Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 231 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rzecz o sowach - Leigh Calvez

Sowy od dawien dawna rozbudzają ludzką wyobraźnię. Uważne spojrzenie wielkich oczu przyglądających się wszystkiemu zawzięcie sprawia, że fantazjujemy na temat legendarnej mądrości tych ptaków, a ich złowrogie pohukiwanie, bezszelestny lot i drapieżność przyczyniają się do postrzegania ich jako symbolu tajemnych mocy.

"Rzecz o sowach" to:

  • Zapis fascynujących wypraw, podczas których autorka tropi i poznaje 11 gatunków sów.
  • Dostarczające wielu wrażeń wprowadzenie do świata tajemniczych ptaków.
  • Emocjonująca przygoda, jaką jest odkrywanie świata natury.

Opinie o ebooku Rzecz o sowach - Leigh Calvez

Fragment ebooka Rzecz o sowach - Leigh Calvez

Tytuł ‌oryginału: ‌The Hidden Lives of ‌Owls

Przekład: ‌Michał Radziszewski

Projekt okładki: ‌&visual/www.andvisual.pl

Redaktor ‌prowadzący: Bożena ‌Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia ‌Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: ‌Robert ‌Fritzkowski

Korekta: ‌Bogusława Jędrasik ‌(correct)

Źródła ‌ilustracji ‌wykorzystanych na okładce ‌i ‌wyklejkach:

Ornithological miscellany V. 1, ‌London: Trübner and ‌Co., Bernard Quaritch, R.H. ‌Porter, 1876–1878;

Curtis’s botanical ‌magazine, London; New York ‌[etc.]: Academic ‌Press ‌[etc.];

Histoire naturelle ‌des oiseaux ‌d’Afrique. A Paris: ‌Chez J.J. Fuchs, ‌libraire..., 7, 1799–1808.

Copyright ‌© ‌2016 by ‌Leigh ‌Calvez

© for the ‌Polish edition by ‌MUZA SA, Warszawa 2018

Wszelkie ‌prawa ‌zastrzeżone.

Żadna część ‌niniejszej ‌publikacji nie ‌może być ‌reprodukowana, ‌przechowywana jako źródło ‌danych i ‌przekazywana ‌w ‌jakiejkolwiek formie zapisu bez ‌pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN ‌978-83-287-0860-0

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa ‌2018

Dla mamy ‌i taty

Porównanie ‌sów ‌pod względem ‌wielkości

a. Puszczyk ‌mszarny:długość 57–67 cm; rozpiętość skrzydeł ‌137–153 cm

b. Sowa śnieżna:długość ‌52–71 cm; rozpiętość ‌skrzydeł 126–145 cm

c. Puchacz ‌wirginijski:długość 46–63 cm; ‌rozpiętość skrzydeł 101–145 cm

d. Puszczyk ‌kreskowany:długość 43–50 cm; rozpiętość skrzydeł 99–110 cm

e. Puszczyk plamisty:długość 47–48 cm; rozpiętość skrzydeł 101 cm

f. Uszatka (zwyczajna):długość 35–40 cm; rozpiętość skrzydeł 90–100 cm

g. Uszatka błotna:długość 34–43 cm; rozpiętość skrzydeł 85–103 cm

h. Pójdźka ziemna:długość 19–25 cm;rozpiętość skrzydeł 55 cm

i. Włochatka mała:długość 18–21 cm; rozpiętość skrzydeł 42–48 cm

j. Sóweczka dwuplamista:długość 16–18 cm; rozpiętość skrzydeł 38 cm

k. Sosnolub:długość 15–17 cm;rozpiętość skrzydeł 41 cm

Wstęp

Wychodzisz z lasu w niknącym świetle zapadającego wieczoru. Zaskakuje cię nagły ruch, gdy obok bezszelestnie przelatuje duży ptak. Serce wali ci w piersi, nie ze strachu, lecz z emocji, że widzisz dziką sowę. Idziesz, stąpając ostrożnie, mając nadzieję ujrzeć mądrego ptaka tuż przed sobą na gałęzi wystającej nad ścieżkę. Ku twojemu zaskoczeniu sowa siedzi spokojnie, cicho, patrząc z zaciekawieniem. Najpierw zauważasz jej okrągłą twarz i zakrzywiony, sowi dziób, skrzydła złożone wzdłuż tułowia i długie czarne szpony obejmujące gałąź, na której siedzi. Patrzy na ciebie z góry wielkimi żółtymi oczami. Czując się trochę nieswojo z powodu jej głębokiego, przenikliwego spojrzenia, zastanawiasz się, co wie. Siadasz na kamieniu pokrytym zielonym mchem i igłami z rosnącej obok jodły, żeby patrzeć i czekać, jakby na lekcję. Tak zaczyna się fascynacja sowami.

„Nasze związki z sowami sięgają tysięcy lat wstecz”, powiedział mi David H. Johnson, dyrektor Global Owl Project (GLOW). Przez dwanaście lat studiował temat sów w mitach i kulturach na całym świecie i dokonał wielu ciekawych odkryć.

W północno-środkowej Australii znajduje się jedyne w swoim rodzaju skalne wypiętrzenie wychodzące w kierunku interioru. Tamtejsze plemię Wardaman wierzy, że jego stwórca, sowa Gordol, jest także pierwszym stwórcą świata. W południowo-zachodniej Australii plemię Nyungar strzeże skały o wyglądzie stojącej sowy, Boyay Gogomat, świętego i potężnego stwórcy, uzdrowiciela i niszczyciela. W Europie ludy zbieracko-łowieckie epoki kamienia wyryły uszatkę zwyczajną w jaskini Chauveta, w której znajdują się drugie na liście najstarszych malowidła naskalne we Francji, liczące około 32400 lat. Długi związek sowy z grecką boginią mądrości Ateną dał początek naukowej nazwie pójdźki ziemnej, Athene cunicularia. Lud Ajnów z północno-wschodniej Japonii przez stulecia czcił puchacza japońskiego, najcięższą sowę na świecie, ważącą aż cztery i pół kilograma, jako „Cesarza Nocy” lub jako „boga, który chroni wieś”. Majowie nosili amulety z sowami – ptaki umieszczane były do góry nogami, tak aby opiekuńczy sowi duch mógł patrzeć na osobę, którą ochraniał. W Kazachstanie istnieje pasmo górskie, dokąd udają się tylko szamanki, aby połączyć się z duchem sowy. Skandynawscy Lapończycy wierzą, że sowy są zwiastunem szczęścia. Nawahowie, będący rdzennymi Amerykanami, wierzą, że sowa i kojot są odpowiedzialne za utrzymanie równowagi pomiędzy dniem i nocą.

Wierzenia, opinie i przesądy na temat sów znacznie się różnią w zależności od kręgu kulturowego – jeszcze do dziś. W Republice Południowej Afryki sowy są kojarzone z czarną magią i pechem; nazwanie tam kogoś „sową” stanowi największą zniewagę. W jamajskiej tradycji ludowej sowa przelatująca obok domu jest zwiastunem śmierci. W Mongolii za to sowy są uważane za potężne duchy, które z dala trzymają nieszczęścia; pióra sów przywiązuje się dla ochrony do dziecięcych łóżeczek, a na popularnym festiwalu sowy, odbywającym się co roku, kobiety w sowich pióropuszach tańczą, by osiągnąć witalność, dobrobyt i bogactwo. W Turcji kelnerka powiedziała Davidowi Johnsonowi, że jeśli sowa zahuczy dwa razy w pobliżu ciężarnej kobiety, to ta urodzi chłopca, a jeśli trzy razy, to dziewczynkę, dodając, że „przecież wszyscy to wiedzą”. A kiedy David zabrał grupę czternasto- i piętnastoletnich członków plemienia Umatilla, aby zobaczyli pójdźki ziemne, które badał na składowisku broni chemicznej Umatilla Chemical Depot w północno-wschodnim Oregonie, na początku dzieci nawet nie spojrzały na ptaki. U wielu plemion amerykańskich Indian tylko plemienny szaman może mieć styczność z potężną sową. Niektórzy ludzie wierzą nawet, że istnieje jakiś związek pomiędzy sowami a istotami pozaziemskimi. Mike Clellang, pisarz i artysta, który pisze o sowach i mitologii, uważa, że istnieje synchroniczny związek pomiędzy obserwacjami sów i UFO. Co takiego w sowach czyni je dla nas tak tajemniczymi i fascynującymi?

Od ponad sześćdziesięciu siedmiu milionów lat sowy włóczą się po świecie, latając, polując i odchowując swoje potomstwo w ciemnościach. Jako jednostka taksonomiczna, rząd sów Strigiformes oddzielił się od gałęzi ewolucyjnej szponiastych i ewoluował nie tylko, by przetrwać, ale także by rozwijać się na naszej planecie niemal w każdym środowisku, od najdalszych regionów polarnych po wysoko położone prerie i od wnętrza puszcz po farmy i tereny związane z ludzką cywilizacją. Sowy dzielą się na dwie rodziny: Tytonidae, płomykówkowate, najstarsze gatunki sów o sercowatej szlarze, i Strigidae, puszczykowate, o okrągłej szlarze.

Aby zająć nocną niszę, ta charyzmatyczna megafauna ptasiego świata wykształciła kilka wyjątkowych cech wspólnych dla wszystkich sów, które pomagają wieść życie po zmroku. Te same cechy sprawiają, że sowy różnią się od innych ptaków i czynią je jednymi z najbardziej atrakcyjnych gatunków ptaków dla nas, ludzi.

W ciągu tysiącleci u sów wykształciły się cylindryczne oczy, które są nieruchome i skierowane do przodu, co spowodowało, że u tych ptaków rozwinęła się zdolność obracania głowy o 270 stopni. Sowie oczy mają więcej pręcików pozwalających na widzenie czarno-białe niż czopków umożliwiających widzenie kolorów, co sprawia, że sowy widzą w ciemności. Ich duże okrągłe żółte oczy, z ciemnymi źrenicami, wystarczająco szerokimi, aby wpuścić najmniejszą ilość światła w ciemności, są jedną z pierwszych cech, które u nich zauważamy. W świecie ludzkim duże oczy z szerokimi źrenicami stanowią pewną atrakcję zarówno u obserwującego, jak i obserwowanego. Badania pokazują, że źrenice u ludzi rozszerzają się w obecności kogoś, kto im się podoba. Oczy modelek reklamujących produkty są powiększane na zdjęciach, aby te produkty wydawały się bardziej atrakcyjne. Czyżby zatem Natura tak nas przygotowała biologicznie, dając sowom duże oczy, by sowy nas pociągały?

Twarz sowy to kolejna, dalece wyspecjalizowana cecha, która jest dla nas wyjątkowo urokliwa. Pióra na twarzy sowy układają się w miseczkę podobną do anteny satelitarnej, zdolną kierować dźwięk do sowich uszu, które są rozmieszczone po bokach głowy asymetrycznie, jedno wyżej od drugiego. To przystosowanie umożliwia sowom precyzyjną lokalizację ofiary w trzech wymiarach, pozwalając na szybki, sprawny atak. Pisklęta sów, które na uroczych filmach w Internecie często kiwają i kręcą głową, w rzeczywistości uczą się korzystać ze zmysłu słuchu. Ludzki mózg jest tak zaprogramowany, aby rozpoznawać twarze. Dopatrujemy się twarzy we wszystkim, począwszy od plamy oleju, po maskę samochodu. Być może w twarzy sowy rozpoznajemy nas samych?

Kolejna wspólna cecha sów, zygodaktyliczne szpony – dwa palce u nóg skierowane do przodu, jeden do tyłu i czwarty, który może ustawiać się w każdą stronę – umożliwiają silne chwytanie i ściskanie zdobyczy. Dzięki szponom przypominającym przeciwstawne kciuki sowy stały się sprawnymi, wytrzymałymi i skutecznymi zwierzętami – tymi cechami wzbudzają często podziw w nas, ludziach.

Ukradkowy, cichy lot, zawdzięczają sowy lotkom pierwszorzędowym, które wykształciły ząbkowane, podobne do grzebienia struktury wzdłuż zewnętrznego brzegu skrzydła i miękkiemu puszkowi wzdłuż ich górnej strony, aby rozbić głośne turbulencje powietrza. Bezszelestny lot sowy był badany zarówno przez przemysł lotniczy, jak i armię Stanów Zjednoczonych. Ta zdolność do bezszelestnego lotu jest przystosowaniem od dawna docenianym i podziwianym przez ludzi.

Wszystkie te specyficzne przystosowania powodują, że te ptaki niezwykle fascynują.

Sowy wkradły się w moje życie i nieoczekiwanie stały się mile widzianymi gośćmi. Zaczęłam zauważać je w niezwykłych miejscach. Pojawiały się wszędzie, począwszy od mojej strony na Facebooku, gdzie nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na takiego ptaka, po przedmioty codziennego użytku, takie jak kubki, ręczniki kuchenne i świeczniki, a także w tekście, który pisałam o domu mojego sąsiada, zbudowanym w sposób przyjazny dla środowiska. Nauczyłam się zwracać uwagę na małe wskazówki podsuwane przez życie. Zdecydowałam się więc poznać bliżej te ptaki, o których wiedziałam bardzo niewiele. Zaczęłam uczęszczać niedaleko mojego domu na wykłady o sowach, prowadzone w Bainbridge Island Parks and Recreation Department [Departamencie Parków i Rekreacji Bainbridge Island] i dowiedziałam się o dwóch gatunkach, o których nigdy nie słyszałam: włochatce małej i sosnolubie. Rozmawiałam ze znanym ptasiarzem George’em Gerdtsem, i byłam zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że w stanach Waszyngton i Oregon występują pójdźki ziemne. Zaczęłam czytać o sowach, zbierać informacje o ich cechach z opisów poszczególnych gatunków. Sprawy w moim przypadku zaszły jednak dużo dalej. Jako ciekawski przyrodnik i osoba pisząca o przyrodzie chciałam się dowiedzieć o sowach więcej, niż mogłam nauczyć się z drugiej ręki. Chciałam spotykać sowy w ich naturalnym środowisku, usłyszeć ich głosy i zobaczyć, jak żyją własnym, sowim życiem.

Przez ponad rok zagłębiałam się w studiowanie sów. Pracowałam z biologami, by móc obserwować i badać jedenaście z piętnastu gatunków sów występujących na Wybrzeżu Północno-Zachodnim, chodząc po lasach i polach zamieszkiwanych przez sowy i gromadząc, jako osoba wtajemniczona, wiedzę o biologii i zachowaniach sów. I obserwowałam ich zwyczaje, patrząc im w oczy, próbując poznać sowiego ducha. Co oznacza bycie sową? Co sowy wiedzą? Czego możemy się od nich nauczyć, skoro żyją na Ziemi od milionów lat? Oto opowieść o mojej podróży do sowiego świata.

Sąsiedzi

WŁOCHATKI MAŁE

Drobna włochatka mała wpatruje się jasnożółtymi oczami w ciemny las. Siedzi na gałęzi blisko pnia wonnego żywotnika olbrzymiego, patrząc przed siebie. Wokół jej oczu rozchodzą się promieniście, niczym drzewa powalone przez wichurę, cienkie białe pióra upstrzone różnymi odcieniami brązu, nadając kształt szlarze na sowiej twarzy. Białe pióra układają się w kształt litery V, ciągnącej się od dzioba do brwi pomiędzy skierowanymi na wprost oczami. Jej czarny dziób nie sterczy z twarzy jak u orła czy rybołowa, lecz jest zagięty w dół pod kątem prostym, w sposób charakterystyczny dla sów. Głowę zdobią brązowe, biało plamkowane pióra, podczas gdy białe plamy na brązowych skrzydłach układają się w paski. Spód tułowia jest biały, rdzawo kreskowany, a silne szpony, okryte płowokremowymi piórami, wyglądają jak kocie łapki.

Wiele cech tej maleńkiej sowy zaskakuje. Szlara – nietypowy i niespotykany u innych ptaków sposób upierzenia głowy sów – pełni użyteczną funkcję; to jakby ruchoma czasza radaru, sterowanego maleńkimi mięśniami sowiej twarzy, który wychwytuje najdrobniejsze dźwięki ofiar szeleszczących pośród detrytusu na dnie lasu. Uszy, które wyglądają jak mięsożerne rośliny muchołówki przykryte brązowymi piórami, są rozmieszczone asymetrycznie po bokach głowy, przy czym prawe znajduje się wyżej niż lewe – co jest powszechne u wielu gatunków sów – w celu zbierania dźwięków skupianych przez szlarę. Ponieważ włochatka mała jest gatunkiem nocnym, polującym w ciągu najciemniejszych godzin nocy (nie wszystkie sowy prowadzą nocny tryb życia), jej asymetryczne uszy pozwalają określić z maksymalną dokładnością położenie ofiary w pionie i poziomie, umożliwiając szybki, skuteczny atak z góry.

Jej niewielkie rozmiary, około osiemnastu do dwudziestu jeden centymetrów od czubka głowy do końca ogona, maskują siłę. Ta mała sowa, ważąca mniej niż rulon jednocentówek [150 gramów], w miarę dostępności chwyta i zjada myszaki, ryjówkowate, okazjonalnie małe nadrzewne ptaki i ulubione przez nią nornice amerykańskie. Kiedy zlokalizuje potencjalny posiłek, czasami cięższy od niej samej, spada na niego bezgłośnie z gałęzi i rozczapierzonymi szponami chwyta ofiarę. Potem mocnym dziobem rozrywa pokarm na duże kawałki lub połyka go w całości. Tak czy owak – jak wszystkie sowy – zjada go, zaczynając od głowy – ze względu na białko zawarte w mózgu. Niestrawne fragmenty, takie jak szkielet, zęby i sierść, zatrzymują się w żołądku i następnie formują się z nich wypluwki, które są zwracane mniej więcej po sześciu godzinach. Mawia się, że mądrość sów bierze się z ich zdolności do rozpoznawania tego, co przydatne i pozbywania się reszty.

Przeniósłszy się na zimę z gór na mniejszą wysokość, pewnej nocy samica włochatki małej przelatuje przez las wysokich daglezji zielonych, żywotników olbrzymich i klonów wielkolistnych na południowych obrzeżach Bainbridge Island, na zachód od Seattle, w stanie Waszyngton. Nagle słyszy głos terytorialny samca własnego gatunku. Odbiera jego uporczywy gwizd: tuuu, tuuu, tuuu, tuuu, tuuu jako propozycję. Uznając gwizd za atrakcyjny, wiedząc, że najprawdopodobniej oznacza to, że samiec dopiero co schwytał nornika, leci w kierunku dźwięku. Odwiedzi dziuplę, której on strzeże, by to sprawdzić. Przemyka przez otwartą przestrzeń pośród drzew, by usiąść na gałęzi wysokiej jodły.

Stojąc poniżej na drodze, słyszeliśmy kolejną sowę odzywającą się w oddali: Who cooks for you. Who cooks the food? – wołała pytająco.

– Puszczyk kreskowany – wyszeptał nasz przewodnik, Jamie Acker, przerywając na krótko swoje gwizdanie, aby zwrócić uwagę na charakterystyczny głos „kreskowanego”. Po czym zaczął ponownie naśladować jednostajny, szybki, jednosylabowy głos samca włochatki małej nawołującego potencjalną partnerkę: tuu, tuu, tuu, tuu, tuu…

Staliśmy na środku drogi, wpatrując się w bezkresne niebo z mgłą unoszącą się nisko nad czubkami daglezji zielonych. Wszystko ucichło, z wyjątkiem odległego jęku klaksonu wczesnoporannego promu pasażerskiego kursującego po wodach Puget Sound. Staraliśmy się stać w bezruchu, na tyle, na ile było to możliwe. Jakikolwiek manewr spowodowałby szelest naszych ubrań zagłuszający ciche odgłosy sowy. Każdy głośniejszy oddech mógłby wzbudzić nieznaczny ruch gałęzi. Wszyscy patrzyliśmy na wschód, w tym samym kierunku co Jamie, nasłuchując i obserwując, pięciu mężczyzn i ja. Byli to ptasiarze ze stowarzyszenia Washington Ornithological Society (WOS), którzy przypłynęli na Bainbridge Island, gdzie mieszkałam przez siedemnaście lat, promem o 2.00 w nocy, żeby szukać sów. Swoją pasję nazywali „sowiarstwem”.

Nagle ciemna sylwetka ze skrzydłami odznaczającymi się na tle przyćmionego, zamglonego białego nieba śmignęła przez lukę w drzewach z jednej strony drogi na drugą. Wszyscy obróciliśmy się w miejscu jednym szybkim ruchem, podążając wzrokiem za małą sową. Wylądowała bezgłośnie na dużej jodle. Używając latarki, Jamie szybko przeszukał gałęzie drzew najbliżej pni, gdzie lubią przesiadywać włochatki małe, a potem zaczął znów wydawać szybkie odgłosy. Stałam, wpatrując się w drzewa, odtwarzając krótką scenę w mojej pamięci. To działo się tak szybko, że gdybym nie patrzyła w tę lukę w tym właśnie momencie, tobym to przegapiła.

Przywykłam do szybkich obserwacji. Podeszłam do sów w podobny sposób jak do wielorybów. Wyszkolona zarówno jako naukowiec, jak i przyrodnik, do wyszukiwania wszelkich anomalii na ogromnym oceanie, które dawały szansę zobaczenia wieloryba, rozglądałam się za fontannami wody, skupiskami łódek z obserwatorami waleni i cielskami długopłetwców oceanicznych (humbaków) na Hawajach, płetwali błękitnych u wybrzeża Santa Barbara, pływaczy szarych (wali szarych) włóczących się u wybrzeża Pacyfiku, kaszalotów spermacetowych u wybrzeży Azorów i orek pływających w wodach Puget Sound koło mojego domu. To moje pragnienie, by pomóc uczynić wody współczesnego świata bezpieczniejszymi dla wielorybów, które zaczęłam poznawać i uwielbiać, doprowadziło mnie do zajęcia się pisaniem o przyrodzie. Pisarstwo przyrodnicze z kolei zainspirowało mnie do odkrywania i pisania o innych zwierzętach i miejscach, takich jak niedźwiedzie „duchy” [osobniki niedźwiedzia czarnego z podgatunku Ursus americanus kermodei, które mają białe futro, przyp. tłum.] i niedźwiedzie brunatne w lesie deszczowym Great Bear Rainforest na zachodnim wybrzeżu Kolumbii Brytyjskiej; tygrysy bengalskie w Indiach; niedźwiedzie polarne w Churchill w prowincji Manitoba w Kanadzie; i kojoty preriowe na Bainbridge Island. Po tym, jak spędziłam trochę czasu, poznając stopniowo niektóre z płetwiastych i czworonożnych stworzeń, odkrywanie świata skrzydlatych sów wydawało się naturalnie kolejnym krokiem.

Teraz stałam na środku drogi, szukając w mroku maleńkiej włochatki na zimowym stanowisku tego gatunku na Wybrzeżu Północno-Zachodnim. Jamie Acker świecił latarką po drzewach, a ja podążałam wzrokiem za światłem, mając nadzieję na ujrzenie ptaka po raz kolejny, ale niczego nie zobaczyłam. Podejrzewałam, że sowa ukrywała się, rozczarowana propozycją ze strony fałszywego samca, za którym przeleciała przez drogę, aby ją zbadać. Nasza siódemka wróciła do samochodów, zadowolona z krótkiej obserwacji i pełna nadziei na dalszą część sowiej przygody.

Wcześniej tej samej nocy czekałam na parkingu na faceta uchodzącego być może za najlepszego sowiarza w stanie; znajomy polecił mi, abym się z nim skontaktowała. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nigdy wcześniej nie robiłam czegoś takiego. Siedziałam w samochodzie, było zimno, ale nie czekałam zbyt długo. Szary subaru forester zatrzymał się obok mnie.

– Czy ty jesteś Jamie? – zapytałam, żeby się upewnić, zanim wspięłam się do jego samochodu.

– Nie ma tu nikogo oprócz mnie – usłyszałam w odpowiedzi.

Jamiemu Ackerowi nie była obca samotna jazda samochodem po Bainbridge Island nocą. Prawdę mówiąc, na naszej spokojnej wyspie ten emerytowany oficer marynarki wojennej, który przekwalifikował się na nauczyciela fizyki w szkole średniej, w nocy jest jedynym kierowcą na drodze. Zakupił indywidualną tablicę rejestracyjną z napisem „sowiarz” [owler], żeby zasygnalizować policji i zaniepokojonym sąsiadom, że sowy są jedyną rzeczą, której szuka. Po latach służby na pokładzie łodzi podwodnej Jamie mógł do woli zwracać oczy ku niebu i rozbudzać swoje zamiłowanie do ptaków, które zaczęło się w przedszkolu. W 1994 roku jego znajomy ptasiarz, George Gerdts, zabrał go po raz pierwszy na Bainbridge Island, aby mógł obserwować sowy. To właśnie pierwsza obserwacja maleńkiej włochatki małej sprawiła, że pasja Jamiego przerodziła się w hobby.

Od tamtego momentu poświęca cały swój wolny czas badaniu sów.

– Jako inżynier jestem pełen podziwu dla ich przystosowań, które pozwalają im robić to, co robią – powiedział Jamie, tłumacząc swoją fascynację nimi. – Począwszy od specjalnych piór, które kierują dźwięki do ich uszu, poprzez oczy, które widzą o wiele lepiej w słabym świetle niż nasze, po zewnętrzne lotki pierwszorzędowe, które rozdzielają strumień powietrza na małe turbulencje, aby zmniejszyć hałas. Nawet ich szpony są rozstawione w taki sposób, aby zapewnić maksimum skuteczności podczas ataku.

Stosując się do standardów obrączkowania ptaków określonych przez US Geological Survey (USGS) [Służba Geologiczna Stanów Zjednoczonych], Jamie Acker nauczył się, jak oznaczać gatunek, wiek i płeć sów, które obrączkował, i rejestrować liczbę ptaków, które schwytał, czas, który temu poświęcił, i zakres kontroli, jakiej poddał ptaki. Opracował projekt badań, określając cele swoich działań w najdrobniejszych szczegółach. Następnie ten społecznik-naukowiec wysłał całą tę dokumentację wraz z podaniem, aby uzyskać licencję na obrączkowanie ptaków z USGS zgodnie z Migratory Bird Treaty Act [Traktat o ptakach wędrownych], na mocy którego większość sów podlega ochronie. Zaczął badać sowy w wolnym czasie, który ze względu na obowiązki rodzinne i karierę nauczycielską przypadał w środku nocy. Poprzez ostrożne chwytanie i obrączkowanie sów zebrał ważne dane o populacjach, rozmieszczeniu i wielkości terytorium sów na Bainbridge Island wraz z informacjami o mało zrozumiałym przebiegu wędrówek włochatek małych. Spędził niezliczone godziny na chodzeniu po lasach ciemną nocą, nawoływaniu i nasłuchiwaniu odpowiedzi sów.

Dotarliśmy do Island Wood, znanego centrum edukacji ekologicznej, gdzie Jamie często chwyta i obrączkuje sowy, mniej więcej kwadrans po godzinie 2.00. Planowaliśmy tej nocy szukać czterech gatunków sów, w tym włochatek małych, które odmieniły życie Jamiego. Czułam dreszczyk emocji. W wyobraźni podskakiwałam, klaszcząc jak mała dziewczynka, która dostała nowy rower. Na zewnątrz starałam się zachować spokój.

Po tym, jak zaparkowaliśmy, usłyszeliśmy sowę wołającą: Who cooks for you. Who cooks the food?

– To Gus – powiedział Jamie. – Ma jedenaście lat.

– Skąd wiesz, że ma jedenaście lat? – zapytałam, przyjmując bez wątpienia, że ta sowa to Gus, lecz sądząc, że Jamie poznał jego wiek po czymś dziwacznym w jego głosie, który nawet ja potrafiłam rozpoznać jako głos puszczyka kreskowanego (Strix varia).

– Zaobrączkowałem go jedenaście lat temu – wyjaśnił Jamie.

Jamie odpowiedział Gusowi, naśladując głos sowy ustami: Who cooks for you. Who cooks the food? Gus jednak nie przyleciał, jak spodziewał się tego Jamie.

– Phi, musi być zajęty – powiedział bezrefleksyjnie, po tym, jak otworzył bagażnik swojego subaru, odsłaniając plątaninę sprzętu, w tym składane krzesła i stolik, latarki czołowe, plastikową szafkę na kółkach, sieci ornitologiczne, liny, małą klatkę z żywą myszą, odtwarzacz MP3 z głośnikami i inne przydatne drobiazgi. – Gus nie cierpi sieci – dodał Jamie, tłumacząc rezerwę, jaką utrzymywał Gus.

Dowiedziałam się później, że przez lata Jamie nawiązał szczególną więź z Gusem, który dotrzymywał mu towarzystwa podczas długich godzin spędzonych na obrączkowaniu sów. Nauczył Gusa częstowania się myszami w zamian za niezjadanie włochatek małych… Zwykle Gus przylatywał na dźwięk samochodu Jamiego, lecz tej nocy było inaczej. Po raz pierwszy w ciągu jedenastu lat Gus nie przyleciał.

Około tygodnia później spotkałam Jamiego podczas pogadanki popularyzującej temat sów, którą prowadzi z George’em Gerdtsem co roku dla Bainbridge Island Parks and Recreation Department [Wydziału Parków i Rekreacji Bainbridge Island].

– Znalazłem obrączkę i pióra Gusa kilka dni po twojej wizycie – powiedział mi Jamie, wyraźnie wstrząśnięty. – Musiał złapać go kojot, kiedy zleciał na ziemię, żeby się napić. – Jamie wyglądał tak, jakby stracił najlepszego przyjaciela, a ja mu współczułam. Zdawałam sobie sprawę z wyjątkowej więzi, jaka może powstać między człowiekiem a dzikim stworzeniem. Bez współpracy ze strony Gusa każda włochatka mała, którą Jamie schwytał w celu zaobrączkowania, mogła być w niebezpieczeństwie – była to bezlitosna prawda, z którą Jamie musiał zmierzyć się w kolejnych latach, gdy samiec puszczyka kreskowanego, który zastąpił Gusa na jego terytorium, zabił włochatkę małą w sieci.

Tamtej nocy Jamie kontynuował jednak prace, tak jakby Gus wciąż tam był. Wyplątał kilka linek z przywiezionego sprzętu i wyciągnął trzy sieci ornitologiczne, złożone porządnie i zabezpieczone, aby łatwo było je rozłożyć. Wręczył mi część ekwipunku i poszliśmy ciemnym szlakiem oświetlanym tylko naszymi latarkami czołowymi, aby znaleźć dwuipółmetrowe tyczki, leżące obok ścieżki, do tych trzech długich sieci. Jamie owinął końce każdej z sieci o rozmiarach 1,2 na 4,6 metra wokół końca tyczki, potem wbił zaostrzone końce dwóch tyczek w ziemię, tak aby sieć stała pionowo. Kiedy zsunął dolną część sieci w dół tyczki na właściwą pozycję, sieć, w którą miały łapać się sowy, dała się łatwo rozłożyć. To samo zrobił z drugim końcem sieci, podczas gdy ja stałam i patrzyłam, nie wiedząc, jak najlepiej pomóc.

Gdy wszystkie trzy sieci były rozstawione, włączył odtwarzacz MP3 i puścił głośny, monotonny głos terytorialny samca włochatki małej, aby zwabić pobliskie osobniki. Samica szukająca partnera miała łapać się w sieć, lecąc do wołającego samca. Samce zaś – jeśli reagowały na wyzwanie ze strony fałszywego samca. W ciągu następnych czterdziestu pięciu minut mieliśmy się przekonać, czy którakolwiek z tych małych sów słuchała odtwarzanego głosu.

Samiec włochatki małej używa głosu tylko do wyznaczania terytorium i zasygnalizowania miejsca przebywania każdej wolnej samicy w zasięgu słuchu. Gdy znajdzie dziuplę odpowiednią do złożenia jaj przez partnerkę – około dwóch tygodni przed rozpoczęciem poszukiwań partnerki w danym sezonie – lata wokół swojego terytorium z miejsca na miejsce, wydając stanowcze tuuu, tuuu, tuuu, z częstotliwością 160 tuuów na minutę, które słychać z odległości nawet półtora kilometra. Kiedy poczuje się pewnie w wytyczonych granicach, znajduje gałąź blisko dziupli, by reklamować się przed samicami w wolniejszym, spokojniejszym tempie 112 tuuów na minutę. Kiedy przylatuje do niego samica, zasadniczo zgadzając się na spotkanie z nim, on wlatuje do dziupli, aby zaprezentować swój dom. Wtedy przechodzi na delikatniejsze, lecz szybsze 260 tuuów na minutę, jakby miał powiedzieć: Follow me, follow me [Za mną]. Jeśli on przypadnie jej do gustu, ona obejrzy dziuplę, którą wybrał. Jeśli on się jej nie spodoba, odrzuci jego ofertę i odleci, a on będzie wołał za nią swoim stanowczym głosem 160 tuuów na minutę.

Włochatka mała jest tylko jednym z wielu gatunków sów, którym David Johnson z Global Owl Project (GLOW) [Globalny Projekt Ochrony Sów] zajmował się przez ponad trzydzieści lat jako ornitolog. Podobnie jak Jamie Acker, spędził wiele nocy na liczeniu odgłosów wydawanych przez odzywające się włochatki małe. Pewnej nocy w Minnesocie, przy temperaturze minus 9°C i 38 centymetrach śniegu, siedział zawinięty w kombinezon do jazdy skuterem śnieżnym na dwudziestotrzylitrowym wiadrze z poduszką służącymi za siedzenie. Gdy otoczyła go mała wataha czterech wilków tak blisko, że mógł poczuć ich zapach mokrego psa, liczył odgłosy wydawane przez pewnego samca włochatki małej.

Od trzydziestu minut po zachodzie słońca do trzydziestu minut przed świtem David obserwował, w świetle księżyca, jak samice jedna po drugiej przylatywały, aby zobaczyć nawołującego samca. Słuchał uważnie, jak samiec zmieniał głos – przechodził na miększe, szybsze tony, słyszalne w promieniu tylko trzydziestu metrów. Był zdumiony, kiedy pięć samic, jedna po drugiej, odmówiło mu. Zaciekawiony, dlaczego samiec był wielokrotnie odrzucany, wspiął się na topolę osikową do dziupli dzięcioła smugoszyjego, której bronił samiec włochatki małej. Odkrył, że wewnątrz znajdował się plaster miodu częściowo blokujący wejście. Samice nie mogły wejść ani wyjść.

– Niektóre samce, najatrakcyjniejsze, zajmujące najlepsze miejsca do gniazdowania, znajdują partnerki wcześniej i przestają nawoływać – wytłumaczył mi później David. – W przypadku tego samca to było wszystko, co miał. Odzywał się, dopóki nie ochrypł.

Wróciliśmy do samochodu, przy którym rozstawił włochatkową stację obrączkowania. Jamie wyjął z bagażnika składany stolik i krzesła i ustawił cały sprzęt na stole – folder wypełniony stronami statystyk dotyczącymi poszczególnych sów, długopis, elektroniczną suwmiarkę, wagę kuchenną, niebieski woreczek i pustą puszkę po mrożonym soku pomarańczowym z obtartymi krawędziami od używania latami. Próbowałam sobie wyobrazić, do czego służyła ta puszka po soku.

– Muszę spotkać się z innymi przy bramie. Chcesz iść ze mną czy wolisz zostać? – zapytał. Tymi „innymi” było pięciu mężczyzn z WOS mających dołączyć do nas podczas sowiarskiej wycieczki tego wieczoru.

– Zaczekam tu – powiedziałam, trochę zaskoczona własną odpowiedzią. Bałam się ciemnego lasu, odkąd przypadkiem zobaczyłam przed laty zwiastun filmu Blair Witch Project. Przez cały tydzień byłam podenerwowana, wiedząc, że podczas obserwowania sów będę przebywać w ciemności całymi godzinami. Byłam jednak zdeterminowana, aby się nie skompromitować. Teraz, kiedy siedziałam w lesie w prowizorycznej stacji terenowej, czekając samotnie, mając do towarzystwa jedynie światło latarki czołowej, nie bałam się, słuchając nagrania głosu samca włochatki małej. Poczułam jednak ulgę, gdy usłyszałam głosy ludzi i odwróciwszy się, zobaczyłam idących w moją stronę nocnych kompanów sowiarzy.

Przedstawiliśmy się sobie i uścisnęliśmy ręce. Byli to: Bill – fotograf, John – inżynier, który zajmował się biologią dla przyjemności, i trzech innych sowiarzy z WOS: Randy, Matt i Ken. Wiedziałam, że za dnia nie byłabym w stanie rozpoznać żadnego z tych mężczyzn. Spotkanie ich po ciemku wytworzyło kłopotliwą sytuację z żywiołowymi bezimiennymi głosami mówiącymi do słuchacza niewiedzącego, kto co powiedział. Z wyjątkiem mnie. Za każdym razem kiedy otworzyłam usta, za każdym razem kiedy zadałam głupie pytanie, każdy wiedział, kto mówi. Dobre było to, że oni również nie byliby w stanie rozpoznać mnie w innych okolicznościach.

Kiedy upłynęło wystarczająco dużo czasu, aby włochatki małe mogły zbadać nagrany głos, poszliśmy ścieżką gęsiego, by sprawdzić sieci. Nasłuchiwałam uważnie, gdy schodziliśmy w dół szlakiem, ale nie słyszałam niczego poza nagraniem. Kiedy w polu widzenia pojawiła się pierwsza sieć, zamarłam na myśl, że moja pierwsza sowa może być tak blisko. Równie szybko rozczarowałam się, gdy zobaczyłam, że sieć jest pusta. Ale, oczywiście, była jeszcze inna sieć, a moje serce przyśpieszyło, kiedy schylaliśmy się koło tyczki, aby sprawdzić drugą siatkę. Ta też była pusta. Czy dane było nam złapać jakąkolwiek sowę? Czy ktokolwiek słuchał naszego nawoływania w ciemności? Wciąż miałam nadzieję.

Do trzeciej sieci szłam przedostatnia. Podążałam tuż za mężczyznami, którzy po dotarciu na miejsce zatrzymali się, by utworzyć półokrąg. Aby mieć lepszy widok, przeszłam na drugi koniec. Tam zobaczyłam maleńką bezradną sowę wiszącą do góry nogami, jak nietoperz, zamotaną w cienką sieć. Przez chwilę zaparło mi dech w piersiach.

– Ta naprawdę zrobiła sobie krzywdę – powiedział Jamie, wyplątując ostrożnie sowę, tak żeby nie postrzępić jej piór. Jamie trzymał sowę w jednej ręce, a ta kłapała dziobem, próbując demonstrować siłę większą od jej możliwości w tamtej chwili. Odetchnęłam, a potem uśmiechnęłam się na widok zaciekłości tej małej sowy. Zobaczyłam jej twarz i szeroko otwarte jasnożółte oczy, wpatrujące się we mnie. Wcześniej nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że istnieje tak mała sowa. W tamtej chwili, patrząc w te duże żółte oczy, poczułam więź z tym stworzeniem.

Gdy szliśmy z powrotem w stronę miejsca obrączkowania, chciałam zachować naukową perspektywę, ale przegrywałam zmagania z własnym sercem.

– Jest taka fajna! – wyszeptał męski głos obok mnie. Uśmiechnęłam się, z ust ornitologa padły słowa, które odzwierciedlały moje odczucia. Obróciłam się, żeby zobaczyć, kto to powiedział, ale w ciemnościach nie mogłam tego stwierdzić.

Angielska nazwa włochatki małej – Saw-whet Owl – pochodzi od jej zgrzytliwego głosu, przywołującego na myśl ostrzenie piły [ang. saw – piła, whet – ostrzyć] pilnikiem. Nazwa ta, podejrzewam, miała większe znaczenie dla osadników w Nowym Świecie, którzy nadali ją jako pierwsi, niż ma dla współczesnych czytelników. Ta mała sowa, którą schwytaliśmy, była jednak cicho w drodze do punktu obrączkowania. Jamie niósł ją ostrożnie, ale pewnie w lewej ręce, przytrzymując lekko jej nogi małym i serdecznym palcem. Mając kciuk na ramionach sowy, obejmował dłonią jej prawe skrzydło, podczas gdy palcami ubezpieczał lewe. Najpierw odczytał numery z maleńkiej obrączki sowy, zaciśniętej wokół jej nogi, o średnicy mniejszej niż sześć milimetrów, grubości trzech pięciocentówek, ułożonych jedna na drugiej.

– Jeden-zero-jeden-cztery kreska cztery-pięć-trzy-pięćdziesiąt osiem – powiedział na głos, wertując gruby segregator z kartkami statystyk dotyczących każdego ptaka, którego kiedykolwiek schwytał i zaobrączkował. – Złapałem ją wcześniej – dodał, czytając notatki. – Nieco ponad rok temu… Nie wiem, czy była tu przez cały rok, czy wróciła, ale to, że złapaliśmy ją ponownie, ma znaczenie.

Wtedy tego nie wiedziałam, ale ta pozornie niewiele znacząca informacja dodana do innych uzyskanych dzięki zwykłej obrączce na nodze ptaka może z czasem pokazać, gdzie bywał, jak często wraca w to samo miejsce i jak długo żyje.