Rykoszet - Marek Stelar - ebook
Opis

Upalne i wilgotne lato 2010 roku. W krótkim czasie ginie urzędniczka Starostwa Powiatowego w Wołogardzie oraz znany szczeciński grafik i malarz. Zbrodnie łączy dość niezwykły sposób ich dokonania, a także osoba starosty wołogardzkiego. Motyw zazdrości, a może jednak zemsta lokalnego biznesmena, któremu urzędnicy pomieszali szyki? Sytuacja komplikuje się, kiedy w identyczny sposób w samym centrum Szczecina ginie ogarnięty manią zbieractwa stary człowiek. Dzieło szaleńca? Upadają kolejne hipotezy, brak świadków i śladów sprawcy, prócz kilku przypadkowych i niewyraźnych ujęć z kamer miejskiego monitoringu. Komisarz Robert Krugły z Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie i prokurator Mateusz Michalczyk muszą się spieszyć, zanim miasto ogarnie panika…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 650

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

© Pracownia WV

Fotografia na okładce

© korionov/istockphoto.com

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

tekst © Marek Stelar

ISBN 978-83-7835-386-7

Zanim wkroczysz na drogę zemsty, wykop dwa groby.

Konfucjusz

Prolog

Szczecin, 18 marca 1969 roku

Lodowaty, przenikający na wskroś wiatr wzmagał uczucie wewnętrznego zimna, pełzającego po całym ciele pod skórą i szarym mundurem. Czuł, jak nogi drżą mu lekko w kolanach na myśl o tym, co zaraz będzie musiał zrobić. Nie spał całą noc. Od samego rana coś ściskało go w żołądku. Ściskało i odpuszczało. Pulsowało, niczym żyjący odrębnym życiem twór, który zaraz rozerwie powłoki brzuszne i wyskoczy z głębi trzewi.

Strach.

Wszystko było już przygotowane. Czterech żołnierzy batalionu ochrony z Pułku Ochrony i Regulacji Ruchu Wojskowych Służb Wewnętrznych trzymało w zziębniętych dłoniach stareńkie karabiny Mosin. Gdy przechodził obok nich, poczuł woń alkoholu, unoszącą się z ich ust wraz z parą przyspieszonych oddechów. Radzieckim zwyczajem poczęstowano ich żytnią, jakby sto gramów alkoholu mogło osłabić czy wręcz zabić wyrzuty sumienia. Przynajmniej nie będą im się trzęsły ręce. Żołnierze, prokurator wojskowy w randze kapitana i on stali pomiędzy wysokimi, porośniętymi trawą ziemnymi wałami strzelnicy na terenie kompleksu Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Szczecinie. Dziesięć metrów od odeskowanego kulochwytu, przed którym starannie wkopano w ziemię półtorametrowy, okorowany drewniany słup. Czuć jeszcze było zapach świeżego drzewa.

Kapitan, ubrany w mundur wyjściowy, ściskając pod pachą plik papierów, zdjął czarne skórzane rękawiczki i chuchał w dłonie. Co chwila z obawą zerkał do góry, na zaciągnięte szarymi chmurami niebo, w oczekiwaniu na nieunikniony deszcz. On tymczasem sięgnął do pasa z ładownicami i wydał żołnierzom magazynki. Wpięli je do karabinów i z powrotem zarzucili je sobie na ramiona. Nikt nie mówił ani słowa. Czekali.

Wkrótce zza wału wyłoniło się kilka postaci. W ponurym kondukcie kroczyli ksiądz, lekarz, cywil w ciemnym płaszczu i kapeluszu oraz funkcjonariusze Służby Więziennej z aresztu przy Kaszubskiej, prowadzący skutego kajdankami, ubranego w więzienny drelich człowieka. Porucznik patrzył, jak grupka mężczyzn mozolnie posuwa się naprzód, w jego kierunku, by za parę chwil osiągnąć cel: zakończyć jedno życie, a drugie — jego — zmienić, zapewne na zawsze. Odruchowo dotknął kabury przy pasie, jakby chciał się upewnić, że broń jest na miejscu. Modlił się w duchu, gorąco jak nigdy dotąd, by nie musiał jej za chwilę dobyć.

Gdy grupa ludzi zbliżała się już do nich, jeden z funkcjonariuszy przyśpieszył i podszedł do kapitana.

— Podkomisarz Służby Więziennej, Szydel Piotr, melduje przybycie skazańca — zaaferowany zameldował jednym tchem. Ostatni wyrok śmierci wykonano w Szczecinie przed pięćdziesiątym szóstym.

— Czołem — kapitan przywitał się z przybyłym, mamrocząc niewyraźnie swoje nazwisko. — Obywatel porucznik z WSW… — Wskazał na niego. — …jest dowódcą plutonu egzekucyjnego.

Milczał. Kapitan nie zdradził Szydelowi, jak się nazywa. Kat zawsze pozostaje anonimowy. Kiedyś nosił kaptur, a dziś jest po prostu człowiekiem bez nazwiska… Gdy eskorta dotarła do nich, Szydel wskazał na towarzyszących jej cywilów.

— Duchownego katolickiego zażyczył sobie skazaniec, pan doktor jest od nas z aresztu, a pan mecenas Kowalski był obrońcą skazanego w czasie procesu. Chciał być do końca ze swoim klientem. Za jego zgodą — dodał po chwili.

Mężczyzna w czarnym kapeluszu skinął na potwierdzenie głową.

— To co, zaczynamy? — zapytał kapitan, jakby za chwilę miała się odbyć operacja chirurgiczna, a nie zabójstwo w imię prawa.

Skazaniec stał w milczeniu, ze spuszczoną głową.

— Skazany jeszcze w celi był informowany, że ma prawo do ostatniego życzenia i takowego nie wyraził — wyszczekał oficer. — Czy skazany zmienił zdanie? Życzenie musi być sformułowane w taki sposób, by można je było spełnić od razu i nie może odwlekać egzekucji dłużej niż o godzinę — poinformował jeszcze suchym, urzędowym tonem.

Niski, rozczochrany i blady jak kreda mężczyzna wyszeptał coś zbielałymi ustami. Wszyscy patrzyli na niego uważnie.

— Głośniej, proszę!

— Dajcie mi papierosa…

Kapitan sięgnął do kieszeni płaszcza, wyjmując z niej pomiętą paczkę ekstra mocnych. Potrząsnął nią, aby wysunąć papierosa i poczęstował nim skazańca. Ten ujął go niezgrabnie w palce, unosząc połączone kajdankami ręce. Trzęsły się, gdy wkładał papierosa pomiędzy wargi. Kapitan gmerał w drugiej kieszeni, wciąż przyciskając łokciem plik papierów do boku. Po chwili rozejrzał się z konsternacją dookoła i zapytał:

— Ktoś ma zapałki?

Mecenas wyciągnął z kieszeni pudełko zapałek i podał swojemu klientowi ogień. Ten odpalił i lekko się uśmiechnął.

— Dziękuję, panie mecenasie — wycedził przez zaciśnięte na filtrze wargi. — To nie pana wina. Dziękuję — powtórzył i odwrócił głowę.

Zaciągał się mocno i głośno, głęboko wdychając dym do płuc. Patrzył w niebo i na korony bezlistnych drzew, widoczne zza wałów strzelnicy, wydmuchując dym w ich kierunku. Kapitan z niecierpliwością zerknął na zegarek. Mecenas spojrzał na niego z jawną pogardą. Trzy minuty później odwlekanie nieuniknionego stało się niemożliwe — żar parzył już w palce. Skazaniec rzucił króciutki niedopałek na trawę i starannie zdeptał go obcasem. Zamknął oczy, westchnął, wydmuchując resztki dymu, i powiedział:

— Już.

Był biały jak śnieg. Krew odpłynęła z twarzy, sińce pod oczami były jeszcze wyraźniejsze i ciemniejsze niż przed chwilą. Czoło, mimo przejmującego zimna, zroszone było potem, a zmierzwione jasne włosy falowały na wietrze. Strażnicy podeszli do niego i chwycili za ramiona. Prokurator wyjął spod pachy plik dokumentów. Przejrzał je szybko, wyciągnął właściwy na wierzch i zaczął go odczytywać uroczystym, wręcz emfatycznym tonem:

— Stanisław Rudzki, syn Józefa i Apolonii, urodzony szesnastego marca tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego roku w Mińsku Mazowieckim. Wyrokiem Sądu Wojskowego Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Szczecinie z dnia jedenastego grudnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego roku zostaliście skazani za popełnienie zbrodni stanu, to jest czynu z artykułu osiemdziesiąt dwa litera „a” oraz artykułu osiemdziesiąt trzy Dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z dnia dwudziestego trzeciego września tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku, czyli Kodeksu Karnego Wojska Polskiego, to jest dopuszczenie się zbierania i przekazywania wiadomości stanowiących tajemnicę państwową lub wojskową, działając na szkodę Państwa Polskiego…

Porucznik przestał słuchać. Tak bardzo chciał, żeby było już po wszystkim. Zastanawiał się wciąż, dlaczego spośród tylu innych oficerów wybrano właśnie jego. Czy dlatego, że kilka lat temu zastrzelił na warcie złodzieja próbującego włamać się do magazynu wojskowego? To przecież zupełnie co innego, strzelał z daleka, nie chciał zabić, zaś dochodzenie wykazało, że działał zgodnie z regulaminem! Żołnierz musi liczyć się z tym, że będzie zabijał, ale to, co miało zaraz nastąpić, nie było strzelaniem do niewyraźnej sylwetki przeciwnika z karabinem na polu walki, tylko… Jezu, to było jak koszmar! A ci chłopcy z plutonu egzekucyjnego? Co zrobili, że na to zasłużyli? A może właśnie — czego nie zrobili? Co im obiecano? Awans? Urlop? Dodatek do żołdu? Ile warte jest życie — belkę na pagonie, czternaście dni czy kilkadziesiąt złotych? Spojrzał na dwóch szeregowców, kaprala i nieco starszego od pozostałych plutonowego. Jeden z szeregowych nerwowo zaciskał szczęki, mięśnie prężyły się pod skórą policzków. Drugi z kolei zaciskał pobielałe palce na pasku Mosina. Kapral wpatrywał się w czubki swoich butów, tylko ten czwarty, plutonowy, wyglądał tak, jakby to wszystko było mu całkowicie obojętne. „Ty — błagał go w myślach. — Spisz się. Zabij go od razu, proszę cię…”.

— …degradację do stopnia szeregowego, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz przepadek mienia w całości. Wyrok został utrzymany w mocy przez Izbę Wojskową Sądu Najwyższego. Postanowienie Prokuratora Generalnego z dnia jedenastego lutego bieżącego roku stwierdza, iż Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Czy skazany chce jeszcze coś powiedzieć? — Kapitan ponownie włożył dokumenty pod pachę, patrząc na Rudzkiego spod zmarszczonych brwi.

Ten w milczeniu pokręcił głową. Dwie ogromne jak ziarna grochu łzy spłynęły mu po policzkach. Kapitan ruchem podbródka wskazał kulochwyt. Dwaj strażnicy lekko popchnęli skazańca w tamtą stronę, trzeci wyciągnął zza pazuchy grubą linę. Rozkuli go, trzymając mocno pod pachami i za nadgarstki, gotowi na nagły, szaleńczy i równie rozpaczliwy, co beznadziejny zryw w panicznym odruchu ucieczki przed śmiercią. Potem wykręcili mu ramiona do tyłu i spętali je liną, przywiązując mocno do słupa. Porucznik podszedł tam na drewnianych nogach i zawiązał na oczach skazańca białą opaskę. Ten nie protestował, choć miał prawo zażądać, by mu jej nie zakładano. O odwadze w obliczu śmierci częściej się słyszy, niż się ją widzi. Poczuł, jak pod jego palcami głowa Rudzkiego trzęsie się wraz z całym ciałem. Strużka śliny spływała z kącika drżących ust. Szybko zacisnął węzeł materiału z tyłu głowy, by dłużej nie musieć dotykać człowieka, którego zaraz rozkaże zabić. To nieważne, że wyrok wydał sąd. To on będzie musiał wydać rozkaz, a potem, nie daj Bóg, dobić.

Wrócił do pozostałych uczestników egzekucji, na lepszą stronę miejsca kaźni. Tę, którą opuszcza się na własnych nogach, a nie na płóciennych noszach pod powalanym krwią prześcieradłem. Ksiądz rozpoczął cichą modlitwę, obrońca zdjął kapelusz i pochylił głowę.

— Czyńcie swoją powinność — powiedział prokurator.

„Nie mów do mnie jak do kata, skurwysynu — pomyślał, nie patrząc na niego. — Poza tym to ja dowodzę”. Zaczerpnął głęboko tchu. Odchrząknął i podał pierwszą komendę:

— Pluton! Gotuj broń!

Żołnierze, stojący w jednej linii na białej desce, wyprostowali się, zdjęli z ramion karabiny i załadowali naboje do komór. Chrzęst zamków zagłuszył kolejne chrząknięcie porucznika.

— Cel…!

Postać skazańca, przywiązanego do słupa dziesięć metrów przed nimi, przypominała umęczonego na krzyżu Chrystusa. Lekko ugięte w kolanach nogi, przekrzywiona na bok głowa, tylko ręce, zamiast rozpościerać się na boki, niknęły za tułowiem i słupem.

— Pal!!!

Huk wystrzałów spłoszył przesiadujące na konarach drzew wrony. Gwałtownie zerwały się do lotu z furkotem skrzydeł i głośnym krakaniem, przebijającym się przez cichnące echo palby. Ciało skazańca szarpnęło się i zwiotczało, a usta wygięły się w grymasie bólu i szoku. Jak na puszczonym w zwolnionym tempie filmie, Rudzki powoli, niemal groteskowo osunął się na tyle, na ile pozwalała ruchomość stawów barkowych. Na wpół stał, na wpół klęczał, podtrzymywany pętami. Głowa zwisała nieruchomo, opierając się podbródkiem o piersi.

„Proszę cię, słodki Jezu, proszę cię…” — porucznik intensywnie wpatrywał się w ciało. Serce niemal przestało mu bić, modlił się, by Rudzki był martwy. Lecz Bóg nie wysłuchał jego prośby. Lekarz podszedł do ciała, pochylił się nad nim, odsunął kołnierz drelichu i dotknął palcami boku szyi. Po chwili spojrzał na porucznika i pokręcił głową. Nikt z nich nie był pewny, co ma oznaczać ten gest. Kapitan również.

— No, żyje czy nie?! — zawołał nerwowym tonem.

— Żyje — odparł lekarz.

Pod porucznikiem ugięły się nogi. Niemal z nienawiścią spojrzał na plutonowego, któremu tak zaufał. Z wahaniem sięgnął do kabury i wtedy dopiero z pełną jasnością dotarło do niego, co zaraz zrobi. Ogarnęło go przerażenie, bo oto ziścił się koszmarny sen. Kapitan syknął do niego, tak by nie usłyszeli go żołnierze, cztery postacie o bladych twarzach, stojące wciąż w równym szeregu, z bronią u nogi.

— Idź tam, człowieku!

Ocknął się i spojrzał na prokuratora nieprzytomnym wzrokiem. Potem ruszył przed siebie jak automat, odpinając kaburę i wyciągając broń. Wciąż idąc, odbezpieczył ją, przeładował i mocno ścisnął rękojeść, trzymając palec wskazujący na kabłąku spustu. Pokonał te kilka metrów dzielące go od skazańca i sztywno wyprostowany stanął przed nim. Nie myślał o niczym. Lekarz odsunął się i odwrócił twarz. Porucznik uniósł rękę, wymierzył w pochyloną głowę Rudzkiego, ledwo zmuszając się, by nie zamknąć powiek. Nie mógł ich zamknąć. Nie mógł spudłować, bo tylko pogorszyłby sytuację. Widział, jak pierś tamtego lekko, niemal niedostrzegalnie unosi się i opada w płytkim, urywanym agonalnym oddechu. Wyraźnie zobaczył muszkę pistoletu, odcinającą się czernią od bieli bawełnianej opaski. Dziękował Bogu, że Rudzki dał sobie ją założyć. Nawet nie chciał myśleć, jak wyglądałaby ta chwila, gdyby musiał spojrzeć mu w oczy. Położył palec na języku spustowym i nacisnął go powoli. Suchy huk, zwielokrotniony echem, uderzył w błony bębenkowe, lecz on nic nie słyszał. Tuż przed oddaniem strzału skazaniec lekko odwrócił głowę w jego stronę. A on widział, jak na opasce pojawia się osmalenie i drobiny prochu otaczające otwór wlotowy. Jeszcze nie było krwi. Głowa szarpnęła się w tył, a potem Rudzki powoli odwrócił twarz w drugą stronę i skonał. Porucznik zabezpieczył broń, schował ją do kabury i odstąpił krok w tył. Stał wpatrzony w słoje desek, z których zbito kulochwyt. Strażnicy podbiegli do ciała, nie widząc sensu w oczekiwaniu na zbadanie go przez lekarza. Ten, równie wstrząśnięty, stał w miejscu, nie mogąc wykrztusić słowa. Po chwili odwrócił się do prokuratora, który podszedł do nich razem ze strażnikami.

— Kartę zgonu dostanie pan później — powiedział doktor, z trudem wydobywając głos ze ściśniętego gardła.

— Nie zbada pan go? — spytał zdziwiony kapitan.

Lekarz drgnął, jakby wybudzony z letargu, i skinął głową w milczeniu. Spuścił oczy, lekko zawstydzony brakiem profesjonalizmu, który wytknął mu oficer, podszedł do ciała, odsunął jednego ze strażników i ponownie położył palce na wygiętej szyi. Patrząc na kapitana, skinął głową i dla pewności potwierdził gest słowami:

— Nie żyje.

Ciało Rudzkiego odwiązano od słupa, złożono na płóciennych noszach i przykryto prześcieradłem. Kilka małych plamek krwi znaczyło piasek wokół pala. Znikały już, wsiąkając między ziarenka, za to spod noszy powoli wyłaniała się ciemnoczerwona kałuża, barwiąc źdźbła trawy szkarłatem. A on odwrócił się i zaczął iść. Szybkim krokiem minął wszystkich, kierując się ku nieodległym stanowiskom strzeleckim. Gdy wyszedł za wał, znikając pozostałym z oczu, pochylił się i pozwolił, by żołądek wreszcie się opróżnił. Torsje wstrząsały nim przez jakiś czas. Stał, opierając ręce o kolana, i oddychał głęboko, spluwając na ziemię i uspokajając łomoczące serce. Nagle poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.

— Zawahaliście się, poruczniku? — Pytanie prokuratora było retoryczne. — To niedobrze. Pamiętajcie, że wyrok został wykonany na zdrajcy naszej ojczyzny. Jako żołnierz polski, jako oficer Ludowego Wojska Polskiego w szczególności, nie mam żadnych wątpliwości, że kara była sprawiedliwa. Surowa, lecz sprawiedliwa! I wy też nie powinniście ich mieć. Wiecie, że zrobił to wyłącznie dla pieniędzy? — Potrząsnął trzymanymi w ręku papierami. — Sam to przyznał przed sądem! Za garść dolarów, jak to się mówi! Tacy są najgorsi! Żadnej ideologii, nic! Tylko pieniądze…

— Obywatel kapitan nie był na moim miejscu… — wystękał.

— Nie bierzcie tego osobiście, poruczniku. Byliście tylko tak zwaną karzącą ręką wymiaru sprawiedliwości! Do takich rzeczy… — Wskazał za siebie i poprawił się: — …do takich zadań nie wybiera się byle chłoptasia ze wsi, mam tu na myśli pochodzenie chłopskie, znaczy się, który potrafi zaszlachtować świnię i nie brzydzi się widoku krwi. Wybiera się starannie ludzi, którzy zasłużyli, by je wykonać. Zasłużyli swoją nienaganną służbą ojczyźnie i takąż postawą moralną. To oznaka zaufania, jakim obdarzyła was władza ludowa, rozumiecie? — Pokręcił głową ze zdumieniem. — Myślałem, że wasz oficer polityczny dostatecznie przedyskutował z wami te kwestie… Nie martwcie się, nie zamelduję waszemu przełożonemu. Pamiętajcie, że fakt, iż jednak podołaliście zadaniu, może być potraktowany przez waszych dowódców jako okazja do awansu na wyższy stopień. I tego wam życzę. No, pozbierajcie się żeż do kupy, bo ludzie patrzą…

„Ty tępy trepie, ty wciąż nic nie rozumiesz… — pomyślał. — Ja nie «podołałem» zadaniu. Nawet ty nie chcesz tego nazwać po imieniu. Ja zabiłem człowieka, stojąc z nim twarzą w twarz. I żadne dyrdymały politruka o cichym froncie trwającej wciąż wojny nie są tego w stanie zmienić”.

Kapitan odszedł już sztywnym krokiem, dołączając do konduktu, wracającego do budynku koszar z ciałem zabitego. Żołnierze wciąż stali koło kulochwytu, czekając na rozkaz powrotu.

Spojrzał do góry, na ołowiane chmury kłębiące się nad miejscem egzekucji i nad całym miastem. Pędziły, niesione wiatrem, który przeganiając je, dawał nadzieję na rychłe nadejście wiosny. Wreszcie nie wytrzymały ciężaru nagromadzonej w nich wody i porucznik poczuł na czole i policzkach pierwsze krople deszczu. Zamknął oczy i głęboko odetchnął zimnym powietrzem. A więc nie tylko belka, ale i gwiazdka… Okazuje się, że ludzkie życie wcale nie jest bezcenne. Czasem kosztuje naprawdę niewiele.

Było po wszystkim.

I

1968

— Tatulu, kiedy znowu zabierzesz nas do Szczecina?

Widział w myślach samego siebie, dwunastoletniego, zapatrzonego w ojca chłopaka, jak zadawał mu to pytanie jakieś dwa lata temu.

Ojciec roześmiał się wtedy i rozczochrał jego czarne włosy.

— A co, Tadzik, w domu ci źle?

— No nie, ale wiesz… Lubię tam jeździć. No i są wakacje! Przecież nie będziemy siedzieć dwa miesiące w Morzyczynie!

— Nie grzesz! Dzieciaki z miasta oddałyby wiele za dwa miesiące nad jeziorem.

— Oj, tato, no…

— Dobra, w następną sobotę skończę robotę wcześniej, przyjedziecie z mamą do mnie i powłóczymy się po mieście. Lody obowiązkowe. I może kupimy ci te twoje wymarzone dżinsy. Pasuje?

Rzucił się ojcu na szyję.

— Hurrra! Kocham cię, tatulu, wiesz?

— Wiem, Tadzik. Ja ciebie też.

— Bardziej niż Zdzisia? — Spojrzał na niego uważnie.

Ojciec odsunął go od siebie i popatrzył gdzieś w bok.

— Nie możesz stawiać sprawy w taki sposób. Widzisz, jakby to powiedzieć… — Urwał na chwilę. — Zdzisław jest… Twój brat ma teraz ciężki okres w życiu. Ty jeszcze tego nie zrozumiesz. Dorasta, staje się mężczyzną. To rodzi bunt przeciw rodzicom, to normalne. Ja miałem tak samo, wiesz? To dlatego często się ze sobą nie dogadujemy…

Tadzik uścisnął ojca jeszcze mocniej.

— Ja nigdy taki nie będę! — Z jego oczu wyzierała dziecięca żarliwość.

— Nigdy nie mów nigdy, synu! — Znowu śmiech.

— Naprawdę!

— Obiecujesz? — Głos ojca stał się poważny.

— Obiecuję!

Ojciec wstał nagle z wersalki i chwycił Tadzika za rękę.

— To chodź — powiedział cicho.

Wyszli na podwórze i ojciec poprowadził go do starej szopy, pełniącej funkcję warsztatu i graciarni. Weszli do niej, ojciec zamknął drzwi na skobel, tak że została jedynie cienka szpara, przez którą wpadało do środka trochę dziennego światła. Wąski promień słońca wyszperał drobiny kurzu, wirujące od wywołanego trzaśnięciem drzwi podmuchu.

— Co robisz? — zapytał cicho Tadzik.

— Ćśśś! — Ojciec chwycił go za ramię i ścisnął je lekko. — Nic nie mów.

Schylił się i spod warsztatowego blatu, spomiędzy leżących na stercie szmat, wyciągnął nieduże metalowe pudełko. Schował je pod rozciągnięty sweter, który Tadzik pamiętał od najwcześniejszych lat swego życia, i pociągnął syna za sobą, w kierunku wyjścia. Wciąż nic nie mówił. Tadzik był niezwykle przejęty. Coś się szykowało, czuł to. Wyszli na zalane słońcem podwórze i wrócili do domu. Ojciec, wchodząc do przedsionka, najpierw ostrożnie wyjrzał, czy gdzieś nie czai się matka. Zdziśka jak zwykle nie było, łaził gdzieś po wsi albo po lesie, popalając pewnie papierochy. Zdziwienie Tadzika sięgnęło zenitu, kiedy ojciec zaprowadził go do jego własnego pokoju.

Domek, w którym dziadek Tadzika osiedlił się z rodziną w czterdziestym szóstym, nie był duży, ale miał sporo pomieszczeń, wydzielonych sprytnie cienkimi na pół cegły ściankami. To dlatego chłopcy mieli osobne pokoje, co było luksusem nawet w mieście. Ojciec zamknął za nimi drzwi. Usiadł na krześle, stojącym obok stołu, przy którym Tadzik zwykle odrabiał lekcje. Spojrzał synowi w twarz i, wyjmując spod swetra pudełko, zapytał, patrząc mu prosto w oczy:

— Mogę ci zaufać?

Tadzik pamięta do dziś, jak się wtedy zaperzył.

— Jak możesz o to pytać, tato?! — krzyknął rozżalony.

— Ciszej! — wyszeptał gorączkowo ojciec. — Jeszcze matka usłyszy… Słuchaj… Jesteś już duży. Nie na tyle dorosły, żeby zrozumieć, co dzieje się ze Zdziśkiem, ale na pewno na tyle, bym mógł ci powierzyć moją tajemnicę. Mogę to zrobić? Będziesz potrafił jej dochować?

— Oczywiście, tatulu! — Oczy Tadzika zrobiły się okrągłe z podekscytowania. — Jasne!

Ojciec uśmiechnął się tym swoim promiennym uśmiechem, którym, jak sam kiedyś wspomniał, zauroczył mamę wiele lat wcześniej, zanim jeszcze Zdzich i Tadzik przyszli na świat.

— To dobrze. To dobrze — powtórzył, wzdychając.

Wstał i odsunął stolik stojący w rogu pokoju. Tadzio patrzył zdziwiony, jak uchyla róg dywanu i jedna po drugiej podnosi deski przykrywające wejście do starego składziku. Tak nazywali nieduży, głęboki na półtora metra dół o wybetonowanych ścianach, w którym podobno poprzedni, niemieccy gospodarze przechowywali kartofle. Odwrócił się do Tadzia i włażąc do środka, powiedział:

— To pudełko jest bardzo ważne. Dla mnie, dla ciebie, dla nas wszystkich. Co jakiś czas będę do niego zaglądał, a ty będziesz wtedy wychodził z pokoju. Nawet ty nie możesz wiedzieć, co w nim jest. Nie wolno ci nigdy do niego zajrzeć, Tadeusz, musisz mi to przysiąc!

Pierwszy i ostatni raz w życiu ojciec powiedział do niego „Tadeusz”, a nie „Tadzio” albo „Tadzik”, jak zwykle. Dlatego Tadzik, najpoważniejszym tonem, na jaki tylko mógł się zdobyć, przysiągł ojcu, że nigdy nie zajrzy do składziku ani do pudełka. Ojciec zakrył z powrotem otwór w podłodze, przykrył deski dywanem i otrzepał ręce. Uściskał syna i usiadł znów na krześle.

— Musisz też wiedzieć, synku, że jeśli kiedykolwiek będę musiał gdzieś nagle wyjechać, gdzieś daleko, na razie bez was, to nie na zawsze. Pewnego dnia do mnie dołączycie. A tu będzie ktoś, kogo nigdy nie poznacie, kto otoczy was opieką i będzie o was dbał w moim imieniu. Dobry duch.

— Cóż ty mówisz, tato? — przeraził się Tadzik.

— Nie martw się — powiedział ojciec szybko. — Tak się tylko mówi, w razie czego, rozumiesz? Tak jak mówimy: gdybym umarł, powiedzcie komuś, że ma sobie wziąć mój samochód. Ale przecież nie umieramy i ten ktoś nie dostaje naszego samochodu, prawda? — Uśmiechnął się.

— Prawda — przyznał Tadzik po chwili namysłu.

— No, pamiętaj o tym zawsze. I gdyby co… — Wskazał na kąt pokoju, pod stołem. — …nigdy nie widziałeś żadnego blaszanego pudełka, jasne?

— Tak jest, obywatelu sierżancie! — chłopak wyprężył pierś w postawie „baczność” i zasalutował dwoma palcami.

— Nie oddaje się honorów do pustej głowy.

— Nie mam pustej głowy. Podobno jestem zdolny?

— Jesteś, jesteś… Obaj jesteście. Chciałbym, żebyś został w przyszłości kimś ważnym. Zasługujesz na to, wiesz, Tadzio? Jesteś naprawdę wyjątkowy.

— Więc jednak kochasz mnie bardziej niż Zdziśka?

— Tadzik! — Głos ojca stał się surowy, ale jego oczy mówiły co innego.

Tę scenę czternastoletni Tadeusz pamiętał, jakby zdarzyła się wczoraj. Choć nie pojmował jeszcze wszystkiego, fragmenty tamtej rozmowy sprzed dwóch lat jawiły mu się nagle z przerażającą jasnością. „Nieprędko zobaczysz tatusia, chłopcze. Za bardzo lubił pieniążki” — słowa człowieka w marynarce i płaszczu, który przeszukiwał jego pokój, brzmiały okrutnie. Tadeusz wiedział, kim był ten człowiek, chociaż nikt nie chciał mu powiedzieć, co się działo. Matka siedziała w kuchni, płakała, a ręce trzęsły się jej tak, że nie była w stanie niczego w nich utrzymać. Drugi z mężczyzn, również ubrany w szary płaszcz, stał nad nią, ćmiąc papierosa, i niezgrabnie próbował ją pocieszyć. To wojskowi. Nie szkodzi, że nie mieli mundurów. Warszawa, którą zajechali przed ich dom godzinę temu, była co prawda szara i nie miała nigdzie namalowanego dużego białego koła, jakie mają zwykle auta 12 Dywizji, ale tablica rejestracyjna zaczynała się na literę „D”, a to oznaczało pojazd wojskowy. Tadzio wiedział takie rzeczy, z tablic nikt go nie zagnie.

Ojciec nie wrócił wczoraj do domu. Był w Szczecinie od wtorku. Często zdarzało się, że zostawał tam przez kilka dni z rzędu, śpiąc w hotelu garnizonowym, jednak zawsze ich o tym uprzedzał. Zawsze też było tak, że gdy planował w piątek wieczorem wyskoczyć z kolegami do Bajki albo Kaskady, dzwonił wcześniej i dawał znać, że będzie dopiero w sobotę koło południa. Zawsze. Matka to tolerowała. Wiedziała, że wojskowi pili, piją i pić będą, wychodziła więc z założenia, że lepiej żeby robili to po robocie, w miejscu do tego przeznaczonym. Tym razem nie zadzwonił. Do wieczora nie dał znaku życia. Dopiero po zmroku matka zorientowała się, że w ich telefonie panuje głucha cisza, więc poszła do Ciesielskich, zatelefonować od nich do sztabu dywizji. Po tamtej stronie nikt nie odbierał. Spróbowała do kolegi ojca, chorążego z tajnej kancelarii sztabu, z którym ojciec czasem wychodził się bawić. Telefon długo nie odpowiadał. Kiedy wreszcie odebrał, powiedział, że zabroniono mu z kimkolwiek rozmawiać o Staśku i że nie wie, co się stało. O jedenastej wieczorem matka kazała im kłaść się do łóżek i o nic nie pytać. Szkoda, bo chciał się dowiedzieć, dlaczego ich telefon jest zepsuty, a Ciesielskich nie.

Przyjechali dzisiaj rano, o dziesiątej.

Tadzik siedział więc bez ruchu w swoim pokoju i patrzył, jak funkcjonariusz WSW przeglądał książki na regale. Podręczniki szkolne, „Chatę wuja Toma”, „Księgę urwisów”, powieści Szklarskiego i resztę. Wertował strony, czasem oglądał niektóre pod światło, zbliżając je do oczu. W końcu zniechęcony odłożył książki na półkę. Nagle schylił się i zaglądnął pod stolik w rogu pokoju, a Tadziowi z przerażenia serce niemal przestało bić. Twarz jednak pozostała jak wykuta z kamienia — przysięga to przysięga. Człowiek w płaszczu już miał wyjść spod stołu, kiedy jego uwagę zwrócił podwinięty róg dywanu. Odruchowo go poprawił, sięgając głębiej pod blat, i wtedy zobaczył, że jakoś nierówno układał się na podłodze. Zdziwiony odsunął róg na bok i twarz rozjaśnił uśmiech triumfu. Obejrzał się na Tadzika, który wciąż pozostawał niewzruszony.

— Co to takiego? — zapytał człowiek w płaszczu, wskazując na deski.

Tadzik wzruszył ramionami.

— Nie wiem, proszę pana. Podobno stary składzik na ziemniaki, ale my go nie używamy, trzymamy je w szopie z tyłu domu. Nigdy tam nie zaglądałem. Boję się pająków.

Tadzik uświadomił sobie, że mówił za dużo i za szybko, co mogło świadczyć o tym, że kłamał. Postanowił więc pilnować się, żeby broń Boże, człowiek ten nie nabrał jakichś podejrzeń. Ale on i tak odkrył deski, jedna po drugiej, tak jak ojciec wtedy, odkładając je nieporządnie na bok. Spieszył się, był wyraźnie podekscytowany odkryciem. Z kieszeni płaszcza wyciągnął płaską latarkę, taką samą, jaką Zdzisiek dostał kiedyś na urodziny. Poświecił nią w głąb dołu i coś zauważył. Wskoczył do środka, schylił się, przez chwilę było widać tylko jego głowę w kapeluszu. Podniósł do góry pudełko. Ich tajemnicę. „Nic nie wiesz o żadnym pudełku” — słowa ojca odbijały się echem w głowie Tadzia, ale nie udało mu się ukryć uczuć. Obcy wydzierał właśnie im ich sekret. Na szczęście funkcjonariusz opacznie odczytał widoczny na jego na twarzy wstrząs.

— Jesteś zdziwiony, co? Tatuś cię wykorzystał, wiesz, chłopcze? Nieładnie, nieładnie… — Pokręcił głową z dezaprobatą, ale jego twarz zdradzała ogromne zadowolenie. Nie wiedział jeszcze, co było w środku, ale przeczucie go nie myliło.

Tadeusz nie miał pojęcia, czym były dziwne małe przedmioty, które obcy wyciągnął z metalowego pudełka, ale okrzyk radości, jaki wydał z siebie mężczyzna, nie pozostawiał złudzeń, że właśnie znalazł to, czego szukał.

— Mam, obywatelu majorze! — krzyknął w stronę drzwi, nie spuszczając wzroku z Tadzika.

Drugi z obcych, nieco starszy od kolegi, zostawił matkę Tadzia samą w kuchni i przyszedł obejrzeć znalezisko. Buteleczki, maleńkie jak w aptece, zapalniczka, która nie zapalała się tylko dziwnie klikała, kiedy się ją przycisnęło, jakieś małe karteczki, notesik czy może raczej mały brulion. Major kręcił głową w zdumieniu i patrzył na Tadzika.

— Ty jesteś Zdzisław? — zapytał, pobieżnie wertując notes.

— Nie, proszę pana. Ja jestem Tadeusz. Tadeusz Rudzki.

— Hmmm… — mruknął oficer, a Tadzik zupełnie nie wiedział, co miało to mruczenie oznaczać. Brzmiało niepokojąco. — A gdzie jest twój brat?

Tadzio spuścił głowę.

— Nie wiem.

Po chwili śmielej spojrzał na oficerów i zebrał się na odwagę, by zadać wreszcie pytania, które nurtowało go od godziny.

— Co się stało z tatusiem? Kiedy wróci do domu?

Major odłożył brulion do pudełka, które wciąż trzymał w rękach jego kolega.

— Mam dla ciebie złą wiadomość, kolego. Twój tata nie wróci prędko do domu. Zrobił coś bardzo złego i musi za to zapłacić…

Młodszy patrzył na majora, a potem dobitnie cedząc słowa, poinformował Tadzia:

— Twój ojciec jest zdrajcą. Długo nie wyjdzie z więzienia, bardzo długo.

Tadeusz z otwartymi ustami patrzył na obu mężczyzn. Przenosił wzrok z jednej twarzy na drugą w nadziei, że któryś z nich powie w końcu, że to żart albo próba sprawdzenia jego, Tadzia, czy faktycznie potrafi dochować danej ojcu obietnicy. A oni patrzyli na niego w milczeniu, ich wzrok był surowy i nie pozostawiał złudzeń, że to, co powiedzieli przed chwilą, było prawdą. Prawdą brzmiącą w uszach dziecka niewyobrażalnie, wręcz niewiarygodnie.

— No, no, kolego, nie tak ostro — strofował cicho major. — Nie tak ostro!

— Nie jest już dzieckiem, obywatelu majorze — zaprotestował młodszy, wskazując na Tadka. — I tak się w końcu dowie…

Tadzik nie słuchał dalej. Przecisnął się pomiędzy połami jasnych płaszczy i uciekł na dwór. Pobiegł przez podwórko, minął otwartą bramę i szarą warszawę, w której zza opuszczonej w przednich drzwiach szyby widać było czekającego kierowcę. Biegł przed siebie, połykając łzy rozpaczy. Nie wierzył im. Nie mieli prawa tak mówić o jego ojcu, który nigdy by go nie oszukał. Nie jego. Biegł w stronę Miedwia, do swej kryjówki w gęstych krzakach nad samym brzegiem jeziora, w której został do wieczora. Przypominał sobie wszystko, co mogło wiązać się z tymi bzdurnymi oskarżeniami. Łączył w całość nieistotne wtedy strzępy rozmów, które przypadkiem usłyszał, wydarzenia, których był świadkiem, a których znaczenia wtedy nie pojmował. Miał dobrą pamięć i był inteligentny, a dorośli myślą zawsze, że dzieci niewiele z ich świata rozumieją. Lub są przekonani, że one dawno śpią. Czytał trochę o szpiegach, jak prawie każdy chłopak w jego wieku, i też chciał złapać dywersanta jak z „Księgi urwisów”, którą przed chwilą przeglądał jeden z intruzów. Czy można nie wierzyć własnemu ojcu, który rozwiewał wątpliwości matki, twierdząc, że dodatki za odpowiedzialną funkcję i częstą rozłąkę z rodziną były dość spore, ale przewidziane w jego kategorii zaszeregowania? Więc skoro były tak znaczne, to spokojnie można je wydać na zakupach w Pedecie w Szczecinie. I że może faktycznie mama po prostu nie pamiętała tego kolegi ojca, od którego przyszła pocztówka z jakiegoś miasta w NRD? Pocztówka, której nadpalony róg z charakterystycznym znaczkiem z symbolem Freie Deutsche Jugend Tadzik znalazł później, wynosząc popiół z paleniska kaflowego pieca? Albo ta nieco dziwna, co Tadzik uzmysłowił sobie dopiero teraz, wycieczka po okolicach Szczecina, zakończona obiadem w motelu Relax w Strudze. Wycieczka jak wycieczka, ale motel wraz z restauracją faktycznie były niezwykłe. Wszystko mieściło się w starych pulmanowskich wagonach kolejowych, co dla Tadka, uwielbiającego pociągi i tramwaje, było fantastycznym przeżyciem. I ten piękny czarny citroën na duńskich numerach rejestracyjnych, stojący na parkingu. Tadzik znał się na rejestracjach, to był jego konik, ale nawet gdyby się nie znał, wielkie czarne litery „DK” na białej owalnej naklejce na tylnej szybie rozwiewały wszelkie wątpliwości. Właściciel citroëna, który jadł obiad w restauracji, pozwolił im się przysiąść, mimo iż dookoła było mnóstwo wolnych miejsc. Mówił trochę po polsku, wypili razem z ojcem piwo, a potem, również razem, poszli to piwo wysikać. Nie było ich dość długo, ale Tadzik nawet się nie niecierpliwił, podziwiając przez okno wagonu „cytrynę” i oczyma wyobraźni widząc siebie za jej kółkiem…

No i to blaszane pudełko. Ich wspólna tajemnica. Tak jak obiecał ojcu, nigdy do niego nie zajrzał, mimo że korciło go nie raz, nie dwa. Co w nim było? Do czego służyły ojcu te dziwne przedmioty, które wyciągnął z pudełka człowiek w płaszczu? Te wspomnienia rodziły wątpliwości, czy faktycznie wszystko było w porządku. Tadzik nie wierzył jednak, żeby jego ojciec mógł zrobić coś takiego. Widział w gazetach zdjęcia z procesów szpiegów. Nieogolone, zacięte lub zmęczone twarze, pusty albo błędny wzrok, skute ręce, zaciśnięte kurczowo na barierce, gdy stali przed obliczem sądu, składając wyjaśnienia. Jego ojciec? Lubiany przez wszystkich, ceniony przez przełożonych, przystojny, sympatyczny i wygadany… To niemożliwe! Po prostu niemożliwe!

Do wyjścia zmusiły Tadzia głód, komary i wieczorny chłód, przenikający go do szpiku kości. Wracał jednak do domu spokojniejszy, przekonany, że to, co się dziś wydarzyło, to tylko pomyłka, która wkrótce się wyjaśni i wszystko będzie tylko strasznym wspomnieniem. Kto wie, może kiedyś nawet będą się z tego śmiać? On, ojciec i reszta…

W drzwiach domu stała matka. Wypatrywała go od dawna. Chwyciła go za ucho i zaciągnęła do jego pokoju.

— Powiedz, że o tym nie wiedziałeś! — krzyknęła, wskazując kąt pokoju, ten ze stolikiem i ukrytym pod nim schowkiem na kartofle. — Powiedz mi to!

Powiedział więc to, co chciała usłyszeć. Uważał, że nic i nikt nie może zwolnić go z przysięgi danej ojcu, zatem brnął w kłamstwo w imię wyższej racji. Skłamać matce to jedno, lecz zdradzić własnego ojca to coś znacznie poważniejszego.

— Co się dzieje, mamo? — zapytał w końcu z wyrzutem w głosie. — Czy ktoś mi wreszcie powie, co tu się dzieje i gdzie jest tata?

Matka ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać. Usiadła na jego łóżku i płakała głośno, aż w drzwiach pokoju pojawił się Zdzisiek. Stał w progu z założonymi rękami, opierając się o framugę.

— Powiedz mu — zwrócił się do matki, patrząc na brata. — Przecież musi wiedzieć. Wszyscy już wiedzą, cała wieś, tylko nie ukochany synek.

Matka spojrzała na Tadzia załzawionymi oczami i drżącym głosem wypowiedziała straszne słowa:

— Twój ojciec został aresztowany za szpiegostwo!

Tadzik poczuł, jak zimne macki strachu obejmują jego serce.

— To nieprawda — szepnął, z niedowierzaniem kręcąc głową. — Nieprawda! Powiedz, że to pomyłka!

Przypadł do matki, chwycił ją za ramiona i spojrzał w oczy. Ich wyraz powiedział mu wszystko. Kolejna poważna, zatroskana i przejęta twarz. To nie była pomyłka. Czas pozbyć się złudzeń.

— Opowiedz mu resztę — zażądał Zdzisiek. Jego głos był podejrzanie spokojny.

— Złapali go wczoraj w NRD — chlipała matka. — Stamtąd miał zostać przerzucony do Berlina Zachodniego i polecieć do Ameryki. Mówią, że szpiegował dla CIA, że miał konto dolarowe za granicą. Że był zdrajcą!!! — krzyknęła.

Zerwała się nagle i odpychając wciąż stojącego w progu Zdziśka, minęła go i wybiegła do kuchni, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi. Zdzisiek mierzył młodszego brata zimnym spojrzeniem. Tadzik usiadł na łóżku, w miejscu, w którym przed chwilą siedziała matka. Był zdruzgotany.

— To nas tatuś załatwił, co? — zapytał drwiącym tonem Zdzisiek.

Tadzik spojrzał na niego zdziwiony.

— Co ty mówisz?

— Co mówię? Prawdę. Tak, Tadek, taka jest prawda. Imperialistyczny szpieg w sztabie dywizji. Starszy sierżant Stanisław Rudzki. Nasz własny, rodzony ojciec! — Ostatnie słowa wykrzyczał.

— Nie rozumiesz! Ty nic nie rozumiesz! — Tadzik chwycił się ostatniej deski ratunku. — On to robił dla nas! Dla mnie, dla ciebie!

Zdzisiek parsknął głośno, z pogardą. Pokręcił głową i powoli podszedł do łóżka. Pochylił się nad Tadzikiem i wycedził:

— Dla nas chodził do nocnych lokali, żeby szastać forsą i stawiać szampana dewizowym dziwkom? Dla nas kupował te wszystkie kolorowe butelki, które stoją w barku, w większości nietknięte? I wciskał matce kit, że to wszystko za dodatek służbowy i rozłąkowe? Myślisz, że jak w Szczecinie kupował nam ciuchy od szwedzkich marynarzy albo gumę do żucia w Baltonie, to robił to dla nas? Pewnie wyrzuty sumienia co jakiś czas się w nim odzywały, bo od Bóg wie jak dawna wiedział, co w końcu zrobi. — Przerwał na chwilę, by głębiej odetchnąć. — Chciał nas zostawić, rozumiesz? Nabił kabzę zielonymi od tych z CIA i frrrruuu… — Zamachał rękoma. — …do Ameryki! A my byśmy tu sobie zostali, jak gdyby nigdy nic! Spieprzył nam życie na samym starcie, rozumiesz? Synowie zdrajcy ojczyzny — tak będą nas nazywać. Będą nas wytykać palcami, jak jakichś dziwolągów. Myślisz, że przyjmą cię na studia? Że pozwolą mi skończyć zawodówkę? Ech, gówniarzu, nic o życiu nie wiesz! — Gardło ścisnęło mu się z żalu. Odwrócił się i wyszedł, zostawiając Tadzika samego.

— Wierzysz IM! — wrzasnął Tadzik za bratem. — Wierzysz im, zamiast własnemu ojcu! Taki z ciebie dobry syn? Chciał, żebyśmy byli kimś, wiesz? Żebyśmy coś w życiu osiągnęli. Bo nas kochał!

Zdzisiek zawrócił. Znów stanął w drzwiach, poczerwieniały na wykrzywionej gniewem twarzy.

— Wiesz, w co wierzę? A raczej w co nie wierzę? Jakoś nie chce mi się wierzyć, że nic nie wiedziałeś o tej skrytce — syknął, wskazując kąt pokoju. — Może tatuś odpalił ci dolę?

Tadzik rzucił się na brata z pięściami. Mimo dwóch lat, kilku ładnych kilogramów i centymetrów wzrostu przewagi Zdzisiek miał spory problem, żeby okiełznać furię brata. Gdy wreszcie Tadek przestał wierzgać i machać pięściami, przytulił go mocno i pozwolił mu się wypłakać w swój tors. Po chwili płakał razem z nim rzewnymi łzami bezsilności, żalu i rozgoryczenia.

* * *

Proces ojca zaczął się w październiku. Matka jeździła na wszystkie posiedzenia sądu, za każdym razem wioząc ze sobą torbę pełną pobrzękujących w niej butelek whisky. Ojciec przynosił do domu wyłącznie whisky, której i tak nie tykał. Może miały być czymś w rodzaju lokaty kapitału, w każdym razie stały nietknięte w szafce w dużym pokoju. W domu zaczynało brakować pieniędzy, a jej zawartością jakimś cudem nikt z rewidujących dom funkcjonariuszy nie zainteresował się. Matka nie zastanawiała się, dlaczego tak się stało, tylko dziękowała losowi i systematycznie opróżniała szafkę z butelek, które następnie sprzedawała, wszystko skrzętnie notując, co i za ile. Jechała do Szczecina rannym PKS-em, żeby zdążyć z handlem przed rozpoczęciem rozprawy. Narażając się na zatrzymanie przez milicję albo wściekłość pokątnych handlarzy, którzy kręcili się w okolicach sklepów czy kiosków dewizowych w hotelach, wystawała przed wejściem, oferując flaszki tym wszystkim chętnym, którzy nie dysponowali twardą walutą. Gdy w końcu doszło do tego, że jakiś skurwiel omal jej nie pobił, zabierając przy okazji dwie butelki Ballantine’sa, postanowiła zmienić miejsce. Wybrała Turzyn, targowisko przeniesione parę lat temu z Tobruku, z okolic dworca głównego. Tam ginęła w tłumie podobnych sobie, mieszając się z setkami ludzi odwiedzających ten przybytek w poszukiwaniu wszystkiego, czego nie sposób było zdobyć w normalny sposób. Towar schodził przeważnie dość szybko. Potem wsiadała w tramwaj, siódemkę, i jechała do Bramy Portowej. Stamtąd, jeśli miała jeszcze trochę czasu, szła do sądu piechotą, jeśli nie, łapała dziesiątkę albo czwórkę bądź od razu, jeszcze na Turzynie, wsiadała do dziewiątki, która wiozła ją bezpośrednio w rejon sądu. Wszystko miała starannie zaplanowane. Zanim jeszcze na salę weszli sędziowie i wprowadzono oskarżonego, spisywała w zeszyciku utarg z danego dnia, notując od razu, ile butelek powinno jeszcze zostać w szafce.

To dlatego w końcu złapała Zdziśka na podbieraniu whisky. Pewnego dnia Tadzik usłyszał, jak matka krzyczy na niego w jego pokoju. Zaraz poleciał podejrzeć przez dziurkę od klucza. Widział tylko jej plecy i nogi brata.

— Ledwo od ziemi odrosłeś, a już wódkę chcesz pić? Kolegom stawiać? Co ty sobie myślisz, przykład ojca ci nie wystarczy? Jeszcze i ty chcesz mi zgryzoty dołożyć?

— Spokojnie, matka, nic się nie stało, to tylko jedna flaszka… — Zdzisiek nawet nie wstał z łóżka, lekceważąco machając ręką znad „Młodego Technika”.

— Jak śmiesz się tak do mnie odzywać? — Suchy odgłos policzka wymierzonego matczyną dłonią zakończył rozmowę.

Zdzisiek wybiegł obrażony z pokoju, a potem z domu, mimo że na zewnątrz lało jak z cebra. Tadzik ledwie zdążył zniknąć u siebie. Nie chciał, żeby go zauważyli. Matka siedziała jeszcze przez chwilę u Zdziśka, płacząc cicho, a potem poszła do kuchni, zrobić obiad. W całym domu słychać było, jak gniewnie tłukła garnkami. Potem rozległ się brzęk rzuconego na lastrikową posadzkę pogrzebacza i głuchy huk żeliwnych drzwiczek westfalki. Tego dnia obiadu nie było.

Kilkanaście dni po zatrzymaniu ojca przed bramę ich podwórka zajechała beżowa syrenka. Było już po wakacjach, prawie wszyscy letnicy wyjechali z Morzyczyna, więc nie spodziewali się nikogo. Latem często zdarzało się, że miastowi zatrzymywali się przy ich domu, pytając na przykład o mleko prosto od krowy albo o świeże jajka. Tym razem nie był to turysta. Mężczyzna, który wysiadł z samochodu, nosił elegancki garnitur. Wąski, ciemny krawat przecinał wpół żółtą kremplinową koszulę, widoczną spod klap marynarki. Na głowie miał jasny kapelusz. Nosił również ciemne okulary zasłaniające pół twarzy, ale dzięki kolorowemu ubraniu zupełnie nie przypominał nikogo z tych, którzy pojawiali się w domu Rudzkich w ciągu ostatnich kilku tygodni. Nazywał się Romuald Kowalski i był obrońcą taty. Mecenasa znalazł jakiś bliski kolega ojca, podsyłając go do nich jako cudotwórcę.

Gdy matka otworzyła mu drzwi, wszedł, przedstawił się i przywitał ze wszystkimi, podając każdemu rękę. Potem zamknęli się z mamą w kuchni, a Tadzik zajął stanowisko po drugiej stronie drzwi, przykładając ucho do dziurki od klucza. Zdzisiek jak zwykle nie był zainteresowany niczym, co dotyczyło sprawy ojca, więc demonstracyjnie zamknął się w swoim pokoju. Tadzik wytężył słuch, lecz mimo tego niewiele słyszał. Gość i matka rozmawiali przyciszonymi głosami, jakby obawiając się, że ktoś może ich podsłuchać. Matka uprzedziła niedawno synów, żeby nie mówili głośno o niczym, co związane jest z ojcem, a stało się to po tym, jak w głuchym od dnia przeszukania telefonie usłyszała tajemnicze stukanie.

W pewnym momencie Tadzik zobaczył przez dziurkę od klucza, jak matka wstaje i sięga na górną półkę szafki z przyprawami, herbatą i kawą zbożową. Wyjęła żółte blaszane pudełko po eksportowych cukierkach Agros, z którego uśmiechała się egzotyczna dziewczyna z kwiatami wpiętymi we włosy. Wyciągnęła z niego plik pomiętych banknotów, ich całe oszczędności. To też łaskawie zostawili ci z WSW, matka nie musiała ich nawet za bardzo przekonywać, bo dla nich to był detal. Prawdziwe pieniądze były w blaszanym pudełku, ale tym w pokoju Tadzika. Teraz oddała większą część gotówki z pudełka mecenasowi. Ten pokręcił głową, ale wziął, co dała mu matka. Tadek uśmiechnął się z nadzieją. Czyżby ten miły pan nie chciał pieniędzy za obronę taty? Od tej chwili rozmawiali trochę głośniej. Tadzik nadstawił ucha.

— To będzie zapewne długi i skomplikowany proces, poza tym…

— Koledzy Staśka są mu winni trochę pieniędzy. Odzyskam je, proszę się nie martwić!

— Ja się nie martwię teraz o pieniądze, pani Rudzka, nie o to chodzi.

— Jak to, nie chce pan więcej?

— Proszę pani… Oczywiście, że tak, to moja praca i z tego żyję… — żachnął się Kowalski. Spojrzał gdzieś w bok i zagryzł wargę. — Musi być pani przygotowana na wszystko, nawet na najgorsze, choć przysięgam pani, że zrobię, co w mojej mocy, żeby…

— Panie mecenasie… — przerwała mu matka. — Pan przecież jest jak ten… no… święty Judasz!

— Juda Tadeusz! — mruknął Kowalski.

— Właśnie! Ten od spraw beznadziejnych! — Chwyciła go za rękę i ścisnęła mocno.

Kowalski, zmieszany, delikatnie wysunął swoją dłoń z jej ręki. Z poważnym i zatroskanym wyrazem twarzy oznajmił nagle:

— Pani Rudzka, czy pani zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji? Walczymy o jego życie!

— Wiem. Jak wyjdzie, będzie już stary…

— Nie mówię o maksymalnej karze więzienia, proszę pani. — Kowalski spuścił wzrok, nie mając widać odwagi powiedzieć jej tego prosto w oczy. — Prokurator wnioskował o karę śmierci. — Przemógł się, popatrzył jej w twarz i w tej samej chwili zza drzwi dobiegł ich głuchy stuk.

Matka jak w transie wstała z krzesła i na sztywnych nogach podeszła do nich. Otworzyła i oboje ujrzeli leżącego na podłodze Tadzika, gryzącego własną pięść tak mocno, że spomiędzy ust wypłynęła strużka krwi. Mimo otwartych szeroko oczu przez dłuższą chwilę nic do niego nie docierało. Matka klęknęła obok syna, wzięła go w ramiona i zaczęła kołysać, szepcząc mu coś uspokajająco do ucha. Kowalski wstał, nalał do szklanki wody z kranu i podszedł do nich, podając ją Tadzikowi.

— Wszystko będzie dobrze, chłopcze, zobaczysz. Uratujemy go!

Tadzik dał się przekonać. Uwierzył człowiekowi w kapeluszu i żółtej koszuli, którego widział pierwszy raz w życiu. Nie zabiją taty! Pogodził się już z tym, że ojciec będzie siedział w więzieniu, ale przynajmniej będzie mógł go co jakiś czas widywać. Wszystko się jakoś ułoży. Wszystko będzie dobrze, tak jak obiecał ten elegancki pan.

Ale Tadzik miał też inne zmartwienia. Skończyły się wakacje. Znów codziennie trzeba było wstawać wcześnie rano, żeby na czas dojechać do Kobylanki, gdzie w nowym, świeżo oddanym do użytkowania budynku szkoły Tadzik zaczął siódmą klasę. Już pierwszego dnia przywitały go ciekawskie spojrzenia kolegów. Miał wrażenie, że nawet nauczyciele patrzą na niego jakoś inaczej. Miał rację, wiedzieli już wszyscy. Te spojrzenia bolały. Nawet Zygmunt, najlepszy przyjaciel, z którym zawsze dzielił się wszystkim, co dostał od ojca: gumąWrigley’s, duńskimi maślanymi ciastkami i innymi rzeczami, na widok których nie tylko wiejskim dzieciom leciała ślinka — nawet Zygmunt… W tajemnicy powiedział Tadzikowi, że ojciec zabronił mu kolegować się z synem kryminalisty, bo na pewno też wyrośnie z niego chachar. Tadzik został sam jak palec. Nie miał oparcia w nikim, u nikogo też go nie chciał szukać. „Skoro tak się to wszystko układa — pomyślał — to poradzę sobie bez nich. Bez łachy. W końcu nazywam się Rudzki!”. I tylko czasem ogarniało go przemożne uczucie smutku, kiedy jeden wyrośnięty ósmoklasista, mijając go na korytarzu, szeptał konfidencjonalnie z szyderczym uśmiechem na ustach: „Dolary kupię…”.

Od czasu wizyty mecenasa Kowalskiego na głowie matki zaczęło pojawiać się coraz więcej srebrnych nitek, przetykających burzę czarnych jak heban włosów. Pewnego dnia, a był już koniec listopada, matka zakomunikowała Tadzikowi, że wkrótce zobaczy się z ojcem. Władze więzienia zgodziły się na widzenie oskarżonego z małoletnim synem. Tylko jednym. Zdzisiek nie widział problemu, bo i tak nie zamierzał nigdzie jechać. Tadzik zaś nie mógł w nocy spać. Tęsknił za ojcem tak bardzo, że uświadomił sobie, co miał na myśli ktoś, kto ukuł powiedzenie „usychać z tęsknoty”. To było właśnie to uczucie, uczucie, jakby codziennie znikała jakaś mała część jego, parując wieczorem gdzieś w mrok za oknem, gdy już leżał w łóżku, nie mogąc zasnąć. Aż w końcu nadszedł ten upragniony wtorek i razem z matką pojechali do Szczecina.

Tym razem torba zapakowana była aż pięcioma butelkami whisky i taszczył ją Tadzik. Był niesłychanie przejęty, nie tylko wizją rychłego spotkania z ojcem, ale także odpowiedzialnością za dowiezienie towaru do Szczecina w całości. Jechali szosą stargardzką podskakującym na wybojach „ogórkiem”PKS-u,a chłopak starał się, żeby brzęk szkła nie zdradził zawartości torby. Gdy przejeżdżali wiaduktem nad autostradą, Tadzik spojrzał w lewo. Ten odcinek międzynarodowej drogi E74, której wstęga niknęła w wydartym ostępom Puszczy Goleniowskiej korytarzu, prowadził w kierunku granicy i kończył się gdzieś w Berlinie. To tam podobno miał znaleźć się tata, zanim go złapali. Westchnął ciężko.

Gdy dotarli do centrum, Tadzik poczuł się jak u siebie. Znał to miasto na tyle, na ile można je poznać, przez kilka lat spacerując po najatrakcyjniejszych jego zakątkach dwa, trzy razy w miesiącu. Zmieniało się na jego oczach. Na pustych połaciach, z których alianckie bomby zmiotły całe kwartały starej zabudowy, pojawiały się nowe budynki. Przyjeżdżając do Szczecina z ojcem, zawsze prosił go, by poszli na jakąś budowę, pooglądać dźwigi, maszyny i konstrukcje, przywożone z fabryk i montowane na placu przez brygady budowlańców. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc widać było postępy, kolejne kondygnacje wznosiły się ponad korony drzew. Zieleń ustępowała, przynajmniej częściowo, miejsca szarości betonu, mieszkaniom upakowanym w blokach, jak szuflady w regałach. Osiedle Grunwaldzkie, plomby na głównych arteriach miast, szkoły „tysiąclatki”… A jednak to cieszyło. Tadzik miał kiedyś nadzieję, że wkrótce przeprowadzą się do takiego bloku, kiedy tylko wojsko uzna, że obecność ojca w Szczecinie przez cały czas jest nieodzowna. Wszystkie nadzieje prysły tego lata, ale Tadzik wciąż z fascynacją przyglądał się miastu, które tak lubił.

Wsiedli z matką do tramwaju i pojechali na Turzyn. Tu Tadzik nigdy jeszcze nie był. Miasto, przynajmniej z perspektywy przystanku tramwajowego, kończyło się jak nożem ucięte w miejscu nasypu kolejowego linii trzebieskiej, przerwanego przerzuconym nad drogą poniemieckim ceglanym wiaduktem. Za nimi były już tylko ogródki działkowe, sady i odległe, tonące w zieleni dzielnice domów jednorodzinnych, powstałych na początku wieku. Nieznane.

Targowisko przypominało Tadzikowi ul albo mrowisko, w które ktoś włożył kij. Tabuny ludzi, kręcących się pozornie bez sensu, lecz tak naprawdę konsekwentnie realizujących swój plan. Kupić, sprzedać, zamienić. Zyskać. Harmider nawołujących się handlarzy, narzekania przekupek, a także wałęsające się między obskurnymi, zbitymi z byle czego budami oraz kramikami koty i psy, usiłujące skorzystać z okazji i uszczknąć coś dla siebie. Wielki paradoks — chaos, w którym każdy miał swoje miejsce. Kupcy, przekupki, handlarze starzyzną, doliniarze, waluciarze oraz — niczym łyżka dziegciu w beczce miodu, jakim był dla niektórych prywatny handel — milicjanci z nieodłącznymi raportówkami i tajniacy, których stali bywalcy i tak znali, jak zły szeląg. Każdy mógł tu zarobić, ale wielu też mogło stracić.

Tadzik z matką stali na skrzyżowaniu, niedaleko wejścia na targowisko, nieco bezradnie przyglądając się temu wszystkiemu. Przecisnęli się pomiędzy zaprzęgniętymi w konie wozami, z których coś wyładowywano, i nielicznymi samochodami, stojącymi wzdłuż udeptanego, udającego chodnik klepiska. Matka chwyciła Tadzika mocno za rękę, mówiąc:

— Nie zgub się. Masz być zawsze na widoku. Jakby co, spotykamy się tutaj, na rogu, najpóźniej o dwunastej. Zapytasz kogoś o godzinę. Inaczej się spóźnimy i nie zobaczysz ojca. — Sięgnęła wolną ręką do głowy, poprawiając chustkę, spod której wysuwał się niesforny kosmyk ciemnych włosów.

— Dobrze, mamo — szepnął Tadzik, mocno ściskając wytarte rączki torby.

Oddał ją matce i wkroczyli do świata, który był dla Tadzika jak nieznany ląd. Zostawili za sobą poukładane ulice, place, skwery i zanurzyli się w strumień ludzkich postaci, przepływających ciasnymi korytami, stworzonymi przez ciągi kramów. Jeśli nie uważałeś, strumień ten gotów był porwać cię, przemielić i wypluć gdzieś w zupełnie innym miejscu, z którego trafić do wyjścia nie było znów tak łatwo.

Matka stanęła z torbą pośród tej ciżby, każąc Tadzikowi przycupnąć z boku i być czujnym. Gdyby interes nie szedł i żaden z zagadniętych nie miałby ochoty nic kupić, miała po prostu sprzedać whisky w którymś z kramów. Choć wtedy oczywiście zysk byłby mniejszy. Przez pierwszy kwadrans Tadzik obserwował starania matki, które, niestety, nie przynosiły efektu. Powoli zaczynał się nudzić. Rozglądał się na boki, po straganach z zieleniną i ciuchami, i korciło go, żeby zobaczyć, co jest dalej. Spojrzał na matkę. Właśnie kogoś zagadywała, czmychnął więc w tył, w wąski przesmyk pomiędzy dwiema przykrytymi brezentem budami, z mocnym postanowieniem, że za chwilkę wróci. Po prostu chciał się trochę rozejrzeć po nowym miejscu.

Wyszedł na sąsiednią alejkę. Gdyby nie jesienna aura, można by pomyśleć, że znalazł się na arabskim suku, który widział kiedyś na pocztówce z Maroka, jednej z bogatej kolekcji jego dawnego przyjaciela Zygmunta. Przejście między kramikami częściowo zasłonięte było plandekami, chroniącymi sprzedających przed zacinającym zimnym deszczem czy śniegiem. Było dość ciemno, ciasno, wokół wirował dym z papierosów, para z ust i aluminiowych garnków, poustawianych na turystycznych kocherach, w których niektórzy gotowali wodę na herbatę. Na stołach i prymitywnych, zbitych z desek stojakach porozkładane były warzywa, trochę owoców, ciuchy, konfekcja i artykuły gospodarstwa domowego. Mydło i powidło. Tadzik mijał rzędy kramów, przyglądając się ludziom i towarom. Szedł tak i szedł, skręcając co jakiś czas, kiedy natrafiał na ogrodzenie lub drogę zamykały zestawione ze sobą stanowiska handlowe, wyznaczające przypominającą labirynt marszrutę. Gdy tak skręcił i cofnął się kilka razy, zorientował się, że nie wie, gdzie jest. Widząc nieodległy nasyp kolejowy, wiedział tylko, że znalazł się daleko od wejścia i matki. Tu już nie było tłoku. Ludzie poruszali się wolniej i ciszej, a na stołach nie było warzyw i ciuchów, tylko jakieś graty — części zamienne, narzędzia, wędki i mnóstwo innego sprzętu o nieznanym Tadzikowi przeznaczeniu, przeważnie lekko nadgryzione zębem czasu. Zamiast hałaśliwych, opatulonych kożuchami kobiet w chustkach, zaczepiających ludzi zza swych stanowisk, Tadzik widział wyłącznie mężczyzn. Siedzieli na rybackich rozkładanych stołkach albo stali w małych grupkach, dyskutując o czymś. Kupców było niewielu, przyglądali się upatrzonym towarom, zmieniając prostą czynność w długi i skomplikowany rytuał. Potem zaczynało się targowanie, które zajadłością nie ustępowało tym opisywanym w marynarskich wspomnieniach z afrykańskich portów, czytywanych namiętnie przez Tadzika, kiedy jeszcze fascynowała go tematyka morska. Teraz wiedział, o czym pisał Jan Papuga. Stał pod jedną z bud i przypatrywał się wszystkiemu, nieświadomy upływu czasu i zainteresowania, jakie wzbudzała w niektórych jego niezdrowa ciekawość.

— Co się gapisz, szczawiu? — Tadzik drgnął, gdy na jego ramię opadła czyjaś ciężka dłoń. — Dawaj szmal! Dawaj, dawaj…

Spojrzał do góry i ujrzał nad sobą trójkątną twarz ze złośliwymi oczkami, w kącikach których ulokowały się szpecące brodawki. Lekki zez sprawiał, że wzrok wydawał się rozbiegany. Oddech cuchnął przetrawionym alkoholem. Tadzika coś ścisnęło w podbrzuszu. Był sam i na nikogo nie mógł liczyć. Jak zwykle, choć teraz okoliczności były jeszcze mniej sprzyjające. Zamiast znajomych murów szkoły czy zaułków wsi miał wokół siebie nieprzyjazne otoczenie, którego kompletnie nie znał. No i oczywiście nie miał przy sobie żadnych pieniędzy, bo i skąd?

— Znowu cię tu widzę, Sobota? — Głos, który dobiegł Tadzika zza pleców oprycha, był spokojny, lecz opanowany i zimny jak lód.

Agresor odwrócił się zdziwiony, puszczając Tadziową kurtkę. Brzytwa, której Tadzik na szczęście nie zauważył, niepostrzeżenie zniknęła w rękawie kożucha, ukryta zręcznym, wyćwiczonym ruchem nadgarstka. Człowiek w szarym płaszczu, na gust Tadzika zbyt lekkim jak na panującą temperaturę, patrzył na Sobotę bez zmrużenia powiek. Ręce schowane miał w kieszeniach.

— Won! — rzucił krótko nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Opryszek nawet nie próbował dyskutować. Z przymilnym uśmiechem podniósł ręce w pokojowym geście, zerknął jeszcze na Tadzika i po chwili zniknął gdzieś pomiędzy kramami. Nikt nie zwrócił uwagi na to, co się przed chwilą stało. Mężczyzna podszedł do Tadka i zapytał:

— Co ty tu robisz? Dlaczego nie jesteś w szkole?

Tadzik przełknął ślinę i w tym samym momencie z opresji wyratowała go matka.

— Tadek!!!

Jej wściekły wrzask, tym razem brzmiał w jego uszach niczym najsłodsza muzyka. Poczuł, jak jedno z nich piecze w mocnym uścisku matczynych palców.

— Gdzieś ty znowu uciekł, gałganie, co?!

W jej głosie, oprócz wściekłości, słychać też było troskę. Nie na tyle, co prawda, by mieć nadzieję, że jak zwykle w podobnych przypadkach nie użyje swej ciężkiej ręki, ale jednak.

— Spiorę ci tyłek na kwaśne jabłko! Mało mam zmartwień? Najpierw ojciec, potem Zdzisiek, a teraz ty? Chcecie mnie zamęczyć na śmierć, łobuzy?

Tadzik przecząco pokręcił głową. Mężczyzna w płaszczu przyglądał się tej scenie w milczeniu, wciąż trzymając ręce w kieszeniach.

— To pani syn? — zapytał w końcu.

— Tak. — Matka spojrzała na niego hardo. — Bo co?

Jedna ręka wyłoniła się z płaszcza i Tadzik zobaczył ciemną okładkę z wytłoczonym w niej orzełkiem. Mężczyzna otworzył legitymację i mignął nią matce przed oczami.

— Milicja Obywatelska. Dlaczego syn nie jest w szkole, tylko w… — Rozejrzał się na boki. — …takim miejscu? Poproszę pani dowód osobisty i legitymację uczniowską syna.

Matka wyglądała jakby trafił ją piorun. Stała skamieniała, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Po chwili zrobiła to, co często robią w takich sytuacjach kobiety — po prostu rozpłakała się. Tadzik nie sądził, by zrobiła to, żeby wzruszyć milicjanta. Przypuszczał, że w tej jednej chwili wszystkie te złe emocje, które skumulowały się w niej przez ostatnich kilka miesięcy, znalazły nagle ujście wobec kolejnego, zupełnie niespodziewanego zdarzenia. Pękła jakaś tama, milicjant był kroplą, która przelała czarę. Tadzik postanowił zachować się jak mężczyzna i wziąć sprawy w swoje ręce. Matka chlipała, a on podszedł do człowieka w płaszczu i poufnym szeptem powiedział:

— Proszę pana. Po pierwsze, dziękuję, że mnie pan uratował przed tym chuliganem. Po drugie, nie jestem na wagarach. Przyjechaliśmy z matką do Szczecina do ojca, który, niestety, jest w więzieniu i oni pozwolili nam się z nim wreszcie zobaczyć. A ponieważ kończą się nam pieniądze, sprzedajemy tutaj zagraniczną wódkę, którą zostawił w szafie tata, a której i tak nie pijemy. Ani mama, ani ja, ani… mój brat. To po trzecie. Więc niech pan nam daruje i nie zabiera nas na komendę, bo zaraz musimy jechać do taty. Tramwajem numer dziewięć. Bardzo pana prosimy.

Oczy Tadzika były ogromne i pełne łez. Zdał sobie sprawę, że gra swoją rolę. Ryzyko, że milicjant faktycznie zabierze ich na dołek, przez co nie dojdzie do spotkania z ojcem, było spore, ale to tylko dodawało Tadzikowi skrzydeł. Nie musiał się nawet za bardzo wysilać, żeby w oczach pojawiły się łzy. Był autentyczny, ale grał, co uświadomił sobie z niejaką dumą. Już był pewien, że wygrał. Milicjant popatrzył na niego, potem na matkę i lekko się zgarbił. Matka grzebała w torbie, szukając dokumentów.

— Niech pani da spokój — powiedział cicho. — Jedźcie już, bo się spóźnicie. Nie chcę tu więcej widzieć tego chłopca. To nie jest miejsce dla dzieci.

Tadzik chciał poinformować milicjanta, że nie jest już dzieckiem, ale coś go przed tym powstrzymało. Może jego wzrok, w którym nie było niczego, prócz jakiegoś nieokreślonego smutku. Matka chlipnęła jeszcze raz, a jej oczy rozbłysnęły wdzięcznością. Wyciągnęła z torby butelkę whisky, ostatnią, której nie zdążyła sprzedać, i podała ją milicjantowi. Jego ręce zostały w kieszeniach.

— Schowa ją pani. Przyda się jeszcze.

Odwrócił się i po chwili zniknął między straganami. Tadzik patrzył za nim. Ostatnio rzadko miał okazję widzieć porządnego człowieka. Nagle poczuł pieczenie ucha.

— Jeszcze raz wywiniesz mi taki numer, a zobaczysz ojca jak świnia niebo, zrozumiałeś? — Matka szarpnęła go i pociągnęła za sobą. — Jedziemy. I dziękuj Opatrzności, że się tak łatwo wywinęliśmy.

Tadzik pomyślał, że w zasadzie to jemu należałoby podziękować, ale zachował to dla siebie. Nie chciał więcej wkurzać matki. Ojciec był teraz najważniejszy. Jeszcze raz obejrzał się za siebie, lecz nie zobaczył już człowieka w płaszczu. Postanowił zapamiętać go sobie. Jego drobny, lecz dobry gest wiele dla niego znaczył. Ale najbardziej podobało mu się, jak milicjant spławił opryszka o szczurzych oczkach. Jednym krótkim słowem, bez cienia emocji, strachu czy pychy. Po prostu. Musiał być tutaj kimś…

Niecałą godzinę później wchodzili do budynku aresztu śledczego przy Kaszubskiej. Podeszli do biura przepustek, oddzielonego od korytarza szybą. Siedzący za nią człowiek w mundurze Służby Więziennej, w okrągłej czapce z błyszczącym nad daszkiem orzełkiem, zapiętej pod brodą wąskim paskiem, wyciągnął rękę po dowód osobisty matki. Podała mu go razem z legitymacją Tadzika przez okrągłe wycięcie w szkle. Funkcjonariusz w milczeniu sprawdził oba dokumenty, porównując zdjęcia z przejętymi twarzami przed sobą. Wziął do ręki ołówek, poślinił końcówkę i zapisał coś w grubym brulionie w kratkę, który otworzył w miejscu założonym drewnianą linijką. Oddał dowód i legitymację i zadzwonił gdzieś, korzystając ze stojącego na biurku wielkiego czarnego telefonu w bakelitowej obudowie. Po chwili pojawił się następny funkcjonariusz. Też nic nie mówił, tylko otworzył obite blachą drzwi, a potem przepuścił matkę i Tadzika przodem. Tadzik z podziwem patrzył na dyndającą mu u pasa skórzaną kaburę z prawdziwym pistoletem.

Idąc korytarzem, minęli kolejne drzwi, a potem kratę, którą otworzył im jeszcze inny funkcjonariusz. Ten zamiast pistoletu miał przy pasie olbrzymi pęk kluczy, brzęczących przy każdym ruchu. To z nim poszli dalej kolejnym korytarzem, o ścianach pokrytych zielonkawą i brudnożółtą obłażącą gdzieniegdzie lamperią. Słychać było tylko ich kroki. Szybkie, zdecydowane matki, zdecydowane strażnika i jego — pośpieszne i nierówne, kiedy musiał prędzej przebierać nogami, by nadgonić, odrabiając stracony dystans.

W końcu dotarli do sali widzeń, gdzie Tadzik ujrzał wreszcie ojca. Rzucił się w jego kierunku z dzikim okrzykiem radości. Zdążył go objąć i uścisnąć, zanim funkcjonariusz oderwał go od niego siłą.

— Dotykanie więźnia jest zabronione! — krzyknął surowym tonem, odpychając wierzgającego chłopca od ojca.

— Tadzik… — Ojciec miał w oczach łzy. — Tadzik, posłuchaj pana. Usiądź spokojnie, proszę cię!

Matka chwyciła Tadzika za kołnierz i usadziła na krześle, stojącym przed długim poniszczonym stołem. Klawisz stanął z boku, pod ścianą, nie spuszczając wzroku z więźnia. Przez zakratowane okno wpadało do środka pomieszczenia blade światło jesiennego słońca. Z drugiej strony stołu usiadł ojciec. Nie miał już kajdanek, rozcierał tylko zaczerwienione nadgarstki. Uśmiechał się. Jego twarz była gładko ogolona, jednak bladość i zmarszczki, których nie było jeszcze parę miesięcy temu, czyniły ją starszą i poważniejszą. Tylko ten łobuzerski uśmiech nie zmienił się, był taki, jakim zapamiętał go Tadzik. Taki… jego. Łzy powoli wysychały. Ojciec wygrzebał z paczki papierosa i zapalił go. Odłożył zapałki na blat i zaciągnął się, wydmuchując dym w kierunku sufitu. Tadzik tęsknił nawet za zapachem tytoniu jego papierosów.

— Jak w szkole? — zapytał go ojciec. Tadzik zobaczył, że jego oczy są przekrwione. — Tylko nie kręć, bo zapytam matki. — Spojrzał na żonę.

Spuściła wzrok.

— Dobrze — odparł Tadzik. — Jak zwykle. Tylko trochę mi dokuczają, wiesz…

Ojciec odwrócił głowę w bok.

— Wiem. Przykro mi. Musisz być teraz dzielny.

— Tak, tato. Będę.

— Jak Zdzisiek?

Tadzik milczał. Matka wtrąciła się.

— Same z nim kłopoty. — Westchnęła ciężko. — Podpija wódkę, ćmi papierochy, wagaruje. Ostatnio wrócił do domu po pierwszej w nocy. Nie powiedział, gdzie był. A raz przywiozła go do domu milicja, bo włóczył się po Stargardzie z butelką piwa i wyzywał przechodniów. Ledwo tych milicjantów ubłagałam, żeby mu nie zakładali sprawy na kolegium.

— Daj spokój, Lodźka. To przejściowe. Wyrośnie z tego. Też chuliganiłem, jak byłem w jego wieku.

— Jak byłeś w jego wieku, to była wojna.

— Oj, dobrze. Też się piło i popalało. Tacy są chłopcy. Wyrośnie, zobaczysz. Jak mecenas? — zmienił nagle temat.

— Był u nas. Zapłaciłam mu, ale pieniądze powoli się kończą.

— Sprzedaj to złoto po mojej matce. Zapisz sobie adres…

— A myślisz, że za co żyjemy?

— Komu sprzedałaś?

— Sołtysowej. Wzięła wszystko.

— Za ile?

Matka zerknęła na Tadzika.

— Nie przy dziecku…

— Jakie on tam dziecko? — Ojciec spojrzał na Tadzika z dumą. — Chłop na schwał!

Tadzik pokraśniał z zadowolenia.

— Za osiemnaście tysięcy.

— Zwariowałaś? To było warte ze dwa razy tyle! — krzyknął, wstając gwałtownie.

— Spokój! — warknął klawisz.

Ojciec opadł z powrotem na krzesło.

— To czemu sam nie sprzedałeś? — syknęła matka. — Myślisz, że mi łatwo? Kowalski mniej niż pięć na początek nie weźmie, a i tak nie jest drogi, jak na takiego adwokata. Sprzedaję na mieście twoje flaszki. I tak do twojego powrotu nie nastarczy. Jeśli, nie daj Bóg, nie będzie gorzej…

Ojciec uśmiechnął się, trochę z przymusem, i zgasił papierosa w stojącej przed nim łusce po pocisku artyleryjskim. Tadzik widział, jak jego dłoń drży lekko, gdy wciskał niedopałek w dno popielniczki.

— Nie bójcie się, nie rozstrzelają mnie. To już nie czasy błędów i wypaczeń. Prokurator się uparł, ale to nie przejdzie. Jeszcze im się przydam. A nawet jeśli dostanę piętnaście lat, to za kilka wymienią mnie na jakiegoś polskiego albo radzieckiego agenta, który wpadł na Zachodzie. Wtedy, jak już się tam jakoś urządzę, sprowadzę was do siebie i będziemy żyć długo i szczęśliwie. No nie, panie klawisz? — Odwrócił się do funkcjonariusza i mrugnął okiem.

Ten nie zareagował, stał dalej, podpierając brudną ścianę i gapiąc się bezmyślnie w okno. Ojciec znów oparł łokcie o stół i podparł podbródek złożonymi rękami.

— Strasznie mnie maglowali ci z WSW. Nie spałem. Nie dawali mi papierosów. Wszystko im powiedziałem, zresztą tak mi poradził Kowalski. I tak wszystko stracone. Wiecie, ci z CIA obiecali mi, że jakby co, nawet spod szubienicy mnie wyciągną. A ja od początku miałem tylko jeden warunek: tam gdzie ja, tam i wy. Zawsze. Was też mieli przerzucić… Nie zdążyli.

— Daj już spokój — powiedziała matka. — Zostaw to. Nieważne.

Ojciec patrzył w ścianę, gdzieś ponad ich głowami. Potem powiedział do matki, patrząc jednak na Tadzika:

— Lodźka, zostaw nas z Tadkiem samych na chwilę, dobra? Mężczyźni muszą sobie pogadać.

Matka wstała i wyszła, odprowadzana przez Tadzika zdumionym wzrokiem. Gdy zamknęły się za nią drzwi, ojciec pochylił się nad stołem, zbliżając się do syna. Tadzik zrobił to samo. Ich twarze dzieliła tak mała odległość, że czuli ciepło swoich oddechów. Klawisz fuknął ostrzegawczo, lecz gdy ojciec posłał mu wymowne spojrzenie, dał spokój i znów wbił wzrok w okno.

— Próbowałem. Nie wyszło. Cokolwiek by się nie stało, chcę, żebyś wiedział, że to wszystko dla was. Dla ciebie. Żebyś miał w życiu dobrze. Kiedy podrośniesz, zaczniesz się zastanawiać, dlaczego to zrobiłem. Czy chodziło wyłącznie o pieniądze, czy może o coś więcej. Pogadamy o tym za parę lat, wtedy ci wszystko wyjaśnię. Stawka była wysoka i przegrałem, ale nie chcę, żeby ta przegrana dotknęła ciebie. Chcę, żebyś ty i Zdzisiek, i matka też… żebyście żyli w miarę normalnie, przynajmniej na tyle, na ile to będzie możliwe. Aż wszystko się jakoś ułoży i zaczniemy od nowa. Ucz się dobrze, dbaj o matkę, pisz do mnie listy, dużo listów. Chcę wiedzieć, co u was słychać. I naprawdę się staraj. Bądź kimś. Nie zawiedź mnie, dobra?

Tadzik zobaczył, jak oczy ojca wilgotnieją, i poczuł, jak gardło ściska mu się ze wzruszenia.

— Tatulu, ja… Pamiętasz, co ci wtedy obiecałem? — Zerknął w bok, lecz klawisz nie zwracał na nich uwagi. — No wiesz, wtedy, w moim pokoju?

Ojciec skinął poważnie głową.

— Nikomu nie powiedziałem — wyszeptał Tadzik. — Nigdy i nikomu. Tak jak ci przyrzekłem. Tym ludziom, którzy przyszli do domu, też nie. Nawet matce i Zdziśkowi.

— Wiem — odparł ojciec. — Wiem. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Zawsze. Dlatego wiem, że tym razem również mnie posłuchasz, prawda?

— Tak, tato. Przyrzekam.

Łzy leciały ciurkiem, lecz Tadzik nie miał sił, żeby je powstrzymać. Był już prawie mężczyzną, tak jak mówił ojciec, ale jeszcze nie na tyle silnym, by pohamować płacz. Jeszcze nie.

Potem wróciła matka, żeby dalej rozmawiać o bieżących sprawach. Ojciec poinformował ją, od kogo ma się domagać zwrotu długów i pomocy w ramach zaległych zobowiązań. Pożegnali się, gdy pilnujący ich funkcjonariusz zerknął na zegarek i powiedział:

— Koniec widzenia!

Tego dnia Tadzik widział ojca po raz ostatni w życiu.

II

Lipiec 2010

— Robert, komórkę zostawiłeś! — Krugłego zawrócił od drzwi głos Zuzy.

Podszedł do jej biurka i zabrał swój telefon, którym machinalnie bawił się przed chwilą podczas rozmowy.

Nie minęło jeszcze południe. Kwadrans wcześniej wpadł na ploty do sekcji psychologów, do „najatrakcyjniejszej i najniedostępniejszej aspirantki w województwie”, jak określał Zuzę Jarek Berdak. Szurała do niej połowa męskiej części pracowników Komendy Wojewódzkiej w Szczecinie, druga połowa, w przeciwieństwie do pierwszej, zdawała sobie sprawę, że nie ma u niej najmniejszych szans. Była rok po ślubie, zakochana, szczęśliwa i wreszcie w ciąży. Krugły chciał się nacieszyć jej śliczną buzią, zanim Zuza pójdzie na zwolnienie lekarskie.

— A głowę zabrałem? — zapytał jeszcze, dotykając się za uszami i przeczesując gęste włosy.

— Zabrałeś. — Uśmiechnęła się.

Krugłemu uchodziły płazem nawet najsłabsze żarty, o czym świadczył szczery i przyjazny uśmiech policjantki. „Nic dziwnego, kiedy się ocieka zajebistością” — tak też mówił Jarek, na co Krugły odpowiadał skromnie: „To kwestia osobowości, Jarecki, z tym się rodzisz albo nie”.

Komisarz Krugły był najnormalniejszym facetem na świecie. Nie nosił w sobie żadnej mrocznej tajemnicy z przeszłości. Nie miał problemu z alkoholem, nie upijał się w trupa i nie rzygał po bramach, nie urywał mu się film w miejscach, których nie znał i z których nie wiedział, jak wrócić do domu. Nie tkwił w szponach hazardu, nie grał w pokera w sieci, nie obstawiał zakładów u bukmacherów ani nawet nie grał w totka. Nie wikłał się też w żadne podejrzane interesy z ludźmi, z którymi nie powinien znać się nawet z widzenia. Nie pochodził z dysfunkcyjnej rodziny, żadna z jego byłych kobiet nie zdradziła go z jego najlepszym przyjacielem, z którego to powodu mógłby popaść w którykolwiek z wyżej wymienionych kłopotów. Byłe stawały się byłymi też nie w jakichś dramatycznych okolicznościach. Krugły był na to zbyt dobrze wychowany i miał szacunek do płci przeciwnej, jakkolwiek szowinistycznie by to nie zabrzmiało.

Wady, jakie posiadał, a jasne było, że posiadał, jak każdy, były banalne i typowe dla faceta w jego wieku i o jego pozycji społecznej. Był przeciętniakiem, krańcowo odmiennym od stereotypowego wizerunku gliniarza z dochodzeniówki czy kryminalnego, wdrukowanego w podświadomość konsumentów skandynawskich powieści i filmów kryminalnych. W przeciwieństwie do tych, mówiących niezrozumiałym narzeczem wysokich blondynów o rozbieganych oczach i naznaczonych cierpieniem twarzach, miał rzadką umiejętność ścisłego rozdzielenia życia zawodowego od prywatnego. Nie pozwalał sobie na rozpamiętywanie tego, co zobaczył w pracy, w czasie przeznaczonym na odpoczynek. Zdarzyło mu się już widzieć wypalonych kolegów po fachu, w których życiu te dwie zasadnicze części dnia przeniknęły się wzajemnie, mimo iż powinno je łączyć jedynie przemieszczenie się z domu do pracy i na odwrót. Nie chciał popełnić tego błędu, choć był świadom, że to może się w końcu przytrafić każdemu, również jemu. Zdawał sobie sprawę, że jest mu dużo łatwiej, bo nie ma żony ani dzieci, ale nie chciał, by doszło do tego, że będzie przychodzić do roboty tylko po to, żeby poszwendać się bez celu w terenie czy odbębnić przy biurku te osiem godzin albo jakiś dyżur. Nie chciał, żeby sens jego pracy umknął mu gdzieś, zwłaszcza że tak naprawdę przez większość czasu była po prostu nużąca. Papiery, dziesiątki papierów, jałowe spotkania połączone z pieprzeniem o niczym, użeranie się ze wszystkimi naokoło… Nawet najlepsze filmy kryminalne mają jedną, za to podstawową wadę — jak bardzo nie byłyby zbliżone do realiów, pokazują tylko tę atrakcyjniejszą część policyjnej roboty. Inaczej nikt nie chciałby ich oglądać.

Krugły niedawno skończył czterdziestkę, choć wyglądał młodziej, nikt nie dałby mu więcej niż trzydzieści pięć lat. Nie robił prawie nic, żeby sobie na to zapracować. Po prostu takim stworzyła go natura i wyglądało na to, że jest jednym z jej ulubionych dzieci. Martwił się, co prawda, nieznacznie powiększającym się od jakiegoś czasu brzuchem, jednak Berdak, wskazując na siebie, uświadomił mu, że spokojnie można z tym żyć, wystarczy ograniczyć piwo. Zwrócił mu też uwagę, że niektóre kobiety lubią brzuszki, tłumacząc to ich wrodzonym pragnieniem bycia u boku mężczyzny o widocznych oznakach życia w dostatku. Nie można jednak mówić o dostatku, pracując w policji, nawet w Komendzie Wojewódzkiej, i tego Krugły też był świadomy. Miał mały kredyt, spore mieszkanie po babci, w starej kamienicy w centrum, kilkuletni samochód, niezły rower, zbieraną od lat kolekcję wydawnictw o historii sztuki, włączając w to parę kurewsko drogich albumów Taschena, oraz satysfakcję z pracy i święty spokój. To w zasadzie było wszystko, czym dysponował i co równocześnie w zupełności zaspokajało jego potrzeby materialne i częściowo duchowe.