Rytuały wody - Eva Garcia Saenz de Urturi - ebook + audiobook

226 osób właśnie czyta

Opis

Kontynuacja thrillera kryminalnego roku 2019 – "Cisza białego miasta"

Trylogia białego miasta sprzedała się w ponad milionowym nakładzie i stała się światowym fenomenem. Rytuały wody" to opowieść jeszcze mocniejsza i mroczniejsza niż "Cisza białego miasta". Nie brakuje w niej też oryginalnej domieszki baskijskiego klimatu.

W górach zostaje znalezione ciało zamordowanej kobiety w ciąży. Została utopiona w zabytkowym celtyckim kotle z wodą i powieszona za nogi na drzewie. Sprawca ewidentnie inspirował się pochodzącym sprzed wieków rytuałem potrójnej śmierci. Okazuje się, że śledczy Kraken znał ofiarę — to jego pierwsza dziewczyna.

Już pierwsze zabójstwo nasuwa przypuszczania, że mogą nastąpić kolejne. Wszystko wskazuje też na to, że na celowniku mordercy znajdują się przyszli rodzice, a jego ofiarą może stać się także sam Kraken. Śledztwo zostaje utajnione, policjanci boją się zbiorowej paniki, która ogarnęła Vitorię zaledwie kilka miesięcy wcześniej...

W "Rytuałach wody" Eva García Sáenz de Urturi w mistrzowski sposób łączy trzymające w napięciu wątki seryjnych morderstw i rodzinnych tajemnic z niezwykłymi opisami zabytkowego miasta i emblematycznych miejsc prowincji Álava.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 553

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Los ritos del aqua

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Skład wersji elektronicznej: Sylwia Rogowska-Kusz

Korekta:Liliana Mieszczańska

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Alberto Loyo/Shutterstock

© Ander Arrieta Arranz/Shutterstock

© Eva García Sáenz de Urturi, 2017All rights reserved

© Editorial Planeta, S.A., 2017

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Katarzyna Okrasko

978-83-287-1259-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Moim dzieciom, które nigdy nie zamieszkają tam, gdzie mieszka zapomnienie

Najsprytniejszą sztuczką diabła było przekonanie ludzi o tym, że nie istnieje. Pleciuch z Podejrzanychcytujący Charles’a Baudelaire’a

Prolog TUNEL SAN ADRIÁN

17 listopada 2016, czwartek

– Jestem w ciąży od sierpnia, Unai – wyszeptała mi na ucho Alba i uważnie obserwowała moją reakcję. – Od święta Białej Panienki.

Pamiętam intensywność tamtej radości. Mimowolny uśmiech rozjaśnił mi ponury listopadowy dzień. Policzyłem szybko, minęło piętnaście tygodni. To dziecko żyło dłużej niż moje bliźniaki. Czternaście tygodni. Niebezpieczeństwa pierwszego trymestru już za nim. Syn albo córka. Alba i ja mieliśmy zostać rodzicami.

Przymknąłem oczy, żeby nacieszyć się chwilą, najszczęśliwszą od kilku lat. Potem spojrzałem przez okno salonu; zamglona Vitoria rozpływała się w deszczu, a białe balkony po drugiej stronie placu Virgen Blanca były prawie niewidoczne. Nie przejmowałem się tym, ciepło, które wypełniało mnie całego, mogło ogrzać wszechświat.

Dostrzegłem jednak w spojrzeniu Alby nieme ostrzeżenie. Już wiedziałem, że za chwilę usłyszę złą wiadomość.

Co? – napisałem zdezorientowany. – Co się stało? Wiem, że to nie jest najlepszy sposób na rozpoczynanie związku, ale…

Alba powstrzymała moje palce wstukujące litery na wyświetlaczu.

– Nie potrafię w tej chwili powiedzieć, czy dziecko jest twoje, czy Nancha.

Na wspomnienie o jej byłym mężu poczułem się tak, jakby coś eksplodowało mi w głowie. On już nie żył, ale czy to możliwe, żeby w brzuchu Alby dorastał jego potomek?

Dla tych, którzy nie znają mojej wcześniejszej historii, streszczę ją w kilku słowach: nazywam się Unai López de Ayala, pracuję jako specjalista od profilowania kryminalnego w wydziale śledczym jednego z komisariatów w Vitorii. Mam ksywkę Kraken. Cierpię na afazję Broki. Seryjny morderca z poprzedniego śledztwa, które poprowadziłem, jak umiałem, prawie mnie załatwił: strzelił mi w głowę. Wciąż nie mogę mówić, od czasu do czasu, kiedy nie mam innego wyjścia, wydaję z siebie coś w rodzaju krakania. Porozumiewam się skutecznie za pomocą edytora tekstu w telefonie.

I właśnie w tej chwili próbowałem się porozumieć ze swoją szefową, podkomisarz Albą Díaz de Salvatierrą, kobietą, która w dodatku… No właśnie.

I akurat w tym najgorszym z możliwych momencie dostałem wiadomość na WhatsAppie od Estíbaliz, mojej koleżanki. Cholera jasna!

„Kraken, przepraszam, że ci przerywam, cokolwiek-teraz-robicie-i-zaznaczam-że-bardzo-się-cieszę, ale technicy kryminalistyki dokonują oględzin miejsca zbrodni w Álavie, w pobliżu tunelu San Adrián. Podkomisarz Salvatierra ma wyłączoną komórkę. Chciałabym, żebyś pojechał ze mną. To ważne”.

„Esti, przykro mi, że cię wezwano, ale jestem na zwolnieniu. Podkomisarz zaraz do ciebie zadzwoni. Co się stało?” – odpisałem.

„Młoda kobieta powieszona za nogi, możliwa przyczyna śmierci: utonięcie”.

„Utonięcie? W górach?” – odpisałem natychmiast.

Automatycznie włączył mi się w głowie specjalista od profilowania.

„No właśnie. Ciało jest zanurzone aż do ramion w pełnym wody kotle z brązu, Kraken. To eksponat muzealny, trzeba będzie skonsultować to ze specjalistą, ale być może pochodzi z epoki celtyckiej. Bardzo dziwna śmierć, w bardzo dopracowanej scenerii. To nie jest zwykłe zabójstwo. Spróbuję nakłonić podkomisarz, żeby poprosiła sędziego Olano o zgodę na twoją obecność w charakterze biegłego podczas oględzin. Mam nadzieję, że się mylę i nie będziemy znów mieli do czynienia z seryjnym mordercą, a ty jesteś najlepszym profilerem, jakiego znam, i jeśli przydzielą mi tę sprawę, chciałabym mieć cię przy sobie, żebyś mi doradzał”.

Nie mogłem się powstrzymać, zacząłem snuć domysły, wyobrażać sobie miejsce zbrodni. Zapragnąłem zobaczyć je na własne oczy. Ale powiedziałem sobie „stop”. Nadal byłem na zwolnieniu, nie mogłem mówić, nie byłem na chodzie. Nie potrafiłem jej pomóc.

„Rozumiem. Ale myślę, że poradzisz sobie sama. Ja nie powinienem tam jechać” – wystukałem pełen nadziei, że nie będzie nalegała.

„Kraken… Napiszę ci to, zanim dowiesz się wszystkiego z prasy. Daję ci szansę, żebyś pojechał ze mną i zobaczył miejsce i ofiarę. Jeśli teraz się nie dowiesz, będziesz miał do mnie pretensje przez całe życie”.

„Nic nie rozumiem, Esti”.

„Dziewczyna miała dokumenty. Nie ukradziono jej portfela, leżał obok, pewnie wypadł jej z kieszeni”.

„Kto to, do diabła, jest?” – napisałem zaniepokojony.

„Ana Belén Liaño, twoja pierwsza dziewczyna. Spotykałeś się z nią, zanim wydarzył się ten wypadek. Tamtego lata, na obozie w Kantabrii”.

„Tak, Esti – wystukałem i poczułem się niezręcznie. – Skąd o tym wszystkim wiesz?”

„Lutxo opowiedział wszystko mojemu bratu”.

Annabel Lee, pomyślałem. Nie przyjmowałem do wiadomości jej śmierci, chociaż ona lubiła mroczne, pogrzebowe klimaty.

Annabel Lee nie żyje.

„Jest jeszcze coś, o czym powinieneś wiedzieć”.

„Co takiego?”

Była w ciąży”.

1 GÓRA DOBRA

4 września 2016, niedziela

Dziś wróciłam nad zbiornik, ojcze.

Matka chrzestna zabroniła mi to robić. Bolałoby ją bardzo, gdyby się dowiedziała, że złamałam właśnie ten zakaz. Miałam cię nie szukać. Nie wracać po ciebie. Wiedziałyśmy, do czego jest zdolny Sinobrody, kiedy poczuje, że ktoś mu się bacznie przygląda.

Dziś z przerażeniem przeczytałam paskudny nagłówek w „El Periódico Cántabro”:

NA SZCZYCIE DOBRA ZNALEZIONO ZWŁOKI DWUDZIESTOTRZYLATKI

Tajemnica samobójstw młodych dziewczyn wciąż nierozwikłana

Na górze Dobra znaleziono zwłoki G.T. (lat 23), zamieszkałej w Santander. To już trzecia młoda kobieta, której zwłoki znaleziono w Górach Kantabryjskich. Ofiara rozebrała się i spędziła noc pod gołym niebem, zmarła prawdopodobnie w wyniku wyziębienia. Nie znaleziono śladów przemocy. Czy to moda, czy efekt naśladownic­twa nagłośnionych wcześniej samobójstw? Policja nie potrafi tego wyjaśnić ani nie dopatrzyła się związku pomiędzy ofiarami.

Śledczy znów są zagubieni. Trzecia ofiara o tych samych cechach: młoda osoba, która wspina się na szczyt kantabryjskiej góry, z zapadnięciem zmroku rozbiera się i umiera z wyziębienia. Następnego dnia ktoś znajduje ciało. Żadnych śladów, żadnych motywów, przesłuchania bliskich nic nie wnoszą do sprawy.

Wcale mnie to nie dziwi.

Jak ktoś, kto nie widzi, co ma przed nosem, może w ogóle coś odkryć?

Po długich poszukiwaniach udało mi się dotrzeć do zdjęcia tej dziewczyny, Sinobrody. Jest na swój sposób do mnie podobna. Powiedzieliście mi, że nie żyje. Spojrzeliście mi w oczy i powiedzieliście, że nie żyje. Zatrzymaliście ją sobie.

Przyrzekłam matce chrzestnej, że nie będę cię śledzić, zbliżać się do ciebie, ale teraz przeżuję i wypluję te obietnice, bo nie masz nawet pojęcia, jaka wściekłość kipi we mnie i zalewa mi wnętrzności, które przez ciebie zgniły.

Ale mój dramat polega na tym, że mimo wszystko tęsknię za tobą, ojcze. Tęsknię za twoją uwagą, za tym, jak udajesz przed wszystkimi, że się o mnie troszczysz, aż do tego lata, kiedy wszystko się stało i na obozie, pomiędzy wioską a urwistym wybrzeżem, umarłam po raz pierwszy.

Czasem przymykałam oczy i zdobywałam się na wysiłek, żeby wtopić się w twoją publiczność i udawać, że ja też w to wierzę, że naprawdę istnieje jakiś równoległy świat, w którym jesteś dobrym ojcem i kochasz mnie tak, jak powinno się kochać dziecko, a nie w ten swój chory sposób.

Bezskutecznie. Nigdy nie zdołam w to uwierzyć.

Piję i palę więcej niż zwykle. Wczoraj wdałam się w bójkę. Muszę jeszcze raz wymyślić siebie, uporządkować swoje życie. Być kimś innym, kimkolwiek, byle nie sobą.

Wróciłam, ojcze.

2 PASMO GÓRSKIE AIZKORRI-ARATZ

17 listopada 2016, czwartek

Kim była Annabel Lee? To zdarzyło się jeszcze przed moimi szesnastymi urodzinami. Ana Belén Liaño zjawiła się w Cabezón de Sal, kantabryjskiej miejscowości położonej niedaleko wybrzeża, pierwszego dnia letniego obozu, na którym Lutxo, Asier, J. i ja – czyli paczka ze szkoły Świętego Wiatora – postanowiliśmy spędzić najlepszy lipiec w naszym krótkim jeszcze wówczas życiu.

Miała czarne proste włosy sięgające do pasa i grzywkę przyciętą równo nad brwiami. Patrzyła spod niej na świat tak trzeźwo i przenikliwie, że nawet dorośli nie kwestionowali jej pomysłów.

Z początku jej zachowanie drażniło mnie, potem zaintrygowało, a trzeciej nocy nie mogłem usnąć zasłuchany w dziwną melodię jęków i szeptów, które wydobywały się z jej ust, kiedy spała kilka śpiworów dalej. Można powiedzieć, że wpadłem po uszy.

W wieku, kiedy żaden z nas nie miał pojęcia, jakie studia wybierze ani tym bardziej, co będzie robił w życiu, Ana Belén Liaño była już autorką komiksów, a pseudonim, którym podpisywała swoje mroczne rysunki – Annabel Lee, postać z wiersza Edgara Allana Poego – cieszył się renomą wśród fanów erotyki oraz klimatów gotyckich i postapo.

Osiągała wszystko, co sobie zaplanowała, przekraczała granice, przełamywała stereotypy, choć nietrudno było dostrzec, że inspirowała się Gustavem Adolfem Bécquerem, lordem Byronem i Williamem Blakiem. Nigdy nie wypuszczała z dłoni czarnego cienkopisu marki Staedtler, często malowała sobie kadry na przedramionach, bo pomysły przychodziły jej do głowy nieustannie, czy to wtedy, gdy zmywaliśmy metalowe kubki po śniadaniu, czy wtedy, gdy Saúl Tovar, kierownik obozu, sączył nam do głów opowieści o dawnych rytuałach i zabytkach, wożąc nas starym busem do magicznych miejsc wybrzeża, jak San Juan de Gaztelugatxe w Bizkai czy plaża Deby w prowincji Guipúzcoa.

Annabel Lee miała też inne dziwactwa. Była humorzasta, udzielała wymijających odpowiedzi, wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że bardziej interesuje ją własny, dziki świat wewnętrzny niż nasze bezbarwne problemy wieku przejściowego między dzieciństwem a dorosłością. Była osobą bez wieku, ani dorosłą, ani dzieckiem. Ceniła swoją samotność i rozpieszczała ją jak niektóre wdowy swoje rasowe koty: poświęcała jej wiele czasu i uwagi.

Wystarczyły jej cztery dni i trzy noce, żeby znokautować moje serce, wówczas jeszcze dziewicze, pozbawione ran, które musiałbym wylizywać. Ukradła mi je, nakarmiła, pozwoliła się przyzwyczaić do swojego milczącego, burzącego spokój towarzystwa i wypluła je, kiedy… Właściwie sam nie wiem, co się stało.

Nie wiem, z jakiego cholernego powodu porzuciła mnie z taką… Chciałem powiedzieć obojętnością, ale to niewłaściwe słowo. Obojętność wynika z zarozumiałości, a ona potrafiła okazywać ciepło. Tak naprawdę Annabel żyła w równoległym świecie, który spotykał się z naszym tylko od czasu do czasu. Przeważnie była gdzie indziej, w swojej własnej rzeczywistości, wśród swoich własnych fantasmagorii. Dlatego jej śmierć wydawała mi się jedynie zakończeniem jednego z jej komiksów, a nie zdarzeniem konkretnym ani realnym.

Często myślimy, że ci, którzy tworzą historię, nie starzeją się ani nie odchodzą, że zostaną z nami na zawsze; tak właśnie myślałem o Annabel Lee, chociaż po tym, co zdarzyło się tamtego lata, nie miałem od niej żadnych wieści.

Kiedy dotarliśmy na polanę, wysiadłem z radiowozu i podmuch lodowatego wiatru uderzył mnie w twarz. Gwałtowny, ale błogosławiony powrót do rzeczywistości. Bałem się, że mająca metr sześćdziesiąt wzrostu Estíbaliz nie utrzyma się na nogach. Moja towarzyszka wyjęła rudy kosmyk z ust i dziarsko ruszyła przed siebie. Po ostatnich ulewnych deszczach cała droga do tunelu San Adrián zamieniła się w błoto, a prognozy pogody zapowiadające burzę i gradobicie wydawały się całkiem prawdopodobne. Nadciągające z północy czarne chmury nie wróżyły nic dobrego.

– Jesteś gotowy, Kraken? – zapytała Estíbaliz trochę zaniepokojona. – Podkomisarz zgodziła się, żebyś uczestniczył w oględzinach jako biegły, ale nie wie, że znałeś ofiarę.

I wolę, żeby na razie tak pozostało – napisałem na swoim telefonie i pokazałem jej wiadomość.

Puściła do mnie oko.

To właśnie cały ja: adwokat szczerości w związku.

– Na początku tak rzeczywiście będzie lepiej – przyznała mi rację. – Chodźmy, już niedługo zacznie się ściemniać. A tak w ogóle powinnam coś wiedzieć o ofierze? O jej stylu życia? Coś, co może okazać się pomocne, żeby odkryć, czemu skończyła, jak skończyła?

Chyba nie – napisałem i wzruszyłem ramionami.

Nie będę ci opowiadał o tym, co stało się tamtego lata, Estíbaliz. Nie jestem na to gotowy, nie chcę się tym dzielić, pomyślałem.

Do tunelu San Adrián w Parku Krajobrazowym Aizkorri-Aratz dotarliśmy szosą z Zegamy, bo tu znajdował się parking położony najbliżej naturalnej jaskini. Stały na nim już samochody techników kryminalistyki. Zaczęliśmy się wspinać.

Wąską kamienistą ścieżką, którą zarówno ja, jak i Esti przemierzyliśmy już dziesiątki razy, dotarliśmy do wejścia do tunelu. Przeszliśmy przez strzelisty łuk prowadzący do jaskini, minęliśmy liczący prawie sześćdziesiąt metrów tunel. Za nami została odrestaurowana pustelnia i niewielkie stanowisko archeologiczne, na którym grupa badaczy każdego lata prowadziła wykopaliska.

Smętny dzień chylił się ku zachodowi. Zielono-żółte liście buku poruszały się niespokojnie w podmuchach gwałtownego wiatru.

Kiedy sypiałem w domu dziadka w Villaverde, w czasie wietrznych nocy lubiłem słuchać szumu gałęzi dębów i buków rosnących w okolicy. Było to jak koncert, w którym człowiek okazywał się zbędny. Jednak tego dnia odgłosy nie wydały mi się tak wspaniałe. Nie podziałały na mnie uspokajająco, wręcz przeciwnie, budziły raczej lęk niż podziw.

Tunel San Adrián kończył się dużym prostokątnym wyjściem wyżłobionym w skale. Od zamierzchłych czasów korzystali z niego podróżni pielgrzymujący po północnym szlaku Drogi Świętego Jakuba.

Powiadają, że sam Karol V musiał po raz pierwszy w życiu schylić głowę, by przez niego przejść. Nie wiem, jak wysoki był nasz monarcha, ale ja rzeczywiście musiałem się pochylić, żeby wynurzyć się z tunelu po stronie Álavy i dotrzeć na miejsce zbrodni.

Poszliśmy kawałek pod górkę po ścieżce z małych kamyczków i ujrzeliśmy Andoniego Cuestę, kolegę z Wydziału Technik Kryminalistycznych. Facet po pięćdziesiątce, bardzo skrupulatny, z tych, którzy bez słowa skargi zostają po godzinach, pokazał nam drogę. Miejsce było otoczone żółtą taśmą i tylko w jednym miejscu można było dostać się do środka.

– Jak leci, Andoni? – zapytała Estíbaliz przyjaźnie. Wiedziałem, że Esti i Andoni się lubią, często wychodzili na kawę, kiedy spotykali się w komisariacie przy Portal de Foronda w dzielnicy Lakua. – Powiedz, to ty jesteś tym szczęśliwym mieszkańcem Vitorii, który wygrał trzy miliony euro w lotto? Bo jeśli tak, to jutro zapraszasz mnie na obiad.

Wszyscy ostatnio rozmawiali o tym, że w Vitorii ktoś trafił szóstkę, i nie ustawały spekulacje na temat tożsamości szczęściarza. Ludzie snuli podejrzenia, obstawiali sąsiada spod piątki, którego przestali spotykać na klatce schodowej, kolegę, który nie był na niedzielnym meczu drużyny El Alavés, albo znajomego, który złożył wymówienie z pracy w Mercedesie, nie podając przyczyn swojej decyzji.

– Marzę o tym, to prawda. No ale niestety. Co do oględzin miejsca zabójstwa, dopiero zaczęliśmy, inspektor Gauno. I mamy jeszcze sporo roboty. A ja chciałbym wrócić do domu, żeby ucałować dzieci na dobranoc. Starszy ma mecz koszykówki w weekend i chodzi po ścianach. Gdybym to ja wygrał, kupiłbym mu całą drużynę Baskonii, razem z zarządem i trenerem, żeby nie sadzali go w kółko na ławce rezerwowych – powiedział Cuesta niby żartem, ale jednak przejęty, klękając obok swojej walizeczki. Był pulchnym, sympatycznym gościem, ramiona miał krótkie, a jego niewysoką postać łatwo było rozpoznać podczas pracy w terenie, mimo że wszyscy technicy kryminalistyki nosili identyczne białe kombinezony. – Włóżcie ochraniacze na buty i uważajcie. Pełno tu śladów obuwia, zidentyfikowanie ich będzie prawdziwą męką.

Posłuchaliśmy go. Potem podał nam rękawiczki.

Sędzia Olano wydał zgodę na oględziny, ale dałbym sobie głowę uciąć, że nie przyjechał sam w góry, żeby je nadzorować, i przysłał w zastępstwie sekretarza.

Poszliśmy w głąb lasu. Doktor Guevara, specjalistka od medycyny sądowej, robiła notatki, stojąc obok drzewa, na którym powieszono zwłoki kobiety. Kilka metrów dalej sekretarz sądowy oraz inspektor Goyo Muguruza kierujący ekipą techników kryminalistyki rozmawiali ściszonym głosem o kurtce w trupie czaszki, z kapturem, która najwyraźniej należała do zamordowanej.

Sekretarz, mężczyzna o siwych włosach i długim nosie, potakiwał z poważną miną i lewą ręką notował wyjaśnienia Muguruzy.

U ich stóp leżała walizeczka, do której zbierali wszystkie dowody.

Ujrzałem Annabel po tylu latach, w dodatku miałem awersję do trupów, więc musiałem się odwrócić, żeby ukryć, że jest mi niedobrze. Esti podeszła do specjalistki od medycyny sądowej.

– Ach, inspektor Gauna, cieszę się, że panią widzę. O, i inspektor Ayala wrócił do nas! – powiedziała doktor Guevara, udając, że nie dostrzega, w jakim jestem stanie.

Miała około pięćdziesięciu lat, była drobna, a jej płaskie policzki zdradzały ślady trądziku różowatego. Mało mówiła, za to działała bardzo skutecznie, niczym robot, któremu wyłączono dźwięk.

Pracowaliśmy razem od lat i bardzo ją ceniłem. Nigdy się nie krzywiła, kiedy prosiłem, żeby przyspieszyła którąś z sekcji. Obdarzona była rzadką cechą: potrafiła współpracować ze wszystkimi przydzielonymi jej sędziami nad jakąkolwiek, choćby nawet arcytrudną sprawą. Jednym słowem: darzyłem ją pełnym zaufaniem.

– Dziś przyszedł jako biegły od profilowania kryminalnego, ale niedługo rzeczywiście wróci – skłamała Estíbaliz tak naturalnie, jakby robiła to przez całe życie. – Może już nam pani coś powiedzieć?

Spojrzałem na kobietę, która była kiedyś moją dziewczyną, moją pierwszą miłością, która pewnej nocy… Spojrzałem na nią, chociaż wisiała do góry nogami przywiązana za stopy do gałęzi, jej długie włosy, wciąż jeszcze mokre, szorowały po kamieniach, a gęsta grzywka po raz pierwszy chyba w życiu odsłaniała czoło. Miała otwarte oczy. Nie zamknęła ich, chociaż umierała w kotle z brązu po brzegi wypełnionym wodą.

Byłaś bardzo odważna, Annabel.

Ręce skrępowano jej na plecach plastikową opaską, nie dostrzegłem na palcu obrączki, była ubrana w sportowe ciepłe spodnie i polar, który opadał, odsłaniając jej zaokrąglony brzuch… Czwarty miesiąc? Może piąty? Delikatne zaciemnienie kresy białej. Kostki mocno związane liną zwisającą z grubej gałęzi znajdującej się jakieś dwa i pół metra nad ziemią.

Chociaż przez całe życie bawiła się kosztem innych i raniła ludzi, którzy najbardziej ją kochali, ten, kto jej to zrobił, musiał być prawdziwym skurwielem.

W co się tym razem wpakowałaś?, szepnąłem do niej w myślach.

A kiedy Estíbaliz i specjalistka od medycyny sądowej odeszły, żeby przyjrzeć się kociołkowi z brązu, ukląkłem przed nią na jedno kolano: „Tutaj kończy się twoje polowanie, tutaj zaczyna się moje”, pomyślałem.

I na krótką chwilę uwierzyłem, że znowu jestem sobą, dawnym inspektorem Ayalą, a nie tylko nikłym cieniem jego cienia, że dostałem nowe zadanie, które absorbuje mnie całkowicie, i nową pasję, która przyćmiewa moje niedyspozycje i moje traumy, a miałem ich aż nazbyt wiele.

Na przykład taką, że moja szefowa była w ciąży, a ja nie wiedziałem, czy jestem ojcem tego dziecka, czy jest nim seryjny morderca.

3 GRANICA ZŁOCZYŃCÓW

17 listopada 2016, czwartek

Wróciłem do rzeczywistości i skupiłem się na miejscu zbrodni, żeby przestać myśleć o tym, co bolało. Cholernie bolało.

Na razie nie zaprzątałem sobie głowy metalowym garnkiem, który Esti uznała za tak ważny, i czekałem, aż wróci z doktor Guevarą, żeby zapytać ją o pierwsze wrażenia.

– Denatka to młoda kobieta w ciąży, w którym tygodniu, określę dokładnie dopiero po autopsji. Była powieszona do góry nogami, przywiązana zwyczajną liną z juty. Głowa nie dotykała ziemi. Świadkowie, którzy ją znaleźli, zeznali, że była zanurzona w cieczy do szyi albo do ramion. Tak jak podejrzewałam od początku, a technicy kryminalistyki potwierdzili moje przypuszczenia, plastikowe opaski, którymi skrępowano jej dłonie, można nabyć w każdym sklepie budowlanym.

– Proszę nam powiedzieć coś więcej o tych świadkach – przerwała jej Estíbaliz.

– Ciało znaleźli dwaj mężczyźni, którzy przyszli od strony Álavy. Mieszkają w Arai i wędrowali szlakiem z Zalduondo, zaparkowali wóz na polanie Petroleras. Obaj twierdzą, że wyjęli jej głowę z wody, mając nadzieję, że jeszcze żyje, ale była blada jak ściana i doszli do wniosku, że jest martwa już od jakiegoś czasu. Sprawdzili jej puls na szyi, upewnili się, że nie oddycha, i już niczego nie dotykali. Tak przynajmniej mówią. Kiedy przybyła na miejsce brygada ratowników górskich, potwierdzono zgon. Odjechali już.

– Tak, to oni powiadomili nas o zdarzeniu – wyjaśniła Estíbaliz.

Podszedł do nas inspektor Muguruza, człowiek energiczny, o interesującej kwadratowej twarzy. Miał na nosie okulary w stylu lat siedemdziesiątych, ze szkłami fotochromowymi, ciemniejszymi, niż nakazywałaby pogoda. Wyglądał, jakby nie przespał nocy. Przywitał się z nami, unosząc brwi, i przejął pałeczkę od doktor Guevary.

– Wszędzie pełno odcisków palców, zwłaszcza na zewnętrznej części kotła, zresztą doktor Guevara już je pokazywała inspektor Gaunie. Boję się, że należą do świadków. Na razie to, co zastaliśmy, zgadza się z ich wersją wydarzeń. Będziemy musieli pobrać od nich odciski palców, żeby to potwierdzić.

– Na ciele denatki nie ma śladów walki, sprawdzimy to jeszcze dokładniej podczas autopsji. Poszukamy też resztek skóry pod paznokciami. Wiemy, że ofiara żyła, kiedy ją powieszono, przyczyną śmierci było utonięcie w kotle pełnym wody – ciągnęła lekarka. – Znaleźliśmy ślady uderzeń i otarcia na jej głowie, prawdopodobnie spowodowała je sama, próbując wydostać głowę z kotła.

– Co się stało z wodą? – zapytała Estíbaliz.

– Mężczyźni wylali ją, kiedy próbowali ją ratować.

– A skąd wziął ją morderca?

– Po drodze jest wiele źródeł i potoków, w zimie pełno w nich wody. Możliwe też, że ukrył kocioł gdzieś w pobliżu. Ostatnio często tu padało, kocioł z pewnością napełniłby się deszczówką. Poza tym sugeruję, żebyśmy się pospieszyli – rzekła doktor Guevara, słysząc w oddali grzmot. – Musimy włożyć ciało do worka.

– Dużo przygotowań, nie sądzisz? – szepnęła mi do ucha Esti.

I miała rację. Cała ta sceneria wydawała się zbyt skomplikowana jak na zwykłego mordercę. Zabójstwa dokonano w bardzo dziwny sposób. Miałem wrażenie, jakbyśmy przechodząc przez tunel San Adrián, przenieśli się w czasie i znaleźli w epoce, kiedy rytuał był równie ważny jak sama śmierć.

Było w tej scenie coś bardzo anachronicznego.

W głowie uruchomił mi się tryb profilera. Na podstawie pierwszych wrażeń próbowałem wyobrazić sobie podstawy profilu mordercy: scenę, modus operandi, podpis i geografię. Wiktymologię zostawiłem Estíbaliz.

Obecność liny i kotła, konieczność napełnienia go wodą wskazywały na mordercę zorganizowanego, prawdopodobnie psychopatycznego, a nie psychotycznego. Morderca albo mordercy – bo od pierwszej chwili nie wykluczałem, że było ich więcej – zaplanowali ten rytuał bardzo szczegółowo. Kocioł był narzędziem zbrodni – fetyszem, czymś, co nie służyło do zabijania, ale właśnie do tego celu zostało użyte. Nie uszło mojej uwagi, że zabójca chciał mieć kontrolę nad sytuacją: związał ofierze ręce, żeby nie zniszczyła mu starannie przemyślanej scenerii.

Z kolei zakrycie twarzy post mortem mogło wskazywać na poczucie winy lub na to, że morderca znał Annabel Lee. Możliwe również, że zabójca został zaskoczony przez świadków i nie dokończył rytuału. Było zbyt wcześnie, żeby o tym przesądzać. Miałem jednak wrażenie, że cały ten reżyserski wysiłek był odtworzeniem jakiegoś obrzędu. Drzewo, historyczne miejsce, zabytek archeologiczny, czyli kocioł z brązu…

Nie byłem pewien, czy dokonał tego rzeczywiście psychopata. Widziałem w osobowości zbrodniarza cechy mieszane. Zdawałoby się, że morderca miał urojenia mesjanistyczne, coś kazało mu dokonać na Annabel Lee rytualnego mordu. To wszystko, ku mojemu wielkiemu zmartwieniu, wskazywałoby na rys psychotyczny, chorobę psychiczną, zdeformowany umysł, który utracił kontakt z rzeczywistością. Jednym słowem, na delirium.

A martwiło mnie to dlatego, że zabójcy psychotyczni są nieprzewidywalni, a ja lubiłem świat uporządkowany, dający się skatalogować. I w efekcie kontrolować.

– Jakieś płyny ustrojowe, pani doktor? – zapytała Estíbaliz, odwracając się do rozmówczyni.

– Nie znaleźliśmy na razie śladów krwi ani spermy – odpowiedziała, znów spoglądając na niebo. – Obawiam się, że zapadnie noc, zanim zdążymy skończyć robotę, będę miała więc okazję to sprawdzić luminolem i lampą Wooda. Chociaż wydaje się, że potwierdziliśmy jej tożsamość, zdejmę odciski z prawego palca wskazującego. Tak dla pewności.

– Co może nam pani powiedzieć o tym, kiedy nastąpiła śmierć?

– Mamy do czynienia ze stężeniem pośmiertnym, więc od śmierci ofiary upłynęły co najmniej trzy, cztery godziny. Wiecie doskonale, że zimno może powodować zmiany, jeśli chodzi o oziębienie pośmiertne, ale oceniam, że umarła wcześnie rano. W zimie i w dzień powszedni to miejsce jest opustoszałe, archeologowie z firmy Aranzadi pracują tylko w lecie, więc ten, kto to zrobił, miał czas, żeby powiesić ofiarę, zanurzyć jej głowę w kotle, popatrzeć, jak umiera, i odejść.

– Więc jeśli mężczyźni przyszli tu, jak twierdzą, wczesnym popołudniem, kobieta już nie żyła? – wtrąciła moja towarzyszka.

– Jeśli rzeczywiście przyszli o tej porze, na pewno była martwa.

– Dziękuję, pani doktor. Z mojej strony to już wszystko. – Estíbaliz pożegnała się i zwróciła do jednego z techników z prośbą o protokół z oględzin.

Obejrzeliśmy rysunek z sylwetkami pobliskich drzew, wejściem do tunelu od strony Álavy, zaznaczonym położeniem zwłok i kotła. W raporcie zostały wymienione wszystkie ślady materialne. Jeden z techników robił zdjęcia papierosów i chusteczek, na ziemi ustawiono tabliczki z numerami i miarki. Okolice tunelu nie były może wysypiskiem śmieci w pełnym tego słowa znaczeniu, ale przedstawiały typowy obraz miejsca uczęszczanego przez turystów niespecjalnie wyczulonych na ekologię, którzy pozostawiali tu takie ślady swej bytności, jak plastikowe torby, folia aluminiowa po kanapkach, puste puszki.

Zebrano resztki ziemi z podeszew butów Annabel, żeby porównać je z ziemią na parkingu Petroleras w Álavie oraz z parkingu po stronie Gipuzkoi i dowiedzieć się, jaką drogą dotarła na spotkanie śmierci. Technicy mieli również zamiar zbadać ślady kół na tych parkingach.

Jeśli chodzi o ślady wokół miejsca zbrodni, był to prawdziwy galimatias. Dopatrzyłem się kilku tuzinów różnych śladów, prawdopodobnie większość z nich pozostawili turyści wędrujący tym szlakiem w weekendy. Poczciwy Andoni Cuesta miał rację: porównanie ich z SoleMate: bazą danych różnych podeszew, jaką dysponowaliśmy w jednostce, niechybnie okaże się drogą przez mękę.

Oddaliłem się nieco od Estíbaliz, która z uwagą czytała raport, żeby obejrzeć tajemniczy brązowy kocioł spoczywający na porośniętej trawą ziemi, kilka metrów od Annabel. Miał mniej więcej siedemdziesiąt centymetrów średnicy, nity i parę uchwytów. Nie był to wyrób współczesny i bardzo dobrze wiedziałem, kto pomoże mi ustalić jego pochodzenie.

Zrobiłem mu zdjęcie z przodu i z góry i wysłałem oba WhatsAppem staremu znajomemu.

„Potrzebuję pomocy archeologa. Wylądowaliście już w Los Angeles?” – napisałem.

„Ciągle jesteśmy w Álavie – odpowiedział błyskawicznie Tasio. – Co ty mi wysłałeś? Zajmujesz się teraz przestępstwami przeciwko dziedzictwu kulturowemu?”

Tasio Ortiz de Zárate najdrożej zapłacił za podwójną zbrodnię z dolmenu: spędził dwadzieścia lat za kratkami za przestępstwo, którego nie popełnił. Teraz zaczynał w życiu nowy etap jako scenarzysta amerykańskiego serialu na podstawie tych wydarzeń. Utrzymywaliśmy coś w rodzaju przyjacielskich, może raczej powinienem powiedzieć: koleżeńskich stosunków.

„Wyjaśnię ci to, jeśli obiecasz mi dyskrecję, w zamian za twoje doradztwo w sprawach niegdysiejszych naczyń, OK?” – odpisałem.

„Powinienem się obrazić, że wątpisz w moją dyskrecję. A poza tym moja wiedza co nieco zardzewiała, od dwóch dekad nie pracuję w zawodzie. Tak czy siak, to, co mi przysłałeś, to materiał na egzamin z pierwszego roku. Kocioł z Ca­bárceno”.

„Cabárceno? W Kantabrii?”

„Owszem. Mamy do czynienia z wyjątkowym eksponatem, znaleziono bardzo niewiele podobnych na północy naszego półwyspu. To kocioł typu irlandzkiego, właściwy dla kultury celtyckiej. O ile dobrze pamiętam, znaleziono go w 1912 roku na górze Peña Cabarga. Datowany jest na późną epokę brązu, czyli, mówiąc po ludzku, ma mniej niż dwa tysiące dziewięćset i więcej niż dwa tysiące sześćset lat”.

„Gdzie powinien się znajdować?”

„W gablocie muzeum, przypuszczam, że w Muzeum Prehistorii Kantabrii. Daj mi kilka minut, a ustalę, co i jak”.

„Miło się z tobą współpracuje – odpisałem. – Jeszcze jedno i to jest rzecz przeznaczona wyłącznie dla twoich uszu: z punktu widzenia osoby, która studiowała zarówno archeologię, jak i kryminologię, jakie znaczenie może mieć to, że został użyty w tunelu San Adrián?”

„O kurwa”.

„No”.

„Użyty? W jaki sposób?”

„Więcej nie mogę ci zdradzić, Tasio. Zastanów się nad moim pytaniem i odpowiesz mi później, dobrze?”

„Ignacio przesyła pozdrowienia. Jak to się stało, że tak szybko wróciłeś do pracy?”

„Nie wróciłem do pracy”.

„Skoro tak twierdzisz. Na razie się żegnam, odkurzę sobie wiedzę na temat Celtów. I… Kraken, dzięki, że sobie o mnie przypomniałeś. Wiesz, że lubię być przydatny społeczności Álavy”.

„Trudno o tobie zapomnieć. Cieszy mnie, że jesteś po jasnej stronie mocy”.

„Zawsze byłem”.

„Wiem. Odezwij się, kiedy będziesz coś wiedział”.

Skończyłem rozmowę zadowolony, że mogę być równie skuteczny jak kiedyś. Niewykluczone, że mowa nie była mi tak bardzo potrzebna, jak sądziłem.

Zajrzałem do kotła: na dnie została resztka wody i ujrzałem swoje odbicie, odbicie człowieka, którym kiedyś byłem, Krakena, którego można było zranić, ale nie dało się go złamać, silnego i elastycznego, czasem budzącego strach. Raczej upartego niż błyskotliwego profilera, nigdy nieporzucającego dochodzenia, dopóki go nie dokończył, nie zgromadził odpowiednich dowodów i nie postawił podejrzanych przed sądem. Taki kiedyś byłem, tamto życie skończyło się 18 sierpnia, gdy Nancho wpakował mi w głowę kulę, która zniszczyła mój mózg i sprawiła, że bałem się każdego nowego kroku.

Odizolowałem się od świata i czułem się jak pączek w maśle w swoim Villaverde, ale zmieniłem się w faceta, który smaży jeżynowe konfitury. Bardzo smaczne, trzeba przyznać, no ale to jednak tylko konfitury.

Rozejrzałem się za Estíbaliz, lecz nie było jej już na miejscu zbrodni. Wróciłem więc do tunelu i zastałem ją przytuloną do ściany pustelni znajdującej się wewnątrz. Podszedłem cicho, żeby nie przeszkadzać w rozmowie, którą prowadziła właśnie przez telefon.

– Chcę, żeby został naszym profilerem – szeptała do kogoś przez słuchawkę. – Doskonale zdaję sobie sprawę z jego deficytów wynikających z urazu, ale inspektor Ayala potrafi się porozumieć pomimo problemów z językiem. Przepraszam – poprawiła się – chciałam powiedzieć: z mową. Choćbyśmy nawet znaleźli nowych współpracowników, bez niego i tak nasza jednostka będzie kulawa, dobrze o tym wiesz. A poza tym to dobry sposób, żeby nakłonić go do rehabilitacji. Proszę tylko o to, żeby doradzał nam jako biegły, zanim odzyska dawną sprawność i będzie mógł oficjalnie wrócić na stanowisko.

Estíbaliz w milczeniu wysłuchała odpowiedzi, stałem na tyle daleko, że nie mogłem usłyszeć, co mówi nasza szefowa. A dałbym za to cały kocioł pełen złotych monet.

– Albo – ciągnęła już mniej oficjalnym tonem – mówiłaś mi, że Diana Aldecoa, neurolożka, zasugerowała, że powinien się znaleźć w otoczeniu, które będzie dla niego wyzwaniem. I że im szybciej zacznie robić postępy, tym większe szanse, że w długofalowej perspektywie wróci do formy. Zapewniam cię, że Unai może się nam bardzo przydać.

Zaskoczyło mnie to, że Alba i Estíbaliz są na ty. Wiedziałem, że Esti podziwia szefową, zauważyłem, że darzą się wzajemną sympatią, ale dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę, że podczas mojej nieobecności zaprzyjaźniły się i nie ograniczały tylko do kontaktów zawodowych. Ucieszyłem się. Byłem pewien, że to dobrze zrobi im obu. Albie, bo dotąd w Vitorii doskwierała jej samotność, jeśli zaś chodzi o Esti, miałem nadzieję, że będzie to dla niej impuls, żeby skupiła się na sobie i uwolniła od nałogów. A może połączyła je żałoba, którą obie przeżywały: jedna po mężu, druga po bracie.

Wzruszyło mnie, że moja zawodowa partnerka i moja szefowa konfabulują i naginają przepisy, żeby skłonić mnie do powrotu. A jeszcze bardziej to, że moja najlepsza przyjaciółka i kobieta, która nie wiedziała, czy dziecko, którego oczekuje, jest moje, dbały o mnie za moimi plecami i chciały wypchnąć mnie ze strefy komfortu, żebym odzyskał mowę.

I właśnie tam, w odległym zakątku łańcucha górskiego Aizkorri, w tunelu nazywanym dawniej Granicą Złoczyńców, postanowiłem – przez wzgląd na Annabel Lee, Albę i to nienarodzone dziecko – że zrobię wszystko, żeby znów stać się Krakenem, którym kiedyś byłem.

Przez kilka minut czekałem jeszcze w odpowiedniej odległości, aż Estíbaliz skończy rozmowę i uśmiechnie się triumfalnie.

Podszedłem bliżej i pokazałem jej wyświetlacz telefonu.

Jesteś pewna, że wiesz, o co prosisz? – napisałem.

Posłała mi swoje szelmowskie spojrzenie. Nie wydawała się wcale zaskoczona moją obecnością, nie wiem, w jaki sposób wyczuła mnie za plecami, może odróżniała odgłos moich kroków od wszystkich innych. Estíbaliz traktowała mnie z wyjątkową czułością. Pozornie przyzwyczaiłem się do tego, ale wciąż mnie zaskakiwała, a ja starałem się to ukryć.

– Wróćmy na miejsce zbrodni. Mam nadzieję, że się pospieszą, bo te pioruny wcale mi się nie podobają, a jeszcze mniej wiatr, który się właśnie zerwał – powiedziała i wyszliśmy znów z tunelu. – Wiem, że nie chcesz wracać do pracy, nie chcesz komplikować sobie życia, ale jesteś dobrym profilerem, a ja jestem świetną specjalistką od wiktymologii. Nie mam pojęcia, czy to pierwsze z seryjnych morderstw, czy może przestępca zabił już wcześniej, ty musisz to ocenić. Wiem jedno, to nie jest zwykły sposób zabijania, a ty możesz pomóc nam ustalić, co za świr zrobił to Anie Belén Liaño. Niepokoi mnie to, że była w ciąży. Jeśli kolejnymi ofiarami będą ciężarne kobiety, po prostu oszaleję.

Nie, Estíbaliz. Nikt nie będzie tu mordował ciężarnych. Nawet, kurwa, o tym nie myśl, powiedziałem sobie w duchu.

Koniec i kropka.

A potem spojrzałem w górę, zobaczyłem złowróżbne skłębione chmury zbierające się nad naszymi głowami i kolejny raz miałem wrażenie, że siły natury sprzysięgły się przeciwko mnie.

4 PUSTELNIA SAN ADRIÁN

17 listopada 2016, czwartek

– Zrób to dla niej i dla jej dziecka – nalegała i oboje spojrzeliśmy w niebo. Paskudny lodowaty deszcz lunął z ciemnych chmur, które nie zwiastowały niczego dobrego.

Dla niej i dla jej dziecka, powtórzyłem w myślach, patrząc, jak technicy przeprowadzają oględziny zwłok Annabel Lee. Ale to nie o niej i jej nienarodzonym dziecku pomyślałem, ale o kobiecie, która przed chwilą rozmawiała z moją partnerką.

– Idziemy – popędziła mnie Estíbaliz. – Kiedy się rozpada, to będzie prawdziwa katastrofa. Może pozwolą nam sobie pomóc w zabezpieczaniu śladów. Będziemy musieli schować się w tunelu. Nie uda nam się dotrzeć do samochodów, zanim przemokniemy do suchej nitki.

Pokiwałem głową i poszedłem za nią.

To prawda, po tym, co tu widziałem, nie wytrzymałbym w Villaverde, nie biorąc udziału w śledztwie. Nękałbym cię, żebyś opowiadała mi o postępach – napisałem jej po drodze.

Deszcz nie był teraz nieśmiałym ciągiem lodowatych kropli. Lunęło jak z cebra, ale najbardziej niepokoił wiatr, coraz silniejszy, wiejący od szczytu.

– No tak, wpadałbyś ciągle na komendę, kiedy śledztwo nie rozwijałoby się tak, jak sobie tego życzysz. Już to przerabialiśmy, Kraken. – Roześmiała się wesoło, a w jej oczach zaiskrzyła nadzieja. – Wróć do nas, wróć wreszcie do domu.

Jestem przerażony – napisałem. – Dziś rano obudziłem się zdenerwowany, bo musiałem stanąć przed władzami miasta i tłumem vitorczyków, którzy chcieli oddać mi hołd. Martwiłem się głównie o to, żeby nie było widać blizny po kuli. – Przestałem pisać, żeby w mimowolnym odruchu ułożyć kosmyk włosów.

A o rozmowie z Albą nawet ci nie opowiem, pomyślałem i zacisnąłem szczęki, żeby pohamować wściekłość.

To morderstwo nie wróży nic dobrego. Będziecie potrzebowali profilera.

Uśmiechnęła się i ja się uśmiechnąłem. Bez słów powiedzieliśmy sobie, że włączę się do śledztwa.

Ale nie wyjawiłem jej całej prawdy.

Nie powiedziałem, że podczas oględzin miejsca zbrodni na chwilę zapomniałem o rzeczywistości, której nie umiałem stawić czoła: macierzyństwie Alby i moim możliwym ojcostwie. Musiałem zanurzyć się po uszy w tym śledztwie, a przewidywałem, że będzie skomplikowane i zaskakujące, bo konfitury z jeżyn i pieczone kasztany nie wystarczą, żebym nie oszalał w Villaverde, rozmyślając o tej ciąży.

– Wiesz co? Mój brat Eneko opowiadał mi różne historie o tym miejscu, kiedy wybieraliśmy się tu z naszą paczką. Znał ich setki. Przez ten tunel od wieków podążali pielgrzymi na szlaku Świętego Jakuba, członkowie zakonów rycerskich, karety ze szlachetnie urodzonymi damami, kupieckie karawany. Ale jest jedna opowieść, którą zawsze bardzo lubiłam, opowieść o pustelniku, który mieszkał nieopodal szpitala dla pielgrzymów wybudowanego w średniowieczu. Wiesz, to ten budyneczek, który znajduje się trochę niżej, zwany dziś pustelnią Sancti Spiritus. Podobno ten pustelnik pomagał dzieciom, które nie mogły zacząć mówić.

Kiedy mi o tym opowiadała, zauważyłem, że odruchowo dotknęła srebrnego eguzkilore na rzemyku, który nosiła na szyi. Wciąż go miała; amulet, pamiątkę po Eneku. Ona też jeszcze nie wyleczyła się ze swoich ran.

Cuesta przerwał nam rozmowę. Sekretarz sądowy szedł do tunelu, żeby schronić się przed deszczem. Dwóch techników, specjalistka od medycyny sądowej i inspektor Muguruza w pośpiechu umieścili w worku ciało Annabel Lee. Cuesta podał nam teczkę w plastikowej torebce.

– Chyba powinniście to zobaczyć – powiedział.

Woda spływała strugami po jego białym kombinezonie.

– A co to właściwie jest? – zapytała Estíbaliz, skupiona w tej chwili na tym, co należało zabrać z miejsca zbrodni.

I wtedy zaczął padać grad: grudki lodu wielkości piłek golfowych waliły w nas jak oszalałe.

– Kocioł! I kurtka! – krzyknął inspektor Muguruza. – Chodźcie nam pomóc!

Pobiegliśmy, rozumiejąc, że nie czas na pogaduszki.

– Dacie sobie radę z ciałem? – spytała Estíbaliz lekarki sądowej.

– Tak, chodźmy do tunelu, chociaż nie wiem, czy będziemy tam bezpieczni. Jeśli gradobicie zmieni się w ulewę, ten tunel okaże się pułapką i zmyje nas woda. Przynieście koniecznie ten kocioł i kurtkę.

Wciąż mieliśmy rękawiczki, więc podniosłem z ziemi kurtkę, która nie była jeszcze całkiem mokra, a Cuesta i Estíbaliz pobiegli po kocioł.

Nagle zdałem sobie sprawę, że lekarka sądowa i Muguruza nie uniosą sami zwłok. Włożyłem sobie kurtkę pod pachę i poszedłem im pomóc.

Esti i Andoni zauważyli, że nawet we trójkę będziemy mieć problem, więc zostawili kocioł i w piątkę zaczęliśmy znosić zwłoki po kamienistej ścieżce pokrytej kulkami śliskiego gradu.

– Nie zdołamy dotrzeć do samochodów ani nawet do schroniska – powiedział wyczerpany inspektor Muguruza. – A kiedy zacznie się potop, spływający z góry strumień natychmiast nas zmiecie. Musimy schronić się w pustelni.

– Jest zamknięta – zauważył sekretarz sądowy takim tonem, jakby nie było to oczywiste.

– Więc musimy się do niej włamać – zadecydowała lekarka.

Spojrzeliśmy po sobie. Nie zostało nam wiele czasu. Nie mieliśmy pod ręką niczego, co mogłoby posłużyć za łom, więc Estíbaliz, Cuesta i ja zaczęliśmy na zmianę kopać w drewniane drzwi. Wydało mi się herezją profanować w ten sposób pomieszczenie udekorowane motywem muszli Świętego Jakuba, ale doznałem ulgi, czując, że drzwi ustępują. Kiedy się wreszcie otworzyły, trzej technicy, specjalistka od medycyny sądowej, sekretarz sądowy, inspektor Muguruza, Esti i ja weszliśmy po dwóch stopniach prowadzących do wnętrza, niosąc worek z ciałem Annabel.

Podałem inspektorowi kurtkę należącą do zamordowanej, nie chciałem, żeby się zabrudziła na podłodze pustelni. Było to maleńkie pomieszczenie z ołtarzem i obrazem świętego za czarną kratą.

Słychać było dudnienie gradu przypominające arytmiczne bicie serca, czasem przyspieszało, czasem zwalniało. Na zewnątrz zostały walizeczki techników i kocioł z Cabárceno. Na szczęście zdołaliśmy przenieść sprzęt fotograficzny.

Po chwili wydawało się, że nawałnica nieco się uspokoiła, i Cuesta postanowił wyjść z naszej kryjówki.

– Dokąd pan się wybiera? – zapytał Muguruza.

– Idę po kocioł, szefie. Nie możemy go tam zostawić! – krzyknął Andoni.

Zanim ktokolwiek zdołał jej przeszkodzić, Estíbaliz dołączyła do niego.

– Idę z nim – powiedziała, ominęła mnie zwinnie jak kotka i prześlizgnęła się do wyjścia.

Chciałem zaprotestować, żeby została w pustelni ze mną, z nami, ale nie zdołałem wyjąkać ani jednej sylaby, a kiedy próbowałem ruszyć za nią, inspektor i lekarka sądowa stanęli w drzwiach i nie pozwolili mi wyjść do tego białego piekła.

– Ich dwoje wystarczy – rzucił stanowczo Muguruza. – Nie możemy wszyscy narażać się na niebezpieczeństwo.

– Niech się pan pomodli, jeśli pan potrafi – szepnęła doktor Guevara. – Ma pan nawet ołtarz.

Zostałem więc na miejscu bezsilny, czekając na Estíbaliz w progu. Do odgłosu gradu walącego w surowe ściany tunelu doszły teraz pomruki burzy.

Wtedy spadła pierwsza lawina.

Naprawdę się przeraziłem.

Dopiero w tym momencie.

Nie pierwszy raz przeżywałem załamanie pogody w tych górach, ale teraz tunel przestał być dla nas schronieniem. Wrota, które od wieków przekraczali pielgrzymi, zmieniły się w śmiertelną pułapkę, kiedy wlała się w nie pierwsza biała fala gradu.

I stało się coś niewyobrażalnego.

Moim oczom ukazał się toczący się w dół kocioł z Cabárceno. Wydałem z siebie chrapliwy odgłos i moi towarzysze stłoczyli się przy mnie na progu pustelni. Kocioł odbił się kilka razy od ścian tunelu i zniknął w sklepionym łuku północnego wyjścia.

Zamarliśmy ze strachu, spodziewając się najgorszego. I najgorsze nastąpiło: zobaczyliśmy Andoniego Cuestę w białym kombinezonie zlewającym się w jedno z prądem lawiny, która ciągnęła go w dół niczym taśma transportowa.

To wszystko wydawało się koszmarną wizją, która trwała tylko krótką chwilę.

Nie sposób było opuścić naszego schronienia. Deszcz, lawina i porywisty wiatr były śmiertelnym zagrożeniem.

A jednak zdobyłem się na to.

Przecież została jeszcze Estíbaliz.

Musiałem ją uratować. Nie upłynęło nawet dziesięć sekund, gdy ją zobaczyłem.

I ten widok: jej ciało, jej ramiona, tułów i nogi szamoczące się pośród lawiny, wystarczył, żeby zburzyć tamę, którą mój mózg zbudował kilka miesięcy temu.

– Ty nie! – krzyknąłem i po raz pierwszy od sierpnia moje usta wypowiedziały słowa zrozumiałe dla wszystkich.

Ty nie.

Nie wiem, czy bardziej poraził mnie mój krzyk, czy to wszystko, co czaiło się za tymi dwoma słowami.

Rzuciłem się jak samobójca, doskonale wiedząc, że i ja ześlizgnę się po tym piekielnym zboczu, ale jakaś mocna dłoń w ostatniej chwili chwyciła mnie za ramię.

Łańcuch ratowniczy.

Tym razem moi towarzysze potrafili go stworzyć. I natychmiast przypomniałem sobie to, co wydarzyło się kiedyś, dwadzieścia cztery lata wcześniej.

Dłonie, których zabrakło, towarzysze, którzy woleli nie ryzykować życia, którzy nie… i zdałem sobie sprawę, że do tej pory im nie wybaczyłem. Żadnemu z tamtych czworga, Annabel Lee też nie, oczywiście, że nie.

I przypomniałem sobie urwiste klify Kantabrii i bezwładne ciało dziewczyny, które trzymałem w ramionach przez kilkadziesiąt minut, długich niczym wieczność.

5 KANTABRYJSKA WIOSKA

29 czerwca 1992, poniedziałek

Czterej chłopcy i ciemnowłosa dziewczyna, której jeszcze nie znali, wyskoczyli energicznie z pociągu na maleńkiej stacyjce w Cabezón de la Sal, kantabryjskiej miejscowości słynącej z wydobycia soli.

Czekał już na nich kierownik projektu Saúl Tovar, młody wykładowca akademicki, tym razem w nieformalnej koszuli w kratę. Przywitał ich otoczony wianuszkiem studentów wolontariuszy, którzy już wcześniej przyjeżdżali tu na letni obóz.

Nie było ich wielu: kilka studentek drugiego i trzeciego roku kręcących się wokół Saula, jakiś starszy chłopak rozmawiający z wysoką dziewczyną, która przywiozła ich tu z Santander swoim sfatygowanym fordem fiestą. Marian Martínez wiedziała, że to jedyny powód, dla którego zaproszono ją tutaj: miała robić za taksówkarkę Saula, wszechobecnego Saula. Marian nie podzielała zachwytu nad wykładowcą antropologii kulturowej, tak powszechnego na całym Uniwersytecie Kantabryjskim. Słyszała o nim różne historie…

Trochę z oddali, z dworcowej ławki, na której kazał jej usiąść ojciec, czarnowłosa dziewczynka przyglądała się grupce młodzieży z nadzieją. Te osoby były pierwszymi nieznajomymi, jakich widziała po długim okresie odosobnienia. Potem tylko ciotka i ojciec. On był troskliwy, jakby żałował tego, co zrobił.

Dziewczynka wiedziała, że jej umysł wciąż nie pracuje na pełnych obrotach, musiała wypłukać z siebie wszystkie te leki, którymi ją faszerowano. Była przekonana, że zdoła to zrobić, pijąc dużo wody.

Piła więc ciągle z małej plastikowej butelki. I ciągle musiała biegać do łazienki.

Trochę kłopotliwe.

Ale konieczne, powtarzała sobie. Nie chciała czuć się dłużej ogłupiała. Może ten obóz to jej jedyna szansa, bo kiedy wróci do szkoły we wrześniu… Uf, wtedy będzie za późno. Ojciec był szychą. Któż by jej uwierzył? Uczennicy, która powtarza rok? Nie chciała nawet myśleć o koszmarze chodzenia jeszcze raz do ósmej klasy.

Musiała skorzystać z okazji. Musiała rozejrzeć się i zastanowić, kto mógłby jej pomóc.

Dołączyła do grupy i ruszyła za ojcem do pałacyku hrabiego San Diego. Przestronny budynek o spiczastych czarnych dachach został podarowany przez rodzinę władzom miasteczka. Wymagał remontu, ale obozowicze nie mieli wygórowanych wymagań.

Dwie godziny później, kiedy już wszyscy zdążyli się poznać i nadeszła pora obiadowa, dziewczynka wciąż nie podjęła decyzji. Może ten wysoki brunet z rękami jak orangutan? Wydawał się najstarszy z czterech vitorczyków. Może. Ale nie była pewna.

Skupiła teraz uwagę na tym, który sprawiał wrażenie najpoważniejszego i najbardziej odpowiedzialnego. Miał na imię Asier, nie wydurniał się jak inni, nie śmiał z obleśnych dowcipów, a poza tym nie zauważyła, żeby rozmawiał z jej ojcem.

To było najważniejsze.

Powitalne rytuały powtórzyły się już po raz trzeci. Ona przyjeżdżała tu od samego początku, kiedy zaczęto realizować projekt odtworzenia kantabryjskiej wioski. Jednego była pewna: chciała studiować archeologię. O Celtach wiedziała wszystko. Jak ojciec, który ją nauczył.

Saúl Tovar przez najbliższe trzy tygodnie miał nadzorować grupę wolontariuszy, którzy zgłosili się do pracy przy budowie czterech celtyckich chatek z epoki żelaza.

Ci uczniowie liceum wyglądali na odpowiedzialnych i entuzjastycznie nastawionych do pracy. Można było ich formować, byli jak glina, a Saúl chciał zarazić ich swoją miłością do historii i nakłonić do studiów na Uniwersytecie Kantabryjskim, gdzie piastował stanowisko adiunkta. Chciał zasłużyć sobie na zaufanie dziekana, zostać jego prawą ręką i uzyskać stopień samodzielnego profesora. Musiał troszczyć się o Rebecę, tylko ona mu została. Zrobi to dla córki, zrobi dla niej wszystko.

Wypożyczył busik, żeby rozwiązać problem transportu. Z doświadczenia wiedział, że chłopcy rzucą się do roboty z zapałem, w weekend będą imprezować w Torrelavega albo wybiorą się na festyn Carmen w San Vicente de la Barquera, a ich początkowy entuzjazm zacznie topnieć z każdym dniem. Musiał zapewnić im jakieś rozrywki, zaproponować wycieczki, motywować ich opowieściami.

Po południu załadowali materiały budowlane do busa i ruszyli na wzgórze Picu la Torre, na którego zboczu czekały na nich drewniane szkielety rekonstruowanych chatek z epoki żelaza.

Kantabryjskiej wioski i pałacyku, w którym się zatrzymali, nie dzieliła zbyt duża odległość, ale Saúl uznał, że chłopcy są zmęczeni podróżą, a nie chciał narzekań już pierwszego dnia.

Przyciszył radio, nie mógł słuchać spokojnie, jak Eric Clapton śpiewa swój hit Tears in Heaven opowiadający o ojcu, którego czteroletni synek wypadł z pięćdziesiątego trzeciego piętra wieżowca.

Busik musiał ominąć kilku wytrwałych rowerzystów pod sześćdziesiątkę, którzy wyjechali na szosy zdopingowani zwycięstwem Induraina w Giro d’Italia i szansami na powtórkę podczas Tour de France.

Saúl prowadził, obok niego siedziała Rebeca. Oboje udawali, że nie myślą o niczym, chociaż tak naprawdę uważnie wsłuchiwali się w rozmowę czterech chłopców.

– Mam nadzieję, że będzie tu gdzieś budka telefoniczna. Obiecałem dzwonić co wieczór do szpitala – powiedział najmłodszy z chłopców, przystojny blondynek.

Rebeca już wcześniej zwróciła na niego uwagę. Miał na sobie markowe buty i levisy 501 z czerwoną metką. Mówili na niego J. i poza tym, że był śliczniutki, musiał też być bogaty.

Ciekawe, o co chodzi z tym szpitalem, pomyśleli jednocześnie Rebeca i Saúl, ale żadne z nich nie zapytało o to głośno.

Cierpliwości, powiedzieli sobie w duchu.

W swoim czasie się tego dowiem.

– Nie martw się na zapas – odparł wysoki brunet, niejaki Unai. – Na pewno gdzieś w pobliżu znajdziemy budkę.

– Jasne, stary. Wiesz przecież, że jeśli jego stan się pogorszy, zadzwonię po ojca i w dwie godziny jesteśmy w szpitalu Txagorritxu – powiedział Lutxo, grubasek z przetłuszczonymi włosami, w czarnej koszulce z Pearl Jam. Mówił szybko, wydawał się bardzo pewny siebie, a nawet agresywny, Rebece skojarzył się z ukrytą pod kamieniami żmiją.

Od pierwszej chwili czuła do niego antypatię.

Wszyscy chłopcy wydawali się opiekować najmłodszym José Javierem, który miał ksywkę J.

– Córeczko, jak się czujesz? – zapytał niespodziewanie ojciec prowadzący spokojnie, ze wzrokiem wciąż skupionym na drodze.

Nigdy nie przekraczał prędkości, pod tym względem Rebeca nie miała mu nic do zarzucenia.

– Dobrze, tato.

– Chciałbym, żebyś wiedziała, że te trzy miesiące bez ciebie były dla mnie bardzo trudne. Ogromnie za tobą tęskniłem.

Kusiło ją, żeby w to uwierzyć.

– Ja za tobą też, tato.

– Nie boli cię już głowa?

– Nie, tato. Naprawdę dobrze się czuję. – Ależ się uparł. Nie chcę o tym rozmawiać, nie chcę i już.

– Miałaś czas, żeby poczytać książki, które ci przysłałem, Atlas archeologiczny Cunliffe’a i inne?

Kiedy nie byłam za bardzo naćpana, czytałam je, tato. Tylko dzięki temu nie czułam się wariatką.

– Tak, tato. Bardzo dziękuję ci za te książki.

– Pomyślałem, że jutro, kiedy wyjaśnimy nowym, jak działa nasz warsztat, możesz pokazać im, jak robi się cegły z niepalonej gliny i kryty strzechą dach. Na pewno taka praktyka kiedyś ci się przyda, wiem, że zostaniesz wykładowczynią na uniwerku. Wierzę, że obejmiesz po mnie stanowisko, gdy odejdę na emeryturę – powiedział i uśmiechnął się, ukazując nieskazitelnie białe zęby.

Tak naprawdę był najprzystojniejszym ojcem świata, w niczym nie przypominał panów z brzuszkami, ojców jej koleżanek z klasy.

Był nieprzyzwoicie atrakcyjny, zawsze o tym wiedziała. Kiedy odbierał ją ze szkoły, dziewczyny patrzyły na nią z zazdrością.

Miał czarne włosy z granatowymi refleksami, które odziedziczyła po nim córka. Bardzo się starał wyglądać młodziej, niż wynikało to z jego metryki. Lubił nosić dżinsy, białe T-shir­ty i koszule w kratę. Miał kwadratową szczękę i nieco skośne zielone oczy, trochę czarownika, trochę anioła – tego Rebeca nie odziedziczyła.

Twarz Rebeki rozjaśnił uśmiech. Poczuła, że drżą jej mięśnie twarzy. Nie uśmiechała się od miesięcy.

Może jednak mnie kocha, może naprawdę się o mnie martwi, pomyślała, ale nie za bardzo pozwoliła sobie w to uwierzyć. Takie wahania przeszkodzą jej w realizacji planu, a podobna okazja już się nie powtórzy.

6 CANTÓN DE LA SOLEDAD, CZYLI ULICZKA SAMOTNOśCI

17 listopada 2016, czwartek

Utworzony przez nas ludzki łańcuch ratowniczy cudem ocalił Estíbaliz, zanim zsunęła się z lawiną po zboczu wzgórza. Udało nam się zanieść ją do pustelni. Była przerażona i wyziębiona. Zamknęliśmy drzwi, zostawiając za sobą tanią kopię Wielkiego Wybuchu, w którym przyszło nam uczestniczyć.

– Sprawdźcie swoje komórki, ale boję się, że nie mamy zasięgu. – Inspektor Muguruza musiał podnieść głos.

Grad uderzał w mury pustelni i odbijał się w środku echem jak w pudle rezonansowym.

Wszyscy posłaliśmy mu grobowe spojrzenia. Niestety miał rację. Nie było sposobu, żeby wezwać pomoc.

– Musimy zachować spokój. Nasi koledzy z ekipy ratowników górskich wiedzą, że zostaliśmy tu, żeby przeprowadzić oględziny. Na pewno domyślają się, że utknęliśmy w tunelu i nie możemy zejść do samochodów. Czekają tylko, aż warunki poprawią się na tyle, żeby ruszyć nam z odsieczą. Musimy wytrwać do tego czasu.

Wszyscy tylko pokiwaliśmy głowami, niezdolni wykrztusić z siebie słowa.

Włożyłem ręce do kieszeni kurtki puchowej, szukając breloczka. Mój dziadek podarował mi wystruganą w drewnie miniaturkę pasma górskiego z mojej okolicy, którą nosiłem zawsze przy kluczach. To było wspomnienie domu, miejsca, do którego nieustannie chciałem wracać.

I natrafiłem na małą torebkę z migdałami w lukrze. Dziadek podarował je Germanowi i mnie tego ranka po śniadaniu, zanim wyruszyliśmy w drogę na uroczystość odsłonięcia muralu w Cantón de la Soledad. Teraz wydawało mi się, że od tej chwili upłynęło sto lat.

Nie zostało ich zbyt wiele. Migdały i glukoza. Właśnie tego potrzebowaliśmy. Podzieliliśmy się nimi. Smakowały jak ostatni posiłek więźnia zielonej mili.

Razem z szóstką ocalałych z katastrofy osób: sekretarzem sądowym, doktor Guevarą, Muguruzą, dwoma technikami kryminalistyki i Estíbaliz, usiadłem pod wewnętrzną ścianą pustelni. Zbiliśmy się w kupkę, żeby ogrzać się nawzajem ciepłem naszych ciał. Czekaliśmy, aż ten upiorny wiatr wreszcie ucichnie, a piekło, które się rozszalało, wróci tam, skąd przyszło.

Starałem się nie patrzeć na worek ze zwłokami Annabel Lee spoczywający w najchłodniejszym kącie pomieszczenia, tuż przy drzwiach. Nie przypuszczałem, że tak będzie wyglądać ostatnia spędzona z nią noc. Z Annabel zawsze tak było: otaczał ją mdlący zapaszek śmierci i destrukcji. Nie potrafiłem wyobrazić sobie jej jako matki, osoby, która daje życie.

Nie wiem dokładnie dlaczego.

Mówiła, że woli żyć w fikcji swoich komiksów, że świat realny wszystko niszczy. Chyba jej twórcza energia utrzymywała ją na powierzchni i chroniła przed autodestrukcyjnymi tendencjami, których była świadoma. Chroniła ją przed katastrofą. Przynajmniej zdawała sobie z tego sprawę. Nigdy nie przeprosiła nas za krzywdę, którą nam wyrządziła.

Zapadła noc, a wilgoć wnikająca w moje ubranie, przylepiająca się do włosów, twarzy, szyi i dłoni stawała się coraz bardziej nieznośna. Naga skóra buntowała się przeciw warunkom atmosferycznym panującym tysiąc dwieście metrów nad poziomem morza, na domiar złego w listopadzie. Kule gradu bijące o mury pustelni nie pomagały, mieliśmy wrażenie, że uwięziono nas w zamrażalniku.

Nie wiem, czemu obsesyjnie skoncentrowałem się na rozcieraniu lodowatych stóp Estíbaliz. Rozpiąłem swoją puchówkę i ułożyłem Esti wewnątrz w pozycji płodowej. Zapiąłem suwak do połowy, teraz wyglądałem jak kobieta w gigantycznej ciąży.

Jeszcze głowa, pomyślałem zmartwiony.

Wiedziałem, że noworodki tracą ciepło, kiedy mają odkrytą głowę, stąd na Facebooku tyle fotografii dzieci w niebies­kich i różowych czapeczkach. Nakryłem wyczerpaną głowę swojej towarzyszki połą puchówki. Poddawała się tym czynnościom bez oporu, zupełnie apatyczna (zapewne za sprawą szoku termicznego).

Ty nie. Ty nie możesz umrzeć. Nie wybaczę ci tego. Bez ciebie nie znajdę sobie miejsca na tym świecie.

I zacząłem całować ją w czoło i w policzki, żeby rozgrzać tę przemarzniętą skórę pełną uroczych piegów.

Musisz nadal mnie ratować, to ty pokonujesz złych.

I zdałem sobie sprawę, że tym razem wcale się nie oszukuję. Estíbaliz, chociaż tak drobna i niewysoka, była moją ochroniarką. Była moją podporą, murem, fosą otaczającą fortecę. Broniła mnie. Kiedy była przy mnie, czułem, jakby stała za mną potężna siła. To odkrycie, które poczyniłem tamtej nocy, sprawiło, że zrobiłem sobie listę priorytetów.

Pomogę ci, ilekroć mnie o to poprosisz. I nie szkodzi, że mam afazję Broki. Nie szkodzi, że moja relacja z Albą jest taka skomplikowana. Ty mnie prosisz, ja ci pomagam. Koniec, kropka. Przejdę terapię, jako nieodrodny wnuk mojego dziadka dam radę.

Niestety przypomniałem sobie o Albie i o rozmowie odbytej z nią tego popołudnia. Zjawiła się w Cantón de la Soledad i poprosiła, żebyśmy poszli do mnie, bo musi mi powiedzieć coś ważnego. Eufemizm, który oznaczał: jakąkolwiek decyzję podejmiesz, twoje życie już nigdy nie będzie takie samo.

Powiesz mi teraz, co się właściwie stało? – napisałem na wyświetlaczu telefonu, kiedy weszliśmy na trzecie piętro i rozsiedliśmy się na miękkiej sofie w moim salonie.

Chyba patrzyłem na nią z błyskiem nadziei w oczach, ale nie odpowiedziała uśmiechem na mój uśmiech. Zrozumiałem, że nie wszystko jest w porządku. Pod grubym białym płaszczem, który powiesiła w przedpokoju, miała luźny wełniany sweter chroniący ją przed chłodem vitorskiej jesieni.

– Wróciłam do pracy miesiąc temu, nadal jestem twoją szefową, chociaż ty wciąż przebywasz na zwolnieniu.

Uwierz mi, nie zapomniałem o tym.

– Miałam bardzo nieprzyjemną rozmowę z twoją neurolożką.

Zacisnąłem zęby. Ta randka w ogóle przestała mi się podobać.

– Upłynęły już trzy miesiące, od kiedy zostałeś ranny, a jeszcze nie byłeś u niej po skierowanie do logopedy. Doktor Aldecoa niepokoi się o ciebie, Unai. Mówi, że im więcej czasu minie, tym trudniej będzie ci odzyskać mowę. Plastyczność neuronów ma swoje granice i w sierpniu rokowania były optymistyczne, ale z każdym miesiącem zaniedbywania ćwiczeń sprawa się pogarsza.

Tak, już mi to mówiłaś – pokazałem jej gestem.

Z początku chodziłem na wizyty u doktor Diany Aldecoi z niemal religijnym nabożeństwem. Moja lekarka była energiczną kobietą o szeroko rozstawionych oczach i małej głowie otoczonej burzą ciemnych loków przypominających zwój kabli. Była mistrzynią w swojej specjalności, mówiła szybko i z takim zapałem, że podczas pierwszych tygodni rekonwalescencji trudno mi było za nią nadążyć. Cisnęła mnie. Cisnęła za bardzo, aż w końcu zacząłem opuszczać wizyty. Nie byłem jeszcze gotów.

Dlatego przyszłaś? – odpisałem.

– Po części tak. Ale nie tylko dlatego. Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć. To dla mnie trudne i nie wiem, czy po tym, jak dowiesz się prawdy, będziemy mogli wrócić do naszej relacji, jakakolwiek by ona była.

O czym, u diabła, mówisz? – napisałem zdenerwowany.

Alba podniosła się z sofy i stanęła przede mną. Patrzyłem na nią, wiedziałem, że czeka, aż się odezwę, ale byłem zbyt zdezorientowany i wolałem, żeby to ona prowadziła tę rozmowę.

– Nie zauważyłeś? – zapytała tonem, jakby chodziło o rzecz zupełnie oczywistą.

Miałem głupią minę i wciąż nie wiedziałem, o co chodzi. Nic a nic.

Uniosła sweter i pokazała mi brzuch. Jej skóra była śnieżnobiała, nadal tak bardzo jej pożądałem.

– Jestem w ciąży od sierpnia, od święta Białej Panienki, Unai.

To był nieświadomy odruch, nie panowałem nad nim.

Uśmiechnąłem się.

Od ucha do ucha.

Uśmiech zniknął mi jednak z twarzy, kiedy zobaczyłem minę Blanki.

O co chodzi? Wiem, że to nie jest najlepszy sposób na rozpoczynanie związku, ale…

Złapała mnie za rękę i nie pozwoliła zapisać strumienia chaotycznych myśli, które przychodziły mi do głowy. Szybko ostudziła mój zapał.

– Nie potrafię w tej chwili powiedzieć, czy ojcem jesteś ty, czy Nancho.

Nancho. Oczywiście. W kółko Nancho. Wszechobecny Nancho.

– Kilka dni przed świętem spałam z nim, nie miałam na to ochoty i ciągle myślałam o tobie, ale było to częścią naszej niepisanej umowy, którą wypełniałam. Niechętnie, bo to nie byłeś ty. Po tym, co stało się na klatce schodowej ósmego sierpnia, już więcej z nim nie spałam. Chcę, żebyś wiedział, że byłam ci wierna. Ale zaszłam w ciążę właśnie wtedy, bo wielkość płodu wskazuje na…

Czternaście tygodni, policzyłem, wpatrując się w deski podłogi. Okropnie rozbolała mnie głowa. Bolała mnie blizna, kość, przez którą przeszła kula, jak wtedy, gdy w Villaverde nadciągała burza.

– …czternaście tygodni – dokończyła.

Czy wszystko w porządku? Mówiłaś, że twoje pierwsze dziecko cierpiało na jakąś rzadką chorobę – wystukałem z trudem. Nie wiem, dlaczego pomyślałem o tym najpierw.

Musi być w porządku, nie możesz przechodzić przez to jeszcze raz.

– Wrodzoną łamliwość kości typu drugiego. Jeszcze tego nie wiem. Można ją wykryć za pomocą USG dopiero między czternastym a szesnastym tygodniem. Jestem pod kontrolą, to ciąża wysokiego ryzyka. Po części ze względu na moje pierwsze dziecko, a po części na mój wiek. Nie najmłodsza pierworódka, mówi mój lekarz. Unai, nie mogłam tego przed tobą ukrywać, ale nie mówię ci o tym, bo oczekuję, że będziesz się opiekował moim dzieckiem.

Może to też moje dziecko.

Usiadła z powrotem obok mnie na sofie. Spojrzała na moją dłoń, chyba chciała wziąć mnie za rękę, ale tego nie zrobiła.

– Mam taką nadzieję. Że jest twoje. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, przez pierwsze tygodnie byłam w szoku. Nie zdążyłam się jeszcze pogodzić z myślą, że Nancho zabił dwadzieścia jeden osób, że ożenił się ze mną tylko dlatego, żeby mieć dostęp do śledztwa, że przez tyle lat żyłam z psychopatą zorganizowanym, według twojej terminologii. Postanowiłam zacząć od nowa, przejść do następnego etapu. Kiedy matka przyjechała po mnie do szpitala, gdzie przebywałam na obserwacji z powodu ukąszeń pszczół i przyjęcia rohypnolu, poprosiłam, żeby zawiozła mnie do Laguardii. To ona zajęła się mieszkaniem, które dzieliłam z Nanchem w Vitorii. Oddała nie tylko wszystkie ubrania po nim, ale też wszystkie moje ubrania. Nie chciałam nosić rzeczy, których dotykał. Mama sprzedała wszystkie meble i wyposażenie domu, a potem zajęła się jego wynajęciem. Zmieniłam telefon, wyrzuciłam wszystkie zdjęcia z tamtych lat. Chciałam, żeby mój umysł stał się czarną dziurą pozbawioną wspomnień. Kiedy coś mi się przypomina, natychmiast staram się myśleć o czymś innym. Chcę wymazać Nancha z pamięci na zawsze.

Ale możliwe, że będziesz miała jego dziecko – napisałem, a ręka aż drżała mi z wściekłości, kiedy wstukiwałem ostatnie słowa.

Bądź przeklęty, Nancho. Za to, co mi właśnie zrobiłeś. Twoja ostatnia zbrodnia. Zniszczyłeś naszą przyszłość. Alby i moją.

Wstałem. Oparłem czoło o wilgotną szybę. Po jej drugiej stronie Vitoria opłakiwała coś rzewnymi łzami. Czułem tylko lodowaty chłód.

– Ocaliłeś temu dziecku życie. Myślę, że powinieneś o tym wiedzieć – usłyszałem za plecami głos Alby.

Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytałem.

– Pamiętasz, jak zadzwoniłeś do mnie z San Tirso?

Pokiwałem głową.

– Byłam w Laguardii, w wieżyczce swojego domu, i patrzyłam na sylwetkę gór, wiedząc, że ty tam jesteś. Byłam umówiona na zabieg w klinice w Burgos, potrzebowałam intymności, anonimowości, nie chciałam robić tego w Vitorii ani w Logroño.

Zabolała mnie sama myśl, że dziecko mogłoby się nie urodzić. Nie wiedziałem, czy jest moje, ale poczułem, że żrący kwas płynie w moich żyłach i dociera do koniuszków palców. Odruchowo zacisnąłem dłonie na ramie okna.

– Byłam przerażona możliwością, że to dziecko Nancha. Myślałam, że okropne mdłości, z którymi borykałam się w pierwszych tygodniach, to oznaka, że moje ciało odmawia noszenia dziecka tego skurwysyna. Podczas pierwszej ciąży nie miałam mdłości. Teraz z kolei wydaje mi się, że ta ciąża jest inna, bo ty jesteś ojcem dziecka. Ale pozwól, że skończę. Kiedy do mnie zadzwoniłeś, zrozumiałam, że nie chcę stracić dziecka, które może być twoje.

Ale co zrobisz, Albo? Oddasz je do adopcji, jeśli urodzi się rude? – napisałem.

– Wówczas zrobiłabym to samo, co rodzice zrobili Nanchowi. Byłabym od nich jeszcze gorsza. Nie. To przecież moje dziec­ko. Myślałam, że będę musiała nauczyć się je kochać, ale to przyszło automatycznie. Kocham je równie mocno, jak kochałam swoje pierwsze. Nie potrafię ci tego wyjaśnić. Czuję się z nim albo z nią bardzo silnie związana. To najbliższa z możliwych relacji.

A co ze mną? Jaką rolę mam w tym wszystkim odegrać?

– Taką, jaką sobie wybierzesz. Opowiedziałam ci o tym, bo sądzę, że zasługujesz na to, żeby znać prawdę. Ale nie oczekuję od ciebie, że będziesz chciał być ojcem. Jednego natomiast nie zrobię: nie będę ustalać ojcostwa.

Spojrzałem na nią z przerażeniem.

Nie rób mi tego.

Dlaczego nie? To rozwiałoby wątpliwości.

– Bo ono na to nie zasługuje, Unai. Nie zasługuje, niezależnie od tego, kto jest ojcem, morderca czy mężczyzna, którego kocham, żebyśmy osądzali je za coś, czemu nie jest w żaden sposób winne. To ja muszę wziąć odpowiedzialność za to, co się stało.

Powiedziała: „mężczyzna, którego kocham”, pomyślałem. Chwyciłem się tej myśli jak tonący brzytwy. Kilka godzin wcześniej dałbym się zabić, żeby usłyszeć te słowa, teraz jednak wydawały mi się drugorzędne.

Istniało nowe życie, które wymagało od nas salomonowych wyborów.

Znów oparłem czoło o szybę. Potrzebowałem tego chłodu.

Nie lubię, kiedy inni widzą, że płaczę, wstydzę się emocjonalnego ekshibicjonizmu, ale w tej chwili zbierało mi się na szloch.

Nie tak przez te miesiące wyobrażałem sobie nasze spotkanie. Pod koniec lata i na początku jesieni, kiedy ja zamknąłem się w Villaverde, przyrządzałem marmoladę z jeżyn i zapierałem się rękami i nogami, żeby nie wracać do normalnego życia, Alba musiała przetrawić śmierć męża, fakt, że próbował ją zabić, pogodzić się z tym, że dzieliła życie z psychopatą, który zabił ponad dwadzieścia osób – w tym dzieci, dowiedziała się, że jest w ciąży, i postanowiła urodzić dziecko, mimo że przypominałoby jej o najgorszym koszmarze życia.

Dla mnie sytuacja też nie była łatwa. Gdybym chociaż mógł być pewien, że jestem ojcem tego dziecka. Wystarczyłoby mi zapewnienie Alby. Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, nie miałoby dla mnie znaczenia, że zaczynanie związku w ten sposób to zaczynanie domu od dachu. Zostalibyśmy rodziną, zanim zostaliśmy parą. Syn albo córka. Nasze dziecko.

To wciąż było możliwe.

Nie wykluczałem tego.

Ale ta wątpliwość, ta przeklęta wątpliwość.

Nie, nie dałbym rady. Za dobrze się znałem. Nie mógłbym tak żyć, nie zdołam się z tym pogodzić.

Mój umysł profilera wciąż zastanawiałby się nad tym, jakie jest prawdopodobieństwo, że dziecko psychopaty odziedziczy jego psychopatyczne skłonności. Czy byłbym w stanie zostać jego ojcem?

Znów przekląłem Nancha, jego ojca lekarza, jego matkę, nad którą znęcał się mąż, przekląłem nawet swoją ciotkę Felisę za to, że oddała Nancha tym bestiom, które go wychowały i zrobiły z niego demona.

Albo – napisałem. – Nie potrafię ci teraz odpowiedzieć. Muszę to wszystko przemyśleć…

Spojrzała na wyświetlacz, kiedy wpisałem w telefonie wyrok śmierci dla nas jako pary, chociaż nie wiem, czy kiedykolwiek nią byliśmy.

Chyba najgorszym, co spotkało mnie w tym całym dniu, który miałem zapamiętać jako jeden z najkoszmarniejszych w życiu, był wyraz twarzy Alby. Zrozumiałem, że spotkało ją rozczarowanie, ale, jak to zwykle ona, znosiła je z godnością. Miałem wrażenie, że się tego spodziewała, co uraziło trochę moją miłość własną. Przyszła tutaj przygotowana na najgorsze. I to właśnie ją spotkało. W dodatku ode mnie.