Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego ebook

Łukasz Orbitowski  

4 (5)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 331 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego - Łukasz Orbitowski

Co łączy muzykę metalową, gry komputerowe, podróże, doświadczenie ojcostwa i świadomość tragizmu bycia w świecie? Literatura na najwyższym poziomie - i postać Łukasza Orbitowskiego.

"Rzeczy utracone" to zbiór wpisów z poczytnego internetowego bloga pisarza, mocno zabarwionych codziennością, osobistym doświadczeniem i obserwacją dnia codziennego. Felietony Orbitowskiego momentami są piekielnie dowcipne, momentami niebiańsko krzepiące, zawsze melancholijnie mądre i napisane lekko i ze swadą. Jeśli kiedyś zastanawialiście się, czy w Internecie można pisać na najwyższym literackim poziomie, ta książka udzieli Wam na to odpowiedzi.

Łukasz Orbitowski - urodził się w 1977 roku w Krakowie. W 2002 roku ukończył filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Debiutował na łamach miesięcznika "Science Fiction". Poza wieloma opowiadaniami napisał mnóstwo felietonów (w tym dla „Przekroju” i „Gazety Wyborczej”) i 13 książek. Był nominowany do prestiżowych nagród: Nagrody Literackiej Gdynia oraz Literackiej Nagrody "Nike". Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "Młoda Polska" 2012 oraz Paszportu "Polityki" 2016. Prowadzi program "Dezerterzy" na antenie TVP Kultura.

Opinie o ebooku Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego - Łukasz Orbitowski

Fragment ebooka Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego - Łukasz Orbitowski

Redakcja: MICHAŁ CETNAROWSKI
Korekta: MARTA BERŁOWSKA, DOROTA ROŻEK
Projekt okładki i makiety, skład i łamanie: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl
Zdjęcia: WOJCIECH OLSZANKA
Redaktor prowadzący: DOROTA ROŻEK
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2017 Text © copyright by Łukasz Orbitowski 2017
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-65456-80-9
WydawcaWydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa e-mail:handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

WSTĘP

Dziesięć lat temu zacząłem pisać bloga. Wydawało mi się, że każdy pisarz ma bloga. Dziś jestem jednym z nielicznych pisarzy, którzy jeszcze bloga posiadają.

Na początku chciałem tam promować własną twórczość. Szybko zorientowałem się, że blog niezbyt nadaje się do tego zadania, a ja nie jestem w stanie wypromować czegokolwiek. Zacząłem zatem umieszczać wpisy opatrzone tytułem „Tydzień z głowy”, gdzie opisywałem to, co akurat leżało mi na wątrobie. Zdawałem relację z zabawnych wydarzeń, których doświadczyłem, pisałem o tym, co mnie cieszy bądź uwiera, nie zastanawiając się, co ludzie o tym powiedzą. Ludziom się spodobało. Zyskałem czytelników. I to czytelnicy namawiali mnie do wydania tych zapisków drukiem. Prócz szlachetnego pragnienia wyjścia naprzeciw tej potrzebnie miałem i inną motywację. Kierowała mną potężna siła napędzająca każdego prawdziwego twórcę. Jest nią miłość do pieniędzy.

Okazało się, że przez dekadę napisałem na blogu dwa miliony znaków. Niniejszy wybór zawiera jakąś jedną piątą, podrasowaną i przetasowaną. To przetasowanie może wprowadzać chaos podczas lektury, choćby ze względu na zmieniające się lokacje. Raz jestem w Warszawie, raz w Kopenhadze, raz znowu na Śląsku albo i w Afryce. Żyłem w tych wszystkich miejscach. Niespokojny ze mnie duch.

Dlaczego zmieniłem tytuł na „Rzeczy utracone”? Stary nie nadawał się z kilku powodów. Lata temu ukradłem go z gazety uchodzącej powszechnie za obelżywą. Wówczas nie śniło mi się żadne książkowe wydanie tych zapisków. Nie przypuszczałem nawet, że tyle się tego uzbiera. „Tydzień z głowy” akcentował cykliczność tych tekstów, która w wypadku książki po prostu znika.

Musiałem znaleźć nowy tytuł, co rodziło rozmaite trudności. Tytułów się nie wymyśla, tytuły się znajduje. Mogę wymyślić całą książkę, z bohaterami, strukturą, otoczeniem i językiem. Nie mam z tym żadnego problemu. Ale tytuł musi przyjść sam. Albo i nie. To kapryśne stworzenie.

Podczas pracy nad tymi tekstami uderzyło mnie, że rzeczy w nich opisane należą do przeszłości. Zniknęły z mojego życia, choć były jego istotną treścią. Weźmy moje koty, którym poświęcam tutaj mnóstwo miejsca. Kotka Kreska dokonała żywota na moich kolanach, do końca głaskana. Kot Prezes zachorował na cukrzycę, wymaga codziennych zastrzyków i teraz znajduje się pod czułą opieką mojej mamy. Jednego przyjaciela pogrzebałem. Drugiego musiałem oddać.

Tak jest niemal ze wszystkim. Rozpadały się małżeństwa moich przyjaciół i same przyjaźnie. Ludzie ważni, nawet najważniejsi nieodwołalnie wpadali za mój prywatny horyzont, aby nigdy nie powrócić. Nie ma już mojej Kopenhagi ani Saskiej Kępy, przestałem też władać Starym Mokotowem (tytuł Króla tej dzielnicy, zgodnie z tradycją, przysługuje mi do śmierci). Nie pisuję już literatury fantastycznej. Nie palę papierosów i na domiar złego rozluźniłem swoje relacje z butelczyną.

„Rzeczy utracone” brzmią smutno, choć ta książka smutna zaledwie bywa. Zdarza się jej też bywać wesołą. Próbuje bowiem naśladować życie. I wiecie co? Cieszę się, że to wszystko zniknęło. Wcześniej tak nie uważałem. Tęskniłem za tym, co utraciłem, a potem okazywało się, że natychmiast coś zyskiwałem w zamian. Tak właśnie się to kręci. Każda strata jest po coś. Zawsze można, na przykład, poświęcić jej książkę.

13 marca 2017

PANIE ŁUKASZU,CZY MOŻNA ŻYĆ Z PISANIA?

Oczywiście, że tak.Chętnie opowiem, jak to wygląda.

Otrzymuję zaproszenie na festiwal literacki w Edynburgu. Na lotnisko przybywam kilka godzin wcześniej, żeby złapać trochę snu na krzesłach w poczekalni. Klienci pobliskich restauracji często zostawiają resztki, co rozwiązuje problem śniadania. Na pokładzie oferują kanapkę. Niekiedy obsługa mnie rozpoznaje i mogę otrzymać dodatkowy kieliszek wina. Do Edynburga lecieliśmy przez Niemcy, z przesiadką, co daje dwie kanapki i cztery kieliszki wina. Taki posiłek pozwolił przetrwać długie godziny dzielące mnie od wieczornego cateringu.

Taki Edynburg to moje żniwa, ale wyjazdy po Polsce również się liczą, zwłaszcza odkąd w Polskim Busie zamiast bułki dają drożdżówkę z dżemem, pożywną i dużo smaczniejszą niż batonik oferowany w Intercity. Ważną rolę odgrywają obiady, na jakie zapraszają mnie ci, którzy pragną poznać pisarza i z nim porozmawiać. Niekiedy życzliwi kelnerzy pakują mi resztki jedzenia na później, na wynos.

Odkąd zlikwidowano domy pracy twórczej, problem dachu nad głową trochę się skomplikował. Tego lata raczej nie pada, więc w miarę się wysypiam. Straż miejska reaguje na mnie życzliwie, gdyż czyta, cieszę się również wsparciem kioskarek, ulicznych bukinistów oraz parafii posiadających biblioteki. Zimę również da się znieść, zresztą na dworcach nie wieje aż tak, jak mówią.

Wizerunek jest dla pisarza bardzo ważny. Muszę odpowiednio się ubierać. To zadanie najchętniej powierzam kobietom. Dopowiedzmy na marginesie: właściwa partnerka stanowi klucz do sukcesu w świecie literatury. Osobiście zawiązuję relacje z dziewczętami uchodzącymi raczej za tęgie, dzięki czemu mogę donaszać ich ubrania. Mój syn szybko rośnie, więc niebawem będę mógł liczyć także na jego pomoc w tym zakresie.

Ludzie przestawili się na e-papierosy i o dymka jest trudniej. Nadrabiam znajomością terenu i bezbłędną lokalizacją śmietników. Wiem też, gdzie kelnerzy wyrzucają popielniczki. Cni mi się jeno za powszechnością spluwaczek.

Tylko strawy duchowej jest jakby mniej. Filmów i seriali raczej nie oglądam, odkąd aresztowano ostatniego telepajęczarza, montując przy okazji nowe kłódki na rozdzielnikach energii. Koledzy po piórze egzemplarze gratisowe swoich książek natychmiast kierują na rynek wtórny, co jest w pełni zrozumiałe. Każdy musi zarobić swój Malanowski grosz. Czytam więc szyldy, recepty, mandaty i tatuaże na pięściach zmierzających w moim kierunku.

Na swój sukces pracowałem kilkanaście lat, panie redaktorze. Obawiam się, że młodzi nie będą już mieli tak łatwo.

SMUTNE SZCZURY

Jak sprawdzić, czy szczur wyleczył się z depresji, w którą został tak zmyślnie wpędzony. Wrzuca się go do wody. Im dłużej walczy o życie, tym wyższa wartość medykamentu.

Koleżanka opowiada mi o testowaniu leków na depresję. Jest wczesny wieczór. Siedzimy w opustoszałym Pięknym Psie. Za barem stoi zmęczony Pędzelek. Piję herbatę, bo powieść i dziecko. Koleżanka również pije herbatę, choć nie ma dziecka i chyba w tej chwili nie pisze żadnej powieści.

Koleżanka robi w medycynie i stąd ma wiedzę o tych całych lekach na depresję. Nie żeby je żarła, lecz na testach się zna. Tego rodzaju medykamenty testuje się na szczurach. Wewnętrzny dobrostan tych wstrętnych zwierząt po raz pierwszy w historii zaczął cieszyć się żywym zainteresowaniem, choć wątpię, by szczury odnosiły się do tej zmiany z życzliwością.

Te leki testuje się jak każde inne, z jedną tylko różnicą. Mianowicie, żeby poznać wpływ leku, należy szczura zasmucić. Szczur musi utracić dobre samopoczucie. Wpędzenie szczura w depresję jest kolejnym celem operacyjnym nowoczesnej farmakologii.

Szczurowi cykają nad głową światłem stroboskopowym, w nieregularnych odstępach. Przechylają mu klatkę tak, że zjeżdża w róg razem z trocinami, gównem, resztkami jedzenia i tym wszystkim, czym szczur zwykł się otaczać. Wrzucają go do klatki pełnej silniejszych osobników, gdzie zostanie bezwzględnie zdominowany. Od tego wszystkiego szczur robi się smutny i już można testować leki.

Koleżanka pije herbatę i opowiada o tym, w jaki sposób można rozpoznać działanie leku. Jak sprawdzić, czy szczur wyleczył się z depresji, w którą został tak zmyślnie wpędzony. Wrzuca się go do wody. Im dłużej walczy o życie, tym wyższa wartość medykamentu. Ostatecznie los wszystkich szczurów, smutnych i wesołych, jest jeden: lądują na dnie zbiornika. Koleżanka kończy swoją opowieść i uśmiecha się smutno, a ja zastanawiam się, co mogliby o tym powiedzieć radykalni obrońcy zwierząt, którzy przecież często korzystają z leków na głowę.

No i są ze mną, te smutne szczury. Żerują we mnie. Splatają się łyse ogony. Właściwie nie wiem, co o tym powiedzieć, bo przecież nie będę się przejmował. Taki już szczurzy los, ale i nasz, ludzki. Najpierw cię, chłopie, zasmucą, potem rozbawią, a koniec końców zostawią bez żadnej nadziei.

PANIE ŁUKASZU, CZEGO MOGĘ SIĘ OD PANA NAUCZYĆ?

Za moją sprawą zacznie Pan srać złotem. Jako człowiek uczciwy, muszę dopowiedzieć, iż będzie to złoto głupców.

Kochany Panie, mnóstwa, mnóstwa rzeczy. Bardzo chętnie nauczę Pana, jak zwiedzić trzy duże miasta (Edynburg, Sopot i Warszawę), pieszo, mając jedną nogę nieczynną, ale za to spuchniętą do rozmiarów arbuza. Za dodatkową opłatą przedstawię sposób na skopanie powalonego przeciwnika.

Dzięki mnie będzie Pan wiedział, jak się nie wywrócić, choćby wytoczył się Pan z knajpy o czwartej rano i podążył w ciemną, pełną gruzu alejkę. Możesz Pan mieć długi, wszy i sześcioro dzieci, może i potkniesz się Pan o włosy wystające z nosa, ale się Pan nie wywrócisz.

W kilku prostych, łatwych do przyswojenia, choć niezbyt przyjemnych lekcjach wyłuszczę Panu, jak zaczynać życie od nowa. Dzięki moim instrukcjom każdego popołudnia zdoła Pan rozpocząć zupełnie nowe, pełne fascynujących perspektyw życie. Pozostawi Pan za sobą zasmuconych przyjaciół, oszalałych z rozpaczy rodziców i garbuskę z brzuchem w dziewiątym miesiącu. Dzięki mojemu słowu nawet Pan nie obejrzy się za siebie.

Dzięki mnie wyrosną Panu wąsy, choć Pan nie zarastasz.

Za moją sprawą zacznie Pan srać złotem. Jako człowiek uczciwy, muszę dopowiedzieć, iż będzie to złoto głupców.

Za odpowiednią opłatą pozna Pan tajniki zmiany rozmiaru. Będziesz Pan, normalnie, jak ten cały Berbelek z Innych pieśni. Przy niektórych ludziach stanie się Pan wielki i bardzo podziwiany, czyli boski, przy innych malutki, godny współczucia, słowem ludzki. Będziesz Pan Bogiem i Człowiekiem, jak wiadomo kto. Za moją sprawą zrozumie Pan, kiedy jaką formę należy przybrać.

Nauczę Pana wierzyć, że spadanie to fruwanie, jebanie to pracowanie, zmęczenie to kochanie, dojeżdżanie to ojcowanie, a chlanie to zabawianie. Siadaj Pan i słuchaj. Lecz najpierw becalen.

Powiem Panu w zaufaniu, że w tym tygodniu miało być o czymś innym. Chciałem tu umieścić szyld „Co cieszy”. Znalazłem dwa przykłady. Nie starczyło na cały wpis.

DROBNE NIEDOSTATKI CZŁOWIEKA WSPANIAŁEGO

Potrafię znakomicie gotować i mam pewność, że tych czterech potraw, których przyrządzanie opanowałem przez prawie czterdzieści lat życia, nikt nigdy nie przygotował lepiej.

Wbrew temu, co powiadają, nie piję znowu wcale tak dużo. Bywa nawet, że wcale nie piję. Niemniej zawsze wyglądam na pijanego i mówię jak urżnięty w sztok, choćbym spędził wcześniejszy tydzień na wyciskanych sokach owocowych i diecie bezglutenowej.

Gadam do siebie, w dodatku nie gadam mądrze, co przynajmniej pozostaje w zgodności z poziomem wypowiedzi kierowanych do bliźnich. Najczęściej wypowiadam pojedyncze słowa bądź krótkie sentencje, które siłą rzeczy nie obchodzą nikogo, łącznie ze mną samym, na przykład „kurwa”, „jak daleko”, „spać”, „ale jestem zmęczony”.

Nie posiadam prawa jazdy. Na szczęście nikt nie chce koło mnie siedzieć w pociągu czy też autokarze.

Swoje myśli i uczucia trzymam przy sobie. Zwierzam się tylko ze spraw nieskończenie smutnych, stanowiących bolesne obciążenie dla słuchającego, zwłaszcza że nikt jeszcze nie znalazł sposobu, jak mam sobie z nimi, z tymi problemami, poradzić.

Potrafię znakomicie gotować i mam pewność, że tych czterech potraw, których przyrządzanie opanowałem przez prawie czterdzieści lat życia, nikt nigdy nie przygotował lepiej.

Burzliwa młodość pozostawiła dziury w mej nietuzinkowej mózgownicy. Potrafię pytać trzy razy o to samo i bez przerwy powtarzam te same anegdoty, próżno licząc na śmiech wymęczonego audytorium. Za to zawsze znajdę właściwą drogę, nie korzystając z GPS, potrafię też bezbłędnie podliczyć rachunek w knajpie, niezależnie od liczby biesiadników, tego, co jedli i ile wypili. Nie gubię nigdy niczego, z wyjątkiem kluczy od domu, telefonu, portfela i karty kredytowej.

Twarze zapamiętuję mniej więcej na trzecim spotkaniu. Okoliczności dwóch pierwszych spotkań nie mają znaczenia. Nie zdziwcie się więc, jeśli po raz kolejny podejdę do kogoś z was, wyciągnę rękę i powiem: „Łukasz Orbitowski jestem”.

Utykam. Uważam, że nie tylko to łączy mnie z lordem Byronem.

Podczas mówienia zaciągam się lekko. Czasem przechodzi to w jąkanie. Niestety, jąkam się wyłącznie przy osobie jąkającej się. Ma to miejsce zawsze i nic z tym nie potrafię zrobić. Z tego powodu osoby jąkające się, jak sądzę, pałają do mnie nienawiścią, a przynajmniej mają niskie zdanie o moim poczuciu humoru.

Poza tym właściwie jestem w porządku.

7 czerwca 2015

UZDROWISKO, POLSKA

Kolektywny ryk małego człowieka nasila się rano i pod wieczór, wpierw gnając nieszczęsnych rodziców ku placom zabaw i kucom, potem protestując głośno, że te małe, kosztowne rozrywki miały czelność się skończyć.

Kiedy przetniesz ulicę Jana Pawła i pójdziesz ku górze, w stronę parku, twoim oczom ukażą się cztery radosne słonie ustawione na czterech rogach płytkiego bajora. Słonie mają młode. To sygnał znaczący. Woda tryska obficie z trąb dużych i małych. Po lewej znajdziesz knajpę i ogródek knajpiany, gdzie stare baby zwieszają pomarszczone wargi nad rozgrzanym piwem. Skóra na ich szyjach jest jak naciek na skale. Obok tłuści mężczyźni w białych koszulach z plamami pod pachą, na piersi, na brzuchu, palą papierosy i dyszą na świat.

Wszędzie brzdące brzęczą niczym pszczoły odcięte od ula, daje się słyszeć łoskot małych stóp; idę o zakład, że ten tupot kruszy stropy w podziemnych, górskich jamach. Drżą fasady drewnianych domów, wysokich na trzy piętra. Wrzask, pisk i płacz są wszechobecne, zawieszają ci się u szyi, gryzą po uszach i odbierają wolę. Na pustyni, z dziećmi, dorośli zapomną nawet o pragnieniu. Kolektywny ryk małego człowieka nasila się rano i pod wieczór, wpierw gnając nieszczęsnych rodziców ku placom zabaw i kucom, potem protestując głośno, że te małe, kosztowne rozrywki miały czelność się skończyć. Matki zawisły na własnym uśmiechu, wkurwieni ojcowie trzymają się z tyłu.

Lunapark przypomina malowane piekło. Siądź do karuzeli, co Niemiec na niej nie chciał dłużej jeździć i pchnął okazyjnie na dumne Podhale. Pęd cię oszołomi i zmieni żołądek w śliwkę, wyda ci się, że płaty farby odrywają się w ruchu i krążą jak podpalone motyle, wszystko się trzęsie, wzbija i opada razem z tobą i w tobie. Przecież zaraz to wszystko pierdolnie, polecisz łukiem, hen, do samiuśkich Tater. Potrzęsło, co? Kierownica gokarta urywa dłoń w nadgarstku, ponton przypomina pułapkę ze średniowiecza, w pałacu strachów trupy malowane.

I jeszcze chciwy lud. Pal sześć tych gości od koni, od kuców, od basenów, trampolin, skuterków, samochodów, rowerków, lodów na gałki i z automatu, tę babę „panie, zamknij pan drzwi, tu klimatyzacja jest, rowera panu nie ukradną” – też pal sześć. Wyobraź to sobie, że idziesz do sklepu, płacisz i zawsze to samo: kasjer, kasjerka zerkają ci w portfel. Daję słowo, przeliczą w sekundzie. Mętne spojrzenie na pewno im rozbłyśnie, jak oczy konającego, który zebrał się do ostatnich słów. „Na pewno nie ma pan końcówki?” – pyta taki, taka, zerkając raz jeszcze. Z megafonu brzmi śpiew, reklama dancingu.

„Tato, zobacz, zobacz, chcę na trampolinę. Już się nie boję, naprawdę, tato, tato. Możemy na zjezzzdzzalnie? Zjeżdżalnia bingo, bingo zjeżdżalnia. Juhu, jupi, jeszcze, jeszcze, tato! No dobra. Ja biegnę, zobacz tam – zielono, chłopak, pani przy chłopaku. Już jeżdżę! Na tamtym dużym to jeszcze nie jeżdżę, na tym, co mam, jeżdżę, i to jak. Nadążaj za mną, tatusiu! Oj, nie nadążyłeś, to ja zaczekam, żebyś ty nadążył. Deszcz, więc lody smerfowe. Dobrze, że pada, bo ziemia będzie żyła, deszcz jest ziemi potrzebny, to bardzo wiem. No dobra. Chmura! Myślisz, tato, że chmura przejdzie? Przeszłaby, ale tylko trochę. Bo chmura także bingo jest. Teraz rowerek. Pojadę na rowerku. Nie umiem skręcić, czemu mówisz mi, że umiem. Tak, teraz widzę, że umiem, tylko trochę umiem, co będzie, jak zapomnę, że się naumiałem? Proszę pani, czy pani wie, że ja dzisiaj zgubiłem zęba? Chciałbym, żeby mi codziennie zęby wypadały. Tato, no co? Ja z tej górki to w życiu nie zjadę na rowerze. Nie rozumiesz tego? Poprowadzę rower. Przecież stoję tutaj i patrzę w dół. Jak to nie zdejmować nóg z pedałów? A powiesz mi, kiedy zahamować? I tak będę hamował tak często, żeby nie było strasznie. Wiem, z tamtej strony pojechać lepiej, tam ludzi mniej chodzi. No dobra. Tato, ty biegniesz koło mnie. Jak śmiesznie biegniesz. To ja przyhamuję, żebyś nie został przypadkiem w tyle”.

O SPANIU NA PODŁODZE

Najczęściej gdy się budzę, natychmiast zerkam za okno, wcale nie dlatego, że chcę zapomnieć sen, który śnił mi się jeszcze przed chwilą. Zapomni się sam.

Obudziłem się pod zlewem, na miękkim materacu i owinięty kocem. Myślę, że musiałem mieć pomarszczoną mordkę i gdyby ktoś zobaczył mnie w tej chwili, uśmiałby się serdecznie na widok tego tobołka, z którego, niczym uszy siatki, sterczą sobie gołe stopy.

Najczęściej gdy się budzę, natychmiast zerkam za okno, wcale nie dlatego, że chcę zapomnieć sen, który śnił mi się jeszcze przed chwilą. Zapomni się sam. Ciekawi mnie, która jest godzina, potrzebuję najprostszej informacji: jasno–ciemno, nim zacznę poszukiwania telefonu. Przez szybę widziałem czerwonawą dachówkę, czyli słońce już wzeszło. Inaczej dachówka byłaby czarna. Trzepoczący trójkąt porannego nieba nad tym dachem wpędził mnie w bojaźń i drżenie. Takie niebo, taka dachówka może wróżyć mi godzinę piątą lub siódmą z kawałkiem, co oznacza dwie różne wizje wtorku.

Rozejrzałem się za telefonem. Która to może być? Jeśli piąta lub wcześniej, co w czerwcu jest całkiem możliwe, to natychmiast bym się wściekł na siebie, na własne obudzenie, być może gryzłbym koc, na przemian szukając spokoju w jakichś wyobrażeniach łagodności, które wściekałyby mnie jeszcze bardziej. Ogryzając kłykcie, przeleżałbym do siódmej, potem zacząłby się kot i ci od kota, dobrzy ludzie, którzy mnie goszczą, gdy jestem w Krakowie. Więc kawa. Kręciłbym się, pił espresso za espressem, gadał od rzeczy i wygrażał bezsilną pięścią niewinnemu społeczeństwu. Spacer nad Wisłę z Julkiem zmieniłby się w wędrówkę przez szkło z rozszalałym pancernikiem, zasnąłbym na piwku z ojcem i wkurwił się na pociąg, słowem, przewędrowałbym cały dzień, potykając się o samego siebie.

Ale nie, dach i trzepoczący trójkącik błękitu zwiastował siódmą z takim hakiem, że ósma. Więc po raz pierwszy od dawna mogę napisać: dzień dobry wszystkim! Zaczynamy nowy dzień!

O PRZEOBRAŻENIU I 

Zmiana całościowa różni się o tyle, że bardzo trudno wywołać ją sztucznie. Mogę pracować nad sobą, ale pewne rzeczy pozostaną poza moim zasięgiem.

I’m going through changes – śpiewał poczciwy Ozzy. Tę linijkę, wypreparowaną z oryginału, Eminem nakleił na bity, nadając jej nowe tempo i sens. Tych dwóch diabłów, starego i młodego, słuchałem w nieskończoność podczas podróży przez Amerykę.

Oddział poczty polskiej w Podgórzu, parę lat temu. Mieszkałem w dziwnym miejscu, w zielonej plombie między starymi kamienicami, pod wieżą kościelną, w pobliżu kruszejących skał. Pobliska poczta przypominała Mordor, pod niskim sufitem kłębił się niespokojny tłum, z trzech okienek przynajmniej jedno było nieczynne, a zza szyb złym, pustym wzrokiem spoglądały wychudzone urzędniczki. Nienawidziliśmy siebie nawzajem. One, za sam fakt naszego istnienia, duszną atmosferę niecierpliwej złości. My ich za oczywiste lenistwo, folgowanie drobnym, pocztowym przyjemnościom, ślepotę na klienta. Nienawidziliśmy też siebie nawzajem, każdy tylko patrzył drugiemu na ręce, oceniał liczbę przesyłek. Miotałem bezgłośne przekleństwa w kierunku drani z pudłem listów, z których, jak ułamana płetwa, sterczała nadawcza księga pocztowa. Co ciekawe, wystarczyło opuścić ten ciasny brzuch chociażby na moment, na papierosa, aby całe napięcie zniknęło.

Pewnego razu stałem bardzo długo. Wreszcie przyszła moja kolej, podszedłem do okienka, a urzędniczka łagodnym ruchem zatkała je kartonikiem „NIECZYNNE”. Wściekły, zacząłem niegrzecznie pytać – „O co chodzi, co ze mną będzie, mam stać drugi raz, do ciężkiej cholery?”. Ledwo oczy podniosła: „Nie widzi pan, że się zmieniam?”. Odpowiedziałem bez wahania: „Zmienia się pani? Ale w co?”. Poczta zatrzęsła się od śmiechu. Nie pamiętam już, jak zostałem obsłużony, za to wiem, że teraz ja się zmieniam, i nie mam pojęcia w co.

Istnieją, jak sądzę, przynajmniej dwa sposoby, podług których zmienia się człowiek. Pierwszy jest bardziej oczywisty, klarowny. Zmiana dokonuje się stopniowo, w określonym kierunku; charakter, sposób bycia ulega powolnemu przeobrażeniu. Można to przyrównać do treningu sportowego. Kulturysta trenujący mięśnie konstruuje swoją sylwetkę, potrafi na bieżąco oceniać postęp. Jeśli konsekwentnie uczę się języka angielskiego, to z tygodnia na tydzień zwiększa się liczba znanych mi słów, poznaję nowe sposoby konstruowania wypowiedzi, aż pewnego dnia okazuje się, że jestem człowiekiem, który swobodnie mówi po angielsku. Zmiana całościowa różni się o tyle, że bardzo trudno ją wywołać ją sztucznie. Mogę pracować nad sobą, ale pewne rzeczy pozostaną poza moim zasięgiem. Niemniej, sam proces pozostaje bardzo podobny. Każdego dnia zmieniam się troszeczkę, jestem odrobinę kimś innym, pozostając zarazem sobą. Ten sposób mnie nie dotyczy, znajduje się zupełnie poza moim zasięgiem.

Niekiedy jednak padamy ofiarą sprzężeń, poddajemy się woli małych, zdawałoby się nieistotnych rzeczy. Wydarzeń, które tak łatwo przegapić. Pojawiają się nowe myśli i potrzeby, same w sobie pozbawione znaczenia. No bo co to znaczy, że mam ochotę na spacer, skoro wcześniej nie znosiłem spacerów? Raczej niewiele. Czym jest tęsknota do innych lektur, wobec bilansu codzienności? Ano, mogę sobie tęsknić, a nawet poczytać. Chętnie ulegam tym skłonnościom, no bo jak inaczej? Czemu nie miałbym pójść na spacer, jaki jest powód niesięgnięcia po książkę, na którą akurat mam ochotę? Prawdopodobnie żaden. W tle, niedostępny dla oczu, rozgrywa się proces przemienienia.

Te drobne rzeczy – pragnienia, myśli, skłonności – konfigurują się cicho jak wroga armia podchodząca pod uśpiony zamek. Łucznik zdejmuje strażnika na wieży. Piechota bardzo ostrożnie podstawia drabinę. Jęczy lina machiny oblężniczej. Wewnątrz murów zdrajca podrzyna gardło najdzielniejszemu kapitanowi. A lud spokojnie śpi. Nagle, w jednej straszliwej chwili, sytuacja ulega całkowitemu przeobrażeniu: łucznik spada z wieży, na mury wysypuje się wojsko, machina oblężnicza wypluwa ogień, najdzielniejszy kapitan chlusta krwią i stygnie. Na wieży powiewa już inna flaga. Z nastaniem świtu zwycięzcy zaprowadzają nowy ład, któremu trzeba się podporządkować. Co zrobią mieszkańcy? Zapewne najpierw będą się złościć, a potem, w zależności od okoliczności, przyjmą nową władzę lub zaczną spiskować. Ale to jeszcze nie nastało, trwa cicha noc i tylko nieszczęśliwy strażnik spogląda na krótki opierzony grot sterczący mu z piersi. Ej, kolego, skąd się we mnie wziąłeś?

Ta zmiana to skok. Nagły, gwałtowny ruch. Kładłem się spać Ewą, a wstaję Adamem. Więc zmieniam się, noc jeszcze trwa, a ja nie rozpoznaję właściwego charakteru tej zmiany. Jakakolwiek będzie, muszę znaleźć sposób odniesienia się do niej. Ta zmiana jest oczywiście mną, wypływa ze mnie, choć jej nie rozumiem. Niemniej w jakiś dziwny, może nielogiczny sposób ufam sobie.

MAGIA DROBNYCH WYDARZEŃ

Historie moich telefonów komórkowych były mniej spektakularne. Po prostu je traciłem w nieznanych okolicznościach. Telefon był, a teraz nie ma telefonu.

Jedziemy z kumplami do krajów bałtyckich, zatrzymujemy się na nocleg w Łomży. W samochodzie nie ma mojego plecaka, chociaż wcześniej był. Gdzie utracony? Próbujemy dociec. Przepadła nowa książka McCarthy’ego, okulary, kosmetyki, butelka wódki oraz PlayStation Vita użyczona przez dystrybutora, który jakże pochopnie obdarzył mnie zaufaniem. Na domiar złego w konsoli znajduje się gra, której jeszcze nie przeszedłem.

Jakieś półtora roku temu pojechałem odwiedzić mojego syna w małym mieście, gdzie teraz mieszka. Wybrałem się busikiem. Musiałem wracać w ten sam dzień. Kiedy włóczyliśmy się po tym małym miasteczku, zorientowałem się, że nie mam portfela, choć rano był. Kartę bankomatową, na szczęście, trzymałem osobno, w tylnej kieszeni spodni. Spacerowaliśmy po parku. Karmiliśmy kaczki, co zawsze robimy. Cieszyłem się chwilą tak długo, jak trwała (była piękna), i poszedłem z powrotem na busa. Tam znalazłem portfel. Przeleżał cały dzień z tyłu samochodu.

Ten sam portfel – jeśli mnie pamięć nie myli – posiałem w galerii handlowej. W gruncie rzeczy myślałem, że mi go skradziono. Ale, ale, ludzie, którzy gubią rzeczy, nigdy nie doświadczają kradzieży. Tkwiłem w kłopocie, A. gdzieś wybyła, zaś karta bankomatowa, zamiast w kieszeni, pozostała w utraconym portfelu. W domu mieliśmy dzbanuszek pełen pieniędzy znalezionych na podłodze (ja je rozrzucałem). Wybrałem, co mogłem, poszedłem na piwo, a potem pocwałowałem do kumpla, żeby pożyczył parę stówek, nim nastanie poniedziałek i otworzą banki. Portfel, dość cenny, bo sprezentowany, pogrzebałem myślą i sercem. Okazało się, że niepotrzebnie. Przyszedł pocztą, na adres byłej żony, który wciąż mam w dowodzie.

(Przy stoliku obok, gdzie teraz piszę te słowa, gość opowiada gościowi, jak to był na rozmowie kwalifikacyjnej w burdelu).

Historie moich telefonów komórkowych były mniej spektakularne. Po prostu je traciłem w nieznanych okolicznościach. Telefon był, a teraz nie ma telefonu. Znalazcy dzwonili po numerach z książki telefonicznej, próbując trafić kogoś bliskiego. Padało najczęściej na moją mamę (ojca zapisałem z imienia i nazwiska, bez żadnego powodu), ludzie odnosili i z przyjemnością chłeptałem ich radość z faktu, że uczynili coś dobrego. Śmiałem się, dziękowałem. Ostatni raz straciłem telefon w pociągu. Nie wrócił. Był wyładowany.

Czy to świat tak działa? Czy może moja wola odciska się na świecie? Wyobrażam sobie kosmos jako gigantyczny płat mięsa, który rozcinam w próżnym, póki co, poszukiwaniu kości, szkieletu – sensu.

Zawiązałbym sobie oczy i przecwałował przez ruchliwe skrzyżowanie. Chciałbym, ale nigdy tego nie zrobię.

Z przyjaciółmi przez tydzień zjeżdżamy Litwę, Łotwę i Estonię. Wspinamy się na zamkowe wieże, pijemy piwo, gramy w karty, Jabłuszko zawsze licytuje sto dziesięć, Tomek chce ruszać dalej, Królik pragnie się przejść, w hostelu tallińskim smród czterech chłopa, gdzie indziej karaimskie pierożki, tam znów taca mięcha i koncert AC/DC z telewizora. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na tej samej stacji benzynowej, na której stanęliśmy w drodze na północ. Odbieram swój plecak. Sprawdzam zawartość. Jest książka, konsola, okulary. Butelkę wódki oddaję człowiekowi, który zgubę znalazł i przechował.

DWANAŚCIE DNI NA MOKOTOWIE

Publicystykę pisuję w domu, a powieść w kawiarni. Gra muzyczka. Wieczorami oglądam filmy, czytam książki i gram na konsoli, niekoniecznie w takiej kolejności.

Na siłowni chamów niewielu. Byczki zdradzają raczej ambicje kulturystyczne i chyba nie stoją na bramce w disco „Meloman” na dalekiej Pradze. Samo miejsce to ponura hala na stal, wielkim wysiłkiem przerobiona na coś w rodzaju imitacji fitness clubu. Fitness kończy się na ładnych dziewczynach na recepcji. Sprzętu jest sporo, tylko bramka słabo obciążona, brakuje też suwnicy skośnej na nogi. Trudno mi zrozumieć, dlaczego nie zakupiono tak podstawowego urządzenia. Ot, bolączki dojrzewającego mężczyzny na szarym ogonie pierwszego świata.

W sklepie na dole pracują panie w średnim wieku. Mają zaniedbane włosy i twarze pełne kantów. W uszach kołyszą się kolczyki z ruskiego złota, na spracowanych dłoniach błyszczą obrączki i pierścienie. Wskazują mi, gdzie co jest – worki na śmieci, mąka, sól, czerwona papryka – ze znudzoną życzliwością. Powietrze ma tu kolor burzy piaskowej zastygłej na zdjęciu. W tej jasnobrązowej przestrzeni poruszają się staruszkowie i staruszki w źle wyprasowanych koszulach. Każdy produkt oglądają przed zakupem bardzo starannie. Sprawdzają datę ważności. W szarości mokotowskiego świtu stary rycerz codzienności zamawia najtańszą setkę i piwo puszkowe mocny kumpel.

Goście przywożą koty. Aklimatyzacja zajmuje Prezesowi i Kresce może pięć minut. Zaraz siedzą, mruczą i odpływają w spokojny sen. Oto i dowód, że przywiązane są nie do miejsca, lecz człowieka. Ponieważ moje mieszkanie jest bardzo małe, dmucham materac dla dostarczycieli. Pragnę uszanować życzenie, aby był tak twardy, jak to tylko możliwe. W konsekwencji pęka jakiś szew, pojawia się wybrzuszenie i materac przypomina teraz namiot. Nie da się spuścić powietrza. W ruch idzie nóż. Dziurawienie materaca sprawia mi nieporównywalnie większą radość niż noc spędzona na podłodze.

Publicystykę pisuję w domu, a powieść w kawiarni. Gra muzyczka. Wieczorami oglądam filmy, czytam książki i gram na konsoli, niekoniecznie w takiej kolejności. W piątek wpada przyjaciel na flaszkę, ciśniemy w Tekkena, lecz wynik starcia pozostaje nierozstrzygnięty, a nawet nieznany. Na Placu Zbawiciela kłębią się skurwysyny, a i my niewiele lepsi. Powrót do domu trwa długo, nogi się plączą; grzebiąc przy kluczach, orientuję się, że po raz pierwszy wracam na bani do nowego domu.

W sobotnie południe melduję się na rogu, by w czynie społecznym przygotować teren pod nowy ogródek. Wraz ze mną zbiera się kilkunastu lokalsów najróżniejszej proweniencji. Pobliska kawiarnia dostarcza wodę, wegetariańską zupę i napoje energetyczne, a ja usiłuję spulchnić ziemię przemieszaną z cegłą, kamieniem, żwirem i kawałkami szkła. Leje się ze mnie. Szpadel ledwo przebija twardy grunt. Obok stawiają paliki, dzieci machają plastykowymi łopatkami i czuwają przy sadzonkach. Po paru godzinach okazuje się, że ludzi jest więcej niż roboty i wracam do domu.

Po raz pierwszy w życiu zrobiłem coś dla lokalnej społeczności. Okazuje się, że łopata działa na głowę, serce i duszę lepiej niż wóda czy, przypuszczalnie, terapeuta.

O PRZEOBRAŻENIU II

Powiadają, na przykład, że powinienem wziąć odpowiedzialność za mój umysł. Być może jest za co. Naprawdę, tego akurat nie wiem.

Niekiedy ludzie próbują mnie zmienić, co dokonuje się na rozmaite sposoby, mądre lub głupie, życzliwe albo i nie. Do najgłupszych i najczęściej się powtarzających zaliczam próby nakłonienia mnie, abym podjął jakąś pracę w wymiarze etatowym. Teraz zdarzają się rzadziej, zapewne dlatego, że skoro właściwie nigdy nie pracowałem, wątpliwym jest, abym zrezygnował z wolności i ugiął kark. Ponadto większość ludzi namawiających mnie do tego albo nie uczestniczy już w moim życiu, albo przekonała się, że wybierając taki, a nie inny zawód, miałem rację. Tylko czy ja jestem o tym przekonany?

Słyszałem już, że powinienem ubierać się inaczej, mieszkać w innym miejscu, znaleźć sobie innych, bardziej odpowiednich znajomych, i tak dalej. Niektóre sugestie dotyczące mojego oczekiwanego przeobrażenia wypływają jednak z mądrości i życzliwości, stanowią zatem kłopot łagodzony jedynie przyjemnością odmowy. Powiadają, na przykład, że powinienem wziąć odpowiedzialność za mój umysł. Być może jest za co. Naprawdę, tego akurat nie wiem. Chodzi o pewnego rodzaju dojrzałość, może nie tyle wyzbycie się niskich czy nawet chłopięcych fascynacji, ale przesunięcie ich z miejsca, w którym się znajdują (kawałek obszaru centralnego mojego świata), na peryferia, w rejony guilty pleasures, a następnie zdobycie się na wysiłek wzlotu ku rzeczom wysokim. Chodzi, jak sądzę, o obrót serca i intelektu w określonym kierunku, zebranie rozproszonych promieni światła w jeden mocny strumień. Ma to jakiś pozór słuszności, choćby ze względu na to, że każdy dar jest obowiązkiem. Człowiek ze słuchem absolutnym winien muzykować, gość ze smykałką do kolorów niech chwyta za pędzel.

Istnieją trzy powody mojej odmowy. Uważam, że kultura jest jedna i właściwym ćwiczeniem dla umysłu jest poszukiwanie sensu i treści wszędzie tam, gdzie można je odnaleźć. Różne perspektywy, odmienne poetyki, media czy, co najważniejsze, klasy artystyczne dzieła oświetlają ten sam temat. Połączone, ujawniają jego wędrówkę i sposoby ujawniania się w ludzkich sercach i umysłach. To jest interesujące. Pod skórą tego poglądu pulsuje, oczywiście, potrzeba doświadczania maksymalnie szerokiego i bogatego świata. Moim światem jest kultura. Innego już miał nie będę.

Istnieje obawa, że wraz z owym skupieniem światła przeistoczyłbym się w intelektualistę lub, co gorsza, inteligenta, których poznałem bardzo wielu, za to niewielu obdarzam szacunkiem. W gruncie rzeczy moje wyobrażenie dobrego intelektualisty zakłada niemożność zostania takowym (mój umysł nie jest aż tak dobry), za to zostanie najmądrzejszym wśród pawianów nie uśmiecha mi się ani trochę, wolałbym wsadzić sobie rękę po łokieć do gardła niż pieprzyć głodne kawałki o wszystkim i niczym. Skupiam się, jako publicysta, na rzeczach błahych, a jednak ważnych dla wielu ludzi. Powód? Niejednokrotnie wcale błahe nie są.

I wreszcie, nie umiem się zmienić. Każda zmiana dokonuje się w czasie, z czasu wynika i czas przesądza o jej powodzeniu. Tymczasem ja nie wiem, że czas płynie. Naprawdę, nie zdaję sobie sprawy z tego, ile mam lat i co te lata ze sobą przyniosły. Dostrzegę upływ czasu i wówczas się zmienię, będę pragnął zmiany i cieszył się z przeobrażenia. Ale jeszcze nie teraz.

W Kopenhadze mamy wiosnę. Słońce zachodzi w okolicy osiemnastej, jest ciepło, co powoli odbiera rozum – pierwsi nienormalni gnają już przez miasto w koszulkach na ramiączkach albo krótkich porciętach. W sobotę obudziłem się o ósmej rano. Zrobiłem sobie kawę i usiadłem przed telewizorem. Nie pamiętam, czy jeszcze oglądałem serial, czy może już chwyciłem za pada, bo nie jest to istotne. Dostąpiłem objawienia. Powiedzmy, objawionka na skalę miasta, mieszkania i mojej skromnej osoby. Wizja, która zagościła w mojej głowie, była skończona, kompletna i niemożliwa do odepchnięcia. Napełniła moje życie wielką radością, która niebawem ustąpi. Od jutra zaczynam przepisywanie Szczęśliwej ziemi od początku.

KALORYFER I KOTY

Koty, to pewne, widzą inaczej niż ludzie, koncentrując się nie na kształtach i kolorach, lecz na wydarzeniach, na ruchu.

Ciekawe, jak wygląda moje życie z perspektywy kota. Czy też życie w ogóle. Myślę oczywiście o Prezesie i Kresce. Koty, to pewne, widzą inaczej niż ludzie, koncentrując się nie na kształtach i kolorach, lecz na wydarzeniach, na ruchu. Ruchu te moje zwierzaki miały co niemiara i poczułem nawet coś w rodzaju winy względem tej bezpłodnej dwójki.