Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 469 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rycerz lata - Jim Butcher

Akta Dresdena to serialowa ekranizacja stworzona na motywach bestseleru Jima Butchera która opowiada historię mieszkającego w Chicago prywatnego detektywa Harrego, który wykorzystuje swoje paranormalne umiejętności w pracy detektywistycznej i pomaga lokalnej policji w rozwiązywaniu najbardziej zagmatwanych spraw. Harry Blackstone Copperfield Dresden figuruje w chicagowskiej książce telefonicznej pod M, jako Mag. Jest najlepszy w swoim fachu i zarazem jedyny. Harry Dresden jest najlepszy w tym, co trobi - i wcale nie dlatego, że robi to jako jedyny.  Okazuje się bowiem, że „zwyczajny” świat pełen jest istot dziwnych i magicznych, a większość z nich niezbyt dobrze zgadza się z ludźmi.

Odkąd jego dziewczyna wyjechała z miasta, by jakoś poradzić sobie z nowo odkrytym apetytem na krew, Harry jest przybity i załamany. Nie ma z czego płacić czynszu. Unika kontaktów z przyjaciółmi. Nie pamięta, kiedy ostatni raz brał prysznic. I kiedy już się wydaje, że gorzej być nie może, pojawia się królowa Zimowego Dworu elfów, przedstawiając mu propozycję nie do odrzucenia. Harry musi odkryć, kto zamordował rycerza Lata, prawą rękę królowej Letniego Dworu, i oczyścić królową Zimy z podejrzeń...Sprawa wydaje się prosta, ale polityka elfów rzadko taka bywa. Dodatkowo, Harry odkrywa, że los świata zależy od jego śledztwa. Ale żadnych nacisków...

Magia - może człowieka zabić.

"Ze swoją szybką akcją i ciekawą fabułą, Rycerz lata daje czytelnikom tak pełną przygód opowieść, jakich fani Jima Butchera nauczyli się oczekiwać".

 - SFSite.com

"Prawdopodobnie najlepszy cykl urban fantasy ze wszystkich obecnie powstających".

- Bookgeeks.co.uk

Opinie o ebooku Rycerz lata - Jim Butcher

Fragment ebooka Rycerz lata - Jim Butcher

Tytuł oryginału:The Dresden Files – Book Four. Summer Knight

Copyright © 2008 by Jim Butcher Copyright for the Polish translation © 2013 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: Chris McGarth

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-598-8 Wydanie III

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60 e-mail kurz@mag.com.plwww.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Tę książkę dedykuję wszystkim starszym siostrom, które mają dość cierpliwości, żeby nie udusić swoich młodszych braci– awszczególności moim starszym siostrom, które miały jej więcej niż większość ludzi. Wiele wam zawdzięczam.

IMamie, zpowodów tak oczywistych, że naprawdę nie trzeba ich wymieniać– ale przyszło mi do głowy, że wspomnę tu ociasteczkach zlukrem i

Podziękowania

Autor (to znaczy ja) chciałby podziękować ludziom, którzy zasłużyli sobie na to już przy wcześniejszych książkach – Ricii i A.J., naturalnie, oraz potężnej Jen. Dziękuję również wszystkim, którzy pomagali mi w pracy, w tym (choć nie tylko) Wilowi i Erin (którzy przekazali mi znakomite ciekawostki o Chicago, a których brakowało mi za pierwszym razem), Fredowi i Chris, Martinie i Caroline, Debrze i Cam, Jess, Monice i April.

Dziękuję też wszystkim potężnym bibliotekarzom, którzy skłonili ludzi do czytania tych książek, oraz pracownikom (i bywalcom) księgarni, którzy włożyli wiele wysiłku, by pomóc mi zostać zauważonym. Przyznaję, że trochę mnie to oszołomiło, ale jestem ogromnie wdzięczny Wam Wszystkim.

Wdzięczność winien jestem tak wielu osobom, że prawdopodobnie nie zdołam wszystkich zapamiętać. Jeśli kogoś pominąłem, niech da znać Shannon. Przywali mi po głowie kijem bejsbolowym i wskaże palcem pomyłkę.

(PS. Shannon i JJ, dziękuję Wam, jak zwykle. Obiecuję nie być już takim dziwakiem, ale wiemy przecież, ile warte są tego rodzaju obietnice).

Rozdział pierwszy

W dniu, kiedy Biała Rada przybyła do miasta, sypało żabami.

Wysiadłem z Niebieskiego Chrabąszcza, mojego starego volkswagena garbusa, i zmrużyłem oczy w letnim słońcu. Park Lake Meadow leży trochę na południe od Chicago Loop, kawałek drogi od brzegów jeziora Michigan. Nawet w takim upale, jakie ostatnio panowały, normalnie park byłby zatłoczony. Dzisiaj wydawał się opustoszały, jeśli nie liczyć jakiejś starszej pani w długim płaszczu i z wózkiem na zakupy, która dreptała po alejkach. Nie nadeszło jeszcze południe, a moja bluza i koszulka już były za ciepłe na taką pogodę.

Rozejrzałem się, zrobiłem kilka kroków na trawie i wtedy trafiło mnie w głowę coś wilgotnego i miękkiego.

Otrząsnąłem się i przejechałem ręką po włosach. Coś małego przeleciało mi przed twarzą i spadło na ziemię u stóp: ropucha. Niezbyt wielka jak na ropuchę – mogłaby się zmieścić w mojej dłoni. Kołysała się przez parę chwil po uderzeniu w ziemię, a potem zarechotała smętnie i zaczęła oddalać się skokami, zataczając się jak pijana.

Rozejrzałem się znowu i zobaczyłem na ziemi inne ropuchy. Bardzo dużo ropuch. Gdy szedłem dalej, w głąb parku, ich rechotanie rozbrzmiewało coraz głośniej. Kilka kolejnych spadło z nieba, jakby Wszechmocny wyrzucił je zsypem. Ropuchy podskakiwały wszędzie, gdzie spojrzałem. Nie pokrywały równo całego gruntu, ale nie można było ich nie zauważyć. Co chwila rozlegało się głuche plaśnięcie kolejnego płaza. Rechotanie przypominało trochę gwar w zatłoczonym pokoju.

– Dziwne, nie? – zapytał ktoś.

Uniosłem głowę i zobaczyłem niskiego młodego człowieka o szerokich ramionach, idącego pewnym krokiem w moją stronę. Billy Wilkołak miał na sobie dresowe spodnie i gładką czarną koszulkę. Jeszcze rok czy dwa lata temu ten strój maskowałby dwadzieścia czy dwadzieścia pięć zbędnych kilogramów, które nosił. Teraz skrywał mięśnie, w które zamienił tę nadwagę. Wyciągnął z uśmiechem rękę.

– Tak jak mówiłem, Harry. Prawda?

– Cześć, Billy – odparłem. Ścisnął mi dłoń, aż zgrzytnęły kości. A może po prostu był o tyle silniejszy. – Jak wilkołacze interesy?

– Coraz bardziej interesujące – odparł. – Podczas naszych patroli trafiliśmy ostatnio na wiele dziwnych zjawisk. Jak to. – Wskazał ręką park. Kilka stóp od niego na ziemię spadła kolejna ropucha. – Dlatego wezwaliśmy maga.

Patrole. Święci wigilanci. Batman.

– Był tu ktoś normalny?

– Nie, tylko jacyś meteorologowie z uniwersytetu. Powiedzieli, że przez Luizjanę przeszły tornada, czy coś w tym rodzaju, i musiały przerzucić te ropuchy aż tutaj.

Parsknąłem.

– Można pomyśleć, że łatwiej byłoby im uwierzyć w magię.

Billy wyszczerzył zęby.

– Nie przejmuj się. Na pewno niedługo ktoś się tu zjawi i oświadczy, że to tylko mistyfikacja.

– Aha.

Poszedłem do Chrabąszcza i otworzyłem maskę, by pogrzebać w bagażniku. Wróciłem z plastikowym plecakiem i wyciągnąłem z niego kilka szmacianych woreczków. Jeden rzuciłem Billy’emu.

– Złap parę ropuch i wsadź je do tego.

Chwycił woreczek i zmarszczył brwi.

– Ale po co?

– Chcę się upewnić, że są prawdziwe.

Billy uniósł brwi.

– Myślisz, że nie są?

Spojrzałem na niego spod zmrużonych powiek.

– Billy, po prostu to zrób. Mało spałem. Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłem coś ciepłego i mam jeszcze dużo do zrobienia przed wieczorem.

– Ale dlaczego miałyby być nieprawdziwe? Wyglądają na prawdziwe.

Odetchnąłem ciężko i próbowałem zachować cierpliwość. Ostatnio trochę mi jej brakowało.

– Mogą wyglądać i w dotyku być jak prawdziwe, ale możliwe, że są tylko konstruktami. Stworzonymi z materii Nigdynigdy i ożywionymi magią. Mam nadzieję, że tak jest.

– Dlaczego?

– Bo to by znaczyło, że jakiś elf się nudził i wyciął taki numer. Czasami tak się zachowują.

– Rozumiem. A gdyby były prawdziwe?

– To by znaczyło, że coś tu bardzo nie pasuje.

– W jakim sensie nie pasuje?

– W bardzo poważnym. To by znaczyło rozdarcie osnowy rzeczywistości.

– I to by było niedobrze?

Zmierzyłem go wzrokiem.

– Tak, Billy. Niedobrze. To by znaczyło, że zbliża się coś wielkiego.

– Ale jeśli...

Trochę mnie poniosło.

– Nie mam czasu ani ochoty na robienie dziś wykładu. Lepiej się zamknij.

Uniósł rękę w uspokajającym geście.

– W porządku, bez nerwów. Jak sobie życzysz.

Ruszył za mną przez park i po drodze zaczął podnosić z ziemi ropuchy.

– Właściwie to dobrze cię widzieć, Harry. Razem z resztą grupy zastanawiałem się, czy nie wpadłbyś może na weekend, odnowił kontakty towarzyskie.

Podniosłem jedną ropuchę i spojrzałem na Billy’ego z powątpiewaniem.

– To znaczy co?

Uśmiechnął się.

– Zagralibyśmy w Arcanos. Kampania robi się naprawdę zabawna.

Gry fabularne. Rzuciłem jakimś monosylabicznym słowem. Minęła nas starsza pani z wózkiem na zakupy; kółka zgrzytały i chwiały się na boki.

– Poważnie, to świetna gra – nalegał. – Szturmujemy fortecę lorda Malocchio, tylko musimy to zrobić w przebraniu i w środku nocy, żeby Rada Prawdy nie odkryła, kto go obalił. Są tam zaklęcia, demony, smoki i cała reszta. Jesteś zainteresowany?

– Chyba mam za dużo roboty.

Billy parsknął.

– Posłuchaj, Harry. Wiem, że od całej tej wojny z wampirami zrobiłeś się nerwowy i gderasz. Ale ostatnio zbyt długo przesiadujesz w tej swojej piwnicy.

– Jaka wojna z wampirami?

Billy przewrócił oczami.

– Wieści się rozchodzą, Harry. Wiem, że Czerwony Dwór wampirów wypowiedział wojnę magom, po tym jak jesienią spaliłeś siedzibę Bianki. Wiem, że od tego czasu kilkakrotnie usiłowali cię zabić. Wiem nawet, że Biała Rada magów pojawi się wkrótce w mieście, żeby wymyślić, co z tym zrobić.

Rzuciłem mu gniewne spojrzenie.

– Jaka Biała Rada?

Westchnął.

– To nie jest dobry moment, żebyś udawał pustelnika, Harry. Znaczy, popatrz na siebie. Kiedy ostatni raz się goliłeś? Wziąłeś prysznic? Strzygłeś włosy? Wyszedłeś do pralni?

Uniosłem rękę i poskrobałem sztywne włosy brody.

– Wychodziłem. Mnóstwo razy wychodziłem.

Billy złapał kolejną ropuchę.

– Na przykład, kiedy?

– Poszedłem na ten mecz z tobą i Alfami.

Prychnął pogardliwie.

– Tak. To było w styczniu, Dresden. A jest czerwiec. – Zerknął na moją twarz i zmarszczył czoło. – Ludzie martwią się o ciebie. To znaczy, wiem, że pracowałeś nad pewnym projektem, czy coś w tym stylu. Ale cała ta poza brudnego człowieka z dziczy po prostu do ciebie nie pasuje.

Schyliłem się i złapałem ropuchę.

– Nie wiesz, o czym mówisz.

– Wiem lepiej niż ci się wydaje – odparł. – Chodzi o Susan, prawda. Coś się jej stało jesienią. Coś, co próbujesz odwrócić. Może wampiry coś jej zrobiły. I dlatego wyjechała z miasta.

Zamknąłem oczy i starałem się nie zmiażdżyć ropuchy w dłoni.

– Zostaw ten temat.

Billy stanął w rozkroku i zaczepnie wysunął podbródek.

– Nie, Harry. Do diabła, znikasz z powierzchni ziemi, prawie nie pojawiasz się w biurze, nie odpowiadasz na telefony, nawet nie otwierasz drzwi. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi i martwimy się o ciebie.

– Nic mi nie jest.

– Nie umiesz kłamać. Chodzą słuchy, że Czerwoni ściągają do miasta więcej zbirów. Swoim fanom proponują przejście do pełnego wampira, jeśli któremuś uda się ciebie załatwić.

– Niech to szlag – mruknąłem. Zaczynała mnie boleć głowa.

– To nie jest dobry moment, żebyś wychodził samotnie. Nawet w dzień.

– Nie potrzebuję niańki, Billy.

– Harry, znam cię lepiej niż większość ludzi. Wiem, że potrafisz robić rzeczy, do których inni nie są zdolni, ale to nie czyni cię Supermanem. Każdy czasem potrzebuje pomocy.

– Nie ja. I nie teraz. – Wrzuciłem ropuchę do worka i podniosłem następną. – Nie mam na to czasu.

– Och, coś mi się przypomniało. – Billy wyciągnął z kieszeni dresu złożoną kartkę papieru. Spojrzał na nią. – Masz spotkanie z klientem o trzeciej.

Zamrugałem.

– Co takiego?

– Zajrzałem do twojego biura i sprawdziłem wiadomości. Pani Sommerset próbowała się z tobą skontaktować, więc zadzwoniłem do niej i umówiłem was na spotkanie.

Poczułem, że znowu wzbiera we mnie gniew.

– Co zrobiłeś?

Wyraźnie się zirytował.

– Sprawdziłem też twoją pocztę. Gospodarz domu wrzucił ci wezwanie do zapłaty. Jeżeli nie spłacisz go w ciągu tygodnia, wywali cię.

– Co, u licha, daje ci prawo, żeby węszyć po moim biurze, Billy? Albo dzwonić do moich klientów.

Rozgniewany, stanął krok przede mną. Musiałem skupić wzrok na czubku jego nosa, by uniknąć ryzyka spojrzenia w oczy.

– Zejdź na ziemię, Harry. Jestem twoim pieprzonym przyjacielem. Cały czas ukrywasz się w swoim mieszkaniu. Powinieneś się cieszyć, że ci pomagam ratować twój biznes.

– Masz świętą rację. To mój biznes – warknąłem. Kątem oka dostrzegłem, jak za mną przechodzi kobieta z wózkiem; kółka skrzypiały, gdy mnie mijała. – Mój i nic ci do niego.

Wysunął podbródek.

– Świetnie. To może wczołgasz się z powrotem do tej swojej jaskini aż z niej też cię wyrzucą? – Rozłożył ręce. – Wielki Boże, człowieku. Nie trzeba maga, żeby zobaczyć, kiedy ktoś zjeżdża ostro w dół. Cierpisz. Potrzebujesz pomocy.

Dźgnąłem go palcem w pierś.

– Nie, Billy. Nie potrzebuję już takiej pomocy. Nie chcę już być niańką dla bandy dzieciaków, które uważają, że wystarczy ta jedna wyuczona sztuczka, żeby działać jak Samotny Mściciel z kłami i ogonem. Nie chcę się już martwić o to, że wampiry trafiają ludzi wokół mnie, kiedy nie mogą mnie dorwać. Nie chcę nawet myśleć, kto jeszcze ucierpi z mojego powodu. – Sięgnąłem w dół, złapałem ropuchę, a prostując się, wyrwałem Billy’emu worek. – I nie potrzebuję już ciebie.

Oczywiście, właśnie wtedy nastąpił atak.

Nie był zbyt subtelny jak na próbę zabójstwa. Zaryczał silnik i czarny pickup skoczył na krawężnik, przejechał przez chodnik i wjechał do parku, jakieś pięćdziesiąt jardów ode mnie. Szarpnął i ześliznął się na bok, a opony wyrwały bruzdy ziemi w suchej trawie. Dwóch mężczyzn trzymało się pałąka z tyłu. Byli ubrani w całości na czarno, łącznie z czarnymi okularami i czarnymi kominiarkami. Broń też była dopasowana – nieduże pistolety maszynowe, coś w stylu Mini Uzi.

– Cofnij się! – wrzasnąłem.

Prawą ręką złapałem Billy’ego i pchnąłem go za siebie. Potrząsnąłem bransoletą na lewym przegubie – wisiał na niej rządek malutkich tarcz, w stylu średniowiecznych. Wyciągnąłem lewą rękę w stronę wozu i ściągnąłem energię woli, bransoletą ogniskując ją w gwałtowną, przejrzystą, migotliwą półsferę, która wzniosła się między mną a nadjeżdżającą terenówką.

Wóz zahamował gwałtownie. Dwaj uzbrojeni mężczyźni nie czekali aż zupełnie stanie. Z całą dyscypliną strzelecką statystów w filmie akcji, wymierzyli pistolety mniej więcej w moją stronę i jedną ryczącą serią opróżnili magazynki.

Iskry pofrunęły z tarczy, a kule, świszcząc i gwiżdżąc, rykoszetowały na wszystkie strony. W ciągu sekundy czy dwóch bransoleta zrobiła się nieprzyjemnie ciepła, kiedy energia osłony do granic wytrzymałości obciążała zogniskowaną wolę. Spróbowałem nachylić nieco tarczę, by większość pocisków odbijała się bardziej ku górze. Bóg jeden wiedział gdzie te kule spadną. Miałem tylko nadzieję, że po odbiciu nie trafią w jakiś samochód albo przechodnia.

Szczęknęły iglice. Obaj strzelcy gwałtownymi i nieprofesjonalnymi ruchami zaczęli przeładowywać broń.

– Harry! – krzyknął Billy.

– Nie teraz!

– Ale...

Opuściłem tarczę i uniosłem prawą rękę – tę, która emitowała energię. Srebrny pierścień, który nosiłem na wskazującym palcu, został zaklęty, by przy każdym ruchu ramienia magazynować odrobinę energii kinetycznej. Nie używałem go od miesięcy, więc miał teraz prawdziwego kopa. Nie ośmieliłbym się użyć go przeciwko tym zbirom – taka moc mogłaby któregoś zabić, a efekt byłby właściwie taki sam, jakbym pozwolił podziurawić się kulami, tyle że trwałoby to nieco dłużej. Biała Rada nie traktuje łagodnie nikogo, kto narusza Pierwsze Prawo Magii: „Nie zabijaj”. Raz udało mi się wykręcić z przyczyn formalnych, ale drugi raz już się nie uda.

Zacisnąłem zęby, wymierzyłem strzał nieco z boku i uruchomiłem pierścień. Czysta energia, niewidoczna ale dotykalna, pomknęła przez powietrze i trafiła pierwszego zbira z ukosa w górną część tułowia. Pistolet walnął go w pierś, uderzenie zrzuciło mu okulary i rozdarło ubranie, a potem wyfrunął z terenówki i wylądował na ziemi.

Drugi strzelec dostał słabiej. Strumień energii trafił go w ramię i głowę. Utrzymał broń, ale stracił okulary, które zdarły mu z głowy pilotkę, odsłaniając twarz zwyczajnego na oko chłopaka, który pewnie nie mógł jeszcze głosować. Zamrugał oślepiony nagłym światłem i dalej niezgrabnie próbował zmienić magazynek.

– Dzieciaki – warknąłem, unosząc znowu tarczę. – Posyłają na mnie dzieciaki. Niech to szlag.

Wtedy coś sprawiło, że włosy na karku stanęły mi dęba, jakby próbowały podnieść mnie z ziemi. Gdy dzieciak z pistoletem znów zaczął strzelać, zerknąłem szybko przez ramię.

Starsza pani z wózkiem zatrzymała się jakieś piętnaście stóp za mną. Teraz widziałem, że wcale nie jest tak stara jak sądziłem: dostrzegłem pod makijażem błysk chłodnych ciemnych oczu. Dłonie miała młode i gładkie. Wyrwała z wózka dubeltówkę z obciętą lufą i skierowała ją w moją stronę.

Kule z terkoczącego pistoletu maszynowego uderzały o tarczę, a utrzymanie jej wymagało skupienia. Gdybym część magii przeniósł do obrony przed trzecim napastnikiem, straciłbym koncentrację, a razem z nią i osłonę. Chociaż nie był fachowcem, strzelec z ciężarówki rozpylał dookoła tyle ołowiu, że prędzej czy później musiał trafić.

Z drugiej strony, gdyby zabójczyni wypaliła z obrzyna z pięciu jardów, nikt nawet nie próbowałby wieźć mnie do szpitala. Trafiłbym prosto do kostnicy.

Kule uderzały o moją tarczę, a ja mogłem tylko patrzeć, jak kobieta do mnie mierzy. Byłem skończony, i Billy pewnie też.

Wtedy Billy się poruszył. Zdążył zrzucić koszulkę. Mięśnie mu zafalowały – nie było to starannie rzeźbione ciało kulturysty, ale twarde płaskie mięśnie atlety. Skoczył w stronę kobiety z obrzynem, po drodze ściągając spodnie. Pod nimi był nagi.

Poczułem falę magii, której użył – ostrej, precyzyjnej i skupionej. W tym, co robił, nie było żadnego poczucia rytuału, żadnego powolnego gromadzenia mocy, którą mógłby potem uwolnić. Rozmazał się w ruchu i w czasie jednego oddechu Billy-Golas zmienił się w Billy’ego-Wilka, który uderzył w zabójczynię. Bestia o ciemnym futrze, rozmiarów niemieckiego doga, chwyciła kłami dłoń ściskającą łoże lufy.

Kobieta krzyknęła i szarpnęła rękę do tyłu; szkarłatna krew splamiła jej palce, gdy niczym maczugą machnęła strzelbą w stronę Billy’ego. Wilk odsunął się i przyjął uderzenie na barki; warknął gniewnie. Szybciej niż mogłem nadążyć wzrokiem zaatakował drugą rękę kobiety. Broń potoczyła się po ziemi.

Kobieta wrzasnęła znowu i się zamachnęła.

Nie była człowiekiem.

Jej ręce wydłużyły się i odkształciły, podobnie jak ramiona i szczęki. Paznokcie zmieniły się w paskudne wyszczerbione szpony, którymi przejechała po szczęce Billy’ego, tym razem wywołując bolesny skowyt połączony z gniewnym warkotem. Billy przetoczył się na bok, poderwał na łapy i okrążył stwora, zmuszając go, by odwrócił się do mnie plecami.

Strzelec na terenówce znów opróżnił magazynek. Opuściłem tarczę i rzuciłem się na ziemię, by chwycić obrzyna. Poderwałem się z bronią i krzyknąłem:

– Billy, odejdź!

Wilk odskoczył w bok, a kobieta odwróciła się gwałtownie do mnie; odkształcona twarz wyrażała wściekłość, ślina ciekła z ust wokół wydłużonych kłów.

Wymierzyłem lufę w jej brzuch i pociągnąłem za spust.

Strzelba huknęła i mocno uderzyła mnie w ramię. Pewnie dziesiątka albo breneka. Kobieta zgięła się wpół, wrzasnęła przenikliwie, po czym zatoczyła się i upadła na plecy. Nie leżała długo – niemal podskokiem poderwała się na nogi. Czerwień plamiła jej łachmany, a twarz była już całkiem nieludzka. Minęła mnie biegiem i skoczyła na bagażnik terenówki. Strzelec wciągnął tam nieprzytomnego partnera, a kierowca uruchomił silnik. Wóz wyrzucił spod kół kępy trawy, po czym, podskakując, wjechał na ulicę i włączył się do ruchu.

Zdyszany, spoglądałem za nim przez chwilę. Opuściłem strzelbę i wtedy uświadomiłem sobie, że nadal trzymam w ręce ropuchę, którą podniosłem lewą ręką. Wyrywała się i wiła w sposób sugerujący, że o mało jej nie zgniotłem. Starałem się rozluźnić nieco uchwyt, ale nie uwolnić jej przy tym.

Obejrzałem się na Billy’ego. Wilk podszedł do porzuconych spodni, zamigotał i znów stał się nagim młodym człowiekiem. Na twarzy miał dwa długie zadrapania, ciągnące się równolegle do linii szczęki. Krew spływała w dół aż na szyję, barwiąc cały policzek. Poruszał się nieco sztywno, ale to była jedyna oznaka, że cierpi.

– Wszystko w porządku? – spytałem.

Skinął głową, wciągnął spodnie, a potem włożył koszulkę.

– Tak. Co to było, u diabła?

– Ghoul – wyjaśniłem. – Pewnie z klanu LaChaise. Współpracują z Czerwonym Dworem i nie bardzo mnie lubią.

– A czemu cię nie lubią?

– Parę razy przyprawiłem ich o ból głowy.

Billy uniósł brzeg koszulki i przyłożył do ran na policzku.

– Nie spodziewałem się tych szponów.

– Chytrze je ukrywają.

– Ghoul, tak? Jest martwy?

Pokręciłem głową.

– Są jak karaluchy. Potrafią przetrzymać prawie wszystko. Możesz chodzić?

– Tak.

– Dobrze. Wynieśmy się stąd.

Ruszyliśmy w stronę Chrabąszcza. Podniosłem woreczek z ropuchami i zacząłem wytrząsać je z powrotem na ziemię. Położyłem też tę, którą niemal zgniotłem, i wytarłem rękę o trawę.

– Dlaczego je wypuszczasz? – zdziwił się Billy.

– Ponieważ są prawdziwe.

– A skąd wiesz?

– Ta, którą trzymałem, narobiła mi na rękę.

Wpuściłem Billy’ego do Chrabąszcza, a sam wsiadłem z drugiej strony. Wyciągnąłem spod siedzenia apteczkę i podałem mu. Billy przycisnął gazę do twarzy, spoglądając na skaczące wszędzie ropuchy.

– To znaczy, że sytuacja jest paskudna. – Umilkłem na chwilę, po czym dodałem: – Uratowałeś mi życie.

Wzruszył ramionami. Nie patrzył na mnie.

– Więc umówiłeś mnie na spotkanie o trzeciej, tak? Jak brzmiało to nazwisko? Sommerset?

Spojrzał na mnie, z uśmiechem w oczach.

– Zgadza się.

Podrapałem się po brodzie i kiwnąłem głową.

– Ostatnio rzeczywiście byłem zajęty. Może najpierw powinienem się umyć.

– Dobry pomysł – zgodził się Billy.

Westchnąłem.

– Czasami zachowuję się jak dupek.

Billy parsknął śmiechem.

– Czasami. Jesteś człowiekiem, tak jak my wszyscy.

Uruchomiłem silnik Chrabąszcza. Rzęził trochę, ale udało mi się pobudzić go do życia.

I wtedy coś uderzyło w maskę, ciężko i głucho. A potem znowu. I w dach.

Poczułem zawrót głowy i mdłości, tak nagłe i gwałtowne, że ścisnąłem kierownicę, by zachować przytomność. Jakby z oddali słyszałem Billy’ego, pytającego, czy dobrze się czuję. Nie czułem się dobrze. W powietrzu na zewnątrz przesuwała się i wirowała moc – szaleńczy zamęt sił magii, zwykle przesuwających się gładko i spokojnie, i nagle jakby ciśniętych w oszałamiający, chaotyczny, burzliwy zamęt.

Usiłowałem zapanować nad tym wrażeniem; z wysiłkiem otworzyłem oczy. Ropuchy spadały. Nie uderzały od czasu do czasu, jak dotąd, tylko waliły tak mocno i gęsto, że zaciemniały niebo. I biedactwa nie trafiały w ziemię delikatnie, jakby spadały ze zsypu. Padały niczym grad, rozpryskiwały się na betonie i na masce Chrabąszcza. Jedna upadła z taką siłą, że na przedniej szybie pojawiła się pajęczyna pęknięć, więc wrzuciłem bieg i wyjechałem na ulicę. Dopiero po kilkuset metrach udało się nam wyjechać spod tego nadprzyrodzonego deszczu.

Obaj oddychaliśmy zbyt szybko. Billy miał rację. Ten deszcz ropuch oznaczał, że dzieje się coś poważnego w sensie magicznym. Dziś wieczorem przybywała do miasta Biała Rada, żeby omówić sprawę wojny. Miałem się spotkać z klientem, a wampiry najwyraźniej postawiły sprawy na ostrzu kołka, atakując bardziej otwarcie, niż ośmielały się wcześniej.

Włączyłem wycieraczki. Krew ropuch pozostawiała czerwone smugi na pękniętym szkle.

– Boże wielki – westchnął Billy.

– Tak. Tu nigdy nie pada, zawsze leje.

Rozdział drugi

Podrzuciłem Billy’ego do jego mieszkania w pobliżu campusu. Nie wydaje mi się, żeby ghoul poskarżył się policji, ale na wszelki wypadek wytarłem strzelbę. Billy owinął ją w ręcznik, który trzymałem na tylnym siedzeniu, i zabrał ze sobą, obiecując, że się jej pozbędzie. Jego dziewczyna, Georgia, ta smukła i o stopę od niego wyższa, czekała na balkonie. Ubrana w szorty i szkarłatny top z bikini, ukazywała rozległe regiony imponująco opalonej skóry, z większą pewnością siebie i bardziej kokieteryjnie, niżbym ją podejrzewał jeszcze rok temu. Mój Boże, jak te dzieci szybko rosną.

Kiedy Billy wysiadł z samochodu, Georgia gwałtownie uniosła głowę znad książki i rozszerzyła nozdrza. Zniknęła w budynku i kiedy otworzyła mu drzwi, trzymała już w ręku apteczkę. Zaniepokojonym spojrzeniem objęła samochód i skinęła mi głową. Pomachałem w odpowiedzi, starając się wyglądać przyjacielsko, choć, sądząc po jej minie, udało mi się co najwyżej wyjść na gbura. Zniknęli wewnątrz, a ja odjechałem, zanim ktokolwiek mógłby się zjawić i spróbować towarzyskiej pogawędki.

Po minucie zjechałem na bok, wyłączyłem silnik i obejrzałem się we wstecznym lusterku Chrabąszcza.

Obraz mnie zaszokował. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale w domu nie trzymam luster. Zbyt wiele rzeczy może ich użyć jako okien, albo nawet drzwi. Było to ryzyko, którego wolałem unikać. Tak więc nie patrzyłem w lustro od tygodni.

Wyglądałem jak pociąg po katastrofie.

To znaczy, bardziej niż normalnie.

Mam szczupłą pociągłą twarz, całą w ostrych kątach. Włosy prawie czarne, pasujące do ciemnych oczu. Teraz włosy były szare, a pod oczami pojawiły się fioletowe kręgi. Głębokie... Zmarszczki na twarzy, których nie skrywał kilkumiesięczny zarost, wyglądały ostro jak krawędzie wizytówki.

Byłem rozczochrany, jednak nie w seksownym stylu gwiazdy rocka, tylko raczej w stylu starego psa, którego trzeba zabrać do przystrzyżenia. Moje włosy nie wyglądały nawet symetrycznie, ponieważ spory kawałek przypalił się na krótko, gdy w pudełku z pizzą dostarczono mi niewielki ładunek zapalający – wtedy wciąż jeszcze było mnie stać na zamawianie pizzy. Skórę miałem bladą. A nawet ziemistą. Byłem niczym Śmierć, choć trochę podgrzana, jakby ktoś ją zmusił do przebiegnięcia bostońskiego maratonu. Wyglądałem na zmęczonego. Wypalonego. Zużytego.

Nienawidzę się mylić, ale zdaje się, że Billy i wilkołaki (wielkie nieba, brzmiało to jak nazwa marnego zespołu rockowego) mieli rację. Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio się strzygłem czy goliłem... W zeszłym tygodniu brałem prysznic.

Brałem?

Drżącymi dłońmi przetarłem twarz. Ostatnio zlewały mi się dni i noce. Spędzałem czas w pracowni pod mieszkaniem i tygodniami prowadziłem badania. Laboratorium jest w piwnicy – sporo wilgotnych kamieni i żadnych okien. Rytmy dobowe, akurat... Właściwie zupełnie zrezygnowałem z dni i nocy. Miałem zbyt wiele do przemyślenia, żeby zwracać uwagę na takie szczegóły.

Jakieś dziewięć miesięcy wcześniej moja dziewczyna o mało nie zginęła. A może nawet gorzej.

Gdy się poznaliśmy, Susan Rodriguez pracowała jako reporterka w tabloidzie „Midwestern Arcane”. Należała do tych nielicznych osób, które skłonne były na poważnie przyjąć ideę zjawisk nadprzyrodzonych. Była ciekawa każdego szczegółu, śladu dowodu, który mogła wygrzebać, aby zwrócić na te sprawy publiczną uwagę. I w tym celu poszła za mną na imprezę u wampirów.

I potwory ją dorwały.

W tym Billy też miał rację. Wampiry – Czerwony Dwór – przemieniły ją. Dokładniej mówiąc, zakaziły. Wprawdzie technicznie wciąż była człowiekiem, ale zaraziła się ich makabrycznym pragnieniem. Gdyby kiedykolwiek mu uległa, dokończyłaby tym przemiany i stała się jedną z nich. Jakaś jej część by umarła, a ona ciałem i duszą byłaby już tylko potworem.

Stąd moje badania. Szukałem jakiegoś sposobu, żeby jej pomóc. Stworzyć szczepionkę, oczyścić jej ciało. Cokolwiek. Wszystko jedno co.

Poprosiłem, żeby za mnie wyszła. Odmówiła. Wyjechała z miasta. Czytałem jej artykuły w „Arcane”, ale musiała je wysyłać do redakcji pocztą; jednak przynajmniej wiedziałem, że żyje. Prosiła, żebym jej nie szukał, i nie robiłem tego. Nie ośmieliłbym się, dopóki nie znajdę sposobu, żeby wydostać ją z tego bagna, w które ją wpakowałem. Przecież musi istnieć coś, co może jej pomóc.

Musi. Na pewno.

Pochyliłem głowę i nagle wykrzywiłem się w grymasie, który przyprawił mnie o ból mięśni twarzy. Ogarnął mnie gniew. Czułem ucisk w piersi, a ciało płonęło bezużytecznym, pozbawionym mocy płomieniem. Jestem magiem. Powinienem ochronić Susan. Powinienem ją ocalić. Powinienem jej pomóc. Powinienem być mądrzejszy, szybszy, powinienem bardziej się postarać.

Powinieneś jej powiedzieć, że ją kochasz, zanim było za późno. Prawda, Harry?

Usiłowałem powstrzymać łzy. Korzystając ze wszystkich lat doświadczeń, ćwiczeń i samodyscypliny, nakazałem sobie spokój. Gniewem nic bym nie osiągnął. Nie postąpiłbym ani o krok w stronę znalezienia leku dla Susan.

Byłem tak straszliwie zmęczony.

Nie odsłaniałem twarzy. Nie chciałem, aby ktoś z przechodniów zobaczył, jak się rozryczałem.

Dużo czasu minęło, zanim się opanowałem. Nie wiem jak dużo, ale cienie się zmieniły i mimo otwartych okien, zacząłem się przypiekać wewnątrz samochodu.

Przyszło mi do głowy, że robię głupio, siedząc w jasnym świetle dnia w wozie na ulicy, łatwy do znalezienia dla kolejnych wampirzych morderców. Byłem zmęczony, brudny i głodny, ale nie miałem pieniędzy, żeby kupić cokolwiek do jedzenia, a sądząc po słońcu, nie miałem też dość czasu, żeby wrócić do mieszkania na jakąś zupkę. To znaczy: jeśli nie chciałem się spóźnić na spotkanie z panią Sommerset.

To spotkanie było mi potrzebne. W tym Billy też miał rację. Jeśli szybko nie zacznę na siebie zarabiać, stracę biuro i mieszkanie. A niewiele magicznych badań można wykonać w kartonowym pudle w jakimś zaułku.

Czas zatem ruszyć się z miejsca. Daremnie przeczesałem palcami grzywę włosów i pojechałem do biura. Mijany zegar wskazywał, że już jestem parę minut spóźniony. To, plus mój wygląd... O rany, klientka będzie oczarowana. Dzień układał się coraz lepiej.

Moje biuro znajduje się w budynku w środkowej części miasta. Nie jest specjalnie reprezentacyjny, ale tego dnia wyglądał chyba na zbyt elegancki jak dla mnie, gdyż podstarzały strażnik na portierni rzucił mi podejrzliwe spojrzenie. Miałem szczęście, że zapamiętał mnie z wcześniejszych spotkań. Ktoś nowy pewnie wykopałby mnie i nawet nie mrugnął okiem. Skinąłem mu więc głową, uśmiechnąłem się i starałem się wyglądać na człowieka interesu. Akurat.

Po drodze na schody minąłem windę. Wisiała na niej tabliczka informująca, że urządzenie jest w naprawie. Winda nie była już taka sama od czasu, gdy gigantyczny skorpion przebił się do jednej z klatek, a ktoś, za pomocą huraganowego wichru, pchnął ją szybem do góry, by zgnieść potwora o dach. W rezultacie klatka runęła w dół aż na ziemię, robiąc mnóstwo szkód w budynku, co doprowadziło do podwyżki czynszu. U wszystkich.

Przynajmniej tak słyszałem. I nie patrzcie tak na mnie, przecież to mógł być ktokolwiek. No dobra, może nie ortodonta z trzeciego ani psychiatra z piątego. I pewnie też nie firma ubezpieczeniowa z szóstego czy księgowy z ósmego. Może nie prawnicy z samej góry. Może. Ale to przecież nie zawsze ja odpowiadam za to, że coś poszło katastrofalnie źle.

W każdym razie nikt mi niczego nie udowodnił.

Otworzyłem drzwi na klatkę i ruszyłem schodami do swojego biura na czwartym. Przeszedłem przez korytarz, mijając stłumiony gwar firmy konsultingowej, zajmującej większość mojego piętra, aż dotarłem do drzwi biura.

Na matowej szybie litery głosiły: HARRY DRESDEN – MAG. Wyciągnąłem rękę, by otworzyć, i iskierka skoczyła mi do palców, kiedy zbliżyłem dłoń na parę cali od klamki. Iskierka sięgnęła skóry, budząc lekkie nieprzyjemne uczucie. Znieruchomiałem. Chociaż klimatyzacja w budynku rzęziła, pracując na pełnych obrotach, nie było aż tak chłodno i sucho. Możecie mnie uznać za paranoika, ale nic lepiej nie pobudza ostrożności niż próba zabójstwa w biały dzień. Znowu skupiłem się na bransolecie, sięgając do rezerw lęku, by unieść osłonę, kiedy tylko będzie potrzebna. Drugą ręką lekko pchnąłem drzwi.

Moje biuro zwykle jest w miarę posprzątane. W każdym razie nie pamiętam, bym zostawił taki bałagan, jaki ujrzałem w tej chwili. Biorąc pod uwagę, jak rzadko tu ostatnio bywałem, to chyba niesprawiedliwe, że znalazło się w takim stanie. Stolik przy drzwiach, na którym trzymałem pliki broszur o tytułach typu Magia dla opornych, albo Jestem magiem– zapytaj mnie jak, stał krzywo oparty o ścianę, a broszury były rozrzucone po całej powierzchni i na podłodze. Wyczuwałem lekki odór przypalonej kawy – musiałem chyba zostawić włączony ekspres. No, nieźle... Biurko pokrywała pleśniopodobna powłoka papierów, kilka szuflad na akta było wysuniętych, a poukładane w nich teczki stały bokiem. Wentylator sufitowy rzęził i stękał przy każdym obrocie.

Ktoś wyraźnie próbował tu posprzątać. Poczta leżała równo ułożona w trzech plikach, a oba metalowe kosze na śmieci wydawały się podejrzanie puste. No jasne, Billy i kompani.

A w ruinach mojego biura stała kobieta dysponująca tego rodzaju urodą, która skłania mężczyzn, aby mordowali przyjaciół i wszczynali wojny. Stała przy moim biurku, zwrócona twarzą w stronę drzwi i ze skrzyżowanymi ramionami. Odchylając biodra lekko w bok, spoglądała ze sceptyczną miną. Miała białe włosy – nie platynowe ani jasnoblond, tylko białe jak śnieg, białe jak najlepszy marmur, spięte tak, by odsłaniać linię smukłej szyi. Nie mam pojęcia, jak przy takich włosach jej skóra zdołała wyglądać blado, ale tak właśnie było. Wargi miały barwę zmrożonej morwy, niemal szokującą na tej gładkiej pięknej twarzy. Lekko skośne oczy były w kolorze głębokiej zieleni z błękitnym odcieniem, co odkryłem, kiedy przechyliła głowę i przyjrzała mi się z uwagą. Nie była stara, nie była młoda, w ogóle nie była jakakolwiek. Tylko oszałamiająca.

Próbowałem powstrzymać szczękę od uderzenia o podłogę, więc zmusiłem mózg, żeby zajął się czymkolwiek, rozpoczynając od oceny jej garderoby. Miała na sobie grafitową garsonkę o nienagannym kroju, spódnica ukazywała nogi akurat na tyle, by trudno było nie patrzeć, a ciemne buty miały szpilki na tyle wysokie, żeby człowiekowi przychodziły do głowy różne myśli. Pod żakietem miała cielistą bluzkę z dekoltem w szpic. Dekolt sięgał tak głęboko, że chciałbym go widzieć kiedy brała wdech. Opale w srebrze błyszczały w jej uszach i migotały na szyi całą gamą kolorów, której nie spodziewałbym się po tych kamieniach – zbyt wiele szkarłatów, fioletów i głębokich błękitów. Lakier na jej paznokciach w jakiś sposób dawał ten sam połysk. Pochwyciłem zapach jej perfum: coś dzikiego, głębokiego, ciężkiego i słodkiego jak orchidee. Serce mi przyśpieszyło, a ta napędzana testosteronem część mózgu pożałowała, że nie zdążyłem się wykąpać. Albo ogolić. Dobrze przynajmniej, że nie miałem na sobie dresu.

Wykrzywiła wargi w lekkim uśmieszku, uniosła brew i, milcząc, pozwalała mi się gapić. Jedno było pewne – taka kobieta musi mieć pieniądze. Mnóstwo pieniędzy, które mógłbym wykorzystać, żeby zapłacić czynsz, kupić coś do jedzenia, może nawet trochę zaszaleć i wynająć taczki, by lepiej posprzątać mieszkanie. Zawahałem się tylko na moment, niepewny, czy prawdziwy mag z Białej Rady powinien interesować się gotówką. Szybko jednak podjąłem decyzję. Kosmiczne siły mogą się wypchać, kiedy muszę zapłacić czynsz.

– Ehm... Pani Sommerset, jak przypuszczam – wykrztusiłem w końcu. Nikt nie potrafi być tak wytworny jak ja. Jeśli się postaram, może uda mi się jeszcze o coś przewrócić, żeby dopełnić obrazu. – Jestem Harry Dresden.

– Wydaje się, że jest pan spóźniony – odparła. Miała głos pasujący do stroju: głęboki, sugestywny, dostojny. Mówiła po angielsku z akcentem, którego nie potrafiłem zidentyfikować. Może europejskim. A na pewno interesującym. – Pański asystent poinformował mnie, kiedy powinnam się zjawić. Nie lubię czekać, dlatego pozwoliłam sobie wejść. – Zerknęła na biurko i znowu na mnie. – I chyba trochę tego żałuję.

– No tak... Nie wiedziałem, że pani przyjdzie aż do... – Rozejrzałem się po biurze zniechęcony i zamknąłem za sobą drzwi. – Wiem, że wygląda to dość nieprofesjonalnie.

– Istotnie.

Podszedłem do jednego z krzeseł dla klientów, stojących przed biurkiem, i oczyściłem je pośpiesznie.

– Proszę usiąść. Może kawy albo coś innego?

– Brzmi to mało higienicznie. Czemu miałabym ryzykować? – Usiadła na samym brzegu krzesła, prostując plecy.

Obszedłem biurko, a ona śledziła mnie wzrokiem – był niczym chłodny, lecz wyczuwalny ciężar na moich ramionach. Usiadłem za biurkiem.

– Czy jest pani osobą, która często ryzykuje?

– Wolę się zabezpieczać – mruknęła. – Weźmy na przykład pana, panie Dresden. Przyszłam tu dzisiaj, aby zdecydować, czy powinnam zaryzykować, licząc na pana umiejętności. – Przerwała na chwilę, po czym dodała: – Jak dotąd wywarł pan na mnie nie całkiem doskonałe wrażenie.

Oparłem łokcie o blat i złożyłem palce w piramidkę.

– Tak. Wiem, że to wszystko powoduje, że wyglądam na...

– Na człowieka zdesperowanego – podpowiedziała. – Kogoś, kto najwyraźniej jest obsesyjnie zajęty innymi sprawami. – Skinęła głową w stronę pliku listów. – Kogoś, kto wkrótce straci biuro, jeśli nie spłaci długów. Myślę, że potrzebuje pan pracy. – Wstała. – A jeśli nie zdradza pan umiejętności zadbania o tak drobne sprawy, wątpię, czy mi się pan na coś przyda.

– Proszę zaczekać – powiedziałem, również wstając. – Proszę. Chciałbym przynajmniej pani wysłuchać. Jeśli się okaże, że mógłbym pani pomóc...

Wysunęła podbródek i natychmiast mi przerwała:

– Ale na tym polega problem, prawda? Pytanie, czy ja uważam, że może mi pan pomóc. Na razie nie pokazał pan niczego, co pozwoliłoby mi nabrać takiego przekonania. – Urwała i usiadła z powrotem. – A jednak...

Ja również ponownie usiadłem.

– Jednak?

– Słyszałam różne rzeczy, panie Dresden, o ludziach z pańskimi zdolnościami. O umiejętności spoglądania w oczy.

Przechyliłem głowę.

– Nie nazwałbym tego umiejętnością. To po prostu się zdarza.

– A jednak potrafi pan zajrzeć do czyjegoś wnętrza. Nazywa to pan spojrzeniem w duszę, prawda?

Kiwnąłem głową i zacząłem dodawać w myślach mnóstwo drobnych elementów i faktów.

– Owszem.

– Ujawniając ich prawdziwą naturę? Odkrywając prawdę o osobie, na którą pan patrzy?

– A oni widzą też mnie. Tak.

Uśmiechnęła się chłodno i pięknie.

– Więc spójrzmy na siebie, panie Dresden, pan i ja. Wtedy się dowiem, czy będzie pan dla mnie użyteczny. Z pewnością nie będzie mnie to nic kosztowało.

– Nie byłbym tego pewien. To jedna z takich rzeczy, które w człowieku zostają.

Jak blizna po wyrostku robaczkowym albo łysina. Kiedy człowiek spojrzy w czyjąś duszę, już tego nie zapomni. Nigdy. Nie podobał mi się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa.

– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.

– Ale dlaczego nie? – naciskała. – To nie potrwa długo. Prawda, panie Dresden?

– Naprawdę nie na tym polega problem.

Zacisnęła wargi w wąską linię.

– Rozumiem. A zatem bardzo przepraszam...

Tym razem to ja jej przerwałem.

– Pani Sommerset, popełniła pani błąd w ocenie.

Oczy jej zamigotały, na moment ukazując gniew, zimny i odległy.

– Tak?

Kiwnąłem głową. Otworzyłem szufladę biurka i wyciągnąłem plik kartek.

– Ostatnio miałem trudny okres.

– Nie ma pan pojęcia, jak mało mnie to obchodzi.

Wyjąłem pióro, zdjąłem nasadkę i położyłem obok pliku kartek.

– Aha. Więc przychodzi pani tutaj, bogata i piękna, niemal zbyt dobra, żeby była prawdziwa.

– I? – zapytała.

– Zbyt dobra, żeby była prawdziwa – powtórzyłem.

Wyjąłem z szuflady biurka rewolwer kaliber .44, wymierzyłem w nią i odciągnąłem kurek.

– Może mnie pani nazwać szaleńcem, ale ostatnio myślę sobie, że jeśli coś jest zbyt dobre, aby było prawdziwe, to pewnie nie jest. Proszę położyć ręce na biurku.

Uniosła brwi. Przepiękne oczy otworzyły się szerzej, na tyle, by odsłonić białka. Poruszyła rękami, przełykając przy tym ślinę, i położyła obie dłonie na blacie.

– Co pan chce osiągnąć? – spytała.

– Testuję pewną teorię. – Zarówno wzrok, jak i lufę rewolweru trzymałem wymierzone w nią. Otworzyłem kolejną szufladę. – Widzi pani, ostatnio miewam nieprzyjemnych gości, a to sprawiło, że zaczynam przewidywać, jakich kłopotów mogę się spodziewać. I chyba panią rozpracowałem.

– Nie wiem o czym pan mówi, panie Dresden, ale jestem pewna...

– Proszę zaczekać. – Pogrzebałem jeszcze chwilę w szufladzie i znalazłem to, co było mi potrzebne. Wyjąłem zwykły stary gwóźdź z prostego żelaza i położyłem na blacie.

– Co to takiego?

– Papierek lakmusowy – odparłem, potem pstryknąłem lekko gwóźdź jednym palcem. Potoczył się po powierzchni blatu w stronę jej idealnie wymanikirowanych palców.

Poruszyła się dopiero ułamek sekundy przed dotknięciem, ale wtedy aż rozmyła się od szybkości i wylądowała dwa kroki od mojego biurka, za przewróconym krzesłem, na którym przed chwilą siedziała. Gwóźdź stoczył się z blatu i brzdęknął, upadając na podłogę.

– Żelazo – powiedziałem. – Zimne żelazo. Elfy tego nie lubią.

Wszelki wyraz zniknął z jej twarzy. Przed chwilą była to arogancka wzgarda, dumna wyniosłość i ślepa pewność siebie. Te jednak rozpłynęły się, pozostawiając jej twarz zimną, piękną, odległą i pozbawioną wszelkich uczuć, wszystkiego, co można by uznać za ludzkie.

– Układ z moją chrzestną matką obowiązuje jeszcze przez kilka miesięcy – powiedziałem. – Miała mnie zostawić w spokoju przez rok i dzień. Tak się umówiliśmy. Jeżeli teraz próbuje się jakoś z tego wykręcić, to trochę się zdenerwuję.

Przyglądała mi się w milczeniu jeszcze przez kilka długich chwil. Naprawdę aż przykro było patrzeć na twarz tak piękną i tak całkowicie obcą, jakby za tymi rysami kryło się coś, co miało ze mną niewiele wspólnego i nie starało się nawet czegokolwiek zrozumieć. Ta gładka maska sprawiła, że poczułem ucisk w krtani. Musiałem się skupić, aby pistolet w mojej dłoni nie zadrżał. Wtedy zrobiła coś, co sprawiło, że stała się jeszcze bardziej obca i jeszcze bardziej przerażająca.

Uśmiechnęła się. Wolno i okrutnie niczym zębaty nóż. A kiedy się odezwała, jej głos brzmiał równie pięknie jak poprzednio, lecz był pusty, spokojny i budził strach. Mówiła i miałem ochotę pochylić się w jej stronę, by lepiej zrozumieć.

– Sprytnie – mruknęła. – Dobrze. Nie aż tak rozproszony, by nie myśleć. Tego właśnie potrzebuję.

Zimny dreszcz przebiegł mi po karku.

– Nie chcę kłopotów. Po prostu odejdź i oboje możemy udawać, że nic się nie stało.

– Ale się stało – szepnęła, a dźwięk jej głosu sprawił, że w biurze zrobiło się chłodniej. – Przejrzałeś tę zasłonę. Dowiodłeś tym swojej wartości. Jak tego dokonałeś?

– Ładunek elektrostatyczny na klamce – odparłem. – Drzwi powinny być zamknięte. Nie powinnaś być w stanie się tu dostać. Więc jakoś musiałaś się przebić i raczej omijałaś moje pytania, zamiast na nie odpowiedzieć.

Kiwnęła głową, wciąż się uśmiechając.

– Mów dalej.

– Nie masz torebki. Niewiele kobiet chodzi w garsonkach po trzy tysiące i nie nosi torebek.

– Hmm – mruknęła. – Tak. Idealnie się pan nada, panie Dresden.

– Nie wiem o czym mówisz – odparłem. – I nie chcę mieć nic wspólnego z elfami.

– Nie lubię, kiedy tak się do mnie mówi, panie Dresden.

– Musisz to jakoś znieść. Wyjdź z mojego biura.

– Powinien pan wiedzieć, panie Dresden, że moja rasa, od wielkich po małe, zmuszona jest mówić prawdę.

– To nie utrudnia wam oszustwa.

Oczy jej zamigotały i zobaczyłem jak zmieniają się źrenice: od typowych dla śmiertelników okrągłych otworków do podłużnych kocich szczelin. Już kociooka, przyglądała mi się bez mrugnięcia.

– Jeszcze nie przemówiłam. Zamierzam zaryzykować. I zamierzam postawić na pana.

– Tak? A co?

– Wymagam pańskich usług. Ukradziono coś cennego i chciałabym, żeby pan to odzyskał.

– Może podsumujmy – powiedziałem. – Chcesz, żebym odzyskał dla ciebie skradziony towar.

– Nie dla mnie – mruknęła. – Dla prawowitych właścicieli. Chcę, żeby pan wykrył i schwytał złodzieja, i żeby mnie pan oczyścił.

– Sama się tym zajmij – odparłem.

– W tej sprawie nie mogę działać całkiem sama – odparła cicho. – Dlatego wybrałam pana, żeby był pan moim emisariuszem. Agentem.

Zaśmiałem się. A to przywołało gniew na jej idealnie blade rysy. Gniew, zimny i straszny, błysnął w jej oczach i niemal zmroził śmiech w mojej krtani.

– Nie wydaje mi się – powiedziałem głośno. – Nie zawieram już żadnych umów z waszym ludem. Nawet nie wiem kim jesteś.

– Drogie dziecko – mruknęła z tonem groźby w głosie. – Ten układ został już zawarty. W zamian za swoją moc oddałeś swoje życie, swoją fortunę i swoją przyszłość.

– Tak. Ale układ był z moją matką chrzestną. I wciąż jest kwestionowany.

– Już nie – odparła. – Nawet w świecie śmiertelników istnieje koncepcja długów przechodzących z rąk do rąk. Handel długami, prawda?

Poczułem lód w brzuchu.

– O czym ty mówisz?

Uniosła wargi, ukazując zęby, ostre i białe. To nie był uśmiech.

– Twój dług, śmiertelne dziecko, został sprzedany. I ja go kupiłam. Jesteś mój. Pomożesz mi w tej sprawie.

Odłożyłem pistolet i otworzyłem górną szufladę. Wyjąłem nóż do listów – taki typowy model, płaskie ostrze i jakby spiralny uchwyt.

– Mylisz się – stwierdziłem, a ton wyparcia był aż nadto czytelny w głosie, nawet dla mnie. – Moja matka chrzestna nigdy by tego nie zrobiła. Podejrzewam, że chcesz mnie oszukać.

Uśmiechnęła się, oczy jej błyszczały.

– A zatem pozwól, że przekonam cię, że mówię prawdę.

Moja lewa dłoń uderzyła o blat. Patrzyłem zdumiony, kiedy prawa chwyciła otwieracz do listów, jak w filmie grozy. W panice usiłowałem powstrzymać tę rękę, rzucić nóż, ale mięśnie pracowały automatycznie, jakby należały do kogoś innego.

– Czekaj! – krzyknąłem.

Przyglądała mi się, chłodna i zaciekawiona.

Wbiłem nóż do listów w grzbiet dłoni, mocno. Biurko jest dosyć tanie, więc stalowy szpic łatwo przekłuł ciało między kciukiem a palcem wskazującym, i wbił się w drewno, przybijając mnie do blatu. Ból pomknął wzdłuż ramienia, a z rany popłynęła krew. Próbowałem z tym walczyć, ale wpadłem w panikę; nie byłem w stanie zapanować nad organizmem. Z ust wymknął mi się jęk. Chciałem wyrwać nóż, wyciągnąć go z dłoni, ale ręka skręciła się tylko i zgięła go w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara.

Ból był straszny. Nie byłem nawet w stanie nabrać tchu, żeby krzyknąć.

Dopiero ta kobieta, ta elfka, wyciągnęła rękę i odgięła moje palce, a potem zdecydowanym gestem wyjęła ostrze i rzuciła na zalane krwią biurko.

– Magu, wiesz to równie dobrze jak ja. Gdybyś nie był ze mną związany, nie miałabym nad tobą takiej władzy.

W tej chwili byłem świadomy tylko bólu w dłoni, ale jakaś przytomniejsza część umysłu zdawała sobie sprawę, że to prawda. Elfy nie mogą tak po prostu udawać władców marionetek. Trzeba im na to pozwolić. Mojej chrzestnej matce Lei pozwoliłem na to wiele lat temu, kiedy byłem młodszy i głupszy. W zeszłym roku udało mi się wywalczyć pewne ustępstwo, wymusić zawieszenie działań, co powinno mnie chronić przez rok i dzień.

Jednakże teraz przekazała cugle komuś innemu. Komuś, kogo ten układ już nie dotyczył.

Spojrzałem na nią. Ból i nagły gniew zmieniły mój głos w niski chrapliwy warkot.

– Kim jesteś?

Kobieta przejechała lśniącym paznokciem przez plamę krwi na biurku. Uniosła palec do warg i dotknęła go językiem. Uśmiechnęła się wolniej, bardziej zmysłowo, ale równie obco.

– Mam wiele imion – szepnęła. – Ale ty możesz mnie nazywać Mab. Królową powietrza i ciemności. Władczynią Zimowego Dworu Sidhe.

Rozdział trzeci

Żołądek podjechał mi do gardła.

Królowa elfów.

Królowa elfów stała w moim biurze. Patrzyłem na królową elfów. Rozmawiałem z królową elfów.

A ona trzymała mnie za gardło.

No, świetnie. A już myślałem, że moje życie i tak jest w stanie krytycznym.

Strach czasem dosłownie wydaje się lodowatą wodą. Może być uczuciem chłodu, które się przełyka, które spływa po krtani i rozprzestrzenia się po klatce piersiowej. Odbiera oddech, zmusza serce do wysiłku, choć nie ma ku temu powodu, a potem rozlewa się na brzuch i biodra, zostawiając za sobą drżenie. Potem kieruje się do ud i kolan (czasami z krępującym przystankiem po drodze) odbierając siłę mięśniom prążkowanym, które sądzą, że człowiek powinien je wykorzystać i uciekać ile sił w nogach.

Przełknąłem ten strach, wciąż patrząc na zabójczo piękną elfkę po drugiej stronie biurka.

To rozbawiło Mab.

– Tak – mruknęła. – Dość mądry, żeby się bać. Rozumiem to, przynajmniej częściowo. Jakie to uczucie, wiedzieć to, co ty wiesz, dziecko?

Mój głos zabrzmiał niepewnie i ciszej, niż planowałem.

– Mniej więcej takie, jakiego doznaje Tokio, kiedy Godzilla wychodzi na brzeg.

Mab przechyliła głowę, spoglądając z tym samym uśmiechem. Może nie złapała odniesienia. A może nie spodobało się jej porównanie do trzydziestometrowego jaszczura. A może właśnie się podobało. To znaczy, skąd niby miałem wiedzieć? Mam dostatecznie dużo kłopotów, odgadując, o co chodzi ludzkim kobietom.

Unikałem wzroku Mab. Nie obawiałem się już spojrzenia w duszę – żeby nastąpiło, obie strony muszą ją mieć. Ale wiele może się wydarzyć, jeśli kontakt wzrokowy trwa zbyt długo – to przenosi wszelkiego rodzaju emocje i odczucia. Wpatrywałem się więc w podbródek Mab, dłoń płonęła mi bólem i milczałem, bo byłem przerażony.

Nienawidzę się bać. Nienawidzę tego bardziej niż czegokolwiek na świecie. Nienawidzę tego poczucia bezradności. I nienawidzę, kiedy ktoś się nade mną znęca, a Mab równie dobrze mogłaby trzymać mnie za gardło i żądać, bym jej oddał swoje drobne na drugie śniadanie.

Królowa elfów to złe wieści. Bardzo złe wieści. To jakby wezwać jakiegoś brodatego starego boga albo stanąć przeciwko Białej Radzie. Miałem nikłą szansę, że spotkam kiedykolwiek kogoś, kto ma tyle czystej mocy, co Mab. Mógłbym starać się wymierzyć jej jakiś magiczny cios, próbować jakoś ją unieszkodliwić, ale nawet gdybyśmy zaczynali z równej pozycji, wątpię, czy choć zmierzwiłbym jej włosy. Ona natomiast trzymała mnie na uwięzi, na magicznym łączu. Mogła nim przerzucić przez moje osłony właściwie cokolwiek, a ja nie mógłbym na to nic poradzić.

Tacy przeciwnicy doprowadzają mnie do szału, a znany jestem z tego, że w chwilach gniewu popełniam różne głupstwa.

– Odpuść sobie – powiedziałem ze złością. – Nie dogadamy się. Kończmy tę sprawę i załatw mnie. Zamknij drzwi, wychodząc.

Moja reakcja jej nie poruszyła. Skrzyżowała ręce i wymruczała:

– Cóż za gniew. Cóż za ogień. Tak. Zeszłej jesieni widziałam, jak udało ci się doprowadzić do pata ze swoją chrzestną matką, Leanansidhe. Ilu śmiertelnych dokonałoby tak wiele? Śmiały. Bezczelny. Podziwiam taką siłę, magu. Potrzebuję takiej siły.

Na ślepo szukałem na biurku, aż trafiłem na pudełko chusteczek higienicznych i zacząłem opakowywać ranę cienką bibułką.

– Naprawdę nic mnie nie obchodzi, czego potrzebujesz – powiedziałem. – Nie mam zamiaru być twoim emisariuszem czy kimkolwiek. Chyba że zechcesz mnie zmusić, a wtedy wątpię, czy się na coś przydam. Więc rób, cokolwiek masz zamiar zrobić, i wynoś się z mojego biura.

– Ale powinno to pana obchodzić, panie Dresden – odparła Mab. – Albowiem bezpośrednio to pana dotyczy. Wykupiłam pański dług, żeby złożyć pewną ofertę. Dam panu szansę na uwolnienie się od zobowiązań.

– Tak, akurat. Daruj sobie. Mnie to nie interesuje.

– Możesz mi dać tę przysługę, magu, albo mogą mi dać ciebie. Na kolację. Nie chciałbyś być wolny?

Spojrzałem na nią podejrzliwie, a w moim umyśle tańczyły wizje mojej osoby na stole, przypieczonej i z jabłkiem w ustach.

– Co masz na myśli, mówiąc: „wolny”?

– Wolny – powiedziała, owijając wokół tego słowa swe wargi barwy mrożonych jagód, tak że musiałem to zauważyć. – Wolny od wpływów sidhe, od zobowiązań względem Leanansidhe, a teraz względem mnie.

– I cała sprawa będzie zapomniana, a my pójdziemy każde swoją drogą?

– Dokładnie tak.

Zerknąłem na swoją zranioną dłoń i zmarszczyłem brwi.

– Nie sądziłem, że cenisz koncepcję wolności.

– Nie powinieneś zbyt wiele zakładać, magu. Podziwiam wolność. Pragnie jej każdy, kto jej nie ma.

Odetchnąłem głęboko i usiłowałem spowolnić tempo uderzeń serca. Nie mogłem pozwolić, by rządziły mną strach albo gniew. Instynkt krzyczał, aby skoczyć po pistolet i przynajmniej próbować walczyć, ale musiałem myśleć jasno. To jedyny sposób, żeby uwolnić się od elfa.

Oferta Mab była poważna. Wyczuwałem to w sensie tak pierwotnym, tak wewnętrznym, że nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Uwolni mnie, jeśli przystanę na jej propozycję. Oczywiście, cena może być zbyt wysoka. Jeszcze do tego nie doszliśmy. Zresztą, elfy mają sposoby, by każda następna umowa wciągała człowieka głębiej w bagno zamiast na suchy teren. Całkiem jak firmy od kart kredytowych albo ci od kredytów studenckich. To jest dopiero przykład czystego zła.

Czułem, jak Mab przygląda mi się niczym kot Sylwester ptaszkowi Tweetie. Ta myśl trochę mnie pocieszyła. Tak ogólnie rzecz biorąc, zawsze w końcu to Tweetie potrafi skopać Sylwestrowi tyłek.

– No dobra – rzuciłem. – Słucham.

– Trzy zlecenia – oznajmiła Mab, wystawiając trzy palce jako pomoc wizualną. – Od czasu do czasu poproszę cię o coś. Kiedy spełnisz trzy takie prośby, twoje długi wobec mnie będą wyrównane.

Przez chwilę w biurze panowała cisza. Zamrugałem.

– I jak? To wszystko?

Mab skinęła głową.

– Dowolne trzy zadania? Trzy prośby?

Znowu skinęła.

– Tak po prostu? Znaczy, mówisz to tak, jakbym mógł trzykrotnie podać ci sól i byłoby po wszystkim.

Błękitno-zielone oczy, jak lód z lodowca, wpatrywały się bez mrugnięcia w moją twarz.

– Zgadzasz się?

Otarłem wargi, rozważając to wszystko. Umowa wydawała się prosta jak na tego typu sprawę. Czasami bywają skomplikowane, z kontraktami i całą resztą. Mab zaproponowała mi świetny pakiet: słodki, gładki i elegancki jak cukierki na Halloween.

Co oznaczało, że byłbym idiotą, gdybym nie sprawdził, czy nie ma w nim ukrytych żyletek albo cyjanku.

– Ja decyduję, które prośby spełniam, a które odrzucam?

– Jeśli chcesz.

– A jeśli odmówię, to nie narażę się na żaden odwet czy karę z twojej strony.

Przechyliła głowę i zamrugała.

– Zgoda. Ty, a nie ja, decydujesz, które zlecenie wypełnisz.

Zatem znalazłem przynajmniej jedną minę.

– I nie będzie dalszej sprzedaży mojego długu, ani nie wezwiesz swoich sługusów, żeby prześladowali mnie i dręczyli w zastępstwie. Sprawa jest między nami.

Roześmiała się. Brzmiało to wesoło, czysto i pięknie jak dzwonki – gdyby ktoś je przycisnął do moich zębów, póki jeszcze brzęczały...

– Jak twoja chrzestna matka. To hańba dać się dwukrotnie oszukać, co? Zgoda.

Oblizałem wargi, zastanawiając się szybko. Czy zostawiłem jej jakieś inne możliwości? Czy może mnie załatwić w jakiś inny sposób?

– A więc, magu? – spytała Mab. – Układ stoi?

Dałem sobie sekundę, by pomarzyć o tym, żebym był mniej zmęczony. Albo mniej obolały. Zdarzenia tego dnia i nadchodzące wieczorne spotkanie Rady nie pozostawiły mojego umysłu w mistrzowskiej formie negocjacyjnej. Ale jedno wiedziałem na pewno: jeśli nie wyrwę się z więzów Mab, będę martwy, albo nawet gorzej niż martwy, i to wkrótce. Lepiej działać i się pomylić, niż nie działać i zostać od niechcenia zmiażdżonym.

– No dobrze – odparłem. – Umowa stoi.

Kiedy tylko wymówiłem te słowa, lekki dreszcz przebiegł mi po karku i wzdłuż kręgosłupa. W zranionej dłoni poczułem nagłe uderzenie bólu.

Mab przymknęła oczy, uśmiechając się ciemnymi wargami jak kot, i odchyliła głowę.

– Dobrze. Tak.

Znacie ten wyraz twarzy Wilusia Kojota, kiedy w pełnym biegu wypada poza krawędź urwiska i potem uświadamia sobie, co zrobił? Nie patrzy w dół, ale sprawdza palcem u nogi i właśnie wtedy, tuż przed upadkiem, na jego twarzy pojawia się śmiertelne przerażenie.

Tak właśnie musiałem wyglądać. I tak się czułem, ale nie było na to rady. Może jeśli się nie zatrzymam, aby poszukać gruntu pod stopami, zdołam biec w nieskończoność... Odwróciłem wzrok od Mab i usiłowałem jak najlepiej opatrzyć dłoń. Wciąż pulsowała boleśnie, a dezynfekcja rany na pewno zaboli o wiele bardziej. Chociaż chyba nie będą konieczne szwy. Przynajmniej tyle...

Brązowa koperta upadła na blat biurka. Uniosłem głowę i ujrzałem, jak Mab wciąga rękawiczki.

– Co to takiego? – spytałem.

– Moja prośba. Wewnątrz znajdziesz szczegóły śmierci pewnego człowieka. Chcę, żebyś oczyścił mnie z zarzutów, odkrywając tożsamość jego zabójcy i zwracając to, co mu skradziono.

Otworzyłem kopertę. Była w niej duża czarno-biała fotografia zwłok. Starszy mężczyzna u stóp schodów, z szyją skręconą pod ostrym kątem w stosunku do ramion. Miał kędzierzawe siwe włosy, nosił tweedową marynarkę. Do zdjęcia był przyczepiony artykuł z „Tribune” – „Miejscowy artysta ginie w nocnym wypadku”.

– Ronald Reuel – stwierdziłem, rzucając okiem na tekst. – Słyszałem o nim. Miał chyba pracownię w Bucktown.

Mab przytaknęła.

– Określany jako wizjoner amerykańskiej kultury artystycznej. Choć wydaje mi się, że dość swobodnie używają tego terminu.

– Tu piszą, że był twórcą światów wyobraźni. Pewnie teraz, kiedy nie żyje, wszyscy mówią o nim same ładne rzeczy. – Przeczytałem resztę artykułu. – Policja twierdzi, że to wypadek.

– To nie był wypadek – oznajmiła Mab.

– Skąd wiesz?

Uśmiechnęła się.

– A czemu on cię interesuje? – spytałem. – Przecież policja cię nie podejrzewa.

– Istnieją moce osądu inne niż prawo śmiertelnych. Niech ci wystarczy, że chcę, by dokonała się sprawiedliwość.

– Aha. – Zmarszczyłem czoło. – Powiedziałaś, że coś mu skradziono. Co?

– Domyślisz się.

Schowałem zdjęcie do koperty i położyłem na blacie.

– Zastanowię się.

– Przyjmiesz to zlecenie, magu – zapewniła mnie Mab.

Spojrzałem na nią spod zmrużonych powiek.

– Powiedziałem, że się zastanowię.

Jej kocie oczy zamigotały, a w uśmiechu zobaczyłem kilka drobnych i bardzo białych ząbków. Z kieszeni żakietu wyjęła ciemne okulary.

– Czy uprzejmość nie nakazuje odprowadzić klientki do drzwi?

Spojrzałem na nią ponuro, ale wstałem z fotela i podszedłem do niej. Oszałamiające perfumy królowej elfów... Ich narkotyczny zapach powodował lekki zawrót głowy. Walczyłem z tym, próbując zachować ponurą minę. Jednym gwałtownym ruchem otworzyłem przed nią drzwi.

– Nadal boli cię ręka? – spytała.

– A jak myślisz?

Mab położyła na mojej zranionej dłoni swoją dłoń w rękawiczce i nagle ukłucie ostrego gwałtownego zimna przeszyło ranę niczym zamrożony skalpel. Potem spłynęło wzdłuż ramienia prosto do serca. Odetchnąłem głęboko i poczułem, jak serce zamiera na moment, a potem z wysiłkiem wraca do dawnego rytmu. Gwałtownie wciągnąłem powietrze i zachwiałem się. Oparłem się o drzwi i tylko to uratowało mnie przed upadkiem.

– Niech to diabli – mruknąłem, starając się nie podnosić głosu. – Mieliśmy układ.

– Zgodziłam się nie karać cię za odmowę, magu. Zgodziłam się nie karać i nie prześladować cię przez zastępców. – Uśmiechnęła się. – Ale to zrobiłam ze złośliwości.

– Nie zwiększa to prawdopodobieństwa, że przyjmę tę sprawę – burknąłem.

– Przyjmiesz ją, emisariuszu – rzekła Mab. – A dziś wieczorem spodziewaj się spotkania ze swoim odpowiednikiem.

– Jakim odpowiednikiem?

– W tej sprawie jesteś emisariuszem Zimy. Lato także znalazła kogoś, żeby reprezentował jej interesy.

– Mam na dzisiaj plany – mruknąłem. – Nie przyjąłem tej sprawy.

Mab zsunęła ciemne okulary i spojrzała na mnie kocimi oczami.

– Magu, czy znasz historię o Lisie i Skorpionie?

Pokręciłem głową i odwróciłem wzrok.

– Lis i Skorpion stanęli nad potokiem – wymruczała Mab cichym słodkim głosem. – Woda płynęła szeroko. Skorpion poprosił Lisa, żeby przewiózł go na grzbiecie. „Skorpionie, ale czy mnie nie użądlisz?”, zapytał Lis. „Gdybym to zrobił”, odparł Skorpion „oznaczałoby to śmierć dla nas obu”. Lis zgodził się i Skorpion, wspiął się na jego grzbiet. Lis popłynął, ale w połowie drogi Skorpion śmiertelnie ugodził go żądłem. Lis syknął: „Głupcze, skazałeś nas obu. Dlaczego?”. „Jestem Skorpionem”, odparł Skorpion. „Taką mam naturę”.

– To już cała historia? – upewniłem się. – Lepiej nie porzucaj obecnego źródła zarobku.

Mab zaśmiała się, przywodząc tym skojarzenie aksamitnego lodu. Przeszył mnie dreszcz.

– Przyjmiesz tę sprawę, magu. Taki już jesteś. Taką masz naturę.

Odwróciła się i ruszyła korytarzem, obojętna, opanowana, chłodna. Gapiłem się na nią dobrą minutę, nim zatrzasnąłem drzwi.

Może zbyt długo siedziałem zamknięty w laboratorium, ale Spencer nie wspomina o tym, że królowa elfów ma taki świetny tyłek.

Owszem, zauważam takie rzeczy. Możecie mnie pozwać.

Rozdział czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział jedenasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwunasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzynasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czternasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szesnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.