Rzecz o istocie osobistej ucieczki - Cześć I - Longin Półkolanko - ebook

Rzecz o istocie osobistej ucieczki - Cześć I ebook

Longin Półkolanko

0,0
2,02 zł

lub
Opis

Książka fantastyczna, że ach! Och! Ech… Niestety jest ona dla dorosłej gawiedzi, więc jeśli masz mniej niż trzydzieści wiosen musisz mieć zgodę opiekunów. Autor jest kronikarzem wszelakiej historii nieznanej, opisujący dzieje rycerstwa oraz dole chłopskie i babskie. Na okładce książki zdjęcie z toruńskiego muru, autor malowidła nieznany.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 48

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Longin Półkolanko

Rzecz o istocie osobistej ucieczki - Cześć I

Kronika fantastyczna opisująca niechlubną ucieczkę Rezuna, z rąk królewskich, w nieznane ostępy

© Longin Półkolanko, 2017

Książka fantastyczna, że ach! Och! Ech…

Niestety jest ona dla dorosłej gawiedzi, więc jeśli masz mniej niż trzydzieści wiosen musisz mieć zgodę opiekunów.

O autorze:

Longin Półkolanko — pół chłop, pół szlachcic, urodzen we wsi podlaskiej, w guberniturze łomżyńskim. Kronikarz wszelakiej historii nieznanej, opisujący dzieje rycerstwa oraz dole chłopskie i babskie.

O okładce:

Na okładce książki zdjęcie z toruńskiego muru, autor malowidła nieznany, autor zdjęcia znany i lubiany przez innych.

ISBN 978-83-8104-595-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

1

Jam Roch Złoręki herbu Dwie Halabardy Królewskie. Przynajmniej do czasu ucieczki, bo król w zemście pozbawił mnie wszelakich tytułów. Złoręki, bo zło złem niszczyłem. Byłem postrachem królewskich wrogów, a teraz, niecnie wyklęty, ścigany wściekle przez królewskich siepaczy dostałem nowe zawołanie: Rezun.

A przecież ja jestem złoto nie człowiek, mam diament nie serce, we mnie krew nie boża, słaba dusza.

Takim siebie widziałem i tak działałem.

Przeszli my rzekę, płycizną. Konie pachnące stały się. Woda zimnym strumieniem obmyła im zady. Mokre parowały, a nasze nozdrza zapełniały się stajennym odorem, mimo żeśmy na otwartym świecie przebywali.

Stary Onufry, jejmość wielkowąsy, w ciężkim ubraniu, z żelastwem przyjurczonym do siebie, hałasu robiąc wiele, podszedł do mnie nieżwawo.

— Jak żeśmy zostawili tropy to bez rozpaleniska nocnego, możem się przyczaim w tęchoborze, mój panie.

Zbił mnie z pantałyku tym „mój panie”, bo zawsze mówił do mnie imiennie, Rochu. Wszak my jak bracia byli. Nasrożyłem gołowąsa i rzekłem mu wtenczas:

— Aliśmy, rzeczesz roztropnie, mądra głowa warta stu jeźdźców. Zrobimy przestań, naodpoczniem, bo konie padają na pyski ostatkiem kopyt. Przed nami las rzadki, widzę jakieś drogi na mapie.

Powiedziałem to, i rozłożył ja pergamin ogromny niczym obrus.

— Spójrzcie.

Reszta pospólstwa, moja kompania najukochańsza, zbliżyła się na komendę.

— Oto cośmy zostawili za sobą. Królestwo tego nicponia, króla hucpy. Tfu! — splunąłem i inni splunęli, co komicznie wyglądało.

Powstrzymałem uśmieszek. Ciągnąłem wywody swoje, niczym ubrany w szkarłatne szaty biskup na ambonarium dębowym.

— Słuchajcie! Przed nam wielokrąg leśnych stworów, oblepiony przez pół mapy ich ścieżkami, nędznymi wiochami. Wypalacze drewna leśnego, smoluchy, brudasy, miernoty i ludzie lasu stoją nam na drodze. Te małe przeszkody, niczym kupki mrówczych skupisk, nasze rącze konie przeskoczą ze wspomożeniem naszych mieczów. Odrąbiemy, co nas zwalnia, spalimy co będzie przeszkodą, a resztę upieczemy w świeżych paleniskach ich własnym domostw. Mój druh wierny, wielki doradca, imć Onufry Burnhelmius, zacny człek zauważył, żeśmy strudzeni i wypoczynków nam trza, jak wina młodym dziewkom, by ochoczej wypukłości blade odsłaniały. Nosz, co ja z tymi dziewkami. Poruchałby, chyba.

Pauza, na czas rechotu kilkunastu samców, co tygodniami z potrzasku uciekali i czasu na chędożenie nie mieli.

Rozluzowawszy tępą atmosferę skupienia, mogłem ich przygotować na kolejne przeszkody, bo odpoczynku uraczyć nie mieliśmy nad rzeką, gdzie byle wieśniak mógł nas wypatrzyć parszywymi ślipiema. Kontynuowałem wywód.

— Przed nami lasek zwany rusałkowym, tam mnoga bagiennych pułapek, sadzawek z żabami, a ciemny lud myśli, że w kałuży, byle jakiej, świtezianki kąpią się, nęcą pospolitą hołotę chudymi dupami i na potępienie w grzęzawiskach ciągną na zatracenie. Przejdziemy areał w godzin dwie, może trzy. Potem wspomniany las leśnych ludzi nas czeka. Mówią o nich, że jedzą wszystko co im do lasu wejdzie, łącznie z ludźmi. To ja wam powiem: udławią się nami, bo wskoczymy im ochoczo do paszcz, wylądujemy w brzuchach pustych, a na koniec rozprujemy od wewnątrz ciepłe jelita.

Na mojej mapie widzicie czerwony punkt. To ich największe mrowie. Wioska stoliczna, z miejscem kultu. Coś jak nasze kościoły. Plan jest prosty. Straż cichaczem unieszkodliwimy, potem wykonceptuję jak. A kiedy to zrobimy już bez oporów, z wrzaskiem, co by paniki nasiać największej, wpadniemy na pełnej kurwie, rozpierdolimy najbardziej opornych i zdobędziemy pogański kościołek. Trzymając ścierwie za święte jajca, grożąc profaną, zrobią dla nas zasłonę przed pościgiem. Dla udobruchania, pomamiem leśniaków mięskiem żołnierskich ladacznic. Rozbudzimy głodne kichy i myśl o zapełnieniu żołądków, skuteczne zapewni nam wsparcie.

— A ten postój, panie to kiedy będzie? Odpoczynku w planie nie widzę.

Pytanie zadał wielkolud barczysty, Jolant Gdaczy, przezywany Gdaczym Łbem, który w zbójeckim szyku byłby pewnie hersztem. Zawsze pierwszy do bitki i pierwszy do niezadowolenia. Czasem miałem ochotę wbić mu w nocy sztylet w plecy, drugim podciąć ścięgna szyjne. Niebezpiecznie mieć, gdy się ucieka, takiego co kontestuje rozkazy lidera.

Wyręczył mnie w odpowiedzi mały, beczkowaty koniuszy, imć Zenon Lupulus. Kopnął Jolanta z całej siły w łydkę, że tamten stracił koncentrację. Poprawił, więc piąchą w brzuch, aż wielkolud kropnął na miękką trawę. Miał nieszczęście, że w trawie zaczaił się rzeczny kamień, gładki i ostry. Zapewne koryto rzeki było kiedyś szersze i nurt płynąc, musiał omijać latami przeszkodę. Wypolerowany kamień czekał na moment chwały. Przyjął z miłością potylicę Gdaczego Łba, równie twardą jak on sam. Zderzenie wytrzymała ludzka materyja, kamień rozpadł się na dwie nierówne części, mnożąc własny byt.

Zamarli wszyscy, bo myślelim, iż wyzionął ducha nasz ogromny i durny kamrat. Nie było mu jednakowoż pisane przejście do królestwa niebieskiego czy raczej diabelskiego. Z krwawiącą głową wstał, otumaniony zapachem własnej posoczewy.

— Zamknij mordę — rzekł Lupus, widząc, że ranny coś mamrocze pod nosem. Jolant zamilkł, bo z koniuszym żartów nie ma. Niby się końmi opiekował jedynie, ale wiele razy, gdy zaczajeni żołnierze króla, próbowali zaczaić się z coraz to wymyślnymi pułapkami, on ratował nas z opresji. Nie czas opowiadać, ale powiem jeno, że tej okrągłej, małej beczki nie da się normalnymi sposobami zabić. Wielu próbowało, żaden nie chodzi już po świecie.

— Spokój mi tu — powiedziałem udając złość, w duchu cieszyłem się, bo gamoniowi, co zadawał nieodpowiednie pytanie, należała się nauczka — Postój będzie w wiosce, jak zdobędziemy miejsce kultu. Atak nastąpi dzisiaj w nocy. Weźmiemy ludków z lasu przez zaskoczenie, gdy będą snem zajęci. A teraz na koń i spadamy stąd, bo przeca nie muszę przypominać, że żołnierskie kurwy depczą nam nielicho po piętach.