Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 475 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rzeka zimna - Magdalena Kawka

Małe miasteczko nad rzeką zasypane śniegiem, spokojne i urokliwe. Sceneria jak z sielankowego serialu. Czy w takim miejscu mogą dziać się rzeczy, od których włosy jeżą się na głowie, a dusza zaczyna wątpić w istotę człowieczeństwa?

 

Młoda kobieta, Tamara, przyjeżdża do Grzmotów w nadziei odnalezienia matki, poczytnej pisarki, która jakby „rozpłynęła się w powietrzu”. Od dłuższego czasu nikt jej nie widział, z nikim się nie kontaktowała. Pozostał po niej jedynie pusty dom, biurko z otwartym laptopem i głodny kot.

Tamara próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia, ale niespodziewanie wplątuje się w dramatyczne wydarzenia, przy których duch myśliwego ukazujący się na torach jest tylko niewinną igraszką i miejscowym kolorytem, ponieważ najgroźniejsze demony nie muszą pochodzić z zewnątrz…

 

Opinie o ebooku Rzeka zimna - Magdalena Kawka

Fragment ebooka Rzeka zimna - Magdalena Kawka

www.wydawnictwosol.pl

Copyright © by Magdalena Kawka 2011

Redakcja:

Karina Stempel-Gancarczyk

Korekta:

Małgorzata Tkacz

Projekt okładki:

Andrzej Brzezicki i Alicja Brzezicka ARIDI

Warszawa 2012

ISBN 978-83-62405-60-2

Wydawca:

Wydawnictwo SOL

Monika Szwaja • Mariusz Krzyżanowski

05-600 Grójec, Duży Dół 2a

wydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub i Redakcja techniczna:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux

atelier@duchateaux.pl

Paulinie

Rzeka zimna

Za każ­dym ra­zem, kie­dy wsta­ję od kom­pu­te­ra, ogar­nia mnie uczu­cie, że to już ko­niec. Że to ostat­nie sło­wa, ja­kie w ży­ciu na­pi­sa­łam. Że ni­cze­go wię­cej już nie je­stem w sta­nie wy­my­ślić. Wra­że­nie po­tęż­ne i doj­mu­ją­ce.

Przez ty­le lat na­uczy­łam się z tym żyć i ak­cep­to­wać, jak się ak­cep­tu­je fakt, że w do­mu oprócz mnie miesz­ka­ją też mu­chy, pa­ją­ki i roz­to­cza. Ohyd­ne, ale co zro­bić? Naj­le­piej nie zwra­cać uwa­gi, bo ina­czej mo­że się oka­zać, że pew­ne­go dnia znaj­dą mnie, jak z za­cię­tą twa­rzą i obłę­dem w oczach zdzie­ram so­bie dło­nie do krwi, szo­ru­jąc dy­wan, w któ­rym ko­czu­ją mi­lio­ny tych, obrzy­dli­wych w po­więk­sze­niu, stwo­rzeń.

Zwy­kle po pro­stu sia­da­łam i po­zwa­la­łam my­ślom pły­nąć, gdzie im się po­do­ba­ło. Na bia­łym ekra­nie mru­ga­ła po­na­gla­ją­co czar­na kre­secz­ka kur­so­ra, a ja so­bie by­łam w dzie­ciń­stwie al­bo na Kre­cie, gdzie pró­bo­wa­łam z tych pa­ru nędz­nych ka­mie­ni zbu­do­wać ob­raz mi­noj­skiej świet­no­ści. Aku­rat za­pa­dał zmierzch, ga­sząc in­ten­syw­ność barw i od­bie­ra­jąc ostrość kon­tu­rom… W koń­cu rę­ce bez­wied­nie za­czy­na­ły do­ty­kać kla­wia­tu­ry i sło­wa, jak wart­ki po­tok, pły­nę­ły jed­no za dru­gim, prze­py­cha­jąc się mię­dzy so­bą. My­śli roz­po­czy­na­ły sza­leń­czą wal­kę o pierw­szeń­stwo i po­wo­li po­wsta­wa­ła ko­lej­na hi­sto­ria.

Mo­że in­ni pi­sa­rze ma­ją pla­ny, szki­ce i kon­spek­ty, nie wiem. Ja mam w so­bie wiel­ką po­ko­rę wo­bec tych, któ­rych two­rzę.

Cza­sem na­wet chcia­ła­bym, że­by Z. oka­zał się do­brym sy­nem i zro­zu­miał pro­stą praw­dę, że le­piej umie­ra się we wła­snym do­mu, ale cóż z te­go, kie­dy się nie uda­je. Choć­bym nie wiem, jak się sta­ra­ła, jak prze­my­śla­nie pro­wa­dzi­ła ak­cję i bu­do­wa­ła na­pię­cie, nie mam na to wpły­wu. Zbli­żam go do mat­ki, pró­bu­ję uwraż­li­wić na jej cier­pie­nia, ale wy­star­czy je­den ma­ły błysk, jak po­ra­że­nie pio­ru­na, i już wi­dzę w my­ślach te oczy: obo­jęt­ne i nie­uważ­ne.

Te wszyst­kie po­wo­ła­ne do ży­cia w mo­jej gło­wie po­sta­cie, kie­dy tyl­ko do­sta­ną imię, toż­sa­mość i le­d­wie za­lą­żek oso­bo­wo­ści, kie­dy po­czu­ją się tro­chę pew­niej osa­dzo­ne w tre­ści, na­tych­miast za­czy­na­ją igno­ro­wać swo­je­go stwór­cę i ro­bią, co im się po­do­ba. Ja mo­gę je­dy­nie, z bez­sil­ną zło­ścią, opi­sy­wać ich po­czy­na­nia.

Daw­no te­mu, kie­dy do­pie­ro za­czy­na­łam swo­ją przy­go­dę z pi­sa­niem, pe­wien wy­daw­ca po­sta­wił mi ul­ti­ma­tum: al­bo głów­ni bo­ha­te­ro­wie w koń­cu do sie­bie wró­cą, al­bo nie ma książ­ki.

Przez dwa ty­go­dnie ro­bi­łam wszyst­ko, co w mo­jej mo­cy, że­by ich do te­go na­mó­wić: stwa­rza­łam sprzy­ja­ją­cą at­mos­fe­rę, nie po­zwa­la­łam, że­by w pa­ra­dę wcho­dzi­ła ba­nal­na co­dzien­ność, na­wet dzie­ci wy­sła­łam sa­me na wa­ka­cje, cho­ciaż by­ły do­pie­ro w dru­giej kla­sie pod­sta­wów­ki! Wszyst­ko na nic. Nie iskrzy­ło i ty­le. Wy­pa­li­ło się bez­pow­rot­nie, a na­wet naj­lep­szy i naj­bar­dziej spraw­ny pi­sarz nie skrze­sze ognia tam, gdzie nie ma choć­by śla­du iskry…

W koń­cu ska­pi­tu­lo­wa­łam i po­szłam do wy­daw­cy. Kie­dy mu oznaj­mi­łam, dla­cze­go nie mo­gę speł­nić je­go wa­run­ków – tyl­ko po­pu­kał się w czo­ło i po­wie­dział, że to wiel­kie nie­szczę­ście, kie­dy skle­po­wa za bar­dzo uwie­rzy w swój ge­niusz stwór­cy…

A ja po pro­stu nie mo­głam ina­czej i pra­ca w skle­pie nie mia­ła tu nic do rze­czy. Ogrom­nie po­trze­bo­wa­ły­śmy wte­dy tych pie­nię­dzy; ty bar­dzo chcia­łaś je­chać na kla­so­wą wy­ciecz­kę do Kra­ko­wa, a trze­ba by­ło prze­cież ku­pić i ple­cak, i bu­ty, i no­wa kurt­ka by się przy­da­ła, bo z tej sta­rej już zu­peł­nie wy­ro­słaś…

Na szczę­ście pew­na ga­ze­ta wzię­ła po­wieść i co ty­dzień za­miesz­cza­ła jej frag­ment. Bo­ha­te­ro­wie wpraw­dzie się nie ze­szli, ale za to bły­ska­wicz­nie scho­dzi­ły ca­łe na­kła­dy, bo po­wieść oka­za­ła się be­st­sel­le­rem i bar­dzo szyb­ko mo­głam od­dać po­ży­czo­ne pie­nią­dze. I na­wet tro­chę zo­sta­ło. Oczy­wi­ście nie by­ły to staw­ki ta­kie jak dziś, ale je­śli do­dać do te­go te wszyst­kie wy­po­ci­ny przy­szłych ma­gi­strów, któ­re prze­pi­sy­wa­łam na ma­szy­nie, ja­koś da­wa­ło się z te­go wy­żyć. Wkrót­ce rzu­ci­łam pra­cę w skle­pie (przy wy­dat­nej po­mo­cy ma­ło de­li­kat­nych su­ge­stii kie­row­nicz­ki) i z ra­do­ścią ku­pi­łam so­bie po­rząd­ną ma­szy­nę do pi­sa­nia…

Wczo­raj sie­dzia­łam przed kom­pu­te­rem czte­ry go­dzi­ny. Czte­ry dłu­gie go­dzi­ny ga­pie­nia się przez okno… Sie­dzia­ła­bym dłu­żej, ale za­dzwo­ni­ła We­ro­ni­ka i za­py­ta­ła, kie­dy przy­ja­dę do Po­zna­nia, bo trze­ba już po­my­śleć o pro­mo­cji. By­ła tak­tow­na, jak za­wsze, ale znam ją zbyt dłu­go i wiem, że w isto­cie dzwo­ni­ła, aby za­py­tać, kie­dy skoń­czę.

Nie wiem, kie­dy skoń­czę… Wiem na­to­miast, że wszy­scy cze­ka­ją: wy­daw­ca, księ­ga­rze, czy­tel­ni­cy. Każ­da po­wieść Mał­go­rza­ty Za­wi­stow­skiej zo­sta­je be­st­sel­le­rem, za­nim jesz­cze po­ja­wi się na pół­kach. Za­nim jesz­cze w ogó­le po­ja­wi się w mo­jej gło­wie…

Przez ty­le lat tkwi­łam z no­sem w ma­szy­nie, po­tem w kom­pu­te­rze, ży­jąc emo­cja­mi nie­ist­nie­ją­cych lu­dzi, że na­wet nie za­uwa­ży­łam, kie­dy zro­bi­ły mi się zmarszcz­ki na czo­le, a pod­bró­dek zy­skał bra­ta bliź­nia­ka. Co gor­sza, nie za­uwa­ży­łam rów­nież, że ży­cie to­czy się swo­im ryt­mem, a lu­dzie, któ­rzy mnie ota­cza­ją, nie chcą po­cze­kać, aż roz­pra­wię się z mo­ją fik­cją i wresz­cie bę­dę mia­ła czas, że­by za­jąć się ich rze­czy­wi­sto­ścią.

Do­pie­ro tu­taj, w tym brzyd­kim, ma­łym mia­stecz­ku nad rze­ką, o któ­rym mo­gła­bym po­etyc­ko na­pi­sać, że jest za­gu­bio­ne wśród pól i la­sów, gdy­by nie to, że le­ży so­bie na wi­do­ku, cał­kiem pro­za­icz­nie, przy ksią­żę­cym trak­cie ze Szcze­ci­na do Gdań­ska, a wła­ści­wie to przy kra­jo­wej szó­st­ce, oczy mi się otwo­rzy­ły ze zdu­mie­nia na wi­dok owej „rze­czy­wi­sto­ści”.

Ty tak­że nie chcia­łaś cze­kać… Wiem, masz do mnie żal, cho­ciaż wo­lisz uda­wać, że to obo­jęt­ność… Uprzej­me, zdaw­ko­we za­in­te­re­so­wa­nie, krót­ki te­le­fon raz w mie­sią­cu i wy­mu­szo­na wi­zy­ta w Bo­że Na­ro­dze­nie. Wiem, sa­ma na to za­pra­co­wa­łam… I to nie­praw­da, że nie lu­bię two­je­go mę­ża, ja po pro­stu go nie znam. Ale cie­szę się, że ci się uda­ło… Wi­dać jabł­ko jed­nak cza­sem spa­da bar­dzo da­le­ko…

Nie chcę, że­byś po­my­śla­ła, że roz­kle­jam się dla­te­go, że do­pa­dła mnie twór­cza nie­moc, sta­rość i sa­mot­ność… Kry­zys mo­że i mam, ale sta­ra jesz­cze nie je­stem (a przy­naj­mniej wca­le się tak nie czu­ję). Nie je­stem też sa­mot­na…

Nie­raz chcia­łam po­roz­ma­wiać z to­bą tak zwy­czaj­nie, po bab­sku, po­wie­dzieć ci, co czu­ję, dla­cze­go nie­kie­dy do­ko­ny­wa­łam ta­kich, a nie in­nych wy­bo­rów, jak bar­dzo cię ko­cham, ale… Wiesz, że to trud­ne, bo nie­ste­ty je­steś do mnie po­dob­na. Ca­łe szczę­ście, że Cy­ryl po­tra­fił ja­koś prze­bić się przez tę two­ją sko­ru­pę, mój żół­wi­ku.

Obie­ca­łam so­bie, że na­stęp­nym ra­zem, kie­dy do cie­bie za­dzwo­nię…

7 stycznia

Te­le­fon dzwo­nił jak zwa­rio­wa­ny. Był sta­ry, z czar­ne­go ebo­ni­tu i miał cha­rak­te­ry­stycz­ny, ter­ko­czą­cy dzwo­nek, któ­re­go nie da­wa­ło się re­gu­lo­wać. Już daw­no by się go po­zby­ła, gdy­by mo­gła. Miesz­ka­nie, co praw­da, mia­ło tyl­ko osiem­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych i po­dej­ście do apa­ra­tu nie wy­ma­ga­ło wie­le za­cho­du, ale i tak prze­no­śna słu­chaw­ka by­ła­by wy­god­niej­sza. Nie­ste­ty, Cy­ryl za­pa­łał do nie­go wiel­ką mi­ło­ścią od pierw­szej chwi­li, kie­dy wy­pa­trzy­li go na Mar­ché Ver­na­ison. Wła­ści­wie to on go wy­pa­trzył, bo Ta­ma­ra nie mia­ła ser­ca do sta­rych rze­czy. Nie­przy­jem­na by­ła już sa­ma myśl, że te­le­fon na­le­żał kie­dyś do ko­goś in­ne­go. Czy­jeś pal­ce do­ty­ka­ły gład­kiej, lśnią­cej po­wierzch­ni, krę­ci­ły bia­łym cy­fer­bla­tem w po­szu­ki­wa­niu wła­ści­we­go nu­me­ru. Cie­pło czy­je­goś ucha prze­no­si­ło się na czar­ną słu­chaw­kę. Nie lu­bi­ła an­ty­ków. Ni­g­dy nie zdo­ła­ła zro­zu­mieć za­chwy­tów nad sta­rą sza­fą za­la­tu­ją­cą stę­chli­zną czy wy­pło­wia­łym fo­te­lem, na­wet je­śli sia­dy­wa­ło na nim kil­ka kró­lew­skich po­ko­leń. A mo­że wła­śnie dla­te­go. Lu­dzie prze­mi­nę­li, ode­szli w za­po­mnie­nie ra­zem ze swo­imi pla­na­mi i ma­rze­nia­mi, a po­zo­sta­ły po nich ba­nal­ne krze­sła, ko­mo­dy i za­wie­dzio­ne na­dzie­je na nie­śmier­tel­ność.

Sły­sza­ła go już na scho­dach i nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że od­głos do­bie­ga z ich miesz­ka­nia; nikt oprócz nich nie gro­ma­dził tu ta­kich sta­ro­ci. A ści­ślej rzecz uj­mu­jąc, nikt oprócz Cy­ry­la. Za­nim jed­nak zdo­ła­ła zna­leźć klu­cze w tor­bie i upo­rać się z cięż­ki­mi, rzeź­bio­ny­mi drzwia­mi – za­milkł. Z wes­tchnie­niem ulgi zrzu­ci­ła ko­za­ki w przed­po­ko­ju i we­szła do kuch­ni, że­by za­pa­rzyć her­ba­tę.

Wte­dy roz­legł się zno­wu.

– Ta­mi, gdzie ty je­steś?! Dzwo­nię ca­ły dzień na ko­mór­kę, ale nie od­bie­rasz! Cze­kam na cie­bie od go­dzi­ny! Wszy­scy cze­ka­my! Ku­pi­łaś wi­no?

Cy­ryl jak za­wsze, kie­dy był zde­ner­wo­wa­ny, wy­rzu­cał z sie­bie sło­wa z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Gar­dło­we dźwię­ki zle­wa­ły się w jed­no wiel­kie char­cze­nie. Choć przez ty­le lat zdą­ży­ła już do­brze po­znać fran­cu­ski, w ta­kich chwi­lach bar­dziej do­my­śla­ła się, niż ro­zu­mia­ła, co mó­wi.

– Nie wiem, o co ci… – za­czę­ła i na­gle so­bie przy­po­mnia­ła. – O Chry­ste! To dziś!

– Dziś, dziś! – po­wtó­rzył z sar­ka­zmem. – Za­po­mnia­łaś oczy­wi­ście! – Nie ukry­wał try­um­fu, że tym ra­zem to nie on na­wa­lił. – Bierz tak­sów­kę, po dro­dze kup kil­ka bu­te­lek i przy­jeż­dżaj na­tych­miast! Po­wie­dzia­łem, że okres do­sta­łaś… – ści­szył głos. – Nic in­ne­go nie przy­szło mi do gło­wy.

– Mo­że wy­star­czy­ło po pro­stu po­wie­dzieć praw­dę. Ale ja mia­łam dla nich pal­mę…

– No to weź ze so­bą…

– Osza­la­łeś!? Ma ze trzy me­try!

– No to nie wiem, rób, co chcesz, tyl­ko się po­spiesz!

Trzask od­kła­da­nej słu­chaw­ki za­brzmiał jak ar­mat­ni wy­strzał. Ner­wo­wo po­dra­pa­ła się za uchem i po chwi­li na­my­słu wy­krę­ci­ła nu­mer.

– Ber­trand, tu Ta­ma­ra – po­wie­dzia­ła do słu­chaw­ki. – Na par­te­rze, w ro­gu, stoi ta­ka du­ża ho­wea w drew­nia­nej do­ni­cy; idź na gó­rę i do­bierz do niej ja­kąś efek­tow­ną osłon­kę, naj­le­piej z mo­sięż­ny­mi ele­men­ta­mi. Po­tem za­mów trans­port i niech przy­wio­zą ją na rue Sa­int-Ho­no­ré 123. Pie­nią­dze weź z ka­sy… Aha! Nie za­po­mnij jej za­bez­pie­czyć! Jest zim­no.

– Ok, sze­fo­wo! Ro­bi się!

– Dzię­ku­ję.

Odło­ży­ła słu­chaw­kę z wes­tchnie­niem ulgi. By­ła pew­na, że Ma­rie spodo­ba się pre­zent, a Paul za­zwy­czaj i tak był za­chwy­co­ny wszyst­kim, co spra­wia­ło jej przy­jem­ność. Jak mo­gła za­po­mnieć o czter­dzie­stej rocz­ni­cy ich ślu­bu! Od mie­sią­ca nie mó­wi­ło się o ni­czym in­nym. W głę­bi du­cha uwa­ża­ła, że sen­sow­niej by­ło­by urzą­dzić przy­ję­cie w pią­tek al­bo w so­bo­tę, ale jej te­ścio­wa mia­ła wła­sne prze­ko­na­nia i za­zwy­czaj sta­wia­ła na swo­im. Sko­ro ślub bra­li siód­me­go stycz­nia, nie wi­dzia­ła po­wo­du, dla któ­re­go mie­li­by prze­kła­dać przy­ję­cie, na­wet je­śli siód­my wy­pa­dał w po­nie­dzia­łek.

W po­śpie­chu otwo­rzy­ła sza­fę i ner­wo­wo wy­szar­pa­ła su­kien­kę, któ­rą Cy­ryl ku­pił jej na świę­ta. Po­cząt­ko­wo za­mie­rza­ła się w nią ubrać, ale po chwi­li na­my­słu od­wie­si­ła ją z po­wro­tem. Świę­ta by­ły nie tak zno­wu daw­no i Ma­rie z pew­no­ścią ją za­pa­mię­ta­ła. Tym bar­dziej, że mi­mo­cho­dem uprzej­mie za­uwa­ży­ła, iż chłod­ny fio­let to nie jest ko­lor dla blon­dy­nek… Nie mo­gła na uro­czy­stym przy­ję­ciu, na któ­rym pierw­sze skrzyp­ce gra­ła te­ścio­wa, wy­stą­pić w czymś, co już raz zo­sta­ło skry­ty­ko­wa­ne…

Nie­wie­le my­śląc, wy­cią­gnę­ła dłu­gą, gra­na­to­wą suk­nię z głę­bo­kim wy­cię­ciem na ple­cach, w któ­rej za­zwy­czaj cho­dzi­ła do te­atru. Przy­nio­sła z przed­po­ko­ju czar­ne, za­mszo­we szpil­ki i się­gnę­ła po krót­kie fu­ter­ko. Jak ga­la, to ga­la. Za­mó­wi­ła tak­sów­kę i ze­szła na dół.

– No wiesz! Wy­glą­dasz… – Cy­ryl z za­in­te­re­so­wa­niem po­chy­lił się nad wy­cię­ciem z ty­łu. – Już za­po­mnia­łem, jak ci w niej ład­nie. Nie wiem tyl­ko, co ma­ma…

Po­pa­trzy­ła na nie­go z nie­sma­kiem.

– To jest ele­ganc­ka suk­nia na ele­ganc­kie oka­zje. My­śla­łam, że…

W pro­gu sta­nę­ła pa­ni do­mu.

– Ta­ma­ra! Wresz­cie je­steś! Mam na­dzie­ję, że do­brze się czu­jesz, mo­ja dro­ga? – Ob­rzu­ci­ła jej kre­ację nie­od­gad­nio­nym spoj­rze­niem i do­da­ła: – Chodź­cie, wszy­scy już cze­ka­ją…

– Du­żo lu­dzi? – spy­ta­ła, ci­cho po­dą­ża­jąc za mę­żem.

– Jak zwy­kle, pół mia­sta – ro­ze­śmiał się pół­gęb­kiem.

Przez wiel­kie dwu­skrzy­dło­we drzwi we­szli do sa­lo­nu.

Go­ści rze­czy­wi­ście by­ło spo­ro. Do­strze­gła me­ce­na­sa Pur­cell z żo­ną, pań­stwa Po­us­sin, de Vi­rion, pro­fe­so­ra So­upault, pa­nią de Ma­ri­vaux – to by­li nie­licz­ni z tych, któ­rych zna­ła. Te­ścio­wie ob­ra­ca­li się w krę­gach to­wa­rzy­skiej śmie­tan­ki i nie na­rze­ka­li na brak roz­ry­wek, co w du­żej mie­rze wią­za­ło się z po­zy­cją Pau­la, przed la­ty pia­stu­ją­ce­go sta­no­wi­sko me­ra. Od kil­ku lat był na eme­ry­tu­rze, ale sta­re zna­jo­mo­ści nie wy­ga­sły. Ode­szli tyl­ko ci, dla któ­rych wy­padł już z obie­gu, po­nie­waż wbrew po­wszech­nie pa­nu­ją­cym zwy­cza­jom nie zwią­zał się z po­li­ty­ką i zna­jo­mość z nim nie mo­gła się już do ni­cze­go przy­dać.

W po­wie­trzu uno­sił się du­szą­cy za­pach per­fum i woń kwia­tów. Nie wia­do­mo z ja­kie­go po­wo­du, tej zi­my naj­bar­dziej po­pu­lar­ne by­ły li­lie. Nie na­dą­ża­ła z do­sta­wa­mi, bo na­gle wszy­scy, jak je­den mąż, za­pa­ła­li mi­ło­ścią do tych nie­co sta­ro­świec­kich kwia­tów. Jesz­cze kil­ka se­zo­nów te­mu li­lie za­re­zer­wo­wa­ne by­ły ra­czej na smut­ne oka­zje i scho­dzi­ły głów­nie przy oka­zji po­grze­bów. Dziś do do­bre­go to­nu na­le­ża­ło wrę­cza­nie ich przy każ­dej oka­zji.

Za­uwa­ży­ła pod ścia­ną wiel­kie wa­zo­ny z bia­ły­mi, po­ma­rań­czo­wy­mi i żół­ty­mi kwia­ta­mi. Po­my­śla­ła, że mu­si uprze­dzić Ma­rie, że­by nie za­bie­ra­ła ich do sy­pial­ni, bo nie bę­dzie mo­gła spać. Osza­ła­mia­ją­cy za­pach kwia­tów po dłuż­szej chwi­li ro­bił się nie­zno­śny i du­szą­cy, po­wo­du­jąc bó­le i za­wro­ty gło­wy. Nie po­ma­ga­ło na­wet usu­wa­nie słup­ka i pyl­nych prę­ci­ków.

– Chodź­cie, chodź­cie!

Paul pod­szedł do Ta­ma­ry i wy­cią­gnął rę­kę.

– Wi­taj, mo­ja dro­ga! Jak za­wsze uro­cza – mó­wiąc to, na­chy­lił się i cie­pło po­ca­ło­wał ją w po­li­czek. – Masz szczę­ście, sy­nu, że two­ja pięk­na żo­na cią­gle jest uśmiech­nię­ta. Je­śli któ­re­goś dnia zo­ba­czę smu­tek na jej twa­rzy, bę­dziesz miał ze mną do czy­nie­nia. – Po­gro­ził mu pal­cem. – A te­raz po­zwól, że ci ją po­rwę! Phi­lip­pe bar­dzo chciał­by wresz­cie ją po­znać.

Nie pro­te­stu­jąc, po­zwo­li­ła po­pro­wa­dzić się w głąb sa­lo­nu. Je­śli cho­dzi o Pau­la, to bez wa­ha­nia po­zwo­li­ła­by mu za­pro­wa­dzić się na­wet na bie­gun. Od pierw­szej chwi­li, kie­dy Cy­ryl przed­sta­wił jej swo­ich ro­dzi­ców, po­czu­ła wiel­ką sym­pa­tię do te­go uro­cze­go, tro­chę nie­dzi­siej­sze­go, szar­manc­kie­go dżen­tel­me­na, któ­ry od czte­rech lat ile­kroć ją wi­dział, nie­odmien­nie wpa­dał w za­chwyt. W prze­ci­wień­stwie do swo­jej żo­ny był au­ten­tycz­nie uszczę­śli­wio­ny, kie­dy do­wie­dział się, że syn wresz­cie się oświad­czył. Cy­ryl zdra­dził jej kie­dyś w wiel­kiej ta­jem­ni­cy, że pierw­szą, wiel­ką mi­ło­ścią je­go oj­ca by­ła pew­na Po­lka, Te­re­sa. Po­zna­li się w Kra­ko­wie, kie­dy Paul przy­je­chał na ja­kiś zjazd mło­dzie­ży, i zwa­rio­wa­li na swo­im punk­cie. Spę­dzi­li ra­zem go­rą­cy ty­dzień i roz­sta­li się, obie­cu­jąc so­bie do­zgon­ną mi­łość. On mu­siał wra­cać, ona mia­ła przy­le­cieć do nie­go za kil­ka ty­go­dni. Nie­ste­ty, nie do­sta­ła pasz­por­tu, gdyż ktoś życz­li­wy do­niósł o za­ży­łej zna­jo­mo­ści z pew­nym czar­no­wło­sym Fran­cu­zem… Pi­sa­li do sie­bie jesz­cze przez ja­kiś czas, ale w koń­cu uczu­cie umar­ło śmier­cią na­tu­ral­ną. Nie­dłu­go po­tem Paul po­znał Ma­rie i oże­nił się, ale, jak przy­znał się kie­dyś sy­no­wi, ob­raz Te­re­sy na za­wsze po­zo­stał w ja­kimś za­ka­mar­ku je­go ser­ca.

Być mo­że dla­te­go Ma­rie, pie­kiel­nie za­zdro­sna o mę­ża, nie prze­pa­da­ła za sy­no­wą. Dla ści­sło­ści, Ma­rie w ogó­le nie prze­pa­da­ła za Po­la­ka­mi. Ta­ma­ra wie­dzia­ła, że kil­ka­krot­nie by­ła po­wo­dem awan­tur mię­dzy ni­mi. Tym bar­dziej, że jej te­ścio­wa na­le­ża­ła do te­go ga­tun­ku Fran­cu­zów, któ­rzy ni­g­dy nie przy­ję­li do wia­do­mo­ści, że Cho­pin był Po­la­kiem, i uwa­ża­li, że od cza­su, kie­dy Po­la­cy zo­sta­li ła­ska­wie wpusz­cze­ni do Unii, za­miast oka­zy­wać wdzięcz­ność, za­czę­li pre­zen­to­wać nad­mier­nie rosz­cze­nio­we po­sta­wy. Re­la­cje mię­dzy ni­mi obie­ma by­ły jed­nak na ogół po­praw­ne; mo­że z te­go po­wo­du, że Ta­ma­ra na­uczy­ła się od­po­wied­nio po­stę­po­wać z te­ścio­wą i czu­jąc opar­cie w mę­żu i w te­ściu, zbyt­nio nie przej­mo­wa­ła się jej zło­śli­wy­mi ko­men­ta­rza­mi, któ­re ostat­ni­mi cza­sy zda­rza­ły się jak­by rza­dziej.

– To jest wła­śnie mo­ja sy­no­wa – wy­gło­sił z du­mą Paul, za­trzy­mu­jąc się przy ni­skim, star­szym pa­nu w ga­lo­wym mun­du­rze. – Po­zwól, mo­ja dro­ga, to puł­kow­nik Au­ber, mój sta­ry przy­ja­ciel…

No­bli­wie wy­glą­da­ją­cy, szczu­pły pan z wiel­ką szo­pą bia­łych wło­sów szar­manc­ko szur­nął no­ga­mi i z aten­cją uści­snął po­da­ną mu dłoń.

– Tyl­ko nie sta­ry, tyl­ko nie sta­ry! – za­pro­te­sto­wał, za­baw­nie wy­cią­ga­jąc ży­la­stą szy­ję. – Za­po­mi­nasz, mój dro­gi, że je­stem od cie­bie du­żo młod­szy. Po­za tym, to nie­sto­sow­ne wy­po­mi­nać wiek w to­wa­rzy­stwie pięk­nych ko­biet – uśmiech­nął się do Ta­ma­ry, przy­glą­da­jąc się jej z nie­ukry­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem. – A więc to pa­ni – po­wie­dział, ki­wa­jąc gło­wą. – Paul za­wsze chwa­lił się swo­imi dzieć­mi, ale od kie­dy zy­skał sy­no­wą, jest z pa­ni tak dum­ny, jak­by sam pa­nią spło­dził.

– Ja też mam szczę­ście, że tra­fił mi się ta­ki cu­dow­ny teść…

Uję­ła Pau­la pod rę­kę i po­ło­ży­ła mu gło­wę na ra­mie­niu. Zza fi­la­ru do­strze­gła by­stry wzrok te­ścio­wej. „Czy tej ko­bie­cie na­praw­dę wszyst­ko mu­si się tak jed­no­znacz­nie ko­ja­rzyć?” – wes­tchnę­ła w du­chu, ale na wszel­ki wy­pa­dek od­su­nę­ła się.

– Ach, mło­da da­mo, przy­stoj­ni to my by­li­śmy pół wie­ku te­mu. – Puł­kow­nik prze­stał uda­wać, że ma dwa­dzie­ścia lat. – Te­raz je­ste­śmy co naj­wy­żej wy­pro­sto­wa­ni, a mo­że mi pa­ni wie­rzyć, że to w na­szym wie­ku nie jest wca­le ła­twe.

Ro­ze­śmia­li się wszy­scy tro­je.

– A czy pa­ni wie – kon­ty­nu­ował – że to wła­śnie pa­ni teść przed la­ty nie do­pu­ścił do za­mknię­cia dla pie­szych mo­stów na Se­kwa­nie z po­wo­du „spa­ce­ru” po rze­ce Ka­da­fie­go? Oskar­żył wte­dy pre­zy­den­ta, że dla uzy­ska­nia kon­tak­tów han­dlo­wych przy­my­ka oczy na li­bij­skie na­ru­sze­nia praw czło­wie­ka i…

Paul znie­cier­pli­wio­ny mach­nął rę­ką.

– Daj­żesz spo­kój, Ta­mi sły­sza­ła to już ty­sią­ce ra­zy!

– Mo­że być ty­siąc pierw­szy; lu­bię słu­chać, ja­ki ta­to był nie­ustra­szo­ny – uśmiech­nę­ła się. Choć ta for­ma zwra­ca­nia się do te­ściów nie by­ła we Fran­cji zbyt po­pu­lar­na, od po­cząt­ku mó­wi­ła do nie­go „ta­to”, z cze­go był nie­zwy­kle dum­ny.

– O to, to! Nie­ustra­szo­ny! – ucie­szył się puł­kow­nik. – Nie wiem, czy pa­ni opo­wia­dał, jak kie­dyś…

– Dość! – prze­rwał Paul sta­now­czo. – Od daw­na je­stem na eme­ry­tu­rze, ale nie je­stem jesz­cze ta­ki sta­ry, że­by kar­mić się w kół­ko mi­nio­ny­mi suk­ce­sa­mi. Cze­go się na­pi­jesz? – zwró­cił się do sy­no­wej, bo puł­kow­nik już dzier­żył w dło­niach wiel­ką bań­kę ko­nia­ku.

– Je­śli mo­gę, po­pro­szę o wi­no – uśmiech­nę­ła się, ob­ser­wu­jąc, jak spie­szy speł­nić jej ży­cze­nie. Na­praw­dę mia­ła do nie­go sła­bość. Zda­rza­ło się, że to wła­śnie on pierw­szy do­wia­dy­wał się o jej kło­po­tach. Cy­ryl był ko­cha­ny, ale tak bar­dzo sku­pio­ny na so­bie i swo­ich bia­łych kru­kach, że cza­sa­mi za­po­mi­nał o bo­żym świe­cie. Nie­kie­dy mu­sia­ła twar­do się po­sta­wić, że­by ca­łe­go week­en­du nie prze­sie­dział z no­sem w książ­ce al­bo na ko­lej­nej au­kcji sta­rych fo­to­gra­fii… Paul za­wsze miał dla niej czas. Nie chcąc na­ra­żać jej na wścib­skie py­ta­nia Ma­rie, kie­dy po­trze­bo­wa­ła po­ra­dy, uma­wiał się z nią w ka­fej­ce nie­da­le­ko kwia­ciar­ni, że­by nie mu­sia­ła tra­cić cza­su. – Ty je­steś ko­bie­tą biz­ne­su i twój czas jest cen­niej­szy – wy­gła­szał za każ­dym ra­zem, kie­dy pró­bo­wa­ła opo­no­wać. Nie zda­rza­ło się to zresz­tą zbyt czę­sto; wła­ści­wie tyl­ko raz mia­ła kło­po­ty. Pew­ne­go dnia, nie wia­do­mo z ja­kie­go po­wo­du, lo­ka­lem, któ­ry ku­pi­ła od mia­sta, za­in­te­re­so­wał się ja­kiś urzęd­nik i ofi­cjal­nie pod­wa­żył wy­ni­ki prze­tar­gu, za­rzu­ca­jąc jej, że był usta­wio­ny, a ce­na, któ­rą za­pła­ci­ła, zbyt ni­ska. Na szczę­ście sy­tu­acja szyb­ko się wy­ja­śni­ła i na­wet po­moc Pau­la oka­za­ła się nie­po­trzeb­na. Tak czy ina­czej, cza­sa­mi od­no­si­ła wra­że­nie, że jest je­dy­ną oso­bą, któ­rej za­le­ży na niej na­praw­dę i bez­wa­run­ko­wo…

Lu­bi­ła wy­obra­żać so­bie, że ta­ki wła­śnie był jej oj­ciec. Opie­kuń­czy, nie­za­wod­ny, nie­odmien­nie za­in­te­re­so­wa­ny jej spra­wa­mi, bez wzglę­du na to, czy cho­dzi­ło o zwy­kły ka­tar, czy o za­rzut ko­rup­cji. Pra­wie wca­le go nie pa­mię­ta­ła; w do­mu na­tra­fia­ła nie­kie­dy na zdję­cia w ja­kichś sta­rych szpar­ga­łach, po­gnie­cio­ne, przy­ku­rzo­ne. Wy­so­ki, uśmiech­nię­ty, z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla krót­ko­wi­dzów przy­mru­że­niem oczu. Ma­ma nie da­rzy­ła ich wiel­kim sen­ty­men­tem i wa­la­ły się tam pew­nie przez jej nie­uwa­gę i roz­tar­gnie­nie. Wy­rzu­ci­ła go ze swo­je­go ży­cia, kie­dy Ta­ma­ra mia­ła czte­ry la­ta. Wśród wie­lu spraw, o któ­rych ni­g­dy nie roz­ma­wia­ły, ta zaj­mo­wa­ła po­cze­sne miej­sce. Z frag­men­tów pod­słu­cha­nych roz­mów, ską­pych uwag rzu­ca­nych mi­mo­cho­dem i kil­ku wy­mi­ja­ją­cych od­po­wie­dzi wy­ła­niał się ba­nał zdra­dy, za­wie­dzio­ne­go za­ufa­nia i za­pie­kłej zło­ści z po­wo­du ura­żo­nej du­my. Tyl­ko raz, kie­dy skoń­czy­ła sie­dem­na­ście lat, od­by­ły na ten te­mat krót­ką roz­mo­wę. Ma­ma przy­par­ta do mu­ru przez zbun­to­wa­ną na­sto­lat­kę, dla któ­rej świat skła­dał się wy­łącz­nie z dwóch ko­lo­rów, tym ra­zem nie mo­gła jej zbyć by­le mach­nię­ciem rę­ki. Uży­wa­jąc naj­oględ­niej­szych z oględ­nych słów, ura­czy­ła ją hi­sto­ryj­ką o dwóch po­łów­kach jabł­ka, z któ­rych jed­na w koń­cu oka­za­ła się grusz­ką…

Z tam­tej roz­mo­wy naj­bar­dziej za­pa­mię­ta­ła jed­no zda­nie: „Nie ma żad­nych po­łó­wek, to naj­więk­sza bzdu­ra, ja­ką wy­my­śli­ły za­kom­plek­sio­ne ko­bie­ty, że­by ja­koś uspra­wie­dli­wić swój brak wia­ry we wła­sne moż­li­wo­ści. Każ­da z nas jest ca­ło­ścią, peł­ną i skoń­czo­ną”.

Po­kłó­ci­ły się wte­dy po­tęż­nie. Ta­ma­ra wrzesz­cza­ła, że nie jest żad­ną za­sra­ną czy­tel­nicz­ką i nie po­zwo­li kar­mić się głod­ny­mi ka­wał­ka­mi o jabł­kach i grusz­kach ro­dem z po­rad­ni­ków dla nie­do­ro­zwi­nię­tych ku­cha­rek. Ma­ma z ka­mien­ną twa­rzą wy­cią­gnę­ła swo­je naj­cięż­sze dzia­ła i po­pły­nę­ła opo­wieść o po­świę­ce­niu, nie­wdzięcz­no­ści i odej­mo­wa­niu so­bie od ust, że­by tyl­ko ona mia­ła na no­we bu­ty czy mod­ną tor­bę. Skoń­czy­ło się trza­śnię­ciem drzwia­mi i krót­kim te­le­fo­nem, że zo­sta­je na noc u ko­le­żan­ki. Od tam­te­go cza­su nie wra­ca­ły wię­cej do tej roz­mo­wy. I tak za­wsze ży­ły osob­no; Mał­go­rza­ta z no­sem w ma­szy­nie, prze­rzu­ca­ją­ca ster­ty kar­tek i do­zna­ją­ca swo­ich pry­wat­nych olśnień i roz­cza­ro­wań, któ­re przy­no­si­li jej pa­pie­ro­wi lu­dzie, a Ta­ma­ra w swo­im szczel­nym, od­po­wie­dzial­nym świe­cie.

Prze­szła przy­spie­szo­ny kurs do­ra­sta­nia: w wie­ku dzie­się­ciu lat już wie­dzia­ła, ile kosz­tu­je cu­kier i gdzie bar­dziej opła­ca się ku­po­wać wa­rzy­wa. Po dro­dze ze szko­ły ro­bi­ła za­ku­py, cza­sem pła­ci­ła ra­chun­ki na po­czcie i wy­sta­wa­ła w nie­koń­czą­cych się ko­lej­kach po mię­so. Na szczę­ście w po­bli­skiej ma­sar­ni już ją zna­li, wie­dzie­li, że to cór­ka „tej pi­sar­ki”, więc zda­rza­ło się, że by­ła ob­słu­gi­wa­na bez ocze­ki­wa­nia. By­ła chu­da i nie­wy­ro­śnię­ta, więc skle­po­we, roz­pły­wa­jąc się w uśmie­chach, na­py­cha­ły jej siat­ki bio­drów­ką, pasz­te­to­wą, nie­kie­dy szyn­ką i ka­za­ły po­zdro­wić ma­mu­się, do­py­tu­jąc się na­tar­czy­wie, o czym bę­dzie ko­lej­na książ­ka. Nie zno­si­ła tych bab, ich lep­kie­go za­in­te­re­so­wa­nia i czer­wo­nych, gru­bych twa­rzy z idio­tycz­ną ko­ron­ką nad czo­łem. My­śla­ła ze zło­ścią, że gdy­by nie one, ma­ma by­ła­by tyl­ko dla niej. Gdy­by nikt nie chciał ku­po­wać jej ksią­żek, w koń­cu prze­sta­ła­by pi­sać i przy­po­mnia­ła so­bie, że ma cór­kę…

– Mar­cel przy­je­chał! – Cy­ryl wziął ją za rę­kę i po­cią­gnął w stro­nę kuch­ni. Po­zwo­li­ła się za­pro­wa­dzić do wiel­kie­go, peł­ne­go pa­ry i ape­tycz­nych aro­ma­tów po­miesz­cze­nia, gdzie kró­lo­wa­ła ku­char­ka. Przy po­bie­la­nym sto­le, opie­ra­jąc gło­wę na ra­mie­niu, sie­dział wy­so­ki, przy­stoj­ny bru­net, bar­dziej do­sko­na­ła ko­pia jej wła­sne­go mę­ża.

– O, mo­ja ulu­bio­na bra­to­wa! – za­wo­łał na jej wi­dok, zry­wa­jąc się z krze­sła. – Do dziś nie mo­gę zro­zu­mieć, dla­cze­go wy­bra­łaś Cy­ry­la… – skrzy­wił się za­baw­nie.

– Bo naj­pierw po­zna­łam je­go. Po­za tym ty mia­łeś już żo­nę, nie­ste­ty.

– A, tak, za­po­mnia­łem. – Uści­snął ją ser­decz­nie i po­kle­pał ener­gicz­nie po ple­cach. – Ale to cię w ża­den spo­sób nie uspra­wie­dli­wia… – ro­ze­śmiał się. – No, bra­cisz­ku, nie patrz tak groź­nie, prze­cież ci jej nie zjem.

Zde­cy­do­wa­nie mia­ła szczę­ście do męż­czyzn w tej ro­dzi­nie. Z Mar­ce­lem, mi­mo że od dwóch lat miesz­kał w Sta­nach, łą­czy­ła ją za­ży­ła ko­mi­ty­wa. Mie­li po­dob­ne po­czu­cie hu­mo­ru i ta­ki sam, lek­ko iro­nicz­ny, dy­stans do świa­ta. Od ra­zu przy­pa­dli so­bie do gu­stu i choć Cy­ryl po­cząt­ko­wo był tro­chę za­zdro­sny, w koń­cu za­ak­cep­to­wał ich spe­cy­ficz­ne re­la­cje.

– Jak po­dróż? – za­py­ta­ła.

– Sa­mo­lot to śro­dek lo­ko­mo­cji dla lu­dzi bez wy­obraź­ni – od­parł. – Ale nie­ste­ty naj­szyb­szy. Nie mo­głem na­pić się pod­czas lo­tu, więc te­raz mu­szę od­re­ago­wać, za­nim mo­ja dro­ga ro­dzi­ciel­ka zno­wu za­cznie snuć wy­du­ma­ne teo­rie na te­mat mo­je­go rze­ko­me­go al­ko­ho­li­zmu. – Się­gnął po sto­ją­cą nie­opo­dal bu­tel­kę ca­lva­do­su. Jak na za­wo­ła­nie w drzwiach sta­nę­ła Ma­rie.

– Mar­cel! – za­wo­ła­ła, roz­kła­da­jąc ra­mio­na. – Ty nie­wdzięcz­ny chłop­cze! Słu­żą­ca do­pie­ro mi po­wie­dzia­ła, że je­steś.

Sto­ją­ca przy pie­cy­ku ku­char­ka rzu­ci­ła w jej stro­nę ura­żo­ne spoj­rze­nie, ale nic nie po­wie­dzia­ła.

– Dla­cze­go nie przy­sze­dłeś się przy­wi­tać?! – cią­gnę­ła Ma­rie z wy­rzu­tem, obej­mu­jąc sy­na.– Zno­wu pi­jesz. – Po­pa­trzy­ła z na­ga­ną na szklan­kę w je­go rę­ce. – Kie­dy przy­je­cha­łeś? Gdzie Ro­xa­na? Jak chłop­cy? Na jak dłu­go zo­sta­niesz? Dla­cze­go nie za­dzwo­ni­łeś, oj­ciec po­je­chał­by na lot­ni­sko? – za­rzu­ci­ła go py­ta­nia­mi.

Mar­cel za­ma­chał rę­ka­mi, jak­by od­pę­dzał się od wy­jąt­ko­wo na­tręt­nej mu­chy.

– Ma­mo! Spo­koj­nie, bo mnie udu­sisz! – De­li­kat­nie wy­swo­bo­dził się z jej ra­mion. – Ro­xa­na mu­sia­ła zo­stać, bo chłop­cy ma­ją ospę. Bar­dzo cię po­zdra­wia i ści­ska. Mo­że w lip­cu uda nam się przy­je­chać we czwór­kę… A nie dzwo­ni­łem, bo chcia­łem wam zro­bić nie­spo­dzian­kę; po­za tym do ostat­niej chwi­li nie by­łem pe­wien, czy uda mi się wy­rwać…

– Mo­je wnu­ki ko­cha­ne… – roz­kle­iła się Ma­rie, na po­wrót przy­tu­la­jąc się do sy­na. – Nie do­syć, że je­dy­ne – mó­wiąc to, łyp­nę­ła za­łza­wio­nym okiem w stro­nę Ta­ma­ry – to jesz­cze tak da­le­ko… Ach, Bo­że, roz­ma­za­łam so­bie oko. – Się­gnę­ła po chu­s­tecz­kę i po­wie­dzia­ła, już spo­koj­niej: – Za­wo­łam oj­ca, ale bę­dzie miał nie­spo­dzian­kę! A wy nie pij­cie ty­le – fuk­nę­ła i ob­rzu­ciw­szy na­gan­nym spoj­rze­niem szklan­ki w rę­kach sy­nów i sy­no­wej, wy­szła z kuch­ni.

– Ach, ta na­sza Ma­rie. Roz­pa­cza, że sta­cza­my się w al­ko­ho­lo­wą prze­paść, bo nie ma po­ję­cia, że tra­dy­cja pi­cia ca­lva­do­su wy­ra­sta z cza­sów nor­mandz­kich, kie­dy to w cza­sie trwa­ją­cych dłu­go po­sił­ków trak­to­wa­no go ja­ko ro­dzaj na­po­ju po­bu­dza­ją­ce­go ape­tyt i po­zwa­la­ją­ce­go zjeść jesz­cze wię­cej – ro­ze­śmiał się Mar­cel, za­nu­rza­jąc usta w zło­tym trun­ku. – Daw­ni męż­czyź­ni prze­kła­da­li ilość spo­ży­tych przez sie­bie pro­duk­tów na ob­raz swo­jej mę­sko­ści i na po­wo­dze­nie u płci pięk­nej – oświad­czył i te­atral­nym ge­stem roz­wi­chrzył so­bie wło­sy. – Ca­lva­dos to coś wię­cej niż tru­nek. To spo­sób by­cia, jak ma­wiał Re­ma­rque.

– Bio­rąc pod uwa­gę ilość – za­uwa­żył nie­co zło­śli­wie Cy­ryl – nie na­rze­kasz zda­je się na po­wo­dze­nie.

– Schle­biam so­bie, dro­gi bra­cisz­ku, że to nie jest za­słu­ga je­dy­nie ca­lva­do­su. A co­eur va­il­lant rien d’im­pos­si­ble1.

– Une po­ule aveu­gle peut qu­elqu­efo­is tro­uver son gra­in2 – wy­krzy­wił się Cy­ryl.

Ta­ma­ra sta­ła z bo­ku i przy­glą­da­ła się bra­ciom. Mar­cel był star­szy o kil­ka lat, ale wszyst­kim, po­cząw­szy od spo­so­bu ubie­ra­nia, a skoń­czyw­szy na spo­so­bie by­cia, da­wał świa­tu do zro­zu­mie­nia, że jest w naj­lep­szym okre­sie swo­je­go ży­cia. Wy­ło­żo­na na wierzch dżin­sów, lek­ko po­gnie­cio­na bia­ła ko­szu­la, buj­na czu­pry­na, za­wa­diac­ka, kwie­ci­sta chust­ka pod szy­ją i wy­so­kie, cięż­kie bu­ty świad­czy­ły o tym, że ich wła­ści­ciel do­brze się czu­je sam ze so­bą i nie do koń­ca po­waż­nie trak­tu­je za­rów­no świat, jak i sie­bie sa­me­go. Kto in­ny w ta­kim stro­ju wy­glą­dał­by na sta­ran­nie wy­sty­li­zo­wa­ne­go. On spra­wiał wra­że­nie, jak­by to, co aku­rat ma na so­bie by­ło wy­bit­nie przy­pad­ko­we i po omac­ku wy­cią­gnię­te z sza­fy.

Cy­ryl był zu­peł­nie in­ny. Je­go brak dy­stan­su do sie­bie prze­ja­wiał się przede wszyst­kim w spo­so­bie ubie­ra­nia. Nie­na­gan­nie za­wią­za­ny kra­wat, ko­szu­la pa­su­ją­ca od­cie­niem do gar­ni­tu­ru i bu­ty wy­glan­co­wa­ne tak, że moż­na się by­ło w nich przej­rzeć – wszyst­ko to nie­mal krzy­cza­ło, że ich wła­ści­ciel uwa­ża się za po­waż­ne­go i god­ne­go sza­cun­ku czło­wie­ka.

Aż trud­no by­ło uwie­rzyć, że ten pierw­szy był sza­no­wa­nym wy­kła­dow­cą li­te­ra­tu­ry fran­cu­skiej na jed­nym z naj­lep­szych ame­ry­kań­skich uni­wer­sy­te­tów, dru­gi zaś pro­wa­dził po­pu­lar­ny wśród pa­ry­żan an­ty­kwa­riat i od kil­ku lat zaj­mo­wał się wy­szu­ki­wa­niem, a po­tem wy­ce­ną i sprze­da­żą za­byt­ko­wych me­bli, ob­ra­zów, war­to­ścio­wych rzeźb, sta­rych ry­cin, gra­fik i rę­ko­pi­sów i w związ­ku z tym więk­szość cza­su spę­dzał wśród za­ku­rzo­nych przed­mio­tów i eks­cen­trycz­nych ar­ty­stów.

– Je­stem pie­kiel­nie zmę­czo­ny – wes­tchnął Mar­cel. – Pój­dę się po­ło­żyć na kwa­drans, mam na­dzie­ję, że to nie bę­dzie wiel­kie faux pas. Po­tem przy­wi­tam się z oj­cem. Nie chcę go od­cią­gać od go­ści, w koń­cu to je­go wiel­ki dzień.

Ta­ma­ra unio­sła brwi w nie­mym zdzi­wie­niu.

– No wiesz, wy­trzy­mać z na­szą dro­gą mat­ką czter­dzie­ści lat to nie la­da wy­czyn.

Ro­ze­śmie­li się wszy­scy tro­je.

Póź­nym wie­czo­rem, kie­dy już wszy­scy go­ście roz­je­cha­li się do do­mów, Paul zdjął ma­ry­nar­kę, roz­luź­nił kra­wat i pod­szedł do bar­ku, skąd wy­cią­gnął bu­tel­kę ko­nia­ku.

– Wresz­cie mo­gę się w spo­ko­ju na­pić z sy­na­mi – wes­tchnął. – I z sy­no­wą oczy­wi­ście. – Mru­gnął ło­bu­zer­sko do Ta­ma­ry.

– Nie uwa­żasz mój dro­gi, że na dziś już wy­star­czy? Przy­naj­mniej ty masz do­syć – ode­zwa­ła się spod okna Ma­rie. Sta­ła przy wiel­kiej pal­mie i de­li­kat­nie gła­dzi­ła jej wą­skie li­ście. – Na­praw­dę pięk­na – zwró­ci­ła się do sy­no­wej. – Mu­sisz ko­niecz­nie po­wie­dzieć El­wi­rze, jak ją pie­lę­gno­wać. Już wy się tam naj­le­piej do­ga­da­cie…

El­wi­ra by­ła Po­lką, któ­ra dwa ra­zy w ty­go­dniu przy­cho­dzi­ła sprzą­tać i ro­bić za­ku­py.

– Nie prze­sa­dzaj, nie co dzień świę­tu­je się ta­ką rocz­ni­cę – za­pro­te­sto­wał Paul. – Na­pi­jesz się z na­mi, ko­cha­nie?

Ma­rie wy­dę­ła usta.

– Naj­wy­żej kap­kę co­in­tre­au z lo­dem, po­pro­szę – rze­kła, roz­sia­da­jąc się na obi­tej zło­tym plu­szem so­fie. – Bo­że, je­stem po­twor­nie zmę­czo­na. Ju­tro ra­no mam umó­wio­ne­go ma­sa­ży­stę, ale chy­ba nie wsta­nę przed dwu­na­stą. Mu­szę po­wie­dzieć El­wi­rze, że­by go od­wo­ła­ła. Po­za tym chcia­ła­bym spę­dzić tro­chę cza­su z sy­nem. – Po­pa­trzy­ła z czu­ło­ścią na Mar­ce­la, któ­ry za­ję­ty był prze­glą­da­niem ga­ze­ty. Na dźwięk jej słów pod­niósł gło­wę.

– Prze­pra­szam, ma­mo, ale ju­tro nie dam ra­dy – po­wie­dział, roz­kła­da­jąc rę­ce. – Bę­dę za­ję­ty ca­ły dzień. Za­pla­no­wa­łem so­bie ob­chód wszyst­kich księ­gar­ni, mu­szę uzu­peł­nić bi­blio­te­kę. Ostat­nio wy­szło kil­ka po­zy­cji, a ku­po­wa­nie przez in­ter­net to nie to sa­mo… Po­za tym mu­szę wpaść na wy­dział, obie­ca­łem Ju­lie­no­wi, że po­pro­wa­dzę wy­kład…

– No to mo­że week­end spę­dzi­my ra­zem? Mo­gli­by­śmy pójść do te­atru! Ta­ta ku­pi bi­le­ty! W tym dzi­kim kra­ju pew­nie nie by­wa się w ta­kich przy­byt­kach sztu­ki…

– Jak mo­żesz być ta­ką igno­rant­ką, ma­mo – obu­rzył się Cy­ryl.

– Ja­ką igno­rant­ką?! – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – O tym, że te­atr to sztu­ka, Ame­ry­ka­nie do­wie­dzie­li się do­pie­ro w dwu­dzie­stym wie­ku wraz z po­ja­wie­niem się mo­der­ni­zmu.

– A Eu­ge­ne O’Ne­ill?! – za­pe­rzył się Cy­ryl.

Ma­rie po­pa­trzy­ła na nie­go z po­bła­ża­niem i umo­czy­ła usta w kie­lisz­ku. Dys­kret­nie ob­li­za­ła war­gi i oświad­czy­ła:

– Wła­śnie o tym mó­wię. Ale za­nim w ogó­le mie­li oka­zję przy­zwy­cza­ić się do fak­tu, że do­bre­go dra­ma­tu nie mu­szą już im­por­to­wać z Eu­ro­py, bo ma­ją swo­je­go ge­niu­sza, przy­szła wiel­ka de­pre­sja lat trzy­dzie­stych, no i cóż…?

– Wte­dy wszy­scy my­śle­li o pie­nią­dzach, któ­rych nie mie­li, a rząd fe­de­ral­ny po­sta­no­wił wpro­wa­dzić ro­bo­ty pu­blicz­ne ja­ko spo­sób na oży­wie­nie go­spo­dar­ki – włą­czył się Mar­cel. – Jed­nym z pro­gra­mów w ra­mach tych ro­bót ogło­szo­nych przez Ro­osvel­ta był Fe­de­ral­ny Pro­gram Te­atral­ny, pierw­szy w dzie­jach przy­pa­dek, by rząd fe­de­ral­ny Sta­nów za­jął się sub­sy­dio­wa­niem sztu­ki, więc nie po­tę­piaj ich tak bar­dzo…

– Prze­cież do­brze wiesz, że nie cho­dzi­ło o sztu­kę, tyl­ko o za­po­bie­ga­nie roz­ru­chom z po­wo­du bez­ro­bo­cia…

– To nie ma zna­cze­nia. Waż­ne, że Kon­gres dał się prze­ko­nać, że war­to wy­dać pa­rę mi­lio­nów do­la­rów, by ar­ty­stom dać moż­li­wość pra­cy za mniej niż mi­ni­mal­ną pła­cę, a lu­dziom do­stęp do te­atru…

– …co i tak im nie po­mo­gło, bo wy­ży­ny sztu­ki, na któ­re się wspię­li, to za­le­d­wie mu­si­ca­le…

– A co jest złe­go w mu­si­ca­lach?! – obu­rzył się Cy­ryl ko­lej­ny raz. – A West Si­de Sto­ry? Al­bo La­dy Be Go­od, że nie wspo­mnę o Skrzyp­ku na da­chu! Prze­cież już kla­sy­cy wie­deń­scy do­ce­ni­li ten ro­dzaj spek­ta­klu mu­zycz­ne­go.

– Ach, mój dro­gi, do­brze wiesz, że nie in­te­re­su­je mnie ani Strauss, ani Of­fen­bach. Ta ich fry­wol­ność i na­pu­sze­nie…

– Ma­ma ko­cha wy­łącz­nie Eri­ka Sa­tie – ro­ze­śmiał się Paul, przy­sia­da­jąc ko­ło żo­ny i czu­le ota­cza­jąc ją ra­mie­niem.

– Bez pro­za­cu nie do prze­łknię­cia – mruk­nął Cy­ryl.

– Tyl­ko dla de­pre­syj­nej na­tu­ry, bra­cisz­ku.

Ta­ma­ra sie­dzia­ła w prze­past­nym fo­te­lu z lamp­ką wi­na w dło­ni i przy­słu­chi­wa­ła się roz­mo­wie. Nie wtrą­ca­ła się nie dla­te­go, że nie zna­ła się na te­atrze, tyl­ko nie chcia­ła pło­szyć at­mos­fe­ry. Wiel­ki, krysz­ta­ło­wy ży­ran­dol od­bi­jał cie­płe świa­tło z ko­min­ka i roz­no­sił je po su­fi­cie. Na me­ta­lo­wej eta­żer­ce sta­ły oka­za­łe, bia­łe i zie­lo­ne świe­ce, któ­rych blask mi­go­tli­wie peł­gał po ścia­nach. Lu­dzie ze­bra­ni w sa­lo­nie by­li so­bie bli­scy i mi­mo róż­ni­cy zdań na­sta­wie­ni do sie­bie życz­li­wie. Czu­ło się, że lu­bią swo­je to­wa­rzy­stwo.

Paul sie­dział bli­sko żo­ny i de­li­kat­nie, nie­mal od nie­chce­nia ba­wił się jej dło­nią; gła­dził pal­ce i ry­so­wał ob­wód­ki na pa­znok­ciach. Ma­rie, za­ję­ta roz­mo­wą z sy­na­mi, zda­wa­ła się te­go nie do­strze­gać, ale od cza­su do cza­su czu­le prze­jeż­dża­ła rę­ką po je­go wło­sach.

– Co trze­ba zro­bić, że­by po ty­lu la­tach wła­sne to­wa­rzy­stwo cią­gle spra­wia­ło ra­dość? – ode­zwa­ła się Ta­ma­ra znie­nac­ka. Na mo­ment za­pa­dła ci­sza. Cy­ryl ode­rwa­ny od za­chwa­la­nia uro­ków ope­ret­ki spoj­rzał na żo­nę zdzi­wio­ny.

– A co w tym dziw­ne­go? Jak lu­dzie się ko­cha­ją, to lu­bią być ra­zem.

– No tak, ale ła­two ko­chać mie­siąc po ślu­bie, rok, dwa, pięć. Ale po­tem? Ni­g­dy, Paul, nie mia­łeś wąt­pli­wo­ści? – za­py­ta­ła głu­pio, nie do­strze­ga­jąc zim­ne­go wzro­ku te­ścio­wej. – Ani ty, Ma­rie? – do­da­ła szyb­ko, kie­dy już go za­uwa­ży­ła.

– No cóż, mo­ja dro­ga – za­czę­ła Ma­rie z wy­żyn swo­ich czter­dzie­stu mał­żeń­skich lat – jak już czło­wiek raz wy­bie­rze, to jest oczy­wi­ste, że mu­si być wier­ny swo­im wy­bo­rom. Nie sztu­ka ucie­kać, kie­dy coś idzie nie tak…

– Ja ci zdra­dzę re­cep­tę na uda­ny zwią­zek – ro­ze­śmiał się Paul. – Trze­ba co­dzien­nie, dzień po dniu, ro­bić to sa­mo, co przed oł­ta­rzem w dniu ślu­bu: uśmie­chać się i przy­ta­ki­wać.

Do do­mu wra­ca­li w do­brych na­stro­jach. Ta­ma­ra lu­bi­ła wi­zy­ty u te­ściów; lu­bi­ła wy­grze­wać się w ich miesz­czań­skim, ro­dzin­nym cie­peł­ku. Przy­zwy­cza­iła się już do drob­nych dzi­wactw Ma­rie, do jej po­trze­by po­sia­da­nia słu­żą­cej, ku­char­ki i ma­sa­ży­sty, do nie­co kse­no­fo­bicz­nych po­glą­dów i do bez­wa­run­ko­wej, śle­pej mi­ło­ści do sy­nów. Przy­jem­ność spra­wiał jej ry­tu­ał co­nie­dziel­nych obia­dów, wy­my­śla­nych przez te­ścio­wą, a pie­czo­ło­wi­cie wy­ko­ny­wa­nych przez ku­char­kę. W tym ro­ku na­wet świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia spę­dzi­li ra­zem. Po raz pierw­szy nie po­je­cha­ła do Pol­ski…

– …to już chy­ba naj­wyż­szy czas. – Cy­ryl uśmiech­nął się i prze­pu­ścił ją w drzwiach. We­szli do miesz­ka­nia.

– Co mó­wi­łeś? – za­py­ta­ła peł­na po­czu­cia wi­ny, że przez ca­łą dro­gę w tak­sów­ce nie sły­sza­ła go, za­ję­ta swo­imi my­śla­mi.

– W ogó­le mnie nie słu­cha­łaś? – zdzi­wił się. – Od dwu­dzie­stu mi­nut usi­łu­ję ci po­wie­dzieć, że po­win­ni­śmy wresz­cie zde­cy­do­wać się na dziec­ko...

Po­pa­trzy­ła na nie­go, jak­by przed chwi­lą spadł z księ­ży­ca.

– I na­praw­dę uwa­żasz, że tak­sów­ka­rza mo­gło to za­in­te­re­so­wać?

– Bar­dziej niż cie­bie, jak wi­dzę – od­ciął się. Był lek­ko pod­chmie­lo­ny, a w ta­kich chwi­lach prze­waż­nie naj­pierw zbie­ra­ło mu się na sen­ty­men­ty, a po­tem ro­bił się co­raz bar­dziej nie­przy­jem­ny. Nie chcąc za­ogniać sy­tu­acji, rzu­ci­ła ugo­do­wo:

– Obo­je je­ste­śmy zmę­cze­ni, po­roz­ma­wia­my ju­tro…

– Ju­tro, ju­tro! Od mie­się­cy mó­wisz mi: ju­tro! Po­patrz w lu­stro! – krzyk­nął nie­co hi­ste­rycz­nie. – Nie ro­bisz się co­raz młod­sza. Kie­dy chcesz zo­stać mat­ką? Czy zda­jesz so­bie spra­wę, że im póź­niej, tym co­raz więk­sze ry­zy­ko? Ja chcę mieć nor­mal­ne dziec­ko, a nie ja­kie­goś… – za­bra­kło mu sło­wa. – Do­wna z wo­do­gło­wiem!

– Jak mo­żesz! – ob­ru­szy­ła się.

– A mo­gę! – roz­sier­dził się jesz­cze bar­dziej. – Moi ro­dzi­ce też nie są co­raz młod­si i chcie­li­by jesz­cze na­cie­szyć się wnu­ka­mi...

– Prze­cież ma­ją wnu­ki…

– Ale nie mo­je! – wrza­snął Cy­ryl.

Ta­ma­ra od po­cząt­ku sta­ra­ła się za­cho­wać spo­kój. Wie­dzia­ła, że rze­czo­wa roz­mo­wa z mę­żem, kie­dy jest w ta­kim sta­nie, nie wró­ży nic do­bre­go, więc po­sta­no­wi­ła nie dać się wcią­gnąć w awan­tu­rę. Nie­ste­ty, sa­ma rów­nież wy­pi­ła o jed­ną lamp­kę wi­na za du­żo i jej po­sta­no­wie­nia dia­bli wzię­li.

– Nie za­mie­rzam uro­dzić wnu­ka two­ich ro­dzi­ców, tyl­ko mo­je dziec­ko – syk­nę­ła. – I to wte­dy, kie­dy sa­ma uznam to za sto­sow­ne. Kie­dy bę­dę go­to­wa… – do­da­ła nie­co bar­dziej ugo­do­wo.

Cy­ryl przyj­rzał się jej po­dejrz­li­wie.

– Ty się bo­isz – stwier­dził od­kryw­czo. – Że ja, głu­pi, do­pie­ro te­raz na to wpa­dłem! Ty­le cza­su wci­skasz mi kit o tym, że po­win­ni­śmy na­cie­szyć się ży­ciem we dwo­je, że dziec­ko bę­dzie nas ogra­ni­czać, że wy­wró­ci nam wszyst­ko do gó­ry no­ga­mi; a ty się zwy­czaj­nie bo­isz! Nie wie­rzysz w to, że mo­żesz być do­brą mat­ką!

– Bzdu­ry ga­dasz! – żach­nę­ła się. Roz­pię­ła su­kien­kę i za­mie­rza­ła wejść do ła­zien­ki, że­by przy­go­to­wać so­bie ką­piel, ale Cy­ryl za­gro­dził jej dro­gę.

– Po­roz­ma­wiaj ze mną, do cho­le­ry! To do­ty­czy nie tyl­ko cie­bie! Od czte­rech lat ży­ję z to­bą i two­imi fo­bia­mi! Nie wy­cho­wa­łaś się w do­mu dziec­ka, wiesz, jak wy­glą­da nor­mal­na ro­dzi­na, na­wet je­śli nie mia­łaś oj­ca! Cho­le­ra! Prze­stań prze­sa­dzać! Nie je­steś po­rzu­co­ną trzy­na­sto­lat­ką ani tym bar­dziej je­dy­ną oso­bą na świe­cie, któ­ra nie po­tra­fi do­ga­dać się z wła­sną mat­ką! Wiel­ki mi dra­mat, że mie­wa­ła ko­chan­ków! I co z te­go? Wy­lu­zuj tro­chę i prze­stań wresz­cie ro­bić z sie­bie ofia­rę!

Ta­ma­ra po­czu­ła, jak ob­ręcz, któ­ra jesz­cze przed se­kun­dą ści­ska­ła jej gar­dło, za­czy­na prze­su­wać się w kie­run­ku gło­wy. Spoj­rza­ła na roz­sier­dzo­ne­go męż­czy­znę i na­gle za­pra­gnę­ła, że­by za­padł się pod zie­mię; na­tych­miast i na za­wsze. Że­by już wię­cej nie wła­ził ty­mi cięż­ki­mi bu­cio­ra­mi w de­li­kat­ne za­ka­mar­ki jej gło­wy i nie wy­ła­my­wał bru­tal­nie drzwi, któ­re z ta­kim tru­dem po­za­my­ka­ła…

– Chcę się wy­ką­pać – po­wie­dzia­ła ka­mien­nym gło­sem.

Wi­docz­nie mu­sia­ło być coś w jej spoj­rze­niu, bo Cy­ryl na­gle oklapł. Od­su­nął się od drzwi. Mi­nę­ła go bez sło­wa, we­szła do ła­zien­ki i prze­krę­ci­ła klucz w zam­ku.

Kie­dy sie­dzia­ła w pach­ną­cej pia­nie i po­ły­ka­ła łzy, kil­ka­krot­nie za­pu­kał, ale nie za­re­ago­wa­ła. Czu­ła się pod­le, mia­ła do nie­go ogrom­ny żal, ale z sa­me­go dna jej du­szy coś krzy­cza­ło, że sa­ma też nie jest w po­rząd­ku. Roz­ma­wia­li o dziec­ku wie­le ra­zy, ale ni­g­dy w ta­ki spo­sób. Oczy­wi­ście wie­dzia­ła, że to czę­ścio­wo przez al­ko­hol, ale w du­żej mie­rze rów­nież dla­te­go, że ostat­nio uni­ka­ła te­go te­ma­tu jak ognia. Im bar­dziej Cy­ryl na­ci­skał, tym bar­dziej się wy­co­fy­wa­ła. Chcia­ła mieć dzie­ci, ale… Sa­ma nie po­tra­fi­ła spre­cy­zo­wać, co kry­je się za owym „ale”: brak pew­no­ści, że to już po­ra, że to od­po­wied­ni czas, od­po­wied­ni męż­czy­zna, a mo­że zwy­czaj­ny strach? Ni­g­dy mu o tym nie mó­wi­ła, ale na­praw­dę ba­ła się, że nie bę­dzie umia­ła być do­brą mat­ką.

Wszy­scy od daw­na cze­ka­li na to dziec­ko: Cy­ryl, Paul, Ma­rie; na­wet ma­ma w żar­tach rzu­ci­ła kie­dyś uwa­gę, że czas nie jest sprzy­mie­rzeń­cem ko­biet, któ­re chcą mieć dzie­ci w nie­okre­ślo­nej bli­żej przy­szło­ści… Wszy­scy rów­nież do­kład­nie wie­dzie­li, ja­kie bę­dzie: pięk­ne, mą­dre, grzecz­ne i ko­cha­ne. Bę­dzie mieć na imię Paul, po dziad­ku, al­bo Ma­rian­na… Kie­dy skoń­czy trzy la­ta, pój­dzie do przed­szko­la i bę­dzie się uczyć jeź­dzić kon­no, bo wszy­scy w ro­dzi­nie Ra­sti­gnac upra­wia­ją jeź­dziec­two. Oczy­wi­ście w opie­ce bę­dzie po­ma­gać Ma­rie, bo trze­ba jej ja­koś wy­na­gro­dzić fakt, że dwój­ka wnu­cząt miesz­ka za oce­anem… Od ja­kie­goś cza­su na­wet mó­wio­no o nim Ju­nior. Funk­cjo­no­wał w świa­do­mo­ści ro­dzi­ny bez ma­ła jak jej peł­no­praw­ny czło­nek, ty­le że nie­na­ro­dzo­ny. Ba! Na­wet nie­po­czę­ty. Dziec­ko Mgli­stych Pla­nów…

Nie­kie­dy da­wa­ła się wcią­gać w ogól­no­ro­dzin­ny obłęd i za­wsze nie­odmien­nie do­cho­dzi­ła do wnio­sku, że naj­chęt­niej za­bra­ła­by Go da­le­ko stąd i przed­sta­wi­ła ro­dzi­nie do­pie­ro, kie­dy skoń­czy osiem­na­ście lat i bę­dzie w peł­ni ukształ­to­wa­nym, do­ro­słym czło­wie­kiem, któ­ry nie bę­dzie zmu­szo­ny speł­niać ni­czy­ich ocze­ki­wań i po­kła­da­nych w nim na­dziei…

Na­wet nie za­uwa­ży­ła, kie­dy wo­da zu­peł­nie wy­sty­gła. Wy­szła z wan­ny, szczę­ka­jąc zę­ba­mi. Cy­ryl już spał. Le­żał po swo­jej stro­nie lóż­ka, tu­ląc do sie­bie jej jaś­ka, bez któ­re­go nie umia­ła za­snąć. Na spodniach bor­do­wej pi­ża­my wy­raź­nie od­zna­cza­ły się sta­ran­nie za­pra­so­wa­ne kan­ty. Dwie pa­ry kap­ci, zgru­po­wa­ne w nie­na­gan­ny sze­reg, kar­nie tkwi­ły pod łóż­kiem. Roz­bro­jo­na, uśmiech­nę­ła się i po­czu­ła, że ca­ła złość gdzieś ule­cia­ła. Wes­tchnę­ła cięż­ko i wsu­nę­ła się, w miej­sce jaś­ka, w ra­mio­na śpią­ce­go. Cy­ryl mruk­nął przez sen i moc­no ją przy­tu­lił.

1 Dla chcą­ce­go nic trud­ne­go.

2Iśle­pej ku­rze tra­fi się ziarn­ko.

8 stycznia

– Okrop­ny by­łem? – za­py­tał ra­no ze skru­chą, ro­biąc przy tym za­baw­ną mi­nę skar­co­ne­go psa. – Mo­że ma­ma ma ra­cję, że z tym al­ko­ho­lem to, te­go…

– Nie za­sła­niaj się ma­mą, je­steś już du­żym chłop­cem.

– Prze­pra­szam, Ta­mi – po­wie­dział po­waż­nie. – Na­wet nie bar­dzo pa­mię­tam, co mó­wi­łem… Pew­nie nic mi­łe­go?

Ta­ma­ra sie­dzia­ła przy sto­le i prze­glą­da­ła wczo­raj­szą ga­ze­tę. Na pły­cie ape­tycz­nie za­bul­go­ta­ła ka­wiar­ka.

– Na­pi­jesz się ze mną? – za­py­ta­ła, wy­cią­ga­jąc fi­li­żan­kę. – Nie chcę do te­go wra­cać… Szy­ku­je mi się cięż­ki dzień. Kie­dy spa­łeś, dzwo­nił Ber­trand, że te dwie no­we chcą się zwol­nić. Po­dob­no za ma­ło im pła­cę… To już trze­ci raz w cią­gu ostat­nie­go pół­ro­cza. Skąd ja mam brać lu­dzi do pra­cy? Od wio­sny za­mie­rza­łam wy­dzier­ża­wić ten pa­wi­lon za kwia­ciar­nią, ale te­raz już nie wiem… Mo­że po­win­nam tro­chę przy­sto­po­wać… Mo­gła­bym dać im pod­wyż­kę, ale wte­dy mu­sia­ła­bym dać wszyst­kim, a jak wzro­sną kosz­ty, to już mi nie star­czy na in­we­sty­cję. Z dru­giej stro­ny, po­win­nam za­in­we­sto­wać, bo czu­ję, że prze­sta­je­my się roz­wi­jać. Wiesz, jak to jest: klien­ci wpraw­dzie przy­cho­dzą, ale sta­le ocze­ku­ją cze­goś no­we­go…

Cy­ryl do­lał so­bie mle­ka do ka­wy i prze­cie­ra­jąc oczy, się­gnął po cro­is­san­ta.

– Nie prze­sa­dzaj, przez ty­le lat wy­ro­bi­łaś so­bie mar­kę i masz sta­łych klien­tów. Na ob­ro­ty też nie mo­żesz na­rze­kać. Na two­im miej­scu po­cze­kał­bym z in­we­sty­cja­mi; ten rok nie­ste­ty nie za­po­wia­da się naj­le­piej. Roz­sąd­niej bę­dzie za­dbać o to, co masz, za­miast po­ry­wać się na nie­wia­do­me. Po co ci ten pa­wi­lon? Masz pro­ble­my z pra­cow­ni­ka­mi, a chcesz two­rzyć no­we sta­no­wi­ska… Co? – zdzi­wił się, bo Ta­ma­ra utkwi­ła w nim spoj­rze­nie peł­ne wy­rzu­tu.

– Czy ty mógł­byś choć raz mnie po pro­stu wy­słu­chać? Tak zwy­czaj­nie wy­słu­chać!

– Prze­cież słu­cham.

– Nie. Ty mi pró­bu­jesz roz­wią­zy­wać pro­ble­my. Czy ja się wtrą­cam do two­ich ru­pie­ci? Czy mó­wię ci, co masz ro­bić?

Cy­ryl po­pa­trzył zu­peł­nie osłu­pia­ły na roz­sier­dzo­ną żo­nę. Znał ją pięć lat, a jesz­cze cią­gle po­tra­fi­ła go za­sko­czyć.

– Prze­cież py­ta­łaś, co masz ro­bić!

– Wca­le nie, po pro­stu gło­śno my­śla­łam! A ty od ra­zu pod­su­wasz mi go­to­wy plan! „Tak bę­dzie roz­sąd­nie”, „to jest nie­roz­sąd­ne” – za­czę­ła go prze­drzeź­niać. – Ja tyl­ko chcia­łam, że­byś mnie tro­chę pod­niósł na du­chu, po­wie­dział, że wszyst­ko bę­dzie do­brze, że so­bie dam ra­dę…

– Wiesz co? – Cy­ryl w koń­cu się zde­ner­wo­wał. – Zu­peł­nie cię nie ro­zu­miem, ostat­nio za­cho­wu­jesz się ir­ra­cjo­nal­nie! Je­śli nie chcesz po­ra­dy, to po ja­ką cho­le­rę za­wra­casz mi gło­wę?! – krzyk­nął. W tej sa­mej chwi­li ko­mór­ka le­żą­ca na sto­le za­czę­ła ci­cho wi­bro­wać, zbli­ża­jąc się nie­bez­piecz­nie do kra­wę­dzi. Cy­ryl przyj­rzał się jej kry­tycz­nie.

– No, to już wiem, cze­mu wczo­raj nie sły­sza­łaś dzwon­ka. Trud­no usły­szeć coś, cze­go nie ma – rzu­cił kwa­śno i za­braw­szy fi­li­żan­kę, znik­nął w drzwiach po­ko­ju.

Zde­ner­wo­wa­na wci­snę­ła zie­lo­ną słu­chaw­kę.

– Pa­ni Ta­ma­ra Za­wi­stow­ska? – ode­zwał się po pol­sku ko­bie­cy głos.

– Ra­sti­gnac – po­pra­wi­ła od­ru­cho­wo, uświa­da­mia­jąc so­bie rów­no­cze­śnie, że daw­no nikt się tak do niej nie zwra­cał.

– Tak, oczy­wi­ście, prze­pra­szam. Na­zy­wam się We­ro­ni­ka Haj­duk. Nie wiem, czy pa­ni mnie ko­ja­rzy… Pra­cu­ję, a wła­ści­wie współ­pra­cu­ję z Mał­go­rza­tą…

– A, tak! – przy­po­mnia­ła so­bie Ta­ma­ra po krót­kiej chwi­li. Przed ocza­mi sta­nę­ła jej ele­ganc­ka, atrak­cyj­na ko­bie­ta ko­ło czter­dziest­ki, któ­rą kil­ka ra­zy spo­tka­ła przy­pad­kiem przy oka­zji wi­zyt w Po­zna­niu.

– Prze­pra­szam za te­le­fon o tak wcze­snej po­rze, ale chcia­łam za­py­tać, czy mia­ła mo­że pa­ni ostat­nio ja­kieś wie­ści od ma­my?

W gło­sie roz­mów­czy­ni Ta­ma­ra usły­sza­ła nu­tę nie­po­ko­ju.

– Czy coś się sta­ło? – od­po­wie­dzia­ła py­ta­niem.

– Nie… To zna­czy tak... Chy­ba tak – zde­cy­do­wa­ła wresz­cie We­ro­ni­ka. – Od dwóch ty­go­dni nie mo­gę się z nią skon­tak­to­wać. By­ły­śmy umó­wio­ne za­raz po świę­tach, tu, w Po­zna­niu; mia­ła przy­wieźć już osta­tecz­ną wer­sję książ­ki. Pod ko­niec stycz­nia mi­ja ter­min… Tro­chę się nie­po­ko­ję, bo nie od­bie­ra te­le­fo­nu. Na­gry­wa­łam się kil­ka ra­zy, ale cią­gle ci­sza… Wie pa­ni, to do niej nie­po­dob­ne. Pra­cu­je­my ra­zem już pra­wie dzie­sięć lat i jesz­cze się nie zda­rzy­ło, że­by na­wa­li­ła z ter­mi­nem. Wy­daw­ca też co­raz bar­dziej się de­ner­wu­je, nie przy­sła­ła ma­ila, nie te­le­fo­nu­je, w ogó­le się nie od­zy­wa. My­śla­łam na­wet, że­by po­je­chać do tych… Grzmo­tów, ale naj­pierw chcia­łam z pa­nią po­roz­ma­wiać. Czy ma­ma mo­że ostat­nio się z pa­nią kon­tak­to­wa­ła? Mó­wi­ła, że za­mie­rza wy­je­chać? Czy ja wiem, zro­bić so­bie wa­ka­cje?

– Nie…

– No to już nie wiem… – Ta­ma­ra nie­mal zo­ba­czy­ła, jak ko­bie­ta bez­rad­nie roz­kła­da rę­ce.– A mó­wi­łam, że z tej prze­pro­wadz­ki nie wy­nik­nie nic do­bre­go… W każ­dym ra­zie, gdy­by się do pa­ni ode­zwa­ła, pro­szę o te­le­fon. Chy­ba jed­nak w koń­cu bę­dę mu­sia­ła tam po­je­chać…

– Ja po­ja­dę – rzu­ci­ła Ta­ma­ra, za­nim zdą­ży­ła za­sta­no­wić się, co mó­wi.

– Na­praw­dę? – W gło­sie roz­mów­czy­ni za­brzmia­ło nie­do­wie­rza­nie. – Ale to kło­pot dla pa­ni…

– Prze­cież to mo­ja mat­ka – oświad­czy­ła krót­ko, nie wi­dząc po­wo­du, dla któ­re­go mia­ła­by wta­jem­ni­czać tę pra­wie ob­cą ko­bie­tę w ich po­gma­twa­ne, ro­dzin­ne sto­sun­ki, i nie zda­jąc so­bie jed­no­cze­śnie spra­wy, że We­ro­ni­ka by­ła wta­jem­ni­czo­na bar­dziej, niż mo­gło jej się wy­da­wać.

– W ta­kim ra­zie mo­że ze­chce pa­ni za­ha­czyć o Po­znań? Mam klu­cze do tam­te­go do­mu… Pew­nie nie bę­dą po­trzeb­ne – do­da­ła szyb­ko – ale na wszel­ki wy­pa­dek…

Usta­li­ły szcze­gó­ły i We­ro­ni­ka się roz­łą­czy­ła, obie­cu­jąc cze­kać na te­le­fon. Ta­ma­ra mia­ła wkrót­ce dać znać, kie­dy bę­dzie mo­gła przy­le­cieć. Przez gło­wę prze­mknę­ło jej py­ta­nie, skąd We­ro­ni­ka wie­dzia­ła, że ona nie ma klu­czy do do­mu wła­snej mat­ki…

Sie­dzia­ła przy ku­chen­nym sto­le, cią­gle trzy­ma­jąc te­le­fon w rę­ce, i usi­ło­wa­ła przy­po­mnieć so­bie, kie­dy ostat­ni raz roz­ma­wia­ła z Mał­go­rza­tą. Chy­ba kil­ka dni przed Wi­gi­lią, kie­dy za­dzwo­ni­ła, że­by zło­żyć ży­cze­nia… Ma­ma by­ła ja­kaś dziw­na: tro­chę no­stal­gicz­na i re­flek­syj­na, a tro­chę jak­by nie­spo­koj­na. Na­wet się spe­cjal­nie nie zmar­twi­ła, że zo­ba­czą się do­pie­ro wio­sną. Po­wie­dzia­ła, że mo­że to i do­brze, że w ta­kim ra­zie ona też nie po­je­dzie do Po­zna­nia, tyl­ko świę­ta spę­dzi w Grzmo­tach. Mó­wi­ła, że wszyst­ko się po­wo­li zmie­nia i wio­sną bę­dzie już go­to­wa, że­by o tym po­roz­ma­wiać. Ta­ma­ra tro­chę się za­nie­po­ko­iła i na­wet za­pro­po­no­wa­ła, że po­ja­wi się po świę­tach na kil­ka dni, ale Mał­go­rza­ta ka­te­go­rycz­nie za­bro­ni­ła jej przy­jeż­dżać do te­go mia­stecz­ka. Kie­dy pró­bo­wa­ła do­py­ty­wać się, co się sta­ło, usły­sza­ła, że nic waż­ne­go i że ich dom jest w Po­zna­niu, więc nie ma po­trze­by tłuc się po ja­kichś dziu­rach, choć­by by­ły nie wia­do­mo jak uro­cze. Po­tem, w No­wy Rok, Ta­ma­ra dzwo­ni­ła jesz­cze kil­ka ra­zy, ale te­le­fon Mał­go­rza­ty upar­cie mil­czał. Przez ja­kiś czas mia­ła żal, że na­wet nie od­dzwo­ni­ła, ale po­tem mach­nę­ła rę­ką, bo nie by­ło to w koń­cu nic no­we­go… Pew­nie wła­śnie wy­my­śla­ła eks­cy­tu­ją­ce za­koń­cze­nie i świat ze­wnętrz­ny, w tym tak­że wła­sna cór­ka, znik­nął jej z oczu. Nie­wie­le my­śląc, wy­stu­ka­ła nu­mer.

Przez ca­ły dzień w kwia­ciar­ni nie mo­gła się sku­pić. By­ła roz­ko­ja­rzo­na i roz­draż­nio­na. Bez po­wo­du zbesz­ta­ła Ber­tran­da, któ­ry od tej po­ry sta­rał się scho­dzić jej z dro­gi, a z ob­ra­żo­ny­mi eks­pe­dient­ka­mi nie chcia­ła na­wet roz­ma­wiać. Po­in­for­mo­wa­ła je su­cho, że ma­ją się zgło­sić do księ­go­we­go, któ­ry przy­go­to­wał już dla nich sto­sow­ne do­ku­men­ty. Chcąc, nie chcąc, mu­sia­ła sa­ma sta­nąć za la­dą. Wbrew przy­pusz­cze­niom do­brze jej to zro­bi­ło. Scho­wa­ła pry­wat­ne nie­po­ko­je i hu­mo­ry do kie­sze­ni i sku­pi­ła się na klien­tach. Po­za tym pra­ca z kwia­ta­mi za­wsze przy­no­si­ła uko­je­nie. Cza­sem wy­star­czał je­den rzut oka na bla­dy róż tu­li­pa­nów al­bo cie­płą czer­wień pe­onii i od ra­zu świat wy­da­wał się przy­jem­niej­szym miej­scem.

– Nie wiem, jak po­ra­dzi­my so­bie we trój­kę – gde­rał Ber­trand, nie­wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny męż­czy­zna o du­szy anio­ła, od nie­daw­na szczę­śli­wie za­ko­cha­ny w pew­nym przy­stoj­nym ku­cha­rzu. – Ostat­nio na­rze­ka­łaś, że wca­le stąd nie wy­cho­dzisz… Na so­bo­tę ma­my dwa­dzie­ścia za­mó­wień… Już te­raz je­steś jak osa…

– Prze­pra­szam, nie gnie­waj się. Coś wy­my­śli­my… Chodź, za­pra­szam cię na ka­wę…

Męż­czy­zna po­pa­trzył na nią z po­wąt­pie­wa­niem i po­krę­cił gło­wą.

– Dzię­ku­ję, wy­pi­łem ra­no z Pa­tric­kiem.

– To wy­pi­jesz dru­gą. Elo­die przez chwi­lę po­ra­dzi so­bie sa­ma – uśmiech­nę­ła się do sym­pa­tycz­nej, krót­ko­wło­sej bru­net­ki w zie­lo­nym, gu­stow­nym far­tusz­ku. – Dwa­dzie­ścia mi­nut, co?

– Ja­sne, nie ma spra­wy. – Elo­die od­wza­jem­ni­ła uśmiech. – O tej po­rze i tak ni­ko­go nie ma.

Za­rów­no Elo­die, jak i Ber­trand by­li z nią od po­cząt­ku, kie­dy jesz­cze ca­ły jej ma­ją­tek sta­no­wi­ła ma­ła, bla­sza­na bu­da na tar­go­wi­sku przy Pla­ce des Ter­nes. Za­ra­bia­li nie­wie­le i każ­de­go dnia oba­wia­ła się, że w koń­cu po­dzię­ku­ją jej za współ­pra­cę. Sa­ma nie da­ła­by so­bie ra­dy, bo plac tar­go­wy czyn­ny był przez ca­łą do­bę i dzier­żaw­cy rów­nież by­li zmu­sze­ni do prze­strze­ga­nia tej za­sa­dy. Na szczę­ście zo­sta­li, i po­tem, kie­dy stać już ją by­ło na wiel­ką, sło­necz­ną kwia­ciar­nię w dro­giej dziel­ni­cy, nie wy­obra­ża­ła so­bie, że mo­gło­by ich za­brak­nąć.

Za­rzu­ci­li płasz­cze na ra­mio­na i prze­bie­gli na dru­gą stro­nę uli­cy, gdzie mie­ści­ła się ma­ła, przy­tul­na ka­fej­ka.

– Chcia­łam z to­bą po­roz­ma­wiać – za­czę­ła Ta­ma­ra bez wiel­kich wstę­pów. – Wiem, że to nie naj­lep­szy mo­ment, ale mu­szę po­je­chać do Pol­ski… Sy­tu­acja awa­ryj­na.

Ber­trand pod­niósł na nią zdzi­wio­ne spoj­rze­nie znad wiel­kie­go, pa­ru­ją­ce­go kub­ka ka­wy.

– Te­raz? Kie­dy per­so­nel nam się wy­kru­sza?!

– Prze­cież mó­wię, że sy­tu­acja awa­ryj­na. Mo­ja mat­ka się nie od­zy­wa…

Do­strze­gła błysk współ­czu­cia w je­go oczach.

– Za­cho­ro­wa­ła – do­my­ślił się.

– Nie… Dla­cze­go?

– No, jak to? Mó­wisz, że się nie od­zy­wa… Coś z gar­dłem?

Po­pa­trzy­ła na nie­go skon­ster­no­wa­na, ale po chwi­li trzep­nę­ła się otwar­tą dło­nią w czo­ło. Kel­ner­ka, któ­ra aku­rat prze­cho­dzi­ła obok ich sto­li­ka, za­trzy­ma­ła się zdez­o­rien­to­wa­na.

– Nic, nic – uspo­ko­ił ją Ber­trand. – Ta pa­ni tak ma…

– Cho­le­ra, mój fran­cu­ski jed­nak cią­gle jest do ba­ni. Nie od­zy­wa się, nie da­je zna­ku ży­cia, nie wia­do­mo, co się z nią dzie­je – wy­tłu­ma­czy­ła. – Rok te­mu prze­pro­wa­dzi­ła się do ja­kiejś dziu­ry na Po­mo­rzu i mu­szę te­raz tam po­je­chać. Bo­ję się, że chcia­ła uciec od wiel­kie­go mia­sta, od zgieł­ku, od lu­dzi, że­by w spo­ko­ju po­pra­co­wać nad no­wą książ­ką i zła­pa­ła ja­kie­goś do­ła. Nie ro­zu­miem tyl­ko, dla­cze­go do mnie też się nie od­zy­wa? Fakt, nie je­ste­śmy ze so­bą szcze­gól­nie bli­sko, ale jed­nak je­stem jej cór­ką – po­wie­dzia­ła z ura­zą. – Prze­pra­szam, nie po­win­nam obar­czać cię swo­imi pro­ble­ma­mi – zre­flek­to­wa­ła się.

– Od te­go ma się przy­ja­ciół – uśmiech­nął się Ber­trand. – Nic się nie martw, jedź i nie przej­muj się in­te­re­sem. Za­po­mnia­łem ci po­wie­dzieć – do­dał po chwi­li na­my­słu – że w ze­szłym ty­go­dniu przy­szły dwie Po­lki, któ­re gdzieś się do­wie­dzia­ły, że wła­ści­ciel­ką kwia­ciar­ni też jest Po­lka, i li­czy­ły na to, że do­sta­ną pra­cę. Wi­dzia­łem ich pa­pie­ry, oby­dwie ma­ją ukoń­czo­ne kur­sy flo­ry­stycz­ne, z tym, że jed­na sła­bo mó­wi po fran­cu­sku. Ale ogól­nie wy­war­ły na mnie do­bre wra­że­nie. – Męż­czy­zna zro­bił mi­nę nie­wi­niąt­ka.

– Ty po­two­rze! – za­wo­ła­ła Ta­ma­ra. – Dla­cze­go mi nie po­wie­dzia­łeś od ra­zu!?

– Bo by­łaś nie­mi­ła. Ra­no za­dzwo­ni­łem i ka­za­łem im przyjść o pięt­na­stej.

Na szczę­ście oby­dwie dziew­czy­ny oka­za­ły się kon­tak­to­we i bez­po­śred­nie. Zo­sta­ły od rę­ki prze­te­sto­wa­ne: jed­na mu­sia­ła ob­słu­żyć sta­łą klient­kę: star­szą pa­nią Char­pen­tier, któ­ra by­ła nad­zwy­czaj mi­ła i nad­zwy­czaj ka­pry­śna; dru­giej zaś po­wie­rzo­no wy­ko­na­nie efek­tow­ne­go bu­kie­tu z tra­wy i bia­łych róż. Oby­dwie po­ra­dzi­ły so­bie śpie­wa­ją­co: pa­ni Char­pen­tier by­ła usa­tys­fak­cjo­no­wa­na, a wią­zan­ka sprze­da­ła się „na pniu”, wzbu­dza­jąc za­chwyt pew­nej ele­ganc­kiej, mło­dej ko­bie­ty, któ­ra na ko­lej­ny wto­rek za­mó­wi­ła czte­ry po­dob­ne. Uspo­ko­jo­na Ta­ma­ra za­bu­ko­wa­ła bi­let do Po­zna­nia na czwar­tek i za­wia­do­mi­ła We­ro­ni­kę. Cze­ka­ła ją jesz­cze roz­mo­wa z Cy­ry­lem.

– Mu­szę je­chać. Ma­ma od dwóch ty­go­dni nie da­je zna­ku ży­cia; nie od­bie­ra te­le­fo­nów, nie kon­tak­tu­je się z wy­daw­nic­twem, z ni­kim... W ogó­le nie wia­do­mo, co się z nią dzie­je.

– A od kie­dy ty je­steś ta­ką tro­skli­wą cór­ką? Prze­pra­szam – po­pra­wił się Cy­ryl. – Oczy­wi­ście, jedź. Szko­da tyl­ko, że nie przy­szło ci do gło­wy, że mógł­bym po­je­chać z to­bą…

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Przy­szło, wy­obraź so­bie. Ale do­szłam do wnio­sku, że le­piej bę­dzie, jak po­ja­dę sa­ma. Nie wiem, jak dłu­go to po­trwa…

– Co to zna­czy?

– Naj­pierw zaj­rzę do Po­zna­nia, ale po­tem mu­szę je­chać gdzieś na Po­mo­rze. Nie mam zie­lo­ne­go po­ję­cia, jak się tam do­stać. Chy­ba bę­dę mu­sia­ła wy­po­ży­czyć ja­kiś sa­mo­chód…

– To mo­że jed­nak po­ja­dę?

– Nie ma sen­su. Po­za tym… – za­wie­si­ła głos, za­sta­na­wia­jąc się, czy po­win­na to po­wie­dzieć. – Mam wra­że­nie, że krót­ka roz­łą­ka do­brze nam zro­bi.

Cy­ryl ode­rwał wzrok od książ­ki, któ­rą kart­ko­wał bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia.

– Nie patrz tak. – Męż­nie znio­sła peł­ne nie­me­go wy­rzu­tu spoj­rze­nie. – Sam wiesz, że ostat­nio jest mię­dzy na­mi ja­koś… – za­cię­ła się. – Nie wiem na­wet, jak to na­zwać. W każ­dym ra­zie obo­je ostat­ni­mi cza­sy ży­je­my w ja­kimś dziw­nym na­pię­ciu, by­le co wy­wo­łu­je awan­tu­ry, kłót­nie… Je­stem już tym po­twor­nie zmę­czo­na…

– To nie mo­ja wi­na! – prze­rwał jej gwał­tow­nie. – To ty zro­bi­łaś się draż­li­wa, nic ci już po­wie­dzieć nie moż­na, bo o wszyst­ko się ob­ra­żasz. Ostat­nio ła­pię się na tym, że się pięć mi­nut za­sta­na­wiam, za­nim w ogó­le usta otwo­rzę.

– Mo­że po­wi­nie­neś dzie­sięć, to wte­dy nie był­byś ta­ki nie­mi­ły… – za­czę­ła. – O Bo­że, daj­my spo­kój – zre­flek­to­wa­ła się. – Wi­dzisz, wła­śnie o tym mó­wię. Wy­star­czy by­le głup­stwo i już ska­cze­my so­bie do oczu.

– Ja nie ska­czę – ob­ra­ził się Cy­ryl.

– Pro­szę…

– Nie ocze­kuj, że bę­dę spo­koj­ny, kie­dy wła­sna żo­na oświad­cza mi, że chce ode mnie od­po­cząć! – za­czął się zno­wu żo­łąd­ko­wać. – Co to za me­to­da? Jak jest pro­blem, to trze­ba o nim roz­ma­wiać, a nie ucie­kać. My­ślisz, że jak wy­je­dziesz, to na­sze sto­sun­ki się po­pra­wią? – za­kpił. – I co? Ma­my być mał­żeń­stwem na od­le­głość? Seks przez in­ter­net, a kwia­ty przez ku­rie­ra? No wiesz – do­dał kon­fi­den­cjo­nal­nie – mo­że cho­ciaż czę­sto­tli­wość się zwięk­szy…

– Kwia­tów czy sek­su? – za­py­ta­ła ja­do­wi­cie, bo już za­czął ją wy­pro­wa­dzać z rów­no­wa­gi. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech i po­li­czy­ła w my­ślach do dzie­się­ciu. – Ko­cha­nie, pro­szę, nie kłóć­my się…

– Kto się kłó­ci? – Naj­wy­raź­niej był dziś w bo­jo­wym na­stro­ju. – Czy to ta­kie dziw­ne, że seks raz w mie­sią­cu wy­da­je mi się lek­ka prze­sa­dą? Je­stem nor­mal­nym fa­ce­tem…

– Ty! Ty! Ty! – wy­buch­nę­ła w koń­cu. – Mó­wię ci, że mo­ja mat­ka za­gi­nę­ła, a ty chcesz roz­ma­wiać o sek­sie! Idź do dia­bła! – Chwy­ci­ła płaszcz i tak, jak sta­ła, wy­bie­gła na uli­cę.

Przez go­dzi­nę cho­dzi­ła bez ce­lu. Snu­ła się po wą­skich, pu­stych o tej po­rze ulicz­kach i za­glą­da­ła lu­dziom w okna, ża­łu­jąc, że nie jest w Da­nii, gdzie ucho­wał się sta­ry zwy­czaj nie­uży­wa­nia fi­ra­nek ani za­słon. Po­zo­sta­łość z cza­sów, gdy mę­żo­wie wy­pły­wa­li w mo­rze i są­sie­dzi mu­sie­li mieć ba­cze­nie, czy sło­mia­na wdo­wa do­brze się pro­wa­dzi. We Fran­cji lu­dzie szczel­nie od­gra­dza­li się od prze­chod­niów, nie przej­mu­jąc się re­pu­ta­cją. Naj­bar­dziej po­pu­lar­ne by­ły drew­nia­ne okien­ni­ce al­bo nie­prze­pusz­cza­ją­ce świa­tła ro­le­ty. Gdzie­nie­gdzie okna wciąż by­ły przy­stro­jo­ne ga­łąz­ka­mi jo­dły lub świer­ka, z wple­cio­ny­mi ko­lo­ro­wy­mi świa­teł­ka­mi, uni­wer­sal­nym i bez­piecz­nym sym­bo­lem świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia.

Upływ cza­su uświa­do­mi­ła so­bie do­pie­ro, kie­dy zmar­z­ła. Te­go­rocz­ny sty­czeń na­wet tu, w tym cie­płym na ogół kra­ju, oka­zał się wy­jąt­ko­wo mroź­ny; za­czął sy­pać śnieg, a ona, wy­bie­ga­jąc w po­śpie­chu, nie za­bra­ła czap­ki ani rę­ka­wic. Wes­tchnę­ła i za­wró­ci­ła, my­śląc po­nu­ro, że ła­two jest w chwi­li wzbu­rze­nia trza­snąć drzwia­mi, jed­nak trud­no i nie­zręcz­nie się po­tem wra­ca. Kie­dy opa­da­ją emo­cje, czło­wie­ko­wi zwy­kle wy­da­je się, że za­cho­wał się jak ostat­ni osioł… Co po­win­na zro­bić? Prze­pro­sić? A mo­że wejść bez sło­wa wy­ja­śnie­nia i uda­wać, że nic się nie sta­ło? A mo­że w ogó­le nie po­win­na wra­cać…

Szła za­my­ślo­na, ze spusz­czo­ną gło­wą, usi­łu­jąc choć tro­chę za­sło­nić się od wia­tru. Wiel­ką, czar­ną fur­go­net­kę zo­ba­czy­ła do­pie­ro, kie­dy ta za­trzy­ma­ła się tuż za nią. Przy­sta­nę­ła, usi­łu­jąc do­strzec coś w śnież­nej za­wiei. Przez dłuż­szą chwi­lę nic się nie dzia­ło: sa­mo­chód po pro­stu stał z włą­czo­ny­mi świa­tła­mi na pu­stej uli­cy. Po­czu­ła się tro­chę nie­pew­nie, bo w za­się­gu wzro­ku nie by­ło wi­dać ży­wej du­szy, i przy­spie­szy­ła kro­ku. Zdy­sza­na, zer­k­nę­ła przez ra­mię i z prze­ra­że­niem od­kry­ła, że ko­los cią­gle jest tuż za nią. Je­chał po­wo­li, do­sto­so­wu­jąc pręd­kość do jej kro­ków. Spa­ni­ko­wa­na za­czę­ła w koń­cu biec, w du­chu prze­kli­na­jąc wy­so­kie, nie­sta­bil­ne ob­ca­sy. Kie­dy już by­ła zde­cy­do­wa­na wejść w któ­rą­kol­wiek bra­mę, sa­mo­chód za­trą­bił i za­czął mru­gać świa­tła­mi. Przy­sta­nę­ła na chwi­lę, nie­co zdez­o­rien­to­wa­na, gdyż z dzia­łal­no­ścią po­ry­wa­czy – bar­dziej ko­ja­rzy­ły jej się dys­kret­ne po­czy­na­nia niż ob­wiesz­cza­nie po­ło­wie Pa­ry­ża, że wła­śnie za­mie­rza się do­ko­nać gang­ster­skie­go wy­czy­nu. Po krót­kiej chwi­li wa­ha­nia do­szła jed­nak do wnio­sku, że na­wet je­śli tra­fi­ła na po­ry­wa­czy o nie­ty­po­wych spo­so­bach dzia­ła­nia, nie za­mie­rza dać się po­rwać. Ostat­nio w pra­sie uka­za­ło się kil­ka in­for­ma­cji o gan­gu, któ­ry dla oku­pu, w bia­ły dzień, po­ry­wał ofia­ry z ulic peł­nych lu­dzi. Jed­ne­go męż­czy­znę wy­ło­wio­no po­tem z Se­kwa­ny, bo oka­za­ło się, że je­go żo­na nie uwie­rzy­ła w po­rwa­nie, po­dej­rze­wa­jąc, że w ten spo­sób za­mie­rza wy­łu­dzić od niej pie­nią­dze. De­li­kwent miał pe­cha, gdyż dwa dni wcze­śniej na­kry­ła go z ko­chan­ką.

Nie­wie­le my­śląc, skrę­ci­ła w naj­bliż­szą bra­mę i scho­wa­ła się za fi­la­rem. Ża­rów­ka nad drzwia­mi by­ła naj­wi­docz­niej prze­pa­lo­na, bo do­oko­ła pa­no­wał pół­mrok, roz­świe­tla­ny sła­bą po­świa­tą z po­bli­skich okien. Kie­dy tak sta­ła, pró­bu­jąc uspo­ko­ić od­dech, ktoś znie­nac­ka moc­no ści­snął ją za ra­mię…

– Prze­pra­szam – po­wta­rzał skru­szo­ny Mar­cel po raz osiem­na­sty. – Do gło­wy mi nie przy­szło, że ty ucie­kasz! My­śla­łem, że mnie nie wi­dzisz…

Ta­ma­ra sie­dzia­ła w wiel­kiej, czar­nej fur­go­net­ce i usi­ło­wa­ła za­pa­no­wać nad ser­cem, któ­re od kil­ku mi­nut nie chcia­ło się uspo­ko­ić i bi­ło jak osza­la­łe. Czu­ła je w gar­dle i, nie wia­do­mo dla­cze­go, w pra­wej no­dze.

– Nic nie mów – po­pro­si­ła sła­bo.

– Zo­ba­czy­łem, jak idziesz sku­lo­na, i chcia­łem cię pod­wieźć. Aku­rat do was je­cha­łem… Umó­wi­łem się z Cy­ry­lem, że…

– Nie mów nic przez pięć mi­nut!

Męż­czy­zna po­tul­nie za­milkł i w sa­mo­cho­dzie za­pa­no­wa­ła ci­sza, prze­ry­wa­na je­dy­nie mia­ro­wym kli­ka­niem awa­ryj­nych świa­teł. Po kil­ku chwi­lach, kie­dy ser­ce Ta­ma­ry wró­ci­ło w oko­li­ce most­ka, ode­zwa­ła się z wy­rzu­tem:

– Ty chy­ba osza­la­łeś! Cza­isz się za mną na pu­stej uli­cy! I to po tych ar­ty­ku­łach! By­łam prze­ko­na­na, że już po mnie!

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzył po raz ko­lej­ny. – Nie wiem, o czym mó­wisz, ale fak­tycz­nie za­cho­wa­łem się jak pa­lant. – Po­chy­lił się nad nią i po­gła­skał po wło­sach. – Już do­brze? – za­py­tał z tro­ską.

– Tak… Od­wieź mnie do do­mu.

Ca­ły wie­czór pró­bo­wa­ła dojść do sie­bie. Ser­ce wpraw­dzie się uspo­ko­iło, ale w środ­ku cią­gle by­ła roz­dy­go­ta­na. Jed­nak to nie­for­tun­ne zda­rze­nie mia­ło rów­nież swo­je do­bre stro­ny: w nie­pa­mięć ode­szła nie­daw­na kłót­nia i obaj bra­cia, na wy­ści­gi, za­ję­li się sta­wia­niem jej do pio­nu. Mar­cel zro­bił jej so­lid­ne­go drin­ka, a Cy­ryl przy­tu­lił moc­no i szep­nął do ucha: – Prze­pra­szam za te­go kre­ty­na…

12 stycznia

Sa­mo­lot wy­lą­do­wał na po­znań­skiej Ła­wi­cy opóź­nio­ny za­le­d­wie o pół go­dzi­ny, co przy ta­kiej po­go­dzie by­ło nie la­da wy­czy­nem. Kie­dy ko­ła do­ty­ka­ły pły­ty spoj­rza­ła przez ma­łe okien­ko i nie do­strze­gła nic oprócz bez­kre­snej bie­li, roz­świe­tlo­nej, dla uroz­ma­ice­nia po­ma­rań­czo­wy­mi, za­mglo­ny­mi świa­tła­mi od­le­głe­go bu­dyn­ku lot­ni­ska. Kie­dy sa­mo­lot za­koń­czył ko­ło­wa­nie i wiel­kie sil­ni­ki wresz­cie uci­chły, da­ło się w za­mian sły­szeć prze­raź­li­we wy­cie wia­tru.

Ta­ma­ra wy­szła na ze­wnątrz i pra­wie za­bra­kło jej tchu, bo wiatr wła­śnie przy­pu­ścił ko­lej­ny, wście­kły atak, po­ry­wa­jąc ka­pe­lusz z gło­wy męż­czy­zny, któ­ry stał przed nią. Na mo­ment zro­bi­ło się za­mie­sza­nie; męż­czy­zna w po­go­ni za zgu­bą rzu­cił się w przód, stra­cił rów­no­wa­gę i gdy­by nie tłum, któ­ry kłę­bił się przed nim, naj­pew­niej spadł­by ze scho­dów. Na szczę­ście ja­kaś przy­tom­na, kor­pu­lent­na ko­bie­ta przy­trzy­ma­ła go za ra­mię.

– Pa­nie, ko­lej­ka jest! Gdzie się pan pchasz!? Tak pa­nu spiesz­no na zie­mię? Bo­isz się pan, że wy­star­tu­je, za­nim wy­sią­dzie­my? – za­wo­ła­ła ze zło­ścią, usi­łu­jąc prze­krzy­czeć od­gło­sy wi­chu­ry. Ta­ma­ra ze swo­je­go miej­sca do­strze­gła nie­szczę­sny ka­pe­lusz, uno­szo­ny jak piór­ko przez osza­la­ły ży­wioł, jed­nak po chwi­li stra­ci­ła go z oczu. Cho­wa­jąc twarz w sza­lik i ku­ląc się w pół, z ulgą we­szła do ha­li przy­lo­tów.

– No, wresz­cie pa­ni jest! – wy­krzyk­nę­ła z ulgą na jej wi­dok wy­so­ka blon­dyn­ka w dłu­gim płasz­czu i bez­ce­re­mo­nial­nie wzię­ła ją w ra­mio­na. – Prze­pra­szam – zre­flek­to­wa­ła się po chwi­li i od­su­nę­ła pa­rę kro­ków do ty­łu. – We­ro­ni­ka Haj­duk – przed­sta­wi­ła się i tym ra­zem wy­cią­gnę­ła rę­kę. Ta­ma­ra po­da­ła swo­ją.

– Tak, pa­mię­tam…

– Prze­pra­szam, że re­agu­ję tak ży­wio­ło­wo, ale wie pa­ni, po­twor­nie bo­ję się la­tać. Ten strach jest tak po­tęż­ny, że na­wet jak się ni­g­dzie nie wy­bie­ram, i tak na lot­ni­sku czu­ję się nie­swo­jo… A te­raz do­dat­ko­wo ba­łam się o pa­nią. Ta­ka po­go­da!

– Nie by­ło naj­go­rzej. Tro­chę rzu­ca­ło…

– Tro­chę rzu­ca­ło!? – po­wtó­rzy­ła ze zgro­zą We­ro­ni­ka. – Mat­ko świę­ta! Mó­wi pa­ni o tym tak bez­tro­sko…

– Bo to nic ta­kie­go. Czy ma­ma się od­zy­wa­ła?

We­ro­ni­ka w jed­nej chwi­li z roz­tar­gnio­nej i emo­cjo­nal­nej ko­bie­ty za­mie­ni­ła się w pro­fe­sjo­na­list­kę.

– Nie, nie­ste­ty… Uda­ło mi się zdo­być nu­mer te­le­fo­nu mał­żeń­stwa, któ­re miesz­ka w są­sied­nim do­mu, ale też nie od­bie­ra­ją. Przez chwi­lę na­wet my­śla­łam, że­by za­dzwo­nić na tam­tej­szy ko­mi­sa­riat po­li­cji i spró­bo­wać ich wy­py­tać ja­koś dys­kret­nie. W koń­cu te Grzmo­ty ma­ją tyl­ko kil­ka ty­się­cy miesz­kań­ców, spraw­dza­łam, a Mał­go­rza­ta jest zna­ną pi­sar­ką… Ale po na­my­śle do­szłam do wnio­sku, że le­piej nie wzbu­dzać sen­sa­cji. Za­raz do­wie­dzą się me­dia i bę­dzie­my mieć ta­bun dzien­ni­ka­rzy na gło­wie, a to ostat­nia rzecz, ja­kiej nam te­raz po­trze­ba.

Prze­bi­ja­ły się przez za­kor­ko­wa­ną o tej po­rze Bu­kow­ską. We­ro­ni­ka pro­wa­dzi­ła pew­nie i na­wet do­syć agre­syw­nie, ale nie­spe­cjal­nie przej­mo­wa­ła się wszech­obec­ny­mi dziu­ra­mi, któ­re ma­so­wo cza­iły się pod roz­jeż­dżo­nym śnie­giem. Ma­łą, roz­kle­ko­ta­ną fie­stą rzu­ca­ło na wszyst­kie stro­ny i Ta­ma­ra raz na­wet przy­gry­zła so­bie bo­le­śnie ję­zyk, kie­dy pró­bo­wa­ła coś po­wie­dzieć. Za­mil­kła więc i po­sta­no­wi­ła za­cze­kać z py­ta­nia­mi do koń­ca po­dró­ży. Na szczę­ście nie je­cha­ły da­le­ko; We­ro­ni­ka miesz­ka­ła w jed­nej ze sta­rych ka­mie­nic przy Jac­kow­skie­go.

– Oczy­wi­ście je­dzie­my do mnie – oświad­czy­ła zde­cy­do­wa­nym to­nem, kie­dy skrę­ci­ły w Waw­rzy­nia­ka. – Zro­bię ko­la­cję i spo­koj­nie po­roz­ma­wia­my.

Za­nim Ta­ma­ra zdą­ży­ła za­pro­te­sto­wać, sa­mo­chód wje­chał jed­nym ko­łem na chod­nik i za­trzy­mał się.

– Nie­ste­ty – oświad­czył We­ro­ni­ka, ob­rzu­ca­jąc go kry­tycz­nym spoj­rze­niem – o tej po­rze zna­le­zie­nie miej­sca na par­kin­gu gra­ni­czy z cu­dem. Tak nam na­ród ob­rósł w do­bro­byt…

Po go­dzi­nie sie­dzia­ły obie nad pa­ru­ją­cym kar­to­nem piz­zy. Ta­ma­ra nie mia­ła ape­ty­tu; zja­dła ka­wa­łek i po­dzię­ko­wa­ła. We­ro­ni­ka by­ła nie­po­cie­szo­na i peł­na wy­rzu­tów su­mie­nia.

– Prze­pra­szam za tę piz­zę, ale za­po­mnia­łam, że mam pu­stą lo­dów­kę. W wy­daw­nic­twie od po­cząt­ku ro­ku jest ta­ki młyn, że na­wet nie star­cza mi cza­su na za­ku­py. Za to mam wi­no! – przy­po­mnia­ła so­bie i przy­nio­sła z kuch­ni dwa kie­lisz­ki.