ekranie i wykonują gesty bynajmniej nie przyziemne. Telewizja nie umożliwia prawdziwego szpiegowania, ponieważ jest przedstawieniem, spektaklem, który z definicji wymaga publiczności. Nie jesteśmy więc tutaj wcale podglądaczami. Jesteśmy po prostu widzami. Jesteśmy Publicznością, megametrycznie liczną, jakkolwiek najczęściej oglądamy telewizję sami: E Unibus Pluram1.

Autorzy fikcji literackiej wydają się nieprzyjemnie dziwni między innymi dlatego, że z powołania naprawdę są podglądaczami. Potrzebują bezpośredniej wzrokowej kradzieży – obserwowania kogoś, kto nie przygotował się do bycia oglądanym. W autentycznym szpiegostwie iluzji doznaje tylko szpiegowany, który nie wie, że wytwarza obrazy i wrażenia. Problem wielu z nas, pisarzy poniżej czterdziestki korzystających z telewizji jako substytutu prawdziwego szpiegostwa, polega na tym, że telewizyjne „podglądactwo” wymaga od pseudoszpiega podporządkowania się całej rozbuchanej orgii iluzji. Iluzja (1): że w ogóle jesteśmy w tej sytuacji podglądaczami; „podglądani” na szklanym ekranie tylko udają niewiedzę o byciu obserwowanymi. Doskonale wiedzą przecież o naszej obecności. Naszej obecności są też świadomi ci, którzy się znajdują za drugą warstwą szkła, czyli za soczewkami i monitorami, poprzez które technicy i aranżerzy z ogromną przemyślnością bombardują nas obrazami. To, co oglądamy, jest dalekie od obiektu kradzieży: jest nam ofiarowane – iluzja (2). Iluzja (3) zaś polega na tym, że to, co oglądamy przez oprawne w ramy szybki, to nie są ludzie w realnych sytuacjach, które trwają, czy nawet mogłyby trwać, bez świadomości Publiki. A więc to, co młodzi autorzy śledzą w poszukiwaniu danych o rzeczywistości, którą da się zamienić w fikcję, jest już konstruktem fikcyjnych postaci w wysoce sformalizowanych narracjach. No i iluzja (4): nie oglądamy przecież nawet „postaci”: to nie major Frank Burns, żałosny nadęty dupek z Fortu Wayne w stanie Indiana, lecz Larry Linville z Ojai w stanie Kalifornia, aktor o stoickiej cierpliwości, znoszący tysiące listów (wciąż napływających) od pseudopodglądaczy krytykujących go za to, że jest dupkiem z Indiany. A teraz iluzja (5): w sumie, oczywiście, nie szpiegujemy nawet aktorów, nawet ludzi: śledzimy elektromagnetycznie napędzane fale analogowe, strumienie jonów i reakcje chemiczne zachodzące na tylnej ścianie ekranu, emitujące fosfeny w schemacie kratek zbudowanych z kropek, które tak się mają do życia, jak impresjonistyczne komentarze Seurata na temat iluzji percepcyjnej. Dobry Bóg i – iluzja (6) – rzeczone kropki pochodzą od naszych mebli, i nasze własne fotele, lampy i grzbiety książek tkwią, widoczne, lecz niewidziane, w ramkach naszego wzroku, gdy kontemplujemy „Koreę” lub przenoszeni jesteśmy „na żywo do Jerozolimy”, bądź też oglądamy bardziej miękkie fotele i wykwintniejsze grzbiety książek w „domu” Huxtable’ów jako iluzoryczne wskazówki, że oto patrzymy na jakieś domowe wnętrze, którego błonę ochronną pogwałciliśmy (chytrze i niezauważalnie) – iluzja (7), (8) i dalsze ad infinitum.

Nie jesteśmy, oczywiście, nieświadomi prawdy o aktorach, fosfenach i meblach. Ignorujemy ją rozmyślnie. Prawda ta jest bowiem częścią sceptycyzmu, który zawieszamy. Spory jest więc ten bagaż, który dźwigamy przez sześć godzin dziennie; iluzje podglądactwa i uprzywilejowanego dostępu wymagają poważnego wspólnictwa od widza. Jak to się dzieje, że tak chętnie godzimy się ze złudzeniem, że ludzie w telewizji nie wiedzą, iż są obserwowani, z fantazją, że wdzieramy się w czyjąś prywatność i pożywiamy nieskrępowaną ludzką aktywnością? Powodów, dla których tak chętnie łykamy te iluzje, może być mnóstwo, lecz najważniejszym z nich jest to, że występujący za szkłem są – pomijając zróżnicowany stopień zdolności aktorskich – absolutnymi geniuszami w udawaniu nieobserwowanych. Zapamiętajmy to sobie: udawać niewidzianego przed kamerą telewizyjną to sztuka. Spójrzmy na zachowanie nieprofesjonalistów, kiedy wymierzony zostaje w nich obiektyw kamery: często panikują albo sztywnieją, zamierają w poczuciu skrępowania. Nawet PR-owcy i politycy są wobec kamery czystymi amatorami. A my uwielbiamy się wyśmiewać ze sztywności i sztuczności nieprofesjonalistów ukazujących się w telewizji. Co za nienaturalność.

Lecz jeśli było się choć raz obiektem tego przerażająco martwego szklanego spojrzenia, to wie się aż za dobrze, jak paraliżująco ono na człowieka działa. Zaganiany facet ze słuchawkami na uszach i notesem na podkładce każe ci „grać naturalnie”, a twoja twarz zaczyna wykonywać niekontrolowane ruchy, gdy usiłujesz przybrać minę osoby pozornie nieobserwowanej, co wydaje się tak niemożliwe, ponieważ „pozornie nieobserwowany” ‒ tak jak „grać naturalnie” ‒ to oksymorony. Spróbuj trafić w piłkę golfową zaraz po otrzymaniu pytania, czy przy zamachu do tyłu robisz wdech, czy wydech, albo postaw się w sytuacji osoby, której obiecano wysoką nagrodę, jeżeli zdoła przez dziesięć sekund nie myśleć o zielonych nosorożcach, a będziesz mieć niejakie wyobrażenie o iście heroicznych akrobacjach ciała i umysłu, jakich od Davida Duchovnego czy Dona Johnsona wymaga udawanie nieobserwowanego w sytuacji, gdy jest on obserwowany przez soczewkę będącą wszechpotężnym symbolem tego, co Emerson na wiele lat przed telewizją nazwał „spojrzeniem milionów”2.

Emerson jest zdania, że tylko bardzo rzadki gatunek ludzi potrafi wytrzymać owo spojrzenie milionów. Do tego gatunku nie zalicza się normalny, ciężko pracujący, skrycie zdesperowany Amerykanin. Człowiek, który wytrzymuje owo megaspojrzenie, to chodząca poczwarka, specyficzny typ transcendentnego półczłowieka, który, jak mówi Emerson, „nosi w oczach wakacje”. Te emersonowskie wakacje, które aktorzy telewizyjni noszą w oczach, to obietnica urlopu od ludzkiego poczucia skrępowania. Nie przejmować się tym, jak wyglądasz w oczach innych. Kompletny brak alergii na spojrzenia. To nasz współczesny heroizm. Przerażający i mocny. Jest to także, oczywiście, gra, jako że trzeba być nienormalnie skrępowanym i opanowanym, by sprawić wrażenie nieobserwowanego pod okiem kamer, soczewek i osób z notesami na podkładkach. Ten skrępowany pozór nieskrępowania stanowi prawdziwe drzwi do całego telewizyjnego gabinetu luster iluzji, a dla nas, Widzów, jest jednocześnie lekarstwem i trucizną.

Gapimy się bowiem na tych rzadkich, doskonale wyszkolonych, na pozór nieobserwowanych osobników przez sześć godzin dziennie. I uwielbiamy tych osobników. Jako że przypisujemy im cechy nadnaturalne i pragniemy ich naśladować, można wręcz powiedzieć, że ich czcimy. W świecie realnego Joego Briefcase’a – świecie, który jawnie oscyluje między relacjami wspólnotowymi a sieciami obcych ludzi połączonych prywatnym interesem i technologią – ludzie, których szpiegujemy w telewizji, oferują nam familiarność, wspólnotę. Intymną przyjaźń. My jednak rozszczepiamy to, co widzimy. Postacie mogą być dla nas „bliskimi przyjaciółmi”, ale aktorzy plasują się wyżej niż obcy: to imago, półbogowie, poruszający się w innej sferze, zadający się z sobą nawzajem i poślubiający tylko siebie nawzajem, jako aktorzy dostępni Widowni jedynie przez pośrednictwo tabloidów, talk-showów, sygnału elektromagnetycznego. A przecież zarówno aktorzy, jak i postacie, tak strasznie oddaleni i przefiltrowani, wydają się nam straszliwie, wspaniale naturalni, kiedy ich oglądamy.

Biorąc pod uwagę, ile oglądamy i co oznacza oglądanie, nieuchronne jest, że ci z nas, autorów fikcji lub Joe’ów Briefcase’ów, którzy mają się za podglądaczy, nabierają złudzenia, iż osoby za szkłem – osoby będące często najbarwniejszymi, najatrakcyjniejszymi, najżywotniejszymi, najżywszymi ludźmi w naszym codziennym doświadczeniu – są również ludźmi nieświadomymi tego, że są obserwowani. Jest to złudzenie toksyczne. Toksyczne dla osób samotnych, gdyż uruchamia cykl alienacji („Dlaczego ja nie mogę być taki?” itp.); toksyczne dla pisarzy, ponieważ prowadzi do pomylenia prawdziwych badań nad fikcją z osobliwą odmianą konsumowania fikcji. Nadwrażliwość osób nadświadomych siebie na prawdziwe istoty ludzkie sadza nas najczęściej przed telewizorem, który jest jednostronnym oknem dla osoby pochłoniętej swobodną i totalną recepcją w skrajnym napięciu uwagi. Oglądamy aktorów grających postacie etc. Przez trzysta sześćdziesiąt minut dziennie otrzymujemy podświadome wzmocnienie głęboko zakorzenionej tezy, że najważniejszą cechą osoby prawdziwie żywej jest oglądalność i że wartość autentycznej istoty ludzkiej jest już nie tylko tożsama z fenomenem oglądania, ale wręcz w nim zakorzeniona. Do tego dochodzi idea, że najistotniejszą cechą prawdziwej oglądalności jest pozór bycia nieświadomym, że odbywa się jakiekolwiek oglądanie. Graj naturalnie. Osoby, które my, młodzi pisarze, oraz wszelkiej maści odludki pilnie studiujemy, z którymi współodczuwamy, przez które najintensywniej doświadczamy uczuć, są, z racji swego talentu do udawanej swobody, zdolne wytrzymać ludzkie spojrzenia. A my, desperacko silący się na nonszalancję, pocimy się nieprzyjemnie w pociągu metra.

palec

Pomijając egzystencjalno-podglądackie łamigłówki, trudno zanegować prosty fakt, że ludzie w Stanach Zjednoczonych oglądają tak dużo telewizji głównie dlatego, że jest ona fajna. Wiem, że ja sam przez większość czasu robię to dla zabawy i że przynajmniej przez pięćdziesiąt jeden procent czasu oglądania istotnie się bawię. Co nie znaczy, że nie traktuję telewizji poważnie. Jedną z najważniejszych tez niniejszego eseju jest stwierdzenie, że najniebezpieczniejsze w telewizji jest dla nas, amerykańskich pisarzy, to, że nie bierzemy telewizji dość poważnie jako propagatorki i twórczyni atmosfery kulturalnej, którą oddychamy i którą przetwarzamy, że wielu z nas uległo tak znacznemu zaślepieniu przez ciągły z nią kontakt, iż postrzegamy telewizję podobnie jak niefortunny prezes Federalnej Komisji Komunikacyjnej, Mark Fowler, który w roku 1981 nazwał ją „jednym z wielu urządzeń, tosterem z obrazkami”3.

A jednak nie da się zaprzeczyć, że telewizja jest przyjemna, i może zdawać się dziwne, iż tak znaczna część przyjemności, jaką moje pokolenie czerpie z telewizji, bierze się z wyśmiewania jej. Należy jednak pamiętać, że młodsi Amerykanie wychowali się w tej samej mierze w klimacie pogardy dla telewizji, co na samej telewizji. Wiedziałem, że telewizja to „przepastny ugór”, grubo zanim się dowiedziałem, kim są Newton Minow i Mark Fowler. No i naprawdę fajnie jest wyśmiewać się cynicznie z telewizji – z tego, że śmiech „żywej widowni w studio” w sitcomach jest zawsze podejrzanie jednobrzmiący i trwa tak samo długo, albo z tego, że w kreskówce Flintstonowie podróż przedstawiana jest za pomocą czterokrotnie powtórzonego tła z drzewem, skałą i domem. Fajnie jest, gdy na ekranie podstarzała June Allyson pojawia się w reklamie Niezawodnej Bielizny dla Dorosłych i mówi: „Jeżeli masz problemy z kontrolą pęcherza, nie jesteś sam”, odkrzyknąć jej: „Zdaje się, że raczej jesteś sama, June!”.

Większość naukowców i krytyków, którzy piszą o amerykańskiej kulturze popularnej, zdaje się jednak traktować telewizję bardzo serio i cierpieć dotkliwie z racji tego, co oglądają. Obowiązuje dobrze znana krytyczna litania na temat jałowości i irrealizmu telewizji. Litania ta bywa często bardziej prostacka i banalna niż programy, na które uskarżają się krytycy, co jest, moim zdaniem, powodem, dla którego większość młodszych Amerykanów uważa zawodową krytykę telewizji za mniej interesującą niż sama profesjonalna telewizja. Twarde przykłady tego, o czym mówię, znalazłem już w pierwszym dniu sprawdzania. Dział sztuki i rozrywki „New York Timesa” z niedzieli 05/08/90 ział po prostu krytyczną pogardą dla telewizji, a część najbardziej krytycznych artykułów dotyczyła nie niskiej jakości programów, lecz tego, że telewizja stała się pogardy godnym narzędziem rozkładu kulturowego. W podsumowaniu roku 1990 letnie hity kasowe spod znaku „kraksy i pożaru”, w których „realizm… najwyraźniej całkiem wyszedł z mody”, Janet Maslin potrzebowała zaledwie jednego akapitu, aby namierzyć swojego antyrealistycznego winowajcę: „O «prawdziwym życiu» słyszymy tylko w programach telewizyjnych zbudowanych z piętnastosekundowych bitów dźwiękowych (w których «prawdziwi ludzie» nie tylko wyrażają się za pomocą zwięzłych, gładkich truizmów, ale zdają się wręcz myśleć w ten sposób, być może w rezultacie oglądania za dużo urabiającej rzeczywistość telewizji)”4. A niejaki Stephen Holden w artykule, który otwiera miażdżąca ocena stanu, w jakim znalazła się muzyka pop, wyraża doskonałą znajomość kulis obiektu swojej nienawiści: „Muzyka pop nie jest już światem samym w sobie, lecz przybudówką telewizji, projektującą poprzez strumień komercyjnych obrazów kulturę, w której wszystko jest na sprzedaż, a jedyne liczące się wartości to sława, władza i piękne ciało”5. Nie ma temu końca w „Timesie”, artykuł za artykułem. Znalazłem tego ranka tylko jeden tekst z działu sztuki i rozrywki, który miał coś budującego do powiedzenia o telewizji, a był to entuzjastyczny artykuł o tym, że masa absolwentów Ivy League prosto ze szkoły leci ostatnio do Nowego Jorku lub Los Angeles, aby zostać scenarzystami telewizyjnymi i zgarniać na starcie grubo ponad dwieście tysięcy dolarów, ciesząc się szybkim awansem do statusu minoderyjnych producentów z notesem na podkładce. Pod tym względem „Times” z 05/08/90 jest dobrym przykładem dziwnej mieszanki, z którą mamy do czynienia od paru lat: smętna pogarda dla telewizji jako produktu twórczego i siły kulturowej, w połączeniu z dziecięcą fascynacją zaekranowymi mechanizmami wytwarzania tego produktu i projektowania tej siły.

Na pewno nie ja jeden mam znajomych, z którymi nie cierpię oglądać telewizji, gdyż nienawidzą jej oni zbyt ostentacyjnie – nieubłaganie narzekają na trywialne wątki, sztuczne dialogi, wydumane rozwiązania, jawną pogardę nowych spikerów, skrajną jałowość reklam – a jednocześnie mają równie oczywistą obsesję na jej punkcie, widocznie potrzebują nienawidzić swoich sześciu godzin dziennie. Jak wskazuje moje doświadczenie, szczególnie podatni na ten stan jednoczesnej nienawiści, lęku i potrzeby w odniesieniu do telewizji są młodzi dyrektorzy reklamowi, początkujący reżyserzy i studenci poeci, którzy dezynfekują się z tego, co mogło im zrobić częste oglądanie telewizji, poprzez oglądanie telewizji ze smętną pogardą, zamiast ślepej wiary, w której większość z nas się wychowała. (Zauważmy, że większość autorów fikcji nadal stawia na ślepą wiarę).

Skoro jednak nasz smętnie pogardliwy „Times” trzyma demograficzny palec na pulsie czytelniczego gustu, zapewne bezpiecznie będzie przyjąć, że większość wykształconych, kupujących „Timesa” Amerykanów cechuje się smętnym zniesmaczeniem telewizją, żywiąc do niej ów dziwaczny Gestalt nienawiści-/potrzeby-/lęku-przez-sześć-godzin-dziennie. Publicystyka telewizyjna z pewnością odzwierciedla te nastroje. A drętwa nuda większości „literackich” analiz telewizyjnych wynika nie tyle z pompatycznych terminów abstrakcyjnych, którymi posługują się naukowcy usiłujący nas przekonać, że telewizja stanowi uprawniony przedmiot estetycznych analiz – quod vide wyimek z traktatu z roku 1986: „Formę mojej wieczornej wtorkowej przyjemności w głównym czasie antenowym strukturyzuje dialektyka elizji rozdźwięku pomiędzy różnorakimi oknami, poprzez które… «przepływ» jest raczej okolicznością niż produktem. Prawdziwy produkt to kwantum, najmniejszy manewrowalny bit przekazu”6 – ile ze zblazowanego cynizmu naukowców od telewizji, wykpiwających i obrzucających błotem zjawisko, które sobie obrali za powołanie. Naukowcy ci są jak ludzie, którzy gardzą – mam na myśli wielką długotrwałą pogardę – swoją pracą albo współmałżonkiem, ale nie odejdą i nie rozwiodą się. Krytyczna skarga już dawno się zdegenerowała w zwyczajne biadolenie. Istotne pytanie dotyczące amerykańskiej telewizji już nie brzmi: czy istnieją prawdziwie przykre problemy wynikające ze stosunku Amerykanów do telewizji, tylko: co można z nimi zrobić. W odpowiedzi na to pytanie krytycy oraz uczeni popkultury rezolutnie milczą.