Rzeczy martwe - Magda Parus - ebook
Opis

Czworo samotnych ludzi. Elwira żyje pośród zjaw. Życie Marleny to praca, imprezy i przygodni faceci. Adamowi ostatnio nic w życiu nie wychodzi. Stefanowi niewiele z życia pozostało. Druga osoba wydaje się być na wyciągnięcie ręki, a jednak stale się wymyka. Mijają się, w biegu, ze strachu, z braku wrażliwości. Szukają porozumienia, ale ono nie zawsze jest możliwe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 320

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Magda Parus

RZECZY MARTWE

© Magda Parus, 2016

WydanieI

Zdjęcie na okładkęMagda Parus

Czworo samotnych ludzi. Elwira żyje pośród zjaw. Życie Marleny to praca, imprezy i przygodni faceci. Adamowi ostatnio nic w życiu nie wychodzi. Stefanowi niewiele z życia pozostało. Druga osoba wydaje się być na wyciągnięcie ręki, a jednak stale się wymyka. Mijają się, w biegu, ze strachu, z braku wrażliwości. Szukają porozumienia, ale ono nie zawsze jest możliwe.

ISBN 978-83-65543-26-4

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

W lesie zdawało jej się niekiedy, że dostrzega między drzewami żółty błysk. Błysk, który mógłby być przemykającym w oddali chłopcem w żółtej kurtce. Serce biło jej szybciej, przystawała, wytężała wzrok, usiłując przeniknąć opary mgły, ale udawało jej się co najwyżej dostrzec obcą zjawę, snującą się obojętnie, ze spojrzeniem wbitym w ziemię. Oddalała się szybkim krokiem, mimo że dotąd nie zdarzyło się, by zjawy ją napastowały. Przeważnie nawet jej nie zauważały, raz czy dwa podjęły próbę kontaktu, nie zareagowała jednak, przeszła, jakby ich tam nie było.

Tchórzyła, mogłaby przecież zapytać je o chłopca. Czy go widziały. Bała się, że zaprzeczą, ale jeszcze bardziej, że potwierdzą. Tak, był niedaleko, ale jej unikał.

Wolała dać mu czas, poczekać, aż sam do niej przyjdzie.

Liście szeleściły kojąco pod jej butami, uwielbiała ten dźwięk, tak naturalny, zwyczajny, jakby nic się nie zmieniło — ot, wyszła z domu na spacer, w spokojnej okolicy, gdzie dominowały domki letniskowe i poza sezonem praktycznie nie spotykało się innych ludzi, nic więc dziwnego, że przez półtorej godziny na nikogo się nie natknęła, z nikim nie wymieniła słów powitania, nikt do niej nie zagadał. Tylko zjawy przeszkadzały jej w pełni rozkoszować się wrażeniem zwyczajności. Nie widziałaby ich, gdyby wszystko pozostało po staremu.

W domu nalała sobie wody do szklanki, wypiła łapczywie, spragniona po szybkim marszu. Ilekroć odkręcała kran, zadziwiało ją, że woda nadal płynie. Któregoś razu przestała, kilka kropel, gulgotanie z rur. Przyjęła to z rezygnacją, odtąd będzie musiała radzić sobie inaczej, jednak po godzinie czy dwóch, a może i czterech, w rurach znów zagulgotało, na próbę odkręciła kran i woda popłynęła, jakby nigdy nic. Potraktowała sytuację jako ostrzeżenie, że powinna się przygotować. Zawsze mieć w pogotowiu niewielki zapas wody, opracować plan, skąd będzie ją brała, kiedy rury wyschną.

Uda się do pobliskiego jeziora, oczywiście. A kiedy nastanie mróz i jezioro zamarznie, będzie topiła śnieg. W jednym i drugim przypadku należałoby wodę przegotować. Ograniczała gotowanie do minimum, z obawy, że gaz w podłączonej do kuchenki butli lada moment się skończy. Przerażała ją wizja wyprawy po kolejną.

Ogrzewała dom kominkiem, więc gdyby skonstruowała ruszt, mogłaby wstawiać garnek z wodą w ogień. Powinna zabrać się za to teraz, zanim kran wyschnie, tym bardziej, że wodzie z sieci też nie zaszkodziłoby przegotowanie. Ale nie umiała zmotywować się do działania. Bo może sprawy się rozstrzygną, zanim stanie przed koniecznością użycia rusztu. Czekała tylko na chłopca, obawiała się, że jeśli odejdzie, nim on ją odnajdzie, będą się szukać przez dziesięciolecia. Dlatego tkwiła w miejscu, które znał, do którego powinien odnaleźć drogę.

Aczkolwiek konstruowanie rusztu dałoby jej zajęcie na pewien czas, urozmaicając oczekiwanie. Potem mogłaby więcej gotować, co także pozwoliłoby zapełnić puste dni. Tyle że gotowanie wyłącznie dla siebie przypominałoby jej nieodmiennie, że już nigdy nikt nie zasiądzie z nią do posiłku.

Lepiej zabijać czas czytaniem. Niespiesznie brnęła przez kolejne karty, zagłębiała się w obce światy, usiłując się przejąć losami bohaterów, ich błahymi problemami. Wiedzy nie starała się gromadzić, nie miała dla kogo. Choć może popełniała błąd? Wierzyła przecież, że chłopiec w końcu do niej trafi, a wtedy jak zwykle zasypie ją tysiącem pytań o reguły funkcjonowania świata.

Na razie siedziała w fotelu, przez tarasowe okno patrząc na opary mgły, otulające pnie drzew za płotem. Tak spokojnie. Zjawy tu nie podchodziły, nie miała pojęcia, dlaczego. Cieszyła się z tego, lecz zarazem trochę się obawiała, że coś w tym domu, w jego otoczeniu, je odstrasza. Nie chciała przecież, żeby chłopiec się spłoszył, nie odważył się wejść, kiedy wreszcie odnajdzie drogę. Uspokajała się myślą, że zjawa siostry zagląda tu regularnie, twierdząc przy tym, że droga wcale nie jest trudna, że wręcz nie sposób zabłądzić.

Kot otarł się o jej nogę i bezwiednie przejechała dłonią po szarym futrze. Drapała go za uchem, aż zaczął cicho mruczeć. To kojące, że pewne zachowania żywych stworzeń pozostają przewidywalne.

— Zjadłbyś coś?

Igor wydał z siebie dźwięk pomiędzy miauknięciem a pomrukiem i, falując ogonem, z królewską gracją ruszył do miski. Tak naprawdę była to kotka, ale chłopiec uparł się przy męskim imieniu. Chciał mieć kumpla, nie koleżankę. To był jeszcze ten wiek, kiedy dziewczyny są głupie i wstyd przyznawać się do zażyłości z taką istotą, nawet gdy chodzi tylko o kota.

Podążyła za zwierzakiem, żeby nasypać mu suchej karmy do miski. Miała jej na szczęście spory zapas, prawie nic nie ubywało, wręcz jakby czas nie płynął tak szybko, jak jej się wydawało, gdyby mierzyć go liczbą przeczytanych książek. Przyglądała się chrupiącemu Igorowi. A jeśli karma nie znikała, ponieważ on także był tylko zjawą, która nie chciała jej zostawić?

Przykucnęła i dotknęła kota, czym na moment zakłóciła mu rytm jedzenia. Łypnął na nią jednym okiem, zdegustowany, nim znów podjął chrupanie. Ciepłe futro, jak najbardziej realne. Nie był zjawą — nie bardziej niż ona.

Usłyszała szum, zapowiadający przybycie siostry. To ją odróżniało od leśnych zjaw. Tamte pojawiały się bezszelestnie, w jednej chwili las był pusty, w następnej mrowiły się między drzewami, powolne i obojętne. Siostra nadciągała z hałasem, najpierw szum, potem przeróżne trzaski, włącznie z tym sygnalizującym zamknięcie drzwi wejściowych, aż po stukot, z jakim poruszała się po domu. Anonsowała się, zapewne nie chciała jej przestraszyć, bezgłośnie przenikając przez ścianę i wyrastając obok jej fotela.

Igor zastrzygł uszami, znów przerywając chrupanie, znał jednak wszystkie te odgłosy, a choć wyraźnie nie przepadał za zjawą, nie chował się przed nią.

Siostra przemieszczała się po domu, sypiąc słowami. Osiadały na parapetach, półkach z książkami, ciężkich sosnowych komodach, poduszkach wypoczynkowego kompletu, ławie przed sofą, kuchennym blacie, wbijały się między ułożone przy kominku polana, czepiały firanek. W milczeniu śledziła zjawę wzrokiem. Nie zawsze miała chęć rozmawiać, ale dla siostry nie grało to roli. Pojawiała się tak czy owak, z regularnością, która, choć niezaprzeczalna, wymykała się precyzyjnemu zdefiniowaniu. Nie odstraszały jej słowa, nie odstraszał ich brak. Było to krzepiące, lecz także irytujące, oznaczało bowiem, że jej poczynania nie mają na nic wpływu. Cokolwiek zrobi, nie przyspieszy pojawienia się chłopca.

Czy jego przybyciu także będą towarzyszyły szum, trzaski i stukot? Tego nie była pewna, oczekiwała natomiast słów, pytań. Chłopiec na pewno ją nimi zasypie, za życia był wszystkiego ciekawy, nie sądziła, by po śmierci mógł zatracić akurat tę cechę.

— A tak to wszystko w porządku? — spytała zjawa, wyrywając ją z rozmyślań. Na szczęście nie oczekiwała odpowiedzi, natychmiast udzieliła jej sobie sama: książki, fotel przy oknie, kot, identyczne dni.

Słowa niosły posmak wyrzutu, skupiły się u jej stóp, podnosząc ku niej zagniewane twarze, toteż przymknęła powieki, docisnęła palce do skroni i odegnała je od siebie, koncentrując się na melodii głosu zjawy. Gwałtownej, nerwowej. Za życia siostra taka właśnie była: porywcza, niespokojna, wiecznie o coś zagniewana, na świat w ogólności. Setki pomysłów, które nigdy nie doczekały się realizacji. Zmienność nastrojów. Raptowne zrywy, jak fale przyboju, dumne i wysokie, by wkrótce rozproszyć się z sykiem piany. Po śmierci te cechy się nasiliły, wizyty zjawy były męczące, brutalnie zakłócały rytm dnia.

Stukot na moment umilkł, ale słowa sypały się uparcie, za dużo, o wiele za dużo jak na jeden dzień. W dodatku coraz wyraźniej biła z nich irytacja. Czy zjawy czują się samotne? Może powinna z siostrą porozmawiać, odpowiadać, zadawać pytania…

Stukot rozbrzmiał ponownie, trzasnęły drzwi, zaszumiało. Zjawa odeszła, choć przypuszczalnie nie na trwałe. Wróci, zawsze wracała. Dlaczego tylko ona odnajdywała drogę tutaj?

Adam sklął w myślach sekretarkę, durna pinda zachowywała się tak, jakby to ona była właścicielką firmy. Nie pierwszy raz miał chęć ją wylać, ale powstrzymywała go wizja zamieszania, jakie by się zrobiło, zanim nowa dziewczyna wdrożyłaby się na jej miejsce. Zwłaszcza że Bożenie trzeba by od razu zabronić przychodzenia do pracy, żeby się nie odegrała.

Z trudem zdobył się na uśmiech.

— Pani Bożenko, prosiłem, żeby te dokumenty czekały dzisiaj na mnie na biurku.

— Tak, ale pan Terczyński jest na urlopie, a nikt oprócz niego nie zna sprawy, dlatego odesłano mnie na za dwa tygodnie. Położyłam panu na biurku kartkę.

— Pani Bożenko… — Chętnie by jej powiedział, że nie ma czasu na czytanie głupich kartek, nie wspominając o tym, że nie wie nawet, kto zacz ten cholerny Terczyński. Palcem wskazującym potarł nasadę nosa. — Nie zauważyłem kartki. Proszę się tym zająć najszybciej, jak się da.

Nie przewróciła oczami, choć odniósł wrażenie, że duchu pozwoliła sobie na taki gest. Aż go skręcało od widoku jej służbistego uśmieszku. Skoro taka mądra, niech założy własną firmę. Do krytykowania, kpin, przewracania oczami wszyscy są pierwsi, ale gdyby im przekazał część swojej odpowiedzialności, przekręciliby się ze stresu w kilka tygodni.

— Wychodzę — oznajmił chłodno. — Nie będę już wracał.

Nie wyjaśniał, że to spotkanie w interesach, ani myślał się przed pindą tłumaczyć. Iwona zadzwoniła z rana, jak zwykle z pretensjami, pewnie dlatego chwilowo nie mógł patrzeć na baby. Wyobrażał sobie, jak natrząsają się z niego w babskim gronie, pieprzonych kółkach wzajemnej adoracji. Obie, Bożena i Iwona.

Gratulował sobie, że nie przespał się z Bożeną, kiedy w czasie targów we Frankfurcie nadarzyła się okazja. Bożena nieco się wstawiła, akurat na tyle, żeby nabrać śmiałości, ale nie robić z siebie jeszcze pośmiewiska, kręciła tyłkiem, spoglądała spod opuszczonych rzęs, osaczała go zmysłowymi „szefie” i „panie prezesie”. Ładna, zgrabna, młoda — inaczej by jej nie zatrudnił — więc pewnie by się nie oparł, gdyby nie to, że świeżo przed wyjazdem wysłuchał żalów kumpla, którego sekretarka przekazała tajne dane firmy konkurencji, z zemsty, ponieważ nie chciał zostawić dla niej żony. Z babami w pracy lepiej się nie spoufalać, zwłaszcza że Adam nie mógł już zasłonić się obrączką jako usprawiedliwieniem, dlaczego nie chce się wiązać.

Wyszedł z firmy nabuzowany i, niestety, do lunchu mu nie minęło, nie umiał się skupić, a powinien włazić Tadkowi do dupy, bo zamierzał pożyczyć od niego pieniądze. Niemałe pieniądze. Przejściowy dołek, wykiwał go jeden idiota, a do tego, wiadomo, kryzys, spadek konsumpcji, każdy tnie wydatki.

— Pewno, pewno — powiedział, kiwając mądrze głową, choć w zasadzie nie zgadzał się z poglądami Tadka na temat niedawnego aresztowania ich wspólnego znajomego, lokalnego biznesmena. Sprawa nie obchodziła go jednak na tyle, żeby wdawać się w spór, tym bardziej z facetem, u którego planował się zapożyczyć.

— Ci na górze robią przekręt za przekrętem, na grube miliony, a szary człowiek raz źle naliczy podatek i pakują do kryminału! — zacietrzewiał się Tadek. — Niekiedy aż mnie chęć ogarnia, żeby zamknąć interes w diabły i wynieść się do jakiegoś normalnego kraju. Dwie dekady temu powinienem był tak zrobić, wtedy zapał miałem, świeżą głowę. Dzisiaj siedziałbym jak pączek w maśle.

Adam kiwał głową. Dyskretnie poluzował pasek u spodni, przesunął go na ostatnią dziurkę. Niedługo będzie musiał kupić nowy. Kolejny wydatek, nic, tylko wydatki. Za ten lunch też niemało zapłaci, zaprosił Tadka do modnej knajpy, żeby nie było.

— Coś dziś nie w sosie? — spytał Tadek.

— A nie, nic. — Machnął ręką, siląc się na uśmiech, ale nie wypadł przekonująco. — Iwona dzwoniła — rzucił, żeby Tadek nie przypisał jego złego nastroju finansom.

— Ach, baby. Powiem ci, że od początku nie wzbudzała mojego zaufania. Dzieciaków tylko szkoda. Dokąd to je wywiozła?

— Do Bydgoszczy — mruknął Adam, mimo wszystko zły o krytykę kobiety, którą swego czasu wybrał sobie na żonę. Wybrał dobrze, ale się zmieniła. Bywa. Przez moment miał chęć dać Tadkowi w szczękę, przynajmniej werbalnie, na szczęście jednak w porę przypomniał sobie o pożyczce.

— No tak, tak, fajne chłopaki. Często ich widujesz?

— W weekendy, chociaż, wiadomo, nie wszystkie. Jeździmy na męskie wyprawy, rozumiesz. — Zaczął opowiadać o tych wyprawach, dwóch jak dotąd, tu i ówdzie odrobinę koloryzując, żeby zadowolić słuchacza.

Kiedy tak mówił, zamarzyło mu się, żeby znowu zabrać gdzieś chłopaków. W najbliższy weekend nie da rady, ale na przykład w następny. Nie, wtedy będzie miał na głowie partnera z Niemiec. Facet planował przyjazd w czwartek, napomknął jednak, że zamierza zostać w Polsce kilka dni, zabawić się trochę, przypuszczalnie więc zażyczy sobie, żeby Adam dotrzymał mu towarzystwa. Czyli za trzy tygodnie, jeśli nic nie wypadnie.

Skrzywił się w duchu na wspomnienie porannego telefonu Iwony. Nastawiała dzieciaki przeciw niemu, aż się odechciewało kontaktów. Co by tata nie powiedział, z jakim pomysłem by nie wystąpił, to źle, bo matka nakładła im do głowy pierdół.

— Wiesz, w sumie to ci zazdroszczę — powiedział Tadek. — Ja z moim nastolatkiem to niekiedy… Szkoda gadać. Fajnie, że mimo wszystko wam się układa.

Adam się uśmiechnął, a ponieważ wreszcie zamówili kawę, delikatnie przeszedł do kwestii pożyczki.

Po południu pojechał do ojca, już w nieco lepszym humorze, choć obawiał się, na jak długo wystarczy mu tej rezerwy.

— Jesień, widzisz. Liście spadają. Grabię od rana do nocy, a tu raz wiatr powieje, no i popatrz, jakbym nic nie robił. A krzyże bolą, więc jakie nic?

— To nie grab, przyślę ci pracownika, kiedy uzbiera się więcej liści. — Adam zerknął przez okno na trawnik.

Trochę liści na nim leżało, ale bez przesady, osobiście nie wpadłby na to, że taką ilość trzeba zaraz grabić.

Ojciec nadal gderał, jakby nie usłyszał propozycji. Adam westchnął w duchu. Wiecznie się na to nabierał: proponował racjonalne rozwiązanie problemu, oczekując, że ojciec się ucieszy, ewentualnie uzna, że wyolbrzymił sprawę i w gruncie rzeczy nie ma o czym mówić, a tymczasem staruszek uparcie międlił swoje. Męczącym, marudnym tonem, który wybitnie działał Adamowi na nerwy.

— Kupuję nową maszynę — z werwą wszedł ojcu w słowo. — Poszerzamy asortyment, żeby zdobyć więcej zamówień w Niemczech. Znaleźliśmy tam dobrego przedstawiciela, niech no się sprzedaż rozkręci, a będę mógł przyjąć nowych ludzi. — Musiał uważać, żeby się nie wygadać, ilu ostatnio zwolnił, głównie tych z doświadczeniem, którym więcej płacił. Na ich miejsce przyjął paru młodych, tańszych, ale bilans był jednak ujemny.

— Ale to pewno droga?

— Bez inwestycji ani rusz, konkurencja nie śpi.

Sypał banałami, nie wspominając o leasingu, którego zresztą jeszcze nie dostał, ani tym bardziej o kredycie i pożyczkach, bo ojciec na starość zrobił się przewrażliwiony, wszelkie tego typu informacje kojarzyły mu się z natychmiastowym bankructwem. Nigdy nie starczyło mu odwagi, żeby zainwestować, rozkręcić coś swojego. Trzymał się ciepłej posadki, pewnej pensji, i tylko narzekał na wydatki. Tymczasem Adam może i miał przejściowe kłopoty, ale czasem musi być pod górkę, żeby potem ostro do przodu. Trzeba patrzeć w przyszłość, sięgać myślami dalej niż parę kredytów i niezapłaconych faktur.

— No tak, i synom żeby było co zostawić — zgodził się ojciec. — A co u nich? Byś im powiedział, coby zadzwonili czasem do dziadka, bo ja to nigdy nie wiem, narzucam się, przeszkadzam. Na urodziny teraz z Krzysiem rozmawiałem, przesłałem mu pieniądze, wiesz, tym internetem, co mi pokazywałeś, nawet nie wiem, czy dostał…

— Miejsce mam już gotowe pod tę nową maszynę, ale ledwo, ledwo wygospodarowałem, przydałoby się zmienić halę. No, za jakiś czas, jeśli firma dalej będzie się rozrastać. To masz rację, że chłopców, jak podrosną, trzeba będzie wdrożyć. Może przyjadą do Poznania na studia, lata tak lecą, że to właściwie już lada moment.

— Byś ich tu do mnie przywiózł kiedy na cały weekend. Ja wiem, że młodzi to teraz, gdzie żeby, ze starym siedzieć, ale internet jak już mam…

— Teraz w weekend jeden z partnerów urządza otwarcie nowego zakładu, postawią pewnie lampkę wina musującego i tyle, ale szumu narobili! No i wypada, żebym był, bo nawet jeśli impreza będzie do bani, część towarzystwa przeniesie się później do knajpy na mieście, a w takich warunkach najlepiej się załatwia interesy.

— Więc tym bardziej byś ich u mnie…

— Ten nowy zakład, to ci powiem, pic na wodę, kupili walącą się budę, chlusnęli farbą i trąbią, jak to firma im się rozwija.

— By się u mnie przespali w sobotę, rano byś po nich przyjechał, coś dobrego bym upichcił, jak to wiesz, dawniej…

— Ojciec, nawet nie wiem, czy Iwona już im czegoś nie zaplanowała. Czwartek dzisiaj, nie miałem po nich jechać, więc gdzie teraz, na ostatnią chwilę. Jakbyś jej nie znał!

— Byś zadzwonił chociaż, bo może…

Adam obiecał, że zadzwoni, choć oczywiście nie miał zamiaru, nie po dzisiejszym. Nie mogła pizda przypomnieć mu o urodzinach Krzyśka w tym samym dniu. Specjalnie poczekała, aż upłynie tyle czasu, żeby nie zdołał się zrehabilitować. I nagadała coś chłopakowi, bo nie odbierał telefonów od niego. A ojciec też nie lepszy, sam pamiętał, dzwonił, przelewał pieniądze, ale wszystko w sekrecie, dopiero teraz się pochwalił, i jaki z siebie zadowolony.

Pojechał, wymawiając się umówionym na wieczór spotkaniem. Byleby nie zapomniał jutro zadzwonić do ojca, że Iwona się nie zgodziła, inaczej znowu będzie gadanie.

Patrzył przez okno za odjeżdżającym Adamem. Chłopcy nie przyjadą, niby wiedział, a jednak się łudził, choć nie pierwszy raz wysuwał taką propozycję, nie pierwszy raz Adam obiecywał, ale nigdy nic. Może rzeczywiście Iwonka. Ale też chłopcy duzi, lepsze mają zajęcia, niż siedzieć u dziadka na wsi, gdzie poza internetem żadnych rozrywek.

— Byś pomyślała, że to się tak rozpadnie?

Spojrzał na dom po drugiej stronie gruntowej drogi, nieco po skosie. Trawnik zasłany liśćmi, żółtymi, początek jesieni dopiero. Pomoc zaproponować? Tak, krzyże bolą, lata nie te, a pani sąsiadka z kolei młoda, ale niezaradna chyba. Trochę ruchu by się zdało, inaczej człowiek się zasiedzi, zwłaszcza zimą, tylko w telewizor się wślepia, bo co innego. Do znajomych smutno, tak bez Beatki, i niezręcznie, jakby im wchodził z butami w domowe szczęście, bo u nich też latka poleciały, oj, i żeby jeno latka, a on by swoją obecnością przypominał, zwłaszcza Teresie i Sławkowi, że u nich niedługo również jeden talerz, jeden fotel i za całe towarzystwo telewizor.

— Byś pewno i nie chciała, żebym tak bez ciebie.

Samochód Adama dawno zniknął, syn pojechał polną drogą jak na zawodach, dokładnie tak, jak tu czasem różni idioci. Ale na własnego syna wyrzekać? I że też z Iwonką nie wyszło.

— Nie te czasy, szacunku do małżeństwa brak. Kto z naszych znajomych się rozwiódł, no, sama powiedz?

Westchnął i odwrócił się od okna, żeby spojrzeć na zdjęcie na fornirowanej komódce nakrytej koronkową serwetą. Ulubione zdjęcie Beatki na jej ulubionej serwecie. Nie zawsze dobrze wychodziła na zdjęciach, oj, bywało i śmiechu, choć ona to się głównie oburzała, że takich naburmuszonych min nie robi, no, bardzo rzadko, a aparat złośliwy, zawsze uchwyci nie to, co trzeba.

— A jakbym pani sąsiadce pomoc z liśćmi, to byś co?

Nieskładne zdanie, jak ostatnio coraz częściej. Nie wszystkie słowa z myśli przebijały się na język, a potem Adam patrzył zdziwiony, albo sklepowa, bo innych to właściwie nie. No, z myślami też różnie, musiał przyznać.

— Byś zadowolona nie była, wiem. Chociaż ja przecie nic do niej, nie te lata. Ja dla ciebie tylko jeszcze.

Mówił do Beatki, ale nie sądził, żeby tu była. Nie wyczuwał jej, nigdy nie odnosił wrażenia, że ktoś go obserwuje, a przede wszystkim psy nie zachowywały się, jakby cokolwiek. Zwierzęta by zwąchały, tak czy nie?

Poszedł wypuścić psy z sypialni, że też tyle zwlekał, zamyślił się, a tam niebożęta. Adam nie lubił, kiedy mu się wycierały o garnitur, i skoczyć im się zdarzyło, a co one rozumieją. Gość w dom, cieszyły się, zimą rzadko do tego okazja. Jak się cieplej robiło, to chociaż spacerowiczów miały za płotem, domków letniskowych wkoło mnóstwo. Poszczekały, radości użyły, a zimą jeno Adam raz na tydzień. W czwartki.

Włączył telewizor, który zgasił na przyjazd syna. Żywy głos zawsze co innego, szkoda zagłuszać. No i ryzyko, że zamiast rozmawiać, w ekran by się gapili, a jemu brakowało rozmów z ludźmi, bo tak to z psami i z Beatką, ale oni nie upomną, kiedy coś nieskładnie albo myśl niezrozumiała.

Adam namawiał, przenieś się ojciec do miasta, do mieszkania na parterze, albo wyżej z windą, ale czy to teraz wielka różnica, ma się ludzi za ścianą czy nie? Dzień dobry częściej się powie, ale i to nie wiadomo, czy odpowiedzą. Walduś się żalił, że młodzi pędzą, nie widzą, albo tak tylko udają, byleby nie zagadał, a przypadkiem o pomoc, Boże broń.

Jedno, że do kościoła stąd daleko. Za daleko, zresztą to zawsze bardziej Beatka. Gdyby czuł, że ona tu jest, z przyganą patrzy, głową kręci, ale skoro nie, najpewniej nie, to lepiej z psami na spacer, przynajmniej zwierzaki mają uciechę, a nie dreptać tam i sam, coby ludzie palcami wytykali, że to ten, co z psami pod lasem mieszka.

A co komu do tego?

Psy biegały po pokoju, merdając ogonami, obwąchiwały miejsca, gdzie Adam chodził, gdzie siedział. Jakby do miasta poszedł, to z psami co? Słyszał, że teraz różne przepisy, na smyczy trzeba, w kagańcu, kupy zbierać. Kupy zbierać!

Kątem oka zobaczył przez okno panią sąsiadkę, na spacer wychodziła. O liściach pomyślał, czy by nie zaproponować, ale się opamiętał, przecie krzyże. A pani sąsiadka stroniąca od ludzi, jeszcze by się przestraszyła. Jemu właściwie nie o tę pomoc, zagadać by chciał, ot co, a liście pretekst, gdyby jednak przytaknęła, z grabiami ciężka praca.

Zyzia szczeknęła, ale machnął ręką, spacer teraz nie, na długim byli, wieczorny za dwie godziny. Spojrzał na zegarek na telewizorze. No, godzinę i czterdzieści minut.

Zadzwonił telefon, drgnął zaskoczony, i od razu przestrach zmieszał się z nadzieją, bo zawsze groźba złej wiadomości, ze szpitala również zadzwonili, że po wszystkim, a tak chciał być wtedy na miejscu, ale przez cały czas nie dawał rady, no i lekarz zapewniał, że nie ma sensu, że jeszcze długo. Więc z obawą sięgał po słuchawkę, ale i z nadzieją, że na przykład któryś wnuczek, Krzyś, po tym jak przelew odkrył, bo na urodziny wysłał mu pieniądze, pierwszy raz internetem, o tym mu powiedział, że taki prezent, bo nie wiadomo, kiedy się zobaczą, nie mówił natomiast, ile.

Ale to tylko dzwonili zaproponować mu zakup kołdry.

Marlena znała co najmniej pięć lepszych sposobów spędzenia sobotniego wieczoru niż kieliszek „szampana” na otwarcie nowego zakładu, ale gdy z przekąsem wygłosiła tę uwagę w pracy, Jadźka spojrzała na nią zdziwiona.

— No coś ty, też bym tak chciała. Najesz się za darmo, spotykasz ciekawych ludzi.

Jadźka co najwyżej gadała przez telefon z babkami z księgowości klienta, krótko i oficjalnie, o bliższych relacjach nie było mowy. Czasu wolnego chyba też nie umiała sobie zorganizować, skoro zazdrościła Marlenie ustawicznych wyjść na służbowe spędy. Marlena chętnie zaproponowałaby, że odstąpi koleżance ten zaszczyt, ale szef by się wściekł. Na takich spotkaniach pogłębia się znajomości, wydobywa z podpitych kontrahentów cenne informacje, no i reprezentuje własną firmę, a do tego Jadźka się nie nadawała.

W takich chwilach pytała samą siebie, po co tu nadal pracuje. Dochody z kamienicy po rodzicach wystarczyłyby jej na życie, choćby postanowiła w ogóle rzucić robotę. A już na pewno nie biedowałaby w trakcie poszukiwania nowej pracy — gdyż w gruncie rzeczy powątpiewała, czy wytrzymałaby długo w domu. Miesiąc, dwa, żeby odsapnąć, i z powrotem między ludzi.

Do kolejnej firemki, której właściciel cierpi na przerost ego. Niekiedy czuła się jak niewolnica. Dlaczego dorosły człowiek musi prosić o pozwolenie, żeby załatwić coś na mieście? Dlaczego musi tłuc się do lekarza i kisić w poczekalni z innymi chorymi, ponieważ bez zwolnienia nie wolno mu położyć się na kilka dni do łóżka?

Wiedziała, jak na takie wyrzekania zareagowałaby Kaśka. A kto ci, dziewczyno, broni założyć własną firmę? Bądź sama sobie szefową, przed nikim nie będziesz się musiała usprawiedliwiać. Łatwo powiedzieć. Marlena jakoś nie wyobrażała sobie, że zdołałaby zwlec się z łóżka o przyzwoitej porze, gdyby nie wisiał nad nią bat w postaci jasno definiującej tę kwestię umowy o pracę.

Tak czy owak, ubierała się wściekła. Na imprezie będzie ze dwóch lub trzech facetów, z którymi zdarzyło jej się przespać, nie dało się wykluczyć, że każdy jeden spróbuje przystawiać się do Marleny w nadziei na powtórkę. Nieodmiennie przyrzekała sobie, że pozostawi seks w sferze prywatnej, ale potem, z wściekłości, że siedzi na durnym służbowym spędzie, zamiast robić coś, na co by miała ochotę, wychylała o jednego drinka za dużo i puszczały jej hamulce.

Obiecała sobie, że tego wieczoru będzie inaczej. Poflirtuje z kilkoma kontrahentami i kooperantami na gruncie czysto zawodowym, a kiedy tylko stanie się to możliwe, wymknie się po angielsku.

Wzięła taksówkę, na koszt firmy, więc czemu by nie, choć w podświadomości tłukła się myśl, że gdyby istotnie planowała dotrzymać danej sobie obietnicy, pojechałaby własnym samochodem.

Owszem, wyrwała się z imprezy w miarę szybko, tyle że w towarzystwie. Z drugiej strony, widziała człowieka pierwszy raz w życiu i, na ile zrozumiała, ich współpraca na gruncie zawodowym wydawała się mało realna, nie bardziej, niż gdyby poderwała go w pubie. Dokąd zresztą się przenieśli, więc w zasadzie wyszło na to samo.

Skończyli u niej, czego nie lubiła. Niestety, jej jednonocne przygody przeważnie były żonate lub przynajmniej związane z kimś na poważnie, toteż wyprawa do nich nie wchodziła w grę. W zamian prędko się ewakuowali, tak by ich późny powrót w domowe pielesze mieścił się w granicach zwykłego zasiedzenia się w knajpie.

Pechowo, jej aktualny podryw nigdzie się nie spieszył, zasnął i nic nie sugerowało, by zamierzał czmychnąć przed świtem. Zastanawiała się, czy go budzić, na wypadek gdyby w alkoholowym zamroczeniu zapomniał, że bardzo mu się spieszy do domu, nim jednak podjęła decyzję, zasnęła.

— Która godzina? — spytał rozespany, kiedy rankiem Marlena próbowała niepostrzeżenie wymknąć się z łóżka.

— Nie wiem, nie jestem zegarynką — burknęła.

Z samego rana, na kacu, przed pierwszą wizytą w łazience i kontrolnym spojrzeniem w lustro, na pewno nie miała nastroju na pogaduszki z palantem, któremu nie wystarczyło przyzwoitości, żeby, skoro już u niej zaległ, poczekać z pytaniami do czasu, aż gospodyni doprowadzi się do porządku.

Kiedy wyszła z łazienki, znów we w miarę ludzkiej postaci, przekonała się, że jej podryw również zdążył się ubrać. Niestety, na tym koniec. Siedział na rozbebeszonym łóżku, czekając Bóg raczy wiedzieć na co.

— Żona nie wypatruje z utęsknieniem twojego powrotu?

Marlena chciała odzyskać własne mieszkanie, zwinąć się pod kocem na kanapie, obejrzeć niewymagający intelektualnie film, podrzemać, no, krótko mówiąc, jakoś przepękać do wieczora.

— Rozwiodłem się.

Żałowała, że nie spytała wcześniej. Pojechaliby do niego, wyszłaby, o której by jej się spodobało.

— Dawno? — spytała, rozważając sposoby na szybkie i bezbolesne spławienie typa.

Wystarczył jej zwykły kac, nie potrzebowała na dokładkę moralnego, a facet przekazał informację o rozwodzie tak żałośnie, że poczułaby się podle, gdyby po prostu kazała mu się wynosić. Była za miękka. Bez trudu inicjowała zbliżenie, ale kiedy gość się do niej przylepiał, przestawała sobie radzić. Na szczęście zwykle sami czym prędzej wiali, z obawy, że to ona do nich przylgnie.

— No tak — mruknęła, bo odpowiedział jej coś na ostatnie pytanie i wyraźnie oczekiwał reakcji. — Obawiam się, że nie mam w lodówce nic do jedzenia.

— Jest tu w pobliżu sklep?

I tym sposobem został na śniadanie. Chyba trafił się masochista, Marlenie wydawało się bowiem, że zachowywała się dostatecznie nieprzyjemnie, by przepędzić w diabły każdego przeciętnego faceta.

Głośno rozważał, gdzie mógł zostawić samochód. Na otwarcie zakładu przyjechał swoim wypasionym SUV-em, zabrał nim Marlenę na Stary Rynek, gdzie wypili znacznie więcej, toteż nie zdecydował się ponownie wsiąść za kółko. Do niej przyjechali taksówką. Marlena słuchała go, popijając kefir. Pamiętała, która to była uliczka, ale nie próbowała go naprowadzać, gdyż musieliby wtedy poszukać innego tematu do rozmowy. Zresztą, bawił ją swoim zagubieniem.

Kiedy wreszcie ustalił, gdzie stoi samochód — o pomyłce przekona się na miejscu — zaczął jej opowiadać o synach, jak to eks utrudnia mu z nimi kontakt. Typowa gadka o dobrym, pokrzywdzonym tatuśku, w zamyśle służąca podbiciu kobiecego serca. Nie w Marleny przypadku. Zgasiła go szybko, niedługo potem w końcu sobie poszedł. Nie zostawił jej numeru telefonu, nie poprosił o namiary. Biorąc pod uwagę, z jakim talentem lokalizował własny samochód, miała podstawy liczyć, że nie odnajdzie jej mieszkania, choćby raptem zaczęło mu na tym szalenie zależeć.

Dzień wstał wietrzny, liście dębów przyozdabiały ażur siatki ogrodzeniowej. Stała przy oknie tarasowym, patrząc na to ulotne dzieło sztuki. Igor otarł się o jej nogi i miauknął prosząco, ale nie otworzyła mu drzwi. Nigdy nie otwierała. Tylko on jej został, nie odważyłaby się zaryzykować, że na dworze coś go dopadnie. Lis. Zdziczały pies, zagubiony, szukający pożywienia. Niekiedy widywała w okolicy psy, przeważnie wędrujące samotnie, co właściwie ją dziwiło, spodziewałaby się bowiem, że pozbawione opiekunów zwierzęta będą rozpaczliwie walczyć o przetrwanie, łącząc się w groźne watahy. Czyżby nie zdołały się wydostać z zamkniętych mieszkań, uwolnić z kojców, zerwać z łańcuchów? Jakkolwiek było, na razie nie zaobserwowała, żeby psy stwarzały zagrożenie. Dla niej, Igor to zupełnie inna bajka.

Na szczęście kot nie upierał się przy swoim ani nie odgrywał na niej za to uwięzienie. Zdawał się akceptować, że po prostu się o niego troszczy, pragnie zapewnić mu bezpieczeństwo, ponieważ nie wyobraża sobie poniesienia kolejnej straty. Niemniej tęsknie śledził wzrokiem taneczne obroty frunących ponad zaniedbanym trawnikiem liści, w marzeniach zapewne łapiąc je, jeden za drugim, wyłącznie po to, by dowieść swej sprawności, nim puści je z powrotem na wiatr.

Lubiła spacery w wietrzne dni, gdy gniewny szum drzew i stukot uderzających o siebie gałęzi zagłuszały wszelkie inne odgłosy. Albo raczej ich brak. W takie dni mogła udawać, że gdzieś tam latają samoloty, jeżdżą samochody, pokrzykują ludzie, ktoś używa piły spalinowej, karetka odzywa się zawodzącym sygnałem, a ona nic z tego nie słyszy, ponieważ uszy ma pełne muzyki wiatru. W takie dni zjawy nie poruszały się bezszelestnie, to byli zwykli ludzie, grzybiarze, a odgłosy ich kroków ginęły we wszechobecnym szumie.

Delektowała się wietrznym spacerem, coraz głębiej zapadając w iluzję, gdy raptem znów dostrzegła żółty błysk. Gwałtownie wezbrała w niej nadzieja, tego dnia sprawy toczyły się tak idealnie, że objawienie się chłopca doskonale by się wpisało w tę kolej rzeczy. Gdy jednak przystanęła, by lepiej się przyjrzeć, zobaczyła pooraną zmarszczkami twarz zjawy, wykrzywioną w nienawistnym grymasie. Po raz pierwszy poczuła się zagrożona, zapragnęła uciec, pędem, nie oglądając się za siebie. Zapanowała nad tym impulsem. Kto wie, czy zjawy na to właśnie nie czekały. Gdyby pobiegła, puściłyby się w pościg, jak sfora psów. Odeszła zwykłym tempem.

Najrozsądniej byłoby zrezygnować ze spacerów, ale nie umiała podjąć takiej decyzji. Tak niewiele pozostało jej rozrywek, że jeśli odmówiłaby sobie wychodzenia z domu, zabrakłoby jej sił na to, by dalej czekać.

Zjawa zaledwie na nią spojrzała, to nie musiało niczego oznaczać. Przypadek. A jeśli nawet w otoczeniu, wśród zjaw, zachodziły zmiany, nie równało się to stwierdzeniu, że ją zaatakują.

Przestraszyła się spojrzenia tamtej zjawy, przywykła bowiem do tego, że ją ignorują. Strach szybko minął. Usiłowała wzbudzić w sobie obawę przed potencjalnym atakiem, ale nie potrafiła opędzić się od myśli, że w ten sposób rozwiązałyby się jej problemy. Czekała na chłopca, tak, wyjaśniła sobie, że to najbardziej sensowne postępowanie, i aktualnie, gdy tyle już zainwestowała w oczekiwanie, nie umiała się zdobyć na nic innego. Gdyby dopadły ją zjawy, nie byłby to jej wybór. Owszem, dalsze chodzenie do lasu ten i ów określiłby nieostrożnością, podejmowaniem nieusprawiedliwionego ryzyka, jaką jednak miała gwarancję, że zjawy tak czy owak w końcu jej nie odkryją? Choćby odtąd tkwiła w zamknięciu, nie znaczyłoby to, że nic jej nie zagrozi. Skąd w ogóle myśl, że drzwi i ściany zdołałyby je zatrzymać? Wychodząc, poddając zjawy dyskretnej obserwacji, przynajmniej zdąży się przygotować, odnotuje moment, kiedy zagrożenie stanie się realne.

Liście wirowały jej wokół nóg, kiedy szła w stronę domu, niby już spokojna, a mimo to stęskniona za jego ciepłym bezpieczeństwem. Na drodze w oddali spostrzegła psa, zagrożenie potencjalnie o wiele większe niż zjawy, z którymi stykała się prawie że codziennie, aż do dziś kompletnie przez nie ignorowana. Skręciła w odbijającą od drogi wąską ścieżkę, na powrót zagłębiając się w las, sypiący na nią liśćmi i suchymi sosnowymi igłami, które w domu będzie mozolnie wyplatała z włosów.

— Igor! — zawołała po powrocie, bez skutku.

Kot nigdy nie wychodził jej na powitanie. Cokolwiek robił w danej chwili: spał, jadł, obserwował taniec liści za oknem, czytelnie dawał do zrozumienia, że jej powrót jest zbyt błahym zdarzeniem, by oderwać go od tej czynności.

Dlatego się nie zaniepokoiła. Z początku, kiedy omiotła wzrokiem połączony z kuchnią duży pokój i skonstatowała, że Igora nie ma nigdzie w zasięgu wzroku. Gdy wszakże obeszła cały dom i nadal nie natknęła się na kota, strach zdradziecko ścisnął jej płuca, zamieszał w głowie, aż musiała oprzeć się o ościeżnicę drzwi do sypialni, żeby nie upaść. Zjawy tu dotarły, zabrały Igora. Sam Igor był zjawą i dziś postanowił ją opuścić.

Jej wzrok padł na złożony koc na łóżku. Podeszła, zajrzała pod niego. Zwinięty w kłębek Igor nawet nie otworzył oczu, zastrzygł tylko uszami, na znak, że zakłóca mu się sen. Na powrót wygładziła koc. Patrząc z zewnątrz, trudno było się domyślić, że we wgłębieniu w kapie i pościeli ukrył się kot. Nietknięta powłoka rzeczywistości. Gdyby opadła na koc całym ciężarem, zdusiłaby Igora, pogruchotała mu kości. Zginąłby, nim by się zorientowała, co się stało, nim zdołałaby się podnieść.

Przez moment korciło ją, żeby tak postąpić. Szukała kota, nie znalazła, usiadła ciężko na łóżku, chcąc się zastanowić. Zduszony koci jęk i zostałaby sama, sama pośród zjaw. To, czego bała się najbardziej, stałoby się faktem, straciłaby Igora, a wówczas nie zostałoby już nic, co napełniałoby ją strachem. Cóż za ulga. Wolność. Nie przerażałaby jej dłużej wizja całkowitej samotności. Ani też Igora porzuconego w zamkniętym domu, powoli umierającego z głodu i pragnienia, podczas gdy zaledwie cienka okienna szyba dzieliła go od świata obfitującego w myszy i wodę.

Ale nie usiadła na kocu, oczywiście. Nie zdołałaby się przekonać, że to był przypadek — nigdy nie była dobra w oszukiwaniu samej siebie. Nalała sobie wody z kranu, jak co dzień zadziwiona, że ciągle może to zrobić.

Psy nie chciały go dziś słuchać, wołał, a one jakby same na spacer wyszły. Pomyślał, że to także wina starości. Niektórym wiek przydaje autorytetu, ale nie w jego przypadku, on tracił autorytet z każdym dniem. Syn nie potrzebował jego rad, córka dzwoniła ze Stanów głównie z obowiązku, regularnie, jakby sobie w kalendarzu zaznaczała zadania na dany dzień. Opowiadała o mężu i dzieciach, jego wnukach, które znał jedynie ze zdjęć, pytała, co u niego, ledwie jednak podejmował próbę wyjaśnienia jej, jak teraz wygląda jego życie, oznajmiała, że musi uciekać. Musiała uciekać. Cóż, przynajmniej dzwoniła.

Bolało, ale rozumiał, młodzi mają swoje sprawy. Natomiast gdy psy nie reagowały na jego wołanie, to go przybiło, poczuł się nic niewart. One jedne nie okazywały mu dotąd lekceważenia, nie dawały do zrozumienia, że jego czas się kończy.

Mówił sobie, że zwęszyły sarnę lub lisa, że zdarzają się takie dni w roku, kiedy zwierzakom jakby na mózg padło, a potem wszystko wraca do normy. Jutro zawoła i przyjdą.

— Nie zrobicie mi tego? — spytał, kiedy wrócili na posesję.

Zamerdały ogonami w oczekiwaniu na nagrodę.

— Nie. Niedobre psy. Nic nie dostaniecie.

Udawały, że nie rozumieją, ogony pracowały, inteligentne ślepia wlepiały się w niego natarczywie. W końcu Zyzi się znudziło, pogoniła za niesionym przez wiatr liściem.

Omiótł wzrokiem ogród. Nawiało liści, oj, i to sporo, z brzóz i dębów, ktoś by powiedział, że od początku jesieni niegrabione, tak trawnik zasłany. Ale dziś wiatr za porywisty, unicestwiałby jego pracę, podkreślając bezsilność, w każdym aspekcie życia.

Ryk samochodowego silnika, spojrzał z nadzieją, rozpoznawszy zdezelowanego czerwonego volkswagena listonosza, na razie pojazd stanął przy płocie pani sąsiadki, ale kto wie, czy za moment nie tu do niego. Listonosz zatrąbił, nie wysiadając, raz, drugi, po dłuższej chwili znowu. Pani sąsiadka nie miała dzwonka, no tak, choć do tej pory nie słyszał, by listonosz tak pod jej płotem. Ale pewno nie wiózł jeszcze dla niej przesyłek wymagających podpisu.

Drzwi się nie otworzyły, mimo że o tej porze pani sąsiadka powinna być w domu. Niepokój go ogarnął, bo choć pani sąsiadka znacznie od niego młodsza, nie dało się wykluczyć, że leży tam z zawałem. Albo złamaną nogą.

Czerwony volkswagen podjechał pod jego dom, więc zaraz odezwała się nadzieja, uwielbiał dostawać listy.

— ZPO dla sąsiadki — powiedział listonosz, wysiadając, ale tylko na tyle, żeby głowę wystawić ponad dach samochodu. — Nie wie pan, czy dawno jej nie ma? Bo w skrzynce są niewybrane przesyłki.

Pokręcił głową. Widział panią sąsiadkę zaledwie wczoraj, na spacerze, ukłonił się z daleka, ale go nie zauważyła, chyba się wystraszyła Burita, poszła inną drogą. Ale co będzie tłumaczył, pani sąsiadka pewno żadnych papierków za potwierdzeniem nie życzy odbierać, to i chowa się w domu, a nie zawał czy złamana noga. I zaraz pomyślał, że nadarzył się dobry powód, coby zagadać, listów pani sąsiadka nie wybrała. Sam codziennie sprawdzał skrzynkę, w razie jakby listonosz przyjechał, akurat kiedy on z psami. Czasem trafił się list, a jakże, albo kartka życzeniami, to na święta, Ewa z Zabrza pisała, Beatki koleżanka jeszcze, jakoś serca nie miał, żeby powiadomić, więc zawsze do nich obojga adresowała. Ale częściej tylko rachunek. Reklamowych gazetek na to odludzie nie przynosili, nie warto.

Listonosz odjechał, nim zdążył zamienić z nim trzy zdania o pogodzie, choć tak skorzystać, skoro korespondencji nie było. A do pani sąsiadki nie zajdzie, nie zagada, bo przecie dzwonka nie miała, a furtka pewno na klucz zamknięta. Na tym odludziu nawet on się zamykał, mimo że mężczyzna, i psy dwa duże. Latem wypatrywałby przez okno, poczekałby, aż pani sąsiadka do ogrodu, sam by wyszedł, rozmowę zagaił. Odwagi by starczyło? Coraz trudniej mu przychodziło zaczepiać obcych, wyczuwał ich niechęć, zatrzymywał ich w biegu, odrywał od ważnych spraw, mimo że nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

Wszedł do domu, w chłód, bo ciągle się nie zdobył, żeby zapalić w piecu. Niby piec na groszek, łatwy w obsłudze, ale to schodzenie do kotłowni, raz na parę dni jednak trzeba, a schody strome, niewygodne. Adam radził zbiornik na gaz wstawić do ogrodu, ale jakie to nieestetyczne, no i miejsca by zajęło. Do tego koszty, bo choć Adam i Iza deklarowali, że się dołożą, jak przed laty do pieca na groszek, to przecie i tak marnowanie pieniędzy — ileż on jeszcze pożyje, jak długo mu nowy piec posłuży?

— Sama żeś mówiła, że gaz to fanaberia — powiedział gderliwie, jakby Beatka namawiała go do zmiany zdania, mimo że ona już na ten groszek się krzywiła wtedy. — Fanaberia i pieniądze w błoto. Wygodnictwo, do nowości pęd, nakręcany przez producentów. Najnowszy piec, ekocudo, takie-śmakie przełączniki, funkcje nie do opanowania, a za dwa lata powiedzą, że środowisko zatruwasz.

Uśmiechnął się, zadowolony z przemowy, tak stanowczej, pełnej werwy i składnej. Pogwizdując, poszedł wstawić wodę na herbatę. Na gaz, z butli przy kuchence, bo elektryczne czajniki prądu biorą, że głowa boli. A gdyby tak na herbatę panią sąsiadkę?

— Byś się zeźliła, że obce baby do domu sprowadzam — stwierdził z filuternym uśmieszkiem.

Oj, Beatka by się gniewała, zazdrosna była zawsze o niego, aż miło, że skarb taki, to pilnować trzeba. Raz czy dwa zdało mu się tego za dużo, palnął coś niepotrzebnie, no i się pokłócili, przykra sprawa, bo tak poza tym mieli bardzo udane pożycie.

Beatka by się gniewała za życia, gdyby pod jej nieobecność obce kobiety zapraszał, do jej domu, w jej filiżankach herbatą gościł. Ale czy teraz nadal? Zostawiła go przecie, nieładnie tak odejść, a nowych kontaktów zabraniać. No a Beatka jednak zawsze była sprawiedliwa.

Tylko że herbata z panią sąsiadką na pewno okazałaby się katastrofą. Plótłby trzy po trzy, pani sąsiadka jak na szpilkach. Niektóre pomysły lepiej zostawić niezrealizowane, dzięki temu zachowują swój urok.

Woda się zagotowała, zalał herbatę. Włączył telewizor, wiadomości, bo kiedy patrzył, jak źle się dzieje na świecie, od razu doceniał swój spokojny kąt, ciszę i wierne psy. O ich nieposłuszeństwie na niedawnym spacerze powoli udawało mu się zapomnieć.

Dzień zaczął się fatalnie, a potem było tylko gorzej. Adam jeszcze nie dojechał do firmy, kiedy ta pinda, Bożena, zadzwoniła z informacją, że niedawno przyjęty na produkcję chłopak wsadził łapę w maszynę. Dwa paluchy idiocie zmiażdżyło, co samo w sobie aż tak by nie martwiło Adama, tyle że nie był pewien, czy w papierach wszystko się zgadza. Młody podpisał, że odbył szkolenie BHP? A jeśli nawet podpisał, ale zezna, że go nie przeszkolono, czy nie zrobi się z tego większa afera? Tak to jest, kiedy trzeba zatrudniać niedorostków, bo fachowcom nie ma z czego płacić.

W zdenerwowaniu za późno wdepnął hamulec i wpakował się w tył kretynki, która zatrzymała się przed przejściem dla pieszych, chociaż baba z wózkiem miała do pasów nadal dobry metr. Nie walnął mocno, jego SUV wyszedł ze zdarzenia bez szwanku, ale debilka jechała małym gównem, cały tył zmiażdżony. Do tego nie zgodziła się wziąć pięciu setek, a potem nawet tysiąca, ciągle biadoląc, durna histeryczka, że to auto teściowej i naprawa musi iść z ubezpieczenia.

Stracił na idiotkę czterdzieści minut, a w firmie ta pinda, Bożena, wyraźnie mu nie uwierzyła. Zrobiła minę, że tak, tak, oczywiście, panie prezesie, bardzo współczuję, ale wiem przecież, że pana prezesa najzwyczajniej w świecie zbudziłam moim telefonem.

Na produkcji przestój, maszyna siadła, przypuszczalnie dlatego, że debil, który ją zatrzymywał, za gwałtownie coś powciskał. Sprawdzeni serwisanci, jak się okazało, byli akurat u klienta na drugim końcu miasta, na dłuższej robocie, a niesprawdzonych nie chciał brać, bo już kiedyś przerabiał popis niekompetencji. No więc obsuwa z produkcją, przy napiętych terminach, a z kolei za to, co zafakturowane, od trzech dużych kontrahentów ciągle nie wpływały pieniądze, choć jeden był prawie sześć miesięcy po terminie, a pozostali niewiele lepsi.

— Do skutku niech pan dzwoni się upominać! — wydarł się na Radka z handlowego, chociaż wiedział, że nie powinien, bo chłopak raz już się odgrażał, że zmieni pracę, a sprzedawać umiał jak mało kto.

Kiedy zaś pod koniec dnia Adam wylał kawę na kupiony niedawno garnitur, to aż się nim zagotowało, zwłaszcza że jajka sobie poparzył. Szedł do Bożeny, żeby coś z tym zrobiła, ale pomyślał, że przy dzisiejszym pechu zostałby pewnie źle odebrany. Dlatego minął jej biurko bez słowa, a ta też nic, tylko spojrzeniem go śledziła, idiotka.

Jako wisienkę na torcie odebrał telefon od doradcy leasingowego, że jego wniosek w sprawie nowej maszyny został odrzucony.

— Cztery maszyny u was brałem w leasingu! — wrzeszczał do mikrofonu. — Od siedmiu lat daję wam zarobić, a wy mi taki numer?!

— Proszę mi wierzyć, mnie także bardzo zależało, ale analityk…

— Mnie nie obchodzi pański pierdolony analityk! Dograłem zakup, wszystko, kurwa, gotowe, a pan mnie pod ścianą stawia?!

Odrobinę go poniosło, fakt, ale też naprawdę zostawił u skurczybyków tyle pieniędzy, że mieliby trochę przyzwoitości. No i, cóż, poczuł się minimalnie lepiej, kiedy sobie pokrzyczał.

W drodze powrotnej do domu pod wpływem impulsu skręcił tam, gdzie mieszkała ta dziewczyna… Marzena? Względnie nowe osiedle na obrzeżach przedwojennej dzielnicy, gdzie stare kamienice straszyły śladami po seriach z karabinów maszynowych.

Chwilę krążył, nim udało mu się je znaleźć. Zaparkował, wysiadł, rozejrzał się. Na pewno tutaj? Przyjechali w nocy, co więcej, był wtedy wstawiony, niemniej rano wychodził do sklepu, czekał chwilę na taksówkę, miał czas odnotować szczegóły. No dobrze, czyli tutaj czy nie tutaj?

Postanowił najpierw odnaleźć sklepik, w którym robił zakupy. Kasia, Dorotka, Basia, jakaś taka mało oryginalna nazwa. O, Zuzia. Zuzia? Front wyglądał znajomo, ale osiedlowe sklepiki wszystkie są do siebie podobne. Adam założył, że to ten właściwy, odtworzył drogę do klatki. Mniej więcej. Na pewno na prawo od sklepu, ale pierwsze, drugie czy trzecie drzwi? Znów — niczym się nie różniły, a im intensywniej próbował sobie przypomnieć tamten niedzielny poranek, tym bardziej czuł się skołowany. Numeru mieszkania też nie pamiętał, nawet wtedy, tak że gdyby akurat ktoś nie wychodził, ugrzęzłby pod blokiem Marzeny z siatami zakupów.

Do licha, na co mu to w ogóle? Tamtego ranka dziewczyna nie była szczególnie miła, wręcz jasno dawała do zrozumienia, że chce się go pozbyć. Nie wspomniała, żeby zadzwonił, cholera, nie dała mu nawet swojego numeru. Przeważnie kobiety się napraszały, zadzwoń, kiedy będziesz w okolicy, odezwij się czasem, moglibyśmy to powtórzyć. Niekiedy, owszem, korzystał. Miał więc w czym wybierać, zamiast sterczeć pod oknem dziewczyny, która przypuszczalnie nie chciała go więcej oglądać. Ale właśnie to czyniło ją atrakcyjną. Iwona była miła, ujęła go swoim ciepłem, wtedy, przed laty, przez co obecnie odrzucało go od miłych kobiet.

Mimo to uganianie się za jakąś tam Marzeną wyłącznie dlatego, że potraktowała go mało uprzejmie, raptem wydało mu się głupie. I śmieszne. Popatrzył na wymoczkowatego chłopaka, może studenta pierwszego roku, który spacerował nieco dalej z samotną różą w ręku. Żałosne. Adam wrócił do samochodu. Ale z jakiegoś niezrozumiałego dla siebie powodu nie odjeżdżał.

Po