Wydawca: Wiatr od Morza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 501

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Rzeka złodziei - Michael Crummey

Są kradzieże, za które nie sposób zadośćuczynić

Michael Crummey, autor głośnych powieści Dostatek, Pobojowisko i Sweetland, w Rzece złodziei przenosi czytelników na północno-wschodnią Nową Fundlandię, ukazując ją w czasach, gdy o przetrwanie walczyła tam garstka rybaków i traperów żyjących w bliskim sąsiedztwie Beothuków – rdzennych mieszkańców wyspy.

Druga dekada XIX wieku. Mieszkający w głuszy osadnicy od wielu dziesięcioleci sami stanowią prawo na zajętych przez siebie terenach, na własną rękę rozprawiając się z „Czerwonymi Indianami”. Ci, spychani w głąb lądu przez Europejczyjków, nieudolnie stawiają opór, atakując białych, którzy nie pozostają im dłużni. Sytuacja dodatkowo komplikuje się, gdy wiedziony nadzieją na zażegnanie konfliktu gubernator wysyła na wybrzeże oficera marynarki wojennej Davida Buchana, mającego wyegzekwować przestrzeganie prawa i zorganizować pokojową ekspedycję na terytorium Indian. Oficer werbuje do pomocy Johna Peytona Seniora – najbardziej wpływowego osadnika nad całą zatoką Exploits – oraz jego syna, zmagającego się z niechęcią do ojca i rywalizującego z nim o względy kobiety, której przyszło wieść życie w ich domu. Mężczyźni nawet nie podejrzewają, w jak wielkim stopniu tragiczne zakończenie wyprawy wpłynie na losy jej uczestników oraz mieszkańców wybrzeża

 

Crummey jak zwykle zapełnia karty książki ludźmi z charakterem. Twardzi i zawzięci osadnicy znad zatoki Exploits – podobnie jak bohaterowie Dostatku – tłumią w sobie pragnienia, nienazwane uczucia czy wspomnienia dawnych zranień, które krystalizując w niemal zupełnej izolacji, sprawiają, że każde wypowiedziane przez nich słowo nabiera ogromnej doniosłości, a pozornie błahy konflikt może zaważyć na życiu człowieka. Rzeka złodziei to także nawiązująca do najlepszych północnoamerykańskich tradycji literackich kronika podboju dziewiczego lądu, który swoim czystym pięknem wynagradza mieszkańcom trudy prostego, surowego życia.

 

Rzekę złodziei pamięta się długo po zamknięciu ostatniej strony” Washington Post

Opinie o ebooku Rzeka złodziei - Michael Crummey

Fragment ebooka Rzeka złodziei - Michael Crummey

Mi­cha­el Crum­mey

Rze­ka zło­dziei

Prze­ło­żył Mi­chał Ale­no­wicz

W na­szych opra­co­wa­niach hi­sto­rycz­nych i in­nych pu­bli­ka­cjach po­ja­wia­ją się od cza­su do cza­su róż­no­ra­kie opi­sy ni­niej­sze­go wy­da­rze­nia. Re­la­cje te cha­rak­te­ry­zu­ją jed­nak licz­ne roz­bież­no­ści, wolę więc przed­sta­wić tę opo­wieść tak, jak za­sły­sza­łem ją z ust sa­me­go świę­tej pa­mię­ci Joh­na Pey­to­na, sę­dzie­go po­ko­ju z Twil­lin­ga­te, któ­ry to wła­śnie do­ko­nał poj­ma­nia ko­bie­ty z ple­mie­nia Be­othu­ków.

– Ja­mes P. How­ley, The Be­othuks or Red In­dians, 1915

Za­nim się to wszyst­ko wy­da­rzy­ło, kra­inę tę opi­sy­wa­no róż­ny­mi na­zwa­mi.

Za­to­ki i na­gie kli­fy; cią­gną­ce się w dal kępy świer­czy­ny tak zie­lo­nej, że nie­mal czar­nej. Gór­skie ol­chy, kar­ło­wa­te za­ro­śla, bro­dacz­ki. Je­zio­ra i sa­dzaw­ki w głę­bi lądu po­łą­czo­ne w mi­ster­ną sieć ni­czym na­rzą­dy w cie­le zwie­rzę­cia, krwa­wią­ce ze sta­rych ran rze­ka­mi są­czą­cy­mi się do mo­rza wzdłuż ca­łe­go wy­brze­ża.

Nie­któ­re spo­śród ich nazw prze­trwa­ły w no­te­sach i dzien­ni­kach lu­dzi do­cie­kli­wych i sys­te­ma­tycz­nych, ze­sta­wia­ją­cych mi­zer­ne słow­ni­ki w cza­sach, gdy ję­zyk nie był jesz­cze cał­kiem mar­twy. An­noo-ee mó­wi­ło się na drze­wo, drze­wa lub las. Gi­dy­eathuc na wiatr, Ade­ni­shit na gwiaz­dy. Mam­ma­she­ek na każ­dą spo­śród dzie­się­ciu ty­się­cy drob­nych wy­se­pek ota­cza­ją­cych wy­brze­że ni­czym au­re­ola, a Ka­di­mi­shu­ite na nie­zli­czo­ne zdra­dli­we cie­śni­ny mię­dzy nimi. Każ­de z tych słów ce­chu­je nie­po­ręcz­ny kształt rze­czy pra­sta­rej, dziw­nie nie­po­ko­ją­cy cię­żar mu­ze­al­ne­go eks­po­na­tu. Przy­po­mi­na­ją na­rzę­dzia sprzed wie­lu stu­le­ci, nie­gdyś prze­zna­czo­ne do kon­kret­nych czyn­no­ści, któ­rych dziś moż­na się je­dy­nie do­my­ślać. Sło­wo Ke­wis ozna­cza­ło za­rów­no słoń­ce, jak i księ­życ, a do tego okrą­głe tar­cze ze­gar­ków kra­dzio­nych eu­ro­pej­skim osad­ni­kom.

Wha­sh­witt to niedź­wiedź; Ko­swe­et– ka­ri­bu; Do­ga­ja­vick– lis. Sha­ba­tho­obet– pu­łap­ka. Słow­ni­ki przy­wo­dzą na myśl spre­pa­ro­wa­ne zwie­rzę­ta; wy­ra­zy, sta­no­wią­ce nie­gdyś ich mię­śnie i ścię­gna, za­mar­ły już w sztyw­nych po­zach. Trzy­sta rze­czow­ni­ków, garst­ka nie­odmie­nio­nych cza­sow­ni­ków. Po­ca­ło­wać, biec, upaść, za­bić. Wska­zu­ją na coś nie­mo, sto­jąc na obrze­żach opo­wie­ści wciąż za­ta­cza­ją­cej krę­gi wo­kół ich śmier­ci.

Po­zo­sta­ła tyl­ko ich zie­mia.

Je­zio­ro

Ma­rzec 1819

Obu­dził ją płacz dziec­ka do­ma­ga­ją­ce­go się po­kar­mu, uło­ży­ła więc na­gie nie­mow­lę przy pier­si w świe­tle wcze­sne­go po­ran­ka, tak peł­nym cie­nia, jak­by znaj­do­wa­li się na dnie rze­ki. Poza ko­bie­tą nikt w ca­łym na­mio­cie nie drgnął, sama więc o mało nie za­snę­ła zno­wu w ci­szy. W po­wie­trzu czu­ła czy­sty zi­mo­wy dzień, ostry za­pach słoń­ca i mro­zu wci­na­ją­cy się w woń świer­czy­ny i zwie­rzę­cych skór.

W drze­wach za na­mio­tem roz­le­gło się kra­ka­nie wro­ny. Ko­stro­pa­ty zew głod­nej pusz­czy. Pod­czas gdy usta syna cią­gnę­ły ją za su­tek, ona nu­ci­ła pod no­sem pieśń wron.

Kie­dy skoń­czy­ła kar­mić, uło­ży­ła dziec­ko przy mężu i na­cią­gnę­ła skó­rza­ny płaszcz, prze­wią­zu­jąc się pa­skiem w ta­lii. Po­de­szła do wyj­ścia i od­gar­nę­ła płach­tę wy­ko­na­ną ze skó­ry ka­ri­bu. Na ze­wnątrz blask słoń­ca od­bi­ty od lodu przy­pra­wił ją o ból oczu. Przez chwi­lę sta­ła w miej­scu, przy­zwy­cza­ja­jąc się do ja­sno­ści. Chłód kłuł w płu­cach jak cierń. Na prze­ciw­le­głym brze­gu gę­sto za­le­sio­ne wzgó­rza, po­nad nimi księ­życ le­d­wie wi­docz­ny na bla­do­nie­bie­skim nie­bie. Wro­na po­now­nie za­kra­ka­ła, a pstry dźwięk po­ło­żył się na czy­stym po­wie­trzu ni­czym cień na śnie­gu.

Gdy ob­ró­ci­ła się i ru­szy­ła ku drze­wom, po po­la­nie po­niósł się na­gle głos nie­zna­jo­me­go. Męż­czy­zna stał na cy­plu za jej ple­ca­mi – sa­mot­na syl­wet­ka w dłu­gim, czar­nym płasz­czu, wzno­szą­ca ra­mię w górę. Fala krwi ude­rzy­ła jej do gło­wy, za­ry­cza­ła jej w uszach; wte­dy krzyk­nę­ła na ostrze­że­nie, bie­gnąc z po­wro­tem ku wej­ściu do ma­ma­te­eku. W środ­ku przy­sko­czy­ła do dziec­ka i wzię­ła je w ra­mio­na, pod­czas gdy inni zry­wa­li się z po­słań uło­żo­nych wo­kół pa­le­ni­ska. Splą­ta­ny gąszcz krzy­ków, go­rącz­ko­we po­szu­ki­wa­nia świa­tła, do­ro­śli wy­no­szą­cy dzie­ci na ze­wnątrz i bie­gną­cy do lasu za na­mio­ta­mi.

Ru­szy­ła za pro­wa­dzo­ną przez męża grup­ką, któ­ra zbie­gła na lód i po­pę­dzi­ła ku od­le­głe­mu przy­ląd­ko­wi. Zer­k­nąw­szy przez ra­mię, do­strze­gła tam­te­go męż­czy­znę, któ­ry przed chwi­lą coś do niej za­wo­łał, oraz po­zo­sta­łych, ośmiu czy dzie­się­ciu, wcze­śniej cza­ją­cych się w ukry­ciu, a te­raz zbli­ża­ją­cych się do obo­zu ze swo­imi dłu­gi­mi strzel­ba­mi.

Dziec­ko przy­szło na świat przed za­le­d­wie trze­ma ty­go­dnia­mi; rwą­cy ból w pod­brzu­szu za­czął pa­lić ją w nogi i roz­le­wać się po ple­cach. Syn cią­żył jej w ra­mio­nach jak ka­mień zna­le­zio­ny na pla­ży. Gdy za­wo­ła­ła męża, cof­nął się i wziął od niej chłop­ca, lecz i tak zo­sta­wa­ła co­raz bar­dziej w tyle. Po­now­nie usły­sza­ła głos bia­łe­go, któ­re­go wi­dzia­ła na cy­plu, a spoj­rzaw­szy przez ra­mię, stwier­dzi­ła, że już nie­ba­wem ją do­pad­nie. Ubie­gła jesz­cze ja­kieś sto kro­ków, po czym prze­wró­ci­ła się na lód. Klę­cza­ła, pła­cząc i dła­wiąc się chłod­nym po­wie­trzem.

Nie pod­no­sząc się na nogi, od­wró­ci­ła się, roz­wią­za­ła pas i za­dar­ła sza­tę po­nad gło­wę, od­sła­nia­jąc pier­si. Męż­czy­zna, któ­ry ją go­nił, w po­ści­gu zdą­żył zrzu­cić swój dłu­gi płaszcz; jego wło­sy mia­ły bar­wę uschłej tra­wy. Po­ło­żyw­szy strzel­bę na lo­dzie, od­su­nął broń kop­nia­kiem. To samo uczy­nił z mniej­szym pi­sto­le­tem. Gdzieś za jego ple­ca­mi do­strze­gła po­zo­sta­łych męż­czyzn odzia­nych w czerń, nad­bie­ga­ją­cych ku nim po­je­dyn­czo. Za­czął coś mó­wić i ru­szył w jej stro­nę, trzy­ma­jąc dło­nie da­le­ko od cia­ła. Wi­dzia­ła, że jest prze­ra­żo­ny, nie po­tra­fi­ła jed­nak do­strzec źró­dła jego stra­chu. Po­kle­pał się ręką w pierś i po­wtó­rzył kil­ka swo­ich słów. Po raz ostat­ni obej­rza­ła się przez ra­mię i po­pa­trzy­ła w stro­nę przy­ląd­ka, za któ­rym znik­nę­li jej lu­dzie, a na­stęp­nie ob­ró­ci­ła się do nad­cho­dzą­ce­go męż­czy­zny, okry­ła się i wsta­ła, cze­ka­jąc na spo­tka­nie.

Było to jesz­cze przed tym, jak jej mąż wró­cił z od­le­głe­go brze­gu, by z nimi po­roz­ma­wiać, a jej twarz zo­sta­ła przy­ci­śnię­ta do wło­sia płasz­cza tak gięt­kie­go i szorst­kie­go jak bro­dacz­ki zwi­sa­ją­ce z drzew – za­nim w jej uszach wy­brzmiał pierw­szy stłu­mio­ny strzał. A jed­nak już w tym mo­men­cie, wy­po­wia­da­jąc swo­je imię i wy­cią­ga­jąc rękę, by uści­snąć dłoń tam­te­go, wie­dzia­ła, co stra­ci­ła. Dziec­ko i męża. Je­zio­ro. Ostat­nie do­bre miej­sce.

Bia­ły męż­czy­zna ski­nął gło­wą, uśmiech­nął się i od­wró­cił do to­wa­rzy­szy nad­cho­dzą­cych ku nie­mu po lo­dzie.

Część 1

Hag n Cp OED ~ 1 c obs (1632, 1696) for sen­se 1 […]

1 The ni­ght­ma­re; freq in form old hag […] 1896 J A Folk­lo­re ix, 222 A man […] told me he had been rid­den to de­ath by an old hag […] 1937 Bk of Nfld i, 230 Ni­ght­ma­re is cal­led by fi­sher­men the „Old Hag.”

Hags, zob. OED zn. 1., prze­starz., (1632, 1696) w zn. 1. […]

1. Zmo­ra; czę­sto old ~ dosł.sta­ra wiedź­ma […] 1896J A Folk­lo­re ix, 222 Po­wie­dział mi, że sta­ra wiedź­ma za­mę­czy­ła go na śmierć […] 1937 Bk of Nfld i, 230 Ry­ba­cy na­zy­wa­ją zmo­rę Sta­rą Wiedź­mą.

– Dic­tio­na­ry of New­fo­un­dland En­glish

Pysk zbó­jec­kiej szka­py

1810

have the face of a rob­ber’s hor­se: to be bra­zen, wi­tho­ut sha­me or pity

have the face of a rob­ber’s hor­se: dosł. mieć pysk zbó­jec­kiej szka­py; być bez­czel­nym, po­zba­wio­nym wsty­du czy li­to­ści

– Dic­tio­na­ry of New­fo­un­dland En­glish

JE­DEN

Joh­na Pey­to­na obu­dził głos ojca, na wpół zdu­szo­ny krzyk nio­są­cy się po wą­skim ko­ry­ta­rzu od­dzie­la­ją­cym sy­pial­nie na pię­trze ich domu zi­mo­we­go. Z domu let­nie­go – sto­ją­ce­go na Burnt Is­land, w po­bli­żu ło­wisk, gdzie wy­pły­wa­li na dor­sze – prze­nie­śli się przed za­le­d­wie dwo­ma ty­go­dnia­mi, po­trwa­ło to więc chwi­lę, nim po­jął, gdzie się znaj­du­je; ciem­ność oraz za­męt prze­rwa­ne­go snu spra­wi­ły, że łóż­ko i po­kój sta­ły się obce. Le­żał, wsłu­chu­jąc się w ci­szę, na­sta­ją­cą za­wsze po kosz­ma­rach ojca. Ża­den z nich nie ob­ró­cił się na łóż­ku ani nie wy­dał ja­kie­go­kol­wiek dźwię­ku – obaj uda­wa­li, że się nie obu­dzi­li.

Pey­ton zwró­cił gło­wę ku szy­bie, na któ­rej księ­życ roz­świe­tlał szron bla­dą, chłod­ną bie­lą. Ran­kiem miał wy­ru­szyć w głąb lądu, by spę­dzić se­zon na tra­per­skim szla­ku1 wio­dą­cym na za­chód od rze­ki Explo­its, po raz pierw­szy za­sta­wia­jąc po­trza­ski bez ojca. Pół nocy prze­le­żał, roz­my­śla­jąc o sa­mot­nej wy­pra­wie; nie miał co ma­rzyć o śnie. Już pla­no­wał roz­kład pu­ła­pek, zli­czał je w gło­wie, sza­co­wał ogół zło­wio­nej zwie­rzy­ny oraz jej war­tość na ryn­ku. A za wszyst­ki­mi tymi kal­ku­la­cja­mi kry­ła się myśl o tym, jak mógł­by zbli­żyć się do Cas­sie, gdy na wio­snę wró­ci do domu ob­ju­czo­ny fu­tra­mi ni­czym ga­łąź przy­gię­ta pod cię­ża­rem owo­ców. Na­resz­cie – jako peł­no­praw­ny męż­czy­zna.

1 Ob­szar za­ję­ty przez tra­pe­ra za­sta­wia­ją­ce­go pu­łap­ki; tra­sa, po któ­rej tra­per po­ru­sza się w se­zo­nie; rów­nież: roz­miesz­czo­ny wzdłuż tego szla­ku sze­reg cha­tek czy sza­ła­sów za­pew­nia­ją­cych schro­nie­nie, za­zwy­czaj od­da­lo­nych od sie­bie o dzień dro­gi (wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od tłu­ma­cza).

Usły­szaw­szy, że Cas­sie krzą­ta się w kuch­ni na dole, dźwi­gnął się z łóż­ka, prze­ła­mał cien­ką war­stwę lodu po­kry­wa­ją­cą wodę do ką­pie­li i na­lał so­bie peł­ną mied­ni­cę. Czuł ból gło­wy wy­wo­ła­ny przez brak snu oraz wie­lo­go­dzin­ne krą­że­nie wo­kół tych sa­mych my­śli. Kie­dy ochla­pał so­bie twarz i kark, zim­no uspo­ko­iło mgli­sty puls bólu, zgiął się więc w pa­sie i za­nu­rzył gło­wę w wo­dzie, trzy­ma­jąc ją pod po­wierzch­nią tak dłu­go, jak był w sta­nie wy­trwać bez od­de­chu.

Zszedł­szy do kuch­ni, stwier­dził, że z czaj­ni­ka bu­cha już para. Cas­sie szy­ko­wa­ła na pa­tel­ni ryby na śnia­da­nie, po­wie­trze było gę­ste od słod­kie­go, dym­ne­go za­pa­chu sma­żo­nych ka­pe­la­nów. Usiadł przy sto­le, wpa­tru­jąc się w ko­bie­tę na­chy­la­ją­cą się nad ogniem; jej twarz prze­my­ka­ła mię­dzy cie­niem a świa­tłem ni­czym liść ob­ra­ca­ją­cy się na słoń­cu. Nie pod­nio­sła wzro­ku, gdy po­wie­dział „dzień do­bry”.

– Zjedz dzi­siaj po­rząd­ne śnia­da­nie – po­ra­dzi­ła. – Przy­da ci się.

Ski­nął gło­wą, ale nic nie od­po­wie­dział.

– John Se­nior się nie po­ka­zał? – spy­ta­ła.

– Sły­sza­łem, jak krzą­ta się po po­ko­ju – skła­mał, nie chcąc, żeby go za­wo­ła­ła. To był jego ostat­ni po­ra­nek w jej to­wa­rzy­stwie przed mie­sią­ca­mi roz­łą­ki, pra­gnął więc spę­dzić z nią sam na sam jesz­cze choć parę chwil. – W nocy oj­ciec zno­wu się mio­tał. Jak my­ślisz, co go przy­pra­wia o taki nie­spo­koj­ny sen?

– O wsty­dzie taj­ny! Nie­sła­wo ukry­ta! – wy­re­cy­to­wa­ła Cas­sie, wciąż wpa­tru­jąc się w ka­pe­la­ny na pa­tel­ni. – Ból to bez bólu i bez rany rana!2

2 Wszyst­kie cy­ta­ty z po­ema­tów i tra­ge­dii Wil­lia­ma Szek­spi­ra w prze­kła­dzie Ma­cie­ja Słom­czyń­skie­go.

Ja­kieś bred­nie z jej ksią­żek. – Nie mów do mnie tak ucze­nie o tej po­rze dnia – od­parł.

Uśmiech­nę­ła się do nie­go.

– Wiesz tyle samo co ja, praw­da?

– Słu­chaj, Joh­nie Pey­ton, to po pro­stu Sta­ra Wiedź­ma. Do sed­na nie­któ­rych rze­czy nie spo­sób dojść. – Od­wró­ci­ła się od pa­le­ni­ska z pa­tel­nią i po­nio­sła ją do sto­łu. Krzyk­nę­ła ku su­fi­to­wi, że John Se­nior ma scho­dzić na po­si­łek.

W dwie go­dzi­ny od świ­ta­nia Pey­ton za­pa­ko­wał ostat­nie za­pa­sy na sa­nie przed do­mem. John Se­nior za­kła­dał psu uprząż. Oj­ciec miał po­je­chać z sy­nem aż do Ship Cove, cały dzień dro­gi w górę rze­ki od jej uj­ścia, ale obaj męż­czyź­ni już czu­li się nie­swo­jo na myśl o roz­sta­niu. Każ­dy pil­no­wał się, żeby nie dać się przy­ła­pać na zer­ka­niu na dru­gie­go; sku­pia­li się na bie­żą­cych za­da­niach. Pey­ton spo­glą­dał ukrad­ko­wo na ojca pra­cu­ją­ce­go przy psie. Był po sześć­dzie­siąt­ce, miał siwe wło­sy, ale to­wa­rzy­szy­ła mu aura ocię­ża­łej ży­wot­no­ści; roz­myśl­ny, nie­złom­ny upór. Li­nie na czo­le jak po­to­ki w su­chym ko­ry­cie rze­ki. Gład­ko ogo­lo­na twarz zda­wa­ła się tak su­ro­wa, że mo­gła­by za­trzy­mać to­pór. Pey­ton sły­szał od in­nych miesz­kań­ców wy­brze­ża wy­star­cza­ją­co dużo, by za­kła­dać, iż oj­ciec za­pra­co­wał so­bie na tę po­wierz­chow­ność. Z oba­wy o sie­bie wo­lał więc zbyt­nio nie roz­trzą­sać rze­czy spra­wia­ją­cych, że John Se­nior zry­wa się w środ­ku nocy i krzy­czy w ciem­no­ści.

Oj­ciec przy­ka­zał: – Pil­nuj, żeby proch nie za­mókł.

– W po­rząd­ku – od­po­wie­dział Pey­ton.

– Jo­seph Re­il­ly ma cha­tę ja­kieś trzy, czte­ry mile na po­łu­dnie od two­je­go szla­ku.

– Wiem, jak tra­fić do Re­il­ly’ego.

– Jak­byś miał kło­po­ty, od­wiedź go.

– W po­rząd­ku – po­wtó­rzył.

Na­dal czuł ostry ból gło­wy, ale te­raz cier­pie­nie było oszczęd­ne i sku­pio­ne, jak­by mię­dzy jego skro­nia­mi biegł po­je­dyn­czy roz­grza­ny drut. Wzma­ga­ło to tyl­ko jego po­śpiech i de­ter­mi­na­cję. Przy­pły­nął na Nową Fun­dlan­dię przed dzie­się­ciu laty, by po­znać fach i prze­jąć ro­dzin­ny in­te­res, gdy John Se­nior bę­dzie go­tów się go zrzec. De­cy­zja ojca, by w tym roku nie zaj­mo­wać się pu­łap­ka­mi, sta­no­wi­ła pierw­szą mgli­stą za­po­wiedź nad­cho­dzą­cej eme­ry­tu­ry.

Pey­ton oznaj­mił: – Na Boże Na­ro­dze­nie tu nie wró­cę.

John Se­nior uło­żył sukę na boku i bacz­nie przyj­rzał się jej ła­pom. – A więc w stycz­niu – stwier­dził, nie pod­no­sząc gło­wy.

Pey­ton przy­tak­nął.

Z fał­dów zi­mo­we­go płasz­cza oj­ciec wy­do­był srebr­ny ze­ga­rek kie­szon­ko­wy. Pra­co­wał na po­wie­trzu z go­ły­mi rę­ka­mi; w po­ran­nym chło­dzie jego pal­ce na­bie­gły krwią. – Wpół do dzie­wią­tej – po­wie­dział. – Le­piej że­gnaj się już z Cas­sie. I nie ocią­gaj się.

Pod­ło­ga w kuch­ni była ob­sy­pa­na mo­krym pia­chem, a Cas­sie pra­co­wa­ła na ko­la­nach, szo­ru­jąc de­ski dłu­gą, sztyw­ną szczot­ką. Spód­ni­cę pod­wią­za­ła w su­peł na wy­so­ko­ści ud. Kie­dy sta­nął w drzwiach, przy­sia­dła na pię­tach i po­pa­trzy­ła na nie­go.

Pey­to­no­wi za­schło w gar­dle, od­dech za­ci­nał się krót­ki­mi wes­tchnie­nia­mi. Był za­sko­czo­ny siłą wła­snych uczuć. Tak dłu­go je skry­wał, że sam prze­stał do­ce­niać ich moc. Te­raz wy­pły­nę­ły na po­wierzch­nię tak gwał­tow­nie, że coś za­kłu­ło go w pier­si. Od­kaszl­nął w pięść, pró­bu­jąc po­zbyć się nie­spo­dzie­wa­ne­go uci­sku. – Bę­dzie­my się zbie­rać – po­in­for­mo­wał. Miał wra­że­nie, że Cas­sie jest w sta­nie do­sły­szeć dud­nie­nie jego ser­ca przez war­stwy ubrań, za­ło­żył więc ręce cia­sno na pier­si.

Wciąż trzy­ma­jąc szczot­kę w dło­ni, unio­sła przed­ra­mię, by otrzeć czo­ło i po­licz­ki. Po­wie­dzia­ła: – Uwa­żaj tam na sie­bie, Joh­nie Pey­ton.

– O mnie się nie martw – od­rzekł i roz­cza­ro­wa­ny spu­ścił wzrok na buty. Na­wet jej naj­bar­dziej ko­ją­ce i czu­łe sło­wa były odro­bi­nę cię­te, jak­by sta­ra­ła się za­po­biec pa­ni­ce roz­mów­cy. Za­cho­wy­wa­ła się jak oso­ba pro­wa­dzą­ca pło­chli­we­go ko­nia, mo­gą­ce­go zna­ro­wić się pod wpły­wem naj­drob­niej­szej pro­wo­ka­cji. Mia­ła w so­bie po­dob­ną za­wzię­tość i nie­ustę­pli­wość jak ręka ści­ska­ją­ca uzdę.

Przy­szło mu do gło­wy, że Cas­sie może na­wet nie wstać, żeby się z nim po­że­gnać, a ta myśl spra­wi­ła, że cze­ka­ją­ce go mie­sią­ce w le­sie wy­da­ły mu się na­gle wstręt­ne. Za­wsze za­cho­wy­wa­ła się wo­bec nie­go dziw­nie, oka­zu­jąc mu mie­szan­kę wy­nio­sło­ści i tro­ski. Jak­by cze­ka­ła, aż on w ja­kiś spo­sób do­wie­dzie swo­jej war­to­ści. Była od nie­go star­sza o do­bre sześć lat. Przez pierw­sze dwa lata zna­jo­mo­ści prze­wyż­sza­ła go wzro­stem, a choć wresz­cie ją prze­rósł, przez ko­lej­nych kil­ka lat wciąż po­zo­sta­wa­ła ofi­cjal­nie jego pry­wat­ną na­uczy­ciel­ką. Po­ko­ny­wa­nie dy­stan­su, któ­ry to mię­dzy nimi wy­two­rzy­ło, trwa­ło dużo dłu­żej, niż Pey­ton się spo­dzie­wał. Je­dy­ne po­cie­sze­nie znaj­do­wał w my­śli, z jak wiel­ką re­zer­wą trak­to­wa­ła wszyst­kich wo­kół. Na pół­noc­no-wschod­nim wy­brze­żu nie­wie­le było ko­biet; co roku Cas­sie wy­słu­chi­wa­ła oświad­czyn męż­czyzn, któ­rzy nie po­tra­fi­li na­wet za­pi­sać wła­sne­go imie­nia, całe do­ro­słe ży­cie prze­miesz­ka­li sa­mot­nie, a od roz­sta­nia z mat­ką nie spę­dzi­li na­wet go­dzi­ny w ko­bie­cym to­wa­rzy­stwie. Pey­ton wi­dział jak na dło­ni, że Cas­sie cze­ka na coś bar­dziej obie­cu­ją­ce­go niż to, co tam­ci męż­czyź­ni mie­li jej do za­ofe­ro­wa­nia.

Pies za­szcze­kał przed do­mem; sto­ją­ce w uprzę­ży zwie­rzę nie­cier­pli­wi­ło się, chcąc ru­szać w dro­gę.

– Po­wi­nie­nem je­chać – po­wie­dział Pey­ton, da­jąc już krok przez próg.

W tym mo­men­cie Cas­sie rzu­ci­ła szczot­kę, a on, od­wró­ciw­szy się do niej, zo­ba­czył, że pod­no­si się z pod­ło­gi i roz­wią­zu­je spód­ni­cę, za­kry­wa­jąc poń­czo­chy opa­da­ją­cy­mi war­stwa­mi ma­te­ria­łu. – Cze­kaj – na­ka­za­ła. Po­szła przez ko­ry­tarz do swo­je­go po­ko­ju za kuch­nią i wró­ci­ła z sze­ścio­ma świe­ca­mi za­wi­nię­ty­mi w ar­kusz pa­pie­ru.

Zbli­żyw­szy po­da­rek do twa­rzy, Pey­ton po­czuł woń psz­cze­le­go wo­sku. Cas­sie wy­ra­bia­ła świe­ce wła­sno­ręcz­nie i uży­wa­ła ich wie­czo­ra­mi, gdy czy­ta­ła książ­ki. Twier­dzi­ła, że wosk daje ja­śniej­sze świa­tło i star­cza na dużo dłu­żej niż łój. John Se­nior uwa­żał, że to ab­sur­dal­ne przed­się­wzię­cie, a na­wet Pey­ton miał wra­że­nie, iż do­mnie­ma­ne ko­rzy­ści nie mogą wy­na­gro­dzić wy­sił­ku wło­żo­ne­go w zbie­ra­nie wo­sku i la­nie świec. W dzie­ciń­stwie wpo­jo­no mu prze­ko­na­nie, że lek­tu­ra ksią­żek to tyl­ko pew­na for­ma roz­ryw­ki, ja­sne było jed­nak, że w mnie­ma­niu Cas­sie jest to coś zu­peł­nie in­ne­go. Czy­ta­ła wie­lo­krot­nie Gold­smi­tha, Fiel­din­ga i Mil­to­na, jak rów­nież opa­słe po­wie­ści Fan­ny Bur­ney za­ty­tu­ło­wa­ne imio­na­mi głów­nych bo­ha­te­rek: Ca­mil­lę, Ce­ci­lię i Ewe­li­nę. Wie­le spo­śród so­ne­tów Szek­spi­ra zna­ła na pa­mięć i cza­sa­mi re­cy­to­wa­ła po kil­ka li­ni­jek, zmu­sza­jąc Pey­to­na, żeby słu­chał. Chciał mieć ja­kiś udział w jej en­tu­zja­zmie, oka­zać, że go do­strze­ga, lecz nie po­tra­fił za­ofe­ro­wać lep­szej od­po­wie­dzi niż: – Zda­je mi się, że to ład­ne.

Krę­ci­ła gło­wą. – Bez­na­dziej­ny z cie­bie przy­pa­dek, Joh­nie Pey­ton – mó­wi­ła. Po­brzmie­wa­ją­ca w tych sło­wach de­kla­ra­cja bez­sil­no­ści na­pa­wa­ła go ża­lem, że wciąż przy­pra­wia ją o taką re­zy­gna­cję.

Pod­su­nął jej świe­ce. To była z jej stro­ny roz­rzut­ność, a on i tak zmar­no­wał­by po­da­rek. – Nie spa­ko­wa­łem ani jed­nej książ­ki – wy­ja­śnił.

Cas­sie uśmiech­nę­ła się do nie­go i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Ich świa­tło przy­da ci się przy drob­nych pra­cach, gdy­byś mu­siał na­pra­wić ra­kie­ty śnież­ne albo zszyć roz­dar­te ubra­nia.

Pey­ton ski­nął gło­wą. Dreszcz o mało nie zwa­lił go z nóg. Sto­py miał cięż­kie, jak­by wła­śnie wszedł po cho­le­wy do wody. Wbił w nią wzrok i po­wie­dział: – Troszcz się o Joh­na Se­nio­ra, kie­dy mnie nie bę­dzie.

Cas­sie od­wró­ci­ła się od nie­go i znów zwią­za­ła spód­ni­cę na udach. – Za­wsze się trosz­czę. – Uklę­kła na pod­ło­dze i z całą mocą na­par­ła na szczot­kę. Szo­ro­wa­ła de­ski, kie­dy on za­my­kał za sobą drzwi.

***

Cas­sie sta­ła w oknie pa­trząc, jak męż­czyź­ni scho­dzą nad wodę i ru­sza­ją wzdłuż brze­gu. Śle­dzi­ła ich po­stę­py, do­pó­ki nie znik­nę­li za łu­kiem pla­ży, po czym wró­ci­ła do szo­ro­wa­nia pod­ło­gi. De­ski były już nie­ska­zi­tel­nie czy­ste, lecz ona wciąż mo­co­wa­ła się z gru­dą nie­po­ko­ju, opie­ra­jąc cię­żar tu­ło­wia na szczot­ce i po­wta­rza­jąc ru­chy tak za­pa­mię­ta­le, że pa­li­ły ją od tego ra­mio­na. Piach skro­bał o na­gie sło­je drew­na.

My­śla­ła o Joh­nie Pey­to­nie przy­glą­da­ją­cym jej się od pro­gu. O wy­pi­sa­nym na jego twa­rzy uczu­ciu, któ­re spra­wi­ło, że po­czu­ła dla nie­go li­tość i za­pra­gnę­ła, by już od­je­chał. Na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy za­wsze chcą dla wszyst­kich wo­kół tyl­ko tego, co naj­lep­sze, a to w mnie­ma­niu Cas­sie ozna­cza­ło, że jest ska­za­ny na nie­jed­no roz­cza­ro­wa­nie. A do tego za­pew­ne i na zra­nie­nie czę­ści osób, o któ­re się trosz­czy. Wie­dzia­ła, że po­da­ro­wa­nie mu świec było błę­dem. To jed­no zmar­twie­nie. A na do­kład­kę cze­ka ją jesz­cze wie­le ty­go­dni sam na sam z Joh­nem Se­nio­rem.

Cas­sie przy­wy­kła do spę­dza­nia w po­je­dyn­kę co naj­mniej dwóch mie­się­cy w domu zi­mo­wym pod­czas se­zo­nu tra­per­skie­go, naj­ciem­niej­szej pory roku. W grud­niu było le­d­wie sie­dem go­dzin świa­tła, pod­czas któ­rych mu­sia­ła za­jąć się wszyst­ki­mi obo­wiąz­ka­mi w obej­ściu, na­kar­mić zwie­rzę­ta nie­ubi­te na mię­so je­sie­nią, oczy­ścić ich prze­gro­dy, wnieść so­bie do domu drew­no na opał, pójść po wodę. W dłu­gie wie­czo­ry poza obej­mu­ją­cym jej książ­kę krę­giem świa­tła pa­no­wa­ła nie­prze­nik­nio­na ciem­ność, a wiatr hu­la­ją­cy w ko­mi­nie za­drę­czał ogień w pa­le­ni­sku. Na wy­brze­żu ani ży­wej du­szy w pro­mie­niu dnia cięż­kiej dro­gi. Od­czu­wa­ła tyle samo ra­do­ści, co lęku, wy­cze­ku­jąc na tę sa­mot­ność i ko­niecz­ność po­le­ga­nia wy­łącz­nie na so­bie.

Kie­dy do­wie­dzia­ła się, że w tym roku John Se­nior nie za­mie­rza zaj­mo­wać się pu­łap­ka­mi, z po­cząt­ku po­czu­ła ulgę na myśl, iż przez całą zimę bę­dzie mo­gła li­czyć na jego to­wa­rzy­stwo. Póź­niej jed­nak ta świa­do­mość za­czę­ła ją tra­pić. Mia­ła wra­że­nie, że zo­sta­ła w ja­kiś spo­sób oszu­ka­na.

Oczy­ściw­szy każ­dy cal pod­ło­gi, wy­mio­tła pia­sek z kuch­ni. Spa­ko­wa­ła do tor­by chleb i ser, po czym po­zbie­ra­ła parę in­diań­skich ra­kiet śnież­nych3, strzel­bę, śrut i róg na proch. Na­cią­gnę­ła gru­by płaszcz i ze­szła nad wodę po śla­dach sań. Na brze­gu ru­szy­ła w prze­ciw­nym kie­run­ku niż męż­czyź­ni, prze­szła pół­to­rej mili po pla­ży, po czym skrę­ci­ła w głąb lądu, idąc wzdłuż stru­mie­nia aż do miej­sca, gdzie kra­jo­braz otwie­rał się ba­gni­stą po­la­ną po­ro­śnię­tą kę­pa­mi na­gich olch. Śnie­gu spa­dło już na tyle dużo, że przy­krył zie­mię, nie było jed­nak jesz­cze wy­star­cza­ją­co zim­no, aby ukry­te pod nim pod­mo­kłe jamy za­mar­z­ły na ka­mień. Cas­sie obe­szła po­la­nę, trzy­ma­jąc się li­nii lasu, by nie wpaść w trzę­sa­wi­sko.

3In­dian rac­kets (ang. no­wo­fun­dlandz­ki)– ra­kie­ty śnież­ne o kształ­cie zbli­żo­nym do rom­bu, w od­róż­nie­niu od okrą­głych pot-lid rac­kets.

Po pół­go­dzi­nie wę­drów­ki przez za­ro­śla za­uwa­ży­ła na śnie­gu śla­dy par­dew. Wy­raź­ne tro­py prze­ci­na­ły się, bie­gnąc sze­ro­ki­mi łu­ka­mi, jak­by pta­ki nie po­tra­fi­ły iść pro­sto. Zdjąw­szy cięż­kie skó­rza­ne rę­ka­wi­ce, po­wo­li ru­szy­ła przed sie­bie z bro­nią go­to­wą do strza­łu. Pta­ki z pew­no­ścią zmie­ni­ły już let­ni ka­mu­flaż na ja­sne upie­rze­nie, czy­nią­ce je nie­mal nie­wi­docz­ny­mi na tle śnie­gu. Wy­pa­try­wa­ła ra­czej ru­chu – bie­li na tle ciem­nej świer­czy­ny, bie­li su­ną­cej po ja­snym polu.

Przed sobą spo­strze­gła gro­mad­kę trzech, może czte­rech pta­ków. Wy­ce­lo­wa­ła nie­co po­nad nimi, a gdy broń wy­strze­li­ła, ze­rwa­ły się ze śnie­gu – głu­cha eks­plo­zja pu­chu w si­nym po­wie­trzu. Jed­na z par­dew opa­dła na zie­mię bez wdzię­ku, ni­czym wór pia­chu, po czym rzu­ci­ła się roz­pacz­li­wie w krza­ki, wlo­kąc za sobą bez­u­ży­tecz­ne skrzy­dło i łań­cu­szek piór upstrzo­nych krwią. Cas­sie od­wią­za­ła ra­kie­ty i odło­ży­ła na zie­mię tor­bę z pro­wian­tem oraz róg, by prze­ci­snąć się przez świer­ko­we za­ro­śla. Drzew­ka były tak gę­ste, że brnę­ła przez nie z tru­dem. Na pod­ło­żu osło­nię­tym przez bal­da­chim ga­łę­zi pra­wie nie było śnie­gu. Zna­la­zła pta­ka le­żą­ce­go pod drze­wem, jak­by wbiegł na oślep w pień i padł nie­przy­tom­ny.

Za­wsze gdy wi­dzia­ła upo­lo­wa­ne zwie­rzę z tak bli­ska, mu­sia­ła za­ci­snąć zęby, zma­ga­jąc się z ukłu­ciem li­to­ści. Ode­tchnąw­szy przez nos, się­gnę­ła po par­dwę, lecz ta zno­wu pod­sko­czy­ła i za­czę­ła mio­tać się wście­kle pod ga­łę­zia­mi. Cas­sie dała krok do tyłu; okła­da­ła pta­ka kol­bą strzel­by, do­pó­ki nie padł bez ru­chu. Przy­dep­nę­ła zła­ma­ne skrzy­dło, unie­ru­cha­mia­jąc zwie­rzę przy zie­mi, po czym skrę­ci­ła mu kark.

Roz­pa­li­ła ogni­sko za­raz po­wy­żej pla­ży, w wy­my­tej przez fale ni­szy o ścia­nach z tor­fu i ko­rze­ni, za­pew­nia­ją­cych schro­nie­nie przed wia­trem. Słoń­ce grza­ło na tyle moc­no, że mo­gła zdjąć płaszcz. Do­kład­nie osku­ba­ła pta­ka i opa­li­ła pie­rze, a na­stęp­nie wy­pa­tro­szy­ła tusz­kę i na­bi­ła ją na kij ster­czą­cy nad ogni­skiem.

Zimą, kie­dy zo­sta­wa­ła sama, przy­cho­dzi­ła tu raz czy dwa razy w mie­sią­cu, by za­po­lo­wać lub po pro­stu spę­dzić po­po­łu­dnie przy ogni­sku. Było w tej kra­inie coś, co na­pa­wa­ło ją za­zdro­ścią – ja­kieś ogo­ło­ce­nie i bez­li­to­sność. Szum wia­tru w ko­ro­nach świer­ków czy szep­ty fal na pla­ży były hip­no­ty­zu­ją­ce; tak po­zba­wio­ne zna­cze­nia, że moż­na je było wziąć za ci­szę. Roz­pro­szo­ne wy­sep­ki ko­ły­szą­ce się na ho­ry­zon­cie oce­anu. Gra­nat mo­rza, le­d­wie od­ręb­ny od ciem­no­ści – bar­wa nie­ba, na któ­rym po­ja­wia się pierw­sza gwiaz­da. Bez domu zi­mo­we­go w za­się­gu wzro­ku po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, że całe wy­brze­że jest nie­za­miesz­ka­łe, nie li­cząc jej sa­mej. Znaj­do­wa­ła w tej my­śli odro­bi­nę uko­je­nia.

Się­gnę­ła po to uczu­cie po­now­nie, nie po­tra­fi­ła jed­nak wy­mi­nąć nie­po­ko­ju, któ­ry sta­ra­ła się igno­ro­wać, od­kąd wy­ru­szy­ła. Od­wra­ca­ła się od nie­go upar­cie, raz po raz, ni­czym par­dwa wy­dep­tu­ją­ca sze­ro­kie, po­kry­wa­ją­ce się łuki, za każ­dym ra­zem wra­ca­ła jed­nak do tego sa­me­go po­nu­re­go cię­ża­ru. Na­chy­li­ła się nad cie­płem i ob­ró­ci­ła pta­ka na kiju. Tłuszcz ka­pał do ogni­ska, a jego woń ciem­nia­ła w po­wie­trzu ni­czym si­niec.

***

Przez cały dzień dwaj męż­czyź­ni po­dró­żo­wa­li w górę rze­ki Explo­its, nie za­mie­nia­jąc ze sobą ani sło­wa, któ­re nie do­ty­czy­ło­by śnie­gu czy tem­pe­ra­tu­ry po­wie­trza. Pey­ton umiej­sco­wił się na tyle sań, prze­py­cha­jąc je przez łaty na­giej ska­ły czy przy­trzy­mu­jąc pro­sto, gdy prze­kra­cza­li po­chy­łe war­stwy lodu na­ra­sta­ją­ce na pla­ży. Cie­szył go ten fi­zycz­ny wy­si­łek, to jed­no­staj­ne po­grą­ża­nie się w zmę­cze­niu, zmniej­sza­ją­cym nie­co na­pię­cie w jego cie­le, nie­wy­star­cza­ją­cym jed­nak, by po­wstrzy­mać go przed cią­głym po­wta­rza­niem w my­ślach roz­mo­wy z Cas­sie. Czy gest ze świe­ca­mi przy­szedł jej do gło­wy do­pie­ro w ostat­niej chwi­li, czy też skry­wa­ła swo­je uczu­cia rów­nie głę­bo­ko, co on? Świa­tło do­bre do pra­cy z igłą, ale czy to ozna­cza­ło choć po czę­ści to, na co li­czył? Jak szyb­ko się od nie­go od­wró­ci­ła; i jesz­cze po­wie­dzia­ła „za­wsze się trosz­czę”, gdy wspo­mniał o ojcu. Miał wra­że­nie, że w jej gło­sie po­brzmie­wał wte­dy nie­mal wy­zy­wa­ją­cy ton.

John Se­nior przez więk­szość dnia szedł przy suce i ła­pał ręką za uprząż, by szarp­nąć lub po­móc zwie­rzę­ciu od­zy­skać rów­no­wa­gę, gdy było to ko­niecz­ne. Na ścież­kach bądź od­cin­kach pla­ży zbyt wą­skich, by zmie­ści­li się obok sie­bie, szedł przo­dem, a pies do­sto­so­wy­wał krok tak, aby trzy­mać pysk za­raz za jego pię­ta­mi. Gdy mie­li już Ship Cove w za­się­gu wzro­ku, John Se­nior przy­sta­nął na­gle w sza­ro­ści póź­ne­go po­po­łu­dnia, a zwie­rzę o mało go nie prze­wró­ci­ło. Pies usiadł za nim i za­sko­wy­czał.

– Co tam? – spy­tał Pey­ton.

John Se­nior wska­zał za­to­kę dło­nią odzia­ną w cięż­ką rę­ka­wi­cę. – Oto i sta­tek – po­wie­dział.

HMS Ado­nis sta­no­wił bry­łę cie­nia w od­da­li. Nie byli w sta­nie do­strzec łań­cu­chów, któ­ry­mi jed­nost­ka była przy­cu­mo­wa­na do brze­gu, ale nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że ża­gle z ca­łym ta­kie­lun­kiem zo­sta­ły zdję­te na zimę. Na­gie masz­ty wzno­si­ły się nad ka­dłu­bem ni­czym rząd krzy­ży na wie­żach ko­ścio­ła.

– Nie wi­dzia­łem jesz­cze ma­ry­nar­ki na wy­brze­żu o tak póź­nej po­rze roku – stwier­dził John Se­nior. – Jak żyję, nie wi­dzia­łem.

Pey­ton nie poj­mo­wał wy­dźwię­ku tych słów, nie ro­zu­miał, czy wy­ra­ża­ją tę­sk­no­tę, gniew czy strach. Przez całe lato do­cie­ra­ły do nich po­gło­ski o do­wód­cy Ado­ni­sa, nie­ja­kim po­rucz­ni­ku Bu­cha­nie, któ­ry pły­wał po­noć sza­lu­pą po pół­noc­no-wschod­nim wy­brze­żu. Sły­sze­li, że po­dob­no ry­su­je mapę li­nii brze­go­wej, ale ta­kie rze­czy John Se­nior trak­to­wał po­dejrz­li­wie nie­mal z przy­zwy­cza­je­nia. Gdy do­szły ich słu­chy, że sta­tek prze­zi­mu­je w za­to­ce, było to jak po­twier­dze­nie naj­gor­szych prze­wi­dy­wań, choć ża­den z Pey­to­nów nie po­wie­dział nic, czym przy­znał­by się do szcze­gól­nych obaw.

– Cze­go tu szu­ka cały ten Bu­chan? – spy­tał Pey­ton.

John Se­nior po­krę­cił gło­wą. Mru­żył oczy, wpa­tru­jąc się w słoń­ce po­grą­ża­ją­ce się w le­sie. – Ofi­ce­ra ma­ry­nar­ki zo­staw mnie. Ty martw się tym, żeby ci nie za­mókł proch. I pil­nuj się na lo­dzie.

Pey­ton przy­tak­nął. Ru­szy­li ku za­to­ce w ciem­no­ściach zda­ją­cych się wy­są­czać z ota­cza­ją­ce­go ich te­re­nu. Nie­bo nad ich gło­wa­mi czer­nia­ło stop­nio­wo, nie­do­strze­gal­ny­mi dla oka por­cja­mi. Nie roz­ma­wia­li wię­cej o Ado­ni­sie ani o po­rucz­ni­ku Bu­cha­nie, ale w gło­wie Pey­to­na już za­ro­iły się prze­róż­ne sce­na­riu­sze. Rano miał wy­ru­szyć w ko­lej­ną ca­ło­dzien­ną wę­drów­kę. Był wpraw­dzie wy­czer­pa­ny, ale do­my­ślał się, że na prze­spa­nie naj­bliż­szej nocy rów­nież szan­se ma zni­ko­me.

***

Przez więk­szość lip­ca i sierp­nia oraz cały wrze­sień po­rucz­nik Da­vid Bu­chan wy­sy­łał ku brze­gom ku­ter z HMS Ado­ni­sa, prze­cze­su­jąc za­tocz­ki i za­ka­mar­ki No­tre Dame Bay w po­szu­ki­wa­niu ma­łych gru­pek Czer­wo­nych In­dian, za­pusz­cza­ją­cych się po­noć w te stro­ny la­tem. Wraz z za­ło­gą prze­cze­sał nie­mal dwie­ście mil li­nii brze­go­wej, wpły­wa­jąc w dzie­siąt­ki rzek i wą­skich po­to­ków czy ma­sze­ru­jąc go­dzi­na­mi przez za­ro­śla i mo­cza­ry, je­śli przy ścież­ce od­kry­to po­zo­sta­wio­ny przez In­dian pa­lik cu­mow­ni­czy. Mesz­ki i ko­ma­ry uno­si­ły się nad wodą tak gę­sty­mi chma­ra­mi, że raz uży­ta chust­ka czer­nia­ła. Owa­dy wła­zi­ły żoł­nie­rzom do uszu i ust, zo­sta­wia­ły im pod bro­dą krwa­we na­szyj­ni­ki. Kie­dy jego lu­dzie po­skar­ży­li się na da­rem­ny wy­si­łek i dła­wią­ce ich mu­chy, Bu­chan na­ka­zał im zło­żyć wio­sła i trzy­mał sza­lu­pę w miej­scu, do­pó­ki żoł­nie­rze nie za­czę­li go bła­gać, aby po­zwo­lił im po­wio­sło­wać dla sa­mej ulgi, któ­rą mógł przy­nieść tyl­ko po­wiew ru­chu.

Śla­dów obec­no­ści Be­othu­ków nie bra­ko­wa­ło – znaj­do­wa­li opusz­czo­ne ma­ma­te­eki, nie­daw­no wy­ga­słe ogni­ska, wy­dep­ta­ne ścież­ki. Dwu­krot­nie na­tknę­li się na obo­zo­wi­ska z pło­ną­cym jesz­cze ogniem i pta­ka­mi na­chy­lo­ny­mi nad ża­rem na drew­nia­nych szpi­kul­cach, ich wła­ści­cie­le zdą­ży­li jed­nak do­strzec lub po­sły­szeć żoł­nie­rzy i roz­pły­nę­li się wśród drzew. An­gli­cy roz­pra­wia­li o tym mię­dzy sobą jak o rze­czach nie z tego świa­ta, jak­by to była ro­bo­ta wró­żek albo sa­me­go ro­ga­te­go, a ich za­pał do po­szu­ki­wań ma­lał wraz ze wzro­stem stra­chu i nie­uf­no­ści. Bu­cha­no­wi po­stę­po­wa­nie In­dian przy­wo­dzi­ło na myśl nie­mal roz­myśl­ne za­lo­ty, dro­cze­nie się umac­nia­ją­ce tyl­ko jego de­ter­mi­na­cję.

Przed­się­wzię­cie to za­pro­po­no­wał ofi­ce­ro­wi gu­ber­na­tor John Duc­kworth, nowo mia­no­wa­ny na urząd na No­wej Fun­dlan­dii. Spo­tka­li się pew­ne­go kwiet­nio­we­go wie­czo­ra w Lon­don Ta­vern w St. John’s. Na ze­wnątrz było pa­skud­nie i zim­no, a ulew­ny deszcz ze śnie­giem bęb­nił o szy­by przy każ­dym po­dmu­chu wia­tru. Całe po­miesz­cze­nie oświe­tla­ła tyl­ko lam­pa olej­na z dwo­ma pal­ni­ka­mi Ar­gan­da. Nie­mal zu­peł­ne ciem­no­ści oraz zło­wróżb­na po­go­da przy­da­ły ich dys­ku­sji aury ukrad­ko­wej na­ra­dy. Sie­dzie­li nie­opo­dal ka­mien­ne­go ko­min­ka nad ta­le­rza­mi ba­ra­ni­ny z grosz­kiem.

– Mam na­dzie­ję, że Ma­rie do­brze się mie­wa? – za­ga­ił Duc­kworth.

– Tak, do­brze.

– A có­recz­ka?

– Tak, dzię­ku­ję. We­dle ostat­nich wia­do­mo­ści, któ­re do mnie do­tar­ły.

– To do­brze – po­wie­dział Duc­kworth bez en­tu­zja­zmu. – To do­brze. – Po­pa­trzył w ta­lerz i wes­tchnął cięż­ko. – Z mo­ich do­świad­czeń wy­ni­ka – zwró­cił się do ofi­ce­ra – że służ­ba pu­blicz­na ozna­cza zgo­dę na nie­do­god­no­ści. – Wy­li­czył swo­je utra­pie­nia na pal­cach pra­wej ręki. Ćmią­cy kłąb bólu gło­wy, ata­ki noc­nych po­tów, mdło­ści, za­twar­dze­nia lub bie­gun­ki. Sta­no­wi­ły one fi­zycz­ny wy­raz po­czu­cia nie­mo­cy pły­ną­ce­go z nie­zdol­no­ści do speł­nie­nia ocze­ki­wań wszyst­kich wo­kół. Spę­dził na urzę­dzie za­le­d­wie dwa ty­go­dnie, a już sto­wa­rzy­sze­nie kup­ców w St. John’s za­czę­ło agi­to­wać za od­wo­ła­niem prze­wod­ni­czą­ce­go sądu, Tho­ma­sa Trem­let­ta. Na­le­ża­ło rów­nież upo­rać się z efek­ta­mi nie­le­gal­nych prac bu­dow­la­nych na na­brze­żu, któ­re, zgod­nie ze sta­rym zwy­cza­jem, pod nie­obec­ność gu­ber­na­to­ra trwa­ły w naj­lep­sze przez całą zimę. Naj­bar­dziej na­to­miast – nie­współ­mier­nie do jej zna­cze­nia dla urzę­du czy Ko­ro­ny – le­ża­ła mu na ser­cu kwe­stia Czer­wo­nych In­dian.

Przy­go­to­wu­jąc się do ob­ję­cia sta­no­wi­ska na No­wej Fun­dlan­dii, Duc­kworth do­ko­nał dro­bia­zgo­we­go prze­glą­du do­stęp­nej li­te­ra­tu­ry. Prze­ko­py­wał się przez li­sty, ra­por­ty i re­je­stry, ko­re­spon­den­cję po­przed­nich gu­ber­na­to­rów z Taj­ną Radą i Za­rzą­dem Han­dlu, jak rów­nież przez krót­kie i nie­odmien­nie tra­gicz­ne hi­sto­rie osad ry­bac­kich za­kła­da­nych w tej ko­lo­nii w sie­dem­na­stym wie­ku. Pod­czas lek­tu­ry do­ku­men­tów za­czął zwra­cać uwa­gę na po­ja­wia­ją­ce się z rzad­ka wzmian­ki o rdzen­nych miesz­kań­cach wy­spy, ochrzczo­nych Czer­wo­ny­mi In­dia­na­mi ze wzglę­du na zwy­czaj po­kry­wa­nia skó­ry, ubrań, na­mio­tów, kanu i na­rzę­dzi barw­ni­kiem uzy­ska­nym z ochry. Obec­ność In­dian w li­te­ra­tu­rze była rów­nie mgli­sta, co na sa­mej wy­spie. Po­ja­wia­li się jako po­mniej­sza ka­te­go­ria po­śród opi­sów kra­jo­bra­zu, po­go­dy, fau­ny i uwa­run­ko­wań ry­bo­łów­stwa. Nie­gdyś za­miesz­ki­wa­li oni całe wy­brze­że No­wej Fun­dlan­dii, a w po­cząt­kach sie­dem­na­ste­go wie­ku zda­rza­ły się Eu­ro­pej­czy­kom nie­czę­ste, lecz obie­cu­ją­ce kon­tak­ty z nimi – sym­bo­licz­ne trans­ak­cje han­dlo­we, ry­tu­al­ne wy­mia­ny po­dar­ków. A po­tem kil­ka klu­czo­wych nie­po­ro­zu­mień. Do­cho­dzi­ło do in­cy­den­tów po­le­ga­ją­cych na kra­dzie­ży dóbr z an­giel­skich osad; od­po­wie­dzią na nie były akty prze­mo­cy. Ma­sa­kry. Be­othu­ko­wie za­czę­li wy­co­fy­wać się z te­re­nów na­je­cha­nych przez ob­cych; pod­da­li naj­pierw pół­wy­sep Ava­lon, a po­tem brze­gi Con­cep­tion Bay i Tri­ni­ty Bay, ucie­ka­jąc od gwał­tow­nie roz­prze­strze­nia­ją­cej się stre­fy wpły­wów an­giel­skie­go ry­bo­łów­stwa przy­brzeż­ne­go. Za­chod­nie wy­brze­że, zwa­ne fran­cu­skim, po­zo­sta­wi­li po­ja­wia­ją­cym się se­zo­no­wo Fran­cu­zom oraz sprzy­mie­rzo­nym z nimi Mik­ma­kom, mi­gru­ją­cym z wy­spy Cape Bre­ton. Mik­ma­ko­wie za­pusz­cza­li się rów­nież w głąb lądu, by po­lo­wać i za­sta­wiać po­trza­ski nad Grand Lake oraz da­lej, na­wet w oko­li­cach Whi­te Bay na pół­no­cy.

Duc­kworth spoj­rzał na Bu­cha­na. – Mam na­dzie­ję, że pana nie za­nu­dzam, po­rucz­ni­ku – po­wie­dział.

We­dle świa­dectw zgro­ma­dzo­nych w prze­ana­li­zo­wa­nej przez gu­ber­na­to­ra li­te­ra­tu­rze, prze­sie­dle­nia Be­othu­ków od­by­ły się przy zdu­mie­wa­ją­cym bra­ku zor­ga­ni­zo­wa­ne­go opo­ru z ich stro­ny. Mia­ło się nie­mal wra­że­nie, że Czer­wo­ni In­dia­nie roz­pły­nę­li się jak nie­moż­li­wy do opo­wie­dze­nia sen; że sta­wa­li się co­raz bar­dziej nie­uchwyt­ni, w mia­rę jak Eu­ro­pej­czy­cy za­sie­dla­li i prze­mia­no­wy­wa­li za­to­ki, przy­ląd­ki i wy­spy sta­no­wią­ce nie­gdyś ich wy­łącz­ną wła­sność.

Roz­pro­szo­ne wzmian­ki o In­dia­nach sta­ły się obiek­tem fa­scy­na­cji – a póź­niej ob­se­sji – Duc­kwor­tha, ni­czym zna­jo­me sło­wo, któ­re, wciąż po­wra­ca­jąc, za­czy­na spra­wiać wra­że­nie ob­cią­żo­ne­go do­nio­słym zna­cze­niem. Przed ob­ję­ciem sta­no­wi­ska ko­re­spon­do­wał z człon­ka­mi Taj­nej Rady i uda­wał się na nie­ofi­cjal­ne spo­tka­nia z nimi w Lon­dy­nie. Opo­wia­dał się za pod­ję­ciem dzia­łań na rzecz ochro­ny In­dian, za na­wią­za­niem for­mal­nych kon­tak­tów. Przy­ta­czał ar­gu­men­ty, cy­to­wał sta­ty­sty­ki (wpraw­dzie wy­ssa­ne z pal­ca, lecz na­da­ją­ce jego opi­niom więk­szą wagę), za­stra­szał i pe­ro­ro­wał, aż w koń­cu lu­dzie za­czę­li go uni­kać – za­pa­da­li na na­głe cho­ro­by unie­moż­li­wia­ją­ce im spo­tka­nia w umó­wio­nych ter­mi­nach. Przy­ja­cie­le mó­wi­li mu, że zy­sku­je re­pu­ta­cję szar­la­ta­na. Z mie­sią­ca na mie­siąc co­raz bar­dziej opusz­czał go ape­tyt. Jego kark strzy­kał i tę­żał jak cia­ło ska­zań­ca na łożu tor­tur.

Duc­kworth od­su­nął się od sto­łu. Oświad­czył Bu­cha­no­wi, że w naj­now­szej hi­sto­rii Taj­na Rada była po­wia­da­mia­na o dra­ma­tycz­nej sy­tu­acji rdzen­nych miesz­kań­ców wy­spy przez więk­szość urzę­du­ją­cych gu­ber­na­to­rów. W od­po­wie­dzi na ra­por­ty o nie­ludz­kim bar­ba­rzyń­stwie, ja­kie osad­ni­cy wy­ka­zy­wa­li w kon­tak­tach z miej­sco­wy­mi, wy­sto­so­wa­no se­rię nie­sku­tecz­nych pro­kla­ma­cji. De­kre­ty po­twier­dza­ły od­po­wie­dzial­ność Ko­ro­ny za ochro­nę rdzen­nej lud­no­ści i na­wo­ły­wa­ły osad­ni­ków do „ży­cia w zgo­dzie i bra­ter­skiej przy­jaź­ni” z Czer­wo­ny­mi In­dia­na­mi. W roku 1792 ja­kiś ofi­cer ma­ry­nar­ki spo­rzą­dził ra­port na ten te­mat, kwe­stię sta­nu ple­mie­nia dys­ku­to­wa­no na ze­bra­niu ko­mi­sji, spo­rzą­dzo­no ofi­cjal­ne za­le­ce­nia w tej spra­wie. Mó­wi­ło się o re­zer­wa­cie nad No­tre Dame, o przy­kład­nym uka­ra­niu naj­więk­szych zbrod­nia­rzy znad za­to­ki Explo­its. Taj­na Rada ofi­cjal­nie przy­ję­ła wy­tycz­ne pod roz­wa­gę i da­lej kon­se­kwent­nie je igno­ro­wa­ła, nie chcąc zra­żać ro­sną­cej po­pu­la­cji osad­ni­ków bra­niem stro­ny In­dian. Duc­kworth przy­po­mniał Bu­cha­no­wi, że na ła­wi­cy Grand Banks An­gli­cy osią­ga­ją naj­ob­fit­sze po­ło­wy dor­sza na świe­cie, a i z re­wo­lu­cji ame­ry­kań­skiej wy­cią­gnię­to już pew­ne wnio­ski.

Za­pi­ja­li je­dze­nie ciem­nym me­la­so­wym pi­wem wa­rzo­nym w ta­wer­nie. Duc­kworth uniósł rękę, na­ka­zu­jąc przy­nie­sie­nie ko­lej­nych ku­fli. Choć w po­miesz­cze­niu pa­no­wał chłód, wy­si­łek zwią­za­ny z je­dze­niem spra­wił, że na czo­le gu­ber­na­to­ra wy­stą­pi­ły kro­ple potu. Opo­wia­dał da­lej, twier­dząc, iż w ra­mach wła­snych do­cie­kań nie uda­ło mu się do­trzeć do in­for­ma­cji o kim­kol­wiek, kto na­wią­zał­by z Czer­wo­ny­mi In­dia­na­mi trwa­łe re­la­cje opar­te na obo­pól­nym za­ufa­niu. Nie­do­bit­ki ple­mie­nia wy­co­fa­ły się na pół­noc­no-wschod­nie wy­brze­że i zi­mo­wa­ły nad je­zio­rem po­ło­żo­nym ja­kieś sie­dem­dzie­siąt mil w głąb lądu. Cie­plej­sze mie­sią­ce In­dia­nie spę­dza­li, ży­jąc z tego, co uda­ło im się wy­szar­pać z rzad­ko za­lud­nio­ne­go la­bi­ryn­tu wy­se­pek na za­to­ce Explo­its. Od maja do wrze­śnia wy­kra­da­li jaja z gniazd na wy­spach, gdzie lę­gły się pta­ki, po­lo­wa­li na foki oraz ło­wi­li ło­so­sie w rze­kach, któ­rych an­giel­scy osad­ni­cy jesz­cze nie za­własz­czy­li lub nie za­blo­ko­wa­li ta­ma­mi. Wy­grze­by­wa­li na wy­brze­żu mał­że i omuł­ki, kra­dli sie­ci i me­ta­lo­we przed­mio­ty z chat osad­ni­ków, a cza­sa­mi pod osło­ną nocy prze­ci­na­li cumy an­giel­skich ło­dzi w da­rem­nym po­ka­zie bra­wu­ry lub opo­ru.

Eu­ro­pej­czy­cy od­po­wia­da­li na nie­ustan­ne kra­dzie­że i wan­da­lizm, strze­la­jąc do nich bez ostrze­że­nia oraz na­jeż­dża­jąc i gra­biąc ich obo­zy w od­we­cie. Sta­ru­szek z Twil­lin­ga­te Gre­at Is­land, na­zwi­skiem Ro­gers, cheł­pił się, że ubił ich z sześć­dzie­się­ciu. Kil­ka osób, któ­re Duc­kworth znał oso­bi­ście – na­chy­lił się nie­bez­piecz­nie ni­sko nad swo­im ta­le­rzem – wi­dzia­ło dło­nie Czer­wo­nych In­dian wy­wie­sza­ne jako tro­fea przez my­śli­wych z re­jo­nu za­to­ki Explo­its.

Bu­chan z grub­sza ko­ja­rzył wie­le spo­śród wia­do­mo­ści, któ­ry­mi dzie­lił się z nim roz­mów­ca, słu­chał jed­nak, do­strze­ga­jąc w gu­ber­na­to­rze po­trze­bę uświa­do­mie­nia na­iw­ne­go słu­cha­cza, żą­dzę po­zy­ska­nia dla spra­wy no­we­go wy­znaw­cy. Krę­cił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem. Przy­ta­ki­wał, do­by­wał z gar­dła ci­che chrząk­nię­cia od­ra­zy, we wła­ści­wych mo­men­tach przy­bie­rał zbo­la­ły wy­raz twa­rzy.

Przed po­sił­kiem Duc­kworth upchnął pod ka­mi­zel­ką lnia­ną ser­wet­kę, by ochro­nić bia­ły je­dwab. Od­chy­liw­szy się od sto­łu, me­to­dycz­nie otarł dło­nie chu­s­tecz­ką, po czym wy­jął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni sur­du­ta plik zło­żo­nych li­stów.

– Je­den z mo­ich po­przed­ni­ków – po­wie­dział, ocie­ra­jąc kciu­kiem ką­ci­ki ust – za­się­gnął w tej kwe­stii po­ra­dy u sę­dzie­go po­ko­ju, na­zwi­skiem Bland. – Prze­rzu­cił kart­ki, szu­ka­jąc ja­kie­goś ustę­pu, a na­tra­fiw­szy na wła­ści­we miej­sce, nad­sta­wił list do ni­kłe­go świa­tła lam­py. – „Nim upły­nie ko­lej­ne stu­le­cie, na­ród an­giel­ski, po­dob­nie jak hisz­pań­ski, może spla­mić swą re­pu­ta­cję nie­za­tar­tą hań­bą pły­ną­cą z fak­tu wy­tę­pie­nia ca­łej rasy lu­dzi” – od­czy­tał. W jego bla­dych po­licz­kach dało się do­strzec wy­raź­ne na­pię­cie. Na po­wrót za­giął pa­pie­ry i po­ło­żył je na sto­le przy łok­ciu ofi­ce­ra. – Dro­gi pa­nie Bu­chan – za­ga­ił.

Duc­kworth oparł bro­dę na wy­kroch­ma­lo­nych fał­dach mu­śli­no­we­go halsz­tu­ka i pa­trzył, jak po­rucz­nik po­wo­li prze­rzu­ca li­sty. Bu­chan był Szko­tem, do ma­ry­nar­ki za­cią­gnął się w wie­ku dzie­się­ciu lat jako chło­piec po­kła­do­wy. Pod­czas ostat­niej woj­ny z Fran­cu­za­mi był już do­wód­cą HMS Net­t­by i wal­nie przy­czy­nił się do za­to­pie­nia lub poj­ma­nia kil­ku wro­gich okrę­tów. Od paru lat słu­żył z prze­rwa­mi na No­wej Fun­dlan­dii; spo­rzą­dził mapy więk­szo­ści po­łu­dnio­we­go wy­brze­ża. Za­wo­do­we ścież­ki obu męż­czyzn prze­ci­na­ły się od nie­mal de­ka­dy, wy­czu­wa­li już w so­bie in­stynk­tow­nie od­da­nie dla obo­wiąz­ków i do­bra Im­pe­rium. Obaj zo­sta­li utwier­dze­ni w swo­ich wro­dzo­nych skłon­no­ściach dzię­ki służ­bie oby­cza­jom i pra­wom Bri­tan­nii.

– Dzi­siaj mó­wię z pa­nem – rzu­cił Duc­kworth kon­spi­ra­cyj­nie – jak z dżen­tel­me­nem i przy­ja­cie­lem.

Aby uza­sad­nić wy­dat­ki zwią­za­ne z mi­sją Ado­ni­sa, Duc­kworth wy­pi­sał Bu­cha­no­wi roz­kaz, zle­ca­jąc mu spę­dze­nie ostat­nich mie­się­cy lata na spo­rzą­dza­niu map pół­noc­no-wschod­nie­go wy­brze­ża. Po­słał ofi­ce­ra na pół­noc z da­to­wa­nym na pierw­sze­go sierp­nia 1810 roku ob­wiesz­cze­niem, w któ­rym obie­cał na­gro­dę w wy­so­ko­ści stu fun­tów każ­de­mu, kto zdo­ła na­wią­zać przy­ja­ciel­skie i opar­te na so­lid­nej pod­sta­wie sto­sun­ki z In­dia­na­mi.

– Rzecz ja­sna, nie zo­sta­łem upo­waż­nio­ny do ogło­sze­nia ta­kiej na­gro­dy – przy­znał Duc­kworth – ale te by­dlę­ta zwy­czaj­nie pana wy­śmie­ją, je­śli nie obie­ca im pan pie­nię­dzy.

Pod ko­niec wrze­śnia Bu­chan mu­siał przy­znać, że let­nia mi­sja za­koń­czy­ła się nie­po­wo­dze­niem. Na­pi­sał do gu­ber­na­to­ra, in­for­mu­jąc go, że Ado­nis prze­zi­mu­je u brze­gów No­tre Dame Bay, a gdy rze­ki za­mar­z­ną, on sam po­pro­wa­dzi eks­pe­dy­cję nad je­zio­ro Czer­wo­nych In­dian. Mó­wi­ło się, że zi­mo­we obo­zy Be­othu­ków są dużo więk­sze i trwal­sze niż let­nie, Bu­chan ży­wił więc prze­ko­na­nie, że bę­dzie w sta­nie wy­mu­sić dia­log, je­śli uda mu się tam do­trzeć. Duc­kworth wy­ra­ził zgo­dę, do­da­jąc, że przez zimę Bu­chan ma peł­nić funk­cję ob­jaz­do­we­go sę­dzie­go i roz­strzy­gać spra­wy cy­wil­ne w ca­łym okrę­gu. Ado­nis za­wi­nął do Ship Cove – w za­tocz­ce szku­ner zo­stał przy­cu­mo­wa­ny do drzew za po­mo­cą łań­cu­chów o ogni­wach po­na­bi­ja­nych mo­sięż­ny­mi gwoź­dzia­mi, żeby nie wrzy­na­ły się głę­biej w pnie.

Po kon­sul­ta­cjach z miej­sco­wy­mi ry­ba­ka­mi Bu­chan spo­rzą­dził li­stę naj­bar­dziej pro­mi­nent­nych osad­ni­ków na wy­brze­żu i za­czął skła­dać wi­zy­ty tym, któ­rych nie miał jesz­cze oka­zji po­znać. Przed­sta­wiał im ob­wiesz­cze­nie gu­ber­na­to­ra, opi­sy­wał swo­je pla­ny na zimę oraz – tam, gdzie wy­da­wa­ło się to za­sad­ne – pro­sił o radę i wspar­cie. W po­ło­wie paź­dzier­ni­ka, wkrót­ce po tym, jak John Pey­ton opu­ścił wy­brze­że i udał się w głąb lądu, by za­sta­wiać po­trza­ski, Bu­chan wraz z nie­du­żym od­dzia­łem żoł­nie­rzy z Ado­ni­sa zło­żył wi­zy­tę w domu zi­mo­wym Joh­na Se­nio­ra.

DWA

– Aku­rat wró­ci­łem znad Ship Cove – oznaj­mił John Se­nior. – Bę­dzie mniej niż ty­dzień. Pań­ski czło­wiek, Bo­uth­land, opro­wa­dził mnie po Ado­ni­sie.

– Wspo­mi­nał mi o tym. – Bu­chan od­su­nął pu­sty ta­lerz od kra­wę­dzi sto­łu. – Ża­łu­ję, że mnie pan nie za­stał. Choć stra­cił­bym wte­dy pre­tekst do sko­rzy­sta­nia z pań­skiej go­ścin­no­ści. – Uśmiech­nął się do go­spo­da­rza, tam­ten jed­nak nie pod­jął naj­mniej­sze­go wy­sił­ku, by od­wza­jem­nić uśmiech. Bu­chan ro­zej­rzał się szyb­ko po kuch­ni. Dom był do­brze wy­po­sa­żo­ny jak na tę część świa­ta. Był to pierw­szy dwu­kon­dy­gna­cyj­ny bu­dy­nek, na któ­ry po­rucz­nik na­tknął się poza osa­dą Twil­lin­ga­te. – Oka­za­ła re­zy­den­cja, pa­nie Pey­ton.

– Tu­taj spę­dza­my zimy. Na wio­snę prze­no­si­my się do domu na Burnt Is­land. W kwiet­niu czy maju za­czy­na­my ło­wić dor­sze. Pra­cu­je ze mną syn. Miesz­ka z nami Cas­sie. – Ski­nie­niem gło­wy wska­zał ko­bie­tę krzą­ta­ją­cą się przy sto­le. – Kie­dy do brze­gów pod­pły­wa­ją ła­wi­ce ka­pe­la­nów, przy­łą­cza się do nas trzech czy czte­rech na­jem­nych ry­ba­ków, żeby po­móc z tym wy­sy­pem ryb.

Daw­no już skoń­czy­li jeść; Bu­chan ski­nie­niem gło­wy na­ka­zał ka­pra­lo­wi Bo­uth­lan­do­wi od­pro­wa­dzić żoł­nie­rzy na noc do kwa­ter dla pra­cow­ni­ków. – Ma pan rów­nież rze­ki, na któ­rych łowi pan ło­so­sie?

– Przed śmier­cią oj­ciec spę­dził tu ze wspól­ni­kiem je­den se­zon, a po­tem ja prze­ją­łem jego udzia­ły. W tam­tych cza­sach nad całą za­to­ką Explo­its nie uświad­czył­by pan chrze­ści­jań­skiej du­szy. Ra­zem z Har­rym Mil­le­rem co parę lat za­kła­da­li­śmy jazy na ryby na ko­lej­nych rze­kach, ob­sa­dza­li­śmy je pra­cow­ni­ka­mi. Mamy te­raz po­nad tu­zin rzek po­mię­dzy Gan­der Bay i Bad­ger Bay. Do tego do­cho­dzą dor­sze plus zwie­rzę­ta upo­lo­wa­ne w głę­bi lądu, kie­dy spad­nie śnieg.

– Wspo­mi­nał pan, że po­ma­ga panu syn? – O żo­nie nie pa­dła żad­na wzmian­ka, Bu­chan uni­kał więc te­ma­tu.

John Se­nior przy­tak­nął. – Te­raz za­sta­wia pu­łap­ki na szla­ku. To już trze­cie po­ko­le­nie na tym wy­brze­żu.

– Dy­na­stia Pey­to­nów – rzu­cił Bu­chan ser­decz­nie.

– Nie chciał­bym prze­ce­niać siły na­sze­go rodu, sir. John Pey­ton mu­siał­by się jesz­cze oże­nić, że już o spło­dze­niu po­tom­ka nie wspo­mnę. Lecz ow­szem, bu­dzą się w czło­wie­ku na­dzie­je.

– Nie wra­ca pan na zimę do An­glii?

– Nie, od­kąd syn przy­pły­nął z Po­ole. Per­spek­ty­wa po­wro­tu do oj­czy­zny nie kusi już tak, jak daw­niej. Szczę­śliw­szy je­stem tu­taj.

– A więc li­vy­ere4z pana. Na­le­ży pan już do rdzen­nych No­wo­fun­dland­czy­ków.

4Li­vy­er, li­ver, li­vy­ere, li­vey­ere (ang. no­wo­fun­dlandz­ki) – „miesz­ka­niec”, ter­min uży­wa­ny nie­gdyś w od­nie­sie­niu do ry­ba­ków osia­dłych na No­wej Fun­dlan­dii, w od­róż­nie­niu od osób pra­cu­ją­cych se­zo­no­wo.

– W pew­nym sen­sie.

Bu­chan ski­nął gło­wą. – Jak ro­zu­miem, te oko­li­ce sta­no­wią ostat­ni ba­stion Czer­wo­nych In­dian?

John Se­nior przyj­rzał się ofi­ce­ro­wi. W jego mnie­ma­niu było w tym je­go­mo­ściu coś z dan­dy­sa – te nie­ska­zi­tel­ne cho­lew­ni­ki na wy­pu­co­wa­nych ni­skich bu­tach, te żół­to­brą­zo­we rę­ka­wicz­ki z koź­lę­cej skó­ry za­tknię­te w kie­sze­ni mun­du­ru. Przed­wcze­śnie si­wie­ją­ce wło­sy, na­tłusz­czo­ne i za­cze­sa­ne do tyłu, od­sła­nia­ły wy­so­kie czo­ło. Twarz miał wą­ską i pro­por­cjo­nal­ną. John Se­nior po­my­ślał, że ofi­cer jest ład­niej­szy, niż to męż­czyź­nie przy­stoi.

– Jest tu wy­star­cza­ją­co dużo In­dian, by uza­sad­nić po­dej­mo­wa­nie środ­ków ostroż­no­ści – po­wie­dział.

Bu­chan przy­tak­nął. – Ma pan z nimi czę­ste kon­tak­ty?

John Se­nior za­śmiał się, wy­da­jąc z sie­bie po­je­dyn­cze, zdła­wio­ne szczek­nię­cie. – Moż­na po­wie­dzieć, że mie­wam kon­tak­ty z In­diań­ca­mi, ow­szem. W tej ich ban­dzie każ­dy ma pysk jak zbó­jec­ka szka­pa.

Po­rucz­nik zer­k­nął na go­spo­da­rza. – Co pro­szę?

– Są bez­czel­ni, sir. Po­nio­są wszyst­ko, nad czym nie stoi się z musz­kie­tem w gar­ści. To po­zba­wio­na wsty­du zgra­ja zło­dziei.

– Tego lata na­po­tka­łem na wy­brze­żu pew­ne śla­dy ich obec­no­ści, nie mia­łem jed­nak dość szczę­ścia, by zo­ba­czyć się z choć jed­nym z nich.

John Se­nior sku­bał reszt­ki je­dze­nia na ta­le­rzu. Fa­cet na­zwał ta­kie spo­tka­nie „szczę­ściem”. Nie był pierw­szym ofi­ce­rem ma­ry­nar­ki wę­szą­cym w tych stro­nach i wy­py­tu­ją­cym o czer­wo­nych.

– Sły­sza­łem, że po­noć ry­su­je pan mapę na­sze­go wy­brze­ża, zga­dza się?

Bu­chan uśmiech­nął się do nie­go i po­ki­wał gło­wą. Po­dró­żu­jąc wzdłuż więk­szo­ści pół­noc­no-wschod­nie­go wy­brze­ża, po­dej­mo­wał sta­ra­nia, by spo­rzą­dzić mapy. Cia­sno zbi­te przy­brzeż­ne wy­sep­ki sta­no­wi­ły nie­moż­li­wą do roz­wi­kła­nia za­gad­kę – kry­ły się za sobą, upo­dab­nia­ły jed­na do dru­giej i nie­mal na­kła­da­ły na sie­bie. Gra­ni­to­we wy­brze­że było tak głę­bo­ko po­na­ci­na­ne za­to­ka­mi i wgłę­bie­nia­mi, że ry­sun­ki Bu­cha­na przy­wo­dzi­ły na myśl po­szar­pa­ne ostrze piły. Z po­cząt­ku po­strze­gał tę kra­inę tyl­ko jako nie­upo­rząd­ko­wa­ną i dzi­ką, po­tem uznał ją jed­nak za coś jesz­cze gor­sze­go – pust­ko­wie po­zba­wio­ne ja­kie­go­kol­wiek za­my­słu czy pla­nu. Je­dy­ne śla­dy an­giel­skie­go osad­nic­twa, na któ­re na­tknę­li się nad za­to­ką Explo­its, sta­no­wi­ły ma­leń­kie, oczysz­czo­ne bez prze­ko­na­nia kar­czo­wi­ska na skra­ju lasu albo sku­pi­ska li­chych bud sto­ją­ce na na­gich, ska­li­stych cy­plach. Ry­ba­cy miesz­ka­li w jed­no­izbo­wych cha­tach kry­tych korą, jak­by te zie­mie już za­czę­ły od­zy­ski­wać wła­dzę nad bu­dy­necz­ka­mi. Zda­wa­ło się, że ta kra­ina trwa poza za­się­giem ludz­kiej przed­się­bior­czo­ści czy woli. Zda­rza­ły mu się chwi­le, gdy my­ślał, że od­wzo­ro­wy­wa­nie jej na pa­pie­rze jest zu­peł­nie bez­ce­lo­we.

– Ow­szem, spo­rzą­dze­nie mapy na­le­ży do mo­ich za­dań – przy­znał Bu­chan. – Wi­dzę, że wie­ści szyb­ko się roz­cho­dzą.

– Jak sam się pan za­pew­ne prze­ko­na, na wy­brze­żu nie spo­sób utrzy­mać żad­nej hi­sto­rii w ta­jem­ni­cy.

Przez chwi­lę przy­glą­da­li się so­bie na­wza­jem, a ich mil­cze­nie ze wszech miar przy­po­mi­na­ło po­je­dy­nek.

– Po­dej­rze­wam za­tem – za­czął Bu­chan – iż wie pan już co nie­co o eks­pe­dy­cji, któ­rą za­mie­rzam pod­jąć tej zimy. Nad je­zio­ro Czer­wo­nych In­dian.

John Se­nior wzru­szył ra­mio­na­mi. – Ka­pral Bo­uth­land coś o tym wspo­mi­nał. In­diań­com nie moż­na ufać. Niech pan po­tem nie mówi, że pana nie ostrze­ga­łem.

Bu­chan od­chy­lił się od ta­le­rza i otrze­pał spodnie.

– Pa­nie Pey­ton, moja pro­po­zy­cja to je­dy­ny spo­sób na ukró­ce­nie wan­da­li­zmu i kra­dzie­ży, na któ­re się pan skar­ży.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, sir, nie jest to je­dy­ny spo­sób.

– A za­tem, je­śli wła­ści­wie od­czy­tu­ję pań­ską wzmian­kę, po­zwo­lę so­bie za­su­ge­ro­wać, iż moja pro­po­zy­cja sta­no­wi je­dy­ny hu­ma­ni­tar­ny spo­sób. Otóż chrze­ści­jań­skie mi­ło­sier­dzie, pa­nie Pey­ton…

– Niech pan so­bie od­czy­tu­je, jak się panu żyw­nie po­do­ba – wciął się John Se­nior. – Czer­wo­ni In­dia­nie to nie Ka­na­dyj­czy­cy. Mik­ma­ko­wie to może jesz­cze coś jak­by chrze­ści­ja­nie, ow­szem, bo moż­na im prze­mó­wić do roz­sąd­ku, je­śli się czło­wiek po­fa­ty­gu­je, żeby z nimi po­ga­dać. A ci tu­taj są ze­zwie­rzę­ce­ni do szpi­ku ko­ści i żad­na ilość mi­ło­sier­dzia nie spra­wi, że za­czną się przy­zwo­icie za­cho­wy­wać.

John Se­nior uniósł pu­stą szklan­kę, a Cas­sie na­peł­ni­ła ją z bu­tel­ki spre­zen­to­wa­nej przez go­ścia, po czym przez stół za­ofe­ro­wa­ła rum po­rucz­ni­ko­wi. Prze­ni­ka­ją­cy całą kuch­nię za­pach pe­klo­wa­nej wo­ło­wi­ny i go­to­wa­nych wa­rzyw spra­wiał, że cie­pło ognia zda­wa­ło się gę­ste i du­szą­ce. Bu­chan czuł się już dość nie­przy­jem­nie pod­pi­ty. Gdy le­d­wie do­strze­gal­nie po­krę­cił gło­wą, Cas­sie od­sta­wi­ła bu­tel­kę.

Bu­chan na­chy­lił się i prze­mó­wił do swo­ich zło­żo­nych dło­ni. – Do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę, że osad­ni­cy ży­ją­cy po­śród Czer­wo­nych In­dian mu­sie­li po­dej­mo­wać nad­zwy­czaj­ne środ­ki, by ochro­nić sie­bie oraz swo­je mie­nie.

Z gar­dła Joh­na Se­nio­ra do­biegł ci­chy po­mruk obrzy­dze­nia. – To, z cze­go pan so­bie zda­jesz spra­wę, nie­war­te jest fun­ta zgni­łej ryby. Nie pan mu­sia­łeś po­grze­bać to, co zo­sta­ło z Har­ry’ego Mil­le­ra. Zna­leź­li­śmy cia­ło w le­sie, le­ża­ło na brzu­chu. Za­cza­ili się na nie­go w za­ro­ślach za jego cha­tą i po­dziu­ra­wi­li mu ple­cy jak ban­da tchó­rzy. A po­tem ucie­kli z jego gło­wą.

Bu­chan przy­pa­trzył się męż­czyź­nie sie­dzą­ce­mu na­prze­ciw. Przy­po­mniał mu się ustęp z jed­ne­go z li­stów prze­ka­za­nych mu przez gu­ber­na­to­ra w Lon­don Ta­vern. Moż­li­we, że wy­da­le­nie Pey­to­na znad brze­gów za­to­ki Explo­its – pi­sał Bland – oka­że się klu­czo­wym kro­kiem na dro­dze do za­mie­rzo­ne­go celu.

– Do­my­ślam się, że spro­wo­ko­wa­ło to od­wet.

John Se­nior po­dał pu­sty ta­lerz Cas­sie, któ­ra za­bra­ła rów­nież na­kry­cie Bu­cha­na i od­nio­sła na­czy­nia do spi­żar­ni.

– Ja za­pa­try­wa­łem się na to tak, że mamy pra­wo prze­lać nie­co krwi – po­wie­dział ci­cho, jak­by się bał, że zo­sta­nie pod­słu­cha­ny. – Na­stęp­nej zimy ze­bra­łem gru­pę męż­czyzn i ru­szy­łem z nią w górę rze­ki. Po­przy­się­gli­śmy, że za to, co zro­bi­li Har­ry’emu Mil­le­ro­wi, bę­dzie­my mor­do­wać du­żych i ma­łych.

Ma­sze­ro­wa­li, wy­ko­rzy­stu­jąc wszyst­kie go­dzi­ny świa­tła, a do tego – je­śli po­zwa­lał na to księ­życ – rów­nież i pierw­szych kil­ka go­dzin ciem­no­ści. Lód był czy­sty i pła­ski, po­ko­ny­wa­li więc na­wet po dwa­dzie­ścia mil dzien­nie. Je­dli tyl­ko su­cha­ry i ka­wał­ki go­to­wa­nej, so­lo­nej wie­przo­wi­ny. Zda­wa­li się kar­mić wy­łącz­nie wście­kło­ścią i roz­mo­wa­mi o ze­mście. Dzień dro­gi za dru­gim wo­do­spa­dem na­tra­fi­li na obóz Be­othu­ków wtu­lo­ny w za­gaj­nik, za­trzy­ma­li się więc, by na­ła­do­wać broń i zrzu­cić z ra­mion ple­ca­ki.

– Nie­któ­rych wzię­ły wy­rzu­ty su­mie­nia i oznaj­mi­li, że ko­biet i dzie­ci nie będą za­bi­jać – wy­ja­śnił John Se­nior. – Nie mia­łem pra­wa się z nimi wy­kłó­cać, po­wie­dzia­łem więc do gru­py: „Do­bra, po­każ­my im, jak się wal­czy fair” – mó­wił wprost do świec sto­ją­cych na sto­le, jak­by ofi­ce­ra nie było w po­miesz­cze­niu. – Wte­dy ru­szy­li­śmy na­przód, go­to­wi za­brać so­bie część ich do­byt­ku, je­śli uciek­ną. A gdy­by sta­nę­li do wal­ki, za­mie­rza­li­śmy wy­bić ich do nogi, bez li­to­ści.

Opo­wie­dział po­rucz­ni­ko­wi, jak na pierw­szy znak ich obec­no­ści miesz­kań­cy obo­zu roz­pierz­chli się po le­sie. Od­da­li kil­ka strza­łów, żeby ich prze­pło­szyć; dźwięk niósł się echem po brze­gach rze­ki, pod­czas gdy mię­dzy drze­wa­mi ci­chły po­krzy­ki­wa­nia Be­othu­ków. Sta­nę­li na opu­sto­sza­łej po­la­nie i po­pa­trzy­li po so­bie. Po­je­dyn­cza wro­na besz­ta­ła ich z czub­ka drze­wa. John Se­nior wzniósł broń i strze­lił do pta­ka, a ten po­szy­bo­wał nad rze­kę, za­to­czył krąg nad obo­zem i znik­nął w le­sie. Noc spę­dzi­li w jed­nym z ma­ma­te­eków, wy­sta­wia­jąc war­ty po dwóch męż­czyzn. Rano pod­pa­li­li na­mio­ty i ru­szy­li w dro­gę po­wrot­ną na wy­brze­że, za­bie­ra­jąc ze sobą tyle fu­ter, ile tyl­ko zmie­ści­ło się na sa­niach, oraz tyle świe­że­go mię­sa ka­ri­bu, ile zdo­ła­li upchnąć w ple­ca­kach.

Kie­dy John Se­nior skoń­czył opo­wieść, w izbie za­pa­dło mil­cze­nie. Bu­chan oparł się i wes­tchnął ci­cho. Zda­wał so­bie spra­wę, że bez ja­kie­goś ustęp­stwa ze stro­ny tego czło­wie­ka przed­się­wzię­cie gu­ber­na­to­ra spa­li na pa­new­ce, a w tym mo­men­cie ro­ko­wa­nia są bez­na­dziej­ne.

Do kuch­ni wró­ci­ła Cas­sie, więc od­wró­cił się, by na nią po­pa­trzeć. Dziw­na spra­wa, żeby ko­bie­ta w jej wie­ku po­zo­sta­wa­ła tak dłu­go na służ­bie i wciąż była nie­za­męż­na. Jej ob­li­cze za­czy­na­ło już ciem­nieć i po­kry­wać się zmarszcz­ka­mi pod wpły­wem po­go­dy i upły­wu lat, mia­ło jed­nak w so­bie coś oso­bli­we­go, co przy­ku­wa­ło jego uwa­gę. Ja­kiś ele­ment ca­ło­ści był lek­ko prze­su­nię­ty wzglę­dem środ­ka – może nos albo zdaw­ko­wo uśmiech­nię­te usta. Nie­do­wi­dzia­ła na jed­no oko, któ­re przy­my­ka­ła nie­mal cał­ko­wi­cie, krzą­ta­jąc się przy swo­ich obo­wiąz­kach. Przez cały wie­czór nie ode­zwa­ła się pra­wie sło­wem; na­gle prze­szło mu przez myśl, że może jest nie­do­ro­zwi­nię­ta.

– Pan­no Jure – za­ga­ił – je­stem cie­kaw, ja­kie jest pani zda­nie na ten te­mat.

– Mam sta­no­wi­sko, po­rucz­ni­ku, a nie zda­nie – od­par­ła.

Bu­chan uśmiech­nął się do niej. – Ro­zu­miem. – Le­d­wie do­strze­gal­ny brak pro­por­cji w jej twa­rzy wciąż nie da­wał mu spo­ko­ju, od­wró­cił się więc i szyb­ko po­wiódł wzro­kiem po izbie, szu­ka­jąc cze­goś, co mo­gło­by przyjść mu z po­mo­cą. – Czy ze­chcia­ła­by pan­na nas na chwi­lę prze­pro­sić? – spy­tał wresz­cie.

Cas­sie spoj­rza­ła na Joh­na Se­nio­ra, któ­ry ski­nął gło­wą, nie od­ry­wa­jąc oczu od po­rucz­ni­ka. – Za pa­nów po­zwo­le­niem – po­wie­dzia­ła.

– Je­stem panu wi­nien prze­pro­si­ny – za­czął Bu­chan. – Być może wy­ra­zi­łem się nie­ja­sno. Je­śli są­dzi pan, że dziś wie­czór przy­sze­dłem do pana z groź­bą, to do­szło do nie­po­ro­zu­mie­nia. Isto­ta rze­czy jest taka, że spraw nie moż­na już za­ła­twiać daw­ny­mi spo­so­ba­mi. W St. John’s urzę­du­je te­raz sąd. Czer­wo­ni In­dia­nie znaj­du­ją się pod ochro­ną Ko­ro­ny.

John Se­nior przez ja­kiś czas ob­ra­cał szklan­kę w dło­niach, wresz­cie wziął ob­fi­ty haust rumu. Za­nim prze­łknął al­ko­hol, po­trzy­mał go chwi­lę w ustach, po­zwa­la­jąc, by pa­lił go po­wo­li. Się­gnąw­szy po bu­tel­kę, na­peł­nił swo­ją szklan­kę i bez py­ta­nia na­lał rów­nież Bu­cha­no­wi.

– Przez wie­le lat, za­pew­ne z ko­niecz­no­ści, wraz ze swo­imi ludź­mi sta­no­wił pan tu­taj pra­wo – kon­ty­nu­ował Bu­chan. – Nie moja to rzecz, by te­raz to osą­dzać. Do­wie­dziaw­szy się jed­nak o wie­lu gra­bie­żach do­ko­na­nych przez obie stro­ny kon­flik­tu, jako sę­dzia po­ko­ju je­stem zo­bo­wią­za­ny do po­in­for­mo­wa­nia o nich gu­ber­na­to­ra Duc­kwor­tha.

John Se­nior po­wo­li od­su­nął krze­sło od sto­łu, prze­szedł przez izbę i sta­nął ty­łem do pa­le­ni­ska, jak­by na­gle po­czuł prze­ciąg.

– Pa­nie Pey­ton, gu­ber­na­tor bę­dzie z pew­no­ścią pa­trzył bar­dzo przy­chyl­nie na tych, któ­rzy we­sprą nas w na­szych sta­ra­niach. – Wy­jął z kie­sze­ni ob­wiesz­cze­nie Duc­kwor­tha i roz­pro­sto­wał je na sto­le. – Zda­ję so­bie spra­wę, że nie in­te­re­su­je pana na­gro­da fi­nan­so­wa. Może jed­nak za­cie­ka­wi pana fakt, iż poza pie­niędz­mi gu­ber­na­tor obie­cu­je, że każ­dy, kto przy­czy­ni się do po­myśl­ne­go za­koń­cze­nia na­sze­go przed­się­wzię­cia, „bę­dzie po­chleb­nie wzmian­ko­wa­ny Jego Kró­lew­skiej Mo­ści, a tak­że otrzy­ma od gu­ber­na­to­ra wszel­kie po­par­cie i dal­sze wy­ra­zy apro­ba­ty, ja­kich ten wład­ny jest udzie­lić”. – Pod­niósł oczy znad per­ga­mi­nu, po czym sta­ran­nie zło­żył ar­kusz i scho­wał go do kie­sze­ni. – Czy mo­że­my li­czyć na pań­skie wspar­cie, pa­nie Pey­ton?

John Se­nior wy­jął z kie­sze­ni ka­mi­zel­ki srebr­ny ze­ga­rek i otwo­rzył ko­per­tę. Przez chwi­lę wpa­try­wał się w tar­czę, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwa­gi na czas. – Mam pew­ne wąt­pli­wo­ści, czy coś do­bre­go nam przyj­dzie z wy­pra­wy nad to je­zio­ro w środ­ku sro­giej zimy.

– Do­bro i zło niech pan zo­sta­wi mnie, pa­nie Pey­ton. Pro­szę tyl­ko o po­moc w mo­ich sta­ra­niach.

John Se­nior po­pa­trzył na swo­je sto­py i z roz­tar­gnie­niem po­ki­wał gło­wą. – Ocze­ku­ję, że gu­ber­na­tor usły­szy po­chleb­ne sło­wo na mój te­mat.

Bu­chan o mało się nie uśmiech­nął, zdo­łał się jed­nak opa­no­wać. – Je­śli do­bre sło­wo bę­dzie panu po­trzeb­ne, może pan na mnie li­czyć.

***

Pili obaj przez resz­tę wie­czo­ra. John Se­nior za­ma­szy­ście wle­wał w sie­bie ko­lej­ne por­cje rumu, wy­ka­zu­jąc ża­ło­bli­wą de­ter­mi­na­cję czło­wie­ka pró­bu­ją­ce­go uto­pić zwie­rzę, któ­re­go nie jest już w sta­nie wy­kar­mić. Bu­chan zmu­szał się, by do­trzy­mać mu kro­ku, jak­by wszyst­kie osią­gnię­cia tego wie­czo­ra wciąż były kru­che i za­leż­ne od tego, czy do­rów­na star­sze­mu męż­czyź­nie, zdol­ne­mu do spo­ży­cia po­tęż­nych ilo­ści al­ko­ho­lu.

Uda­ło mu się do­trzeć do łóż­ka bez ni­czy­jej po­mo­cy i zdjąć z sie­bie wy­star­cza­ją­co dużo ubrań, by móc po­cie­szać się, że nie jest jesz­cze za­la­ny w sztok, lecz gdy tyl­ko padł na zim­ną po­ściel, ogar­nę­ło go za­mro­cze­nie, z któ­re­go wy­trą­cił go do­pie­ro wzbie­ra­ją­cy szkwał mdło­ści. Naj­ci­szej jak po­tra­fił po­czła­pał po scho­dach na dół i pchnął drzwi, zma­ga­jąc się z po­ry­wi­stym wia­trem. Po­biegł za róg domu i zwy­mio­to­wał na śnieg, trzy­ma­jąc się za brzuch i tu­piąc w miej­scu, pod­czas gdy wstrzą­sa­ły nim kon­wul­sje.

Wró­ciw­szy do domu, w kuch­ni za­stał Cas­sie klę­czą­cą przy ko­min­ku. Roz­trą­ca­ła sto­sik wę­gli ob­sy­pa­ny uprzed­nio po­pio­łem i osło­nię­ty od­wró­co­nym garn­kiem. Nie­śmia­ła ja­sność świe­że­go ognia wę­dro­wa­ła po jej twa­rzy, gdy wpa­try­wa­ła się w pa­le­ni­sko. Na ra­mio­nach mia­ła weł­nia­ny szal.

– Mia­łem na­dzie­ję, że ni­ko­go nie obu­dzę – po­wie­dział.

– I tak le­ża­łam bez­sen­nie – skła­ma­ła. – Niech pan sia­da. – Ski­nę­ła bro­dą na ku­chen­ną le­żan­kę. – Za­pa­rzę panu coś na uspo­ko­je­nie ki­szek.

Bu­chan po­krę­cił gło­wą gwał­tow­nie i z prze­sa­dą. – Nie chciał­bym obu­dzić rów­nież pana Pey­to­na.

– Ze sta­nu, w ja­kim znaj­du­je się John Se­nior, gdy za­śnie, wy­rwać go może wy­łącz­nie Sta­ra Wiedź­ma. A za­pew­niam pana, że w ta­kim wy­pad­ku to my naj­pierw usły­szy­my jego, bez wzglę­du na to, jak by­śmy tu nie ha­ła­so­wa­li. Niech pan sia­da – na­ka­za­ła. – Woda za­go­tu­je się w cią­gu kil­ku mi­nut.

Usiadł na wą­skim łóż­ku, obej­mu­jąc brzuch ra­mie­niem, jak­by ktoś go dźgnął no­żem. – Ostat­ni­mi cza­sy nie naj­le­piej się czu­ję.

– Nie­wie­lu jest ta­kich, co do­trzy­ma­ją Joh­no­wi Se­nio­ro­wi kro­ku przy flasz­ce. Nie ma się cze­go wsty­dzić.

Szyb­ko na nią zer­k­nął, a ona uśmiech­nę­ła się do nie­go, moc­no za­ci­ska­jąc usta. Krzy­wy uśmiech – po­my­ślał. Wstrzą­snął nim gwał­tow­ny dreszcz. Miał na so­bie tyl­ko pod­ko­szu­lek i parę dłu­gich ka­le­so­nów. Buty z ni­ską cho­le­wą na­cią­gnął na gołe sto­py. Cas­sie zdję­ła szal i za­rzu­ci­ła mu go na ra­mio­na.

– Bła­gam – żach­nął się Bu­chan, wy­cią­ga­jąc rękę, by się od niej opę­dzić.

– No, no – skar­ci­ła go Cas­sie. – Sły­sza­łam, jak w sa­mej bie­liź­nie krztu­si się pan wy­mio­ci­na­mi po­środ­ku śnież­nej za­wiei. Przy mnie nie musi pan już bro­nić swo­jej dumy.

Nie­pew­nie ski­nął gło­wą. Od­no­si­ła się do nie­go ze swo­bo­dą nie­przy­sta­ją­cą do jej roli w go­spo­dar­stwie. Mru­gnę­ła do nie­go nie­do­wi­dzą­cym okiem. – Mam lek­ką sła­bość do ka­lek, po­rucz­ni­ku – przy­zna­ła. – Po­win­nam była się za­jąć pie­lę­gno­wa­niem cho­rych.

Kie­dy woda się za­go­to­wa­ła, Cas­sie za­pa­rzy­ła mu her­ba­tę i po­sło­dzi­ła ją ciem­ną me­la­są. Bu­chan sie­dział, ści­ska­jąc ku­bek na ko­la­nach, przy­su­nę­ła więc so­bie krze­sło do ognia, by usiąść na­prze­ciw nie­go. Twarz miał bia­łą jak ścia­na, oczy tak za­puch­nię­te, że zmie­ni­ły się w dwie szpar­ki. W ge­ście po­dzię­ko­wa­nia po­zdro­wił ją wznie­sio­nym kub­kiem i za­czął są­czyć go­rą­cy płyn.

– Klucz do pi­cia z Joh­nem Se­nio­rem leży w tym – tłu­ma­czy­ła – że na­le­ży po­le­wać sa­me­mu. Mniej się wte­dy rzu­ca w oczy to, jak bar­dzo czło­wiek zo­sta­je w tyle.

– Pan­no Jure, chciał­bym pa­nią o coś spy­tać – zwró­cił się do niej na­gle Bu­chan.

Cas­sie cze­ka­ła na py­ta­nie. Wy­glą­da­ło na to, że ofi­cer albo szu­ka od­po­wied­nich słów, albo za­po­mniał już, o czym my­ślał.

– Po­rucz­ni­ku?

Uśmiech­nął się, ale nie spoj­rzał na nią. – Oba­wiam się, że py­ta­nie może być odro­bi­nę nie­de­li­kat­ne – ostrzegł.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Nie wy­da­je mi się, żeby war­to było się jesz­cze kry­go­wać.

– A za­tem, je­śli tak się spra­wy mają – za­czął. Po­pa­trzył na nią błęd­nym wzro­kiem. – Je­stem cie­kaw, dla­cze­go jesz­cze nie wy­szła pani za mąż.

– Po­rucz­ni­ku, mówi pan o mał­żeń­stwie tak, jak­by było nie­unik­nio­ne. Ni­czym śmierć.

– Nie­któ­rzy pa­trzą na to w ten spo­sób. – Przy­mknął oczy. – Ale to żad­na od­po­wiedź na moje py­ta­nie.

Nie ode­zwa­ła się ani sło­wem.

– Pro­szę wy­ba­czyć moją bez­po­śred­niość – prze­pro­sił. Po ko­lej­nej chwi­li mil­cze­nia do­my­ślił się: – Zda­rza­ło się pani od­rzu­cać oświad­czy­ny.

– Zda­rza­ło się, ow­szem.

– I ża­den pani nie od­po­wia­dał?

– Każ­dy chciał mnie stąd za­brać – wy­ja­śni­ła. Ro­zej­rza­ła się po kuch­ni.

Bu­chan wo­dził wzro­kiem za jej ocza­mi. – To zna­czy od pana Pey­to­na.

Zno­wu wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, ale nie za­prze­czy­ła.

– Ko­cha go pani?

– U Joh­na Se­nio­ra naj­bar­dziej ce­nię so­bie to – oznaj­mi­ła – że ni­g­dy nie pró­bo­wał roz­ma­wiać ze mną o mi­ło­ści.

– Sło­wo daję, nie poj­mu­ję, jak czymś ta­kim miał­by za­skar­bić so­bie pani uczu­cia.

– Ow­szem – skwi­to­wa­ła. – Sło­wo daję, że pan nie poj­mu­je.

Bu­chan przez chwi­lę sie­dział bez sło­wa, od­da­jąc się pi­jac­kim roz­wa­ża­niom o sie­dzą­cej przed nim ko­bie­cie i jej po­ło­że­niu. Zda­wa­ło mu się, że wie­dzie na­zbyt sa­mot­ni­cze ży­cie jak na pan­nę nie dość sta­rą, by skre­ślić na­dzie­je na za­mąż­pój­ście. Nie omiesz­kał jej o tym na­po­mknąć.

Prze­chy­la­ła gło­wę to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę, jak­by chcia­ła za­prze­czyć, ale, uczci­wie rzecz bio­rąc, nie mo­gła. – Zda­rza­ją się w ży­ciu gor­sze rze­czy – stwier­dzi­ła – niż sa­mot­ność.

Za­nim Bu­chan zdą­żył co­kol­wiek na to od­po­wie­dzieć, wsta­ła i od­su­nę­ła krze­sło na jego miej­sce przy sto­le. – Da pan radę sam wejść po scho­dach?

Po­now­nie wzniósł ku­bek, jak­by chciał w ten spo­sób za­de­mon­stro­wać ogrom swo­jej trzeź­wo­ści.

– Szal pro­szę zo­sta­wić na le­żan­ce.

Od­wró­ci­ła się, żeby wyjść, ale ją za­trzy­mał. – Pan­no Jure – po­wie­dział. – Będę ogrom­nie zo­bo­wią­za­ny, je­śli zgo­dzi się pani nie ro­bić z tego wiel­kiej hi­sto­rii. – Bez­sil­nie wska­zał ręką sie­bie i oto­cze­nie.

Cas­sie za­ło­ży­ła ręce pod pier­sia­mi i uśmiech­nę­ła się. – Jak to jest, że męż­czyź­ni czu­ją więk­szą oba­wę przed wyj­ściem na głup­ca niż przed sa­mym ro­bie­niem rze­czy głu­pich?

Bu­chan po­ki­wał gło­wą. – Za­czy­nam ro­zu­mieć, dla­cze­go tak wie­lu chcia­ło pa­nią stąd za­brać.

***

Za­wie­ja sza­la­ła przez cały ko­lej­ny dzień, nie po­zwa­la­jąc Bu­cha­no­wi i jego lu­dziom wy­ru­szyć do Ship Cove zgod­nie z pla­nem. Po­rucz­nik był jesz­cze zmar­no­wa­ny po wie­czor­nych eks­ce­sach, bez żalu po­zo­stał więc na miej­scu. John Se­nior spę­dził z nim tyle cza­su, ile był w sta­nie usie­dzieć bez­czyn­nie, po czym ubrał się, by zaj­rzeć do zwie­rząt. Bu­chan za­pro­po­no­wał, że z nim pój­dzie, ale Pey­ton ru­chem ręki dał mu znak, by zo­stał na swo­im krze­śle. – Niech się pan mną nie przej­mu­je – po­wie­dział. – Cas­sie! – rzu­cił w stro­nę spi­żar­ni. – Za­parz po­rucz­ni­ko­wi her­ba­ty.

Bu­chan przy­glą­dał się nie­śmia­łym, prze­pra­sza­ją­cym wzro­kiem, jak ko­bie­ta wy­sta­wia kub­ki na ku­chen­ny stół.

– Do­szedł pan do sie­bie? – spy­ta­ła. Nie było w jej gło­sie współ­czu­cia, lecz drwi­ny rów­nież nie do­sły­szał.

– Już mi le­piej, dzię­ku­ję.

Przez chwi­lę roz­ma­wia­li o wście­kłej po­go­dzie i wy­ni­ka­ją­cych z niej ro­ko­wa­niach na zimę. Kie­dy wy­czer­pa­li te­mat, za­pa­dło mię­dzy nimi nie­zręcz­ne mil­cze­nie. Wresz­cie Cas­sie prze­rwa­ła ci­szę: – Jak dłu­go pan u nas za­ba­wi, po­rucz­ni­ku?

– Są­dzę, że wy­ru­szy­my do Ship Cove, gdy tyl­ko po­go­da się po­pra­wi.

Po­krę­ci­ła gło­wą, ale nie po­pa­trzy­ła na nie­go. – Cho­dzi­ło mi o to, jak dłu­go zo­sta­nie pan na pół­noc­no-wschod­nim wy­brze­żu.

– Och, ma się ro­zu­mieć. Za­le­d­wie do wio­sen­nych roz­to­pów. Wy­pły­nie­my do St. John’s, gdy tyl­ko po­pę­ka lód sku­wa­ją­cy mo­rze.

Cas­sie przy­tak­nę­ła. – Wró­ci pan jesz­cze w na­sze stro­ny? Ma pan tu­taj sta­cjo­no­wać?

– Nie – od­parł. – Ta wy­pra­wa jest zwią­za­na z pew­nym szcze­gól­nym za­da­niem. Wy­łą­cza­jąc wszel­kie nie­prze­wi­dzia­ne wy­da­rze­nia, ra­czej tu nie wró­cę.

Cas­sie wciąż ki­wa­ła gło­wą, lecz nic już nie po­wie­dzia­ła. Zno­wu za­pa­dło mil­cze­nie. Bu­chan klep­nął się dłoń­mi w ko­la­na.

– Pan­no Jure, wczo­raj wspo­mi­na­ła pani, że Joh­na Se­nio­ra drę­czą ja­kieś zmo­ry?

– Czyż nie przy­tra­fia się to cza­sa­mi każ­de­mu, po­rucz­ni­ku?

– Mó­wi­ła pani, że usły­szy­my, je­śli to się zda­rzy.

– Cza­sem sły­szę przez su­fit, jak zry­wa się z łóż­ka w środ­ku nocy i na coś krzy­czy. Mój oj­ciec też raz czy dwa razy miał do czy­nie­nia ze Sta­rą Wiedź­mą.

W jej gło­sie do­sły­szał de­fen­syw­ny ton, któ­ry od­wiódł go od drą­że­nia te­ma­tu, zmie­nił więc wą­tek: – Nie spo­sób nie zwró­cić uwa­gi na pani bi­blio­te­kę. – Pod­niósł wo­lu­min le­żą­cy na bla­cie. Książ­ki były po­roz­kła­da­ne po ca­łym domu. – Nie­wie­le wi­dzia­łem pry­wat­nych księ­go­zbio­rów tej wiel­ko­ści.

– Więk­szość z nich na­by­ła mama – wy­ja­śni­ła. Jej mat­ka była cór­ką pa­sto­ra, ko­bie­tą wy­edu­ko­wa­ną. Wo­bec bra­ku szkół na wy­spie kup­cy z St. John’s naj­mo­wa­li ją, by uczy­ła ich dzie­ci pi­sać i czy­tać. Pła­ci­li książ­ka­mi spro­wa­dza­ny­mi z An­glii na stat­kach han­dlo­wych.

– Z tego, co mó­wił John Se­nior, wno­szę, iż pani sama rów­nież ode­bra­ła nad­zwy­czaj sta­ran­ną edu­ka­cję?

– To pana dzi­wi, po­rucz­ni­ku?

– Ow­szem, pani obec­ność w tym miej­scu wy­da­je mi się, po­wiedz­my… – po­pra­wił się na krze­śle – dość nie­co­dzien­na. Jak to się sta­ło, że za­miesz­ka­ła pani tu­taj? – Sze­ro­ko roz­ło­żył ręce, jak­by da­wał do zro­zu­mie­nia, że może zin­ter­pre­to­wać sło­wo „tu­taj” tak ogól­nie, jak so­bie tego ży­czy.

– Krót­ka od­po­wiedź na pań­skie py­ta­nie jest taka, że gdy John Pey­ton przy­pły­nął z An­glii, John Se­nior za­trud­nił mnie jako na­uczy­ciel­kę i go­spo­dy­nię.

– A jaka jest dłu­ga od­po­wiedź? – Po­zwo­lił, by mil­cze­nie chwi­lę po­trwa­ło, po czym do­dał: – Nie wy­da­je mi się, żeby war­to było się jesz­cze kry­go­wać, pan­no Jure.

Uśmiech­nę­ła się i od­chrząk­nę­ła. Po­wie­dzia­ła mu, że wy­cho­wa­ła się w St. John’s. Mat­ka uro­dzi­ła się i do­ra­sta­ła w No­wej Szko­cji, ale wy­szła za mąż wbrew woli ro­dzi­ców i prze­pro­wa­dzi­ła się na Nową Fun­dlan­dię, by żyć poza krę­giem sta­łe­go świa­tła ich dez­apro­ba­ty. Cas­sie ro­zej­rza­ła się po izbie i po­pa­trzy­ła na swo­je dło­nie. – Nie mam skłon­no­ści do opo­wia­da­nia ta­kich hi­sto­rii – po­wie­dzia­ła.

Po­ki­wał gło­wą. – Po­tra­fię za­cho­wać dys­kre­cję – za­pew­nił. Za­chę­cił ją ge­stem ręki.

Oj­ciec był wła­ści­cie­lem szyn­ku na na­brze­żu w St. John’s, do spół­ki z nie­ja­kim Har­ro­wem, wiel­kim, kor­pu­lent­nym je­go­mo­ściem z De­von. Har­row był ka­wa­le­rem po czter­dzie­st­ce, któ­ry wie­le lat prze­słu­żył w ma­ry­nar­ce, a za­nim osiadł w St. John’s, mie­szał w kil­ku róż­nych kra­jach na ca­łym świe­cie. Nie było ta­kiej pory dnia czy nocy, żeby nie tkwił w knaj­pie, na­le­wa­jąc trun­ki, zno­sząc z nie­złom­nym hu­mo­rem pi­jac­kie na­pa­ści klien­tów i zwle­ka­jąc z krze­seł tych, któ­rzy pa­dli bez czu­cia przy sto­łach, aby zro­bić miej­sce dla no­wych. W ma­ry­nar­ce stra­cił oko; czar­ną dziu­rę zie­ją­cą w jego twa­rzy okry­wa­ła prze­pa­ska. Spał po trzy, czte­ry go­dzi­ny na dobę w ma­leń­kiej izbie na za­ple­czu ta­wer­ny i zda­wał się nie mieć żad­nych za­in­te­re­so­wań czy am­bi­cji się­ga­ją­cych poza czte­ry ścia­ny jego ma­łe­go, po­nu­re­go kró­le­stwa. Jego za­pa­mię­ta­łość spra­wi­ła, że oj­ciec Cas­sie miał wię­cej swo­bo­dy niż moż­na by się spo­dzie­wać, mógł więc wy­pusz­czać się na let­nie wę­drów­ki, czy­tać ile du­sza za­pra­gnie oraz pić do woli i czę­sto.

– Szcze­rze mó­wiąc, za­zwy­czaj to ostat­nie – wy­zna­ła.

Przez na­wy­ki ojca jej ro­dzi­na sta­ła się w mie­ście przed­mio­tem róż­nych spe­ku­la­cji i swe­go ro­dza­ju uprze­dza­ją­cej po­gar­dy. Mat­ka nie­gdyś cie­szy­ła się nie­ja­kim sza­cun­kiem jako ko­bie­ta wy­kształ­co­na, lecz z wol­na za­czę­ła tra­cić zle­ce­nia na pry­wat­ne lek­cje, a wraz z nimi i uzna­nie. Lu­dzie za­czę­li uni­kać ich ro­dzi­ny tak, jak w bi­blij­nych hi­sto­riach stro­ni­ło się od trę­do­wa­tych – jak­by przez fi­zycz­ny kon­takt mo­gli za­ra­zić się cho­ro­bą. Je­dy­ny­mi go­ść­mi w ich domu byli męż­czyź­ni, któ­rych oj­ciec spro­wa­dzał z ta­wer­ny.

– I wła­śnie tu­taj po­ja­wia się John Se­nior? – spy­tał Bu­chan.

Przy­tak­nę­ła. Po­wie­dzia­ła, że zda­rzy­ło się to je­sie­nią, gdy na ko­niec se­zo­nu ry­ba­cy przy­pły­wa­li na targ ze swo­imi po­ło­wa­mi. Oj­ciec przy­szedł do domu z Joh­nem Se­nio­rem i Har­rym Mil­le­rem, spę­dziw­szy uprzed­nio cały wie­czór na pi­ciu po róż­nych knaj­pach nad wodą. Po chwi­li ko­tur­no­wych po­wi­tań i pre­zen­ta­cji ko­bie­ty usu­nę­ły się do po­ko­ju na pię­trze, sły­sza­ły jed­nak, jak Mil­ler wy­śpie­wu­je spro­śne przy­śpiew­ki, wsta­wia­jąc imio­na Cas­sie i jej mat­ki wszę­dzie, gdzie tyl­ko uda­ło mu się je wpa­so­wać. Po­krzy­ki­wał do nich przez su­fit, skła­da­jąc im lu­bież­ne pro­po­zy­cje.

Do­strze­gła wy­raz nie­do­wie­rza­nia na twa­rzy Bu­cha­na. Wy­ja­śni­ła, że w tam­tych cza­sach nie było to w ich ży­ciu szcze­gól­nie nie­co­dzien­ne wy­da­rze­nie.

Na­za­jutrz, pod nie­obec­ność ojca, zło­żył im wi­zy­tę John Se­nior. Cas­sie czy­ta­ła wła­śnie mat­ce Gwałt na Lu­kre­cji. Za­mknę­ła książ­kę i pod­nio­sła się z krze­sła, by sta­nąć twa­rzą w twarz z męż­czy­zną. Uśmie­chał się z za­kło­po­ta­niem, jak ktoś skon­fron­to­wa­ny ze wsty­dli­wą pa­miąt­ką po czło­wie­ku, któ­rym był nie­gdyś. Za­py­tał ją o jej lek­tu­rę, o to, gdzie na­uczy­ła się czy­tać i czy prze­ka­za­ła już ko­muś tę umie­jęt­ność. Gdy od­po­wia­da­ła, przy­ta­ki­wał, nie bę­dąc w sta­nie ukryć zło­śli­we­go uśmiesz­ku.

– Męża nie ma w domu – ode­zwa­ła się w koń­cu mat­ka.

John Se­nior po­krę­cił gło­wą. – Przy­sze­dłem, aby zło­żyć wy­ra­zy usza­no­wa­nia obu pa­niom oraz prze­pro­sić za pana Mil­le­ra.

– Bar­dziej na miej­scu by­ły­by prze­pro­si­ny od sa­me­go pana Mil­le­ra – po­wie­dzia­ła mat­ka.

– Pani Jure, je­śli cho­dzi o prze­pro­si­ny, to war­to cza­sem przy­jąć je tam, gdzie moż­na je otrzy­mać.

Cas­sie prze­rwa­ła opo­wieść i na­la­ła her­ba­ty naj­pierw do kub­ka Bu­cha­na, a po­tem do swo­je­go. Li­ście mo­czy­ły się w wo­dzie tak dłu­go, że płyn był czar­ny i miał po­smak kory. Po­szła do spi­żar­ni po cu­kier i śmie­tan­kę. Po­ru­sza­ła się po­wo­li i w lek­kim roz­tar­gnie­niu, jak­by była w tym domu obca i nie wie­dzia­ła, gdzie co leży. Bu­chan do­pie­ro te­raz stwier­dził z za­sko­cze­niem, że ko­bie­ta lek­ko uty­ka, jak­by sła­nia­ła się na no­gach.

– Co się pani sta­ło w nogę? – za­py­tał, gdy wró­ci­ła na miej­sce. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że ma to ja­kiś zwią­zek z jej opo­wie­ścią.

Przez chwi­lę mu się przy­pa­try­wa­ła, po czym po­chy­li­ła się i pod­cią­gnę­ła cięż­kie fał­dy spód­ni­cy po­nad ko­la­no. Zsu­nąw­szy poń­czo­chę na kost­kę, po­wio­dła pal­cem po szkar­łat­nej bliź­nie bie­gną­cej wzdłuż go­le­ni. Wy­ja­śni­ła, że w wie­ku dwu­na­stu lat spró­bo­wa­ła ode­brać ojcu flasz­kę, nad któ­rą sa­mot­nie pra­co­wał w domu. Zrzu­cił ją ze scho­dów.

Żo­łą­dek pod­szedł Bu­cha­no­wi do gar­dła. Upa­dek. Ude­rze­nie. W jej wy­zna­niu do­strzegł tę samą nie­spo­dzie­wa­ną bez­po­śred­niość, któ­rą oka­za­ła po­przed­nie­go wie­czo­ra, otu­la­jąc go sza­lem. Było coś dzie­cię­ce­go w tej za­kła­da­nej przez nią po­ufa­ło­ści, w bra­ku wzglę­du na kla­sę i stan. Po­czuł na­gły przy­pływ za­że­no­wa­nia, jak­by wtar­gnął do po­ko­ju, w któ­rym się prze­bie­ra­ła.

Pod­cią­gnę­ła poń­czo­chę i zsu­nę­ła zmarsz­czo­ną spód­ni­cę na miej­sce. Jej brą­zo­we oczy były tak ciem­ne, że zda­wa­ły się skła­dać tyl­ko ze źre­nic.

Pisz­czel pę­kła i prze­bi­ła skó­rę. Kość wy­sta­ją­ca z nogi była bla­do­zie­lo­na i uwa­la­na krwią. Mat­ka sia­dła przy gło­wie Cas­sie, trzy­ma­jąc jej za­ci­śnię­te dło­nie i za­wo­dząc, a oj­ciec przy­klęk­nął nad nią, aby przyj­rzeć się ra­nie.

– Coś ty zro­bił? – syk­nę­ła mat­ka. – Coś ty zro­bił na­sze­mu dziec­ku?

Po­wta­rza­ła wciąż to py­ta­nie, a za każ­dym ra­zem jej głos przy­bie­rał na sile, tak że w koń­cu wpa­dła nie­mal w gniew­ną hi­ste­rię, oj­ciec od­po­wie­dział więc krzy­kiem.

– Za­mknij się, Myra! Za­mknij się. – Kie­dy wresz­cie za­mil­kła, po­gro­ził jej pal­cem i jesz­cze raz po­wtó­rzył na­kaz. Obo­je byli ro­ze­dr­ga­ni. – Za­mknij się – huk­nął. Na­lał rumu do szklan­ki i wrę­czył ją Cas­sie. – Wy­pij tyle, ile dasz radę. – Po­tem na­peł­nił szklan­kę i sam wy­pił wszyst­ko dusz­kiem. – Trzy­maj ją moc­no – po­le­cił żo­nie.

Gdy na­sta­wił kość, mat­ka przy­go­to­wa­ła pa­stę z jaja i mąki, by okryć ranę. Po obu stro­nach nogi ro­dzi­ce uwią­za­li cia­sno dwa sztyw­ne kije. Cas­sie wy­ja­śni­ła, że szra­ma i zmia­na w jej cho­dzie oka­za­ły się mniej po­waż­ne, niż moż­na by się spo­dzie­wać w tych oko­licz­no­ściach.

– Na pod­sta­wie sa­me­go pani świa­dec­twa – za­uwa­żył ci­cho Bu­chan – moż­na od­nieść wra­że­nie, że oj­ciec pani jest po­two­rem.

Cas­sie po­sła­ła mu od­waż­ne, nie­mal oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie. – Lu­dzie być po­win­ni tym, czym z po­zo­ru są – stwier­dzi­ła, bez­rad­nie wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Zna­łam go też jako in­ne­go czło­wie­ka, kie­dy by­łam mała. Za­nim al­ko­hol go od­mie­nił.

Mu­siał się od niej na chwi­lę od­wró­cić. Spu­ścił wzrok i zaj­rzał do swo­je­go kub­ka.

– Wie pan, mat­ka po­świę­ci­ła dla nie­go wszyst­ko – do­da­ła.

– Na­dal miesz­ka­ją w St. John’s?

– Oj­ciec tak. Mama zmar­ła za­nim wy­je­cha­łam, po cho­ro­bie, któ­ra przy­ku­ła ją do łóż­ka na pra­wie rok. Kie­dy się kła­dła, mia­ła na gło­wie bu­rzę czar­nych wło­sów, a po kil­ku mie­sią­cach była już zu­peł­nie siwa.

Opo­wie­dzia­ła mu, że mię­śnie rąk i nóg mat­ki za­ni­ka­ły, tak że pod skó­rą wy­czu­wa­ło się coś wiot­kie­go i po­zba­wio­ne­go ży­cia ni­czym ję­zyk dor­sza. Opar­te na ma­te­ra­cu pię­ty po­czer­nia­ły od pę­che­rzy wy­peł­nio­nych krwią.

– Ni­g­dy bym nie po­dej­rze­wa­ła, że łóż­ko może wy­rzą­dzić czło­wie­ko­wi taką krzyw­dę – stwier­dzi­ła.

Bu­chan od­sta­wił ku­bek na blat i zło­żył dło­nie na ko­la­nach.

– Pod ko­niec chcia­ła, że­bym czu­wa­ła przy niej no­ca­mi. Po­dej­rze­wam, że bała się umrzeć sa­mot­nie w ciem­no­ści. Kie­dy za­sy­pia­łam w fo­te­lu, bu­dzi­ła mnie i pro­si­ła, że­bym za­pa­li­ła świe­cę i coś jej po­czy­ta­ła.

Zmie­nił po­zy­cję sple­cio­nych nóg. – Wiem, co to zna­czy stra­cić mat­kę – oznaj­mił.

Cas­sie prze­krzy­wia­ła gło­wę to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę. – Szcze­rze mó­wiąc, to było wręcz nie­re­al­ne. Hi­sto­rie, któ­re jej czy­ta­łam, wy­da­wa­ły się bar­dziej rze­czy­wi­ste niż jej ko­na­nie. – Spra­wia­ła wra­że­nie za­wsty­dzo­nej tą wzmian­ką, do­da­ła więc szyb­ko: – Po­tem sama nie mia­łam po­ję­cia, co z sobą po­cząć. Roz­wa­ża­łam prze­pro­wadz­kę do No­wej Szko­cji, my­śla­łam o Ame­ry­ce. Nie mia­łam jed­nak środ­ków.

– I wte­dy zno­wu po­ja­wił się John Se­nior? Ry­cerz na bia­łym ko­niu?

– Mar­ny z pana szy­der­ca – po­wie­dzia­ła, ale zdo­by­ła się na uśmiech. – W paź­dzier­ni­ku przy­pły­nął do St. John’s i wte­dy do­szły go słu­chy o śmier­ci mo­jej mat­ki. Za­pro­po­no­wał, że gdy wró­ci na wio­snę, może za­brać mnie na pół­noc­no-wschod­nie wy­brze­że, bym uczy­ła jego syna i opie­ko­wa­ła się do­mem. Do­dał, że Har­ry Mil­ler nie żyje od pię­ciu lat. Po­wie­dział, że mogę po­świę­cić zimę na roz­wa­że­nie jego pro­po­zy­cji. Ja pod­ję­łam już jed­nak de­cy­zję. Spa­ko­wa­łam książ­ki mat­ki do ku­fra i ka­za­łam go za­nieść na pocz­tę nad przy­sta­nią. A po­tem na­pi­sa­łam do Joh­na Se­nio­ra, któ­ry spę­dzał zimę w Po­ole.

– I od­tąd nie od­wie­dza­ła pani St. John’s?

Cas­sie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Pa­mięć o mat­ce za­bra­łam ze sobą. Do resz­ty mo­je­go ży­cia w tam­tym mie­ście nie war­to wra­cać.

– A za­tem – spy­tał ci­cho Bu­chan – czyż­by to była swe­go ro­dza­ju po­ku­ta? – Za­kre­ślił ręką łuk, wska­zu­jąc kuch­nię.

– Bar­dzo ka­to­lic­ka in­ter­pre­ta­cja, po­rucz­ni­ku. – Po­now­nie się do nie­go uśmiech­nę­ła.

– Być może – przy­znał, ki­wa­jąc gło­wą. – Moż­li­we, że zbyt wie­le cza­su spę­dzi­łem wśród Ir­land­czy­ków.

Do­szedł do wnio­sku, że to kwe­stia ca­łej twa­rzy. Kon­tu­rów bie­gną­cych od skro­ni po czu­bek bro­dy. Li­nie te wy­ka­zy­wa­ły le­d­wie do­strze­gal­ny brak sy­me­trii. Jak­by jej ob­li­cze zo­sta­ło znie­kształ­co­ne pod­czas cięż­kie­go po­ro­du i póź­niej nie­zu­peł­nie wró­ci­ło do nor­my.

– Mam tu wszyst­ko, cze­go chcę – po­wie­dzia­ła po­wo­li, przez co Bu­chan od­niósł wra­że­nie, iż ostrze­ga go, aby nie pró­bo­wał się jej sprze­ci­wiać czy pod­wa­żać jej słów.

– Pani książ­ki – ode­zwał się, pod­no­sząc z bla­tu jed­ną z nich. – Pani po­ema­ty.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i od­wró­ci­ła wzrok. – Do­bra książ­ka ni­g­dy czło­wie­ka nie za­wie­dzie.

W tym mo­men­cie John Se­nior otwo­rzył drzwi, tu­piąc za pro­giem i strze­pu­jąc śnieg z rę­ka­wów. Cas­sie od­wró­ci­ła gło­wę i wes­tchnę­ła ci­cho, czu­jąc ulgę, że roz­mo­wa zo­sta­ła prze­rwa­na. Wsta­ła od sto­łu i po­szła do spi­żar­ni po trze­ci ku­bek.

***

Przez ko­lej­nych sześć ty­go­dni Bu­chan od­wie­dzał Joh­na Se­nio­ra trzy­krot­nie, na­kre­śla­jąc pla­ny eks­pe­dy­cji i pro­sząc go o rady we wszyst­kich zwią­za­nych z nią kwe­stiach, jak­by sta­ry osad­nik był ofi­ce­rem wyż­szym ran­gą od nie­go. Przy­stał na za­an­ga­żo­wa­nie więk­szej licz­by męż­czyzn niż pier­wot­nie za­kła­dał. Zmie­niał ter­min wy­mar­szu, naj­pierw aby mieć pew­ność, że rze­ka za­mar­z­nie i po­zwo­li na bez­piecz­ną po­dróż z sa­nia­mi, a na­stęp­nie, aby od­cze­kać, aż naj­bar­dziej do­świad­cze­ni my­śli­wi Pey­to­na wró­cą z la­sów i za­si­lą sze­re­gi ich gru­py.

Choć jazy na ło­so­sie i tra­per­skie szla­ki co roku się­ga­ły co­raz da­lej w górę rze­ki Explo­its, je­dy­nym An­gli­kiem, któ­ry w cią­gu ostat­nich czter­dzie­stu lat za­pu­ścił się aż nad je­zio­ro Czer­wo­nych In­dian, był Wil­liam Cull.

– Tyl­ko on może rów­nać się ze mną pod wzglę­dem cza­su spę­dzo­ne­go na tym wy­brze­żu – wy­ja­śnił John Se­nior. – Jak z pew­no­ścią się pan do­my­śla, to już nie mło­dzik, ale je­go­mość nie da za wy­gra­ną, do­pó­ki nie wy­ko­na po­wie­rzo­nej ro­bo­ty.

Pod ko­niec li­sto­pa­da, po pierw­szym wście­kłym zi­mo­wym sztor­mie, któ­ry uwię­ził ich w domu na kil­ka dni, po­je­cha­li za­przę­gnię­ty­mi w psy sa­nia­mi do Whi­te Bay, gdzie John Se­nior po­mógł ofi­ce­ro­wi zwer­bo­wać Cul­la.

TRZY

W głę­bi lądu je­sień była rześ­ka od wcze­sne­go śnie­gu, a chłód spra­wił, że zwie­rzę­ta sta­ły się nie­co bar­dziej nie­ostroż­ne niż zwy­kle o tej po­rze. Pey­to­no­wi po­szczę­ści­ło się z ku­na­mi, ła­si­ca­mi i wy­dra­mi, na­to­miast przy bo­brach spo­tka­ło go roz­cza­ro­wa­nie. Na po­cząt­ku li­sto­pa­da prze­niósł pu­łap­ki nad sze­reg po­to­ków i sa­dza­wek bie­gną­cy dwie mile od cha­ty Re­il­ly’ego nad rze­ką Explo­its. Trzy ty­go­dnie póź­niej, za­koń­czyw­szy ob­chód po tym od­cin­ku, nad­ło­żył dro­gi, by zaj­rzeć do Re­il­ly’ego i jego żony, An­nie Boss.

Nie ba­cząc na ziąb, go­spo­darz sze­ro­ko otwo­rzył drzwi i przyj­rzał się Pey­to­no­wi. Był wy­so­kim, chu­dym jak szcza­pa Ir­land­czy­kiem z po­cią­głą twa­rzą, zwę­ża­ją­cą się ni­czym ostrze sie­kie­ry. – O, to ty? – spy­tał. – An­nie! – za­wo­łał przez ra­mię. – Ten go­ło­wąs za­błą­dził! Nie ostrze­ga­łem cię, że tak wła­śnie bę­dzie?

– Przy­mknij się, Re­il­ly – wy­ce­dził Pey­ton.

Go­spo­darz od­stą­pił od drzwi, po­zwa­la­jąc młod­sze­mu męż­czyź­nie schro­nić się przed mro­zem. Na po­wi­ta­nie po­kle­pał go po ple­cach.

Nie