Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 226 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rynek w Smyrnie - Jacek Dehnel

Rynek w Smyrnie Jacka Dehnela, autora znakomitej Lali, to zbiór sześciu opowiadań z lat 1999–2002, poruszających i przewrotnych, z których wyłania się obraz świata zaczarowanego, utkanego ze szczegółów pozornie nieistotnych – drobnych gestów, zapachów, smaków i barw.

Wszystko zaczyna się tu zwyczajnie – wakacje we Włoszech, jazda warszawskim autobusem, oczarowanie marmurową rzeźbą... Ale potem spod powierzchni wyzierają niezwykłość i magia albo toczący rzeczywistość rozkład, fakty odsłaniają swoje prawdziwe znaczenie, a wydarzenia przybierają obrót zupełnie niespodziewany. Młodzi kochankowie wkraczają niebacznie w strefę skażoną epidemią samotności, niedoszły ksiądz, malujący ściany burdelu w psychodeliczne kwiaty i ptaki, zostaje kochankiem wszystkich pracujących tam prostytutek, a wśród pozostawionych przez zmarłą ciotkę rzeczy odnajduje się zamknięty w tekturowym pudełku koniec świata...

W stonowanych, swobodnie płynących narracjach Dehnel opowiada historie dowcipne i zajmujące, liryzm splata z ironią, z drobiazgów wydobywa piękno i głębię. Rynek w Smyrnie to hołd złożony młodości, a zarazem książka o przeznaczeniu, które lubi przypominać o sobie w najmniej oczekiwanych momentach.

Opinie o ebooku Rynek w Smyrnie - Jacek Dehnel

Fragment ebooka Rynek w Smyrnie - Jacek Dehnel

w serii ukazały się

Dawid BieńkowskiNicJacek DehnelLalaAdam CzerniawskiNarracje ormiańskieIzabela FilipiakMagiczne oko. Opowiadania zebraneManuela GretkowskaMy zdies'emigrantyManuela GretkowskaKabaret metafizyczny

Manuela GretkowskaTarot paryskiManuela GretkowskaPodręcznik do ludzi

Manuela GretkowskaNamiętnikHenryk GrynbergDrohobycz, DrohobyczMariusz GrzebalskiCzłowiek, który biegnie przez lasRadosław KobierskiHararWłodzimierz KowalewskiŚwiatło i lęk

Wojciech KuczokGnójWojciech KuczokOpowieści przebraneWojciech KuczokWidmokrągMarian MarzyńskiSennik polsko-żydowskiJanusz RudnickiMój WehrmachtSławomir ShutyCukier w normie z ekstrabonusemSławomir ShutyZwałMariusz SieniewiczCzwarte nieboMariusz SieniewiczŻydówek nie obsługujemyMarek SobólMojryJerzy SosnowskiWielościanJerzy SosnowskiPrąd zatokowyMagdalena TulliW czerwieniMagdalena TulliSny i kamienieMagdalena TulliTrybyMagdalena TulliSkazaWitold WedeckiCzarne rondo

archipelagi

Jacek DehnelRynek w Smyrnie

Patronat medialny

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2007 Wydanie I Warszawa 2007

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Patrząc na Stromboli

Z morza miasto wyglądało jak termitiera, ciemna, tajemnicza konstrukcja, pod którą wyczuwa się skomplikowaną sieć przejść, stroma i gładka, o szarych ścianach umocnionych przesadnie wielkimi arkadami, jakby wyjętymi z megamanii Piranesiego. Kamień obrobiony i kamień klifu mieszały się ze sobą i łączyły w nowotwory, w których nie sposób było rozróżnić granicy tkanek. I tylko z rzadka w tej wielkiej skalnej szarości migała – skromne ustępstwo na rzecz kolorytu Śródziemnomorza – doniczka z pelargonią, gliniany dzban, markiza w niebiesko-białe paski albo rudy kot, wygrzewający się w słońcu na parapecie okna. Okna zaś, sto czy dwieście okien, wychodziły na morze jak milcząca procesja, która nigdy nie dojdzie świątyń swego przeznaczenia (jeśli, rzecz jasna, sprawy ująć poetycko – a byliśmy akurat w nastroju poetyckim); sam środek klifu przecinały, niby puste, pionowe koryto dawno wyschniętego wodospadu, kamienne schody, ozdobione niegdyś przez jednego z minionych burmistrzów – który, jak wszyscy burmistrzowie tego miasteczka, wykazywał się fantazją na miarę W.R. Hearsta, ograniczaną jedynie przez skromne fundusze – topornymi figurami nimf i delfinów, zżeranymi stopniowo przez morską sól i sirocco.

Z miasta morze wyglądało jak Morze Śródziemne. Inne słowa nie są w stanie oddać tego rozedrganego, wielobarwnego zjawiska, cudownego w swej wiecznej niestałości. Nieco na lewo – jeśli patrzeć z punktu widokowego u szczytu schodów, małego balkoniku z kamienną balustradą i spiżowym działem z jakiejś dawno rozbitej armady czy może wyposażenia hiszpańskiej fortecy – otóż nieco na lewo, w oddali, przy dobrej pogodzie dostrzec można nad twardą, migotliwą granicą wody błękitną plamę, jakby morze rozlało się nieco ku górze, w zawilgoconą aurę. Wyżej – biały obłoczek. To Stromboli. Liza stała oparta głową o moje ramię, jedną rękę położywszy na balustradzie, a drugą oplatając mnie w pasie, i mówiła, że jej znajoma była na Stromboli i powiedziała, że to najpiękniejsze miejsce na świecie. Stromboli. Był chyba film o takim tytule. Plama nad szafirową kreską horyzontu.

Na prawo, u podnóża termitiery, widać było wyspę. Wyspę klasztorną, wyspę tylko z nazwy, która niegdyś wyrastała przy samym brzegu, z kipieli, ale teraz łączył ją z klifem wąski pas plaży.

Tak, tam też się wdrapaliśmy. Szło się znów schodami, schodkami raczej, węższymi jeszcze i jeszcze bardziej stromymi niż te naprzeciwko, schodkami wykutymi w skale – jak sądzę – również na polecenie jakiegoś burmistrza, który nie mógł już wznieść fontanny na jednym z miejskich placów ani pomnika miejscowej osobistości na placu głównym, ani nawet ozdobić syrenami zejścia na plażę, bo wszystko to zrobili jego poprzednicy, więc choćby w ten sposób pragnął się zapisać w pamięci potomnych. Po obu stronach skała – w górę i w dół, słona i goła, porośnięta gdzieniegdzie kępkami przedziwnej tubylczej roślinności, jakimiś mizernymi opuncjami, ostatkiem sił czepiającymi się prawie pionowej ściany.

Tak, tam też się wdrapaliśmy, jeszcze pierwszego wieczora, kiedy dotarliśmy do termitiery. Pierwszego wieczora, a raczej pierwszego popołudnia wysiedliśmy z pociągu, ot tak, na chybił trafił, bo od trzech godzin jechaliśmy brzegiem morza, cypel za cyplem, dzwonnica za dzwonnicą, i tu było po prostu zbyt pięknie, by podróżować dalej, spytaliśmy o kempingi, zwlekliśmy się na plażę stromymi schodami, zostawiliśmy plecaki u signory, która opuściła nam trochę ze zwykłej taksy, i piszcząc z zachwytu, wybraliśmy się do klasztoru. Plaża, schodki, opuncje.

Spłowiały i zżarty klasztor wznosił się na czubku skały z uporem, ale uporem cokolwiek beznamiętnym; z coraz wyższych schodków był bardziej i bardziej podobny do prostokątnego tortu, ozdobionego u góry szeregiem fantazyjnych bez. Przystanęliśmy na chwilę. Miasto i klasztor, klasztor i miasto mierzyły się kamiennym wzrokiem. Miasto z okien mieszkań i pokoi dla turystów, klasztor – ze strzelniczek i arkad.

Jak wszystkie zabytki na południu Włoch, tak i ten obsiedli tutejsi staruszkowie, wyglądający, jakby tkwili tu od czasu wzniesienia budowli – siedzieli tu przed laty i jeszcze wiele lat po śmierci będą figurowali jako koloryt lokalny w albumie jakichś Niemców, Szwedów czy Duńczyków. Patrzyli w morze, ogorzali i spłowiali od słońca, jakby całe życie pracowali jako mechanicy w wozowni jakiegoś solarnego bóstwa.

– …może być trzynasty wiek, może być osiemnasty – mówiłem, przyglądając się z gruba ciosanym amorkom na kapitelach i masywnym murom – prowincjonalne warsztaty, wiesz, jak to jest. Nie do wydatowania ta ponadczasowa prymitywność.

– Stary? – zapytała Liza, pokazując klasztor jakby od niechcenia, delikatnym ruchem brody, w którym było tyle Italii, tyle południa i lenistwa, że starzy od razu rozpoznali w niej swoją, choć przecież mówiła z lekkim słowiańskim akcentem.

– Stary – powiedział jeden z ogorzałych. I uśmiechnął się uśmiechem tajnego porozumienia ludzi południa.

– Bardzo?

– Oooo… bardzo – i pomachał ręką koło głowy, jakby odpędzał moskita, co w ogólnym języku południa oznaczało wielkie liczby i niewyrażalny ogrom.

– Z trzynastego wieku?

– Iiiiii… – piszę „iiiii…”, bo tak zabrzmiał ten pomruk w moich słowiańskich uszach – z siódmego. Benedyktyński.

I usiadł ciężko na sąsiednim kamieniu, jakby się niezwykle zmęczył tą przemową.

– Z siódmego. Benedyktyński – powiedziała

Liza.

– Wiem. Zrozumiałem – odparłem i objąłem ją ramieniem.

– Nie tutaj – fuknęła na mnie – nie przed klasztorem.

Weszliśmy do środka.

W toporności rzeźb, w przesadnej okazałości girland papierowych kwiatów i w jaskrawości farb, którymi wymalowano to wnętrze, widać było nie tylko smak tutejszego proboszcza, ale i smak wszystkich wiejskich proboszczów na świecie. Widać było także ich zamiłowanie do nieporządku, odświętnego chaosu – w takich miejscach zawsze się zdaje, że dzięki absurdalnemu ustawieniu ołtarzy, zbędnych feretronów i figur zapomnianych świętych kościół uzyskuje jedyną w swoim rodzaju dostojność kościółków wiejskich, dostojność szacownej nawy w obliczu jakiegoś niesłychanego kataklizmu, wszechogarniającego bałaganu doby apokaliptycznej; jest w tym zapowiedź wylewania czasz, dęcia w surmy złote i widoku orła przemierzającego krwawe niebo z trzykrotnym „biada”. W prezbiterium stał biały, bezowaty podest z pustymi, przeszklonymi gablotkami ze złotą obwódką, w których kiedyś trzymano jakieś nie do końca święte relikwie, dopóki nie dobrał im się do skóry – czy raczej do kości – ten czy inny weryfikator sacrum. Na podeście natomiast, w pierzastej glorii papierowych kwiatów, elektrycznych lampek i błyskających w mroku wotów, wznosiła się grupa Świętej Rodziny, gipsowo-złota, cygańska i bezbożna jakaś w swoim pogańskim przepychu, Święta Rodzina przez tubylców wykorzystywana – dam głowę – w niecny sposób do kultów płodności: obfitości ryb, oliwek i północnych turystów.

Tak trwali sobie potrójnie Maria, święty Józef i Dzieciątko, gorejący aureolami, roztańczeni kontrapostami, trwali w huku świąt i ciszy nabożeństw – tym cichszych, że organy od kilkudziesięciu lat milczały. Owszem, jeśli wspiąć się po drewnianych schodkach na emporę – nawet liczba schodów do przebycia w tym mieście była apokaliptyczna – można było obejrzeć sobie z bliska prospekt: małą, obłażącą z białej farby skrzynkę, niewiele większą od solidnej przenośnej katarynki z małpką i papugą wyciągającą wróżby z koszyka. W środku, jak przerośnięte szparagi, powiązane w pęczki różowymi wstążkami, śniedziały piszczałki. Obok prospektu, na wpół zakryte kawałem płótna, stały szczątki niewielkiego manuału, z którego dawno wykradziono wszystkie klawisze i gałki z kości słoniowej, odsłaniając strzępy czerwonego sukna. Jak dziąsła. Z góry Święta Rodzina, połyskująca złotymi szatami i aureolami, wyglądała już jowialniej, naprawdę rodzinnie, zupełnie jak tutejsza szacowna familia na odświętnej sumie, przyodziana w uroczyste kościółkowe ubrania i biżuterię od wielkiego dzwonu.

– Uważaj na próg.

– Tak, tak.

Z empory trafiliśmy do małego pomieszczenia, w którym – można się tego było spodziewać – siedziało przy stoliku dwóch staruszków. Za ich plecami stał rosły młodzieniec w typie lokalnego donżuana, z grubym złotym łańcuchem na szyi i rękoma w kieszeniach. Na stoliku leżała kartka z napisem „biglietti L 1000” i koszyk z pieniędzmi. Uśmiechając się uprzejmie, wrzuciliśmy dwa różowe banknoty i pochylając głowy, przeszliśmy przez niskie drzwi w murze grubym na pół metra.

Było to lokalne muzeum.

Pokryte słonym kurzem, woniejące wodorostami i murszejącym drewnem, tkwiły tutaj rozmaite starożytności miasta, starożytności na miarę jego rozmiaru i znaczenia. Na ścianach rozwieszono kilka zdjęć, przedstawiających barwne święta: mieszkańcy płyną łódkami na klasztorną wyspę, która – połączona z lądem pasem plaży – wyspą już nie jest, wynoszą z kościoła figury Świętej Rodziny i przewożą je po pogodnych falach zatoki. O, święta, ciężkie od papierowych kwiatów i lampionów, święta brnące po kolana w grząskim torfowisku wieków, święta niepamiętnie stare, poświęcone niegdyś jakimś pogańskim bóstwom: małym miejscowym posejdonom i nereuszom, kameralnym okeanidom, domorosłym amfitrytom, które ich następcy – Święta Rodzina w złoconych papuciach i niedzielnych aureolach – wyparli ze szczętem z wód zatoki, o, święta skrzywdzone!

Dalej jakieś nieszczęsne rysunki, widoczki miasta szkicowane nieudolnie przez siedemnastowiecznego maniaka podróży, który dotarł tu z pewnością w jakimś globtroterskim transie, obok szeroki przegląd twórczości damskiej części elity miasteczka, królującej w okresie, kiedy akwarela po Anglii, Francji i północnej Italii i tutaj została uznana za ostatni krzyk mody. Tych przepysznych konterfektów miasta było nie więcej niż dziesięć, jeśli nie liczyć fotek rodem z folderów, gdzie stroma termitiera miasta schodziła – jak w rzeczywistości – do morza w pienistych krynolinach skał, wszystko to opatrzone podpisami, ramkami itepe. Kilka ksiąg klasztornych z przełomu wieków – stosowne ilustracje i ozdobniki – różaniec, makatka, wypisy z dzieł użytecznych. Jakaś koszmarna sczerniała święta w girlandzie sczerniałych kwiatów, olej na płótnie, ottocento. Słowem – co kto lubi. My raczej nic.

Jedynie fantazja, z jaką jedne salki przechodziły w inne, iście klasztorna zawiłość, przywodząca na myśl przemyślność mrówczą lub pszczelą, owe skrzypiące deski, schody, podesty, nagłe zakręty i zbędne antyszambry metr na metr, wszystko oświetlone małymi okienkami w fortecznych ścianach… tak, jedynie to czyniło muzeum naprawdę zajmującym. Co innego ogród – powróciwszy do salki ze staruszkami, młodzieńcem i koszykiem z tabliczką „biglietti L 1000”, stanęliśmy przed wejściem do prawdziwie niesłychanego miejsca, prowincjonalnego raju o gracowanych ścieżkach, rozłożonego na szczycie niegdysiejszej wyspy: taras za tarasem, klomb za klombem – istna Semiramida z tych mnichów czy zakonnic, bo ani tu ziemi, ani wody. Ogród na łysej, spalonej słońcem i solą skale. Na końcu, podświetlony neonami, stalowy krzyż. No i tabliczki. Gdzie spojrzeć: „Uprasza się nie pisać po roślinach” lub „Pisanie po roślinach wzbronione”. Z początku – naiwni turyści z północy

– rozumieliśmy to jako nasze swojskie skrobanie po korze, rycie serc przebitych strzałą na pniach parkowych buków. Nic bardziej mylnego! Tutejsi zakochani - a także, sądząc po imionach, przyjezdni – upodobali sobie opuncje. Na ich ciemnozielonych talerzach, pokrytych srebrzystym nalotem, byle patyk, byle poślednie ostrze scyzoryka potrafiło wypisać czułe słowa pod adresem jakiejś Andrei, Pauli, Giovanniego czy Christophera – a litery, wpierw ciemne, z biegiem czasu zabliźniały się gruzłowato w beżowe wężyki i po wiek wieków głosiły datę, imię lub inicjały..

Ja wiem, to może wcale nie wydaje się szczególnie zabawne, te tabliczki i zryte opuncje, ale nas wprawiły one w najlepszy serwali humor.

– Serwalu – powiedziała Serwalla – Serwale muszą się tu podpisać.

Kiwnąłem głową, że pewnie. O, gdyby nie te tabliczki, gdyby nie to napominanie nieustanne, pewnie dalibyśmy sobie spokój, bo ostatecznie byliśmy bardzo wykwintnymi, bardzo dobrze wychowanymi zwierzakami, i taki wandalizm nigdy nam nie przyszedłby do głowy, ale w takiej sytuacji Serwale po prostu musiały zareagować. Ot co. Zeszliśmy na jakiś niższy taras i podczas gdy Liza wypatrywała ewentualnych stróżów opuncji, ja wycinałem dwie sylwetki serwali i podpis: „Serwale tu były”. I datę.

– Już?

– Już.

– Ślicznie. I jakie zakręcone ogony.

– Wiesz co – powiedziałem, chowając narzędzie zbrodni, miniaturowy śrubokręt, do wyśmienitego szwajcarskiego korkociągu mojego ojca, do korkociągu, który mi wręczył przed wyjazdem, jakby mi wręczał rodową relikwię albo niemający sobie równych proszek na dzikie bestie – straszną mam ochotę na te owoce.

– Ani mi się waż. Bądź co bądź, to jest klasztorne. Zjesz sobie gdzie indziej.

– Ale nie sposób do nich dotrzeć. Przyglądałem się z pociągu. Albo oberwane, albo rosną na stromych skałach, dziesięć metrów po gładkiej ścianie.

– Znajdziemy, znajdziemy.

Owoce opuncji, zwane indyjskimi figami, znałem – jak większość świata – tylko z literatury, i po prostu skręcało mnie, żeby ich spróbować. Nie były nawet drogie i na południu już kilkakrotnie widzieliśmy je na straganach sprzedawane tylko na skrzynki. I leżały tak, po trzydzieści albo pięćdziesiąt, jak żółto-pomarańczowe cukierki, obrane z kolców i owinięte kawałkami pergaminu. A nam szkoda było wydawać pieniędzy na całą skrzynkę.

Rozmyślając nad okrucieństwem losu (pod postacią niedostępnościfichi d'India),oparłem się o balustradę, pod którą wyspa stromo zstępowała w morze pionową skalną ścianą, gdzieniegdzie porośniętą rachitycznymi trawkami i kępami wielkich opuncji. Tymczasem Liza zdążyła już poznać się z jakąś Niemką czy Szwedką i pim-pirli-pimpaliła sobie z nią na najróżniejsze tematy na sąsiednim tarasie, z którego otwierał się sąsiedni widok na morze. I właśnie miałem ruszyć na spotkanie Niemki czy Szwedki, kiedy zobaczyłem na ziemi ten piękny, przejrzały owoc, z którego i tak nic nie będzie, a obok drugi, i pochyliłem się, podniosłem, otrzepałem z piasku, uważając, by kolce nie wbiły mi się w dłonie, po czym wgryzłem się w słodka-wy miąższ, wodnisty i niezbyt aromatyczny. A jednak to była moja pierwsza indyjska figa i znałem ją już nie tylko z literatury. Podobnie jak następną. Wprawdzie kolce, cienkie jak szklana wata i piekielnie ostre, powbijały mi się w palce, wargi i podniebienie, ale i tak byłem bardzo szczęśliwym egzemplarzem człowieka.

– Coś ty robił, Serwalu, że masz taką minę? – zapytała mnie Liza, skoro wyłoniłem się zza drzewa.

– Ja? – zaśmiałem się. – Nic. Patrzyłem w morze. Widzę, że miałaś towarzystwo.

– A tak, jakaś Marie, dziś wyjeżdża.

Obejrzeliśmy sobie taką roślinę i inną, po czym

Liza spytała:

– Co ty masz taką nieszczęsną minę? Jadłeś pewnie opuncje.

– I pokłułem się.

– Serwalu – zaczęła się śmiać – a mówiłam ci, mówiłam. Jeszcze masz trochę miąższu na brodzie – i śmiała się dalej, mrużąc oczy. – Och, Serwalu. Bardzo się pokłułeś?

– Bardzo. Tu i tu. I tu. Wszędzie. I tego się w ogóle nie da wyskubać, bo łamie się w palcach. No, nieważne. Przejdzie. Jeszcze nam został taras.

– Taras?

– Widziałaś, cały dach klasztoru jest płaski, ogrodzony murkiem ze sterczynami przypominającymi bezy. Skądś tutaj można tam wejść.

I rzeczywiście, przez kolejny system przejść rodem z powieści grozy – przez korytarzyki i emporę z resztkami organów, przez wąziutkie schody – dotarliśmy wreszcie na rozległy, wyłożony kamiennymi płytami taras, z wystawioną od frontu dwuarkadową dzwonnicą.

Znowu patrzyliśmy na miasto: spiętrzone na łukach, jak na wielkim akwedukcie, łapało w szyby miedziane światło. Niemcy, Szwajcarzy i Skandynawowie leniwie pięli się po schodach i odrobinę mniej leniwie schodzili po nich, a nimfy i delfiny najleniwiej ze wszystkich poddawały się kojącej erozji.

Podszedłem do jednego z obelisków, ustawionych na murku obiegającym taras, i przyglądałem mu się badawczo. Wysunąłem język i polizałem.

– Są słone – mruknąłem.

– Co?

– Bezy. Te sterczynki na murze. Zupełnie jak te na Pałacu Dożów. Zresztą, tak samo nadpsute. Zobacz, jak to się wszystko sypie, jakby kamień też rdzewiał.

– Nad morzem rdzewieje, tu wszystko się obraca w sól i piasek.

– Nie ruszaj się. Zrobię ci zdjęcie.

– Czekaj. To ja się ustawię. Albo tu.

– Nie – zaprotestowałem – tak jak było.

– No, dobrze. Tutaj?

– Tutaj.

Słońce było coraz niżej. Jeszcze przed chwilą sterczyny wydawały się piaskowobiałe, teraz były jak z ciemnego granitu, a parę minut później – zupełnie czarne, na tle kiczowato pomarańczowozłotego nieba. Przynajmniej tak wyszły na zdjęciach – bo wydawały mi się zupełnie nierealne, pozbawione wymiarów i barwy, bajkowe. Ale to, podobnie jak uroda Lizy, przeważnie – przeważnie! – nie wychodzi na żadnych fotografiach.

Schodziliśmy ku plaży uroczyście. Ona, niosąc w ręku kamyk, a ja, usiłując sobie wydłubać kolce opuncji z warg, dłoni i podniebienia, co najwyraźniej było niewykonalne.

Tak upłynął nam wieczór pierwszy. Choć nie, przypominam sobie, że wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po mieście. Trafiliśmy do jednego z tych małych, luksusowych sklepików ze specjalnostkami kalabryjskimi – suszonymi pomidorami, likierem bergamotowym i wielobarwnymi cukierkami z domieszką lukrecji, a także wszystkimi rodzajami różnokolorowej pasty, marynowanych warzyw i nugatów słodkichda morire,jak mawiała Liza. Słoje, półeczki i przegródki, rafiowe koszyki na pękatych butlach i oklejone staromodnymi markami skrzyneczki tchnęły dostojną atmosferą zasobności i samozadowolenia, dzięki czemu jeszcze bardziej się podobały zasobnym i samozadowolonym emerytom z północnych miast, ba, dzięki czemu ładniej i dostojniej jeszcze będą wyglądały w ich wypieszczonych kuchniach, pod eleganckimi choinkami i na wypielęgnowanych dobrym woskiem serwantkach. A mówię to bez złości, wbrew temu, co może się wydawać – było w nas bowiem mnóstwo czułych uczuć dla tych bladych, ocienionych kapeluszami i daszkami pomarszczonych morświnów, które wyległy na posezonowe plaże Południa, gdy słońce mniej zagrażało ich sercom, a ceny – portfelom; ujmował nas ich pęd do wygrzanego piasku i wyprażonych kamieni, nawet zamiłowanie do tutejszej ceramiki, lukrecj owych cukierków i likieru z bergamoty.

Tak więc, otoczeni przez trefione Niemki i sosnowe Szwedki, rozglądaliśmy się, odurzeni rozgrzanymi aromatami kalabryjskich rozkoszy, uprzejmie częstowani tym i owym przez sprzedawczynie, które – dam głowę – nie wyobrażały sobie, że sprzedadzą nam cokolwiek.

Nasze ubrania, nasze włosy i rzęsy przesiąkały intensywną, anyżkową słodyczą lukrecji, nasze odwykłe od przyjemności nozdrza wypoczywały w aromatach likierów i pesto. Przechodziłem od półki do półki i oglądałem etykietki naklejone na pękate słoiki, przyglądałem się zmiennym barwom i konsystencjom sosów, uśmiechałem się do wianuszków suszonych pomidorów. Tymczasem Liza rozmawiała jak najęta ze sprzedawczynią, chichotała, to znów słuchała uważnie. Była to – wiedziałem o tym doskonale – sprawnie przeprowadzana akcja wywiadowcza, bowiem Serwalla – trzeba jej to przyznać – przyćmiewała Matę Hari na wszystkich frontach, wyciągając od potulnych i niczego niespodziewających się tubylców całe pęczki niezbędnych nam informacji.

I tak panienka od lukrecjowych cukierków opisała nam osobliwości miasta, rzuciła kilka strzępków legend, wyjawiła sekrety kilku dam, a oprócz tego powiedziała, gdzie plaża najprzyjemniejsza, gdzie dają najlepsze lody, najlepszą pizzę i jak wyciągać kolce opuncji – oliwa! trzeba przetrzeć skórę kłębkiem waty skropionym oliwą.

A potem była noc – i była bardzo. Zstępowaliśmy na plażę między nimfami i delfinami w rozsypce – schody skręcały raz w lewo, raz w prawo, serpentynami, od czasu do czasu rozszerzając się w otoczony kamienną balustradą balkonik, z którego turyści spoglądali na morze i pstrykali sobie pamiątkowe zdjęcia. Ale o tej porze było tu zupełnie pusto, wiatr targał po żwirze torby po chipsach i plastikowe kubki, a rzeźby w samotności oddawały się erozji.

U podnóża skały objęliśmy się ciaśniej i tak zanurzaliśmy się w słodkiej jak lukrecja perspektywie nadchodzącego snu.

Kemping zaprojektowany był w guście pruskich ogrodów – równe szpalery szczupłych drzew, krzyżujące się pod kątem prostym, dzięki czemu tworzyły regularną sieć pni, jakże pomocnych przy rozwieszaniu sznurów na bieliznę i przy podwiązywaniu odciągów namiotu. Oprócz tego szeroka aleja środkiem, poprzeczne dróżki pośledniego sortu w poprzek, wszystko to proporcjonalne i odmierzone – mały Poczdam. Tylko na rubieżach, w okolicach pryszniców, toalet i pralni, teutoński dryl ulegał swobodzie południa – tu cudem jakimś przetrwało kilka bergamot i drzew obsypanych pomarańczowymi owocami, przypominającymi skrzyżowanie jabłek i pomidorów. Wiedzeni instynktem, właśnie tam rozbiliśmy nasz namiot. Pod osłoną nocy, bardziej z przekory niż z głodu – ale i głód był tu nie bez znaczenia – zrywaliśmy parę owoców i zajadaliśmy je z zadowoleniem dzieci z dobrych domów, które zdobyły się na podkradanie zielonych bergamot, w których zresztą więcej jest cierpkich olejków niż równie cierpkiego soku.

O, bergamoty! Wiedziałem, że ich esencja nadaje smak earl greyowi, wiedziałem, że w dawno wyciętym sadzie mojej praprababki, który otaczał jej dawno zburzony dwór, rosły grusze bergamotki; wiedziałem też, że dzieci czytają wierszyki – przynajmniej w czasach mojego dzieciństwa dzieci czytały – o wyspach Bergamutach. Ale cóż może się równać z małą, podobną niedojrzałej cytrynie lub pomarańczy bergamotą krajaną na czworo obrzędowym scyzorykiem mojego ojca i pałaszowaną namiętnie do ostatniego włókien-ka, wygryzaną do ostatniej kropli soku, aż wyduszone z zielonej skórki olejki drażnią podniebienie!

Otóż obawiam się, że wiele rzeczy może się z nią równać.

A jednak, pod termitierą tamtego miasta, w bliskości tamtego morza, wydawała mi się czymś tak szczególnym, że czekając, aż Liza wróci spod pryszniców, całą swą uwagę poświęcałem zapamiętaniu najtajniejszych aromatów bergamoty.

A jej małe, zielone owoce czuwały nad naszym snem.

*

Obudziłem się sam. Wyjrzałem ze śpiwora, wyjrzałem z namiotu, wyjrzałem z kempingu. Szła plażą z włosem mokrym i rozwianym, z ręcznikiem przerzuconym przez ramię, a może zakrywającym ramiona, z sandałkami w dłoni – reklama okolicy, obraz urzekający.

– Witaj, Serwalu – powiedziała, patrząc na mnie spod zmrużonych powiek i owijając mi ramiona wokół szyi (sandałki, ręcznik, włosy; jakiej wprawy trzeba w owijaniu ramionami, by wszystkim tym nie po-zahaczać). – Byłam na porannych ablucjach. I nawet weszłam pod klasztorną skałę.

– Beze mnie? – Poprzedniego dnia patrzyliśmy, jak fale rozbijają się pod kamiennym nawisem, wspartym na zlizanej przez wodę kolumnie, i postanowiliśmy zajrzeć tam razem, kiedy morze się uspokoi.

– Och, tak słodko spałeś, nie chciałam cię budzić – i pocałowała mnie, z sandałkami, ręcznikiem i sprężynkami wilgotnych włosów, ach, co to był za pocałunek; najgroźniejsze spośród kotowatych dałyby się nim ugłaskać. A co dopiero ja.

– To chodź jeszcze raz.

– Muszę wziąć prysznic, bo to niezdrowo.

– To ty idź pod prysznic, a ja się wybiorę pod skałę.

I rozpletliśmy się zręcznie, nie zawadzając się nawzajem żadnymi przedmiotami.

Przeszedłem kilkanaście metrów. Fale były już spokojne – wlewały się w ocienioną jaskinię i rozpościerały po piasku białymi wachlarzami piany. Pobrodziłem to tu, to tam, pogłaskałem kolumnę i z hasłem „Serwal jest głodny” na ustach wróciłem do namiotu w nastroju idyllicznym.

Kwadrans potem, zdyszani po wdrapywaniu się na schody, błądziliśmy po mieście, szukając jakiegoś taniego sklepiku. W końcu natrafiliśmy na sklep z likierem bergamino i lukrecjowymi cukierkami – a tam Liza użyła najbardziej przydatnego ze swych talentów, czyli talentu do przekonywania pierwszego spotkanego człowieka, że jej problemy są tak naprawdę jego problemami, których rozwiązanie nie cierpi zwłoki. A miła pani w lansadach i uśmiechach opisała nam dokładnie drogę do małego „Alimentari”, gdzie można tanio kupić jakieś bułki, pomodory i marmellatę.

Częściowo wydrążone w skale, częściowo wybudowane na niej z tutejszego szarawego kamienia, miasto nawet od środka przypominało termitierę. Teoretycznie nosiło jakieś umowne znamiona miejskości – miało rynek z fontanną, ratusz, centrum turystyczne, kilka kościołów i placyk z armatą z hiszpańskiego galeonu albo włoskiego fortu. Ale im dalej od centrum, tym ulice stawały się węższe, bardziej zawi-kłane i kręte; nieoczekiwanie przechodziły w maleńkie podwórka, na których rozwieszono białe płachty prania i rozstawiono doniczki z pelargoniami i bugen-willami; bywało, że jedyne wyjście wiodło przez jakąś sień prowincjonalnego pałacu, w której morska sól zżarła z kolumn cały stiuk, zostawiając jedynie ceglane pilastry; kiedy indziej z ciemnego zaułka nieoczekiwanie wychodziło się na rozległy plac z kościołem, dwiema restauracjami i lodziarnią. Wszędzie przeciwległe domy zrastały się u góry cienkimi łuczkami, wszędzie pod górę i w dół prowadziły wąskie schodki; wszędzie zwieszały się nad głowami zardzewiałe balkony i odpadające tynki. To, co wydawało się właściwą drogą, kończyło się niekiedy nagle wielkim oknem, wychodzącym na przepaść i dalej na porośnięte opuncjami skały, na plażę, morze i niebo.

To właśnie z takiego okna po raz pierwszy ujrzeliśmy nad ostrą linią, rozgraniczającą granatowe morze i bladoniebieskie niebo, trójkątną siną plamę wulkanu i biały obłok powyżej.

– Co to? – spytała Liza przechodzącego staruszka.

Staruszek popatrzył na nas jak na idiotów i powiedział:

– Stromboli – uniósł palec – Stromboli.

I poszedł dalej.

Wreszcie, kierując się wskazówkami miłej pani, dotarliśmy do sklepiku, podobnego wielu innym sklepikom – ze zwieszającymi się u wejścia wiankami suszonych pomidorów, ze skrzyniami owoców poustawianymi byle jak na bruku, z zasłoną z plastikowych paciorków i zapachem Śródziemnomorza. Za ladą – któż powinien stać za ladą sklepiku w historii takiej jak ta? Starszy pan. I rzeczywiście. Nie nosił wprawdzie okularów ani nie władał biegle wszystkimi językami świata, ale miał brodę, więc choć trochę spełniał oczekiwania wobec starego sklepikarza w nadmorskim mieście.

Dając mu między wierszami do zrozumienia, że nasze problemy aprowizacyjne są de facto jego problemami, Liza przedstawiła mu w czarnych barwach naszą sytuację finansową i zrobiła wielkie oczy. Pod urokiem wielkich oczu pan wyciągnął spod lady bułki, jakie kupują tylko miejscowi, bo są cztery razy większe i dwa razy tańsze od bułeczek kupowanych przez turystów, do tego małe, czerwone, aromatyczne pomidorki, sprażone w południowym słońcu tak, że smak wychodzi im na wierzch, do tego słoik marmolady morelowej (marmolada morelowa – co za gimnastyka;marmellata di albicocchebrzmi lepiej), do tego główkę sałaty, do tego kawałek sera, nie, mniejszy, jeszcze mniejszy, no i jeszcze po parę oliwek faszerowanych przedziwnymi ingrediencjami

– na spróbowanie. Pożegnaliśmy się cali w reweransach i umywszy jedzenie pod miejską pompą, udaliśmy się na poszukiwanie jakiegoś przyjemnego miejsca.

*

– Patrz – powiedziała Liza, krojąc obrzędowym scyzorykiem mojego ojca pomidorki i układając ich pochamrane plastry na liściach sałaty pospołu z kawałkamigalbaninoczy możeparmigiano– patrz, jakie ten facet ma mięśnie, jak on antycznie wygląda.

Z naszego świeżo wynalezionego miejsca, wąskich schodków prowadzących do jakiejś zamkniętej jeszcze restauracji, widać go było znakomicie – siedział na niskim taborecie, obłożony ostrym słońcem. Dwoje umorusanych dzieci przyglądało się jego pracy

– czworo oczu śledziło każdy ruch dłoni: sięgnięcie do kosza zielonych oliwek, położenie ich na płaskim kamieniu, rozduszenie drugim kamieniem, wybranie pestek, zgarnięcie tłustej miazgi. I tak raz za razem. Oliwa pryskała na jego wielkie dłonie i przedramiona, lśniące jak barokowe relikwiarze. Tak przynajmniej skojarzyło się Lizie. Miał twarz prostego chłopa, nawet nieszczególnie sympatyczną – niskie czoło i nieufne oczy pod krzaczastymi brwiami. Ale w strugach oliwy, w wyplatanych koszach, w regularnym stuku kamieni, nawet w sposobie, w jaki siedział i pozwalał dzieciom przyglądać się pracy, tkwiła jakaś prehistoryczna siła. Równie dobrze mógłby siedzieć na dziedzińcu kreteńskiego pałacu, na korynckim podwórku albo w cieniu świeżo zbudowanego średniowiecznego muru – w każdym ruchu przechowywał tysiące lat. I w tym był piękny.

– Znajoma mi mówiła – powiedziała nagle Liza, odwracając się przez ramię i patrząc na Stromboli – że to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Kwiaty, pnącza. Stromboli. Kręcili tam film… ale już ci chyba mówiłam?

– Nie szkodzi. Mogę posłuchać jeszcze raz. Miło wiedzieć, że jest się tak blisko najpiękniejszego miejsca na ziemi.

– Może byśmy się tam wybrali?

– Eeee, to cały dzień. Zresztą, te wodoloty są drogie, a musimy mieć pieniądze na Paryż i Hiszpanię. Kolega mi mówił, że tam trudno jeździć interrailem, bo same intercity i eurocity, a do nich trzeba dopłacać jakieś szalone miejscówki. A poza tym naprawdę chciałabyś przyjrzeć się temu z bliska? Nie lepiej wierzyć, że widziało się wyspy szczęśliwe z rozsądnej odległości?

– Może i lepiej. Tak, chyba masz rację. Zrobię ci jeszcze kanapkę z marmoladą albikokkową, chcesz?

– Mhm. Serwal napełnia sobie brzuszek, Serwalla napełnia brzuszek Serwalowi… trala la la, tirli-pirli…

– Dobra. Pakujemy resztki i idziemy. Czekaj, zaraz ci dam plecak, tak, tutaj nóż, tylko go najpierw wytrzyj o jakąś bułkę. Wysypię okruszki, bo potem wchodzą między kartki. Już. Zaraz zawiążę, tylko wyjmę planik z biura turystycznego.

Okolony bombastycznym kartuszem, nieudolnie wyrysowanym przez jakiegoś lokalnego plastyka, plan ukazywał całe historyczno-kulturowe bogactwo miasta za pomocą zwięzłych objaśnień i wyraźnych strzałek. Bogactwo, jak się zdawało, było do obejścia w jeden dzień, więc postanowiliśmy iść skrajem, nie pomijając ani jednego z ponumerowanych skrzętnie zabytków. Zwiedziliśmy pałac Medyceuszy (kawał muru i okiennice; chyba nazwali to tak dla blichtru, jak u nas każdą kupę gruzów nazywają zamkiem kasztelana; a może jakaś uboga kuzynka-rezydentka, która miała dość bycia kuzynką-rezydentką i zbudowała sobie palazzo na miarę swoich możliwości?), pałac Tonich (kawał muru, okiennice i gotycki portal), cztery kościoły (figura, relikwiarz, donica, złota rama, figura, relikwiarz…), dotarliśmy nawet do katedry normańskiej (z białych i różowych marmurów; widać, że kiedy Konstantynopol i Maurów łupili, zobaczyli przy okazji, jak budować), ale akurat biły dzwony na zamknięcie wrót.

Dookoła trwała sjesta.

A my w tej sjeście chodziliśmy sobie. Na plac. Na dworzec, bo zmieniano rozkład pociągów, ale dworzec zamknięty, niedziela. Na wzgórze. Wieczorem też. W dół po stopniach, poziomo w wodę, w dół i w górę do sklepików w piwnicach. To tamtego dnia, już wieczorem, na placyku, z którego zstępowały schody nimf i delfinów, spotkaliśmy dziewczynkę sprzedającą papierowe róże, brzydkie, papierowe róże z latarenkami na końcu, z latarenkami, które prześwitywały przez czerwoną karbowaną bibułę.

Miała oczy na pół twarzy, bałkański paszport, jedenaścioro rodzeństwa i jedenaście lat, a my nie mieliśmy pieniędzy, żeby kupować papierowe róże z latarenkami, więc zaczęliśmy z nią rozmawiać. Nie wiem, czy to miało znaczenie, chyba miało.

Zeszliśmy na dół. Dopiero wtedy zauważyliśmy, jak bardzo wyczerpał nas ten dzień – mniej upał i kościoły, a bardziej dziewczynka. Tymczasem morze było spokojne i już po części uśpione, jakby całą noc nasączono eterem.

Staliśmy ze stopami zanurzonymi w piasku nagrzanym dniem, który minął.

– Czujesz – spytała Liza – jaki rozpalony podmuch idzie od fali?

Rzeczywiście. Co chwilę przed nami szumiało w ciemności, pieniło się, rozpryskiwało i co chwilę dochodził do naszych nóg i ramion obłoczek ciepłej pary wodnej i drobnych kropli. Podeszliśmy bliżej, by osłonić się od chłodu w tych łagodnych, niewidocznych chmurach.

– To sirocco. Sirocco. Nie takie najgorsze, wyrywające cegły z domów i przenoszące dachy; po prostu ciepły wiatr od Afryki. I tak się pięknie nazywa.

Poszliśmy spać. Leżeliśmy w namiocie jak to gotyckie rodzeństwo, zapleceni tak ciasno, że po przebudzeniu nie bardzo potrafiliśmy się w swoich ciałach rozeznać, tak im brakowało ich nocnych, naturalnych

– zdawało się – przedłużeń.

*

I znowu kupowanie śniadania u pana Alimentarza, szukanie miłych schodków, krajanie, smarowanie, nakładanie.

– Idziemy? – mówię, strzepując z kolan ostatnie okruszki.

– Dokąd? Stacja zamknięta,centro turisticoteż. Na pizzę za wcześnie, bo jak teraz zjemy, to później będziemy jeszcze głodniejsi.

– Może chodźmy tam – machnąłem szeroko ręką.

– W dolinę?

– W dolinę, zobacz, jak ładnie. Powoje kwitną. I dynie rosną na daszkach.

Zaczęliśmy schodzić po skosach, pod górkę i w dół, pomiędzy mizernymi krzakami oleandrów. Nagle Liza stanęła.

– Co?

– Tablica.

I rzeczywiście. Przy drodze, na dwóch skorodowanych żelaznych słupkach stała spora metalowa tablica, z której od dawna złuszczała się jakaś treść.

– Czekaj, podejdę bliżej.

– Nie idź tam – powiedziała powoli – tam jest jakaś epidemia.

– To i ja rozumiem.

– To po co idziesz?

– Och, no czekaj, chcę przeczytać. Nie znam tej nazwy. To nie po włosku, prawda? Ani w dialekcie, bo za wiele sylab, zresztą gmina nie wypisywałaby oficjalnej tablicy w dialekcie. Raczej łacina, albo jakiś para-łaciński nowotwór medyczny. Spytasz naszego pana od bułek.

– Spytam.

– To chodźmy do tej nieszczęsnej katedry, bo znowu nam zamkną.

I poszliśmy.

Plac – czy raczej placyk – katedralny leżał niemal nad samym urwiskiem; wysuwał się w nie małym balkonikiem widokowym, zwieńczonym arkadą z utuczonymi puttami. Staliśmy więc pomiędzy dwoma łukami – po jednej stronie portal normańskiego kościoła z widokiem na mroczną nawę, a po drugiej jego bliźniacze odbicie, otwarte na nawę wyższą znacznie i bardziej niebiańską: nadmorski błękit z plamą Stromboli.

Kiedy