Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 493 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 0 min Lektor: Marcin Popczyński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 0 min Lektor: Marcin Popczyński

Opis ebooka Rysa - Igor Brejdygant

Rysa to opowieść o Monice, policjantce po przejściach pracującej w wydziale zabójstw, która w miarę prowadzenia dochodzenia w sprawie serii morderstw dokonanych w Warszawie zaczyna trafiać na tropy prowadzące… do niej samej. Autor książki snuje historię o lęku przed własnym nieznanym obliczem, przed przeszłością, która umyka w odmęty niepamięci, przed czymś, co stało się dawno temu i co rzutuje na współczesne zdarzenia. Tytułowa Rysa to defekt, który bohaterka nosi w sobie, zapowiedź zmierzenia się z prawdą na swój temat. Rysa powoli przekształca się w czarną dziurę, która pochłania cały misternie ułożony przez lata świat głównej bohaterki.

„Czy naprawdę chcesz wiedzieć, co stało się przed laty? Na pewno pragniesz zrozumieć, co dzieje się wokół ciebie teraz, Moniko?”

Opinie o ebooku Rysa - Igor Brejdygant

Fragment ebooka Rysa - Igor Brejdygant

IGOR

BREJDYGANT

RYSA

Copyright © Igor Brejdygant, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Dziś w czasie mszy porannej Jan Paweł II poświęcił sanktuarium w Łagiewnikach. Podczas liturgii obecni byli przedstawiciele władz państwowych, wśród nich premier Leszek Miller. W homilii papież poruszył temat miłosierdzia Bożego – prowadzący Teleexpress mówił z emfazą, która z reguły uchodziła, ale dziś może w związku z panującym upałem wydawała się ciężka do zniesienia.

– Umiłowani bracia i siostry! Powtarzam dzisiaj te proste i szczere słowa świętej Faustyny, by wraz z nią i z Wami wszystkimi wielbić niepojętą i niezgłębioną tajemnicę Bożego miłosierdzia. – Papież mówił bez emfazy, jego głos drżał delikatnie, ale jednocześnie miał w sobie stanowczość i spokój, którego brakowało prowadzącemu program.

– Borys, chcesz, żebym zwariowała? Mam wysłać kogoś na tamten świat, a ten mi tu będzie o miłosierdziu ględził. Możesz to ściszyć? – na oko trzydziestopięcioletnia blondynka o wyrazistej twarzy z delikatnie wystającymi kośćmi policzkowymi zwróciła się do stojącego przy oknie rosłego mężczyzny z kilkudniowym zarostem.

Mężczyzna podszedł do stolika, podniósł pilota i wyłączył telewizor, a papież przestał mówić o miłosierdziu.

– Ściszyć, mówiłam. – Zajęta zaciąganiem jakiejś brązowej substancji ze słoika do strzykawki kobieta nie podniosła już głowy.

Rosły, przystojny brunet o imieniu Borys wrócił do wyglądania przez okno i na jej kolejną uwagę nawet już nie zareagował.

Pokój, w którym wszystko się działo, wyglądał na hotelowy, ale z gatunku tych, które jeszcze nie do końca oderwały się stylistycznie od ery słusznie minionego PRL-u. Na podłodze leżała brązowa wykładzina, która miejscami nie trzymała się już podłogi. Przy ścianie stała szafa z płyty pilśniowej. Jedne z jej drzwi wyraźnie opuściły się na zawiasie i nie dawało się ich już zamknąć. Nikt z obecnych jednak i tak jej nie używał. Ogólnie pokój wyglądał na nieużywany, tak jakby ktoś wynajął go tylko po to, żeby pooglądać telewizję albo postać przy oknie, może napełnić strzykawkę brunatną substancją ze słoika. Nawet zasłane kocami łóżko typu king size, zestawione z dwóch węższych, było nietknięte, więc obecni najwyraźniej tu nie nocowali.

Kobieta skończyła tymczasem napełnianie strzykawki, zakręciła pusty już słoik i włożyła go do torby podróżnej.

– No to gotowe – powiedziała bardziej do siebie niż do niego i dopiero po tej konstatacji zerknęła w stronę okna. – A ty gotowy?

Mężczyzna zgasił papierosa na parapecie i pokiwał głową.

– Wejdę na chwilę do łazienki, potem idziemy. – Kobieta uśmiechnęła się. – Ona gotowa?

– Gotowa. – Mężczyzna znów wyglądał przez okno i teraz odpowiedział, nie odwracając się nawet w jej stronę.

– Jesteś pewien, że chcesz przy tym być? – Kobieta uśmiechnęła się z dziwnie złośliwą przekorą.

– Tak. – Mężczyzna odwrócił się od okna i spojrzał jej w oczy, a w jego spojrzeniu było coś, co spowodowało, że kobieta przestała się uśmiechać.

Kiedy wyszła do łazienki, on podszedł szybkim krokiem do plecaka wiszącego na klamce od szafy, wyjął z niego plastikową butelkę, w której też była jakaś brązowa substancja, podniósł strzykawkę ze stolika, podszedł z nią do okna, sporą część zawartości wystrzyknął na trawnik dwa piętra niżej, następnie przebił igłą plastikową butelkę i uzupełnił zawartość strzykawki do pierwotnego poziomu płynem z butelki. Na koniec odłożył ją na stolik dokładnie w to samo miejsce, z którego ją wziął, butelkę schował z powrotem do plecaka, zasunął suwak i wrócił pod okno.

– Idziemy? – Kobieta zerknęła w stronę strzykawki, jakby upewniając się, czy nadal tam leży.

– Idziemy – odpowiedział Borys.

Ona podeszła do stolika i zabrała strzykawkę do torby, po czym ruszyła w kierunku drzwi; kiedy wyszła, on ruszył za nią.

Od tamtego dnia upłynęło piętnaście lat i sześćdziesiąt pięć dni, papież nie żył od lat dwunastu z okładem, zaś o miłosierdziu pamiętało coraz mniej ludzi na świecie.

Remigiusz ocknął się raptownie. Przez krótką chwilę nie wiedział, gdzie jest, i było mu z tym dobrze, bowiem przeczuwał, że kiedy już za moment zorientuje się w swojej lokalizacji, to wraz z tą świadomością dotrze też do niego coś znacznie gorszego. Był alkoholikiem, a jego choroba osiągnęła stadium na tyle zaawansowane, że był też lumpem, kloszardem, bezdomnym samotnikiem. Miejsce, w którym się ocknął, z czego właśnie zdał sobie sprawę, było meliną, którą zamieszkiwał, korzystając z chwilowej niefrasobliwości dewelopera. Budynek, od trzech miesięcy wysiedlony, czekał już tylko na moment, kiedy zjawią się maszyny burzące i zniosą go z powierzchni ziemi w ciągu kilku godzin. Tak naprawdę mieszkania z oknami przeważnie zabitymi dechami nie spełniały żadnych norm budowlanych. Nie było tu prądu, wody, gazu ani ogrzewania, był tylko dach nad głową, a to w październiku tak naprawdę zupełnie już nie wystarczało nawet mieszkańcom tak mało wymagającym jak Remigiusz. On jednak mimo ciągłego wyziębienia, brudu i głodu trwał tutaj, bo alternatywą był ośrodek pomocy społecznej, a tam po pierwsze nie wolno było spożywać alkoholu, a po drugie trzeba było być wśród ludzi. Remigiusz zaś tak bardzo nie lubił siebie, że konfrontacja własnej osoby z kimkolwiek innym absolutnie go przerastała. Poza tym, co też było nie bez znaczenia, miał obiecane, że przynajmniej na razie nikt go stąd nie wyrzuci.

Czy mam wódkę? To pytanie zadawał sobie zawsze najpóźniej minutę po przebudzeniu, i to bez względu na to, czy budził się rano, w środku nocy czy w środku dnia.

Sięgnął za głowę, tam gdzie znaleziony na śmietniku i wtaszczony tu kilka tygodni wcześniej materac stykał się ze ścianą. Na ścianie w tym miejscu jakieś dziecko narysowało dom i ogródek, były tam też jeszcze inne bazgroły. Po chwili grozy dłoń natrafiła na zimny szklany kształt, po przechyleniu trzymanej w ręku butelki rozległ się delikatny odgłos chlupnięcia. Ulga. Remigiusz uniósł się na łokciu do pozycji półsiedzącej, odkręcił butelkę i szybko wypił dwa łyki. Alkohol miał dziwny, lekko gorzkawy posmak, ale to było bez znaczenia, bo poza tym ponad wszelką wątpliwość był alkoholem. Po stoczeniu kilkunastosekundowej walki z odrzutem mężczyzna usiadł na łóżku w oczekiwaniu na efekt, czyli choćby częściowy zanik przemożnego lęku, który dopadł go chwilę wcześniej. Alkohol mościł się w żołądku, delikatne ciepło zwiastowało spokój niezbędny do tego, by wstać i wyruszyć na poszukiwanie kolejnej porcji uspokojenia. Remigiusz zerknął za okno, było jeszcze ciemno, nie miał pojęcia, która mogła być godzina, ale przeczuwał, że nadszedł właśnie moment na to, żeby powoli ruszać. W pewnym momencie wydało mu się, że w oknie naprzeciwko, po drugiej stronie podwórka, zobaczył lekką błękitnawą poświatę. Szybko jednak doszedł do wniosku, że coś mu się przywidziało. Spróbował wstać. Udało mu się to, ale tylko na moment, bo nagły zawrót głowy pozbawił go równowagi i chwilę później siedział znów w swoim barłogu. Dziwne, alkohol normalnie uspokajał, ale dawał też niezbędną porcję energii. Teraz był spokój, narastający, zniewalający spokój, ale nie było oczekiwanego przypływu sił witalnych. Kolejny zawrót głowy zmusił go do tego, by z powrotem położyć się na łóżku. Chwilę później nie był już w stanie utrzymać otwartych oczu. Wtedy w ostatnim przebłysku świadomości przypomniał sobie, że wódka była dziwnie gorzka.

Kiedy trzydzieści sekund później zasnął, a tak naprawdę zapadł w coś znacznie głębszego niż sen, do mieszkania, pokonując jedynie zastawione kijem od szczotki zbutwiałe drzwi, weszła kobieta. Było tak ciemno, że nawet gdyby był przytomny, niewiele byłby w stanie zobaczyć, a przecież przytomny nie był. Kobieta podeszła do leżącego z rozrzuconymi na boki ramionami Remigiusza. Skojarzenie z krzyżem przyszło samo. Po chwili w nozdrzu Remigiusza utkwiła igła, przez którą wtłoczyła kolejną porcję leku nasenno-zwiotczającego.

W lesie, przez który Remigiusz prowadził za rękę małego chłopca, zrobiło się nagle złowieszczo mrocznie. Chwilę później, gdy w końcu odważył się spojrzeć w twarz dziecka, zrozumiał, że w głąb mrocznej gęstwiny prowadzi za rękę sam siebie. To było ostatnie, co zobaczył, potem wszystko zalało nagle oślepiające ciepłe światło.

Tymczasem do pokoju wszedł mężczyzna, który uśmiechnął się do kobiety. Ona, zajęta myślami, zdawała się jednak w ogóle go nie widzieć. Mężczyzna zza poły skórzanej kurtki wyciągnął długi bagnet, który chwilę później wbił w wiotkie ciało po raz pierwszy, potem drugi, później wbił jeszcze wiele razy, a na jego twarzy pojawił się wyraz narastającego z każdą chwilą zobojętnienia. Jego oczy też były jakby gdzie indziej. Krew rozlała się po brudnej, utytłanej pyłem podłodze.

Komisarz Monika Brzozowska wciągnęła powietrze bardzo głęboko i w tym momencie obudziła się przerażona. Sekundę później siedziała i wpatrywała się w okno, za którym słońce rozbijało właśnie poranną mgłę. Coś jej się śniło, coś przerażającego, ale nie miała pojęcia co. Na stoliku obok leżała szklana fajka z brzydkim, brudnym nagarem i odrobiną opalonych resztek tytoniu. Monika chwilę wpatrywała się w lulkę. Już sto razy obiecywała sobie, że przestanie to robić. Nie mogła, nie powinna się w to pakować. Nikt nie powinien, ale ona nie powinna bardziej niż nikt, bo już raz była na totalnym dnie, z którego wyszła przed laty, a teraz powoli, acz nieuchronnie, zbliżała się znów nad krawędź przepaści. Tłumaczyła sobie wprawdzie wciąż, że to tylko niewinne blanty, marihuana i haszysz to nie to samo, że wtedy była hera, a z hery wychodzi się najtrudniej. To mogła porzucić w każdej chwili. Tylko dlaczego tego nie robiła? Do tego wszystkie te koszmary, których nie pamiętała, ale wiedziała, że są, bo każdego ranka budziła się zmęczona, jakby w nocy stoczyła z czymś jakieś wielkie boje. Z czym?

– Nie chciałem cię budzić – usłyszała za sobą miękki i sympatyczny głos mężczyzny.

Kiedy się odwróciła i zobaczyła stojącego w drzwiach Piotra, ostre krawędzie rzeczywistości lekko się zaokrągliły. Uśmiech na twarzy przystojnego mężczyzny, z którym częściej bądź rzadziej, ale w miarę regularnie spotykała się od roku, pomógł jej wrócić do żywych. W rękach Piotra zobaczyła dwie filiżanki kawy. Bez większego namysłu wywnioskowała, że jedna z nich jest dla niej. Wyciągnęła rękę.

– Dzięki. – Wypiła pierwszy łyk i poczuła się już prawie tak, jakby była nieodłączną częścią tego, co ją otaczało.

Spojrzała na zegarek. Za kwadrans powinna być na odprawie. Może i oswoiła trochę rzeczywistość, ale wciąż nie miała pojęcia, jak z takiego stanu w ciągu kwadransa znaleźć się w pełnej intelektualnej gotowości, z uśmiechem na twarzy, w wyprasowanej białej bluzce i w sztywnej garsonce wśród dwudziestu samców nasączonych testosteronem albo w każdym razie zobligowanych do tego, by być nim nasączonym, w sali konferencyjnej warszawskiej komendy wojewódzkiej. Jak?

– Podwiozę cię. – Piotr z uśmiechem odpowiedział na pytanie, którego nie zadała.

Kiedy pół godziny później weszła do sali przez otwarte podwójne, przeszklone drzwi, widziała już, że spotkanie, a przynajmniej jego część oficjalna, właśnie dobiegło końca. W konferencyjnej zostało już tylko kilku kolegów, którzy zbici w grupkę rozmawiali w rogu pomieszczenia. Brzozowska zerknęła na białą tablicę znajdującą się u szczytu sali, ustawioną tuż za fotelem, na którym jeszcze kilka minut temu siedział prawdopodobnie prowadzący odprawę zastępca komendanta wojewódzkiego. Na tablicy oprócz kilku hasłowych sformułowań w rodzaju „lepsza organizacja, ekonomia czasu, drożność komunikacji”, z których nie wynikało nic i które powtarzały się na każdej odprawie, jej wzrok odnalazł jedno nieco bardziej frapujące… Na tablicy widniał częściowo starty napis „rzeź na Pradze”.

– Konkretnie na Inżynierskiej. – Monika usłyszała za plecami lekko sarkastyczny głos swojego zastępcy aspiranta Adama Wójcika, który uzupełnił fragmentaryczną informację z tablicy.

– Zauważyli, że mnie nie ma? – zapytała Brzozowska, odwracając się do Wójcika.

– No co ty. Kto by zauważył, że nie ma na spotkaniu jedynej kobiety w wydziale, którą każdy przy byle sposobności chciałby zastąpić na stanowisku? – Wygląd Adama w pewnym stopniu tłumaczył jego permanentny sarkazm. Aspirant Wójcik był niski, raczej chudy, a z jego poznaczonej potrądzikowymi bliznami twarzy nigdy nie znikał, a tylko czasem się na niej wzmagał lekko szyderczy uśmiech.

– I co? – Monika dopytała niepewnie. – Zastąpili mnie?

– Nie wiem, nie pytałem. – Teraz właśnie uśmiech Wójcika lekko się wzmógł, a Monika odetchnęła z ulgą.

– Jedziemy? – Zerknęła raz jeszcze w stronę jedynego napisu na białej tablicy, który miał jakikolwiek sens, acz, czego nie mogła jeszcze w tym momencie wiedzieć, zwiastował też dla niej absolutny rozpad wszelkiego sensu.

Wójcik pokiwał głową.

Samochód postawili przy bramie. Kiedy stanęli i Monika wyjrzała przez okno, przez moment wydało jej się, że już tu kiedyś była. Adam wyłączył silnik i otworzył drzwi, żeby wysiąść.

– A ty co? – zapytał, patrząc na Monikę, która wciąż wpatrywała się w bramę – Zostajesz?

Brzozowska nie odpowiedziała, zamiast tego też otworzyła drzwi i wysiadła. Znajomość miejsca zniknęła jak ręką odjął.

W podwórku na Inżynierskiej stało już kilka wozów policyjnych, karawan przedsiębiorstwa pogrzebowego i co rokowało mało optymistycznie, skoda superb prokuratora Celińskiego z rejonowej Warszawa Praga.

– Zabrali już? – Zerknęła w kierunku zamkniętego karawanu i zapytała retorycznie.

– Nie sądzę. – Wójcik wyciągnął papierosa z paczki, popatrzył na Monikę i nie do końca chętnie podał jej otwartą paczkę.

Monika paliła, teraz jednak czuła się jeszcze wciąż na tyle wczorajsza, że pokręciła głową. Adam schował papierosy z wyraźną ulgą.

– Świadkowie? – zapytała, kiedy ruszyli w kierunku wejścia do klatki.

Adam pokręcił głową.

– Monitoringi? – Monika spojrzała w górę fasady. Okna na parterze i na pierwszym piętrze były zamurowane, wejście do klatki zresztą też, ale tutaj ktoś wydłubał kilka cegieł. Obok stały dechy, którymi prawdopodobnie zastawiał wejście.

– Najbliższy chyba na Czterech Śpiących – odpowiedział Wójcik.

– Uczymy się Warszawy. – Monika się uśmiechnęła. On nie mógł jednak tego zauważyć, bo szedł kilka kroków za nią. – A wiesz, dlaczego tak się nazywa ten plac?

– Bo był na nim kiedyś pomnik żołnierzy radzieckich, wokół cokołu stało czterech typa tak zamulonych, że wydawało się, jakby spali – odpowiedział Adam, zadowolony z siebie.

– Teraz to mi zaimponowałeś. – Monika weszła do klatki schodowej, na której cuchnęło mieszanką wilgoci i ludzkich odchodów. – Mało który z młodych warszawiaków dzisiaj to wie.

W mieszkaniu, a właściwie w tym, co kiedyś było mieszkaniem, a teraz stanowiło jedynie po nim wspomnienie, kręciło się zdecydowanie zbyt wiele osób. Wszyscy, oprócz zażywnej kobiety w wieku około sześćdziesięciu lat, patomorfolog doktor Lucyny Walińskiej, która wstępnie oceniała, co spowodowało śmierć leżącego w kałuży krwi denata, oraz fotografa, błyskającego fleszem i utrwalającego szczegóły wnętrza, tłoczyli się w wejściu i przy drzwiach squatu. Chodziło prawdopodobnie o to, że w ten sposób mieli przynajmniej poczucie, iż nie zadeptują śladów pozostawionych we wnętrzu przez sprawcę. Monika stała w drzwiach i przyglądała się temu wszystkiemu mocno zafrasowana. Już na pierwszy rzut oka widać było, że ślady wbrew życzeniowemu myśleniu tłoczących się przy wejściu były totalnie zadeptane. Pozostawał jedynie okruch nadziei, że kryminalistyka była tu przed zakładem pogrzebowym, prokuratorem Celińskim, jego asystentką i szwendającymi się wokoło chłopakami z prewencji w czarnych moro.

– O, jest pani nareszcie, coś zatrzymało? – Siwy, łysawy, niski mężczyzna o wiecznie spoconej twarzy, prokurator Celiński, słynął ze swojej kąśliwej ironii.

– Obowiązki. – Monika spojrzała mu prosto w oczy, a właściwie w wąskie szparki, za którymi jak robaczki przesuwały się frenetycznie ciemne rogówki. – Dzień dobry, panie prokuratorze.

– Dzień dobry, pani komisarz. – Prokurator zerknął w stronę dwóch stojących przy oknie na półpiętrze rosłych mężczyzn w wyświechtanych garniturach. – Panowie chcieliby już zabrać. Też mają obowiązki.

– Zabiorą. – Monika weszła w głąb meliny, pod jej stopami chrzęściła mieszanka gruzu i szkła. – Szkoda że tu tyle ludzi jest.

– Mieliśmy nie wchodzić w oczekiwaniu na panią? – Robaczki w szparkach zatrzymały się nagle. – Muchówki zjadłyby nam zwłoki w końcu.

Monika już go nie słuchała, zerknęła na stojącą nad ciałem doktor Walińską. W jej spojrzeniu był promyk nadziei. Walińska dostrzegła promyk i się uśmiechnęła.

– Coś tam zebrali – powiedziała, a jej głos brzmiał jak balsam po szorstkim niczym peeling z orzechowych skorup głosie Celińskiego. – Pewnie nie wszystko.

– A gdzie oni w ogóle są? – Monika patrzyła na pokiereszowane zwłoki mężczyzny.

– Chyba poszli coś przekąsić. – Walińska wzruszyła ramionami, tak jakby mimo lat doświadczeń wciąż nie była za bardzo w stanie zrozumieć, jak można cokolwiek zjeść po obejrzeniu czegoś takiego.

Zwłoki Remigiusza leżały na podłodze, ale plamy krwi ciągnęły się aż z materaca znajdującego się za nim. Cała klatka piersiowa, szyja i uda zalane były krwią tak bardzo, że mimo wpadającego przez okno szerokiego strumienia światła trudno było ocenić, jakiego koloru było pierwotnie ubranie denata. Monikę zastanowiło to, że na twarzy mężczyzny nie widać było właściwie żadnych oznak przebytego cierpienia, nie było na nich też tego, co tyle razy widziała już w swoim życiu i przed czym tak bardzo wciąż uciekała, czyli lęku.

– Przyczyna zgonu? – Monika podeszła bliżej.

– Proszę cię. – Doktor Walińska patrzyła na to samo co Monika, czyli na zmasakrowane ciało z zimną, szarą twarzą bez lęku.

Komisarz pokiwała głową i rozejrzała się po pomieszczeniu. W kącie między łóżkiem a ścianą coś łagodnie załamywało światło. Podeszła bliżej. Świetlną soczewką okazała się wciśnięta w róg pusta butelka po wódce. Monika wetknęła w jej szyjkę wyjęty z kieszeni długopis, podniosła butelkę i powąchała.

– Dykta? – zdziwiła się, spoglądając w stronę Walińskiej.

– Co? – zapytała patolog, która rozchyliła właśnie to, co zostało z koszuli denata.

Do Moniki podszedł Wójcik, który pochylił się, żeby też sprawdzić woń wydobywającą się z butelki.

– Dykta, dętka, denaturat? – uściśliła Monika.

– A skąd ja mam wiedzieć? Oddaj kryminalistom, jak wrócą. – Walińska teraz dopiero w pełnej krasie zobaczyła ogrom masakry, którą ktoś zgotował denatowi.

– Dla mnie jak Soplica. – Do rozmowy włączył się Wójcik.

– Piłeś kiedyś wódkę? – Monika zwróciła się w stronę swojego asystenta.

– Raz, na weselu kuzyna. – Wójcik się zafrasował. – Nie pamiętam, jak piłem, pamiętam, jak rzygałem.

– Tak. To się na szczęście przeważnie pamięta najlepiej – skonstatowała Monika w zamyśleniu, tak jakby cytowała z jakiegoś własnego doświadczenia, którego wolałaby nie pamiętać, po czym jej uwaga przekierowała się w inną stronę.

Do mieszkania weszło dwóch mężczyzn, którzy wyglądali jak bracia, choć nimi nie byli. Jeden z nich wycierał usta serwetką z tłoczonym logo Amrita.

– Jak kebs? – Monika wciąż trzymała przed sobą butelkę z wetkniętym w środek długopisem.

– Z baraninką palce lizać. – Ubrany w obcisłą skórę starszy z braci niebędących braćmi zwany Mirkiem uśmiechnął się. – A ciebie co tu przyniosło?

– Poczucie obowiązku. – Monika podeszła bliżej z butelką na długopisie. – Sprawdźcie mi, co było w tej butelce.

– Soplica? – Mirek przekrzywił głowę i przeczytał etykietkę.

– Oraz. – Monika wskazała trzymaną butelką w stronę okna. – Mieszkanie po drugiej stronie podwórka. Okna na wprost. Zabezpieczcie ślady.

– A jakbym ci powiedział, że już zabezpieczyliśmy? – Mirek się uśmiechnął.

– Tobym ci nie uwierzyła. – Monika podała mu butelkę. – Gdzie ten kebs?

Od kilku minut stali, marznąc, w bramie kamienicy na Prostej. Monika, która znała Roberta od dwudziestu pięciu lat z okładem, po kilkunastoletniej przerwie zaczęła się z nim niedawno znów spotykać. W tych spotkaniach bardziej niż o niego chodziło o towar, który sprzedawał. Kiedy poznali się przed ćwierćwiekiem, Robert handlował lokalną samosieją, teraz gandzia była importowana i znacznie mocniejsza. Jednak tak naprawdę poza tym nie zmieniło się wiele.

– Powinnaś się częściej relaksować. – Starszy o kilka lat od Moniki Robert z burzą niemożliwych do ogarnięcia dredów na głowie wypuścił kłąb dymu i podał jej szklaną lulkę.

– Nie powinnam tego palić. – Monika przejęła lulkę z rąk Roberta.

– To akurat nic ci nie robi, palę trzydzieści lat i jakoś mnie nie pokręciło. – Robert wypuścił kłąb odfiltrowanego przez pęcherzyki płucne dymu.

Monika spojrzała na jego pokręcone włosy i zmęczone dożywotnim chaosem w głowie oczy.

– A jakbym chciała coś mocniejszego? – Skupiła spojrzenie na czubku szklanej lulki, w której pełgał żar.

– Tobym ci nie sprzedał. – Robert odpowiedział szybko i zdecydowanie, jakby na to pytanie był przygotowany zawczasu. – I kopnąłbym cię w tyłek.

Monika zaciągnęła się dymem.

– Śnią mi się jakieś dziwne rzeczy – skonstatowała, wypuszczając dym.

– Robotę masz trochę pokręconą. – Robert sięgnął do kieszeni, wyciągnął dwie torebki ze zgniłozieloną zawartością i podał je Monice.

Monika rozejrzała się wokoło, po czym wyciągnęła z kieszeni przyszykowane zawczasu dwa banknoty, które podała Robertowi, drugą ręką zabierając od niego torebki.

– Pewno od tego mi się tak śni. – Wskazała głową na ich zawartość.

– Nie od tego ci się śni. – Robert pokręcił głową. – Ja tego palę trzy razy tyle i śpię jak noworodek.

Monika wyciągnęła rękę po fifkę, którą Robert trzymał w ustach. Podał jej po chwili razem z wyjętą z kieszeni zapalniczką. Monika przypaliła czubek szklanej lulki i zaciągnęła się dymem.

– Tobie już wypaliło nawet sny. – Pokiwała głową z lekkim politowaniem.

Oddała mu fifkę i zapalniczkę.

– Zatrzymaj, przydadzą ci się. – Uśmiechnął się.

– Idę do kostnicy. – Monika pokiwała głową z wdzięcznością, po czym schowała ostygniętą już trochę lulkę i zapalniczkę do wewnętrznej kieszeni kurtki. – Na razie.

– I się dziwisz, że potem masz sny – odpowiedział Robert, ale już w plecy Moniki, która szybkim krokiem oddalała się w kierunku ronda ONZ.

Na stole ze stali nierdzewnej, wokół którego wytłoczona była podłużna rynienka, leżały nagie zwłoki Remigiusza. Jedyne źródło światła w pomieszczeniu stanowiła lampa operacyjna wisząca nad stołem. Wkoło panował półmrok, co całej sytuacji w oczach Moniki znajdującej się dodatkowo wciąż jeszcze pod znaczącym wpływem środka zmieniającego świadomość przydawało jakiejś lekko mistycznej atmosfery. Gdzieś z tyłu głowy pobrzmiewały głęboko wkorzenione w jej skądinąd zupełnie ateistyczną świadomość wątki religijnych skojarzeń.

– Chrystus? – powiedziała do stojącego obok niej Wójcika.

Ten przyjrzał się chwilę leżącemu.

– Raczej Łazarz – odparł. – Chrystusa nikt na katafalku nie widział.

– Że nie widział, to nie znaczy, że nie możemy sobie wyobrażać – brnęła Monika.

– Zresztą ani Chrystus, ani Łazarz, tylko Remigiusz Wąsik. – Wójcik zajrzał do notatek. – Urodzony w Płońsku dwunastego maja tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego…

– Dziesięć lat starszy ode mnie – przerwała Monika refleksyjnie, po czym wyszła z cienia, podeszła bliżej do stołu i przyjrzała się zniszczonej twarzy denata. – Też bym już pewnie teraz tak wyglądała…

Wójcik nie zrozumiał tego ostatniego zdania, już miał dopytać, ale Monika zapobiegawczo zmieniła temat.

– Wąsik to nazwisko czy ksywka?

Twarz Remigiusza pokryta była grubą szczeciną, a wąs w najmniejszym stopniu z owej szczeciny się nie wyróżniał.

– Ksywka w dowodzie? – Adam też patrzył teraz na pokrytą szczeciną twarz nieżyjącego.

– Motyw? – Monika zapytała trochę retorycznie.

– Butelka wódki? – Adam też przyglądał się zniszczonej twarzy denata.

– Trochę zbyt wymyślne te obrażenia. – Monika się zamyśliła. – Gdyby to była pijacka historia, to może dostałby dechą przez łeb, w najlepszym razie kosę pod żebro, ale żaden lump nie kłopotałby się z zadawaniem takiej ilości ciosów.

– Chyba że psychol? – Adam bronił swojej hipotezy.

– Nie wydaje mi się. – Monika uniosła trochę prześcieradło, którym przykryte były zwłoki. – Obrażenia są rozległe, ale też, mam wrażenie, nieprzypadkowe.

Adamowi zabrakło argumentów, więc wzruszył tylko ramionami, co oznaczało, że czuje się pokonany, ale nie przekonany.

– W KSIP-ie coś jest?

– Jeszcze nie sprawdzałem, dowód miał wszyty w podpinkę od kurtki. – Adam chciał rozwinąć myśl, ale w tym momencie otworzyły się drzwi za ich plecami i poprzedzona snopem lodowatego jarzeniowego światła do sali weszła doktor Walińska.

– Przepraszam, że musieliście czekać – zaczęła, a Monika poczuła znajomy zapach delikatnie przetrawionego, pokrytego jedynie powierzchownie wonią wypalonego naprędce papierosa, koniaku.

– Nie szkodzi, popatrzyliśmy sobie. – Monika wskazała na przykryte tylko częściowo prześcieradłem zwłoki.

– Coś wypatrzyliście? – Walińska odsunęła zamaszystym ruchem całe prześcieradło, ukazując sedno problemu, czyli tułów podziurawiony jak szwajcarski ser.

– Zanim to się stało, musiał długo pić. – Monika spojrzała Walińskiej w oczy.

– Możliwe, ale nie to go zabiło. – Doktor odbiła piłeczkę, unikając wzroku Moniki.

Monika nie patrzyła na nią w celach umoralniających ani tym bardziej w jej spojrzeniu nie było groźby, o czym zresztą Walińska doskonale wiedziała. Jej uporczywe spojrzenie było raczej emanacją swoistej przekory, którą nosiła w sobie, odkąd piętnaście lat temu dotarło do niej, że nie może już robić tego, co robić bardzo lubiła, czyli wstrzykiwać sobie brudnej heroiny w żyły na rękach, nogach, szyi i głowie. Cieszyła się, że żyje, cieszyła się, że nie bierze, ale jednak ofiary aktywnego nałogu nadal trochę czasami grały jej na nerwach. Mimo upływu lat wciąż odrobinę im zazdrościła, i to nawet gdy byli już trupami.

– Piętnaście ciosów nożem o długim i szerokim ostrzu. Jak długim, będę wiedziała po opracowaniu ran. – Walińska przejechała dłonią po pokrytym ranami brzuchu ofiary, a w jej geście była jakby czułość. – Przyczyna śmierci, odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, to obrażenia wielonarządowe… przynajmniej osiem z piętnastu zadanych ran było śmiertelnych.

– Niezły odsetek. – Monika zerknęła w stronę Wójcika, informacje Walińskiej zdawały się potwierdzać jej hipotezę. – W sensie dużo śmiertelnych wśród ogólnej liczby.

– Rany są głębokie, więc ciosy były zadawane z dużą siłą. Zważywszy na ich liczbę, ktoś musiał chyba działać w szale, w każdym razie przy tak głębokich ranach odsetek śmiertelnych jest zawsze duży. – Walińska zerknęła na leżące ciało i wskazała jedną z ran. – Ta, na przykład, gdyby był płytsza, nie doszłaby do trzustki i nie byłaby śmiertelna.

– Zadawał mężczyzna? – Do rozmowy włączył się Adam.

– Nie mam stuprocentowej pewności, ale siła ciosów… – Walińska gołymi palcami rozszerzyła lekko jedną z ran, wzięła do ręki skalpel, wprowadziła w nią, ten wszedł swobodnie dość głęboko, po chwili wyciągnęła go ze środka. – Na oko dziesięć centymetrów. To wymaga sporej krzepy…

– I wściekłej determinacji – skomentował Adam, przyglądając się zakrwawionemu ostrzu skalpela. – Psychol.

– Psychole, wbrew krążącym opiniom, rzadko się wściekają. – Monika przyglądała podziurawionym zwłokom, ta sytuacja coś jej przypominała, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć, co mianowicie.

Zwłoki… dużo krwi, dużo ran na całym ciele, podłoga z zaniedbanej klepki, która rozsycha się gdzieniegdzie i strużki krwi spływają do szpar między klepkami, tak jak tu spływają do rynienek opasujących stół z inoxu. Coś tak samo, coś trochę inaczej.

Déjà vu. Tak, to też stawało się ostatnio jej udziałem coraz częściej. Kiedyś, gdy była jeszcze po ciemnej stronie księżyca, déjà vu prześladowało ją na okrągło, potem przez lata właściwie przestało jej się przydarzać, tak jakby udało jej się w końcu wydobyć z jakiejś bezsensownej pętli czasoprzestrzennej. Od kilku tygodni nie było dnia, żeby jakaś okoliczność nie wydawała jej się znajoma, jakby już przeżyta.

– Sprawdź mi tego faceta w KSIP-ie – powiedziała jeszcze do Adama, po czym obróciła się i ruszyła w kierunku drzwi.

Nagle dotarło do niej, że nie może już dłużej przebywać w tym miejscu, tak jakby cała misternie budowana przez lata gruboskórność zniknęła nagle i sytuacja, która jeszcze przed sekundą wydawała jej się absolutnie rutynowa i wręcz nużąca, uderzyła w nią z siłą, z jaką uderzyłaby w każdego normalnego człowieka wprowadzonego tu z ulicy. Fetor martwych ciał przykryty jedynie powierzchownie mdlącym zapachem formaliny i lizolu, sztywne, sine zwłoki podziurawione jak gumowy materac, zimne światło chirurgicznej lampy, rynienki, w których niespiesznie gromadziły się płyny fizjologiczne, półmrok skrywający słoje z osobliwościami wydobytymi z ludzi na przestrzeni dziesiątków lat, wszystko to nagle dotarło do niej z całą siłą swojej potworności.

Na korytarzu, na którym z jakichś prawdopodobnie ekonomicznych względów paliła się jedynie co druga świetlówka, nie było lepiej, było wręcz gorzej, bo nagle do wszystkich poprzednich czynników dołączyły samotność i pustka. Monika chciała wyjść, wybiec do światła, powietrza i ludzi, ale im bardziej chciała, tym bardziej nie wiedziała, jak to zrobić. Kolejne drzwi prowadzące do kolejnych sal, ślepe korytarze, coraz ciemniej, w końcu schody. Na podwórko zakładu medycyny sądowej Monika wybiegła zdyszana, jakby wynurzyła się spod wody albo jakby właśnie znów obudziła się z koszmaru, którego nie pamiętała.

Na szczęście był Piotr. Dziś trzeci raz z rzędu udawała orgazm, a do tej pory najczęściej już po tym, gdy coś takiego zdarzało się po raz pierwszy, kończyła związek z facetem, który tracił dla niej w tym momencie walor zasadniczy, o ile nie jedyny. Trzeci raz udawała, a jednak teraz przytuliła się do niego i było jej dobrze. Czyżby to było coś innego, a może ona potrzebowała już teraz czegoś innego. Czyż nie jest tak, że mamy to, czego chcemy?

– Udawałaś? – Oddech Piotra powoli się uspokajał.

– Może. – Próbowała znaleźć idealne wyjście z sytuacji. – A co to ma za znaczenie?

– A nie ma? – Uśmiechnął się. – Mówiłaś, że po pierwszym udawaniu kończysz związek.

– A teraz udawałam już po raz trzeci. – Monice, zupełnie nie wiedzieć czemu, chyba z woli jakiegoś niekontrolowanego impulsu, nagle zeszło się na szczerość.

– Czyli? – Piotr przestał się uśmiechać.

– Słabo się czuję, to dlatego…

– Byłaś u tego Zimeckiego, o którym ci mówiłem? – zapytał bez przesadnej nadziei na pozytywną odpowiedź.

– Jeszcze nie – skłamała, bo chodziła do doktora psychiatry psychologa Zenona Zimeckiego od trzech tygodni. – Chodź tu… – Monika przytuliła się mocniej do Piotra.

Kochali się raz jeszcze i wtedy ona na moment przestała się bać i orgazm wybuchł w jej wnętrzu, rozrywając je na miliony drobinek. A potem oboje zasnęli z bezsiły.

Zaraz, zaraz… Dlaczego ja tu w ogóle jestem? Monika ocknęła się nagle, stojąc przed otwartą lodówką.

Nie pamiętać, po co dokądś przyszła, zdarzało jej się już nie raz, ale tym razem chodziło o coś zupełnie innego. Tym razem doskonale wiedziała, że przyszła po kubełek z lodami, ale nie wiedziała, ani skąd przyszła, ani co było, zanim znalazła się przed drzwiami lodówki. Zerknęła na zegar wiszący na ścianie, żeby zorientować się, jak długo trwała przerwa w dostawie świadomości. Wiedza o tym, że jest piąta nad ranem, wiele nie zmieniła, bo nadal nie wiedziała, ani kiedy poszedł Piotr, ani kiedy zasnęła, ani kiedy się obudziła. Czy przyszła tu prosto z sypialni, czy może było coś jeszcze po drodze? Dlaczego była ubrana i dlaczego miała takie zimne ręce? Była niedziela, ona nie miała dziś służby, a jedyne, co ją obligowało, to właśnie wizyta u psychologa Zimeckiego, który wrócił z jakiegoś sympozjum i w niedzielę postanowił odrobić z nią zaległe spotkanie. Za oknem szarzał poranek.

Miała czterdzieści lat, ostatnie piętnaście przeżyła, nie praktykując używania żadnych środków zmieniających świadomość, nawet z papierosami rozstała się kilka lat temu. Pierwszego po latach jointa zapaliła miesiąc temu. Dlaczego to zrobiła? Bo spotkała na ulicy znajomego sprzed lat, rastamańskiego dilera Roberta, którego musiała albo aresztować za propozycję, którą jej złożył, albo jej ulec? Bo chciała go spotkać? A może to nie miało nic wspólnego, może to jakaś szczególna odmiana alzheimera, a może po prostu coś ją trapiło. Tylko co? Zanim przed laty przestała, wcześniej mniej więcej do dwudziestego piątego roku życia waliła w swój mózg wszystkimi możliwymi chemikaliami. Wychodziła z tego w męczarniach przez lata, czyżby tamtej kary było mało i teraz znów przyszło jej za to zapłacić jakieś dodatkowe odsetki…

O, pani Monika. – Drzwi od gabinetu uchyliły się i w szparze ukazała się okolona szpakowatymi włosami twarz w okularach.

– Przyszłam chwilę wcześniej, bo… – Monika chciała jakoś się wytłumaczyć, ale tak naprawdę nie miała pojęcia, dlaczego dziś przyszła wcześniej, zważywszy na to, że przeważnie przychodziła później.

– Zapraszam. – Szpakowaty doktor Zimecki pokiwał głową, uchylił drzwi szerzej i sam zniknął w oświetlonej czeluści gabinetu z kozetką.

– Proszę mówić. – Chwilę później zerknął na nią sponad szkieł okularów w szylkretowych oprawkach.

– Ale co? – Monika zapytała właściwie bardziej samą siebie.

– Jak zawsze. Cokolwiek, co przychodzi pani do głowy. – Doktor nie patrzył już na nią, bo ona nie patrzyła na niego, oboje wyglądali za okno, jakby tam szukając czegoś, co pomoże rozpocząć rozmowę.

– Ciągle szaruga. – Monika utkwiła wzrok w szarej fasadzie budynku po drugiej stronie ulicy, nad którym wolno przepływały od miesięcy te same tony szarych chmur.

Po chwili spojrzała jednak na niego, on zerkał na nią, ale nic nie mówił.

– Boję się trupów – zaczęła Monika po chwili i od razu utknęła.

– To akurat nic dziwnego, większość ludzi się boi. – Doktor nadciągnął z odsieczą, nie do końca trafioną.

– Ale ja się wcześniej nie bałam, nie mogę się bać, jestem policjantką, teraz to trochę tak, jakby pan bał się depresji. – Monika uruchomiła się nieco bardziej.

– Ja się boję depresji, zawsze się bałem, to instynktowne, bardziej mnie zastanawia to, że pani wcześniej się nie bała, niż że teraz się nie boi. – Doktor przerwał i popatrzył na nią. – A jak się pani boi?

– Nie wiem. – Monika odpowiedziała od razu, po czym zamilkła na chwilę w nadziei na kolejną podpórkę ze strony doktora, ale ta już nie nadeszła.

Zimecki czekał.

– Mam lęki, bo… – Chciała dokończyć, ale nie starczyło jej odwagi. – Poza tym źle śpię, mam koszmary, których nie pamiętam, na jawie też zdarza mi się nie pamiętać. Tak, najgorsze jest to, że czasem gdzieś się znajduję i nie wiem, co robiłam wcześniej, gdzie byłam, skąd się tam wzięłam. No i tracę siły, jakby był we mnie jakiś drugi obieg, nieuświadomiony, który mnie wypala, a ja nie wiem nawet jak i kiedy, jakbym była pasożytem samej siebie.

– Leki? Albo coś innego? – Teraz pytanie doktora było bardzo konkretne, a Monika nie wiedziała, co na nie odpowiedzieć.

Odczekał chwilę.

– Nie boi się pani, że w końcu w robocie ktoś każe pani zrobić badania i to wyjdzie? – Patrzył na nią bardzo przenikliwie. – Krew, mocz, te sprawy. Coś ich zaniepokoi w pani zachowaniu albo, jak to często bywa, wpadnie pani przez przypadek.

– Boję się. Wszystkiego się ostatnio boję. – Monika spoglądała w dół na blat stołu, na swoje połamane paznokcie. – Dlatego tu jestem.

Kryminalistyka miała swoje pomieszczenia w mrocznych kazamatach komendy stołecznej, czyli w pałacu Mostowskich. Pomieszczenia te być może przed dwustu laty mieściły jedną z drukarni kasztelana raciąskiego Tadeusza Mostowskiego, a może mieściły coś innego. Teraz w każdym razie było tu dość ponuro, lastrykowa szara podłoga, ściany pokryte do połowy olejną lamperią tyleż praktyczną co brzydką, brązowe drzwi ze sklejki. Wszystko to nadawało miejscu charakter pozbawiony właściwie jakiegokolwiek charakteru. Może jedynie owa ponurość i smutek otoczenia stanowiły dobre preludium do tego, co się działo za umieszczonymi co kilkanaście kroków drzwiami do pomieszczeń. Monika nacisnęła aluminiową, obwisłą, wytartą od ciągłego używania klamkę i weszła do środka.

W pomieszczeniu było cicho, tylko szemrzące gdzieś w dalszym planie radio zwiastowało czyjąś obecność.

– Pracuje tu ktoś w ogóle? – Podeszła do podłużnego blatu, na którym stały probówki z odczynnikami.

– A jak? – Nagle zza regału, który skrywał prawdopodobnie szemrzące radio, wychynął Mirek.

Siwawy mężczyzna tak naprawdę nazywał się Zdzisław Morwiński, a przydomek Mirek nadała mu Monika, o czym zresztą ani on, ani nikt inny nie miał pojęcia. Chwilę później za jego plecami pojawił się też „brat Mirka”, który jego bratem był znów tylko w roboczym wyobrażeniu Moniki. Tak naprawdę nie łączyły ich żadne więzy krwi, a jedynie wieloletnia współpraca, która jeśli się dobrze przyjrzeć, rzeczywiście zaczęła z wolna upodabniać ich fizycznie do siebie. „Brat” Mirka nazywał się Roman Walczak i był nieco starszy od kolegi i znacznie bardziej doświadczony, czego jednak nie było nigdy widać, bo to Mirek wysuwał się w każdej sytuacji na pierwszy plan. Teraz nie było inaczej.

– Co potrzeba, szefowo? – Morwiński wysycił słowo „szefowo” delikatnym sarkazmem. Zawsze tak robił i za to między innymi Monika nigdy przesadnie go nie lubiła.

– Wzięliście butelkę – odpowiedziała krótko.

– Żeby to jedną – zażartował Mirek, a ten żart nikogo nie ubawił. – Wódka nie była czysta.

– Tyle wiem bez was, wąchałam. – Monika spojrzała na stojącego za Mirkiem Romana.

– To chyba wystarczy – Mirek ciągnął swoje. – Facet lump, pił pewnie skażony spirytus, może z wodą, może bez. Podobno ten salicyl ich najbardziej rozwala.

– Co? – Monika zaczynała być lekko wściekła.

– No, salicyl. – Na Mirku nie robiło to wrażenia. – Pół roku i gość jest troglodytą.

Na moment zapanowało milczenie.

– Badamy jeszcze, musisz nam dać kilka dni – do rozmowy włączył się Roman, co zaskoczyło Mirka, a z Moniki upuściło nieco powietrza.

– Już upłynęło sześć – Brzozowska wcięła się, ale bez niechęci.

– Chemia ma swoje wymogi, nie ma nic na trzy-cztery – kontynuował Roman w tonie koncyliacyjnym. – Wiesz o tym doskonale.

– A tam przy tym oknie po drugiej stronie podwórza? – zapytała Romana, ostentacyjnie pomijając Mirka.

– Ktoś był. – Mirek nie lubił być pomijany. – Ale tam wszędzie ktoś był.

– Nie prosiłam was o wszędzie, tylko o to okno. – Monika nadal uparcie rozmawiała z Romanem.

– Jest jeden ślad buta. – Roman wreszcie powrócił do rozmowy. – Na oko kobiecy.

– Kobiecy? – zdziwiła się Monika.

– Mały rozmiar, kształt, jakiś sportowy chyba – kontynuował Roman.

– Zdjęliście odcisk? – z nadzieją zapytała komisarz.

– Mieliśmy zdjąć wszystkie odciski obuwia w tym budynku? – Do rozmowy powrócił obrażony Mirek.

– Nie wkurwiaj mnie! – Monika nie wytrzymała. – Nie w budynku, tylko pod tym jednym jebanym oknem.

– A po co?! – Mirek uśmiechał się ironicznie. – Dwóch lumpów piło salicyl, jednemu coś odjebało, zaciukał drugiego, a my mamy zbierać ślady damskich botków po budynku. Pokręciło cię?

– Rozwiązałeś sprawę? – Monika była u kresu wytrzymałości. – Chuja rozwiązałeś, jakbyś miał kawałek mózgu, to przynajmniej byś wiedział, że jesteś zbyt głupi na to, żeby rozwiązać nawet sznurowadła. Rozumiesz?! Pojedziecie tam teraz z powrotem i módlcie się, żeby ten odcisk dalej tam był.

Monika wyszła tak wzburzona, że kiedy spotkała na korytarzu przed swoim pokojem Adama, przez moment nie wiedziała nawet, o czym do niej mówi. Świadomość i zdolność kojarzenia powróciły jej dopiero w połowie drugiego wypowiadanego przez niego zdania.

– Jeszcze raz – wypaliła.

– Co jeszcze raz? – Adam przyglądał się jej, jakby patrzył na wazon, który nagle przemówił.

– Wszystko jeszcze raz. – Monika uspokajała się powoli.

– KSiP kojarzysz? – Uśmiechnął się nagle trochę rozbawiony. – Krajowy System Informacji Policji…

– Nie wnerwiaj mnie.

– Nasz denat, Remigiusz Wąsik, dwanaście lat temu dostał wyrok za pedofilię i dziecięcą pornografię. Dziewięć lat. – Adam upewnił się, czy teraz informacje płynnie przebijają się już do świadomości przełożonej. – Odsiedział siedem, wyszedł pięć lat temu, od tej pory notowany dwa razy. Podejrzenie o kradzież z monopolowego i raz jako świadek… ale chyba się wahali, czy nie nadać mu statusu podejrzanego. Coś z Wołominem. W sprawie pojawia się Zenon W., pseudonim „Pajac”.

– Kloszard z młodym Wołominem? – Monika zdziwiła się trochę sarkastycznie, bo fakt znajomości denata z Wołominem mógł świadczyć na rzecz jej hipotezy, czyli tego, że jednak nie lump zabił lumpa w efekcie pojedynku o ćwiartkę spirytusu.

– To było pierwsze notowanie z rejonowej Mokotów, zaraz po tym, jak wyszedł, może nie był jeszcze wtedy lumpem…

– Rodzina? – Monika popatrzyła na niego, myśląc już trochę o czymś innym.

– Miał żonę i córkę. – Adam zajrzał do notatek. – Żona Jadwiga rozwiodła się z nim, od razu jak poszedł siedzieć.

– Trzeba będzie podjechać, popytać i skontaktuj się z rejonową z Mokotowa. – Monika spojrzała na wyświetlacz komórki, za pięć minut miała być w gabinecie naczelnika wydziału. – Muszę lecieć, szef wzywa.

Komisarz ruszyła w kierunku klatki schodowej, od gabinetu naczelnika Stasiaka dzieliły ją trzy piętra i dwie minuty meandrowania po korytarzach.

– Monika! – Adam odezwał się nagle innym tonem.

Monika przystanęła.

– Po co to wszystko, chyba lumpa powinniśmy szukać jakiegoś lokalnego – bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Adaś, nie wkurwiaj mnie, przynajmniej nie ty. – Monika miała trochę dosyć zalewu dyletantyzmu i olewki. – Lokalnego rejonowa sama by nam znalazła, ale nie znajdzie…

– Czemu tak myślisz? – spytał Adam, ale bardziej sam siebie, bo Monika oddaliła się na tyle, że była już poza zasięgiem jego wymamrotanego pytania.

Naczelnik wydziału zabójstw i terroru kryminalnego inspektor Leon Stasiak już na pierwszy rzut oka wyglądał na sybarytę, którym był w rzeczywistości. Mundur, który nosił częściej nawet, niż wymagały tego od niego procedury, miał ukrywać to, co było oczywiste. Uniform służył temu, by dodawać dostojności jego figurze, która bez opakowania jawiła się po prostu jako pulchna. Nie on jeden stosował z mniejszym bądź większym powodzeniem ów wybieg i nie tylko w tej grupie zawodowej mundur czy może szerzej, oficjalny strój pomagał ukrywać brak dyscypliny żywieniowej, czyli brak umiaru, którym szczycić się nie należało.

– Dobrze, że cię widzę. – Stasiak zerknął na Monikę znad stosu papierów, które prawdopodobnie przed momentem położyła mu do podpisania sekretarka i asystentka aspirant Zofia Mulak.

– Widzisz mnie, bo mnie wezwałeś. – Monika nigdy nie darowywała braku spójności w myśleniu, nawet swoim bezpośrednim przełożonym.

– Monika! – Papiery poszły w odstawkę, okulary trafiły na łysy, wyglansowany czubek głowy. – Ty mnie nie łap za słówka, dobrze?

– Dobrze. – Monika podeszła do biurka oklejonego tworzywem przypominającym dębinę i bezceremonialnie usiadła naprzeciw Stasiaka. – Ale wzywałeś mnie czy ktoś mi kawał zrobił?

– Wzywałem, ale zapomniałem. – Inspektor tak naprawdę lubił swoją podwładną, bo była jedyną osobą w tym budynku, której słów nie trzeba było przepuszczać przez filtr własnych domysłów. Monika mówiła, co myśli, nie zawsze myślała wprawdzie politycznie poprawnie, ale coś za coś. – Po pierwsze jest zażalenie na ciebie, że źle odnosisz się do kolegów.

– Strasznie szybcy są, dopiero co od nich wyszłam, więc chyba jednak nie w tej sprawie mnie wzywałeś. – Monika udała zainteresowanie. – Poza tym co to znaczy, że źle się odnoszę?

– Między innymi używasz słów powszechnie uznawanych za obelżywe – rozwinął inspektor.

– Leon, błagam cię. – Monika patrzyła na złożone na podołku parówkowate palce inspektora, którymi ten kręcił teraz młynka. – Słowa powszechnie uważane za obelżywe? A w tym budynku ktoś zna jakieś inne w ogóle? Na migi mam z nimi rozmawiać?

– Wiesz, o co chodzi. – Stasiak zatrzymał młynek i uniósł jedną z dłoni, powstrzymując w ten sposób kolejną próbę wejścia mu w słowo. – Oni tak mówią, bo są chamami, ale damie nie przystoi.

– Bo chamom przeszkadza? – Monika wcięła się mimo uniesionej dłoni. – Nie dość, że chamom, to do tego nierobom. Mamy trupa, jakby mu ktoś granat wrzucił do środka, ślady zadeptane, bo oni poszli kebsy wpierdalać, proszę ich, żeby mi coś sprawdzili, coś zebrali, a oni mi klarują, że to nie ma znaczenia dla śledztwa, bo się lumpy pochlastały. Jak lump, to ma nie iść siedzieć? – zapytała retorycznie. – Jak mam mu udowodnić, że wbił piętnaście razy kozika w kolegę, jak nic nie będę miała? Poza tym to nie lump…

– No właśnie, i tu jest druga sprawa, w której cię wezwałem – zafrasował się Stasiak.

– Wezwałeś i zapomniałeś. – Monika nie odpuszczała.

– Puszczamy tę sprawę. – Leon wypalił szybko, jakby chciał to już mieć za sobą. – Rejonowa chce się też wykazać, tu nie ma znamion…

– Jak nie ma znamion…? – Komisarz Brzozowska tego akurat najwyraźniej się nie spodziewała. – Rzeźnia, po kostki krwi było, to chyba jest wyjątkowe okrucieństwo, czyli nasza sprawa czy nie?

– Jest, nie jest, moglibyśmy się z nimi szarpać i pewnie byśmy to w końcu wzięli, ale po co? – Stasiak próbował polubownie. – To jest prosta sprawa, krótka piłka, poczekajmy na coś poważniejszego, poza tym masz sporo niepokończonych spraw. Chyba się nie nudzisz?

Monika rzeczywiście miała sporo formalnie niepokończonych spraw, ale nie znosiła kończyć spraw formalnie. W jej odczuciu całą tą papierologią mogły się już zajmować jakieś maszyny albo policjanci, którzy nie lubili wychodzić na dwór. Takich też tu mieli niemało. Żeby daleko nie szukać, do takich należał i choćby sam jej rozmówca, ale tego oczywiście nie mogła mu powiedzieć, nawet w przypływie największej szczerości.

– To nie jest krótka piłka – odpowiedziała tylko po chwili.

– Wiesz, że jest. Mówisz tak, bo nie znosisz przyznawać mi racji. – Stasiak uśmiechnął się polubownie. – Nikomu nie znosisz przyznawać racji, tym z kryminalistyki też nie.

Monika pokiwała głową, a on wiedział, że i tak nadal nie przyznała mu racji.

Mieszkanie mamy na warszawskich Bielanach nie było miejscem, w którym wychowała się Monika. Kiedy była małą, a potem nastoletnią dziewczynką, mieszkała z rodzicami wprawdzie też na Bielanach, ale w znacznie ładniejszym miejscu, nie w mieszkaniu budowanym dla pracowników Huty Warszawa, tylko w pięknym domku na ulicy Płatniczej. Wtedy, szczególnie jak na tamte czasy, jej rodzice byli bardzo zamożni. Ojciec był cukiernikiem. Mama miała komis antycznych mebli na Nowym Świecie. Pieniądze płynęły szeroką rzeką, a rodzice nie wiedzieli już, w którą szufladę którego z antycznych mebli je upychać. Większość koleżanek ze szkoły, a potem z liceum, zazdrościła Monice wszystkiego, od ubrań i wakacji począwszy, na znajomych rodziców, najczęściej osobach z wyższych sfer, skończywszy. Jej jednak nie było tak naprawdę czego zazdrościć. Kiedy miała siedemnaście lat, zaczęły się kłopoty, kiedy miała osiemnaście, uciekła z domu, a mając dwadzieścia, stała się bywalczynią tak zwanego bajzla, czyli miejsca, w którym na peronach, w przejściach podziemnych, a nawet w załomach murów w mrocznym tunelu średnicowym narkomani spotykali się, kupowali towar, wstrzykiwali sobie działki i umierali we własnych ekskrementach.

Teraz Brzozowska przyszła odwiedzić swoją ubogą mamę w małym mieszkanku przy ulicy Skalbmierskiej, które od domu na Płatniczej w prostej linii dzieliło zaledwie kilkaset metrów. Długi czas Monika próbowała zrozumieć, dlaczego po śmierci ojca, z którym i tak była już od lat w separacji, mama postanowiła sprowadzić się tak blisko własnej przeszłości. Może właśnie dlatego zresztą. Teraz nie było już nawet jak jej zapytać, bo mama powoli i bezpowrotnie traciła kontakt z rzeczywistością i ze swoimi ukochanymi wspomnieniami.

– Znowu nie przyprowadziłaś męża. – Osiemdziesięcioletnia staruszka w skupieniu przyglądała się, jak Monika stawia przed nią szklankę z herbatą i kawałek piaskowej babki.

– Nie mam męża, mamo. – Monika udzieliła tej odpowiedzi tak wiele razy, że właściwie nie słyszała już teraz, jak to mówi.

– Rozwiedliście się? – drążyła matka.

– Nie, mamo, nigdy nie miałam męża – odpowiedziała Monika cierpliwie, po czym usiadła naprzeciwko mamy w pokoiku o rozmiarze stołu, dwóch krzeseł, dwóch osób i babki piaskowej i sięgnęła po papierosa.

– To nie jest prawda, może się rozwiedliście albo on umarł, nic mi nie mówisz. – Mama łapczywie sięgnęła po obsypujący się lekko trójkąt ciasta. – I nie pal tutaj. Nie chodzi o mnie, mniej już nic nie zaszkodzi, ale o ciebie, jesteś piękna i młoda, po co umierać?

Konstatacja i pytanie okazały się dla niej nagle tak bardzo utrafione, że Monika zgasiła ledwie zaczętego papierosa, wciskając go w spodeczek od szklanki.

– Nie jestem żoną, wdową ani rozwódką, jestem panną, mamo. – Monika spojrzała na matkę teraz przez chwilę dłużej. – Starą panną chyba już właściwie.

Mama pokręciła w końcu głową nieprzekonana, a fragment ciasta odłupał się nagle i z newtonowską nieuchronnością spadł jej na kolana.

Wyszła od mamy jeszcze bardziej zmęczona, niż do niej przyszła. Przez chwilę nie wiedziała, co ze sobą zrobić, dokąd dalej pójść. Siąpił deszcz. Ulicą przejeżdżały samochody, za nimi niósł się ów dziwny poszum opon klejących się do rozpuszczonego już chyba wielodniowym nieprzerwanym siąpieniem asfaltu. Nie było zagadki do rozwiązania, nie było pamięci matki, nie było męża, nie było sensu. Monika wsiadła do samochodu, odpaliła silnik, dmuchawa z wolna zaczęła rozganiać parę z szyby. Po chwili wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni bomberki szklaną lufkę. Zajrzała w cybuch, w którym nie było nic oprócz wielotygodniowego nagaru. Wielotygodniowe nagary dobrze podgrzane potrafią zamotać rzeczywistością bardziej niż świeżo nabite zioło. Przyłożyła zapalniczkę, po chwili czubek lulki lekko się zaczerwienił. Dym był dusząco śmierdzący, a efekt nadspodziewany.

Deszcz, mrok, szum opon, dmuchawa i przepalona lulka zabrały ją nieomal natychmiast. Wysiada z auta i idzie… ale dokąd? Czy mija dużo czasu, czy mało? Czy miejsca, które widzi, blask świateł, ciepło kawiarni, gwar ludzkich głosów, miarowe walenie basów z subwoofera, czy to wszystko się dzieje, czy może to tylko wytwór jej halucynopodatnego umysłu, a jeśli się dzieje, to gdzie, w jakiej sekwencji, dokąd idzie najpierw, a dokąd trafia później? Jakie jest następstwo tych zdarzeń?

Przystojny mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze i wełnianym jasnym płaszczu, Mariusz Kolowski, wszedł na pagórek obrośnięty niezbyt wysokimi drzewami. Przed momentem w dziwnych okolicznościach rozstał się z pewną kobietą, szedł tu, nie wiedząc do końca, dlaczego właściwie to robi, ale czuł bardziej ekscytację niż niepokój. W knajpie poczuł się dziwnie. Kiedy z niej wyszedł w towarzystwie dawnej znajomej, ta znikła nagle jak kamfora. Zanim zdążył się zdziwić, zjawiła się inna kobieta, która głosem nieznoszącym sprzeciwu zaprosiła go na krótki spacer. Niemłoda kobieta była tak ponętna i tajemnicza, że pomimo iż jej nie znał, zgodził się na propozycję. Weszli na górujący nad otoczeniem wał carskich niegdyś fortów. Po jednej stronie w dole widać było zabudowania willowe, po drugiej parking i brzydki pawilon wybudowany w latach siedemdziesiątych, który teraz służył za siedzibę wziętych studiów fotograficznych i biur architektonicznych. Wszystko działo się w ciszy, nie musieli rozmawiać, brak słów czynił z jego punktu widzenia sytuację jeszcze bardziej frapującą. Kobieta podała mu ozdobny żeliwny cybuch. Na jego obrzeżu znajdowały się jakieś drobne rzeźbienia, ale co przedstawiały, nie mógł dojrzeć, gdyż była noc. Kiedy wziął go do ust, podała mu ogień z zapalniczki.

– Czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy? – zapytał, wypuszczając kłąb jasnego dymu.

Ona, zamiast odpowiadać, uśmiechnęła się tylko tajemniczo.

Ciągnąc gorący dym w płuca, czuł już, że coś jest inaczej, niż było zawsze, że odpływa w trochę inną stronę niż zwykle. Sekundy później stracił świadomość, a ona gwizdnęła cicho. Wtedy dołączył do niej mężczyzna. Bagnet był ten sam co poprzednio, długi i ostry, wszedł w jego ciało leżące na pokrytej mokrą trawą ziemi jak w masło. Piętnaście uderzeń zadawanych z automatyzmem i bez czucia.

Monika znów stoi w knajpie przy barze. Ktoś do niej mówi, ona słyszy głos, ale nie widzi twarzy, chyba się śmieje, potem coś znów pali, piwo, wino, drinki, tabletka, czyjś dziwny śmiech, ciepłe wnętrze samochodu.

– Gdzie jestem i skąd się tu wzięłam? – Pytanie świdruje jej myśli teraz, a może we wspomnieniu.

Czas i przestrzeń zlewają się w jeden rwący strumień, nie ma następstwa, logiki, konsekwencji. Nie ma też żadnych twarzy, jest tylko mgła kolorów, spłachetki wspomnień, które nie układają się w nic, nawet patchwork trudno byłoby z nich pozszywać, a co dopiero historię z początkiem, rozwinięciem i puentą. Chyba że puentą jest ten dojmujący dźwięk, który teraz rozrywa jej głowę od środka, choć przecież z zewnątrz.

Otworzyła oczy. Znów ten sam sufit, z tym samym niezbyt dobrze komponującym się z wnętrzem fragmentem kolistej papierowej lampy. Czyli była u siebie, więc jak na to, co przemieszczało się po orbicie wnętrza jej czaszki jak meteoryty i odłamki skalne w pasie otaczającym Saturna, skończyło się i tak nie najgorzej. Nie najgorzej, ale raczej słabo. Kiedy uniosła głowę, na horyzoncie zobaczyła czubki swoich kowbojek.

Raczej zupełnie słabo, pomyślała.

Telefon. To on wytwarzał to coś, co zaplatało się od dłuższej chwili między sen, kawałki wspomnień i potworny ból głowy. Podniosła się nieco wyżej na łokciach. Świdrujący dźwięk produkował też drgania, które miarowo i rytmicznie kłuły ją gdzieś w bok, jak defibrylator.

– Halo? – Wyszarpnęła z kieszeni aparat, przy okazji wypadła z niej jakaś wizytówka.

– Monika? – Zdziwiony głos Wójcika nie był milszy od dzwonka telefonu.

– A do kogo dzwonisz? – Monika odchrząknęła, bo w jej gardle, podobnie jak w całym ciele, coś zalegało.

– Do ciebie, ale od półtorej godziny, więc pomyślałem, że może… – Adam zaczął brnąć w zawiłości.

– Na szczęście nie. – Monika nieśmiało zerknęła w stronę okna, po świetle można czasem, choć nie zawsze, ocenić, jaka jest mniej więcej pora dnia. Było szaroburo, czyli światło osiągnęło już, zdaje się, apogeum swoich możliwości. Było późno. – Co tam?

– Wszyscy cię szukają – powiedział Adam.

Nie ma gorszego komunikatu dla człowieka, który nie wie, która jest godzina, któremu coś zalega w całym ciele i który nie pamięta, co się działo przez ostatnie pół doby albo lepiej.

– Zaziębiłam się, leżę. – Takiego wytrychu sytuacyjnego Monika użyła już wiele razy w ostatnim czasie, więc nie było szans, żeby tym razem cokolwiek jej załatwił. Chyba więc jedynie dla uprawdopodobnienia własnych słów przed samą sobą odchrząknęła i położyła głowę z powrotem na poduszce.

– No to nie wiem, bo sprawa jest i Leon wstrzymuje tutaj działania, żebyś mogła wszystko zobaczyć, zanim, wiesz… – Adam oddalił słuchawkę od twarzy i Monika usłyszała lekki poszum wiatru.

– Jaka sprawa? Możesz jaśniej troszkę, Adaś, mam gorączkę. – Monika dotknęła czoła w nadziei, że rzeczywiście będzie rozpalone. Niestety nie było.

– Nad ranem stróż w fortach Mokotów na skarpie znalazł zwłoki mężczyzny. – Adam przerwał, dając Monice szansę na przetrawienie w gorączce pierwszej porcji informacji.

– Mokotów… To jest rejon dwójki, po co my tam? – Monika próbowała odciąć kupon od ostatniej rozmowy ze Stasiakiem.

– Po pierwsze, jest z okrucieństwem… – Adam zaczął wyliczankę.

– Na Inżynierskiej też było z okrucieństwem, a stary zostawił to tym z praskiego – wcięła się Monika.

– Po drugie, osoba jest trochę publiczna, znany prezes jakieś znanej firmy deweloperskiej – kontynuował Adam, nie zważając.

– No tak, oczywiście, prestiż i ambicja. – Monika już wiedziała, że nie ma takiej mocy, która mogłaby ją uchronić przed pokonaniem objawów grypy i wyjazdem na cholernie zimne, przewiane i przelane deszczem forty mokotowskie.

– Po trzecie – Adam ciągnął jak z kartki, ale najwyraźniej zbliżał się do puenty, bo zawiesił na moment głos – z rozległości ran i ich rozmieszczenia można wnosić, że to zabójstwo ma coś wspólnego z tamtym.

– O kurwa, no to grubo. – Monika westchnęła. – Która godzina?

Siedząc na tylnym siedzeniu fiata punto, Monika popadła w refleksyjne rozważania na temat faktu, iż ogromna część ludzkości nie ma nawet pojęcia, jak wielkim błogosławieństwem dla człowieka potrafią być choćby skąpe, ledwie przepuszczone przez szarą fizelinę chmur promienie słońca. Kiedy miła pani kierowca Ubera poinformowała ją, że dojechały, od rozmowy z Wójcikiem upływało właśnie równo pół godziny. Monika opatuliła się cała w szal, czapkę i kołnierz, by choć trochę poprzeć wyglądem hipotezę o swoim rzekomym przeziębieniu, w które i tak nikt nie wierzył. Na szczęście nikt też za bardzo nie miał teraz czasu zastanawiać się nad przyczyną jej wcześniejszej nieobecności, bo jak prawie nigdy wszyscy zajęci byli krzątaniną, bieganiem, zabezpieczaniem terenu oraz naprzemiennym odganianiem dziennikarzy i informowaniem ich o braku informacji. Brzozowska przez moment przyglądała się temu wszystkiemu i wahała się, czy wysiąść w ogóle z taksówki, w której było ciepło, grało radio, a pani za kierownicą aksamitnie niskim głosem opowiadała jej o czymś, co nie miało żadnego znaczenia i nie wymagało najmniejszego nawet zaangażowania myśli i skupienia. Wtedy właśnie słońce wyszło w pełnej krasie.

Kiedy szła przez otoczony zielenią i wysypany szutrem placyk, próbowała sobie przypomnieć, czy była tu już kiedyś wcześniej. Miejsce znów wydawało się znajome, ale w ten charakterystyczny sposób, kiedy to sytuacja i miejsce wydają się idealnie pokrywać z tym, co się dzieje teraz, ale z drugiej strony pamięć nie potrafi nijak przytoczyć okoliczności zdarzenia. Słowem znów déjà vu.

Zwłoki leżały na plecach w podobnym nieładzie jak te, które znaleźli przez trzema dniami w praskiej ruderze, były też podobnie poryte ranami i pokrwawione. Na tym kończyły się podobieństwa między sytuacjami i przede wszystkim między ofiarami. O ile tam bowiem znalezione ciało należało do lumpa, o tyle tutaj poszarpane i zakrwawione były nie waciak i brudna podkoszulka, ale płaszcz z najlepszej wełny, elegancka jedwabna kamizelka i koszula z bawełny delikatnej i białej jak śnieżny puch. Pierwsza impresja Moniki była zresztą taka, że w ogóle wszystko tutaj było delikatne. Delikatna odzież, delikatne dłonie, delikatne, choć zastygłe teraz w pośmiertną maskę, rysy i delikatny, jakby błogi, uśmiech na twarzy ofiary. Ta błogość na twarzy skojarzyła jej się zresztą na tyle z brakiem symptomów cierpienia u zamordowanego na Inżynierskiej Wąsika, że nawet nie biorąc pod uwagę całej reszty zbieżności, samo to wystarczało, żeby obie te sytuacje wydały się podobne.

– A dziś co? – Monika usłyszała za sobą zachrypnięty lekko głos inspektora Stasiaka.

– Z czym? – odpowiedziała, odwracając się do niego. – A dziś elegant, poza tym wszystko jak u tych z praskiej rejonówki. – Spróbowała być lekko sarkastyczna.

– To wiem, od czterech godzin, a ty od czterech minut. – Stasiak nie był nieinteligentny, poza tym jeśli ktoś manipuluje kimś wystarczająco długo, każdy manipulowany w końcu się zorientuje. Chyba że bardzo tego nie chce. – Czyli?

– Chora jestem – skwitowała Monika.

Stasiak pokręcił głową z mieszaniną niedowierzania i dezaprobaty.

– Przepatrz, co jest do przepatrzenia. Pogadaj z ludźmi, jest ochrona, monitoring, gość był, zdaje się, wcześniej w tutejszej knajpie, trzeba sprawdzić. – Na podjazd między ładny ceglany budynek, prawdopodobnie należący jeszcze do wybudowanych w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku carskich zabudowań fortecy Mokotów, a brzydki postpeerelowski pawilon po Zakładach Radiowych i Telewizyjnych „Zarat” wjechał samochód służbowy inspektora. – Spotkamy się na komendzie. Na razie do prasy nic.

Stasiak poszedł w stronę granatowej skody superb, a Monika obróciła się i ruszyła w kierunku żółtego parawanu skrywającego okropieństwa krwawej zbrodni przed wzrokiem ciekawskiego ogółu. Walińska stała już we wnętrzu śmiertelnego kojca.

– Tu go zabili czy tu go przenieśli? – Monika patrzyła na delikatną, acz już teraz ziemistą twarz i myślała o tym, że od jakiegoś czasu wszyscy z kimś jej się kojarzą i wydają znajomi.

– Nie wiem, księżniczko, a dzień dobry się u was na dziale nie mówi? – Walińska w gumowych rękawiczkach oglądała dłonie, macała szyję, zaglądała pod zamknięte powieki. – Nie żyje od ośmiu do dwunastu godzin.

– Zimno jest. – Do rozmowy włączył się Adam, który pojawił się nagle nie wiedzieć skąd.

– Wiem, wzięłam to pod uwagę. – Walińska rozpięła pokrwawioną koszulę, odchyliła ją lekko, zajrzała pod spód. – Jak również i to, że wylało się z niego przez dziury pewnie z siedem litrów krwi, więc w odpowiedzi na twoje pytanie, aniołku. – Teraz spojrzała na Monikę, która robiła wszystko w życiu ze swoim wyglądem, żeby tylko nikomu nie kojarzyć się z aniołkiem. – Myślę, że zginął tutaj… albo nieopodal, bo wszędzie jest do cholery krwi.

Monika zerknęła na Adama.

– Stary mówił, że facet był wcześniej w jakiejś knajpie tu na terenie? – Spojrzała na placyk poniżej skarpy wału fortecznego, próbując sama odpowiedzieć sobie na zadane pytanie.

– Tak, w Fort Wino. – Adam był jednak szybszy. – Właściciel nam powiedział, wyszedł po jedenastej z jakąś kobietą…

Adam mówił dalej, ale Monika już nie słyszała, bo nagle jak grom z jasnego nieba spadło na nią wspomnienie wizytówki, którą rano znalazła w spodniach i którą wyrzuciła przed wyjściem do śmieci. Zanim jednak ją wyrzuciła, zerknęła na nią. Na wizytówce widniała nazwa lokalu – Fort Wino.

– …trzeba będzie na pewno z nimi jeszcze tam pogadać. – Fonia wróciła, Adam mówił nadal. – Poza tym mamy zaraz dostać materiały z monitoringu.

– Ty pogadaj z właścicielem tego Wina. – Monika poczuła, jak w ataku paniki zasycha jej w gardle.

– Jesteś pewna? – Adam bał się jeszcze ucieszyć z powierzenia mu tak odpowiedzialnego zadania, nie wierzył własnym uszom.

– Tak, poznałeś go już, to pogadaj, nie sądzę, żeby on wniósł jakoś dużo do sprawy, ale a nuż. – Monika próbowała opanować drżenie głosu. – A kto to w ogóle był ten facet? – Wskazała na leżące zwłoki.

– Jakiś deweloper czy ktoś taki. – Adam sięgnął po komórkę, żeby dopytać w Wikipedii. – Mariusz Kolowski czy Kolewski, zaraz sprawdzę.

– W każdym razie osoba znana i lubiana w kręgach. – Do rozmowy włączyła się Walińska, która zakończyła wstępne czynności. – Tym bardziej dziwne, że ma rany kłute rozmieszczone z grubsza w tych samych miejscach co nasz praski lump.

W oddali policjanci z prewencji starali się nie dopuścić fotoreporterów i pracowników okolicznych firm za taśmę rozciągniętą przy wjeździe na teren fortów. Uwaga całej trójki skierowała się w tamtą stronę, bo właśnie wzmógł się ogólny zgiełk i jazgot.

– Mariusz Kolowski, właściciel firmy deweloperskiej Kolos… – Adam zaczął czytać.

– Chyba trochę nie miał do siebie dystansu – weszła mu w słowo Walińska, a widząc brak zrozumienia w oczach kolegów, dodała: – Kolowski, Kolos, proszę was.

– W każdym razie – Adam wrócił do wertowania Wiki – od dwa tysiące dziesiątego roku miał tego Kolosa, w tamtym roku osiemdziesiąty drugi na liście „Wprost”, absolwent Szkoły Głównej Handlowej i podyplomowych studiów New York School of Economics rocznik dwa tysiące dwa, w latach dwa tysiące sześć–dwa tysiące osiem pracował w zarządzie Ikea Polska.

– A co pomiędzy dwa tysiące dwa a sześć? – Monika zapytała bardziej, żeby uczestniczyć, niż żeby się dowiedzieć. Jej myśli próbowały rozpaczliwie odszukać jakikolwiek punkt zaczepienia w pamięci wydarzeń ostatniej nocy.

– Tu nic nie ma w tym okresie. – Adam wczytał się w szczegóły opisu. – Jest za to żona i piętnastoletni syn.

Monika raz jeszcze zerknęła na budynki poniżej, w nadziei, a może w obawie, że fragment realności uruchomi coś w jej pamięci. Tyle że wtedy pewno było ciemno, a teraz jest jasno, wtedy ona była pod wpływem środków, była w czarnej dziurze świadomości, a teraz patrzyła na wszystko w kształcie realnym. Nic nie pamiętała, a im bardziej to do niej docierało w połączeniu z leżącymi pod ich stopami zwłokami, tym bardziej chciała stąd uciec.

– Pogadaj z tym od Wina, weź zapisy monitoringu, rozumiem, że nasza ulubiona kryminalistyka pobrała już ślady. – Monika zaczęła się zbierać. – Ja odszukam żonę, lepiej, żeby dowiedziała się od nas niż od nich. – Wskazała na stojących za plastikową taśmą z napisem „Policja” chłopców z aparatami i obiektywami dłuższymi od własnych rąk. – Dużo czasu nie mamy. Jak ona się nazywa…?

Adam zerknął raz jeszcze w telefon.

– Bożena – przeczytał. – Bożena Kolowska. No, ale jak…?

Chciał jeszcze dopytać Monikę, co konkretnie ma tutaj zrobić, bo ogrom zrzuconej na niego odpowiedzialności lekko go przerażał, ale ona schodziła już w dół ziemnego wału fortyfikacji.

Tak naprawdę była przerażona znacznie bardziej od niego. Najpierw podwinęła kołnierz palta i przeszła obok budynku ochrony, potem dalej wzdłuż płotu minęła dziennikarzy. Na szczęście żaden z nich jej nie rozpoznał, bo gdyby tak się stało, zaczęłyby się sypać pytania, a wśród nich na przykład o to, co pani komisarz Monika Brzozowska robiła na miejscu zbrodni w nocy, której nie pamięta.

Kiedy zmoczona deszczem doszła na róg Racławickiej i Wołoskiej, wsiadła do autobusu i przejechała, nie wiedząc nawet po co, cztery przystanki do Galerii Mokotów. To znaczy tak naprawdę wiedziała, dlaczego robi wszystkie te idiotyczne rzeczy, ale dla policjantki przyznanie się, że ucieka przed podejrzeniem o udział w zabójstwie, było czymś absolutnie nie do przyjęcia. Zresztą dla niepolicjantki pewno też, ale ona akurat od dwunastu lat była właśnie policjantką. Nagle wróciły wszystkie lęki zostawione daleko w przeszłości. Trauma, której miała nadzieję nigdy nie napotkać już na swojej drodze, zwierzęcy wręcz strach, kiedyś związany z perspektywą narkotycznego głodu, teraz wystrzelił z podobną mocą, acz z zupełnie innego powodu. Nie bała się, że zabraknie jej działki i że w efekcie zwariuje z bólu i strachu, że zwymiotuje swoje wnętrzności, że wyskoczy przez okno, bała się, że zrobiła coś złego i nie ma pojęcia ani co, ani przede wszystkim dlaczego.

W Galerii Mokotów po kilku minutach kluczenia między sklepowymi półkami dla upewnienia się, czy ktoś przypadkiem za nią nie chodzi, usiadła w najbardziej oddalonym od wejścia kącie jednej z mało uczęszczanych kawiarni. Dlaczego właściwie ktokolwiek miałby za nią chodzić? To nie ktoś stanowił dla niej największe zagrożenie, to ona sama była nim w tej chwili. Tak jej się przynajmniej wydawało. Istnieją różne warianty osobowości. Niektórzy boją się okoliczności, inni boją się ludzi, ona zawsze najbardziej bała się samej siebie.

– Podwójne espresso i wodę. – W końcu zebrała się na tyle, żeby nawiązać kontakt z rzeczywistością. – Zimną.

– Już myślałem, że nic pani nie zamówi. – Niezbyt rozgarnięty młody chłopaczek próbował, zdaje się, ją podrywać, a ona pomyślała nagle zupełnie bez sensu, że gdyby spróbował trochę mocniej, to pewnie by mu się udało. – Może ciasteczko?

Gdyby spróbował, ale bez użycia zdrobnień.

– Nie, dziękuję.

Kawa, woda, chciałoby się zapalić, ale na razie nie ma jak. Wyciągnęła telefon.

– Cześć, Brzozowska mówi. – Na szczęście oficerem dyżurnym był dziś Wojtczak, bystry aspirant, któremu nie musiała tłumaczyć zbyt wiele. – Znajdź mi na cito telefon do Bożeny Kolowskiej, żony tego od mieszkań… Tak, do żony zamordowanego Mariusza Kolowskiego.

Odłożyła słuchawkę i spróbowała zebrać myśli. Nie zdążyła, bo telefon zadrgał w jej dłoni.

– I co? – odebrała i zapytała, nie patrząc na wyświetlacz.

Po drugiej stronie nikt jednak się nie odezwał. Wtedy spojrzała na LCD, na którym w miejscu na numer wyświetlał się komunikat „brak identyfikacji”.

– Halo? – Przełknęła ślinę. – Słucham?

Nic. Po kilku sekundach, w trakcie których Monika próbowała już jedynie nasłuchiwać, dał się słyszeć charakterystyczny klik rozłączanej rozmowy. Chwilę później telefon zadzwonił znowu, teraz na wyświetlaczu pojawił się „Adaś”. Odebrała.

– Dzwoniłeś przed chwilą? – zapytała od razu.

– Nie, dzwonię teraz – odpowiedział zaskoczony.

– Okej, i…? – Spróbowała pokryć zdenerwowanie sprzed chwili, ale nie do końca się to udało.

– I… – Adam zaczął niespiesznie. – I właściciel Wina znał się z Kolowskim od lat, przychodził regularnie, przeważnie sam, czasem pojawiały się kobiety, wczoraj też się pojawiła…

– Rysopis? – Głupio jest pytać o coś, co czujesz, że może cię pogrążyć, ale nie miała wyjścia.

– Nie ma – odpowiedział z żalem, a Monika odetchnęła z ulgą. – Nie widział jej twarzy, przyszła, posiedzieli chwilę, miał wrażenie, że trochę na siebie jakby wpadli, potem wyszli, ale twarzy nie widział, miała wysoko postawiony kołnierz od kurtki. Tyle. Natomiast co do monitoringów sprawa jest ciekawsza…

– Bo? – Monice znów skoczyło ciśnienie. – Możesz bez tych wszystkich zagajeń?

– Bo ktoś je wykradł.

– Kiedy? Jak? – Udała zainteresowanie, a jednocześnie wraz z odejściem głównego stresu zastanowiła się nagle, skąd w ogóle cała jej panika. Fakt, iż być może przez przypadek w jej kieszeni znalazła się wizytówka, którą mogła równie dobrze znaleźć jako reklamówkę w stu lokalach w całym mieście, zdeprymował ją tak bardzo, jakby co najmniej znalazła w swojej szufladzie narzędzie zbrodni ze śladami krwi. Bez sensu.

Gdzieś w tle Adam klarował, w którym momencie i którędy ktoś mógł podprowadzić dane z dysków monitoringu, ale ona już go nie słuchała. Po pierwsze, przestała się bać, po drugie, uznała to, że się bała, za przejaw absolutnej paranoi.

– A, i dzwonił Wojtczak z dyżurki. – Adam po krótkiej pauzie, która nastąpiła, bo uświadomił sobie, że jest niesłuchany, rozpoczął kolejny rozdział swojej wypowiedzi. – Mówi, że próbował się z tobą połączyć, ale go nie słyszałaś. Podaję ci telefon i adres do żony Kolowskiego.

Dom wyglądał jak pałac, a właściwie nie tyle wyglądał, co po prostu był pałacem. Najpierw brama z budką strażniczą, przez którą Monika przejechała po okazaniu ochroniarzowi swojej policyjnej legitymacji, później podjazd pod samo wejście. Kiedy tylko wysiadła, samochód zabrał kolejny ochroniarz. Teren był zadbany i choć wszędzie wkoło porastała go roślinność, to ktoś rozsadził ją w na tyle przemyślany sposób, że jednocześnie oko miało wrażenie obcowania z wolną przestrzenią. Trawniki pomimo jesiennej pory wyglądały jak korty Wimbledonu w środku lata i tylko żółknące liście drzew zdawały się między słowami informować przybyłego o tym, że jednak rok powoli zbliżał się do swojego niechybnego kresu. Na ganku przed wejściem czekała na nią przystojna kobieta w wieku na oko pięćdziesięciu kilku lat. Wyglądało na to, że nic jeszcze nie wiedziała, ale niewątpliwa i widoczna na pierwszy rzut oka inteligencja musiała jej już podpowiadać, że przybycie komisarz śledczej z komendy stołecznej nie wróży nic dobrego.

– Dzień dobry pani, Monika Brzozowska, komenda stołeczna, ja dzwoniłam. – Monika zaczęła od informacji, której nie musiała przytaczać, ale jakoś trzeba było zacząć.

– Wiem, wiem oczywiście, czekałam na panią, zapraszam. – Bożena Kolowska miała ładny, niski, a jednocześnie kobieco zmysłowy głos.

Weszły. Monika od razu zauważyła, że wewnątrz właściciele starali się nie epatować przesadnie przepychem. Oczywiście trudno było przestronność i wystawność wnętrza do końca ukryć, ale wystrój był stonowany i elegancki w ten szczególny sposób, który kojarzył się bardziej z harmonią niż z tromtadracją.

– Kawy? – spytała kobieta, a w jej niskim głosie zadrgała delikatna nuta niepewności.

– Nie, dziękuję. – Monika trochę nie wiedziała, jak się zachować. Na szczęście problem nadrzędny, czyli to, co miała do przekazania, ukrył się na moment pod problemem znacznie mniej ważkim, czyli jak zachować się w takim wnętrzu wobec takiej kobiety. – Piłam już ze cztery dzisiaj. Czy mogłybyśmy usiąść?

Kolowska pokiwała głową i ruszyła naprzód, zapominając na moment o etykiecie. W prośbie o to, by usiąść, którą sformułowała policjantka z komendy stołecznej, był bardzo subtelny sygnał o tym, że informacja, którą za chwilę miała usłyszeć pani domu, wymagała tego, by raczej siedziała, niż stała. Bożena Kolowska umiała czytać subtelne informacje.

– Nie wiem, jak zacząć… – Monika patrzyła na kobietę, która choć jeszcze nic nie usłyszała, to właściwie wszystko już wiedziała. – Dziś rano, właściwie nad ranem, otrzymaliśmy informację… od ochrony… z fortów mokotowskich… Pani mąż… niestety…

Kobieta podniosła dłoń, prosząc tym samym Monikę, żeby ta nie kontynuowała. Chwilę później łzy popłynęły z jej oczu, a ona ukryła twarz w dłoniach. Przez długie kilkanaście sekund kobiety siedziały naprzeciw siebie w ciszy.

– Jak to się stało? – w końcu odezwała się Kolowska.

– Niewiele