Rzeczy ukryte - Rohr Richard - ebook

Rzeczy ukryte ebook

Rohr Richard

0,0

Opis

Rzeczy ukryte to zaproszenie do odkrycia życiodajnej relacji pomiędzy Pismem Świętym i naszym doświadczeniem.

Richard Rohr, mistrz duchowości chrześcijańskiej, pokazuje, że potrzebujemy otwartości na poruszenie Ducha, by z różnorodnych tekstów biblijnych wydobyć motywy przewodnie: objawienie miłości, hojności i przebaczenia Boga. Otwartość ta jest jednak niemożliwa bez żywego doświadczenia modlitwy i działania Boga w codziennym życiu.

Nie jest to droga prosta. Biblia zawiera wiele fragmentów niezrozumiałych, a nawet szokujących dla współczesnego człowieka. Rohr dowodzi jednak, że również te miejsca, z którymi musimy się zmagać, mogą być dla nas źródłem życia, wzrostu i głębszego zrozumienia.

Richard Rohr - franciszkanin, założyciel i dyrektor Centrum Działania i Kontemplacji w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk. Autor licznych książek, w tym takich pozycji, jak "Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego", "Nieśmiertelny diament", "Spadać w górę". Prowadzi rekolekcje i wykłady na całym świecie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Richard Rohr

RZECZY UKRYTE

Odkrywanie duchowości Pisma

Przekład:

Marek Chojnacki

Wydawnictwo WAM

Kraków

Tytuł oryginału

Things Hidden. Scripture as Spirituality

Published by Franciscan Media

Cincinnati, OH 45202

Copyright © 2008, by Richard Rohr and John Feister

All right reserved

© Wydawnictwo WAM, 2015

Opieka redakcyjna: Olaf Pietek

Redakcja: Małgorzata Płazowska

Korekta: Dariusz Godoś

Projekt okładki: Agata Hanuszkiewicz

Przygotowanie ebooka

Piotr Druciarek

ISBN 978-83-277-0340-8

Cytaty i parafrazy cytatów z Pisma Świętego w języku polskim pochodzą z Biblii Tysiąclecia, wyd. 4, Pallottinum, Poznań 1983, z wyjątkiem miejsc, gdzie zaznaczono, że tłumaczenie polskie oparte jest na tłumaczeniu autora.

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 43 03 210

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA INTERNETOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Stefanowi i Mary Jo Picha

Dzięki ich miłości do Dobrej Nowiny,

do Centrum Działania i Kontemplacji

i do mnie

moje słowa, a mam nadzieję, że i słowo Boże,

docierają do wielu ludzi.

Dziękuję im też za to, że obdarzyli mnie „wnukami”,

których bym nie miał:

dziękuję, że w moim życiu obecni są

Grace Ann i Luke Jonah.

Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata.

Ps 78, 2, przytoczony w Mt 13, 35

Nie piszę do was, ponieważ nie znacie prawdy; piszę raczej dlatego, że już ją znacie.

1 J 2, 21 – tłum. aut.

Czym jest ta przedziwna tajemnica,

dokonująca się we mnie?

Nie znajduję słów, by ją wyrazić;

nie uchwycę jej mą biedną dłonią,

opisując cześć i chwałę należną

Temu, który jest ponad wszelką chwałę

i wymyka się wszystkim słowom…

Mój rozum widzi, co się stało,

lecz nie umie tego wyjaśnić.

Dostrzega i chce wyjaśnić,

lecz nie znajduje odpowiednich słów.

To bowiem, co widzi, jest niewidzialne i bez kształtu,

proste i niezmieszane,

nieograniczone w swej przedziwnej wielkości.

Widziałem całość zespoloną w jedno,

otrzymaną nie z mocy istoty, lecz przez uczestnictwo.

Jak wówczas, gdy zapalamy płomień od płomienia,

i otrzymujemy płomień cały.

Święty Symeon Nowy Teolog (949-1022)1

WSTĘP

Ułożyć elementy układanki

Uczymy nie tak, jak uczy się filozofii, lecz tak,

jak naucza Duch. Pragniemy uczyć tego,

co duchowe, w sposób duchowy.

1 Kor 2, 13 – tłum. aut.

W swojej dobroci pozwalasz ślepym mówić o swoim świetle.

Mikołaj z Kuzy, De visione Dei, 17

Piszę tę książkę na podstawie tekstu wykładów, które wygłosiłem w roku 1998, mając na uwadze dwudziestą piątą rocznicę mojego pierwszego cyklu nagrywanych prelekcji – zatytułowanego Motywy przewodnie Pisma świętego – wygłoszonych w roku 1973 w Mount St. Joseph College w Cincinnati w stanie Ohio. Przedstawiciele wydawnictwa St. Anthony Messenger Press poprosili mnie, bym raz jeszcze, po dwudziestu pięciu latach, przemyślał kwestię owych „przewodnich motywów”. Niniejsza książka stanowi próbę odpowiedzi na to wezwanie.

Ośmielam się pisać nie dlatego, że niezłomnie wierzę we własne zdolności, lecz raczej ze względu na o wiele silniejszą wiarę w obiektywną obecność „stałego Świadka”, który „wszystkiego was nauczy” (J 14, 26) i którego „prawo wypisane jest w waszych sercach” (Jr 31, 33). Cała reszta to jedynie podążanie za ruchem Ducha Świętego; na tym w rzeczywistości polega zadanie nauczyciela rzeczy duchowych.

Pierwszy Jego ruch Bóg wszczepił nam już w akcie stworzenia (Jr 1, 5; Iz 49, 1). Prawdopodobnie to właśnie poruszenie czyni mądrość duchową tak wewnętrznie przekonującą i nadaje jej zewnętrzny autorytet. Zawsze twierdziłem, że najlepszym komplementem bywa dla mnie stwierdzenie w rodzaju: „Richard, właściwie nie powiedziałeś mi niczego nowego. W jakiś sposób zawsze to wiedziałem, lecz nie uświadamiałem sobie tego; nie miało dla mnie realnego znaczenia, dopóki tego nie nazwałeś”.

Na tym właśnie polega boska symbioza pomiędzy członkami ciała Chrystusa czy, jak kto woli, „akuszerska” metoda Sokratesa, który wierzył, że jedynie pomaga przyjść na świat dziecku, które żyje już wewnątrz rozmówcy. W jakimś sensie poznania duchowego doświadczamy wciąż jako rozpoznania – rozpoznajemy to, co już znaliśmy wcześniej. Nawet św. Piotr pisze, że jego zadaniem jest przede wszystkim „przypominanie” i „pobudzanie pamięci” współbraci w wierze (2 P 1, 12-15). Coś sprawiło, że o tym zapomnieliśmy, przez co kaznodzieje i nauczyciele traktują siebie zbyt poważnie, a wierni nazbyt polegają na zewnętrznych autorytetach.

Przekonuje mnie też Malcolm Gladwell, który w swoim bestsellerze Błysk! mówi o zjawisku „krojenia na cienkie plasterki” naszych doświadczeń, towarzyszącym poszukiwaniu przez człowieka schematów i mądrości. Sądzi on, że to, co nazywamy intuicją, a nawet geniuszem, wiąże się ze zdolnością niektórych ludzi do „prześwietlania sytuacji, z którą mamy do czynienia, i odrzucania wszelkich nieistotnych elementów, a koncentrowania się na tym, co naprawdę ważne. I trzeba przyznać, że radzą sobie świetnie. Technika krojenia na cienkie plasterki często przynosi lepsze odpowiedzi niż długotrwałe, gruntowne rozważania”2.

Mam nadzieję, że stosuję tu taką właśnie metodę krojenia na cienkie plasterki, która otworzy czytelnika na prawdziwą przemianę duchową, wskazując to, co „naprawdę ważne”. Szczerze mówiąc, wiele kazań i wywodów teologicznych opartych na Piśmie świętym rozczarowuje mnie właśnie dlatego, że nigdy nie sięga aż tak głęboko, nie szuka istotnych schematów i wzorców, lecz zatrzymuje się często na poziomie anegdot i analizy historyczno-krytycznej. Wywody te są inspirujące, często nawet stanowią przykład dobrej teologii, jednak rzadko zdarza im się połączyć elementy układanki i wydobyć zarys ukrytego obrazu. Połączenie tych elementów jest absolutnie konieczne, w przeciwnym bowiem razie nie będziemy umieli rozpoznać w Biblii fragmentów, które oddalają nas od wspomnianego zarysu. Musimy zatem patrzeć, w co łączą się elementy układanki.

Konsekwencją naszej niechęci bądź niezdolności do krojenia tekstów na cienkie plasterki, a następnie wydobywania zarysów jest tryumf chrześcijańskiego, judaistycznego i islamskiego fundamentalizmu, który, jak na ironię, zazwyczaj zupełnie mija się z „fundamentami”! Jeśli nie wiemy, w jakim kierunku zmierzamy ani z jaką siłą, nie zorientujemy się, gdy zaczniemy się cofać. W końcu zaczniemy uznawać za kwestie o znaczeniu fundamentalnym różne dość przypadkowe zagadnienia, nie zauważając tego, co najważniejsze! Znajomość jednego elementu to jeszcze nie mądrość: powołując się na jeden cytat z Pisma świętego, można dowieść wszystkiego.

Pisząc tę książkę, założyłem, że tekst biblijny odzwierciedla strukturę ludzkiej świadomości. Znajdziemy w nim zarówno fragmenty wyrażające idee przewodnie, jak i takie, które w dużym stopniu się im opierają i sprzeciwiają. Można by to nawet nazwać zmaganiem wiary z niewiarą – w tekście nakładają się na siebie obie te postawy.

Podróż w głąb tajemnicy Boga jest nieuchronnie podróżą „w nieznane”. Choć wiele tekstów biblijnych powiela jedynie dobrze znany obraz świata, nie zadając historii żadnych nowych pytań i nie oferując duszy niczego nowego, to Biblia pełna jest też treści przełomowych, które trafnie moglibyśmy nazwać „objawieniami” Ducha (gdyż nigdy nie doszlibyśmy do nich z pomocą naszego „małego umysłu”).

Gdy już oswoimy się nieco z tą dynamiką Ducha, łatwiej nam będzie dać się zaskoczyć i obdarzyć Nieznanemu; dlatego zresztą nazywamy ją „wiarą”. Temu właśnie mają służyć rozważania proponowane w niniejszej książce. Na początku doświadczenie to może nam się wydać groźne, nowe, a nawet ekscytujące; jeśli jednak dostatecznie długo wytrwamy przy tekstach, które ujawniają nam swoje tajemnice, nabierzemy odwagi, by rozpoznać w nich wyraz naszych najgłębszych nadziei czy intuicji. Jest to taniec, w którym zespalają się ze sobą zewnętrzny autorytet z wewnętrznym autorytetem, głos Wielkiej Tradycji z głosem doświadczenia wewnętrznego. Będziemy starali się znaleźć równowagę pomiędzy nimi.

Unikając analizy Pisma świętego księga po księdze, spróbuję ukazać, w jaki sposób pewne zawarte w nim idee przewodnie znajdują się (1) w formie zalążkowej już na początku, to jest w Biblii hebrajskiej. Od tego zarysu najważniejszych motywów w podobny sposób przejdziemy do (2) ich rozwinięcia w centralnej części Biblii. Wreszcie – sięgając zwłaszcza do relacji o Chrystusie zmartwychwstałym i do Pawłowej teologii zmartwychwstania – dojdziemy do crescendo (3): do pełnego objawienia Kogoś, komu możemy zaufać, wierząc, że jest wyzbytym przemocy i bez reszty łaskawym Bogiem, zapraszającym nas do zespolenia się z Nim w miłości.

Trzeba dogłębnej znajomości całej Biblii, by wyjść poza wizerunek represyjnego, małostkowego władcy, który rzutujemy na Boga i który hołubimy w sobie. Odtąd musimy jednak skupić się na łączeniu punktów. Pamiętajmy: to, dokąd ostatecznie dojdziemy, zależy od tego, jaką drogą będziemy zmierzać do celu. Sam ten proces jest ważny i uzasadnia wynik. Zgodnie ze słynną tezą Marshalla McLuhana z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, medium rzeczywiście staje się treścią przekazu. Teksty, które cofają nas kilka kroków, tym bardziej przynaglają nas do podążania naprzód i dają dużo głębsze zrozumienie, gdy docieramy na miejsce.

Chciałbym w tej książce wskazać na pewne wyraźne związki pomiędzy ideami, które są według mnie motywami przewodnimi Biblii judeochrześcijańskiej, a praktycznym i duszpasterskim wymiarem duchowości współczesnych wierzących. Choć z mojej układanki wyłania się obraz Jezusa, którego my, chrześcijanie, nazywamy Chrystusem, to mam nadzieję, że wiele bliskich sobie treści znajdą tu także osoby miłujące Biblię hebrajską.

Ciągłość pomiędzy oboma Testamentami jest mi szczególnie bliska i Jezusa uważam przede wszystkim za Żyda, który wnikliwie pokroił na plasterki własną tradycję i dał nam wspaniały punkt widzenia, skłaniający do umiłowania tradycji żydowskiej i do inkluzyjnego podążania we wskazywanym przez nią kierunku (w ten sposób dochodzimy do chrześcijaństwa).

Choć oczywiście jestem katolikiem, mam nadzieję, że źródło inspiracji i wiele cennych wskazówek znajdą tu dla siebie także moi bracia i siostry ze wspólnot protestanckich i anglikańskich. Widać wyraźnie, że powstaje wspólnota kościelna, czerpiąca mądrość biblijną, kontemplacyjną, teologiczną i społeczną ze wszystkich części ciała Chrystusa.

Ekumeniczny charakter i przyszłość chrześcijaństwa stają się dziś dość oczywiste. Można powiedzieć, że jest to religijny aspekt globalizacji. Nie możemy już dłużej unikać siebie nawzajem; jeśli tak czynimy, to wyłącznie na własną zgubę (1 Kor 12, 12-30), działając na szkodę Ewangelii.

Czytelnik przekona się wreszcie, że powołując się na fragmenty Pisma świętego, opatruję je jedynie krótkimi komentarzami, mając nadzieję, że pobudzą go one do własnych, głębszych rozważań nad tekstem i kontekstem biblijnych wypowiedzi. Chciałbym sprawić, byście pokochali Pismo Święte i sami się z nim zmierzyli, co pozwoli nazwać wasze doświadczenia wewnętrzne i uprawomocnić je zewnętrznie.

Dopiero wówczas, gdy oba spotkają się ze sobą, gdy wewnętrzny i zewnętrzny autorytet wzajemnie się potwierdzą, osiągniemy prawdziwą mądrość duchową. Zbyt długo podkreślaliśmy wyłącznie znaczenie autorytetu zewnętrznego, nie ucząc o modlitwie, o wewnętrznej wędrówce i o dojrzewaniu świadomości. Okazało się to mieć katastrofalne skutki zarówno dla świata, jak i dla religii.

Nabieram coraz silniejszego przekonania, że słowo „modlitwa”, oznaczające dziś potocznie pewną pobożną czynność, praktykowaną przez osoby wierzące, w rzeczywistości jest opisem doświadczenia wewnętrznego. Dlatego właśnie wszyscy nauczyciele duchowi tak bardzo zalecają modlitwę. Mówią: „Zajrzyj w siebie i sam się przekonaj!”. W tej książce będziemy właśnie w ten sposób rozumieli zarówno modlitwę, jak i doświadczenie wewnętrzne. Jak to wyraziście ujął Jezus, modlitwa to „zamknięcie się w swoim pokoju, zamknięcie drzwi i [działanie] w ukryciu” (Mt 6, 16 – tłum. aut.). Gdy już pojmiemy modlitwę w ten sposób, stanie się to dość oczywiste.

Wykorzystane cytaty i parafrazy biblijne pochodzą z wielu doskonałych tłumaczeń Pisma świętego; szczerze mówiąc, niektóre z nich oparłem na moim własnym przekładzie, wspartym wiedzą, a mam nadzieję, że i wewnętrzną inspiracją.

Poniższe refleksje mają służyć jedności dwóch wymiarów, których nigdy nie należało rozdzielać: Pisma świętego i duchowości chrześcijańskiej.

Ojciec Richard Rohr, OFM

Centrum Działania i Kontemplacji

Albuquerque, Nowy Meksyk

wiosna 2007 r.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Informacja to niekoniecznie transformacja

Nadmiar wyjaśnień odgradza nas od zdumienia.

Eugène Ionesco, Découvertes (1969)

Potrzeba nam dziś ludzi przemienionych, nie tylko ludzi z gotowymi odpowiedziami. Zacząłem ten rozdział od przytoczenia słów francuskiego dramaturga pochodzenia rumuńskiego, Eugène’a Ionesco, by zadeklarować się już na samym początku! Nie chcę, by nadmiar słów odgrodził czytelnika od zdumienia czy posłużył za substytut, zastępujący mu własne doświadczenie wewnętrzne. Zbyt wiele osób w taki właśnie sposób traktuje odpowiedzi znajdowane w Biblii i w rozważaniach teologicznych.

Ów cudowny zbiór ksiąg i listów, który nazywamy Biblią, służy przede wszystkim zdumieniu! Jego celem jest przemienienie w Boga (theosis), a nie komfort intelektualny, schlebiający naszemu małemu „ja”.

Jak stwierdził angielski pisarz David Herbert Lawrence, „bardziej niż czegokolwiek innego świat boi się nowych doświadczeń, gdyż nowe doświadczenie zmienia sens wielu dotychczasowych doświadczeń”. Problem nie leży w ideach. „Świat potrafi zaszufladkować każdą ideę”, stwierdził Lawrence. Łatwo je zbanalizować i zmącić ich sens3. Prawdziwe doświadczenia wewnętrzne to jednak coś innego. One nas zmieniają, a ludzie nie lubią się zmieniać. Odnosząc się do tej kwestii, Rosemary Haughton słusznie mówi o „ostrzu doświadczenia”4.

Objawienie biblijne zaprasza nas do doświadczenia czegoś zupełnie nowego. Na szczęście świadomość człowieka w XXI wieku o wiele bardziej niż dotąd gotowa jest na takie doświadczenie – a także bardzo go potrzebuje! Problem w tym, że uczyniliśmy z Biblii zbiór wyobrażeń – mniej lub bardziej trafnie rozumianych – zamiast traktować ją jako zaproszenie do spojrzenia na nowo na rzeczywistość. Co gorsza, wiele z tych wyobrażeń powiela wciąż te same, wytarte schematy, odzwierciedlające systemy nagród i kar obowiązujące w dominującej kulturze – do tego stopnia, że większość ludzi nie spodziewa się nawet niczego dobrego ani nowego po owym dynamicznym objawieniu, które nazywamy Biblią.

Czterej ewangeliści i św. Paweł, ogłaszając światu to nowe objawienie, nazwali je osobliwym słowem ewangelia, które dziś tłumaczymy jako „dobra nowina”. Słowo to pochodziło ze świata zdominowanego przez wojny i bitwy. „Dobrą nowiną” nazywano wieść, z którą posłaniec wracał, głosząc zwycięstwo i nastanie nowej ery, w której panować będzie zwycięski władca. Wieść, którą przyniósł Jezus, uznawano oczywiście za coś autentycznie dobrego i nowego. Jest tak również dzisiaj – jeśli stawiamy właściwe pytania i jeśli, jak mówi Jezus, jesteśmy „ubodzy w duchu” (Mt 5, 3). (To znaczy jeśli nie uważamy, że wszystko nam się należy, jeśli nie jesteśmy zarozumiali i bezkrytyczni. Tacy ludzie zazwyczaj nie są w stanie nauczyć się niczego nowego).

Wszyscy potrzebujemy postawy, którą Jezus opisuje jako postawę nowicjusza – postawy ciekawego dziecka. Postawa nowicjusza – określana przez niektórych autorów mianem „wciąż odnawianego bezpośredniego kontaktu” z rzeczywistością – jest najlepszą drogą do mądrości duchowej, co postaramy się pokazać w tej książce. Jeśli obchodzi nas jedynie duchowy status naszej grupy czy nasze prywatne bezpieczeństwo życiowe, nie uznamy Dobrej Nowiny za nową, dobrą, czy nawet atrakcyjną. Pozostaniemy na autopilocie, nawet jeśli przeczytamy Ewangelie. Potraktujemy je jak „religię” przyjętą w naszej sferze kulturowej; nie wzbudzą w nas autentycznego „zdumienia”, zmieniającego życie.

Co ciekawe, niektórzy badacze twierdzą, że Jezus przyszedł, by położyć kres religii. Nie jest to wcale tak absurdalny pogląd, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Jezus przyszedł, by położyć kres religii w takiej formie, jaką zastał. Religie historyczne, ich archaiczne formy rozpowszechnione na całym świecie, stanowiły zazwyczaj próbę zagwarantowania, że nie wydarzy się nic nowego. Niewątpliwie temu właśnie służyły piramidy egipskie i kalendarz Majów; motyw niezmiennego porządku pojawia się też we wszystkich starożytnych kulturach Bliskiego Wschodu. Ludzie chcą, by ich życie i historia były przewidywalne i kontrolowalne, a taki stan rzeczy najlepiej zapewnić sobie, próbując kontrolować bogów, a nawet nimi manipulować. Większość religii mówiła ludziom, jakie duchowe guziki mają naciskać, by Bóg i historia zachowywały się przewidywalnie.

Należy pamiętać, że w większości znanych z historii przypadków Bóg wcale nie był postacią sympatyczną, a tym bardziej kimś, kogo chcielibyśmy pokochać. Dlatego właśnie każda biblijna „teofania” (czyli wydarzenie, poprzez które Bóg wchodzi w historię) zaczyna się od słów: „Nie bójcie się!”. Zwrot ten powtarza się w Biblii niezwykle często. Niezależnie od tego, czy w życie ludzkie wchodzi anioł, czy Bóg, pierwsze jego słowa brzmią zawsze: „Nie bójcie się!”. Dlaczego? Dlatego że ludzie zawsze bali się Boga, w związku z czym bali się także siebie. Bóg nie był zazwyczaj „miły”, a my nie byliśmy też pewni samych siebie.

Gdy Bóg wkraczał na scenę, dla większości ludzi nie była to dobra wiadomość; była to raczej zła nowina. Pytano wówczas: „Kto teraz umrze? Kto zostanie ukarany? Jaką cenę będę musiał za to zapłacić?”. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że przed objawieniem biblijnym ludzkość zazwyczaj nie spodziewała się po Bogu miłości. Nawet dziś większość z nas uważa, że na miłość i troskę Boga trzeba sobie zasłużyć, i na myśl o tym odczuwa głęboką niechęć, podobnie jak wówczas, gdy musimy zasługiwać sobie na miłość rodziców. (Nie wiem, jak inaczej można by wytłumaczyć bierną, a nawet bierną i agresywną postawę ludzi chodzących do kościoła).

Ten schemat oczekiwań i lęków zakodowany jest w nas tak głęboko, że dwa tysiące lat po Wcieleniu Boga w Chrystusie niewiele się pod tym względem zmieniło – może tylko w stosunkowo małej masie krytycznej. Większość ludzi, których znam, wciąż boi się Boga i stara się go kontrolować, zamiast go kochać. Zważywszy na stosunek sił, uważają, że to niemożliwe. Gdy jedna ze stron relacji ma pełnię władzy – a tak właśnie przeważająca część z nas definiuje swoją relację z Bogiem – druga może jedynie bać się i próbować kontrolować suwerena.

Jedynie Bóg ze swej strony może zmienić stosunek sił i wprowadzić nas w świat, w którym panuje wzajemność i w którym każda ze stron może zranić drugą. Żywą ikoną takiej zmiany stosunku sił jest Jezus! W nim Bóg przejął inicjatywę, by pokonać nasz lęk, naszą potrzebę manipulowania Bogiem i umożliwić uczciwą, autentyczną więź z Tym, którego bóstwo czcimy. Tę niepojętą relację wszczepiła już w ludzką świadomość żydowska idea „miłości Przymierza”.

W starożytnych religiach sądzono, że Boga można kontrolować poprzez ofiary z ludzi. Praktyka ta występowała na wszystkich kontynentach. W czasach Abrahama ów instynkt ofiarniczy nieco dojrzał i przeniósł się na różne nieszczęsne stworzenia – składano ofiary z kozłów, baranów i byków, by zadowolić straszliwego Boga. Podobne sceny widziałem także dziś w Afryce, Indiach i Nepalu. „Cywilizowane kultury” przeszły jednak pewną przemianę, przekształcając instynkt ofiary w różne formy samopoświęcenia i moralnego heroizmu – wszyscy bowiem wiemy, że coś trzeba złożyć w ofierze, by być bliżej Boga!

Tak naprawdę nie wierzymy, by Bóg sam z siebie mógł znać i kochać swoje stworzenia; nie wierzymy też, że moglibyśmy odwzajemnić mu się naszą własną miłością (a nawet go polubić). To pęknięcie tkwi w nas bardzo głęboko, tworząc klimat przejmującego wstydu i winy, z którego wyrasta dzisiejszy Kościół i kultura Zachodu. (To było także istotą większości europejskich reformacji – po obu stronach konfliktu).

Zdumiewający cud objawienia biblijnego, który chciałbym przybliżyć w tej książce, wyrazić można stwierdzeniem, że Bóg jest zupełnie inny, niż sądziliśmy, a także o wiele lepszy, niż się obawialiśmy. Parafrazując to, co pewien fizyk kwantowy powiedział o wszechświecie, można by rzec, że „Bóg jest nie tylko dziwniejszy, niż myślimy; jest dziwniejszy, niż możemy pomyśleć”. Jego pojawienie się nie jest złą wieścią; Bóg sam jest Dobrą Nowiną, niosącą ulgę i radość.

Walter Brueggemann w swojej Teologii Starego Testamentu nazwał to „pięcioprzymiotnikowym credo”, nieustannie powracającym w Biblii hebrajskiej: ten Bóg, którego objawia nam Izrael – i Jezus – przedstawiany jest wciąż jako „miłosierny, łaskawy, wierny, przebaczający i stały w miłości”5.

Potrzebowaliśmy bardzo dużo czasu choćby po to, by uwierzyć, że to w ogóle możliwe; jednak o tym, że to prawda, rzeczywiście wiedzą jedynie ci, którzy szczerze szukają, modlą się, a często także cierpią. To jest właśnie owo „ostrze doświadczenia”, o którym pisała Rosemary Haughton. Bez wewnętrznego doświadczenia Boga tych pięć przymiotników pozostaje kolejnymi pobożnymi słowami. Bez naszego własnego doświadczenia wewnętrznego religia pozostanie jedynie rytualna, moralizująca, doktrynerska i w dużej mierze nieszczęśliwa.

W dalszej części naszych rozważań chcę przedstawić Biblię jako coś, co historyk, socjolog i krytyk literacki René Girard słusznie nazwał „tekstem, który rodzi się w bólach” (a text in travail)6. Sam tekst – podobnie jak ludzie – czasem postępuje naprzód, a czasem się cofa. Inaczej mówiąc, nie zawiera gotowych konkluzji, lecz tworzy pewien klarowny zbiór wzorców i zarys – my zaś mamy wydobyć obraz, który się zeń wyłania, podążając tą samą, trudną drogą. Uważam, że tę pracę może wykonać jedynie doświadczenie wewnętrzne – a nie argumentacja biblijna lub jakiś zewnętrzny system wierzeń. Przekładając to stwierdzenie na język duchowości, można powiedzieć, że podsuwając gotowe wnioski, nie pomożemy ludziom, którzy nie odbyli jeszcze żadnej wędrówki duchowej. Zawsze błędnie je zrozumieją albo uczynią z nich niewłaściwy użytek – „nadmiar wyjaśnień odgrodzi ich od zdziwienia”.

Obawiam się, że spoczywa na nas obowiązek przyjęcia Dobrej Nowiny osobiście i od tego zaproszenia i tej odpowiedzialności nie uwolni nas żaden papież ani żaden cytat z Pisma świętego. Na szczęście jeśli rzeczywiście jest to Dobra Nowina, to jej przyjęcie polega na uczestnictwie. Nie jesteśmy jej jedynymi odbiorcami, mamy swą małą część w wielkim misterium. Powinno nas to nauczyć pokory.

Wiem, że nieraz chcielibyśmy, aby Biblia była czymś w rodzaju poradnika, który uczy nas, jak szybko odnieść sukces w biznesie. Myślimy, że lepiej by było, gdyby zamiast tych wszystkich ksiąg Królów, Kapłańskiej, Kronik i listów Pawłowych, których nie znosimy, dano nam gotowe konkluzje. „Co te wszystkie nudne historie i dawne wyobrażenia o świecie mają wspólnego z istotą sprawy?”. Dlatego właśnie bardzo wielu ludzi rezygnuje z lektury Pisma świętego, a większość katolików nawet nie próbuje do niego zajrzeć. (Jakże często w czasie Mszy świętej widzę mętniejący wzrok wiernych, gdy zaczynają się czytania. Wiecie, że to prawda!)

Geniusz objawienia biblijnego polega jednak na tym, że nie podsuwa nam ono rozwiązań, lecz (1) otwiera przed nami drogę, którą do nich dochodzimy, i (2) oferuje wewnętrzny i zewnętrzny autorytet, który pozwala nam tej drodze zaufać. Powtórzmy raz jeszcze: idąc przez życie – podobnie jak czytając Pismo – robimy zawsze trzy kroki naprzód i dwa kroki w tył. Dochodzimy do sedna, a potem gubimy je lub w nie wątpimy. W tym względzie tekst biblijny odzwierciedla naszą ludzką świadomość i życiową wędrówkę. Naszym zadaniem jest rozeznać, dokąd wiodą nas owe trzy kroki naprzód (niezmiennie ku miłosierdziu, przebaczeniu, niewykluczaniu nikogo, wyrzeczeniu się przemocy i ku zaufaniu), dzięki czemu będziemy mogli rozpoznać i zrozumieć te fragmenty, w których tekst cofa się dwa kroki do tyłu (są to zwykle fragmenty mówiące o zemście, o małostkowości Boga, o wyższości prawa nad łaską, o tym, że forma jest ważniejsza od treści, a technika kultu od żywej relacji).

Dlatego właśnie nie zrozumiemy Pisma, jeśli nie mamy wewnętrznego doświadczenia działania Boga w naszym własnym życiu! Możemy wówczas jedynie zastąpić ducha literą. Jak odważnie mówi św. Paweł, „litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia” (2 Kor 3, 6).

Spojrzymy na Biblię jak na antologię, składającą się z wielu ksiąg. Jeśli wierzymy w natchnienie Pisma świętego, jeśli ufamy, że Duch kieruje zarówno piszącym, jak i słuchającym Słowa, choć to, co jest nam objawiane, widzimy – jak w przypadku innych ludzkich spraw – „niejasno, jakby w zwierciadle”, to damy się prowadzić. Uwierzymy, że w tym zbiorze ksiąg ujawnia się sedno boskiej mądrości. W tę tkaninę rozwoju idei wplątane są, jak je nazwałem, „przewodnie motywy Pisma świętego”.

Gdy dojdziemy do Jezusa zmartwychwstałego, nie będzie już niczego, czego moglibyśmy się bać w Bogu. Samo jego tchnienie utożsami się z przebaczeniem i z boskim szalom (por. J 20, 20-23). Zrozumiawszy, że zmartwychwstały Jezus jest ostatecznym objawieniem istoty Bożego serca, pojmiemy nagle, że żyjemy w bezpiecznym i wspaniałym wszechświecie. Jednak nie Bóg się zmienił; nie jest też prawdą, że Bóg hebrajski różni się od Boga Jezusa. To my dorastamy, zagłębiając się w tekst i pogłębiając własne doświadczenie. Bóg się nie zmienia; to nam potrzeba dużo czasu, by przyjąć Go takim, jakim jest. Wytrwajmy zatem przy tekście i przy naszym wewnętrznym życiu z Bogiem, a nasza zdolność do przyjęcia Go zwiększy się i pogłębi. Jeśli czytając Pismo, będziemy szukać pewnych wniosków, aby szybko uspokoić swoje fałszywe „ja”, jakby każdy werset Biblii był gotowym orzeczeniem dogmatycznym, to nie tylko przestaniemy rozwijać się duchowo, lecz staniemy się osobami toksycznymi, zatruwając siebie samych i innych.

Prowadząc nas przez kolejne stadia świadomości i historii zbawienia, Biblia stopniowo i powoli uwalnia każdego z nas od potrzeby dwoistości, oskarżania i osądzania innych, od lęku, obwiniania, egocentryzmu i potrzeby zasługiwania na otrzymywane dobro. Tekst, który „rodzi się w bólach”, odzwierciedla i ukazuje nam nasze własne bóle rodzenia, prowadząc nas przez wszystkie kolejne stadia naszego rozwoju, zawarte w narracji biblijnej! Udziela zarówno dojrzałych, jak i niedojrzałych odpowiedzi na niemal wszystkie stawiane przez nas pytania, abyśmy nauczyli się dostrzegać różnicę.

Czy świadomość, że życie nie jest linią prostą, nie jest pocieszająca? Wielu z nas chciałoby wprawdzie, by życie takie było, wielu z nas uczono też, że jest tak w istocie; ja jednak nie spotkałem nikogo, czyje życie byłoby prostą drogą w oczach Boga. A znałem nawet Matkę Teresę! Zawsze dochodzimy do sedna, a potem je gubimy. Bóg wchodzi w nasze życie, a potem walczymy z nim, unikamy go i uciekamy przed nim. Przeżywamy chwile jedności czy zażyłości z Bogiem, a potem spadamy na ziemię, mówiąc sobie: „To zbyt piękne, by było prawdziwe. Pewnie mi się zdawało”. Na szczęście Bóg działa we wszystkich tych etapach i sytuacjach; na tym właśnie polega jego miłosierdzie i wierna miłość.

Jak jednak odnaleźć motywy przewodnie, nadające ton Pismu świętemu? Jak wyodrębnić w nim najważniejsze idee, wyzwalające ludzką historię? Henri de Lubac, francuski jezuita i jeden z wielkich teologów Soboru Watykańskiego II w latach sześćdziesiątych XX wieku, stwierdził kiedyś, że są dwa sposoby wypaczania sensu Pisma. Pierwszy to według niego trywialne moralizatorstwo i płytka pobożność ludzi, którzy nigdy nie zapoznali się z historycznym i antropologicznym kontekstem, w jakim powstawał tekst biblijny (pokusa konserwatywna). Wiele w tym sposobie serca, lecz mało głowy. Takich rozważań miło się wprawdzie słucha, lecz nigdy nie przeobrażą one historii. Mówiąc szczerze, nigdy nie zdołają przekonać osób posiadających choćby odrobinę wykształcenia i stanowią fasadę, za którą kryje się bardzo dużo pychy i przesądów.

Inny sposób zniekształcania sensu Pisma świętego to – jak twierdzi Henri de Lubac – ciasna historyczno-krytyczna interpretacja uczonych, którzy nigdy nie doświadczyli prawdziwego Boga (pokusa progresywna). Chodzi tu o zazwyczaj „oświecone” tezy, formułowane przez ludzi, którym brak wewnętrznego doświadczenia zdolnego wprowadzić ich w rzeczywistość świata duchowego. Nie tyle kochają oni Boga, co o nim mówią. Umieją jedynie stawiać literę w miejsce ducha, brać uczone formuły za głos wewnętrznego autorytetu, mylić erudycję z prawdziwą wiedzą. W ich wywodach wiele jest wprawdzie głowy, lecz mało serca. Pouczają nas, o co tak naprawdę chodziło Grekom i co powiedział, a czego nie powiedział Jezus. Wszystko to pozwala umysłowi odzyskać kontrolę nad rewelacją objawienia; serce jednak nie dowiaduje się niczego nowego, co mogłoby nim poruszyć.

W tej książce spróbujemy obrać drogę złotego środka pomiędzy obiema tymi szkodliwymi skrajnościami. Sięgniemy do wiedzy o kulturze i o psychologii, nie stroniąc od zdrowej świadomości historycznej, zawsze jednak mając na uwadze wewnętrzną świadomość Ducha, który prowadzi nas tu i teraz. Ta pokorna i ufna postawa pozwoli na zachowanie pokory wobec tekstu, strzegąc nas przed wyciąganiem pochopnych wniosków.

Do sedna czytelnik musi dojść sam, nie dlatego, że „Biblia tak mówi”, ani dlatego, że tak mówi autor. Duchowa dojrzałość – jak wspomina Ernst Friedrich Schumacher w swym „Przewodniku dla zdezorientowanych” (Guide for the Perplexed) – polega zawsze na ufnej, choć chwiejnej równowadze pomiędzy autorytetem zewnętrznym i wewnętrznym. Wedle mojego doświadczenia konserwatyści nazbyt ufają zewnętrznym autorytetom, podczas gdy liberałowie skłonni są pokładać nadmierną ufność w swym własnym, wewnętrznym głosie. Dojrzałość, jak to zwykle bywa, polega na wypośrodkowaniu, na znalezieniu owej rozległej przestrzeni pomiędzy skrajnościami, danej nam przez Boga i łaskę, przestrzeni, w której nikomu z nas nie jest zupełnie wygodnie.

Muszę ostrzec czytelnika, że jeśli rzeczywiście chce zmierzyć się z tekstem, to choć przeżyje ekscytującą przygodę, musi też jednak liczyć się z rewizją dotychczasowych wyobrażeń zarówno o Piśmie świętym, jak i o samym sobie. Poznając kontekst tej czy innej wypowiedzi Jezusa czy czynu proroka Jeremiasza, sięgając w głąb tekstu, by zrozumieć motywy działania postaci biblijnych, często uświadomimy sobie, jak rewolucyjny i sprzeczny z obiegowymi wyobrażeniami jest tekst Pisma świętego. Trzeba więc przygotować się na przemianę. Pogłębiona analiza tekstu nie zbija nas z tropu, jak obawiają się tego fundamentaliści, lecz umieszcza nas na właściwym tropie.

Zarówno Albert Einstein, jak i Carl Jung – każdy z nich na własny sposób – twierdzili, że najważniejsze jest pytanie o to, czy w jakiś sposób jesteśmy powiązani z czymś nieskończonym. Podczas naszych rytów inicjacyjnych mówię: „Czy jesteśmy częścią «kosmicznego jaja»7 sensu? Czy jesteśmy częścią zaczarowanego wszechświata? Czy też może każdy z nas uwięziony jest w swoim własnym rozpaczliwym poszukiwaniu prywatnego sensu?”. Objawienie biblijne mówi nam, że jesteśmy w istotny sposób powiązani z czymś Nieskończonym. Mówi też, że nie zdołamy poznać pełnego sensu naszego życia, dopóki nie spostrzeżemy, że jesteśmy małym fragmentem wzoru na ogromnym dywanie świata. Astrofizycy i socjobiolodzy mówią nam dziś to samo. Prawda nauki jak nigdy dotąd zbiega się z prawdą wiary.

Kreśląc „koło życia”, możemy wprawdzie odnaleźć nasz prywatny sens, lecz teraz jest on nam niemal całkowicie dany jako dar! Biblia mówi, że owszem, jesteśmy częścią czegoś nieskończonego i cudownego, lecz droga, która do tego prowadzi, jest zaiste niezwykła. Na koniec dowiadujemy się, że chodzi o doświadczenie łaski – niezasłużonego daru. Bóg zawsze i na całą wieczność przychodzi jako ktoś, kto jest zarazem całkowicie ukryty i w pełni objawiony w tej samej chwili czy zdarzeniu. Nigdy nic na nas nie wymusza; nie musimy go widzieć, jeśli nie chcemy. Ucząc się stylu myślenia, który nazywam „niedwoistym”, mamy największe szanse na ujrzenie epifanii.

W historii większości religii zakładano, że do Boga można dojść, stosując różne ćwiczenia duchowe, odprawiając odpowiednie obrzędy czy wypowiadając właściwe słowa. Uważano, że zachowując się w sposób właściwy czy przestrzegając zasad moralnych, przybliżymy się do Boga, a on przybliży się do nas. Niemal wszyscy zaczynają właśnie od tego – szukają właściwych map, mając nadzieję, że dzięki nim uda im się zdać coś w rodzaju kosmicznej matury. Zakładamy, że jeśli udzielimy poprawnych odpowiedzi, Bóg nas polubi. Miłość Boża zawsze wydawała się ludziom wysoce niepewna; sądzono, że zdobędą ją jedynie najbystrzejsi. Biblia jednak nie uzależnia czekającej nas przemiany od naszej wiedzy czy sprytu, mówi natomiast, że klucz do niej skrywa się w jednym z ulubionych i najtrudniejszych do znalezienia schowków Boga – w pokorze (warto przeczytać w tym duchu osiem błogosławieństw, Mt 5, 1-12). Owo „duchowe ubóstwo”, o którym mówi Jezus, zdajemy się tracić wówczas, gdy wkraczamy w rzekomą dorosłość (Mt 18, 2; Mk 9, 3-6).

Geniusz objawienia biblijnego kryje się w stwierdzeniu, że do Boga dochodzimy poprzez to, co nazywam „aktualnością”, co dane jest nam tu i teraz, bądź też po prostu poprzez to, co jest. Biblia wyprowadza nas ze świętych miejsc (dlatego zburzono świątynię), odrywa nas od świętych czynności (dlatego Prawo uległo relatywizacji) czy systemów przekonań mentalnych (dlatego Jezus nie narzucał w tym względzie żadnych rozstrzygnięć) i wprowadza nas w sam czas, uświęcając jego zwyczajność. „Jestem z wami przez wszystkie dni, aż do kresu czasu”, czytamy w ostatnim rozdziale Ewangelii św. Mateusza.

To sam czas – jeśli przeżywamy go cierpliwie – objawia nam drogi łaski; dlatego większość z nas potrzebuje tak wiele czasu, by się nawrócić. Stopniowo zmieniamy główny przedmiot naszych zainteresowań: zamiast skupiać się na doskonaleniu działań wszelakiego rodzaju, coraz bardziej zajmujemy się czystym teraz (to właśnie nazywamy modlitwą). Jezus często mówił o „czuwaniu”, nawoływał, by „patrzeć” i „być przytomnym”. Jeśli tylko czuwamy i jesteśmy świadomi tego, co się z nami dzieje, sami rozpoznamy, co jest najważniejsze. Wezwanie do czuwania to niemal ostatnie słowa, jakie Jezus (dwa razy) kieruje do apostołów przed odejściem na śmierć; następnie jednak godzi się z ich słabością, mówiąc do nich (i do nas) ze współczuciem: „Śpijcie dalej i odpoczywajcie, lecz teraz nadeszła godzina” (Mk 14, 35-41 – tłum. aut.).

Jak pisze Eckhart Tolle w swej książce Potęga teraźniejszości: by doświadczyć pełni Boga, nie trzeba być w jakimś określonym miejscu; nie trzeba być nawet doskonałym. Bóg jest nam zawsze dany, wcielony w każdą chwilę i obecny dla tych, którzy wiedzą, jak być obecnym. Co ciekawe, często to właśnie ludzie niedoskonali, o nader świeckim usposobieniu spotykają „Obecność” (paruzję, czyli „pełnię”). Przypadki tego rodzaju znaleźć można w całym Piśmie świętym.

Powiedzmy sobie jasno: jedna z głównych idei objawienia biblijnego wyraża się w przekonaniu, że Bóg przejawia się w tym, co zwykłe, w aktualności, w codzienności, w tym, co teraz, w konkretnych przejawach życia, w które się wciela. Przekonanie to przeciwstawia się obrazowi Boga, który domaga się czystości, żądając od nas, byśmy byli uduchowieni, mieli słuszne poglądy czy byli w jakikolwiek sposób idealni. Dlatego właśnie Jezus postawił religię na głowie! My, katolicy, mówimy nawet w związku z tym o „łasce uczynkowej” (gratia actualis). Dlatego właśnie twierdzę, że nasze doświadczenia mogą nas przemienić, jeśli tylko zechcemy przeżyć je na wskroś i do końca.

Ale też właśnie z tej samej racji musimy przebrnąć przez wszystkie te pozornie niezrozumiałe i nudne księgi biblijne – przez Księgę Królów, Kronik, Kapłańską, Powtórzonego Prawa, przez Apokalipsę św. Jana. Opowiadają one o grzechu i wojnie, o cudzołóstwach i mrocznych interesach, o królach i zbrodniach, o intrygach i oszustwach – o zwykłych, cudownych i smutnych zdarzeniach ludzkiego życia. Księgi te, w których spisano dzieje realnych społeczności i konkretnych, zwykłych ludzi, mówią nam o tym, że (jak trafnie określiła to moja droga przyjaciółka i współpracownica Paula d’Arcy) „Bóg przychodzi do nas przebrany w nasze własne życie”. Większość osób „religijnych” jest tym jednak zawiedziona! Najwyraźniej od życia wolą nabożeństwa w kościele.

Objawienie Boże jest zawsze konkretne i określone. Nie wyłania się z platońskiego świata idei i teorii, które mogą być słuszne lub błędne. Objawienie nie jest czymś, co da się zmierzyć, lecz czymś, a raczej Kimś, kogo spotykamy! Wszystko to nazywamy „tajemnicą wcielenia”; osiąga ona swą pełnię, gdy Bóg wciela się w zwyczajnie wyglądającego człowieka imieniem Jezus. Walter Brueggemann nazywa Wcielenie „skandalem poszczególności”8.

Chodzi tu nie tyle o to, byśmy stali się istotami duchowymi, ile raczej o to, byśmy stali się ludźmi. Objawienie biblijne mówi nam, że już jesteśmy duchowi, tyle że o tym nie wiemy. Biblia próbuje zdradzić nam ten sekret, objawiając Boga w tym, co zwyczajne. Dlatego właśnie tyle jej fragmentów brzmi tak świecko, praktycznie, konkretnie i, prawdę mówiąc, zupełnie nieduchowo! Większość z nas woli raczej lekturę pobożnych żywotów świętych.

Stworzyliśmy straszliwy dualizm, dzieląc świat na to, co duchowe, i to, co (jak twierdzimy) nieduchowe. Jezus przyszedł właśnie po to, by ujawnić kłamstwo tego dualizmu. Zasada Wcielenia głosi, że materia nigdy nie była oddzielona od ducha. Jezus przyszedł powiedzieć nam, że te dwa na pozór różne światy od zawsze tworzą jedność. Po prostu nie potrafiliśmy tego dostrzec, dopóki Bóg nie umieścił ich w jednym ciele (por. Ef 2, 11-20).

Czytając Biblię, widzimy, jak Bóg posługuje się ułomnymi żywotami bardzo zwyczajnych ludzi, którzy nigdy nie przeszliby przez późniejsze rzymskie procesy kanonizacyjne. Mojżesz, Debora, Eliasz, Paweł i Estera byli co najmniej zamieszani w morderstwo, Dawid był cudzołożnikiem i kłamcą, a wśród proroków wiele było postaci dość neurotycznych, takich jak Ezechiel, Abdiasz czy Jeremiasz. Pismo święte pełne jest dziejów żałosnych i złych królów i wojowników – a jednak Bóg posługiwał się nimi wszystkimi.

Dzieje ludu żydowskiego to historia krwawych bitew i zmagań, nieprzesłoniętych przez żadną wyrafinowaną teologię czy doktrynę – ich jedyne usprawiedliwienie stanowi wiara, że Jahwe jest ze swoim ludem i że go prowadzi. Obawiam się, że prawdziwa wiara biblijna bezlitośnie naraża nas na kontakt z rzeczywistością; nie ma gdzie się przed nią schronić. Nic dziwnego, że od aktualności wolimy abstrakcje! Za abstrakcjami można się schować. Wcielenie jednak wciąż wystawia nas na próbę, zarazem niezmiennie nas zapraszając.

Asymilacja negatywności i samokrytycznego myślenia

Gdy już zgodzimy się przeżyć na wskroś nasze doświadczenia, gdy zaakceptujemy obecność Boga w tym, co aktualne, czeka nas coś jeszcze: wraz z pozytywną stroną aktualności musimy doświadczyć także jej negatywnego aspektu! Nic dziwnego, że buntujemy się, uchylamy i sprzeciwiamy, nic dziwnego, że wolimy świat abstrakcyjnych idei, z których możemy usunąć niechciane przez nas treści. Jednakże Biblia hebrajska w zdumiewający sposób włącza w swoją narrację także to, co negatywne. Jezus czyni to samo, gdy jest „kuszony przez czterdzieści dni przez diabła” (pamiętajmy, że kuszenie zakłada przynajmniej pewien stopień fascynacji, połączony ze sprzeciwem).

Lud żydowski – w jakiejś mierze wbrew wszelkiej logice i oczekiwaniom – zachował w swojej Biblii zarówno wszystkie swoje narzekania i uniki, jak i opowieści o butnych i złych królach. Opowieści te odczytywano i nadal odczytuje się publicznie; także i my je czytamy. Nie mówią one Żydom o tym, jacy byli wspaniali, lecz jacy byli beznadziejni i okropni!

Biblię hebrajską cechuje – wyrażona dobitnie przez Jezusa i proroków – zdolność do samokrytycznego myślenia. Jest to pierwszy krok ku odejściu od dwoistego myślenia. Biblia uczy nas cierpliwości do wszystkiego, co dwuznaczne i tajemnicze. Krytyczne myślenie charakteryzuje mentalność Zachodu, która zrodziła rewolucje naukowe i przemysłowe oraz reformację protestancką. Chrześcijaństwo i judaizm zawsze potrafiły reformować się od wewnątrz; zdolność tę zawdzięczają specyfice swoich świętych ksiąg.

W historii religii jest to zjawisko dosyć rzadkie. Ów samokrytycyzm jest religii niezbędny, gdyż nie pozwala jej ulec naturalnej skłonności do popadnięcia w aroganckie samozadowolenie. Zapobiega możliwości długotrwałej grupowej idolatrii, choć może też wyrodzić się w cynizm, sceptycyzm i postmodernizm.

Lud żydowski posiadł niezwykłą zdolność do stawiania, z pomocą Bożą, czoła negatywnym wydarzeniom i sytuacjom. Postawa ta całkowicie odbiega od modnej dziś umiejętności „czynienia religii z najlepszych momentów naszego życia”. Lud Izraela czynił religię z najgorszych chwil swojej historii i prawdopodobnie właśnie dlatego przetrwał do dziś, nawet po Holokauście.

Musimy zdać sobie sprawę z tego, jak śmiała była i jest religia żydowska. Wyobraźmy sobie, jak Mojżesz mówi do swego ludu przed przejściem przez Morze Czerwone: „Pozostańcie na swoim miejscu i nic nie róbcie. Pan będzie walczył za was” (Wj 14, 14 – tłum. aut.). Przypomnijmy sobie słowa psalmu: „Nikt bowiem, kto Tobie ufa, nie doznaje wstydu” (Ps 25, 3).

Tego rodzaju zapewnienia obnażają nas przed wrogiem, wystawiając nas na nieuchronność chwili. Nic dziwnego, że jedna trzecia psalmów to psalmy lamentacyjne. Chrześcijanie w swej historii okazali się niezdolni do podobnej postawy, mimo że uważają, iż ich religia stoi wyżej od judaizmu (do kwestii tej wrócimy w rozdziale dziewiątym).

Dzisiaj, jak zawsze, wystawieni jesteśmy na pokusę nieufania nie Bogu, lecz naszej własnej tradycji wiary, uczącej nas pokładania ufności w Bogu. Nie jest to jednak to samo! Często pokładamy wiarę w tradycji pełnej opowieści o dawnych świętych i teologach, którzy ufali Bogu. To bardzo sprytny sposób na unikanie osobistego doświadczenia, na unikanie przerażającego spotkania z Bogiem żywym, na unikanie nieustannie dokonującego się Wcielenia. Skłonni jesteśmy ufać przeszłości dla niej samej, jakby Bóg zstąpił na ziemię, by chronić ludzkie tradycje, jakby przeszłość była świętsza od teraźniejszości. Jezus wyraźnie mówi nam, że to nieprawda (por. Mt 15, 3).

Muszę wyznać, że kocham Tradycję, lecz jest to tradycja poddawania się mocy cudu, zawsze przerastającej nas tajemnicy Boga. W tym sensie zawsze będzie to Tradycja nie-wiedzy. Dlatego właśnie mówimy o tradycji apofatycznej, o „obłoku niewiedzy”, i określenia te trafiają w sedno wiary, wyzwalając nas z konieczności posiadania wiedzy, gdyż jesteśmy poznani pełniej, niż sami poznajemy czy potrzebujemy wiedzieć (1 Kor 13, 12). Potrzebujemy wiedzy niezbędnej do tego, by móc przyjąć tajemnicę niewiedzy i pozwolić sobie w niej trwać. Więcej powiemy o tym w rozdziale szóstym.

Zdumiewające, jak religia potrafiła zmienić biblijną ideę wiary, nadając jej sens przeciwny do zamierzonego: zmieniła ją w tradycję pewnej wiedzy o tym, co rzekomo przewidywalne, i w całkowitą pewność co do tego, kogo Bóg lubi, a kogo nie lubi. Zapewne sądzimy, że mamy tajemnicę Boga w małym palcu. Wiemy z góry, co Bóg powie, ponieważ sądzimy, że nasze wyznanie ma monopol na wszystkie Jego słowa i czyny. W tej koncepcji Bóg nie jest już wolny, gdyż musi podporządkować się naszym regułom i decyzjom. Jeśli w ten sposób pozbawiamy Boga wolności, to mamy kłopot, gdyż za każdym razem, gdy Bóg przebacza lub okazuje miłosierdzie, łamie własne zasady, wykazując się straszliwą niekonsekwencją!

U Hebrajczyków niezwykłe jest to, że nie tłumili rzeczywistości. Nie chcieli pocieszać się przesądnymi mitami. W jakimś sensie Izrael nie zdystansował się od własnych niekonsekwencji i od sprzeczności życia, nie odciął się od okropności i otchłani ludzkiej historii – historii, która w końcu stała się „krzyżem” Jezusa. Okrutna rzeczywistość daje o sobie znać już w historii Hioba, w doświadczeniu wyjścia z niewoli i wygnania, w dziejach nieustannych najazdów i okupacji przez inne narody i imperia. Często Izraelici mieli zapewne ochotę powiedzieć Bogu to, co podobno kiedyś powiedziała św. Teresa z Ávili: „Jeśli tak traktujesz swoich przyjaciół, to nic dziwnego, że masz ich tak niewielu”.

Kosmiczne jajo

Pomocny w lekturze tej książki może być rysunek, do którego odwoływałem się także w innych moich pracach. Rysunek ten nosi tytuł Kosmiczne jajo i przedstawia trzy sfery sensu. Najmniejsza sfera sensu to obszar prywatnej historii naszego własnego życia. Mówimy: „oto ja”, „oto moja historia”. Prawdopodobnie jeszcze nigdy o tej sferze nie mówiono tak wiele i tak swobodnie, jak czyni się to w Stanach Zjednoczonych przez ostatnie trzydzieści lat. Jej język to język talk-show. Jest subiektywny, interpersonalny, samopomocowy, psychologiczny. Jak dotąd jest bardzo pomocny.

Dla większości ludzi, którzy dotąd żyli na ziemi, język ten był jednak nieosiągalny, w związku z czym ich życie skupiało się na pozostałych, szerszych sferach. Odkryliśmy go dopiero niedawno, choć w kulturze chrześcijańskiej pojawił się już w Wyznaniach św. Augustyna i w znakomitych opisach stanów wewnętrznych, których dostarcza nam św. Jan od Krzyża. Język ten odpowiada na wiele pytań, przez co budzi dziś wielkie zainteresowanie.

Problem w tym, że dzięki swemu bogactwu język sfery prywatnej staje się substytutem prawdziwej transcendencji. A przecież moja prywatna historia to jeszcze nie Historia. Kreuje ona poszczególnych ludzi, może nawet dobrych, lecz nie świętość, pełnię i integralność. Nie jest nawet w stanie ukształtować ludzi świadomych swojego miejsca w społeczeństwie czy w historii.

Niezbędna jest zatem kolejna sfera sensu, zawierająca w sobie pierwszą. Mówimy: „oto my”, „oto nasza historia”. W taki właśnie sposób większość ludzi przeżywała dotąd i nadal przeżywa swoje życie, czyniąc je częścią wspólnych dziejów: przeżywamy naszą przynależność etniczną, naszą płeć, tożsamość naszej grupy, religii czy środowiska zawodowego. Mówimy: „my rolnicy”, „my Polacy”, „my katolicy”. Większość ludzi postrzega swoje miejsce w historii przez pryzmat swojej przynależności grupowej. Dlatego właśnie tak irracjonalnie bronią oni grupy, do której należą. Grupa jest wszystkim, co mają. Myślą grupowo.

Widzę to wciąż w różnych częściach świata, gdzie ludzie nie mają czasu, ani nawet słów, na swoje prywatne, osobiste historie. Jedyną tożsamością, jaką mają, jest tożsamość grupy. Jest to oczywiście przerażające, gdyż takimi grupami łatwo jest manipulować; łatwo wzbudzić w nich lęk i skłonić ich do przemocy, sugerując, że ich grupie coś zagraża, jak to często bywa w dzisiejszym świecie. Ludzie myślący grupowo często mają niewielką samowiedzę; jedynym sposobem wyjścia z tej sytuacji jest w ich przypadku związek z innymi sferami sensu.

Tradycja Pisma świętego szanuje obie wspomniane sfery sensu; choć ich tak nie nazywa, traktuje je poważnie. W Biblii znajdujemy zarówno narracje, których podmiotami są konkretne osoby, jak i takie, w których mowa jest o „nas”; zarówno życie poszczególnych ludzi, jak i całego narodu jest areną działania Boga, co wprowadza w nie nowy, inny wymiar. Okazuje się bowiem, że życie to powiązane jest też z czymś Nieskończonym.

Pokusa New Age, podobnie jak wyrafinowana pokusa liberalna, polega na tym, żeby żyć jedynie w pierwszej sferze sensu, w dziedzinie mojego własnego, prywatnego doświadczenia. Sfera ta jest jednak o wiele za mała. Opowiadając wciąż własną historię, po pewnym czasie stajemy się nudni i narcystyczni. Zawsze zatem należy zadać sobie pytanie: „Jak się to ma do szerszego kontekstu?”, „Jak wykorzystuję swoje doświadczenia dla innych i dla przyszłości?”.

Kosmiczne jajo

Zdrowa religia biblijna zawiera

w sobie całe kosmiczne jajo.

Osoby o bardziej konserwatywnym i tradycyjnym nastawieniu nieraz gubią się w drugiej sferze sensu, ograniczając się wyłącznie do wierności grupie i do tożsamości grupowej. „Mój kraj jest najważniejszy, niezależnie od tego, czy działa słusznie, czy nie”, „Moja religia jest najważniejsza, nawet jeśli brak w niej doświadczenia wewnętrznego” – oto przykłady tego sposobu myślenia. Wielu konserwatywnych katolików nie potrafi przyznać, że papieże w przeszłości mówili i robili różne absurdalne rzeczy. Wielu konserwatywnych Amerykanów nie potrafi skrytykować własnej partii politycznej, armii czy prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Myślę, że ludzie skłaniający się ku którejś z tych skrajności ulegają ideologiom, zastępując realne doświadczenia gotowymi konkluzjami. Znają odpowiedź, zanim wysłuchają pytania i skorzystają z dostępnych im informacji. Członkowie obu grup potrzebują więzi z szerszą sferą sensu, gdyż jedynie ona może ocalić ich od nich samych.

Trzecia sfera sensu, zawierająca w sobie dwie pozostałe i zestrajająca je z rzeczywistością, to Historia. Rozumiem przez nią wzorce i schematy, które są zawsze prawdziwe. Boję się powiedzieć to osobom „prawdziwie wierzącym”, lecz sfera ta jest o wiele szersza i powszechniejsza niż jakakolwiek religia czy wyznanie. Każda zdrowa religia w jakiejś mierze opowiada Historię, jak mocą swego autorytetu poucza nas Sobór Watykański II (por. deklaracja Nostra aetate, 1-2). Na przykład przebaczenie zawsze uzdrawia, niezależnie od tego, czy przebaczają hinduiści, buddyści, katolicy czy żydzi. Przebaczenie to wzorzec, który jest zawsze prawdziwy, gdyż jest częścią Historii. Nie ma specyficznie katolickiego sposobu karmienia głodnych czy dobrego zarządzania Ziemią. Miłość jest miłością, nawet jeśli jej motywy bywają różne.

Tradycja biblijna uwzględnia wszystkie trzy wymienione wyżej sfery: sferę mojej historii, naszej historii i Historii. Tradycja biblijna mówi nam, że możemy zbliżyć się do Historii i zrozumieć ją, jedynie przeżywając własne życie i biorąc odpowiedzialność zarówno za swoją historię indywidualną, jak i grupową. Musimy wsłuchać się we własne doświadczenie, uczyć się na własnych błędach i grzechach, doświadczając własnego zbawienia i uznając, że jesteśmy częścią historii, częścią pewnej kultury i grupy religijnej, na dobre i na złe. Nie możemy uzdrowić ani uczciwie ocenić tego, do czego się nie przyznajemy.

Religia fundamentalistyczna próbuje wejść od razu na trzeci poziom, przeskakując wprost do Historii, bez bolesnego przepracowania własnej osobistej historii i bez trudnej, krytycznej pracy nad historią zbiorową, w jej wymiarze dziejowym i społecznym. Dlatego właśnie jest tak powierzchowna i bezkrytyczna.

Geniusz objawienia biblijnego polega na tym, że zamiast podsuwać nam proste rady, jakimi karmi się dziś adeptów biznesu, pozwala nam, a nawet pomaga, świadomie wziąć w posiadanie naszą własną historię w jej wszystkich wymiarach i aspektach, przyswoić sobie w całości nasze własne życie i doświadczenie. Bóg posłuży się nim w całości, nie pomijając nawet treści negatywnych, by nieść nam życie i miłość.

To rzeczywiście jest dobra nowina! Nagle widzimy, że możemy potraktować nasze życie poważnie w całej jego złożoności, wraz ze wszystkim, co w nim dobre i złe, gdyż Bóg uczynił to pierwszy! Nie więźniemy już w naszej własnej, ciasnej kulturze czy tożsamości grupowej, w naszych prywatnych bólach i ranach. Jesteśmy ludźmi Szerokiej Perspektywy, żyjemy we wspaniałym, pełnym sensu kosmicznym jaju, w którym nic nie ulega zniszczeniu, a wszystko służy pełni życia. Jezus uczył nas nazywać tę rzeczywistość królestwem Bożym.

Święte rany

Wszystko, czego doświadczamy z naszej wąskiej, prywatnej i zbiorowej perspektywy, nabiera transcendentnego sensu, gdy możemy włączyć to w perspektywę Historii. Nawet nasze rany stają się święte, gdyż widzimy je w pełnym horyzoncie Dziejów. Jeśli jesteśmy chrześcijanami, uczymy się utożsamiać nasze własne zranienia z ranami Jezusa i z cierpieniami powszechnego Ciała Chrystusa (por. Flp 3, 11-12; Kol 1, 24-25).

Jednym z kluczowych wątków, który wzbogaca tradycję judeochrześcijańską, osiągając pełnię w Jezusie ukrzyżowanym, jest uznanie kosmicznego i osobistego znaczenia ludzkiego bólu i cierpienia. Odnajdujemy to zwłaszcza w czterech Pieśniach Sługi z księgi proroka Izajasza (Iz 42-53), w historii Jonasza i w Księdze Hioba.

Jezus cytuje Izajasza częściej niż innych proroków; buduje na tym, co dostrzegła już jego własna, żydowska tradycja. Można by na przykład powiedzieć, że historia Hioba jest zarazem szczytem i streszczeniem starotestamentowej odpowiedzi wiary na cierpienie. Można by też powiedzieć, że historia Jezusa powiela historię Jeremiasza: mamy przed sobą proroka, który mówi, lecz nie jest słuchany. Jezus to Hiob – ukrzyżowany!

Ból uczy nas rzeczy sprzecznych z intuicją – poucza nas, że musimy zejść w dół, by dowiedzieć się, co to w ogóle znaczy podążać w górę. Jeśli chodzi o ego, większość religii w ten czy inny sposób mówi nam, że trzeba „umrzeć przed śmiercią”. Cierpienie wydaje się jedynym doświadczeniem, które jest dostatecznie silne, by wytrącić z równowagi naszą arogancję i ignorancję. Cierpienie zdefiniowałbym po prostu jako sytuację, której nie jesteśmy już w stanie kontrolować.

Jeśli religia nie potrafiłaby wskazać sensu ludzkiego cierpienia, ludzkość znalazłaby się w poważnych tarapatach. Każda zdrowa religia uczy nas, co począć z cierpieniem. Wielkie religie mówią nam, co zrobić z absurdem, tragedią, nonsensem i niesprawiedliwością. Jeśli nie zdołamy przemienić naszego bólu, to najprawdopodobniej przekażemy go innym.

Jeśli nie będziemy umieli przemienić naszych zranień w święte rany, nieuchronnie pogrążymy się w negacji i zwątpieniu. Wszędzie – w kościołach i poza nimi – pełno jest ludzi zgorzkniałych. Idąc przez życie, doświadczają zranień, rozczarowań, zdrad i porzuceń; ciężar ich własnej grzeszności i słabości piętrzy się i spada na nich, a oni nie wiedzą, co z nim zrobić.

Jeśli nie dotrzemy do głębszego sensu cierpienia, jeśli nie zrozumiemy, że Bóg jest w nim w jakiś sposób obecny, a może nawet posługuje się nim dla naszego dobra, to zamkniemy się i przestaniemy funkcjonować. Naturalną reakcją ego na cierpienie jest odruch obronny, starający się nie dopuścić do dalszych zranień.

W objawieniu biblijnym chodzi o takie przemienienie historii i poszczególnych ludzi, byśmy nie musieli wciąż z pokolenia na pokolenie przekazywać naszego bólu. Większością zdarzeń i sytuacji znanych z ludzkiej historii rządzi zasada oko za oko i quid pro quo. Przekazywanie niezaleczonych ran jest w niej zjawiskiem powszechnym; widzimy więc, dlaczego ludzie wciąż potrzebują zdrowej duchowości i zdrowej religii.

Narracja biblijna mówi nam, że pozornie niekonsekwentna i niespójna historia rządzi się jednak pewną logiką. Lud Izraela wierzył, że małe historie naszego życia wpisują się w szerszy kontekst Historii, nadający im znaczenie i sens. Postaramy się zatem odnaleźć klucze interpretacyjne, pozwalające uchwycić ową Historię. Uważam, że należy szukać ich w przewodnich motywach Pisma świętego, i będziemy cały czas starali się je łączyć.

Myślę, że jako katolicy jesteśmy szczególnie zobowiązani do tego, by zarówno uczyć tych wielkich tematów biblijnych, jak i doświadczać zawartych w nich treści. Od lat czterdziestych XX wieku dysponujemy narzędziami solidnej analizy krytyczno-historycznej Pisma świętego. Oprócz nich mamy też bogatą tradycję mistyczną, tradycję sprawiedliwości społecznej i niedualistyczną tradycję kontemplacyjną. Wszystko to umożliwia nam trzeźwą i zarazem radosną lekturę Biblii, łączącą krytycyzm z doświadczeniem duchowym.

Mam nadzieję, że poprzez tę książkę zdołam – w miarę własnych możliwości – przemówić do głów i serc czytelników, wprowadzając ich w tę przestrzeń złotego środka, w której rezygnujemy z nadmiernej kontroli, pozwalając Bogu przejąć stery.

ROZDZIAŁ DRUGI

O „kim” mówimy?

Stwórzmy ludzkość na nasz obraz, podobną nam.

Rdz 1, 26 – tłum. aut.

Od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła.

Rz 1, 20

Nasze próby zrozumienia przewodnich motywów rozpoczniemy od księgi, która bynajmniej nie jest najstarszym spisanym świadectwem ludzkiej myśli; dziś wiemy, że w swojej obecnej formie powstała prawdopodobnie dopiero pięćset lat przed Chrystusem. Mimo to Księga Rodzaju wciąż słynie z zawartej w niej historii stworzenia. Stanowi ona doskonały początek naszych rozważań.

Zawarta w Księdze Rodzaju historia stworzenia, przekazana nam przez tradycję judeochrześcijańską, okazuje się zupełnie niezwykła w zestawieniu z innymi opowieściami o początku świata, znanymi nam z historii religii. Różne ludy wierzyły, że świat powstał w wyniku spontanicznego zapłonu, że wyłonił się z dziury w ziemi, że powołała go do istnienia jakaś mitologiczna postać, a nawet że powstał w wyniku aktu przemocy. Natomiast wedle naszej historii stworzenia zostaliśmy stworzeni na „obraz i podobieństwo” Boga, w twórczym akcie miłości, jak mówi przytoczony wyżej fragment i inne podobne mu wersety (Rdz 1, 27; 9, 6). Stwierdzenie to daje naszym dziejom głęboko pozytywny, pełen nadziei fundament, którego znaczenie trudno przecenić.

Słyszeliśmy je tak często, że nie czujemy egzystencjalnego wstrząsu, jaki winna wywoływać w nas teza, że jesteśmy „stworzeni na obraz i podobieństwo Boga”! Zawsze powtarzam, że gdybyśmy tylko spróbowali w to uwierzyć, zaoszczędzilibyśmy dziesiątki tysięcy dolarów, które wydajemy na terapie! Jeśli to prawda, to znaczy, że wywodzimy się z boskiego rodu. O naszej istocie nie przesądza grzech pierworodny, lecz przyrodzone błogosławieństwo. Inaczej mówiąc, nasz punkt wyjścia jest na wskroś pozytywny: jak czytamy w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju, jest on „bardzo dobry” (Rdz 1, 31). Istnieje gdzieś dobre miejsce, do którego możemy powrócić. Jeśli początek był dobry, reszta powinna pójść znacznie łatwiej, a ponadto wiemy, w jakim kierunku mamy zmierzać.

Biblia buduje na tej fundamentalnej wierze w dobroć stworzenia, na naszej prawdziwej tożsamości, która, jak powiedział kiedyś Thomas Merton, „kryje się w miłości i miłosierdziu Boga”9. Jest to miejsce, do którego zawsze próbujemy wrócić, mimo że droga jest kręta i spotykamy na niej wiele „demonów”, zasiewających w naszej duszy to samo ziarno wątpliwości, które kusiciel podsuwał niegdyś Jezusowi: „Jeśli jesteś Synem Bożym” (Mt 4, 3. 6). Cała Biblia stara się nam przybliżyć poprzez różne opowieści prawdę o naszej obiektywnej jedności z Bogiem.

Zasmuca mnie fakt, że kilku przedstawicieli europejskiej reformacji, deklarując głęboką wiarę w Pismo święte, miało mimo to bardzo negatywne poglądy na naturę człowieka. Ich założenia były skrajnie pesymistyczne – mówili o „całkowitym zepsuciu” ludzkiej natury itd. Nic dziwnego, że tak wielu ludzi Zachodu zdaje się nienawidzić chrześcijaństwa; staliśmy się dokładnie tym, czego oni tak bardzo się obawiali. Dobra Nowina w praktycznym, ludzkim wymiarze przestała być słyszalna.

Wobec braku wrażliwości mistycznej i nastawienia kontemplacyjnego w niektórych wyznaniach sądzę, że wielu chrześcijan wciąż nie ma pojęcia o obiektywnej jedności duszy z Bogiem (por. np. 1 J 3, 2; 2 P 1, 4). Często krytykują mnie oni za przypominanie o tej prawdzie, cytując klasyków, twierdzących, że „wszystko, co ludzkie, jest złe i zdeprawowane” i że „jesteśmy jak kupa gnoju, przykryta łaską Chrystusa”. Tak radykalnie negatywne założenia niezmiernie utrudniają formację ludzi kochających i odpowiedzialnych, podobnie jak płynące z Rzymu wypowiedzi, nazywające osoby homoseksualne „wewnętrznie nieuporządkowanymi”10. Jak uchylić się od tak fundamentalnych potępień?

By głosić Ewangelię i znać ją, musimy najpierw właściwie odpowiedzieć sobie na pytanie, o „kim” mówimy, „kto” jest adresatem Dobrej Nowiny! Kim jest „ja”, z którym współdziałamy? Kim jesteśmy? Jaka jest nasza obiektywna sytuacja? Skąd się wzięliśmy? Czy nasze DNA pochodzi od Boga, czy od Szatana?

Poważną przeszkodą, którą musimy pokonać, jest złudzenie odrębności. Niemal jedynym zadaniem religii jest mówienie nie o tym, czy jesteśmy godni, ale o jedności, jest ponowne połączenie ludzi z ich pierwotną tożsamością, „ukrytą z Chrystusem w Bogu” (Kol 3, 3). Ów stan odrębności Biblia nazywa „grzechem”, a jego całkowite zniesienie często przedstawiane jest w niej jako najważniejsze dzieło zbawienia: „Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni” (1 J 3, 2).

Słowo „grzech” budzi w większości z nas tak wiele fałszywych skojarzeń, że stało się dziś bardzo problematyczne. Dla większości z nas nie oznacza ono stanu alienacji czy odrębności. Kojarzy się nam z różnymi drobnymi złymi uczynkami i brakiem moralnej wartości poszczególnych osób.

Są to jednak jedynie symptomy grzechu, a nie sam grzech! Jeśli odgrodzimy się od innych, zawsze będziemy robić głupoty. Problemem jest stan rzekomej autonomii bądź jej wyboru; fundamentalne znaczenie słowa „grzech” zawiera się w obrazie życia poza „ogrodem”. Nie zdołamy stać się godni, możemy za to odzyskać więź ze Źródłem życia (por. wykłady o prawdziwym i fałszywym „ja”, wygłaszane w Centrum Działania i Kontemplacji i poza nim).

Grzech oznacza przede wszystkim stan życia poza jednością, w którym część udaje, że jest Całością. Jest to stan utraty wewnętrznego doświadczenia tego, „kim” jesteśmy w Bogu. Tego „kim” nie sposób nabyć ani zasłużyć na nie. Nie da się go osiągnąć ani wypracować. Dlaczego? Ponieważ już to mamy.

W objawieniu biblijnym chodzi o przebudzenie, a nie o osiągnięcie czegokolwiek. Nie chodzi o przestrzeganie zasad, lecz o uświadomienie sobie tego, co istotne. „Tam”, gdzie zmierzamy, nie można dojść, można tam jedynie być. Z jakichś powodów jednak zbyt trudno jest nam uwierzyć w to fundamentalne bycie-w-Bogu; uważamy, że to zbyt piękne, by było prawdziwe. Przyjąć tę prawdę mogą jedynie pokorni, gdyż mówi ona więcej o Bogu niż o nas, o czym powiemy jeszcze w rozdziale ósmym.

Ego jednak zmienia jej przyjęcie w osiąganie i odnoszenie sukcesu, przez co religia staje się rywalizacją o godność, w której wszyscy przegrywają, z czego zdają sobie sprawę, jeśli są uczciwi. Często ludzie rezygnują w ogóle z wędrówki duchowej, gdy widzą, że nie są w stanie sprostać piętrzącym się przed nimi wymogom. Nie chcą być hipokrytami. Widzę to szczególnie u mężczyzn.

W rzeczywistości jednak w zjednoczeniu z Bogiem chodzi o świadomość i powrót do stanu pierwotnego, o kopernikańską rewolucję umysłu i serca, którą niekiedy nazywamy nawróceniem. Konsekwencją nawrócenia – głębokiej i cudownej wiedzy duchowej – stanie się z pewnością zupełnie nowy styl życia i sposób postępowania. Nie chodzi o to, że jeśli jestem moralny, to Bóg będzie mnie kochał; przeciwnie, muszę najpierw doświadczyć miłości Bożej, czego niemal naturalną konsekwencją będzie moje moralne postępowanie.

Dlaczego zawsze stawiamy wóz przed koniem? Bóg jest koniem, my zaś zawsze jesteśmy wozem, ale pamiętajmy: ego (nasze fałszywe lub mniejsze „ja”) zawsze chce kontrolować sytuację.

By nam to uświadomić, chciałbym, byśmy potraktowali hebrajską i chrześcijańską część Pisma świętego jako jedną całość, jako antologię natchnionych przez Boga opowieści, z których każda ma początek, rozwinięcie i zakończenie. Czytajmy je jak jedną natchnioną historię.

Traktując Pismo święte jako Bożą inspirację, zobaczymy, że Bóg stopniowo przygotowuje nasze umysły na Dobrą Nowinę, abyśmy coraz pełniej rozumieli, że On nas kocha. Jeśli czytając teksty biblijne, zachowujemy „ubóstwo ducha” (Mt 5, 3), ukażą nam one sens naszego życia i naszej historii. Jeśli natomiast czytając je, będziemy uważać, że coś nam się należy, jakby ktoś coś nam zawdzięczał, wyrobimy sobie jedynie fałszywe przekonanie, że potrafimy wytłumaczyć Boga innym.

Bóg w tekście się nie zmienia; zmieniamy się jednak my. O inspiracji tekstów biblijnych można mówić w tej mierze, w jakiej inspirują i zmieniają nas! Słowo „inspiracja” rozumiem tu w sensie dosłownym – „tchną” one w nas Życie większe niż my sami. Jeśli spisane słowa tego nie dokonują, to znaczy, że wcale nie są „inspirujące” – przynajmniej nie dla nas.

Spotkałem zbyt wielu ludzi, którzy wierzyli we wszelkiego rodzaju natchnione teksty, a mimo to nie było w nich życia; nie wypełniło ich „tchnienie”, którym Bóg napełnił nozdrza Adama (Rdz 2, 7). Bóg u proroka Izajasza mówi: „ten lud zbliża się do Mnie tylko w słowach” (Iz 29, 13); zarówno Izajasz, jak i Jezus mówią o ludziach, którzy czczą Boga tylko wargami (Iz 29, 13; Mt 15, 8).

Dzięki „inwazji” Boga na naszą duszę stajemy się coraz bardziej świadomi i zdolni do coraz głębszej miłości. Biblia daje nam ogromne wyzwolenie, wolność, która nas niemal przerasta. Przypomnijmy sobie przerażające stwierdzenie Boga, który mówi na samym początku: „Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania” (Rdz 2, 16), z wyjątkiem jednego! Sami nie podjęlibyśmy ryzyka takiej wolności.

Bóg nie boi się błędów. Wie, że może wszystko obrócić w dobro. W ekonomii łaski nie ma sytuacji bez wyjścia, których nie uniknie tekst. Bóg pozwala nam grać, jak chcemy, i spożywać owoce niemal z wszystkich drzew rosnących w ogrodzie. Już sama ta deklaracja może przerazić, św. Paweł jednak, jak zwykle, wyraża ją jeszcze mocniej, mówiąc: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5, 1). Jezus kieruje do nas to samo wezwanie, wzmacniając je tchnieniem Ducha (J 20, 22), poprzez które ostatecznie uwalnia ludzkość od wstydu i winy.

Ujmijmy to następująco: Największym problemem Boga jest to, jak rozdać Boga! Okazuje się to rzeczywiście bardzo trudne. Sądzilibyśmy zapewne, że wszyscy chcą Boga. Zazwyczaj jednak pada odpowiedź: „Panie, nie jestem godzien. Wolę religię i moralność, dzięki którym odnoszę wrażenie, że własnym wysiłkiem zdołam wygrać kosmiczne zawody”.

Szczytowy wyraz motywu łaski i daru odnajdujemy w historii Zwiastowania (Łk 1, 26-38). Czy zauważyliście, że Maryja nie mówi, że jest „niegodna”? Prosi tylko o wyjaśnienie. Pyta „jak”, gdyż chce wiedzieć, co ma robić. Nigdy nie pyta „czy” ani „dlaczego”.

Jest to zupełnie niezwykłe i świadczy o braku egoizmu. Maryja staje się archetypem doskonałej akceptacji, gotowości na przyjęcie Boga. Trzeba było całej biblijnej historii zbawienia, by przygotować jedno doskonałe naczynie, które wie, jak, nie pytając o nic, powiedzieć „tak” darowi, który jest całkowicie wolny i niezasłużony. Inne sceny wyboru zawsze zakłócają dobrze nam znane stwierdzenia w rodzaju: „Panie, nie jestem godzien”. „Oczywiście, że nie jesteś” – zdaje się mówić Ewangelia – „ale to przecież nie stanowi problemu!”.

Pierwotny wstyd

Pierwszym aktem objawienia się Boga jest samo stworzenie. Nazywam je Biblią natury, spisaną około czternastu miliardów lat przed Biblią złożoną ze słów. Bóg mówi najpierw przez to, co jest, jak stwierdza św. Paweł w wersecie przytoczonym na początku rozdziału.

Ciekawe jednak, że w narracji biblijnej stworzenie dokonuje się stopniowo, przez siedem dni, prawie jakby autor biblijny intuicyjnie wiedział o tym, co dziś nazywamy ewolucją. Teoria ewolucji jest dość przekonującym wyjaśnieniem procesu stworzenia, z którym zgadza się większość chrześcijan, z wyjątkiem nielicznych głosów sprzeciwu.

Stworzenie dokonywało się zatem stopniowo, a jedyny duchowy sens opowieści z Księgi Rodzaju stanowi teza, że Bóg je zapoczątkował. Nie chodzi w niej o to, kiedy i gdzie to nastąpiło. Biblia stwierdza jedynie, że tak się stało. Księga Rodzaju nie rości sobie prawa do naukowej analizy; najwyraźniej chodzi w niej o duchową aklamację sensu, chwały i źródła stworzenia. Dualistyczny umysł nie potrafi jednak łączyć pozornych sprzeczności, woli rozróżniać, myśleć kategoriami „albo, albo”. Myśl w początkowych stadiach swojego rozwoju jest niemal całkowicie dualistyczna, gdyż poznaje przez rozróżnianie. Natomiast umysły świętych i mistyków funkcjonują niedwoiście. Widzą całość zamiast części.

Wszyscy zauważyliśmy zapewne, iż trzeciego, czwartego, piątego, szóstego i siódmego dnia stworzenia pada stwierdzenie, że wszystko, co stworzył Bóg, było „dobre” (Rdz 1, 9-31). Większość ludzi nie zauważa jednak, że formuły tej brak w opisie pierwszego i drugiego dnia! Pierwszy dzień to oddzielenie ciemności od światła, zaś dzień drugi to oddzielenie nieba na górze od ziemi na dole (Rdz 1, 3-8). Biblia nie mówi, że to jest dobre – bo nie jest! Jezus jest dla wielu z nas ikoną zbawienia, gdyż tak wspaniale je ze sobą łączy, mówiąc nam, że możemy uczynić to samo.

Większa część pracy dokonywanej przez tekst biblijny polega właśnie na ponownym łączeniu ze sobą tych pozornych przeciwieństw – ciemności i światła, nieba i ziemi, ciała i ducha. Tak naprawdę nigdy nie były one rozdzielone, pamiętajmy jednak, że tak myśli „grzech”. O jedności tej uczy także moja własna tradycja franciszkańska, idąc zwłaszcza za św. Franciszkiem i św. Bonawenturą. Uważali oni, że wszystkie rzeczy stworzone są odzwierciedleniem i odbiciem Stwórcy. Pogląd ten nazywany jest „duchowością inkarnacyjną” i „duchowością stworzenia”.

W Ewangelii św. Jana czytamy, że na „istoty ludzkie” będą „zstępować i wstępować aniołowie” (J 1, 51 – tłum. aut.). W nich ostatecznie dzieło stworzenia osiągnie pełną i wolną świadomość, lecz wszystko w jakiejś mierze odzwierciedla Stwórcę. W ten sposób otrzymujemy ciąg, który niektórzy nazywają „wielkim łańcuchem bytu”: ziemię, wodę, rośliny, zwierzęta, ludzi, aniołów i świętych, a wreszcie i samo Bóstwo.

Upokorzenie, które wszyscy nosimy w sobie, i którego większość z nas nie chce zaakceptować, polega na tym, że my, ludzie, jesteśmy pełni sprzeczności. Jesteśmy najdoskonalszymi z ziemskich stworzeń, wszyscy jednak dobrze wiemy, jak bardzo dwuznaczna jest ta doskonałość. Ten fundamentalny stan rodzaju ludzkiego nazywamy stanem „grzechu pierworodnego”, choć wiele osób nie darzy sympatią ani tego terminu, ani związanej z nim doktryny. Być może lepiej byłoby mówić o „pierwotnym wstydzie”. Wiem tylko, że mamy głębokie poczucie niedorastania do własnej duchowej natury – to oczywiste.

Często czujemy, że gdzieś w głębi nas tkwi jakaś tragiczna skaza. Mówią o tym dramaty greckie i sztuki Szekspira, we właściwy sobie, dramatyczny sposób pisze o tym też św. Paweł (osobom chcącym zastanowić się nad tą kwestią polecam fragment listu do Rzymian – Rz 7, 14-25).

Niestety w naszym słowniku słowo „grzech” kojarzy się z poczuciem winy i z osobistą odpowiedzialnością, tymczasem nie o to chodzi w doktrynie grzechu pierworodnego. Termin „grzech pierworodny” oznacza nie to, że jesteśmy czegoś winni, lecz to, że musimy uznać własne zranienie, które dzielimy ze wszystkimi ludźmi.

Rozumiana w ten sposób, doktryna grzechu pierworodnego powinna wyrobić w nas cierpliwość i empatię wobec rzeczywistości. Wskazuje ona, że wewnątrz nas zachodzi głęboki konflikt, więc nie powinniśmy być zaskoczeni czy zgorszeni, gdy się on ujawnia. Już na samym początku uczy nas uczciwości, szczerości i współczucia.

Adamem i Ewą, naszymi archetypicznymi rodzicami, miotają te same sprzeczności, które dają o sobie znać w naszym własnym życiu. Są jakby bohaterami zbiorowymi, reprezentującymi całą ludzkość, co widać choćby w następującym stwierdzeniu: „Jeśli dusza potrzebuje ciała, to i Duch. Stał się więc pierwszy człowiek, Adam, duszą żyjącą, a ostatni Adam [Chrystus] duchem ożywiającym” (1 Kor 15, 45 – tłum. aut.).

Najwyraźniej św. Paweł traktuje zarówno Adama, jak i Chrystusa jako postaci streszczające w sobie losy całej ludzkości i jako jej przedstawicieli. To, co dzieje się z nimi, musi dziać się i będzie działo się także z duszą. To, o czym mówi Biblia, nie stało się kiedyś; wszystko to zawsze dzieje się teraz.

Doktryna grzechu pierworodnego w istocie jest pocieszeniem, jeśli bowiem wiemy, że nasza doskonałość jest wysoce dwuznaczna, że jesteśmy pełni sprzeczności, że sami dla siebie stanowimy zagadkę, to nie będziemy już musieli udawać, że potrafimy zupełnie wyeliminować z siebie wszystko, co uważamy za niegodne siebie. Jak mówi Jezus w przypowieści o zbożu i chwaście, „pozwólcie obojgu róść aż do żniwa” (Mt 13, 30).

Takie niepotrzebne „czyszczenie” natury ludzkiej było w najnowszej historii przejawem pychy i złudzeniem nazistów na prawicy, komunistów na lewicy i purytanów, reprezentujących niemal wszystkie religie. Bez pokory, którą daje świadomość grzechu pierworodnego, miast przyjąć Wcielenie, stali się fanatykami i wyznawcami ideologii. Utrudniło im to otwarcie się na tajemnicę, współczucie i cierpliwość.

W tej samej przypowieści Jezus mówi o czymś, co chciałem usłyszeć, gdy byłem młody: „Nie wyrywajcie chwastów, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy” (Mt 13, 29). Jest to niezwykle trafna uwaga, zarówno z perspektywy psychologicznej, jak i duchowej.

W Księdze Rodzaju (Rdz 1, 26) Bóg mówi: „Stwórzmy ludzkość na nasz obraz, podobną nam” (tłum. aut.). Niezwykle interesujący jest tu fakt użycia liczby mnogiej. Zdanie to wygląda niemal na przeczucie tajemnicy Trójcy Świętej. Można je uznać za zwiastun tego, co potem stanie się objawieniem Boga jako wspólnoty. Spotykamy w nim Boga jako relację, Boga, którego chrześcijanie uważają za misterium doskonałego dawania i doskonałego otrzymywania, ruchu od siebie i ku sobie.