Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ryzykantka ebook

Anne Stuart

3.03703703703704 (27)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ryzykantka - Anne Stuart

Anglia, XIX wiek. Charlotte Spenser (pozbyła się złudzeń co do korzystnej odmiany swojego losu. W sferach, w których się obracała, panna na wydaniu powinna być ładna, bogata i mieć rozległe koligacje. Tymczasem ona egzystowała dzięki hojności zamożnej kuzynki, a jej wygląd był daleki od obowiązującego ideału. Rozsądek kazał Charlotte zaakceptować status niezbyt atrakcyjnej ubogiej krewnej, jednak emocje od czasu do czasu wymykały się spod kontroli. Zakochała się w Adrianie Rohanie, wyrafinowanym uwodzicielu, którego spotykała w towarzystwie. Gdy wskutek szczególnego zbiegu okoliczności znaleźli się sam na sam, Charlotte zgodziła się na wspólną noc, aby zachować jej wspomnienie na całe życie. Tymczasem zblazowanemu Adrianowi, który zmieniał kobiety jak rękawiczki, ta jedna noc nie wystarczyła…

Opinie o ebooku Ryzykantka - Anne Stuart

Fragment ebooka Ryzykantka - Anne Stuart

Anne Stuart

Ryzykantka

Tłumaczyła Barbara

Rozdział pierwszy

Anglia, 1804

– Rusz ten obsrany tyłek – powiedziała do panny Charlotte Spenser jej wierna pokojówka, Meggie.

– Czy to nie za dosadne? – zapytała panna Spenser.

– Niech się pani nie zastanawia, tylko mówi.

– Rusz ten zasrany tyłek – mruknęła bez przekonania Charlotte.

– Obsrany – poprawiła Meggie.

– Obsrany – powtórzyła posłusznie Charlotte i dodała: – Słuchaj, co mówię. Do jasnej cholery, rusz ten obsrany tyłek. Teraz dobrze?

– Dobrze. Z tym że musi pani mieć naprawdę dobry powód, żeby się tak odezwać, i trzeba się liczyć z tym, że dostanie pani na odlew, ale czasami warto.

– Na odlew?

– Znaczy się w buzię wierzchem dłoni. Bardziej boli z powodu kłykci i pierścieni.

Charlotte popatrzyła na pokojówkę z nagłą ciekawością.

– Twój mąż tak cię bił?

– Żeby tylko tak. Na swoje nieszczęście, raz gdy się spił jak bela i nie wiedział, co robi, wypadł przez okno – oznajmiła obojętnie. – Pierwej piekło zamarznie, niźli dopuszczę teraz do siebie jakiego chłopa. Wszyscy oni to dranie.

– Dranie – powtórzyła Charlotte, upajając się brzmieniem tego słowa. – Obsrane dranie.

– Nie, panno Charlotte. To musi mieć sens.

– Słusznie. Przymiotnik musi pasować do rzeczownika. Czy może być cholerne dranie?

– Jak najbardziej.

– Cudownie – ucieszyła się Charlotte. – Przećwiczę to sobie.

Pani i pokojówka szły dalej ulicą w doskonałej komitywie.

Wracały z cotygodniowego spotkania Stowarzyszenia Starych Panien i Megier Richmond Hill, gdzie całe popołudnie Meggie wprowadzała wysoko urodzone członkinie organizacji w arkany sztuki przeklinania. Charlotte, niestety, odstawała w tej dziedzinie od reszty pań, ale dzięki indywidualnym lekcjom czyniła szybkie postępy.

Były u stóp marmurowych schodów do Whitmore House, gdy drzwi do rezydencji otworzyły się gwałtownie i ich oczom ukazał się widok w pełni zasługujący na określenie „totalny chaos”. Służący miotali się tam i z powrotem, taszcząc kosze kwiatów, pozłacane fotele i wielkie srebrne tace. Kuzynka Evangelina wydawała bal, o czym Charlotte na śmierć zapomniała.

– Do licha! – powiedziała do Meggie. – Kuzynka ma dzisiaj gości.

– Niech pani spróbuje wykrzyknika „cholera jasna” – podpowiedziała usłużnie Meggie. – Goście – mruknęła pod nosem. – To dwieście darmozjadów.

– Dwustu – poprawiła automatycznie Charlotte. – Do cholery, ile razy mam cię poprawiać, Maggie!

Pokojówka roześmiała się.

– Więcej złości, panno Charlotte. Musi pani dużo ćwiczyć, żeby brzmiało jak należy.

Meggie skręciła do kuchennego wejścia. Charlotte nie zatrzymywała służącej. Nauczyła się, że jej egalitarne przekonania nie dla wszystkich są zrozumiałe. Wyciągnęła Meggie z londyńskich slumsów, gdzie groziło jej stoczenie się na ulicę. Początkowo podopieczna nie doceniała odmiany losu, jaka stała się jej udziałem, ale już od dwóch lat była zaufaną powiernicą panny Spenser. Uratowana od upadku Meggie nie pchała się do domu frontowym wejściem, chociaż, będąc pokojówką Charlotte Spenser, była do tego w pełni uprawniona.

Kiedyś Charlotte zeszła do pomieszczeń kuchennych na filiżankę herbaty ze służbą i zapamiętała nieznośnie sztywną atmosferę, która towarzyszyła temu wydarzeniu. Zrozumiała, że nie ma większych snobów niż brytyjska służba domowa. Jej obecność pod schodami okazała się rażąco nie na miejscu. Nie ponawiała zatem prób fraternizowania się.

Skinęła głową lokajom dekorującym girlandami świeżych wiosennych kwiatów masywne odrzwia do pokojów recepcyjnych, pokojówce oddała kapelusz, pelerynkę i rękawiczki. Dziewczyna miała na imię Hetty. Dygnęła i rozejrzała się na boki nerwowo, jakby obawiała się gestu życzliwości ze strony Charlotte. Ta jednak wyciągnęła wnioski z poprzednich doświadczeń.

– Gdzie lady Whitmore? – zapytała „pańskim” tonem.

– W gotowalni, panno Spenser. Prosiła przekazać, że oczekuje pani.

– Wiesz, w jakiej sprawie?

– Nie potrafię powiedzieć, proszę panienki.

– Jakżeby inaczej – prychnęła Charlotte, kierując się ku schodom. Przybrała cierpiętniczą minę. Nie umiała kłamać i Lina natychmiast przejrzy ją na wylot, ale co szkodziło spróbować.

Evangelina, wdowa po hrabim Whitmore, siedziała przy toaletce wpatrzona w swoje odbicie w lustrze. Louise, francuska pokojówka, układała jej włosy. Najwyraźniej własny wygląd nie zadowalał damy, co mogło tylko dziwić. Evangelinę uważano za jedną z najpiękniejszych kobiet w Anglii. Lśniące, wijące się czarne włosy, żywe fiołkowe oczy, mlecznobiała cera, delikatny nosek i zmysłowe usta czyniły ją nadzwyczaj atrakcyjną. Była o dwa lata młodsza od trzydziestoletniej Charlotte. Przypatrywała się sobie równie krytycznie, jak miała to w zwyczaju czynić wobec Charlotte.

– Mizernie wyglądam – powitała kuzynkę zmartwionym głosem. – Dlaczego tak się dzieje, że ilekroć wydaję przyjęcie, wyglądam jak z krzyża zdjęta?

– Prezentujesz się kwitnąco – zaprzeczyła żywo Charlotte, ale przypomniała sobie plan, z jakim przyszła. – Szkoda, że nie czuję się na siłach, by ci towarzyszyć – dodała zbolałym głosem.

– Nawet o tym nie myśl! – Lina odwróciła się do kuzynki, niwecząc pracę pokojówki. – Żadnych chorób. Nabrałam się na to pierwsze trzy razy. Potrzebuję ciebie.

– W ogóle nie zauważysz, czy jestem, czy mnie nie ma – odparła Charlotte, siadając na skraju łóżka tak, aby jej odbicie znalazło się w lustrze obok odbicia Liny.

Dawno temu pogodziła się ze swoim wyglądem. Widząc siebie obok pięknej Liny, pożałowała jednak, że natura nie okazała się dla niej tak hojna jak dla kuzynki. Charlotte nie miała złudzeń co do własnych niedociągnięć. Była za wysoka – górowała nad większością mężczyzn. Poza tym miała rude włosy i piegi, za duży biust, a na dodatek nosiła okulary.

Jakby tych naturalnych braków było za mało, nie dysponowała posagiem i, w opinii większości dżentelmenów, nie wyłączając jej ojca, była za mądra. Za atrakcyjne uważano niewysokie i ładne kobiety, które nie przeczą mężczyznom, nawet jeśli plotą oni oczywiste głupstwa. A jeśli nie dowidziały, mogły nauczyć się rozpoznawać ludzi po głosie. Co zaś do czytania, komu to potrzebne? Takiego zdania był ojciec Charlotte.

Już dawno, bo w połowie żałosnego debiutanckiego sezonu towarzyskiego, Charlotte zaczęła nosić okulary w złoconych oprawkach (przez co jej nos nabrał orlego kształtu, oddalając się od zalotnie zadartego ideału), odmówiła zgody na poddawanie się kuracji mlecznej, pod wpływem której miały wyblaknąć jej piegi (nie blakły, za to stale towarzyszył jej zapach sfermentowanego mleka), i postanowiła zostać starą panną. Prawdę powiedziawszy, okularów wcale nie potrzebowała, ale ponieważ dobrze komponowały się ze stale goszczącym na jej twarzy grymasem niezadowolenia, nosiła je zawsze, nawet jeśli z tego powodu bolała ją głowa.

Decyzja o pozostaniu starą panną zapadła w pierwszych miesiącach owego tragicznego debiutanckiego roku, ale ojciec Charlotte wciąż liczył na zamążpójście córki. Stracił nadzieję, gdy włożyła okulary i zasłynęła z deptania po nogach partnerom do tego stopnia, że stała się postrachem sal balowych.

Drugiego sezonu ojciec jej nie zafundował.

– Oczywiście, że zauważę – odpowiedziała Lina. – Przynajmniej na początku – dodała ze swoją zwykłą szczerością, którą rezerwowała wyłącznie dla Charlotte i kilku nielicznych osób. – A poza tym, jeśli mnie nie będziesz osłaniała, jak nawiążę dyskretny flircik z wicehrabią Rohanem?

– Poczekasz na lepszą okazję. Na przykład na przyszłotygodniowe spotkanie w Hensley Court.

– A tymczasem on zainteresuje się inną ładną buzią. Zagięłam na niego parol. Jest wspaniały, cudownie zepsuty i, jak fama niesie, nieziemsko sprawny w łóżku – dodała, przeciągając się lubieżnie.

– Nie wątpię – powiedziała, nawet nie mrugnąwszy okiem, Charlotte. – Jednak erotyczna sprawność lorda Rohana nie jest przedmiotem mojego zainteresowania.

– Jesteś beznadziejna, moja droga. Nie wiesz nawet, co tracisz. Ja biorę co najlepsze z mojego wdowieństwa.

Charlotte miała na ten temat inne zdanie, ale przezornie powstrzymała się od jego wyrażenia. Propozycję kuzynki zamieszkania z nią po śmierci jej podstarzałego męża przyjęła z wdzięcznością. Była jedynaczką, jednak rodzice, umierając, pozostawili ją bez pensa przy duszy. Oprócz Liny nie miała nikogo bliskiego na świecie. Pozycja ubogiej krewnej nie była spełnieniem marzeń, a mimo to, przenosząc się do Liny, Charlotte czuła się, jakby złapała Pana Boga za nogi. Jedynym problemem był nieposkromiony temperament kuzynki, równie nieautentyczny co głoszony wszem wobec przez Charlotte brak zainteresowania wicehrabią Rohanem.

– Trudno, nie zmienię się. Niech będzie. Postoję pół godziny za twoimi plecami, gdy będziesz witała gości, a potem zniknę.

– Godzinę – targowała się Lina. – Rohan może okazać się trudny. Możliwe, że będę potrzebowała twojej pomocy.

Charlotte zmroziło.

– Nie zamierzam nawet zbliżać się do Rohana.

Lina odwróciła się od lustra, znowu psując wysiłki Louise.

– Dlaczego? Nie wiedziałam, że go znasz. Uchybił ci?

– Nic o nim nie wiem oprócz tego, że demonstruje rażący brak poczucia moralności – odparła lodowatym tonem Charlotte. – Rozmawiałam z nim tylko raz w życiu i nigdy nie przebywałam z nim sam na sam – podkreśliła, aby zabrzmiało to przekonująco. Niechęć do Rohana powinna wyglądać na szczerą. Nie zniosłaby, gdyby Lina domyśliła się prawdy.

– W takim razie dlaczego nie chcesz...

– Nie chcę, i już.

Lina wzruszyła ramionami i usiadła spokojnie przed lustrem. Louise wróciła do pracy, mamrocząc pod nosem francuskie przekleństwa.

– Jak sobie życzysz. Skoro czujesz do niego taką awersję, to poproszę o pomoc przyjaciółkę. Muszę tylko zadbać, by nie złowiła go dla siebie.

– Z tego co wiem o Rohanie, to on już miał wszystkie twoje przyjaciółki.

– Najprawdopodobniej tak – przyznała ze śmiechem Lina. – Gdyby nie spędził ostatniego roku na kontynencie, miałby i mnie. No cóż, jeśli nie dzisiaj, to na pewno dojdzie do czegoś w Hensley Court.

Charlotte zesztywniała.

– Ja też nie mogę się doczekać – powiedziała, zadowolona, że pokojówka kuzynki nie rozumie, o czym mowa.

Lina zatrzymała wzrok na Charlotte.

– Uważasz, że to rozsądne, kochanie? Podziwiam twój dociekliwy umysł i zainteresowanie obserwacją niskich instynktów rodzaju ludzkiego, ale zważ, czy nie posuwasz się za daleko. Może powinnaś poskromić ciekawość.

Charlotte chętnie zgodziłaby się z kuzynką, ale nie pozwoliła jej na to ambicja. Nie zamierzała stchórzyć.

– Skoro planuję spędzić resztę życia w komforcie staropanieństwa, to chciałabym się naocznie przekonać, co tracę, jak to określiłaś. Powoduje mną również zainteresowanie czysto naukowe.

Lina zachichotała.

– Nie mogę ci obiecać, że twoja ciekawość zostanie zaspokojona, jeśli pojedziesz tam w roli obserwatora.

– Uważasz, że powinnam wziąć czynny udział? – Charlotte starała się, żeby pytanie zabrzmiało rzeczowo.

– W żadnym wypadku! Trudno byłoby nazwać to odpowiednim wprowadzeniem w rozkosze sypialni, moja droga. Nie warto się martwić na zapas. Wystąpisz w mnisim habicie z obszernym kapturem, pod którym ukryjesz twarz i włosy. Nikt się nie zorientuje, czy jesteś mężczyzną, czy kobietą, i nikt cię nie zaczepi, jeśli będziesz miała na ramieniu białą opaskę. To absolutnie bezpieczne.

– Tak mówisz, jakbyś samą siebie chciała uspokoić – zauważyła Charlotte.

– Istotnie, rozpraszam raczej własne wątpliwości aniżeli twoje. Gdy się nad tym głębiej zastanawiam, dochodzę do przekonania, że ten wyjazd może ci wyjść na dobre. Jeśli nie natkniesz się na zbyt szokującą sytuację, może ci to nawet pomóc przezwyciężyć awersję do mężczyzn.

– Nie czuję awersji do mężczyzn, a do instytucji małżeństwa, które zniewala kobiety.

– Tak, wiem. – Lina znała to na pamięć. – Prawdę mówiąc, ujrzysz mężczyzn od ich najgorszej strony, to może cię do nich do reszty zniechęcić. Nie, żebym była zwolenniczką małżeństwa, wręcz przeciwnie. Mam swoje ku temu powody.

– Skoro i tak nie mogę liczyć na zamążpójście, to wszystko mi jedno. Wiesz, jaki mam dociekliwy umysł. A to jedyna dziedzina, o której niczego nie dowiem się z książek.

– Zależy jakich... Mniejsza z tym. Będziemy się dobrze bawić po powrocie do domu, wspominając, jak wielcy tego świata są w gruncie rzeczy żałośni. Pod żadnym pozorem nikomu nie pozwalaj się dotknąć – kontynuowała Lina. – Zresztą, jeśli ktoś spróbuje, będzie miał ze mną do czynienia. Jesteś moją najukochańszą kuzynką i zamierzam cię chronić – podkreśliła. – Dzisiaj wieczorem włóż zieloną jedwabną suknię. Louise cię uczesze. Wypróbuj ostatnią szansę, zanim prysną twoje złudzenia.

– Nie mam złudzeń i nie jestem zainteresowana wypróbowaniem ostatniej szansy, jak to delikatnie ujęłaś. Meggie mnie uczesze.

– Jesteś niemożliwa! Przynajmniej ubierz zieloną suknię, zamiast tej ohydnej brzoskwiniowej – poradziła Lina. – Wygląda tragicznie w zestawieniu z twoimi włosami.

Charlotte wstała. Cmoknęła gładki policzek Liny. Na końcu języka miała uwagę, że w zestawieniu z jej włosami każdy kolor wygląda tragicznie. Z wyjątkiem może zielonego, który sprawia, że jej oczy stają się zielone.

– Spotkamy się na dole u stóp schodów – rzekła, nie obiecując niczego.

Lina z zatroskaniem popatrzyła w ślad za wychodzącą kuzynką, po czym odwróciła się do lustra. Znała ją lepiej, niż ta przypuszczała. Rozumiała, co znaczy błysk w jej oczach, gdy do pokoju wchodził wicehrabia Rohan. Adrian Rohan potrafił zainteresować sobą nawet Charlotte, która uparcie twierdziła, że dla niej mężczyźni w ogóle nie istnieją. Rohan mógł mieć każdą kobietę, której zapragnął, i zazwyczaj miał. Nieprawdopodobne, by zainteresował się panną, która tak długo siała rutkę, że zasłużyła na miejsce wśród szacownych wdów w koronkowych czepeczkach, zawzięcie plotkujących pod ścianami sal balowych.

Gdyby Rohan zapragnął jednak Charlotte po tym, kiedy Lina go zdobędzie, utraci on wszelki powab w oczach kuzynki. Nie, nieprawdopodobne, by Rohan zabłądził w pobliże kuzynki, rozważała Lina. Na uroki innych mężczyzn, choćby najprzystojniejszych, najbardziej czarujących i najbogatszych, Charlotte jest uodporniona. Zresztą, nikt taki jej nie grozi. Jako uboga stara panna może liczyć jedynie na małżeńską ofertę mało atrakcyjnego niemłodego wdowca lub, co gorzej, pastora. Gdy zobaczy, do czego zdolni są mężczyźni, nie spojrzy na żadnego konkurenta. Lina postanowiła zawieźć Charlotte do Hensley Court, aby ją uchronić od mężczyzn.

Kuzynka nie znała całej prawdy o tym, jak układało się pożycie Evangeliny ze starym hrabią Whitmore’em, i tak miało pozostać. Lepiej, żeby przykre szczegóły pokryła niepamięć. Tam ich miejsce. Był czas, że Lina w nocy zakrywała twarz poduszką, by nie budzić nikogo głośnym płaczem. To już przeszłość. Nie pozwoli, aby podobny los przytrafił się Charlotte.

Może niepotrzebnie się kłopocze. Kuzynka przekroczyła granicę wieku, w którym kobiety wychodzą za mąż, była za wysoka, miała za duży biust, żeby dobrze wyglądać w modnych sukniach, i zbyt niezależny umysł, aby schlebiać stroszącym piórka samcom. Jak sobie przez kilka wieczorów popatrzy na ekscesy Niebieskich Zastępów, nie zmieni obecnej opinii na temat miłości i małżeństwa. W sumie szkoda, uznała Lina, bo Charlotte jest doskonałym materiałem na kochającą matkę. Macierzyństwo jednak idzie w parze z małżeństwem, a to za wysoka cena.

– Voilau, enfin! – powiedziała Louise. Cofnęła się o krok, zadowolona ze swojego dzieła.

Lina uważnie popatrzyła na swoje odbicie. Wyglądała doskonale. Dzieło sztuki. Zimne, bez życia i piękne. Wystarczająco dobre, by zwabić do łóżka rozwiązłego wicehrabiego Rohana.

– Eh bien – rzuciła krótko.

Wstała od lustra gotowa dokończyć toaletę.

Rozdział drugi

Charlotte tylko przez chwilę rozważała włożenie zielonej sukni, po czym ubrała brzoskwiniową, na tle której jej świetlista, barwy kości słoniowej cera straciła blask i poszarzała. Do holu zeszła w ostatniej chwili, ponieważ kuzynka była zdolna odesłać ją na górę, żeby się przebrała, gdyby było na to dość czasu. Tymczasem pierwsi goście pokazywali się w wejściu. Lina wyglądała olśniewająco w różowym jedwabnym stroju, idealnie opływającym jej kształtną figurę. Spojrzała z dezaprobatą na Charlotte, która zajęła miejsce za jej plecami.

Gdyby to zależało od Liny, ustawiłaby kuzynkę obok siebie i kazała jej witać gości, ale Charlotte się nie zgodziła. Było niewiele korzyści związanych z pozycją ubogiej krewnej, ta była jedną z nich. Nie musiała stać w pierwszym rzędzie i mizdrzyć się do głupkowatych młodzieńców i podstarzałych bywalców salonów. Trwała na posterunku, lecz spanikowała, gdy dostrzegła szpakowatą grzywę Etienne’a de Giverney, górującą nad tłumem zgromadzonym u wejścia. Tam, gdzie był wytworny hrabia de Giverney, mógł się za chwilę pokazać jego młodszy kuzyn, wicehrabia Rohan, a ona postanowiła nie kusić losu.

Wymknęła się i wmieszała w gości przesuwających się ku sali balowej. Jedyna bezpieczna droga ucieczki do sypialni wiodła kuchenną klatką schodową, znajdującą się na drugim końcu sali. Nie mogła przecież wspiąć się na górę głównymi schodami na oczach licznych gości. Nie chciała ryzykować, choć możliwość, że wicehrabia Rohan zaszczyciłby ją spojrzeniem, i tak była znikoma. Im rzadziej będzie miała do czynienia z tym dżentelmenem, tym dla niej lepiej. Większość kobiet uwielbiała takich awanturników jak on, ona zdecydowanie nie.

Torowała sobie mozolnie drogę przez tłum, niezauważalna jako kobieta nie pierwszej młodości, bez majątku i urody. Drzwi na kuchenną klatkę schodową były tuż-tuż, gdy przed nią wyrosła wysoka sylwetka mężczyzny. Charlotte zorientowała się zbyt późno i doszło do zderzenia. Uniosła głowę; przed oczami miała piękną twarz Adriana Alistaira de Giverney, wicehrabiego Rohana.

Widocznie szczęście opuściło ją tego wieczoru. Po raz pierwszy okazało się, że nauki Meggie nie poszły w las, albowiem z ust Charlotte wymknęło się przekleństwo.

– Cholera jasna!

Adrian Rohan zdążył ją uwolnić i mruknąć pod nosem zdawkowe przeprosiny. Poszedłby swoją drogą, zatrzymały go jednak te cicho, lecz wyraźnie wypowiedziane słowa. Wbił w nią spojrzenie intensywnie niebieskich oczu, jakby ją dostrzegł po raz pierwszy w życiu, choć byli sobie przedstawiani przynajmniej kilkanaście razy i nawet kiedyś razem tańczyli.

Na jego usta wypełzł złośliwy, zwodniczy uśmieszek. Zanim Charlotte zdążyła usunąć się, osłonięta rękawiczką dłoń ujęła ją za łokieć. Zrobił to delikatnie, poprzez materiał, a mimo to Charlotte przeszedł dreszcz. Do diabła, zaklęła w myślach. Dlaczego musiała wpaść właśnie na Rohana?

– Panna... – Usiłował sobie przypomnieć. – Panna Spenser, prawda?

Jak to się stało, że zapamiętał jej nazwisko? – zadała sobie w duchu pytanie. Obracała się w zupełnie innym świecie niż on.

– Przepraszam za niestosowny język. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – sumitowała się.

Sytuacja stawała się krępująca. Od swojego debiutu towarzyskiego wodziła za nim wzrokiem poprzez zatłoczone sale balowe, świadoma, że nie powinna tego robić, bo to nie żaden piękny rycerz z bajki, tylko zły czarownik, który rzucił na nią paraliżujący urok. Teraz, stojąc z nim twarzą w twarz, czuła się fatalnie. Było jej gorąco, brakowało tchu, dotknięcie jego dłoni paliło.

Tymczasem on nie spuszczał z niej wzroku.

– Panna do towarzystwa lady Whitmore, o ile się nie mylę?

– Kuzynka. – Wiedział aż tyle? Skąd? Przecież starała się nie rzucać w oczy.

– Czyż ubogie krewne nie służą często jako panny do towarzystwa?

Było to grubiaństwo, jednak jej przekleństwo było jeszcze bardziej nie na miejscu.

– Pan wybaczy – powiedziała stanowczo, wyrywając łokieć.

Puścił, ale chwycił jej obciągnietą rękawiczką dłoń. Uśmiechnął się nie bez złośliwości.

– Będę nalegał na taniec, panno Spenser, jako zadośćuczynienie za szokująco złe maniery.

Tylko tego brakowało, pomyślała. W marzeniach, na które niebacznie sobie pozwalała, tańczyła z nim setki razy pod rozgwieżdżonym niebem, w sukni, która przemieniała ją nagle w skończoną piękność. Nieraz obserwowała go w tańcu, wiedziała, że porusza się po parkiecie z niebywałą elegancją. A jednak było w jego ruchach coś, co sprawiało, że niejedna matrona pod byle pretekstem starała się usunąć z jego zasięgu oddaną jej pieczy niewinną dziewczynę. Mimo to młode damy tłoczyły się wokół niego.

Charlotte nie pilnowała żadna matrona. W zaawansowanym wieku lat trzydziestu była za stara, by uważano ją za niewinną dziewczynę potrzebującą przyzwoitki.

– Nie tańczę – powiedziała. – Proszę mnie puścić.

Rohan jej nie posłuchał. Wpatrywał się w nią, jakby chciał prześwietlić ją na wylot. Na szczęście Charlotte jakiś czas temu przestała się czerwienić.

– Proszę mi wyjaśnić, dlaczego odnoszę wrażenie, że pani mnie nie lubi, panno Spenser? – zapytał.

Skrzywiła się. Zazwyczaj jej zniechęcające grymasy odstraszały mężczyzn, lord Rohan okazał się na nie odporny.

– Nie znam pana, milordzie. Jakże mogłabym pana nie lubić?

– Widocznie moja reputacja mnie poprzedza. Ma pani minę, jakby połknęła coś wyjątkowo niesmacznego.

Zaczęto się im przyglądać. Charlotte publicznie nie rozmawiała z mężczyznami dłużej niż kilka minut, a tym bardziej z takim lwem salonowym jak Adrian Rohan. Nie chciała się rzucać w oczy. On zaś ignorował wszystkie kobiety poza tymi, z którymi właśnie romansował. Zazwyczaj bywały skończonymi pięknościami. Zwykła stara panna, jak Charlotte Spenser, nie mogłaby wzbudzić zainteresowania kogoś takiego jak Adrian Rohan.

Ciągle przytrzymywał jej dłoń.

– Gdzie pani karnet? – nalegał.

– Powiedziałam, że nie tańczę – odparła zirytowana nie na żarty.

Lina przestała się upierać, by kuzynka nosiła karnecik, wiedząc, że to przegrana sprawa. Oprócz tego, że nikt nie prosił Charlotte do tańca, to ona sama wiedziała, że nie powinna wychodzić na parkiet, bo ma dwie lewe nogi. Znowu spróbowała uwolnić rękę.

– Proszę mnie puścić. Natychmiast.

Zrozumiała, że stanowczy ton to błąd, ponieważ osiągnęła efekt odwrotny od zamierzonego.

– Ani myślę – uciął.

Była w lekkich i miękkich pantofelkach, odpowiednich do tańca, w którym nie zamierzała uczestniczyć. Uśmiechnęła się nieszczerze, przysunęła do Rohana i całym ciężarem nadepnęła mu na nogę. Na pewno nie zabolało go tak bardzo, jak tego pragnęła, jednak ją puścił. Zawinęła się wokół niego i umknęła. Bała się, że wicehrabia podąży za nią na kuchenne schody, ale przeceniła go. Zaryzykowała spojrzenie poprzez ramię i przekonała się, że zniknął w tłumie.

Rozległy się pierwsze dźwięki muzyki. Na drugim piętrze była galeryjka, z której widać było salę balową. Kiedy obie z Liną były małymi dziewczynkami, przyglądały się zachowaniu swoich rodziców i ich gości z podobnego miejsca w jej domu rodzinnym. W tamtych czasach uważały, że to, co robią starsi, jest okropnie nudne.

Lina zmieniła zdanie, przetańczywszy swój pierwszy oszałamiający sezon, uwieńczony dziwacznym ślubem ze starzejącym się, lecz bajecznie bogatym i wciąż przystojnym hrabią Whitmore’em. Sezon Charlotte był kompletnym fiaskiem. Jej pospolity wygląd, brak posagu i niefortunny zwyczaj mówienia, co myśli, uczyniły z niej towar bezwartościowy w oczach socjety, wycofała się więc do podupadłego majątku rodzinnego. Zresztą, ku utrapieniu rodziców.

Pamiętała wicehrabiego Rohana z tamtych czasów. Jakaś życzliwa pani domu przedstawiła ich sobie, a on, śmiertelnie znudzony, dopełnił ciążącego na nim obowiązku towarzyskiego i poprosił ją do tańca, nie całkiem skutecznie maskując cierpiętniczy wyraz twarzy.

Charlotte nie potrafiła dobrze tańczyć. Rodziców nie było stać na lekcje tańca, umiała tyle, ile nauczyła się od Liny. Nerwowość, wywołana bliskością sekretnie podziwianego mężczyzny, niemal ją sparaliżowała. Deptała mu nieustannie po eleganckich butach, gubiła krok, jednym słowem, okazała się niezdarą. Tymczasem Rohan nic nie mówił, tylko się uśmiechał. Tortury dobiegły końca. Charlotte dygnęła, Rohan skłonił się uprzejmie i powiedział:

– Nie miałem pojęcia, że taniec należy do niebezpiecznych sportów, panno Samson. Może rozważyłaby pani możliwość ostrzeżenia przyszłych partnerów, zanim zaproszą panią do tańca.

Fakt, że nie zapamiętał jej nazwiska, był pocieszeniem, nie dodatkową obrazą. Charlotte nigdy więcej nie stanęła publicznie na parkiecie. Okrutna uwaga Rohana nie wyleczyła jej z zauroczenia tym mężczyzną. Przy nieczęstych okazjach, gdy towarzyszyła Linie podczas wieczornych przyjęć, wodziła za nim wygłodniałym wzrokiem, a kiedy się dowiedziała, że wyjechał na kontynent, oprócz ulgi poczuła coś na kształt zawodu.

Po jego powrocie spotkali się dwukrotnie. Patrzył na nią z taką samą obojętnością, z jaką traktował wszystkie kobiety poza wyjątkowo pięknymi. W jego oczach Charlotte Spenser należała do tłumu przeciętnych panien desperacko poszukujących męża. Ona sama się do nich nie zaliczała. Rodzice zmarli, zrujnowany majątek przeszedł na najbliższego męskiego krewnego, dalekiego kuzyna, którego nie poznała. Evangelina owdowiała i błagała ją, aby się do niej przeniosła, co Charlotte skwapliwie uczyniła. Starannie unikała wszelkich towarzyskich okazji, a więc znikła z rynku małżeńskiego i w gruncie rzeczy była szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej. Mieszkała ze swoją najlepszą przyjaciółką i kuzynką oraz udzielała się w środowisku emancypantek.

Rohan wrócił, gdy Europa ponownie pogrążyła się w wojnie. Spokój ducha Charlotte prysł. Nie wątpiła, że Lina znów wyjdzie za mąż i chociaż Whitmore’owi nie dała dziedzica, Charlotte była pewna, że w następnym, szczęśliwszym związku zostanie matką. Może jej przypadnie rola pomocnej przyszywanej ciotki-rezydentki, o ile nowy mąż Liny zechce ją tolerować.

Rzuciła ostatnie spojrzenie na salę balową. Adrian Rohan już o niej nie pamiętał, nachylony ku urodziwej młodej kobiecie. Było w tym niejakie pocieszenie, bo Charlotte w żadnym wypadku nie chciała narażać się na śmieszność.

Ruszyła powoli na górę, nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia mijających ją służących. Urządzony z przepychem apartament zajęła na usilne życzenie kuzynki. Meggie gdzieś się zapodziała, ale dla Charlotte było to bez znaczenia. Jej stroje były mało skomplikowane, mogła się sama ubrać i rozebrać. Posiadanie pokojówki do osobistej posługi było luksusem całkiem świeżej daty. O ile posługę dość nieokrzesanej Meggie można było nazwać luksusem.

Rozpuściła długie, gęste włosy, wyszczotkowała je i splotła w warkocz. Woda w umywalce była przyjemnie chłodna. Zwilżenie rozpalonej twarzy sprawiało ulgę. Pościel też była chłodna. W kominku nie rozpalono, chociaż palenisko zostało przygotowane. Charlotte zdmuchnęła świecę i zaciągnęła koce po sam nos.

Ciągle czuła dotyk dłoni Adriana przytrzymującego jej łokieć. Była kobietą nieznoszącą przymusu, niedającą się zastraszyć. Dlaczego gładziła miejsce, którego dotykał? Czyżby kompletnie zgłupiała? Niestety, taka była ponura i trudna do przyjęcia prawda. Zakochała się w Adrianie Rohanie. Nic, ani jego grubiaństwo, ani plotki o jego gorszących ekscesach czy jej krytyczna opinia o nim nie mogły tego zmienić. Wymyślając sobie w duchu od idiotek, zapadła w niespokojny sen.

Panna Leonard była równie piękna jak głupia. Adrian Alistair Rohan nudził się niewymownie. Zazwyczaj niewinny flirt pozwalał mu przetrwać wieczór. Zaciągnął pannę Leonard w ustronne miejsce, gdzie pozwoliła mu się pocałować. Kradzione ukradkiem pocałunki dawno utraciły dla niego urok, lecz o pannie Leonard mówiono, że ma wielką praktykę w tej dziedzinie i nawet zasługuje na miano ekspertki w całowaniu. Był zatem ciekaw, czy on mógłby ją nauczyć czegoś nowego.

Doszedł do wniosku, że wolałby uczyć nerwową i pociągającą pannę Spenser, chociaż sam nie wiedział dlaczego. Ubierała się koszmarnie, miała okropne maniery. Ile razy ją spotykał, zachowywała się tak, jakby chciała dać mu do zrozumienia, że popełnił straszliwą zbrodnię. Fakt, miał zszarganą reputację, ale przekonał się, że w oczach większości kobiet czyniło go to bardziej pociągającym. Interesujące było to, że panna Charlotte Spenser wodziła za nim wzrokiem. Uważał, że to zabawne. Wyraźnie go nie lubiła i potępiała jego tryb życia, a jednak, gdy myślała, że nikt tego nie widzi, obserwowała go.

Będąc ubogą krewną i starą panną nieobdarzoną specjalną urodą, trzymała się na uboczu i myślała, że jej zainteresowanie nim pozostanie niezauważone. Widać było również, że nie obchodził jej nikt inny.

Adrian był przyzwyczajony do tęsknych spojrzeń, jakimi wodziły za nim kobiety. Był bogaty, utytułowany, a po rodzicach odziedziczył ponadprzeciętną urodę. Przystojnej sylwetki, pięknej twarzy, intensywnie niebieskich oczu, tak podobnych do oczu jego ojca, nie zawdzięczał sobie. Akceptował je bez specjalnej próżności jako dar losu. Dar ten pozwalał mu folgować nienasyconemu apetytowi na życie.

Nie należał do najprzystojniejszych młodych mężczyzn w towarzystwie. Palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie dzierżył bezapelacyjnie Montague. Do najbogatszych również się nie zaliczał. Był tylko wicehrabią, nie księciem, nawet nie markizem, chociaż ten tytuł dostanie po śmierci ojca. Miał niewyparzony język i nie tolerował głupoty.

A jednak obserwowała go, gdy tańczył z którąś z piękności sezonu, żartował z przyjaciółmi, przycierał nosa nuworyszom, za dużo pił i od czasu do czasu robił z siebie głupca. Adrian zastanawiał się dlaczego.

Jedno wytłumaczenie, pozostające w świecie fantazji, było takie, że planowała go zabić. Uboga krewna, nader często upokarzana, żyła zemstą. Musi uważać, bo kolejna szklanka grzanego wina może się okazać zatruta. Zapewne zasłużył na to, ale wątpił, by panna Spenser posunęła się do przestępstwa. Prawdopodobnie wodziła za nim wzrokiem z tego samego powodu, co połowa kobiet z towarzystwa: podkochiwała się w nim.

Gdyby kiedykolwiek zdobyła się na rozmowę, chętnie by jej wyjaśnił, że nie istnieje coś takiego jak miłość. W ich świecie panowało przekonanie, że kobiety są czyste i romantyczne, a mężczyźni to brudne i lubieżne bestie. On wiedział, że jest na odwrót.

Panna Spenser pragnęła go. Oczywiście chciała, żeby towarzyszyły temu bukieciki kwiatków, pochlebne słówka i małżeńskie obietnice, ale w gruncie rzeczy marzyła, by spoczęły na niej jego dłonie i zerwały z niej te koszmarne stroje, które nosiła.

Adrian z ochotą spełniłby jej oczekiwania, rzecz w tym, że nie sięgał po dziewice z dobrych domów. Sama myśl o tym, że może wylądować przykuty małżeńską przysięgą do jakiejś złorzeczącej, wiecznie niezadowolonej istoty na podobieństwo panny Spenser, napełniała go zgrozą. Ojciec dopilnowałby, żeby syn zrobił, co do niego należy, niepomny na swoją bujną młodość.

Pannie Spenser nie pozostaje nic innego, jak nadal obserwować go i wzdychać. A on powinien powściągnąć pokusę sprawdzenia, czy te zacięte usta da się zmiękczyć i skłonić, żeby spoczęły tam, gdzie on by sobie życzył. Gotów byłby iść o zakład, że zdołałby tego dokonać, i znał kilku przyjaciół, którzy z radością postawiliby wysokie stawki.

Adrian miał kochankę lub będzie miał, gdy znajdzie następczynię boskiej Marii, która uznała, że czeka ją lepsza przyszłość u boku pewnego starego grubasa z pokaźnym portfelem. Zbliża się zjazd Niebieskich Zastępów. Adriana cieszyła ta perspektywa. Może zdoła namówić którąś z dam, aby ubrała się równie nietwarzowo, jak to ma w zwyczaju panna Spenser, i zabawiła się prawieniem mu morałów. A wtedy on potraktuje ją tak, jak by chciał, ale nie może, potraktować Charlotte. Odpowiednie imię. Brzmi zasadniczo. Właściwie nie wiedział, dlaczego go zainteresowała, chyba tylko na zasadzie nowości.

Z drugiego końca pokoju dobiegał perlisty śmiech lady Whitmore. Adrian uśmiechnął się do siebie. A może powinien się zająć piękną kuzynką panny Spenser? Szlachetny kompromis z jego strony i jakże łatwy w realizacji. Do czasu powrotu do Londynu prawdopodobnie zapomni o pannie Spenser i jej stęsknionych oczach. Nie wolno mu zabawiać się z pannami, a w każdym razie nie, jeśli ceni sobie wolność. Mógłby jednak mieć młodą wdowę.

– Drogi chłopcze, wszędzie cię szukam. – Kuzyn mówił z silnym francuskim akcentem. Adrian przekazał pannę Leonard kolejnemu tancerzowi.

Etienne de Giverney był właściwie kuzynem jego ojca, wiekiem bliższy markizowi niż Adrianowi. Jednakże Etienne przylgnął do młodszego krewniaka, Adrian zaś chętnie przebywał w jego towarzystwie. Po pierwsze, dlatego, że rodzice Adriana nie byli najlepszej opinii o kuzynie, po drugie, z tego powodu, że Etienne lubił balansować na granicy skandalu. Adrian ułatwił Etienne’owi wejście do angielskiej socjety, a ten zrewanżował się wprowadzeniem Adriana w krąg największego wtajemniczenia w Niebieskich Zastępach. Adrian zaakceptował to skwapliwie, bo jego ojciec, który niegdyś sam wiódł prym w ich hulankach, teraz gardził tym towarzystwem. Taki już był ten jego ojciec. Wyglądało na to, że zapomniał o własnej burzliwej młodości.

Etienne znał najbardziej zdrożne rozrywki, jakim oddawano się w eleganckim świecie. To on ukazał Adrianowi przyjemności palenia opium. To on rozbudził w nim zamiłowanie do wyścigów dwukółek. Stawki, jakie oferował, były wyższe od tych, które ryzykował Adrian, i szczęście na ogół mu dopisywało.

Na Adrianie nie robiły wrażenia ani wygrane, ani przegrane. Jego majątek, nawet teraz, gdy szacowny rodzic nie powierzył jeszcze ducha Bogu, był znaczny, choć może nie tak wielki jak tego tłustego nababa, którego wybrała Maria.

Przed nim trzy dni wyrafinowanych rozrywek, jak również miła perspektywa spotkania najlepszego przyjaciela, Montague’a. Nie starczy czasu na myślenie o pannie Spenser, był o tym głęboko przekonany.

– Nudno tu – powiedział Etienne. – Chodźmy zobaczyć, czy znajdzie się lepsza zabawa w Le Rise.

Le Rise było osławionym domem rozpusty. Przy zielonych stolikach obowiązywały wysokie stawki, czasami szokująco wysokie, wina dawały się pić, a innym rozrywkom trudno było się oprzeć. Wstęp do Le Rise był przywilejem wybrańców. Adrian należał do pierwszych członków tego klubu. Etienne’a przyjmowano jako jego gościa.

– Jeśli się nie znajdzie, to znaczy, że jesteśmy zużytymi starymi szkapami – odpowiedział doskonałą francuszczyzną Adrian.

Etienne roześmiał się. Adrianowi przyszło do głowy, że chyba trafił w samo sedno.

Rozdział trzeci

W innych okolicznościach wyjazd za miasto cieszyłby Charlotte. Nie zdołała polubić Londynu. Był hałaśliwy, cuchnący i brudny. Choć ceniła londyńskie teatry, biblioteki i możliwość spotykania tak samo myślących jak ona kobiet, wypad na wieś zawsze działał na nią ożywczo.

Charlotte nie miałaby nic przeciwko temu, aby podróż dobrze resorowaną kolaską Liny trwała w nieskończoność. Kuzynka poradziła jej, żeby włożyła kapelusz skrywający niemal całą twarz i trzymała pochyloną głowę. Miała nadzieję, że zostanie wzięta za pokojówkę Liny, ponieważ nawet w takich okolicznościach dama nie mogła się obywać bez osobistej posługi. Zabrały także Meggie i gdyby ktoś się pytał po co, odpowiedź brzmiałaby, że hrabina Whitmore potrzebuje osobistej fryzjerki. Nikt jednak nie pytał. Troska o to, co wypada, a co nie wypada, nie zaprzątała gości Hensley Court.

Rozlokowały się w niepokojąco normalnych pokojach we dworze i jak na razie nie spotkały nikogo, nawet niedomagającego pana domu. Nerwowość Charlotte zaczynała maleć.

– To bardzo proste, kochanie – wyjaśniła beztroskim tonem Lina przy popołudniowej herbacie, którą podała niezawodna służba. – Od stóp do głów będzie cię zakrywał mnisi habit. Jesteś wysoka, wszyscy będą cię brali za mężczyznę. Postaraj się nie garbić. Prostuj plecy, ale pochylaj głowę. Nie musisz nic mówić. Brązowy kolor habitu będzie świadczył o tym, że złożyłaś ślub milczenia, a twój status obserwatora sygnalizowała biała opaska na rękawie. Możesz poruszać się swobodnie po całym terenie, ale pod żadnym pozorem nie zbliżaj się do Portalu Wenus. Tam nie obowiązują żadne reguły. Zwracam ci na to uwagę teraz, zanim będę zajęta. Możesz wchodzić do każdego pomieszczenia, chyba że drzwi będą zamknięte. To zazwyczaj sygnalizuje krawat dżentelmena wiszący na zewnątrz. Oznacza, że znajdujące się w środku osoby nie życzą sobie, aby im przeszkadzano.

– Osoby? – spytała niepewnie Charlotte. Coś, co miało być zabawą, zaczynało wyglądać zbyt serio, a było za późno, żeby się wycofać.

– Kochanie – tłumaczyła cierpliwie Lina – na tym to polega. Przeciez jako obserwator nie musisz sama brać w niczym udziału.

– Zdejmujesz mi kamień z serca – odparła ironicznie Charlotte.

Lina spojrzała bacznie na przyjaciółkę. Zdążyła się już przebrać w uszyty na miarę jedwabny zakonny habit. Nie przykryła jeszcze głowy kornetem. Wijące się czarne włosy i błyszczące oczy uczyniły z niej zalotną zakonniczkę.

– Jeśli zmieniłaś zdanie, a zaczynam myśleć, że powinnaś, nikt ci tego nie weźmie za złe. Stangret odwiezie cię do Londynu albo możesz zostać we dworze i korzystać z gościnności Montague’a. On zatrudnia najlepszych kucharzy na świecie. Jeśli goście mają dość zabawy, udają się do opactwa, które zostało specjalnie urządzone w tym celu, więc mało prawdopodobne, że natkniesz się na kogoś w domu. Wiedz, że do przemieszczania się między dworem a opactwem potrzeba łodzi.

– Idę z tobą – ucięła Charlotte.

– Jak chcesz. Jestem przekonana, że jedyny uszczerbek, jakiego doznasz, będzie dotyczył sfery twojej duchowej niewinności. Nikt cię nie tknie. Jeśli mimo wszystko się to zdarzy, krzycz wniebogłosy.

– Czy nie zwrócę wtedy na siebie uwagi? Przecież mam udawać, że nie jestem kobietą. Będę w męskim habicie.

– Nie martw się. Wiele kobiet będzie w męskich habitach. Podejrzewam, że i tak niektórzy poznają po sposobie chodzenia, że jesteś kobietą.

– Umiem chodzić jak mężczyzna.

– Niestety, nie. Ślicznie kołyszesz biodrami. Zawsze próbowałam cię naśladować. Tobie wychodzi to naturalnie, zazdroszczę ci. Dobrze, że nie tańczysz. Gdyby ludzie zobaczyli, jak się poruszasz, nie mogłabyś dłużej podpierać ścian, nie opędziłabyś się od mężczyzn.

– Nie potrzebuję mężczyzn. Jest mi dobrze z tobą. Jeżeli uważasz moje towarzystwo za męczące, zawsze możesz...

– Teraz jesteś męcząca. Jesteś moją kuzynką, bliską jak siostra, jedyną istotą ludzką, której ufam. Nie osądzasz mnie, choć wiem, że nie pochwalasz mojego swobodnego stylu życia. Chcę, żebyś była przy mnie tak długo, jak wytrzymasz.

– A jeśli ponownie wyjdziesz za mąż? Wątpię, czy twój małżonek zechce mnie tolerować.

– Nie zamierzam ponownie zawierać małżeństwa – oznajmiła zdecydowanie Lina.

Charlotte odniosła wrażenie, że kuzynka cofnęła się myślami w przeszłość i przypomniała sobie coś bardzo przykrego. Podejrzewała, co to mogło być.

Lina jednak szybko otrząsnęła się z przykrych wspomnień.

– A gdybym zgłupiała i zmieniła zdanie, masz mnie porządnie stłuc, żebym wróciła po rozum do głowy. – Sięgnęła po mocno wykrochmalony kornet, włożyła go i odwróciła się do przyjaciółki.

– Nie wiem, czy szminka do ust pasuje do tego przebrania – zauważyła Charlotte.

– Na tym polega przewrotność sytuacji. Zdejmij suknię, będzie wystawała spod habitu. – Lina zbliżyła się do kuzynki, aby jej pomóc się rozebrać. – Większość kobiet nie wkłada niczego pod kostium. Noc zapowiada się gorąca, ugotujesz się w tym ubraniu, zwłaszcza jeśli zaciągniesz kaptur na głowę.

– Rozbieram się tylko do kąpieli, a gdyby to ode mnie zależało, kąpałabym się w ubraniu – zaprotestowała Charlotte.

– Co za męcząca dziewczyna – powiedziała z czułością Lina. – Meggie, podaj czarną koszulę. Nie będziesz naga pod habitem.

– Nie.

– Nie ma rady. Jeśli chcesz uchodzić za mężczyznę, musisz zdjąć gorset. Zaufaj mi. Nie uwierzysz, jak swobodnie poczujesz się w samej koszuli. Nikt ci nie będzie zaglądał pod habit. Jak chcesz, możesz zostać w podwiązkach i pończochach. Wiele kobiet tak robi, nawet jak idą z kochankiem do łóżka.

– Naprawdę?

Meggie z wprawą rozpinała guziki sukni swej pani.

– Owszem. Mężczyźni uważają je za podniecające. Kobiety także, zarówno te, które je używają, jak i te, które... lubią kobiety, które je noszą.

– Ciągle nie pojmuję, jak to możliwe. Nie rozumiem, jak mężczyźni...

Lina krytycznym okiem przyglądała się kuzynce, z której Meggie zdążyła zdjąć gorset.

– Moja droga, masz całkiem kształtne piersi. Dlaczego je krępujesz?

Charlotte szybko zasłoniła się skrzyżowanymi ramionami.

– Przeszkadzają mi.

– Zdejmij też obręcze, najdroższa. Zdradzą cię szybciej niż piersi.

– Czy możemy przestać rozmawiać o moich piersiach? – błagalnym tonem zapytała Charlotte.

– Moja droga, zaczynam mieć wątpliwości, czy to rozsądny pomysł. Jesteś za bardzo niewinna – uznała Lina.

Charlotte nie cierpiała, gdy rozmowa schodziła na temat jej niewinności. Odczuwała silną pokusę, aby się wycofać, ale nienawidziła tchórzostwa prawie tak samo gorąco, jak rozmów o swej niewinności. Była kobietą, ale miała naukowe zainteresowania i uważała, że nic nie powinno ograniczać jej pędu do wiedzy.