Rzeczy, o których nie rozmawiałyśmy, kiedy byłyśmy dziewczynami - Jeannie Vanasco - ebook

Rzeczy, o których nie rozmawiałyśmy, kiedy byłyśmy dziewczynami ebook

Jeannie Vanasco

3,5

14 osób interesuje się tą książką

Opis

„Nie wierzyłam, że to się kwalifikuje jako gwałt”.

Jeannie Vanasco od wielu lat śni ten sam koszmar. Zawsze jest o nim: jednym z jej najbliższych licealnych przyjaciół. Chłopaku, który ją… zgwałcił? Czy to, co zrobił Mark, można tak określić? Kto lub co o tym decyduje?

Jeannie postanawia – po czternastu latach milczenia – skontaktować się z Markiem. Mężczyzna zgadza się na spotkanie i rejestrację rozmowy. Vanasco szczegółowo opisuje swoją przyjaźń z Markiem przed i po napaści, zadając odważne i trudne pytanie: czy dobra osoba może popełnić straszny czyn? Przeprowadza z nim wywiad, badając, jak gwałt wpłynął na jego życie i jej własne.

Bezlitosne i odważne Rzeczy, o których nie rozmawiałyśmy, kiedy byłyśmy dziewczynami są po części wspomnieniem, po części prawdziwym zapisem przestępstwa, a po części świadectwem siły kobiecych przyjaźni. To głos, który inspiruje do zadawania trudniejszych pytań oraz do koniecznej i od dawna zaległej dyskusji – o tym, jak przepisy prawa wpływają na uczucia i zachowania skrzywdzonych kobiet, a co za tym idzie, na częstotliwość zgłaszania przestępstw przeciwko wolności seksualnej.

Najlepsza książka roku 2019 wg ​Kirkus, TIME, Esquire, Feminist Book Club, Electric Lit, Book Riot, She Reads, Pop Sugar, Amazon

„Trudno przecenić znaczenie tej wspaniałej, wstrząsającej, łamiącej serce książki”.
Carmen Maria Machado, Bustle

„Śmiała, niepokojąca, aktualna… niezwykle ważna”.
Laurie Halse Anderson, TIME

„Vanasco dokonuje literackiego feministycznego cudu dla wszystkich kobiet”.
Sophia Shalmiyev, pisarka, autorka Mother Winter

„Na tych stronach jest moc: w podatności na zranienie, jaką odsłania przy okazji poszukiwania odpowiedzi, w zręczności, z jaką buduje narrację tam, gdzie kiedyś był tylko chaos pytań i milczenia”.
Elissa Washuta, eseistka i pisarka, My Body Is a Book of Rules

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 339

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Jeannie Vanasco

Rzeczy, o których nie rozmawiałyśmy, kiedy byłyśmy dziewczynami

Przekład: Anna Dzierzgowska

Copyright © 2019 Jeannie Vanasco

Original title: Things We Didn't Talk About When I Was a Girl

Copyright for the Polish edition and translation © 2020 by Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o.

Redakcja: Ewa Pawłowska

Korekta: Kamila Wrzesińska

Okładka: Ewelina Malinowska

Ilustracja na okładce: SensorSpot/iStock

Skład: Sylwia Budzyńska

ISBN 978-83-66750-11-1

Wydawnictwo Relacja

ul. Łowicka 25 lok. P-3

02-502 Warszawa

www.relacja.net

Dla Hannah

Ale jakim słowem nazwać to, czego doświadczyłam później?

Paisley Rekdal „Nightingale: A Gloss” 

Wczesny wieczór. Siedzieliśmy w twoim samochodzie, na końcu przecznicy, przy której mieszkałeś, pod znakiem stopu. Ulice opustoszały. Moje okno było otwarte. Nie cierpiałam zamykania okien, chyba wydawało mi się wtedy, że podejście w stylu „po co samochód, jeśli nie możesz poczuć wiatru” świadczy o mojej głębi. Mieliśmy po szesnaście lat.

– Po prostu musiałem wyjść z domu – powiedziałeś. 

Razem z kilkoma osobami z klasy zakuwaliśmy do egzaminu z optyki i fal i dumaliśmy nad tym, czemu tak znakomity nauczyciel jak nasz fizyk uczy w tak kiepsko wypadającej w rankingach publicznej szkole jak nasza. Koszty utrzymania? Program ochrony świadków? Naprawdę lubi Sandusky? Kiedy wychodziliśmy, koledzy wypisywali sobie cienkim markerem wzory na nadgarstkach.

– Jedźmy, aż trafimy na jakąś cywilizację – powiedziałam.

Gapiłeś się przed siebie, jak gdyby zapatrzony w coś niewidocznego.

– Gdzieś, gdzie jest księgarnia – mówiłam dalej – taka prawdziwa księgarnia, w której poezja zajmuje więcej niż jedną półkę. 

Zaciskałeś dłonie na kierownicy, a twoje blade knykcie przybrały karykaturalny wygląd: przypominały kiepski, niezacieniowany szkic. Ukradkiem zerkam na twoją twarz. Czuję, że powstrzymujesz łzy.

Powiedziałeś, że jestem dla ciebie ważna. Odparłam, że wiem, a ty na to:

– Nie, naprawdę, jesteś jedyną osobą, która mnie rozumie.

Odwróciłeś się, spojrzałeś na mnie, po czym szybko popatrzyłeś w inną stronę. Nigdy wcześniej nie widziałam, jak płaczesz. W ogóle widziałam niewielu płaczących nastolatków, ale tego ci nie powiedziałam.

– Wiem, że to rozumiesz – powiedziałeś. – Po prostu jestem taki samotny.

To jest chyba moja ulubione wspomnienie z nami w roli głównej.

– Wiem, że teraz jest ci smutno – odparłam – ale obiecuję, kiedyś to będzie szczęśliwe wspomnienie. My pod tym idealnie prostym znakiem stopu.

Pokiwałeś głową, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy mam wyjaśnić moją uwagę i czy moja uwaga była dostatecznie wnikliwa, żeby posłużyć jako metafora, coś w stylu: „Nauczmy się dostrzegać, kiedy wszystko jest tak, jak być powinno”.

Tu wspomnienie się kończy. Gdybyście miały podejść do niego krytycznie, mogłybyście powiedzieć coś w rodzaju: „Hej, Jeannie, czy to nie jest już trochę zbyt doskonałe?”. Wspomnienie zatrzymane pod znakiem stopu.

Część pierwszaPomysł

Istnieją luki

Przewiduję klęskę.

Obawiam się, że powie „nie”, albo, co gorsza, że mnie zignoruje. Chociaż czemu miałby nie zgodzić się na rozmowę? Jest mi to winien.

Mogłabym ukryć jego tożsamość, zmienić mu imię.

Szukając, ze słownikiem imion w ręku, jakiegoś przybliżonego przekładu słowa „przyjaciel”, najpierw trafiam na imię Aldwin – old friend. Wyobraźnia podsuwa mi obraz rycerza, jedenastowiecznego normańskiego najeźdźcy, czarodzieja z powieści fantasy, prezesa męskiego klubu na Martha’s Vineyard, dziecka elegancko wytatuowanych rodziców. Social Security Administration między rokiem 1880 a 2016 odnotowało tylko 129 dzieci o imieniu Aldwin. Pseudonim mojego byłego przyjaciela powinien być imieniem popularnym, współczesnym, bezpretensjonalnym. Zależy mi na tym, żeby czytelniczki i czytelnicy znali osoby noszące to samo imię.

Phil dosłownie znaczy przyjaciel. Ale on nie jest typem w rodzaju Phila. Phil to taki ktoś, kto stawia wszystkim drinki. Phil ściska ci dłoń, mówi: „Jestem Phil”. Phil jest imieniem zbyt swobodnym, za bardzo wyluzowanym. Mój były przyjaciel mógł sobie różne rzeczy odpuszczać, ale na ogół przechodził w sposób płynny od lęku do depresji.

Może więc Philip? Philip zawiera w sobie przyjaciela. Przyjaciela koni. Tylko że moim zdaniem on nigdy nawet nie dotknął konia. Wolał siedzieć w domu, rzadko odklejał się od kanapy, biurka i łóżka. Jego jasna skóra łatwo ulegała poparzeniom.

Zapomnijmy o źródłosłowie imion. Co ze słowami, które coś znaczą i jednocześnie są imionami? Na przykład nick. Jedno z mniej znanych znaczeń słowa nick: rachunek albo rozliczenie, w slangu także: wagina.

Tyle że chodziłam kiedyś z jednym Nickiem. W college’u, krótko, między jednym a drugim chłopakiem. Wolałabym, żeby wspomnienia o Nicku (Nick mówi mi: „No cóż, nie byłaś najlepiej wykształcona, kiedy cię poznałem” albo: „Jak to, nie słyszałaś o Broken Social Scene?”, albo: „Nie rozumiem, czemu się ze mną nie prześpisz, skoro ci się podobam?”) nie miały wpływu na ten projekt. Chociaż lubię brzmienie słowa nick. Czyli: szukam jednosylabowego słowa, które może być też imieniem i zawiera głoskę „k”.

Może Mark? Jedno ze słownikowych znaczeń angielskiego mark: granica – coś, co separuje, wyznacza granicę. A przecież o to właśnie tu chodzi, o granice.

Doskonale.

Czyli Mark.

Dlaczego miałabym chronić Marka?

Wpisuję adres jego miejsca pracy w Google Street View.

Zamiast na jasnożółte biurowce stojące przy jednokierunkowej, przemysłowej ulicy, ustawiam widok na chmury i druty telefoniczne. Druty nie łączą się z sobą jak należy. Są między nimi luki, samo niebo.

Luki w komunikacji…

Powinnam przestać szukać metafor.

Mark i ja straciliśmy z sobą kontakt, kiedy poszliśmy do college’u. On trafił do Ohio, na studia inżynierskie. Ja do Illinois, gdzie robiłam dyplom z dziennikarstwa.

Rzucił studia krótko po naszej ostatniej rozmowie, co oczywiście nie znaczy, że rzucił je z mojego powodu albo z powodu tego, do czego doszło między nami.

Chociaż tak naprawdę mam nadzieję, że właśnie to było powodem, czy też raczej, mam nadzieję, że powodem, dla którego rzucił studia, było to, co zrobił mi w czasie ferii zimowych, na drugim roku.

Nie potrafię zapomnieć, nawet jeśli chwilami film mi się urywał.

Mark prowadzi teraz sklep fotograficzny. Niedawno trafiłam na forum internetowe, na którym odpowiada na pytania dotyczące aparatów i kamer. Ktoś spytał, czy zdjęcie z rozmazaną plamą może być dobre, a Mark odpowiedział: „Jeśli chodziło o to, żeby dać abstrakcyjne przybliżenie, z jakiegoś artystycznego powodu, jest to do przyjęcia, ale jeśli nie taki był zamiar, po prostu mamy do czynienia ze złą techniką: coś, co powinno być ostre, uległo zamazaniu”.

Gdyby mógł robić zdjęcia tamtej nocy, czyby je zamazał? Gdzie byłyby plamy?

Moje wspomnienia są zamazane. Są w nich luki.

Wiem, co zrobił, i on też to wie. Następnego dnia, czy może kilka dni później, przeprosił:

– Nie powinienem był ci tego robić. Bardzo mi przykro. Fatalnie się zachowałem. Czy możesz mi wybaczyć?

– Mogę.

Powiedziałam, że wybaczam. Kazałam mu przeczytać Franny i Zooeya Salingera, w tym czasie była to moja ukochana książka. Teraz na to wspomnienie aż wzdrygam się z zażenowania.

Przeczytał i powiedział, że ta książka przypomina mu o nas.

Tylko że w książce nikt nie znosi pijanej przyjaciółki do piwnicy, nie ściąga z niej ubrania, gdy jest nieprzytomna, nie wkłada jej palców do pochwy i nie masturbuje się nad jej ciałem. A gdy przyjaciółka płacze, nie mówi jej: „To tylko sen”.

– Tak się cieszę, że książka ci się podobała – odpowiedziałam.

Rok później Mark rzucił college.

Z powrotem wprowadził się do domu rodziców, przez chwilę chodził na terapię, został mechanikiem – tyle w każdym razie jego tata opowiedział mojej mamie. W tym czasie już się nie przyjaźniliśmy, wątpię, żeby jego rodzice i rodzeństwo wiedzieli dlaczego. Przyjaciele dorastają i oddalają się od siebie – tak pewnie myśleli. I podobnie jak o wielu innych rzeczach, o których nie mówiłam po śmierci mojego taty, także o tym nigdy mamie nie wspomniałam.

Mark, jak wynika z LinkedIn, wrócił na uczelnię, zrobił licencjat na studiach międzywydziałowych, a kilka lat później obronił dyplom z inżynierii lądowej.

Kiedy jeszcze się przyjaźniliśmy, powiedziałam mu:

– Pewnego dnia będziesz sławnym inżynierem. Odkryjesz wzór tak skomplikowany, że licealiści będą go przed sprawdzianami zapisywać na nadgarstkach.

Za każdym razem, kiedy myślę o Marku, czuję wściekłość i smutek. Zaczęłam rozumieć, dlaczego przez setki lat nostalgię uważano za chroniczną chorobę umysłową.

Chcę go znienawidzić, ale nie potrafię.

Jeśli powie „nie”

Przede wszystkim: telefon czy e-mail?

Jeśli zdecyduję się na telefon, czy mam dzwonić z numeru zastrzeżonego?

E-mail za łatwo jest zignorować.

Czy powiem mu od razu, dlaczego dzwonię? Czy najpierw zmiękczę go miłą rozmową o niczym? „Więc, tak, co tam u ciebie? Co nowego?”.

Nie zamierzam lecieć tam, gdzie teraz mieszka.

Chociaż osobiście trudniej jest odmówić.

Wiem, gdzie pracuje. Dziewięć minut jazdy od lotniska. Trzydzieści cztery minuty, gdybym zdecydowała się iść na piechotę. I nagle zaczynam się zastanawiać: Czy to by było bezpiecznie iść pieszo? Zastanawiam się nad godziną przylotu.

Powiedzmy, że zdecyduję się na konfrontację z Markiem twarzą w twarz.

Powiedzmy, że powiem mu: „To jedyny sposób, żebym ci wybaczyła”.

Odwybaczyłam mu. Zapomniałam go tylko o tym powiadomić.

Edytor tekstu zaznacza, że nie ma takiego słowa, jak „odwybaczyć”, za to podpowiada, że mogę użyć słowa „niewybaczone”.

Jeśli Mark powie „nie”, i tak to zrobię.

Dlaczego nie „niewybaczalne” albo „nie do wybaczenia”?

I w ogóle do czego potrzebna mi jego zgoda? Ja swojej nigdy mu nie udzieliłam.

Czym byłaby ta książka bez niego?

Kim byłabym, gdybym nigdy go nie poznała?

Chcę go włączyć – bez niego ta książka stanie się po prostu jeszcze jedną opowieścią o napaści na tle seksualnym.

Dlaczego mam zakładać, że nie da się opowiedzieć jeszcze jednej historii o napaści na tle seksualnym? Albo że to nikogo nie zainteresuje?

Pytam moją redaktorkę, co o tym sądzi.

– Tak czy inaczej, chcę znów z tobą pracować – odpowiada. – Ale, niestety, możesz mieć rację. Jeśli uda ci się go włączyć do projektu, książka na pewno będzie wyjątkowa, ale nawet bez niego chcę ją wydać. Po prostu bez niego to będzie inna książka.

Wkurza mnie to, że jestem od niego zależna.

Muszę mieć scenariusz. Żadnego oddalania się od głównego wątku po to, żeby zająć się emocjami Marka.

Jeśli odmówi, powiem mu po prostu: „Powinieneś powiedzieć, że żałujesz i że zrobisz to dla mnie. Jesteś mi to winien”.

Chociaż te przeprosiny nie będą szczere. Poza tym już przeprosił. A zresztą, nie chcę kolejnych przeprosin.

Chcę jego zgody.

Jeśli powie „tak”

Jeśli powie „tak”, nie zamierzam mu dziękować.

Nie powiem, że między nami już wszystko w porządku.

Nie będę go pocieszać.

Zakładam, że będzie potrzebował pocieszenia.

Uprzejmość nie jest konieczna.

„Wszystko zniszczyłeś – powiem mu. – Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?”.

Mogę powiedzieć dowolną rzecz.

Spytam go:

„Czy wciąż myślisz o tym, co się stało?”

„Czy z tego powodu przerwałeś studia?”

„Czy kiedykolwiek komukolwiek powiedziałeś? Na przykład terapeucie?”

„Jak się czułeś następnego dnia? Po miesiącu? Po roku? Jak się czujesz teraz?”

„Pamiętasz, co ja czułam albo co ci się wydawało, że czuję?”

„Czy zdarza ci się za mną tęsknić?”

„Czy to, że się z tobą kontaktuję, wytrąciło cię z równowagi?”

„Czy się z kimś spotykasz?”

„Czy komukolwiek jeszcze zrobiłeś to samo co mnie?”

„Czy wiesz, co twój brat powiedział mi tamtej nocy, wcześniej?”

Stwierdził, że nie jestem taka ładna, jak ty i inne chłopaki mówiliście, że jestem. Chcesz wiedzieć, jaka popieprzona myśl pojawiła się w mojej głowie po tym, jak mi to zrobiłeś? Przynajmniej jestem dość ładna, żeby mnie molestować.

„Co myślałeś wtedy o sobie?”

„Co pomyślałeś o mnie?”

„Czy wciąż masz kontakt z przyjaciółmi z liceum?”

„Dlaczego musiałeś zniszczyć to, co było między nami?”

„Jakie jest twoje ulubione wspomnienie o nas?”

Czy to bardzo pochrzanione, że chcę się z tobą spotkać? Długo wierzyłam, że gdybym się z tobą spotkała, złamałabym żelazną zasadę: Chłopak wykorzystuje dziewczynę seksualnie – dziewczyna zrywa wszelkie kontakty z chłopakiem.

Pamiętasz, jak wkurzały nas filmy w stylu „chłopak spotyka dziewczynę”? Bywaliśmy naprawdę pretensjonalni. Na komediach romantycznych przewracaliśmy oczami.

Powiem mu:

„Wciąż mam koszmary z tobą w roli głównej”.

Mogłabym to robić w nieskończoność

Pamiętam dzień, w którym się poznaliśmy. Mieliśmy po trzynaście lat. Przyszłam do ich domu, bo przyjaźniłam się z jego siostrą. Wszyscy troje siedzieliśmy w pokoju dziennym. Mark grał na komputerze, a myśmy z jego siostrą się uczyły. Ona wyszła na chwilę, z powodu, którego nie pamiętam (po ołówek albo do łazienki, albo odebrać telefon?), a ja zostałam, niepewna, co powiedzieć. No i palnęłam, co mi jako pierwsze przyszło do głowy:

– Uwielbiam patrzeć, jak chłopaki grają. Mogłabym tu siedzieć i patrzeć w nieskończoność.

– Ha, ha… Chcesz zagrać? – zaproponował.

Kiedy jego siostra wróciła, siedziałam na podłodze z jej bratem, strzelając do złoli.

Od tego czasu, jeśli dzwoniłam do nich i Mark odbierał, rozmawialiśmy przez kilka minut, zanim oddał telefon siostrze. Zdarzało mi się zapominać, że to do niej dzwoniłam.

Ich młodszy brat chodził do gimnazjum. Kiedy dzwoniłam, a on odbierał, pytał:

– To z którym z nich chcesz rozmawiać?

W czasach licealnych przynajmniej trzy popołudnia w tygodniu spędzałam u nich w domu. Siostra Marka i ja uczyłyśmy się razem, a on od czasu do czasu przerywał walkę z kolejnym kosmicznym najeźdźcą, żeby sprawdzić nam pracę domową z matematyki czy fizyki. Przysiadał się do mnie na opasłej, beżowej kanapie, cierpliwie odpowiadał na moje pytania na temat termodynamiki czy jakiegokolwiek innego zagadnienia, którego nie rozumiałam, a ja się zastanawiałam, jak by to było się z nim całować. Podobał mi się krąg, jaki tworzyły jego bródka i wąsy. Pachniał przyjemnie – lasem i cytrusami.

– Jakiej wody używasz? – zapytałam go kiedyś, ale odpowiedział, że niczego nie używa.

Oczywiście, że mu zależało, ale jednocześnie udawał, że ma wszystko gdzieś, i doszłam do wniosku, że taką samą postawę demonstruje w szkole. Powiedziałam jego rodzicom, że moim zdaniem Mark tak naprawdę lubi szkołę, tylko to ukrywa, i wtedy jego ojciec zaczął się śmiać.

– Jesteś słodka, skoro tak uważasz – powiedziała jego matka.

Jednak gdy Mark oświadczył mi pewnego razu, że chciałby całymi dniami móc tylko grać, moje zauroczenie wyparowało.

Mark często zasypiał na lekcjach. Wszyscy się zawsze śmialiśmy, kiedy nasz fizyk budził go (– Mark?… Mark?… Mark!), zada­wał mu pytanie, na które żadne z nas nie umiało odpowiedzieć, a Mark rozglądał się, zagubiony. Później obrzucał tablicę szybkim spojrzeniem, podawał właściwą odpowiedź i znów rozkładał się z głową na ławce. Bez problemu zdobywał najwyższe oceny. Mnie po wielu dniach nauki i po wielu pigułkach z kofeiną udawa­ło się dostać C. Pamiętam, jak całą noc przepisywałam wzory, ponieważ miałam nadzieję, że jeśli przepiszę je dostatecznie dużo razy, ich wewnętrzna logika sama mi się objawi.

Nie tyle zazdrościłam Markowi, ile darzyłam go niemym podziwem.

Już czuję, że muszę przyhamować. Jeśli coś sknocę, przeinaczę jakiś szczegół (tablica była czarna czy biała? A może fizyk korzystał z rzutnika?), narażę się na to, że sama się zdyskredytuję – i że już nic, co powiem później, nie będzie wiarygodne. Jeśli odtwarzam wspomnienia na potrzeby narracji, ryzykuję, że popełnię zbyt wiele błędów. Mogę niechcący zacząć wymyślać szczegóły po to, by dobrze naszkicować tło, a potem wymyślać kolejne, gromadząc sceny, aż złożą się w elegancką fabułę. Ale nie chcę też, by ta opowieść zamieniła się w impresjonistyczną serię obrazów albo w abstrakcyjne rozważania o uczuciach. Chcę, żeby to zostało opowiedziane zwięźle i precyzyjnie, ale żeby sprawność nie miała wpływu na szczerość. Nie jestem pewna, jak to zrobić, ale wiem, że to właśnie chcę zrobić.

Załóżmy więc po prostu, że tablica była czarna.

W liceum nigdy nie udawałam, że jestem z tych superinteligentnych, którym wszystko przychodzi bez wysiłku. Przyjaciółki i nauczyciele wiedzieli, jak intensywnie się uczyłam. W mojej szkolnej księdze pamiątkowej znajdują się takie wpisy:

Nauka przy ognisku była super!

Wciąż nie potrafię uwierzyć, że udało Ci się zorganizować ten grupowy ośmiogodzinny (!!!) maraton wspólnej nauki przed egzaminem z rozszerzonej historii.

Wiem, że odniesiesz sukces w życiu, ponieważ pracujesz tak du­żo i ciężko, że po prostu nie masz wyboru: nawet gdybyś chciała przegrać, nie dasz rady! Mam nadzieję, że w przyszłym roku zdołasz się wyspać!

W tej samej księdze znajduje się masa niepozowanych zdjęć, które ukazują uczniów i uczennice w sklepie z płytami, grających w gry komputerowe, na trybunach na stadionie, obejmujących się.

Na moim zdjęciu stoję w czyimś salonie przy białej tablicy (którą przyniosłam z domu) i razem z dwiema innymi osobami przyglądamy się zapisanym na niej równaniom.

Podpis można uznać zarówno za okrutną kpinę, jak i za komplement: Naprawdę bardzo się stara.

Pamiętam, jak jadłam lunch z Markiem i kilkorgiem znajomych (to znaczy, oni jedli, a ja zmagałam się z wzorami z fizyki), gdy kolega z zajęć z fizyki zatrzymał się przy naszym stoliku, klepnął mnie w ramię i uśmiechnął się złośliwie.

– Uczyłem się przez godzinę i dostałem z ostatniego testu A – stwierdził. – Ty uczyłaś się całymi dniami i masz B.

Wbiłam wzrok w podręcznik. Wzory dotyczące cieczy, sił, momentu bezwładności, wszystkie podkreślone przeze mnie na żółto, niebiesko, pomarańczowo i różowo. Zapomniałam już, na czym polegał mój system kolorów, ale wiem, że moje ówczesne podkreślenia były starannie przemyślane. Problem w tym, że podkreślałam także wszystkie dodatkowe informacje – nawet jeśli wątpiłam, czy ten konkretny materiał pojawi się na teście. Strony w moim podręczniku wyglądały, jakby pomalowało je dziecko. Czy ktokolwiek byłby w stanie się zorientować, czego się uczyć? Przecież wszystko było istotne. Newton, na przykład, podzielił białe światło na siedem barw w widmie, ale nie dlatego, że dostrzegł siedem odcieni. Chciał, żeby klasyfikacja kolorów w widmie odpowiadała siedmiu dźwiękom w skali muzycznej. Jakikolwiek inny podział, jak uznał, zniszczyłby pitagorejską zasadę harmonii. Pamiętam, jak rozglądałam się po klasie, kiedy fizyk opowiedział nam tę historię, czując się tak, jak gdyby właśnie wyrecytował z pamięci całą sztukę Szekspira. To najpiękniejsza historia, jaką kiedykolwiek słyszałam – pomyślałam. Dla­czego nikt, poza mną, nie wydawał się zdumiony?

Ale w stołówce wzrok miałam nadal wbity w podręcznik. Gdybym spojrzała na tego kolegę, gdybym otworzyła usta, rozpłakałabym się. Wiedziałam to. I podejrzewam, że on też.

– Czy Jeannie nie pokonała cię w konkursie na wypracowanie? Zajęła pierwsze miejsce, prawda? – powiedział Mark.

Będę zapisywać wspomnienia w takiej postaci, w jakiej zaczną się pojawiać.

Mark miał prostokątne okulary w czarnych, cienkich oprawkach. Kiedy ktoś chlapnął coś szczególnie głupiego, zdejmował je, pocierał nos i wzdychał.

Pod regularnie zmienianymi luźnymi, wyciągniętymi ze spodni T-shirtami nosił gruby plastikowy aparat ortopedyczny, który opasywał mu tułów. Z powodu skoliozy, kręgosłup miał wygięty w literę S. Patrząc na niego, nikt by na to nie wpadł. Kiedyś, tuż przed lekcją historii, przyjaciel Marka walnął go pięścią w klatkę piersiową, a nauczyciel krzyknął nerwowo: „Nie!”. W odpowiedzi Mark podciągnął T-shirt, pokazując twardą czarną skorupę i zaproponował nauczycielowi, żeby go uderzył. A że to był akurat jeden z młodych, fajnych nauczycieli, tak też zrobił.

Mimo że Mark dorównywał wzrostem naszym gwiazdom koszykówki, brakowało mu ich śmiałości w kontaktach z dziewczynami. Podejrzewam, że skolioza miała na to wpływ. I pewnie zwiększyła jego wrażliwość. W odróżnieniu od innych chłopaków, nigdy nie popisywał się prostackimi seksistowskimi żartami, nigdy nie używał wobec dziewczyn systemu ocen w skali od 1 do 10 ani nie zgadywał rozmiarów stanika. Biorąc pod uwagę to, jak generalnie zachowywali się chłopcy z liceum, moje standardy dotyczące przyzwoitości i dojrzałości były chyba niskie. Weźmy, na przykład, jednego z początkujących piłkarzy. W ogródku naszego przyjaciela gonił mnie ze szlauchem, zalał wodą mój biały T-shirt, po czym przybił piątkę z kolegami. Za plecami swojej dziewczyny narzekał, że ma płaski biust, i dodawał:

– Ale przynajmniej jest chuda.

Albo weźmy chłopaka, który siedział za mną na francuskim. Chwalił się, że ma pornosy posegregowane według krajów.

– Czemu zatem nie wykorzystasz swojej wiedzy z geografii na fakultecie, na którym symuluje się obrady ONZ? – spytałam półżartem.

– Ale jesteś nerdem – odburknął.

Albo weźmy szkolnego ćpuna. Filmował mnie i kilka innych dziewczyn, kiedy występowałyśmy jako modelki na pokazie mojej przyjaciółki Sheanneen. Sama zaprojektowała i uszyła ubrania. Miałam spódnicę z cienkiego materiału i zgodnie z sugestią projektantki włożyłam stringi. Później się zorientowałam, że szkolny ćpun wycelował kamerę pod moją spódnicę. Razem z kumplem zrobili kopie nagrania i zaczęli je rozprowadzać. Ile kopii puścili w obieg? Nie miałam pojęcia.

– Ludzie są beznadziejni – skomentował Mark.

– Nie rozumiem ich. Mają dostęp do pornografii. A to tylko ja, i przecież miałam bieliznę.

– No ale właśnie o to chodzi, żeby to był ktoś, kogo się zna – wyjaśnił Mark.

Skup się na tym, co dobre – upominam samą siebie. Chcę, żeby czytelniczki i czytelnicy polubili Marka, żeby rozumieli, dlaczego mu ufałam, żeby myśleli: No przecież to jasne, że Jeannie nie mogła się spodziewać, że ją skrzywdzi. W ten sposób jego zdrada wyda się tak dalece nie do pomyślenia i tak niezrozumiała, jak mnie się wtedy wydawała, bo chociaż wiem, że to nie moja wina, wciąż po części mam do siebie pretensje za to, że mu zaufałam.

Tylko że jeśli Mark będzie sprawiał zbyt miłe wrażenie, mogę wyjść na osobę, która nadmiernie go broni, nawet na kogoś, kto ulega złudzeniom. Chcę, żeby to był taki chłopak, jakiego czytelniczki i czytelnicy znają, żeby pomyśleli: Pewnie przyjaźnię się z jednym z tych chłopaków i nawet nie zdaję sobie z tego sprawy. No i nie chcę, żeby czytelniczki i czytelnicy za bardzo skupiali się na mnie, żeby myśleli, jak mogłam postąpić, jak zapobiec temu, że zostałam wykorzystana, lub jak to powstrzymać. Chcę, żeby czytelniczki i czytelnicy usłyszeli Marka, który mówi: „Wiedziałem, że robię coś ohydnego”. I lepiej, żeby Mark tak powiedział. Lepiej, żeby czuł się dostatecznie źle, żeby przyznać: „Wykorzystałem twoją bezbronność”. Inaczej cały ten projekt, oparty na mojej wierze w to, że Mark był moim przyjacielem, rozpadnie się na kawałki.

Mark i ja rozmawialiśmy o uczuciach i on naprawdę wracał do tego tematu, kiedy spotkaliśmy się ponownie. Jaki inny facet w jego wieku tak by się zachował?

Razem z Markiem często siedzieliśmy przy lunchu z innymi naszymi przyjaciółmi, Danielem, Garretem i Carlosem, przerzucając się cytatami z Życia biurowego i Simpsonów.

– Niech ktoś powie coś, co nie jest cytatem – poprosiłam.

Popatrzyliśmy po sobie. Żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć.

– Marge, potrzebujemy więcej lodów waniliowych, czekoladowych i truskawkowych – odezwał się Garrett.

Wszyscy sobie wyobraziliśmy Homera Simpsona otwierającego kolejne pudełka z lodami o trzech smakach – w których brakuje lodów czekoladowych.

– Chłopaki, jesteśmy tak mało oryginalni – zauważyłam.

No i po prostu śmialiśmy się z naszego braku oryginalności.

Daniel, Garrett i Carlos to pseudonimy. Żeby ochronić tożsamość Marka, będę zmieniać niektóre imiona i zaznaczać, że je zmieniam. Nie wiem, jak inaczej miałabym jednocześnie ochronić Marka i mówić prawdę. Martwi mnie to, że zależy mi na tym, by go chronić.

Daniel zaprosił Marka, Garretta, Carlosa i mnie do siebie, na LAN.

– Na co? – spytał mój tata.

– Impreza pod tytułem Local Area Network – wyjaśniłam. – Podłączamy komputery do jednej sieci i gramy.

Tata skinął głową, że się zgadza.

– Impreza jest całonocna – powiedziałam i wymieniłam imiona chłopców, którzy również zostali zaproszeni.

– Okej – odparł.

– Będą też rodzice Daniela – dodałam.

– W porządku – potwierdził. – Baw się dobrze.

Przed wyjściem jeszcze spytałam mamę dla pewności:

– Tata pozwala mi zostać na całą noc z chłopcami, prawda?

– Przecież bierzesz ze sobą komputer – skwitowała tylko mama.

W podstawówce tata nie pozwalał mi zostawać na noc w do­mu u koleżanki, chyba że znał jej rodziców i ufał im. Rodziców Daniela nigdy nie spotkał. Nie znał nawet samego Daniela.

Dlatego zanim mój tata mógłby zmienić zdanie, błyskawicznie zapakowałam komputer wraz z topornym monitorem Trinitrona do bagażnika chryslera i pojechałam po Marka. Mark umieścił swój komputer, owinięty w ręcznik, w bagażniku tuż obok mojego.

– Obudowa twojego sprzętu jest niesamowita – pochwalił.

Wycięłam z boku komputera dość abstrakcyjny kształt (i okleiłam go czarną gumą, taką, jakiej używa się w oknach samochodów, żeby zakryć nierówne cięcia), zamontowałam neonowe żarówki, włożyłam szybkę z plexiglasu i zainstalowałam wiatraczek. Poza tym pomalowałam obudowę komputera na jasnoniebiesko, dodając biały pasek w stylu samochodów wyścigowych. Potrafiłam też rozebrać komputer na części, przemontować jego wnętrzności i określić, gdzie procesor jest podłączony do pamięci głównej. Na imprezie LAN zrobiło to na chłopakach wrażenie.

– Myślisz, że kupiłabym komputer już zmodyfikowany? – spytałam.

Starałam się nie uśmiechać, kiedy powiedzieli:

– Jesteś inna niż reszta dziewczyn.

Opisałam te LAN-owe imprezy w eseju napisanym w ramach rekrutacji do college’u. Wyjaśniłam, że słowo „impreza” należałoby wziąć w cudzysłów tak samo, jak kiedy ktoś nazywa klub ze striptizem klubem dla „dżentelmenów”. Wyjaśniałam w eseju, że chodziłam na LAN-owe imprezy nie dlatego, że lubiłam grać w Quake’a czy Counter-Strike’a, ale ponieważ rozmawialiśmy na nich o polityce i religii. Mogłam krytykować zaangażowanie naszego kraju w zastępcze wojny, a chłopaki słuchali. Pamiętam, jak długo narzekaliśmy na naszego konserwatywnego nauczyciela nauk politycznych. Następnego dnia po 11 września powiedział na lekcji:

– Powinniśmy zbombardować, rozpirzyć do imentu Afganistan, Francję i każdego, kto wejdzie nam w drogę.

O czymś jednak nie wspomniałam w eseju: na jednej z LAN-owych imprez Daniel podzielił się plotką, że córka naszego nauczyciela nauk politycznych bierze udział w orgiach, a ja spytałam:

– A nawet jeśli to prawda, jakie to ma znaczenie?

To dowodzi, wyjaśnił, że nasz nauczyciel, który opowiada, jak to liberałowie nie szanują wartości rodzinnych, jest hipokrytą.

– Nie całkiem się z tym zgadzam – odparłam. – To pokazuje raczej, że ona sama o sobie decyduje.

Od przedszkola po gimnazjum chodziłam do szkoły, w której Jezus na krzyżu umierał w każdej sali. Niemal zawsze zanim podniosłam rękę, zastanawiałam się, czy na pewno powinnam to robić – wszystko dlatego, że w jednej z sal wisiał transparent z napisem: „Cisi na własność posiądą ziemię”.

Zanim w dziewiątej klasie przeniosłam się do szkoły publicznej, prawie wszyscy, których znałam, wierzyli w Boga. Podobało mi się, że Mark jest dobrym człowiekiem, ale w Boga nie wierzy. Ateizm wydawał się taki elegancki i wytworny.

– Nie należysz do tych cholernych hipokrytów, wpatrzonych w wieczność.

– To mi się podoba – odparł.

– Nie uważasz, że te aliteracje są zbyt wymyślne? A może zarazem wymyślne i kwieciste?

– Za dużo myślisz.

– I pewnie dlatego się przyjaźnimy – skwitowałam.

Pamiętam, jak dojadaliśmy z Markiem resztki halloweenowych słodyczy, a ja skarżyłam się, że koleżanki z klasy nabrały mnie i namówiły na wizytę w prawdziwym piekielnym domu.

– Naprawdę pojechałaś do piekielnego domu? – spytał Mark.

– Myślałam, że jadę po prostu zobaczyć nawiedzony dom. Zombie i piły łańcuchowe, te sprawy. Nie wiedziałam, że to bę­dzie coś chrześcijańskiego. W dodatku w lesie.

Mark wybuchnął śmiechem, a ja zaczęłam opisywać nastolatków przebranych za lekarzy, wystawiających na scenie zabieg nieudanej aborcji. Opisałam nastolatki w zepsutym samochodzie, całe wysmarowane keczupem, z butelkami piwa na kolanach. I przystojniaka przebranego za Jezusa.

– Ale najbardziej wkurzyła mnie ostatnia scena – dodałam.

Na skraju lasu, niedaleko wysypanego żwirem parkingu, postawiono białe drzwi prowadzące donikąd. Powiedziano nam, że po drugiej stronie czeka niebo. Mieliśmy powiedzieć opiekunowi grupy, który był oczywiście z kościoła, dlaczego zasługujemy na to, by przejść przez te drzwi i wstąpić do nieba. Ktoś szepnął, że drzwi zostały wypożyczone ze sklepu z narzędziami należącego do ojca cheerleaderki.

– Nie mam pojęcia – powiedziałam Markowi – jakie to miało znaczenie.

Spytana, czemu zasłużyłam, żeby przejść przez te drzwi, musiałam się bardzo pilnować, żeby nie wzruszyć ramionami. Odpowiedziałam, że staram się być dobrą osobą. Opiekun poinstruował mnie, że mam zostać i poczekać z boku. Przepchnęłam się obok niego, i tak weszłam do nieba.

– Ale powinnam spytać o drogę do Jezusa – wyjaśniłam Markowi. – Zdecydowanie miałam ochotę przelizać się z tym Jezusem.

Mark odwrócił wzrok. Prawie się z nim drażniłam:

– Czy jesteś zazdrosny o Jezusa?

Pewnego wieczoru razem z Markiem i kilkorgiem przyjaciół pojechaliśmy do lasu na obrzeżach miasta, gdzie, jak opowiadano, spłonął sierociniec.

– Nie wierzę w duchy – oświadczyłam.

– Ani ja – zawtórował mi Mark.

Oboje podskoczyliśmy, gdy nagle w pobliżu trzasnęła gałąź, a potem zaczęliśmy się z siebie śmiać.

– Jesteś naprawdę śliczna – powiedział mi tamtej nocy.

Udałam, że tego nie słyszę.

Wyznał, że nie cierpi w sobie tego, że jest leniem:

– Wszystko zawsze tak łatwo mi przychodziło.

Mogłabym przestać się wstydzić

Czytając porady prawne dla osób piszących wspomnienia, prawie wybuchnęłam śmiechem na sugestię, że warto zapewnić sobie zgodę osoby, o której się pisze.

Toja powinnam prosić jego?!

Mój partner, moje przyjaciółki, mój terapeuta starają się podsuwać wyjaśnienia, dlaczego Mark mnie wykorzystał. Tyle że ich domysły mogłyby umniejszyć to, co ja czuję: moją potrzebę zajęcia się tym konkretnym projektem. Mogłyby przekształcić coś konkretnego, co się wydarzyło, w trywialny przypadek ilustrujący jakąś ogólnie przyjętą teorię socjologiczną, psychologiczną czy dowolną inną. Tymczasem ja chcę od Marka odpowiedzi na pytanie: Dlaczego?

Czy gdyby był trzeźwy, potrafiłby się powstrzymać?

Czy mogę oczekiwać, że będzie ze mną szczery?

Albo: Czy w ogóle zna odpowiedź?

Mam trzydzieści trzy lata i pracuję jako adiunktka na uniwersytecie na przedmieściach Baltimore. Mówię moim studentkom na zajęciach z twórczego pisania literatury faktu, żeby nie prosiły o zgodę nikogo, o kim wspominają w tekstach.

– Poczekajcie, aż będziecie dobrze osadzone w tekście.

Powiedzmy jednak, że Mark udziela zgody i szczerze odpowiada na moje pytania. Bez wątpienia będzie chciał, by nie zdradzać jego tożsamości. Ale jeśli ją ukryję, dodam element fikcyjny – czy to znaczy, że starając się go chronić, dyskredytuję samą siebie?

Na razie jednak pytanie „Po co go uwzględniać?” interesuje mnie bardziej niż którekolwiek z pytań, jakie mogłabym mu zadać – ponieważ prowadzi do kłopotliwej refleksji: Bez niego moja opowieść nie będzie interesująca.

Jako feministka i artystka wstydzę się tego, że uważam głos Marka za niezbędny. Uczę studentki i studentów, jak mogą zgłębiać środkami artystycznymi własne opowieści. Nigdy nie powiedziałabym studentce, że osobisty tekst opowiadający o przemocy seksualnej byłby ciekawszy, gdyby uwzględniał perspektywę sprawcy. Aż do tej pory nawet nie brałam pod uwagę takiego punktu widzenia. A w każdym semestrze czytam przynajmniej pięć prac, w których pojawia się wątek gwałtu. Zawsze są to prace studentek, kobiet, które często zadają, w różnych wersjach, to samo pytanie: Kiedy można już mówić o wykorzystaniu seksualnym?

Czasami pytają mnie, czy zostały zgwałcone.

Czasami, jeśli znają odpowiedź, starają się usprawiedliwić mężczyznę: „Był pijany, był smutny, brakowało mu pewności siebie”.

Gwałcicielami nigdy nie są obcy, którzy napadli na nie w krzakach albo na ciemnej ulicy. Gwałciciele to zazwyczaj ich przyjaciele, partnerzy, przyjaciele tychże, szefowie, krewni, nauczyciele.

Takie próby usprawiedliwiania agresorów frustrują mnie, a przecież rozumiem te dziewczyny.

Oto ja, która staram się przedstawić Marka, takiego, jakiego znałam przed tamtą nocą.

W czasach mojej przyjaźni z Markiem redagowałam gazetkę szkolną, później studiowałam dziennikarstwo na Northwestern, mając pełne stypendium, a później odbywałam staż w dziale biznesu w chicagowskim biurze „New York Timesa”, gdzie zbierałam materiały na temat japońskich arbuzów w kształcie sześcianu i stanowiska Europy dotyczącego genetycznie modyfikowanych roślin. Rozpaczliwie chciałam zostać dziennikarką – i kiedy tylko zaczynałam wątpić w swoje umiejętności, Mark przypominał mi, że zapracowałam na wolny wstęp do najlepszej szko­ły dziennikarskiej.

Tymczasem miesiąc po tym, jak zaczęłam studia, zmarł mój tata, a mnie zaczęła ogarniać obsesja, coraz silniejsza, związana z obietnicą, którą mu złożyłam, kiedy umierał, że pewnego dnia napiszę dla niego książkę. Dostawał tak duże dawki morfiny, że wątpię, czy w ogóle mnie słyszał. Ale na trzecim roku studiów z uwagi na tę obietnicę zdecydowałam się zmienić specjalizację i robić dyplom nie z dziennikarstwa, ale z twórczego pisania. Miałam zamiar napisać dla ojca powieść albo tomik wierszy. Zakładałam, że wspomnienia to dziedzina gwiazd i polityków. Po czym później, piętnaście lat po śmierci taty, opublikowałam pamiętnik: dla niego, o nim, o mojej miłości do niego. Ten gatunek wydał mi się odpowiedni. Chciałam, żeby czytelnicy i czytelniczki wiedzieli: mężczyzna, o którym czytacie, żył naprawdę, a ja go kochałam. Kiedy się urodziłam, miał sześćdziesiąt jeden lat i przeszedł już na emeryturę, ale gdy byłam dzieckiem, nie wydawał mi się stary. Całe dnie spędzaliśmy razem, pływając, jeżdżąc na rowerach, karmiąc ptaki nad jeziorem. Dopiero jako nastolatka zaczęłam dostrzegać, że stan jego zdrowia się pogarsza. W ciągu ostatniego roku życia był przykuty do łóżka. Lekarze orzekli, że cierpiał z powodu wielu poważnych dolegliwości. W akcie zgonu wpisano: rak krtani. Nigdy nie oczekiwałam, że moja pierwsza książka złagodzi mój ból, chyba jednak tak się właśnie stało. Teraz już ojciec nie śni mi się zbyt często i uważam, że to w porządku. Może dzięki kolejnej książce skończą się moje koszmary, w których regularnie pojawia się Mark.

Ale nie dlatego piszę tę książkę.

Piszę, bo muszę przeprowadzić wywiad z Markiem, chcę go przepytać, potwierdzić, że czuje się okropnie – ponieważ jeśli czuje się okropnie, to znaczy, że nasza przyjaźń coś dla niego znaczyła. Chcę też, by przyznał, że to, co się stało, było poważnym nadużyciem – bo jeśli to przyzna, będę mogła przestać się wstydzić powracających od czasu do czasu wspomnień i sennych koszmarów. Czasami zastanawiam się, czy moje uczucia nie są zbyt silne jak na to konkretne przestępstwo. Często powtarzam sobie: „Użył tylko palców”. Jasne, mogłabym poddać cenzurze moją własną, anachroniczną, patriarchalną logikę („wykorzystanie seksualne ma znaczenie tylko wtedy, jeśli mężczyzna tak powie”), ale chcę być szczera – chcę być szczera, ponieważ wątpię, że jestem jedyną kobietą, która została wykorzystana seksualnie przez swojego przyjaciela i która nie jest pewna własnych uczuć.

Zasadnicze pytanie

Kiedy opowiadam mojemu partnerowi o tym projekcie, Chris podsmaża świeże brokuły z czosnkiem na patelni z nierdzewnej stali i piecze tofu w panierce. Kiedy ja pichcę obiad, zazwyczaj wygląda to tak, że wrzucam paczkę mrożonych warzyw, puszkę fasolki i słoik salsy do naszego woka z Ikei. Chris i ja spotkaliśmy się przelotnie – dosłownie: kilkuminutowa rozmowa na ulicy – na Northwestern, gdzie on także studiował twórcze pisanie. Miesiąc później zrobił dyplom. Kiedy się dowiedziałam, że jest zdolnym poetą, szukałam jego wierszy w Internecie, ale nie znalazłam niczego, i zapomniałam o nim. Nie wiedziałam, że on także szukał moich prac. Spotkaliśmy się ponownie dopiero kilka lat później, gdy oboje mieszkaliśmy już w Nowym Jorku. Przyszedł na imprezę zorganizowaną przez czasopismo, w którym wtedy pracowałam. Nie zdawałam sobie sprawy, że przyszedł tam, by spotkać się ze mną, tak więc przedstawiłam mu kilka osób, po czym zniknęłam w tłumie. Dwa lub trzy miesiące później Chris wpadł na kolejne przyjęcie, znów po to, żeby mnie zobaczyć; tym razem przedstawiłam go mojej stażystce i wyszłam z kimś innym.

– Dlaczego po prostu mi wtedy nie powiedziałeś? – spytałam Chrisa na naszej pierwszej randce – jak gdyby umówienie się z kimś było takie proste.

Jesteśmy razem już od ośmiu lat.

– To ciekawy pomysł – stwierdził, gdy usłyszał o projekcie.

– Czy to cię nie niepokoi? To znaczy, ten cały pomysł, że będę z nim rozmawiać.

– No jasne, że nie lubię gościa, ale to dobre ujęcie problemu.

– Nie sądzę, żeby książka się udała, jeśli nie skłonię go do mówienia. Myślisz, że się zgodzi?

– Biorąc pod uwagę to, co mi o nim opowiadałaś – stwierdza Chris – sądzę, że tak.

– Czy to źle, że czekam z niecierpliwością na rozmowę z nim?

– Przyjaźniliście się.

Pamiętam noc nad jeziorem. Mark, kilkoro przyjaciół i ja zakradliśmy się na czyjś prywatny kawałek plaży w bogatej dzielnicy w pobliżu miejscowego parku rozrywki. Wzeszły gwiazdy. Narzekałam na jakąś reklamę dotyczącą gwiazd. Za pięćdziesiąt dolarów możesz nadać gwieździe czyjeś imię.

– Kupowanie gwiazd jest takie amerykańskie – powiedziałam.

– Biorąc pod uwagę twoją miłość do kapitalizmu – powiedział Mark – to w sumie dość zabawne, że w głosowaniu szkolnym uznano, że to właśnie ty z największym prawdopodobieństwem znajdziesz się na liście kandydatów w wyborach prezydenckich.

– Zajęłam drugie miejsce – poprawiłam go.

Później przyznałam się do swojego rozczarowania: koleżanki i koledzy z klasy w głosowaniu uznali, że jestem najbardziej zaangażowana, ale w kategorii „na pewno odniesie sukces” byłam dopiero trzecia.

– Odniesiesz sukces – zapewnił mnie Mark. – No i wygrałaś w kategorii „najlepsza fryzura”.

– Mam gdzieś najlepszą fryzurę – skłamałam.

Bez wątpienia kwestia przebaczenia Markowi sprawia, że czuję się niepewnie i przyjmuję postawę obronną. To kolejny powód, dla którego trzymam się dobrych wspomnień.

Chociaż próbuję też ustalić, czy kiedykolwiek szczerze mu wybaczyłam.

Wysłałam pierwsze strony e-mailem bliskiej przyjaciółce ze studiów – będę ją nazywać Sarah. Ona też wybrała jako specjalizację pamiętnikarstwo i czasem wymieniamy się swoimi tekstami literackimi. Jej komentarz dotyczył przede wszystkim wersu: Załóżmy więc po prostu, że tablica była czarna.

Czuję, że to naprawdę ważne – pisze. – Niezwykle mocne i istotne. Wydaje mi się aż za prosto rozwiązane jak na podstawową kwestię – taką, która w gruncie rzeczy stanowi zasadnicze pytanie całego projektu: Kto może opowiedzieć czyją historię, z czyjego upoważnienia, jakie to będzie miało znaczenie i jaki odniesie skutek?

Sarah ma rację. Przeprowadzając wywiad z Markiem, ryzykuję, że dam mu za wiele władzy, pozwolę mu, zachęcę go do tego, żeby to on kształtował całą opowieść. Ale gdy będę przeprowadzała z nim wywiad, mogę też odwrócić stosunek sił. Próbując odpowiedzieć na pytanie, dlaczego mnie skrzywdził, Mark może zachowywać się zbyt defensywnie. I może tego właśnie chcę. Może chcę go zranić, chociaż trochę. Kiedy mu powiedziałam, że mu wybaczam, albo dałam do zrozumienia, że wybaczyłam, może próbowałam poczuć się od niego lepsza. Martwię się, że to samo pragnienie motywuje mnie teraz.

Ostatnio zaglądałam do tekstów filozoficznych, starając się zrozumieć własne motywy stojące za tym projektem i etyczny wymiar tego wszystkiego.

Foucault twierdzi mądrze: Dominująca pozycja nie przypada jednak w udziale temu, kto mówi (jest on bowiem zmuszony), lecz temu, kto słucha i milczy1.

Ale ten sam Foucault głupio sugeruje: Kiedy karze się za gwałt, karać powinno się jedynie za przemoc fizyczną i za nic innego2.

Dlaczego cytuję Foucaulta? Żeby wykazać, że myślę racjonalnie i jestem inteligentna? (Nigdy nie przeczytałam żadnej książki Foucaulta od deski do deski). Żeby wykazać, że nie jestem po prostu histeryczną, nadmiernie emocjonalną kobietą? Zanim za bardzo zagłębisz się w tę książkę, powinnam zapewne się przyznać, że byłam hospitalizowana (jakieś siedem razy) z powodu psychozy. Niektórzy ludzie uznają, że zdiagnozowanie u mnie choroby dwubiegunowej sprawia, że jako narratorka automatycznie staję się niegodna zaufania. Wiele czytelniczek i czytelników moich tekstów pytało mnie o dowolne z opisywanych wspomnień: „Jesteś pewna, że zdarzyło się to, co się zdarzyło? Jesteś pewna, że nie miałaś omamów?”.

I to jest właśnie kolejny powód, dla którego chcę, żeby Mark potwierdził to, co się zdarzyło.

Tylko kto ma orzec, czy Mark jest wiarygodny?

– Oboje byliśmy nieźle wstawieni – przypomniał mi w ramach swoich (rzekomych) przeprosin, sugerując, że ja też jestem po części winna, jak gdybym powinna wiedzieć, że nie wolno się upijać na imprezie, na której są wyłącznie przyjaciele.

I oczywiście czułam się winna – co, jak wiem teraz, jest nielogiczne tak samo jak poczucie winy z powodu śmierci taty. Był taki czas, kiedy wierzyłam, że pewnie żyłby dłużej, gdybym nie wyjechała na studia. Zmarł w wieku osiemdziesięciu lat. Od wielu lat miał problemy zdrowotne. A mimo wszystko poczucie winy zniknęło dopiero wtedy, gdy ukończyłam pierwszą książkę.

Tylko dlaczego miałabym winić siebie za to, co zrobił Mark? Byłam pijana – pierwszy raz w życiu – i byłam z nim sam na sam w jego pokoju w piwnicy. Gdybym krzyczała, wątpię, czy ktokolwiek na imprezie miałby szansę mnie usłyszeć, zwłaszcza że grała muzyka. Mark, który mnie rozbiera, wkłada mi palce do pochwy, masturbuje się nade mną. Gdybym stawiała opór albo walczyła z nim, co jeszcze mógłby mi zrobić? Lęk potrafi nas sparaliżować. Do prostej i znanej pary odruchowych reakcji: „walka lub ucieczka” niektórzy psychologowie dodają jeszcze „zastygnięcie w bezruchu”. A FBI usunęło ze swojej definicji gwałtu słowo „siłą”, rozumiejąc, że czasami najlepszym rozwiązaniem dla ofiary jest zachować całkowitą bierność.

Mark wykorzystał mnie w 2003 roku. Zgodnie z definicją gwałtu, używaną w tamtym czasie przez FBI (cielesne poznanie kobiety, siłą i wbrew jej woli), Mark mnie nie zgwałcił.

Jednak od dnia 1 stycznia 2013 roku, według tego samego FBI, Mark mnie zgwałcił.

Nowa definicja: Penetracja, nawet nieznaczna, waginy lub odbytu dokonana za pomocą jakiejkolwiek części ciała lub z użyciem przedmiotu, lub też penetracja oralna dokonana za pomocą organu seksualnego innej osoby, bez zgody ofiary.

Definicja uległa zmianie, tymczasem czyn pozostał niezmieniony.

Wciąż czuję się dziwnie, nazywając to gwałtem.

Inaczej niż dając rady

Razem z Chrisem jesteśmy w salonie, montujemy właśnie drzewko dla kota i jednocześnie omawiamy definicję gwałtu, jaką posługiwało się dawniej FBI, oraz to, że ten anachroniczny język ignorował to, że mężczyzna też może zostać zgwałcony. A ponieważ czytam właśnie Uwikłanych w płeć Judith Butler, mówię coś w rodzaju:

– Stara definicja gwałtu dowodzi, że heteronormatywne myślenie może skrzywdzić każdego.

Chris również czyta Butler. Planuje wykorzystać fragmenty tego tekstu w ramach swoich zajęć „Wprowadzenie do nauki pisania esejów”. Ja zabrałam się za lekturę Uwikłanych w płeć, bo wcześniej tej książki nie czytałam – mimo że od kilku już lat swobodnie posługuję się terminem „performatywność płci”.

– Muszę jeszcze przeczytać przedmowę do nowego wydania – mówi Chris. – Wszyscy uważają, że ma kluczowe znaczenie.

– Kocham cię – odpowiadam.

W liceum nigdy nie wpadłabym na to, że pewnego dnia będę spotykać się z mężczyzną obeznanym z klasycznymi feministycznymi tekstami i czytającym przedmowy do ich nowych wydań. To, że istnieją lub mogliby istnieć tacy mężczyźni jak Chris, wydawało się równie nieprawdopodobne jak to, że zostanę fizyczką.

Mój tata miał poglądy feministyczne, co robiło na mnie wrażenie, zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę, że urodził się w 1922 roku w rodzinie katolickich imigrantów z Sycylii. W wieku szesnastu lat rzucił szkołę, żeby pracować u swojego ojca, który prowadził zakład fryzjerski dla mężczyzn. Bardzo dużo czytał – chociaż wątpię, by kiedykolwiek poprosił bibliotekarkę o Mistykę kobiecości, Drugą płeć czy Uwikłanych w płeć