Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rzeczy nienasycone - Andrzej Czcibor Piotrowski

Cóż to za niesamowita polityczno-erotyczna baśń syberyjska (...), w której ból wygnania i lęk przed samotnością łączą się ze światłem miłości - pisał w 1998 roku Stefan Chwin. Pierwsze wydanie Rzeczy nienasycone Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego wywołało aplauz krytyki i czytelników. Po dwunastu latach ta znakomita powieść nie straciła nic ze swej artystycznej mocy. Co więcej, odczytana w perspektywie gender świeci dziś nowym blaskiem.
Lato 1939 roku. Dziewięcioletni Andrzej, syn polskiej rodziny inteligenckiej ze Lwowa, spędza wakacje na wsi w towarzystwie kuzynki Sary, nad wiek dojrzałej, która wprowadza go w sferę erotyki. Sielanka zostaje jednak brutalnie przerwana. Wybucha wojna, do Lwowa wkracza Armia Czerwona. Wkrótce bohatera czeka rozłąka z ojcem, w końcu zesłanie wraz z matką i bratem do Kazachstanu. Na pierwszy rzut oka książka jakich wiele, jest jednak jest coś, co decyduje o wyjątkowości Rzeczy nienasyconych. Tożsamość głównego bohatera, niezwykle wyczulonego na erotyczny aspekt życia, snującego nieustannie fantazje na temat ciała, jest zachwiana - raz po raz staje się on dziewczynką o imieniu Uta. Ta niemalże fizyczna dwoistość pozwala Andrzejkowi/Ucie jeszcze intensywniej doświadczać świata. Jest to świat jednego boga - Erosa. I wielu bogiń - matki, opiekunek, przyjaciółek i kochanek. Rzeczy nienasycone są hymnem na ich cześć.


Styl Rzeczy nienasyconych przywodzi na myśl ukochaną przez Piotrowskiego prozę czeską, Hrabala i może jeszcze bardziej Otę Pavla - język dziecięcy, w którym wszystko, nawet to, co straszne, staje się cudowne.
Michał Cichy, „Gazeta Wyborcza"

Jeżeli rzeczywiście klasę pisarza można poznać po jakości opisywanych przezeń scen erotycznych, to Czcibor-Piotrowski to ekstraklasa.
Wojciech Woźniak, „Rzeczpospolita"

Opinie o ebooku Rzeczy nienasycone - Andrzej Czcibor Piotrowski

Fragment ebooka Rzeczy nienasycone - Andrzej Czcibor Piotrowski

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 1998 

Wydanie II 

Warszawa 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

Pamięci mojej mamy poświęcam

Cytat

Trzy rzeczy są nie nasycone,

a czwarta, która nigdy nie rzecze: Dosyć.

Piekło, łono białogłowskie, i ziemia, która się nie nasyca wodą,

a ogień nigdy nie mówi: Dosyć.

Biblia w przekładzie ks. Jakuba Wujka, Prz 30, 15-16

Księga pierwsza SŁONE POLA

Ta trzecia

Nasza śliczna i zapobiegliwa mama, pani na włościach, zamierzająca gospodarować na kilkudziesięciu hektarach pól, łąk i lasów, z młynem i leśniczówką, i stawami, i niewielkim domkiem, który wkrótce miał być przebudowany na stylowy pałacyk czy dworek,

a więc nasza mama, teraz już ziemianka co się zowie, uległa prośbom swoich znajomych z Drohobycza, magistra farmacji i właściciela apteki przy rynku, Dawida Srebrzyńskiego, i jego żony, Salomei Ester Drzewieckiej, szkolnej koleżanki z lwowskiego gimnazjum Zofii Strzałkowskiej, przed ich wyjazdem pod koniec czerwca do Londynu, do krewnych, Silverów, Anglików od kilku pokoleń, i zgodziła się, aby oddali pod jej opiekę dwunastoletnią córkę, Sarę, chociaż ani mama, ani tym bardziej my, mój starszy brat, Renek, i ja, nie znaliśmy jej osobiście, widzieliśmy ją tylko na fotografiach: ładną czarnowłosą dziewczynę o wielkich oczach wyciętych w kształt migdałów, w białej bluzce z marynarskim kołnierzem,

i teraz mieliśmy ją zobaczyć żywą i mieszkać z nią przez dwa miesiące wakacji na odludziu, w warunkach, o jakich nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, my, od urodzenia mieszczuchy, wychuchani paniczykowie,

ale z Sarą i tak nie mogliśmy się równać: była bogatą jedynaczką, tak jak nasza mama, domyślaliśmy się więc, że może okazać się wyniosła i zarozumiała, że będzie nas traktować jak niedorastających jej do pięt smarkaczy,

wsiedliśmy więc do podstawionej przed ganek bryczki, zaprzężonej w parę kasztanków, by wyjechać po Sarę na stację kolejową w Rudnikach, bez gorących uczuć w sercu, raczej pełni niechęci do obcego gościa — zwłaszcza dziewczyny — mogącego zakłócić swoją obecnością ustalony rytm naszych wakacyjnych dni, które wypełniały wyprawy do lasu, kąpiele w rzece, podglądanie pluskających się na golasa ukraińskich dziewuch z pobliskich wsi i bójki z miejscowymi chłopakami, jeśli nie spotykaliśmy naraz większej czeredy tych rozwrzeszczanych smarkaczy, lecz tylko dwóch, trzech, tłukliśmy się do pierwszej krwi, bez złości i nienawiści, potem zaś następowało pojednanie zwycięzców i pokonanych, a raz my okazywaliśmy się górą, raz — częściej — oni,

i teraz jechaliśmy na stację, powoziła mama, śliczna w prostej bawełnianej chłopce, konie szły równo, pylna droga głuszyła turkot kół i odgłos kopyt, wzbijających kłęby kurzu, żółtego jak przydrożne kaczeńce, mama siedziała w milczeniu na przednim siedzeniu, zamyślona i jakby zatroskana, a my, mój brat, Renek, i ja, dokazywaliśmy na tylnym i wygadywaliśmy z całą powagą niestworzone rzeczy: że nie będziemy się z dziewuchą bratać, że pokażemy jej, gdzie raki zimują, że nie pozwolimy na żadne dziewczyńskie czułości, na całowanie się przy powitaniu, że bawić się będziemy razem tylko wtedy, kiedy zechcemy, że, słowem, my będziemy tu niepodzielnie rządzili, a nie baba, choć jest o kilka lat od nas starsza,

a tymczasem wjechaliśmy w nurt rzeki, która nagle przegrodziła nam drogę: nie było tu mostu ani przeprawy promowej, konie bezbłędnie odnajdowały szlak przez płyciznę, bród jednak okazał się głębszy: koła nie dotykały już dna, wartki nurt zaczął znosić bryczkę na głębinę, ale mama prowadziła konie pewną ręką, niebawem koła znów odnalazły dno i wytoczyły się na mieliznę przy drugim brzegu, a potem ociekający wodą koczyk jechał dalej polną drogą pośród łąk, po których dostojnie i z godnością kroczyły bociany, raz po raz pochylając się i kłapiąc długimi czerwonymi dziobami,

i wsłuchiwaliśmy się w głos mamy, która ni stąd, ni zowąd zaczęła śpiewać po ukraińsku niskim, ciepłym głosem:

Rewe ta stone Dnipr szyrokyj…

a potem znów, po kilku strofach, tę pieśń, którą tak lubiliśmy:

Uziałby ja banduru 

taj zahrał, szczo znał…

i nie dopatrywaliśmy się w tym wyborze niczego dziwnego, bo mama — jak wiedzieliśmy — miała w szkole obok Polek, Ormianek i Żydówek koleżanki Ukrainki, które nauczyły ją swoich ludowych pieśni, tak jak mama śpiewała im polskie, wśród nich tę, którą zanuciła właśnie, a my podjęliśmy melodię i słowa:

Wina, wina, wina dajcie, 

a jak umrę, pochowajcie 

na zielonej Ukrainie, 

przy kochanej mej dziewczynie…

i stawaliśmy się braćmi-sokołami, i dodawaliśmy sobie nawzajem i naszej mamie sił i otuchy, i wszyscy, cała nasza trójka, czuliśmy się tacy szczęśliwi i w krótkim, z głębi serca płynącym akcie strzelistym dziękowaliśmy Panu Bogu, że nas stworzył, że po prostu jesteśmy, że świat jest taki nieprawdopodobnie piękny i tak nam dobrze, że jesteśmy razem…

a jedyny cień — to nieobecność naszego taty, powołanego jeszcze w zeszłym roku do wojska i przebywającego wraz ze swoją jednostką sanitarną to tu, to znów tam, i piszącego do nas listy, i przesyłającego zdjęcia (a wśród nich to: papa na kasztance jak sam Marszałek!), i zjawiającego się z rzadka i niespodzianie we wspaniale skrojonym oficerskim mundurze, w wysokich butach, lśniących zawsze jak lustro, i z pistoletem walther w kaburze na pasie z koalicyjką,

a tak mu ich, i tego pasa, i koalicyjki, i kabury z pistoletem, zazdrościliśmy, że sprawił nam takie same pasy z koalicyjką i kaburą, i straszakiem zamiast walthera, i Renek omal nie stracił wzroku, bo strzelając, trzymał tę swoją broń tuż przy oczach i proch osmalił mu rzęsy i rogówkę, i kilka dni po zabiegu, który mama przeprowadziła własnoręcznie, bo nie na darmo była okulistką, chodził z czarną przepaską jak król piratów,

i wkrótce wyjechaliśmy na gościniec, kopyta zakląskały wesoło do wtóru turkotowi kół na twardym podłożu, i usłyszeliśmy ten dziwny dźwięk: to odezwały się druty telegraficzne, rozpięte na przydrożnych słupach, które doprowadziły nas aż przed budynek stacji z napisem

rudniki

i zatrzymaliśmy się na placu przed dworcem, obaj z Renkiem zeskoczyliśmy — po mamie — z bryczki i zdjąwszy uździenice, zawiesiliśmy koniom na karkach wytaszczone spod przedniego siedzenia worki z obrokiem, ze smakowitym owsem, który zwierzęta zaczęły chrupać, przymknąwszy oczy, a my we trójkę wyszliśmy na peron i mama spytała zawiadowcę, czy pociąg ze Lwowa przyjedzie punktualnie, i uspokojona usiadła na ławeczce, my zaś biegaliśmy po pustych torach, udając to lukstorpedę, to ręczną drezynę, na przemian,

i nie czekaliśmy długo: nie minęło nawet pięć minut, a już usłyszeliśmy nadjeżdżający pociąg, sapanie i gwizd lokomotywy, i stukot kół na rozjazdach, i maszynista zatrzymał niewielki skład gładko, bez szarpnięć, tuż przed tablicą z nazwą stacji, i z wagonu osobowego wysiadła tylko jedna pasażerka:

poznaliśmy ją od razu — to była Sara, z małą walizką w ręku, w białej powiewnej sukience, białych podkolanówkach, w białych pantofelkach na koturnie i w białym kapelusiku ze wstążkami na głowie, spod którego wypływały pukle czarnych jak smoła włosów,

dziewczyna podeszła do mamy, podała jej rękę, ale mama objęła ją, uściskała i ucałowała w oba policzki, i powiedziała:

– Witaj, doniu, tu u nas, na wsi! — i dodała, przedstawiając nas po kolei: — A to są moi synowie: Ireneusz i Andrzej. Mam nadzieję, że się polubicie!

a Sara, jakbyśmy się znali od niepamiętnych czasów, rzuciła się nam na szyję: najpierw Renkowi, który jednak nie okazał się zadowolony z tej poufałości i natychmiast się od niej odsunął, a potem mnie — a ja właśnie stałam się Utą, dziewczyną, a więc przytuliłam się do Sary, pocałowałam ją w usta, a ona, wcale nie zdziwiona, odpowiedziała mi uściskiem i długim pocałunkiem, a wreszcie oświadczyła, tak jakby nic nie mogło się przed nią ukryć:

– Na pewno zostaniemy przyjaciółkami! Nierozłącznymi!

a ja, przejęta i zachwycona, szepnęłam:

– Bardzo bym tego chciała! Mój Boże, jaka ty jesteś piękna!

i żałowałam, że jestem w spodniach, a nie sukience, że nie mam we włosach wstążek i kokard, a pod sukienką cieniutkich batystowych majteczek, jakie na pewno nosiła Sara, wzięłam z jej rąk walizeczkę, która wcale nie okazała się ciężka, i podałam Renkowi (przecież my, dziewczyny, nie będziemy jej dźwigać!), i wszyscy ruszyliśmy do bryczki, brat upchnął bagaż, zdjął worki z obrokiem z końskich łbów, schował je pod przednie siedzenie, a potem demonstracyjnie usiadł tam obok mamy, tak że tylne pozostało dla nas, dla Sary i dla mnie, mama ujęła lejce, cmoknęła, konie ruszyły, bryczka potoczyła się po kocich łbach, potem wjechaliśmy na polną drogę, wiodącą do brodu na rzece,

a ja tuliłam się do Sary, słuchając jej opowieści, a tak wiele miała do powiedzenia: o domu i rodzicach, o szkole, o koleżankach i kolegach, o księdzu katechecie i profesorach, o lekcjach rysunków — tak jak nasza mama bardzo je lubiła — o randkach i flirtach z chłopakami, którzy za wszelką cenę usiłowali skraść dziewczynie całusa, dotknąć piersi czy nawet — cóż za śmiałkowie! — wsunąć rękę pod spódniczkę, na co zresztą (szepnęła to i lekko się zarumieniła) chętnie pozwalała,

a ja, słuchając jej, myślałam:

„Jak to dobrze, że Sara przyjechała! To nic, że Renek trochę się boczy! Jesteśmy teraz trzy: mama, Sara i ja, Uta, bo przecież mimo sławetnych postrzyżyn i zmiany stroju wciąż jestem dziewczyną i mam teraz przyjaciółkę, siostrę, tak bardzo podobną do naszej mamy, i chcę — Boże, jak ja bardzo tego chcę! — być taka sama jak ona!”

i kiedy po drodze Sara poprosiła, żeby mama zatrzymała na chwilę konie, i zeskoczyła z bryczki, i ja pobiegłam za nią w przydrożne krzaki, gdzie przykucnąwszy obok siebie i ściągnąwszy, co trzeba, i wypiąwszy okrągłe dupeńki, zrobiłyśmy siusiu, a gdy Sara podniosła się, aby podciągnąć majtki, spostrzegłam, że jej pulchne podbrzusze nie jest podobne do mojego, gołego jak dopiero co wylęgnięte pisklę, że Sara ma tam na tym wzgórku puchatą czarną mufkę, i posmutniałam, i poczułam żal, a nawet może zazdrość, Sara jednak wiedziała wszystko i znała moje myśli, i pozwoliwszy opaść sukience, pocałowała mnie i uspokoiła:

– Nie martw się, Uto! I tobie już wkrótce wyrośnie tam czarna grzywka!

i wróciłyśmy do bryczki, słońce niemrawo wspinało się na ukos po niebie, dzień zapowiadał się upalny i gdy konie ruszyły znów z miejsca, mama powiedziała:

– Zaraz po śniadaniu pójdziemy nad rzekę…

a ja już wyobraziłam sobie, jak nagie i mokre leżymy obok siebie na piasku i Sara przekonuje mnie o tym, jak to dobrze, jak wspaniale być dziewczyną, i że chłopcy nie mogą się z nimi równać, i patrząc na nią i na mamę, gotowa byłam przyznać Sarze rację.

Dziewczynka czy chłopiec

Przez kilka lat z woli i upodobania mojej pięknej mamy byłam dziewczynką: w długie, najpierw złociste, a potem kasztanowate włosy wplatano mi wstążki i przypinano kokardy, nosiłam sukienki, a pod nimi skąpe batystowe majteczki, więc jako Uta (a był to skrót od mamusinego słowa laluta, laleczka!) od najmłodszych lat znałam dziewczynki lepiej niż moi rówieśnicy o smuklejszych niż moje biodrach, a one ufnie i serdecznie przyjmowały mnie jako jedną spośród siebie, choć troszkę się dziwiły, że rozebrana do naga różnię się od nich, ale ta różnica okazała się tak niewielka, że nie przeszkadzało nam to bawić się wspólnie lalkami, czesać sobie nawzajem z czułością długie włosy, zachowywać się jednakowo: paplać i chichotać, rozczulać się i płakać z byle powodu, a potem pocieszać się nawzajem, ściskać i całować, i słuchać z wypiekami na twarzy, jak co starsze z nas szepczą o chłopakach,

ale pewnego dnia — a właśnie zaczynały się wakacje — urwało się to nagle i wcale nie wiem na pewno, czy czułam się szczęśliwa, kiedy zaprowadzono mnie do fryzjera, który długo nie chciał uwierzyć, że jestem chłopcem, ale w końcu uległ namowom, obciął moje śliczne długie loki i uczesał z przedziałkiem, z krótką grzywką spadającą na czoło,

a gdy spojrzałem w lustro, już nie w sukience, ale w koszuli z wykładanym a la Słowacki kołnierzem i w krótkich spodenkach, rozpłakałem się, bo wydałem się sobie — przywrócony chłopięctwu — zupełnie kimś innym, więcej, byłem kimś innym:

Uta umarła, narodził się Andrzej, Jędruś, Drzejek, nadal ulubieniec ślicznej i kapryśnej mamy, która wreszcie pogodziła się z tym, że obok pierworodnego, Ireneusza, Renka, ma drugiego syna, a nie córkę, której tak bardzo pragnęła, aby rok po roku odnajdować się w niej, odradzać,

słowem: Uta przestała istnieć, aby brat miał brata, a nie siostrę, ale ta siostra nie od razu przestała we mnie trwać, często przyłapywałam się na tym, że myślę i postępuję, i czuję po dziewczyńsku, zakochiwałam się w kolegach, patrzyłam na nich zalotnie, trzepotałam rzęsami i wzdychałam, a w klozecie nie siusiałam na stojąco, ale siadałam na desce, a jeśli musiałam to zrobić pod gołym niebem, podczas zabawy na graniczącej z domem dziadków parceli albo na wycieczce, w lesie lub na łące, opuszczałam spodenki i zsuwałam majtki, i przykucałam jak dziewczynka, i wypinałam krągłą pupę, i lubiłam to, i sprawiało mi to przyjemność, zwłaszcza gdy patrzyli na mnie chłopcy, i ten mój szósty, siódmy, ósmy rok życia (a chodziłam już od dwóch lat do szkoły!) były wciąż dwupłciowe:

wśród dziewcząt czułam się dziewczyną, wśród chłopców — prawie chłopcem, choć moje szerokie biodra i drobna ułomność, którą często udawało mi się ukryć, nie pozwalały we wszystkim się z nimi równać, ale czułość dziewcząt po stokroć mi to wynagradzała i nigdy się nikomu, nawet starszemu bratu, nie skarżyłem, bo i czemuż miałbym się skarżyć, skoro czułem się o tyle bogatszy, o tyle hojniej obdarowany…

i to Sara, z tą swoją śniadą cerą i migdałowymi oczyma, wszystko we mnie zmieniła, choć z początku, w pierwszych dniach jej pobytu na wsi, byłyśmy serdecznymi przyjaciółkami: chodziłyśmy razem, objęte wpół, na długie spacery w pola albo po lesie, zwierzałyśmy się sobie i całowałyśmy się w usta, kąpałyśmy się nago w stawie albo w rzece, nie zwracając uwagi na to, że tak zupełnie to nie jesteśmy do siebie podobne, a kiedy zmęczone pływaniem i pluskaniem się w wodzie kładłyśmy się na piasku czy trawie, aby wyschnąć na słońcu, Sara opowiadała mi, jak to wspaniale być dziewczyną, i że ja to chyba sama dobrze wiem i rozumiem,

aż ja, patrząc kiedyś na nią, na jej śniady, niemal płaski brzuch, przecięty u dołu wzdłuż wąską bruzdeczką, ocienioną czarnym pomponem włosów, gęstych i skręconych jak karakuł, i na toczącą się z góry, spod głębokiego pępka, kroplę wody, nagle zerwałem się, zbliżyłem się do niej, ukląkłem między jej uniesionymi kolanami, pochyliłem się i zlizałem językiem tę prześwietloną słońcem kroplę, złocistą jak okruch bursztynu,

i Sara leżała przez chwilę bez ruchu, a potem wyciągnęła do mnie ramiona i powiedziała cicho, by nie usłyszała mama, która schroniła się w cieniu pobliskich krzaków i usnęła: – Chodź!

i przyciągnęła mnie do siebie, i położyłem się na niej, między jej rozchylonymi udami, i przywarliśmy do siebie mocno, i w tym ciasnym uścisku nasze ciała schły szybciej, i wydawało mi się, że słyszę, jak krople wody na naszej napiętej skórze przemieniają się z sykiem w parę, i teraz już wiedziałem na pewno, że nie mogę dłużej być Utą, przyjaciółką Sary, że jestem Andrzejem, Jędrusiem, Drzejkiem, i że mam swoją pierwszą prawdziwą przyjaciółkę — już jako chłopiec z krwi i kości, że Uta naprawdę odeszła, aby ta przemiana mogła się dokonać,

i nie wiedziałem — bo skąd? — że nie minie nawet rok, a zostanę od Sary oderwany, że rozdzielą nas tysiące wiorst i że już nigdy jej nie zobaczę, i że Uta — niespodzianie — powróci.

Mężczyźni czasu wojny

Najłatwiej dostać się tam z podwórka kamienicy naszych dziadków: wystarczy wspiąć się na blaszany kubeł na śmieci, uchwycić się rękoma za występ muru, zręcznie unikając wtopionych w cement odłamków zielonkawego szkła z butelek po piwie, podciągnąć się na ramionach i osiągnąwszy całym ciałem wierzchołek, skoczyć na obie nogi wprost w gęstą, nigdy niekoszoną trawę po drugiej stronie:

tu zaczynała się parcela, niezabudowany obszar, lekko pochyły, wspinający się łagodnie ku ulicy Kurkowej, w dolnej części graniczący wysokim parkanem z ulicą Miączyńskiego, a bokiem przylegający do rzędu domów, bez wyjątku dwupiętrowych, zbiegających pod kątem prostym w dół, do Łyczakowskiej,

a więc właśnie z naszego podwórka najczęściej, po powrocie z wakacji w Rudnikach, przedostawaliśmy się na tę rozległą parcelę, porośniętą bujną trawą, gęstymi krzakami i młodymi drzewkami, które zaczynały już z wolna wychylać się i zza muru, i zza parkanu, bo właściciel chyba o niej zapomniał,

i ta śródmiejska preria stanowiła miejsce naszych codziennych zabaw, moich, mojego starszego o półtora roku brata, Renka, rówieśników z pobliskich domów, a także do niedawna jednej tylko dziewczyny, pulchnejAndzi o grubych udach i dużej pupie, a teraz także Sary, która została z nami po wiejskich wakacjach,

a właśnie zaczynała się jesień pierwszego roku wojny, która niewiele zmieniła w naszym rozkładzie dnia i upodobaniach, nie chodziliśmy tylko do szkoły i całymi dniami się bawiliśmy,

i tak na przykład z zapałem urządzaliśmy zawody: kto (nie wyłączając dziewczyn) zrobi najładniejszą i najbardziej niezwykłą kupkę, a oceniało się i konsystencję, i kształt, i kolor, i połysk (zdarzały się piramidki, torciki, obwarzanki, kiełbaski, parówki, rogale i misterne spirale, zakończone ozdobnym szpicem jak choinka świąteczna), i przyglądaliśmy się im z uwagą i z bliska, by niczego nie przeoczyć, bo otwarta przestrzeń niemal natychmiast pochłaniała nieprzyjemny zapach,

albo zakładaliśmy się, kto, wspiąwszy się na pagórek, najdalej siknie — i tu dziewczyny nie miały nic do powiedzenia,

kiedy indziej znów one, Andzia i Sara, były górą: wciskaliśmy im w garść każdy po dziesięć groszy, a one pokazywały nam to, czym się od nas różniły: Sara stawała przy murze, unosiła kusiutką spódniczkę i odciągała daleko gumkę skąpych majteczek, tak że mogliśmy z góry wpatrywać się — byle nie za długo, bo wówczas czekał nas bolesny kuksaniec — w jej śniade, przepołowione wąsko podbrzusze, pozbawione owego ślicznego małego dzyndza, którym tak się chełpiliśmy, pokazując go sobie nawzajem, ale Sara nie wymagała wzajemności: po prostu pozwalała nam patrzeć na swoją pulchną, puchatą cisię z miną dobrodziejki, wyświadczającej nam wielką łaskę,

inaczej Andzia: opuszczała majtadały poniżej kolan i obracała się w koło, szybko, tak że wydawało się nam, że jest taka sama z przodu jak i z tyłu, i pochylała się, abyśmy to naprawdę dobrze zobaczyli,

my jednak myśleliśmy sobie w duchu, że widzieliśmy nie takie cuda, nie takie mecyje, bo przecież nie ukrywały przed nami swojej nagości nasze mamy, ciotki, stryjenki i wujenki, cioteczne, wujeczne i stryjeczne siostry i inne miłe kuzyneczki, a na wsi, niedaleko Rudnik, w mająteczku ziemskim kupionym przez mamę w maju, na kwartał przed wrześniem tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, podglądaliśmy kąpiące się goło w rzece ukraińskie dziewuchy: kołysały wielkimi, pełnymi piersiami, miały gęsto upierzone podbrzusza i pękate zady, i słyszeliśmy ich rozmowy i gardłowy śmiech, i słowa rusińskich piosenek, jakie wyśpiewywały dźwięcznymi, donośnymi głosami:

Oj, ne chody, Hryciu, taj na weczernyciu,

bo na weczernyci diłki czarounyci…

i to one właśnie wydawały się nam tymi młodymi kuszącymi czarownicami, gotowymi rzucić urok czy zaklęcie, a rumieniec pokrywał nam policzki, gdy podejmowały inną pieśń:

Nas rano, nas rano maty budyła 

i tychuju, tychujupisniu nutyła…

bo znaliśmy już niektóre sprośne, nieprzyzwoite wyrazy, tak że dla zabawy niewiniątkom i żółtodziobom kazaliśmy powtarzać szybko, raz po raz: — Papier w dole! Papier w dole! choć na dobrą sprawę nie bardzo jeszcze wiedzieliśmy, na czym to polega, i kojarzyło się nam to z psuciem powietrza,

a zresztą i Andzia już od zeszłego roku, a teraz także Sara również nas znały, choć nigdy nie pokazywaliśmy im naszych pisiów wszyscy naraz, ale kiedy bawiliśmy się w doktora albo w mamę i tatę, dziewczyny sięgały nam pod spodenki i ściskały w dłoni nasze apintasy, tak jak my wkładaliśmy ręce pod ich majtki, dotykając nie bez przyjemności u jednej kosmatej, u drugiej zaś gładziutkiej jak u niemowlęcia, miękkiej i soczystej cisi,

żadna ze stron nie miała więc przewagi i wydawało się nam, że sprawiamy i Andzi, i Sarze przyjemność, przypatrując się z nieudawanym zaciekawieniem ich pachwinom, a i one nie czuły się pokrzywdzone: mogły pokazywać się nam do woli, a przy tym zarobiły ładnych parę groszy,

i kiedy tak raz bawiliśmy się w najlepsze, nagle odezwały się syreny ogłaszające nalot, wszyscy rozpierzchli się, a my, mój brat i ja, nie zastanawiając się długo, wbiegliśmy do domu i ze strychu wspięliśmy się na dach:

wkrótce pojawiły się samoloty z czarnymi krzyżami i choć były gęsto ostrzeliwane przez zenitówki naszej artylerii przeciwlotniczej i przez nas, krzyczących głośno: 

– Tratatata!

jakbyśmy mieli co najmniej działko szybkostrzelne, zdążyły zrzucić bomby, trafiając w pobliskie koszary: słyszeliśmy odgłosy wybuchów, widzieliśmy chmurę kurzu, dym, płomienie, Łyczakowską nadjeżdżały samochody straży pożarnej i karetki pogotowia,

i samoloty odleciały, strzały ucichły, ale choć nalotu jeszcze nie odwołano, nie zeszliśmy do schronu — wśliznęliśmy się do salonu z wielkim lustrem w złoconych ramach, fortepianem i stylowymi meblami i całowaliśmy się na przemian z Sarą, która też się tam niespodzianie znalazła,

cóż to były za pocałunki — wszyscy troje mieliśmy twarze mokre od brody po czoło, ale czuliśmy się wspaniale: byliśmy mężczyznami czasu wojny i mieliśmy swoją kobietę, którą obroniliśmy i która teraz okazywała nam wdzięczność.

Krzyk pawia

Ilekroć natarczywe wycie syren ogłaszało alarm lotniczy, wszyscy dorośli, mama, babusia i dziadzio, a także młodziutka służąca, Adelcia, schodzili do piwnicy, przygotowanej już na to, by służyć jako schron nawet przez dłuższy czas:

na półkach przy ścianach stały gliniane polewane garnki z topionym masłem i smalcem, puszki z herbatą i kawą, głowy cukru w niebieskim papierze, stożki przypominające wcale pokaźnych rozmiarów pociski artyleryjskie i konserwy z zagęszczanym mlekiem, które nasza zapobiegliwa babusia wydzielała już teraz oszczędnie, po łyżeczce,

ze stropu zwisały w kątach przewiewne lniane woreczki z sucharami, połcie boczku i wędzonki, pęta kiełbas, szynki i półgęski, nie brakowało też karafek z domowymi nalewkami i firmowych, od Baczewskiego, butelek z gatunkowymi wódkami i rektyfikowanym wysokoprocentowym spirytusem — dobrymi kropelkami (bongu), niezawodnym lekarstwem na wszystkie dolegliwości ciała i duszy czasu wojny i pokoju, przyniesiono też składane łóżka polowe i pościel, kołdry, poduszki i koce — na wszelki wypadek…

ale my, Renek i ja, wymykaliśmy się stamtąd przy pierwszej lepszej okazji, zwłaszcza gdy starsi gromadzili się wokół radioodbiornika, i zajmowaliśmy swoje stałe pozycje: albo na dachu kamienicy, albo na balkonie, ukrywając się między oleandrami w wielkich drewnianych putniach, często wraz z Sarą, która zawsze zjawiała się ni stąd, ni zowąd,

tak więc trwająca już trzy tygodnie wojna, a przedtem dwa miesiące wakacji w podlwowskich Rudnikach sprawiły, że mieliśmy prywatne lekcje anatomii,

i wszyscy troje byliśmy święcie przekonani, że anioły też nie są bezcielesne i mają płeć: dla nas, chłopaków, z całą pewnością były jasnogrzywymi dziewczynkami, pyzatymi i pulchnymi (takie zapamiętaliśmy z kościołów, z obrazów i rzeźb), i wcale nam nie przeszkadzało, że Sara (jej anioły — mówiła — jawiły się jako figlarne amorki z malusieńkimi słodkimi kutasikami) jest od nich szczuplejsza, że ma długie czarne włosy splecione w warkocze, za które szarpaliśmy ją jak konia za wodze, gdy próbowaliśmy jej dosiąść i poskromić,

tym razem jednak, stojąc na balkonie, nie zdążyliśmy nawet pomyśleć o wspólnych figlach: zastygliśmy w bezruchu, usłyszeliśmy naraz ochrypły głos, na pewno ptaka, i kiedy zastanawialiśmy się z Renkiem, jakiego, Sara powiedziała naraz bez namysłu:

– To krzyk pawia! Nie zapowiada nic dobrego!

na to my obaj, świadomi tego, co stało się siedemnastego września, zaledwie przed kilku dniami, zadrwiliśmy z niej zgodnie i jednogłośnie:

– Też się znalazła prorokini!

ale nie zdążyliśmy się posprzeczać, bo alarm niemal natychmiast odwołano, staliśmy więc we trójkę na balkonie wśród oleandrów, wsłuchani w tę niezwykłą ciszę, która jakby szklanym kloszem przykryła bezbronne miasto, i w tę ciszę wdarł się ponownie krzyk pawia, a potem naszych uszu dobiegł turkot kół i odgłos końskich kopyt uderzających w galopie o bruk, i po chwili ujrzeliśmy, jak z Łyczakowskiej wpada w naszą ulicę wóz z amunicją, a za nim kuchnia polowa z dymiącym kominkiem, zaprzężona w parę siwków, z dwoma żołnierzami, tu i tam, na koźle, z krótkimi, kawaleryjskimi karabinkami przerzuconymi przez plecy,

wystraszeni, wkrótce zrozumieli, że znaleźli się w ślepym zaułku, i już nie zastanawiali się, wyprzęgli konie, do studzienki kanalizacyjnej wrzucili skrzynie, broń i ładownice i pozostawiwszy jaszcz i kuchnię polową, wskoczyli na konie i po chwili wszyscy czterej mknęli już na oklep z powrotem ku głównej alei, aż zniknęli za rogiem, i wtedy Sara oświadczyła z całą powagą:

– A nie mówiłam wam, małowierni?! Naprawdę dzieje się coś złego!

i jakby na potwierdzenie jej słów gdzieś z góry, od kościoła Matki Boskiej Ostrobramskiej, dotarł do naszych uszu chrzęst gąsienic i warkot silników: domyśliliśmy się, że to sowieckie czołgi, że są już blisko, na rogatkach łyczakowskich, ale nim pojawiły się u wylotu naszej uliczki, by nie skręcając w nią, potoczyć się dalej, ku śródmieściu, w Miączyńskiego wjechał patrol na motocyklu, z lekkim karabinem maszynowym w przyczepie,

żołnierz na przednim siodełku krzyknął coś znad kierownicy i usłyszeliśmy krótką serię, i z kotła kuchni polowej, przedziurawionego pociskami, pociekła kilku strumyczkami gęsta żółta ciecz, parująca w powietrzu, — Gorochowyj sup! — zaśmiał się sołdat w szarym szynelu, pociągając nosem. — Jeszczo goriaczij! Nu, Griszka i Wańka, dawaj, pojedim niemnożko! Dawno nie kuszali!

i wszyscy trzej zeskoczyli z motocykla, podbiegli do kotła, omijając zagradzający drogę opróżniony jaszcz, podstawili złożone dłonie i chłeptali zupę językami jak spragnione psy wodę, a my patrzyliśmy na nich z góry, spośród gałęzi oleandrów, i nie wiedzieliśmy, śmiać się czy płakać,

i wtedy znów rozległ się krzyk pawia, który pewnie uciekł z ogrodu zoologicznego albo jakiejś ptaszarni, i nagle w olśnieniu pojęliśmy obaj, mój brat i ja, że Sara jest nie tylko śliczna jak młodziutka królowa Saby, lecz także mądra jak sam król Salomon,

a ona patrzyła na nas swoimi lśniącymi oczyma, wyciętymi w kształt migdałów, i uścisnęliśmy jej ręce, mój brat jedną, prawą, ja drugą, lewą, tę od serca, na znak, a ona odpowiedziała nam równie mocnym uściskiem, i drzwi salonu otwarły się, weszli mama, babusia i dziadzio, i wszyscy mieli łzy w oczach.

Nocne czuwanie

Piękna i mądra Sara nie myliła się ani trochę: coś złego naprawdę się działo, a potwierdzić to miał w naszym najbliższym sąsiedztwie jeden jedyny, pojedynczy strzał, stłumiony i cichy, w mieszkaniu po nieparzystej stronie ulicy, w domu na prawo od naszych frontowych okien, na pierwszym piętrze, strzał, którego wprawdzie nie słyszeliśmy, ale który gruchnął w nas głośno, kiedy dowiedzieliśmy się o nim w kilka dni później: mama wróciła wieczorem do domu zapłakana, z podkrążonymi sino oczyma, i najpierw nie chciała nikomu, nawet swoim rodzicom, nic mówić i szeptała tylko:

– Mój Boże, jak to dobrze, że go tu nie ma! Jak to dobrze, że jest gdzieś daleko stąd!

a my, Renek, Sara i ja, wiedzieliśmy bezbłędnie, że myśli o naszym papie (o jego wojennych losach nic do tej pory nie wiedzieliśmy, nie dotarł żaden list od niego, żadna wieść),

i dopiero później mama, już spokojna i opanowana, opowiedziała wszystko swoim rodzicom, a my, Renek i ja, podsłuchiwaliśmy wraz z Sarą pod drzwiami salonu, zamiast dawno już spać, dowiedzieliśmy się więc o nocnym czuwaniu przy znajomym prokuratorze, który przed wojną oskarżał w procesach politycznych przeciwko skrajnym lewicowcom i dlatego znajdował się na jednym z pierwszych miejsc na listach likwidacyjnych sowieckiej tajnej policji, i przeczuwał, nie, wiedział z całą pewnością, że lada dzień, lada godzina zatrzyma się przed jego kamienicą samochód z enkawudzistami i kto wie, czy nie pójdzie od razu pod stienku,

i wobec tego postanowił nie czekać: późnym wieczorem, gdy wszyscy w domu rozeszli się do swoich pokoi, zamknął się w gabinecie stanowiącym część jego biura, oddzielonego od mieszkania korytarzem i klatką schodową, usiadł przy biurku, wyciągnął z szuflady służbowego walthera, napisał krótki list do żony, dwóch statecznych synów i córki — swawolnej i nieposkromionej Andzi, po czym przyłożył do skroni lufę,

teraz wystarczyło tylko nacisnąć spust — rozległ się stłumiony strzał, ale prokurator nie zginął na miejscu, do ciężko rannego wezwano po sąsiedzku naszą mamę, jedynego lekarza w najbliższej okolicy, i mama — chociaż okulistka — natychmiast pospieszyła na ratunek, ale jak się okazało, niewiele można było postrzelonemu pomóc, a więc mama dzień i noc czuwała przy nim, łagodząc jedynie zastrzykami morfiny ból rozłupujący czaszkę, której nie zdołał skutecznie rozłupać małokalibrowy pocisk z osobistej broni,

i to czuwanie przy rannym trwało kilka dni i nocy z rzędu, prokurator odzyskiwał przytomność i mówił coś urywanie, bezładnie o papierach, o ważnych dokumentach, których nie zdążył zniszczyć, i błagał, aby je bez zwłoki spalić, i doradzał natychmiastowe opuszczenie tego miasta, póki jeszcze czas, ucieczkę na zachód, przez zieloną granicę, na drugi brzeg Sanu,

ale myśli mu się mąciły, zapadał w sen, odchodził na coraz to dłużej i dłużej, by wrócić na chwilę — i wtedy wpatrywał się w mamę jedynym okiem, na jakie widział, lewym, bo w prawym pocisk uszkodził nerw wzrokowy: zmatowiałe, martwe, wpatrywało się już jakby w inny krajobraz,

a po trzeciej nocy ocknął się wczesnym rankiem całkiem przytomny i poprosił, aby sprowadzono księdza, i Andzia natychmiast po niego pobiegła, a gdy zjawił się młody wikary z naszego parafialnego kościoła Świętego Antoniego, długo z nim rozmawiał w cztery oczy, kiedy zaś kapłan wyszedł, mama wiedziała już na pewno, choć ranny, wciąż przytomny, leżał spokojnie, jakby wraz z sakramentami spłynęło na niego niespodziane ukojenie, że to nie potrwa długo i że spotkanie ze śmiercią jest nieuniknione: jego ostatnie, a jej dopiero pierwsze w tym wojennym roku, tu, przy Miączyńskiego, na ukochanym Łyczakowie,

i nie mogła wiedzieć, że już wkrótce uderzy w nią zgon kogoś bliskiego, nieporównanie bliższego, jeśli nie najbliższego,

i wezwała rodzinę umierającego, i powiedziała, że najwyższy czas, aby się z nim pożegnali, a gdy nadbiegli żona i synowie, i Andzia, wyszła z pokoju,

a kiedy tam wróciła, prokurator leżał już ostatecznie odprężony, wyciągnięty na całą długość swojego martwego ciała, z zamkniętymi oczyma i wyrazem spokoju na twarzy, i gdyby nie bandaż na głowie i ten bezwład umarłych, można by pomyśleć, że — zmęczony — usnął głębokim snem, jednakże mama nie miała już żadnych wątpliwości, że rozpoczął właśnie swoje odpoczywanie wieczne,

i wtedy Sara, która wraz z moim bratem i ze mną podsłuchiwała rozmowę starszych pod drzwiami salonu, szepnęła cicho, a ja zapamiętałem to na zawsze:

– Choć Księga mówi co innego, ja naprawdę słyszałam głos jego duszy opuszczającej ciało — i dodała: — Światłość wiekuista niechaj mu świeci…

a my odpowiedzieliśmy jednym głosem:

– Niech odpoczywa w pokoju wiecznym, amen…

Powrót taty

Bolszewicy już od z górą miesiąca panoszyli się we Lwowie, zaczęły się aresztowania, ludzie nagle znikali bez śladu, jakby ziemia się pod nimi zapadła, i rodziny na próżno dopytywały o nich w nowo powstałych urzędach, gdzie wzruszano tylko ramionami i odpowiadano, rzecz dziwna, nie po ukraińsku, lecz po rosyjsku:

– A otkuda my możem znat'?

i właśnie wtedy, późnym wieczorem, ktoś zadzwonił do bramy na dole, Adelcia, służąca, którą babusia przywiozła niedawno z Przemyśla, o rok, dwa chyba tylko starsza od Sary, zeszła otworzyć,

i po chwili w drzwiach mieszkania dziadków na pierwszym piętrze stanął obcy mężczyzna, zarośnięty, w kaszkiecie nasuniętym na czoło i przysłaniającym twarz, w jakichś wyświechtanych łachach, ale gdy zdjął czapkę i odsłonił oczy, poznaliśmy go od razu, mimo że nie miał na sobie eleganckiego, szytego na miarę u dobrego krawca munduru oficerskiego, lśniących butów z cholewami od Hiszpańskiego, pasa z koalicyjką i kaburą ze służbowym waltherem,

tak oto nasz tata wrócił wreszcie z wojny, teraz znów był wśród nas, ocalony, cały i zdrowy, i podszedł do mamy, ona jednak, ledwie go uścisnąwszy, odeszła o parę kroków i powiedziała bardzo stanowczym, niemal rozkazującym tonem:

– Idź, Geniu, ogól się i umyj… Adelcia przygotuje ci kąpiel… A potem przebierzesz się i będziesz mógł spokojnie wszystko nam opowiedzieć,

i nie minęła nawet godzina, a już siedzieliśmy wszyscy: babusia, dziadzio Stasio, mama, Renek i ja, a także Sara (tata z uśmiechem zauważył na jej widok:

– Wystarczyła moja dłuższa nieobecność, a już zamiast dwojga mam troje dzieci…

i pocałował Sarę w czoło, a ona jego w rękę), a więc siedzieliśmy przy stole w dużym pokoju i słuchaliśmy opowieści taty, i ja zapamiętałem przede wszystkim tę scenę:

na drodze ku południowej granicy tata stanowczym gestem zatrzymuje sanitarkę i pod groźbą użycia broni wyprasza z niej jakiegoś dygnitarza z rodziną, każe żołnierzom ze swojego oddziału wyrzucić z karetki na drogę ich walizy, torby i toboły, i kufry, bo tuż za rowem — i widziałem ten wskazujący ruch ręki — leżą ranni,

i wyobraziłem go sobie, nieustraszonego, z wyciągniętym pistoletem, jak grzecznie, ale dobitnie rozkazuje wysiąść pasażerom z ambulansu, choć są wśród nich kobiety i małe dzieci,

a później widziałem go, jak wzięty do sowieckiej niewoli stoi za drutami obozu przejściowego w Buczaczu, w mieście, gdzie przed laty odbywał swoją pierwszą praktykę lekarską, i jeszcze tego samego dnia stamtąd wychodzi, wyciągnięty przez swoich kolegów lekarzy, Żydów, którzy nawiązali już znajomości z władzami sowieckimi i oświadczyli strażom, że mają właśnie trudny przypadek, bo zachorował nagle jakiś pułkownik czy nawet generał, słowem: gruba ryba, i niezbędny jest trzeci lekarz do pospiesznie zwołanego konsylium, i to poskutkowało,

jeszcze tej nocy nasz tata, wymieniwszy swój wspaniały mundur i oficerki na nierzucający się w oczy strój, rusza do Lwowa, do domu teściów, i tu niespodziewanie zastaje nie tylko ich, ale też swoją żonę i synów, którzy nie zdążyli już wrócić do Warszawy,

i to podwójne zdumienie, jakże radosne, jego, że tu jesteśmy, że nas widzi, i nasze, że szczęśliwym trafem udało mu się wyrwać z rąk Sowietów, w pierwszej chwili utrudniało układanie planów na przyszłość,

nasz tata myślał, że uda się stąd do Warszawy, gdzie czekają na niego żona i synowie, a przekonał się, że jest inaczej, będzie więc musiał przedzierać się tam, nie wiedząc nawet, czy nasze warszawskie mieszkanie ocalało, czy będzie mógł w stolicy podjąć pracę i jakie mu tam może zagrażać niebezpieczeństwo, bo tu, w sowieckim teraz Lwowie, musiałby się — jako oficer wojska polskiego, jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej tysiąc dziewięćset dwudziestego roku — ukrywać,

i nagle Sara mrugnęła do mnie i wskazała wzrokiem mamę i tatę, i spojrzałem kolejno na nich, i dostrzegłem w ich oczach niecierpliwość i pragnienie, domyśliłem się więc bez trudu, że chcieliby wreszcie być sami, Sarze, Renkowi i mnie zaczynały się kleić powieki, pobiegliśmy więc do łazienki, aby się przed snem porządnie umyć, a potem, jak zwykle we trójkę, położyliśmy się na szerokim tapczanie pod piękną buczacką makatą, a mama z tatą przenieśli się do sąsiedniego pokoju, gdzie długo jeszcze paliło się światło i słychać było szmer rozmowy,

potem nagle lampa zgasła, mama przeszła przez nasz pokój do łazienki, po czym naga przebiegła z powrotem i zamknęła za sobą drzwi, a ja i Sara (bo Renek tymczasem zdążył już usnąć) mówiliśmy sobie szeptem, że leżą tam obok siebie w łóżku, że całują się i obejmują, że tulą się do siebie i kochają, i ściskają, spragnieni siebie,

i trwało to bardzo długo, i znów mama przebiegła na palcach przez nasz pokój, i słyszeliśmy plusk wody, zanim bezszelestnie przemknęła z powrotem do siebie, gdzie na sofie, na której przez długie tygodnie spała sama, teraz ktoś na nią czekał, czuły i bliski,

a kiedy nazajutrz rano weszliśmy z Sarą do łazienki, zobaczyliśmy wiszący na ścianie irygator, który podczas długiej nieobecności tatusia stał na półce w szafce, i wyjętą z szuflady pękatą gruszkę z ebonitową rurką,

i pomyślałem, że wszystko wraca w utarte koleje, że znów będziemy razem, we czworo, nie, w pięcioro, bo za nic na świecie nie chciałbym się rozstawać z Sarą,

i usiedliśmy obok siebie przy stole, Adelcia wniosła dzbanek z kawą, i mleko, i chleb, i osełkę wiejskiego masła, i konfitury z róży, i pierwszemu nalała do filiżanki tatusiowi, i uśmiechała się tylko do niego, ja zaś nie mogłem ukryć dumy: takiego taty można nam tylko zazdrościć… zresztą i mama, i Sara patrzyły na niego z podziwem, gdy śmiał się, żartował i dowcipkował, jakbyśmy nie byli w zniewolonym mieście, od niedawna stolicy Zachodniej Ukrainy.

Po naradzie

A jednak stało się zupełnie inaczej, niż przypuszczałem: przy śniadaniu dowiedzieliśmy się, że tatuś znowu nas opuszcza — uzgodnili z mamą podczas nocnej narady, że papa jeszcze dziś pojedzie do Przemyśla, odwiedzi najmłodszego brata babusi, Genka, mieszkającego wraz z żoną Pelą i synem Bolkiem, naszym rówieśnikiem, w Łętowni, wiosce położonej o kilka kilometrów od nowej granicy, przebiegającej na Sanie, i tam miejscowi pomogą mu znaleźć przewodnika, który przeprowadzi go na drugą stronę, a potem, już w Generalnym Gubernatorstwie, legitymując się swoimi przedwojennymi cywilnymi dokumentami, dotrze jakoś szczęśliwie (oby!) do Warszawy, 

i choć po śniadaniu tatuś nie chciał ani na chwilę rozstawać się z mamą, udało się go ubłagać, aby wybrał się z nami na dłuższy spacer,

i szliśmy, tata, Sara, Renek i ja, tak dobrze znanym szlakiem: skręciliśmy z Łyczakowskiej w Piaskową, minęliśmy nasz kościół parafialny pod wezwaniem Świętego Antoniego, a dalej wiodła nas Kurkowa, Spadzista i Kopcowa, i wspięliśmy się na Wysoki Zamek,

i patrzyliśmy stamtąd, z góry, na miasto, gdzie urodziliśmy się obaj, Renek i ja, gdzie tata i mama studiowali medycynę w Uniwersytecie Jana Kazimierza, na to miasto, gdzie nasza mama mieszkała wraz ze swoimi rodzicami, najpierw przy Drodze Wulczańskiej, a potem, gdy dziadzio wybudował własny dom, przy ulicy Miączyńskiego na Łyczakowie; gdzie ukończyła gimnazjum Zofii Strzałkowskiej i rozpoczęła studia medyczne i gdzie w końcu, mimo że o jej rękę, pięknej i mądrej panny z dobrego, zamożnego domu, starało się wielu kawalerów, przyjęła oświadczyny naszego taty i wyszła za niego za mąż, choć wielu twierdziło, że to małżeństwo to mezalians, bo mama była bogatą jedynaczką, a tata biednym jak przysłowiowa mysz kościelna początkującym lekarzem,

jednakże on już wtedy wiedział, czego chce, i dążył do tego, i wierzył w siebie: wkrótce — zdolny i ambitny — został sekundariuszem w jednym ze szpitali miejskich we Lwowie, później zaś — wygrawszy konkurs — naczelnym lekarzem Kasy Chorych w Czortkowie, swoim rodzinnym mieście, a wreszcie wysokim urzędnikiem Ubezpieczalni Społecznej w stolicy, z wcale przyzwoitą pensją tysiąca stu złotych miesięcznie, a miał wtedy zaledwie trzydzieści pięć lat,

i nie wiedząc, że niedługo już będzie nam dane podziwiać to piękne rodzinne miasto, chłonęliśmy jakby z lotu ptaka jego panoramę, tak jakbyśmy chcieli zapamiętać na zawsze te wieże kościelne, stłumioną czerwień dachów, te wzgórza, zieleń ogrodów i parków…

a potem powoli wracaliśmy do domu, tatuś opowiadał nam po drodze o swoim dzieciństwie, ubogim, ale wesołym w sporej gromadce rodzeństwa, o młodości, równie niedostatniej, o bolszewickiej kampanii, o chudych latach studenckich, kiedy jako kandydat medycyny musiał pracować podczas wakacji u masarza, aby zarobić na czesne,

a w domu czekał na nas obiad, odświętny, na cześć szczęśliwego powrotu taty, babusia, gospodyni doskonała, postarała się już o to, aby — choć sama tylko doglądała i doprawiała — był smaczny i obfity mimo trudnych czasów, i Adelcia, kręcąc swoim wcale ładnym kuperkiem, by przypodobać się tacie, wnosiła kolejno wazę z dymiącym rosołem z żółciutkim makaronem domowej roboty, a później półmiski z ziemniakami i z nadziewanymi kurczętami po lwowsku, i salaterki z mizerią w śmietanie, a na deser podano kompot z jabłek i domowe ciasto, wydawało się więc, że żyjemy znów w normalnych czasach,