Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 489

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Rybia krew - Jiri Hajicek

Po piętnastu latach spędzonych za granicą, Hana wraca do rodzinnej wioski na brzegu Wełtawy, gdzie dorastała marząc, że wyjdzie za mąż i zostanie nauczycielką w lokalnej szkole. Ale teraz, w 2008 roku, wszystko jest inne – prawie nikt już tu nie mieszka, a wkrótce na tym miejscu powstanie elektrownia jądrowa. Hana znajduje w sobie odwagę i determinację, by zostać i zadawać pytania o przeszłość i to, co przyniesie los.

Rybia krew to także historia przyjaźni trzech kobiet z niewielkiej miejscowości, o pragnieniu przynależności, a także o sile miłości i przebaczenia.

Opinie o ebooku Rybia krew - Jiri Hajicek

Fragment ebooka Rybia krew - Jiri Hajicek

Jiří Hájíček

Rybia krew

Przełożyła: Dorota Dobrew

Wrocław 2015

W tej powieści zagrożone wsie nie mają nazw, chociaż naprawdę istniały. Ludzie mają imiona, chociaż są postaciami wymyślonymi.

Spis treści

2008

Kota 370,5

1983

Kota 370,5

1986

Kota 370,5

1988

2008

NUMER 11

1989

NUMER 11

1990

NUMER 11

1992

NUMER 11

1993

2008

2008

Siedzę w przedziale pociągu pośpiesznego Praga – Czeskie Budziejowice, od stacji Tábor już zupełnie sama. Na półce nad głową mam sfatygowaną granatową walizkę na kółkach, na jej rączce jeszcze dynda naklejka z lotniska w Rotterdamie. Nareszcie chwila samotności, mogę wyciągnąć z portfela złożoną na pół kartkę. Podłużny biały świstek z kolorowym logo holenderskich linii lotniczych w lewym górnym rogu. Przypomina trochę rachunek z restauracji. Kiedy w samolocie zapisywałam na nim drukowanymi literamilistę osób, pomyślałam o Frederiku. Co by na to powiedział. Taka zwolenniczka artystycznego nieładu, wręcz bałaganiara, Czeszka, z którą męczy się już cztery lata, i nagle coś takiego? On, wyznawca porządku, człowiek, dla którego życie to system. Kiedy idziemy na zakupy, w dłoni ma taki właśnie karteluszek, do tego długopis, wrzuca rzeczy do wózka i skreśla pozycje na liście. W kieszonce koszuli nosi kalkulator i na bieżąco podlicza zakupy, żeby przy kasie nie spotkała go żadna niespodzianka.

A teraz ja robię dokładnie to samo, myślę, przebiegając wzrokiem słupek od góry do dołu. Będę skreślać imiona. Chcę się zobaczyć z każdą osobą z listy, z każdym porozmawiać, każdemu spojrzeć w oczy. Niezależnie od tego, co się kiedyś między nami wydarzyło.

Tato

Honza

Anna

Milada

Zdeněk

pan Tušl

dr Brejchová

pan Berták

Chozé

Nadia

Petr

Olina

W sumie dwanaście pozycji, dwanaście osób kiedyś dla mnie ważnych. Zatrzymuję się przy dwóch ostatnich imionach i zastanawiam się, dlaczego zapisałam je na szarym końcu. Podświadomość? Czyżbym je wyparła i wyłowiła w ostatniej kolejności? Porzucam tę myśl i odwracam głowę w stronę uciekającego krajobrazu południowych Czech. Myślę o wczorajszym wieczorze. W domu na pożegnanie otworzyliśmy z Frederikiem butelkę wina. Sączyliśmy je w łóżku, a ja żartowałam, że przez miesiąc odpocznie sobie ode mnie. Przez ładnych parę tygodni przed moim wyjazdem nie słyszał nic oprócz historyjek i legend o naszej rodzinie. Już miał ich powyżej uszu. Raz nawet na mnie naskoczył, czy wyobrażam sobie, że nikt inny oprócz mnie nie miał w rodzinie problemów. To podobno normalne.

– To dla ciebie normalne, że od dwudziestu lat nie widziałam własnego brata?

Wypowiadam to pytanie na głos w pustym przedziale. I powtarzam sobie zasady ustalone przed wyjazdem. Mam się nimi kierować. Zasada numer jeden: mówić prawdę. Zawsze, każdemu i niezależnie od okoliczności. Czy w wieku czterdziestu jeden lat jest sens cokolwiek udawać? Przed czymś się chować? Równie dobrze mogłabym nie przyjeżdżać. Reguła numer dwa: nie płakać. Wzruszenie, żal, na co to komu? Nie jestem małą dziewczynką. Kilka listów, które ostatnio wymieniliśmy z tatą, nawet mnie uspokoiło. Operacja się udała, wczoraj mieli go wypisać ze szpitala, a dzisiaj nacisnę dzwonek przy drzwiach jego mieszkania. Wszystko gra. Będzie dobrze, powtarzam sobie już po raz setny i wiercę się niespokojnie na siedzeniu.

Tymczasem zrobiło się szaro, staję przy oknie, w oddali już widzę światła zabudowań. Nie było mnie tu piętnaście lat. Wagonem zarzuca, trzymam się metalowego uchwytu i patrzę na miasto, jakiego nie pamiętam, otoczone supermarketami, stacjami benzynowymi i niskimi kanciastymi budynkami. Po chwili pociąg zatrzymuje się z szarpnięciem. Ciągnę walizkę przez podziemny tunel prowadzący od peronów do budynku dworcowego, na przystanku przed stacją studiuję rozkład jazdy komunikacji miejskiej. Na osiedle Maj jeżdżą teraz inne autobusy niż kiedyś. Wysiadam na pętli trójki, walizka turkocze za mną na płytach osiedlowego chodnika. Zamiast szarych bloków, jakie zapamiętałam, widzę całą paletę pastelowych barw, rozglądam się wokół – żółty, niebieski, zielonkawy… Domy mienią się kolorami, a ten dziesięciopiętrowy, w którym mieszka tato, na barwnej fasadzie ma namalowany wielki numer. Winda zatrzymuje się na ósmym piętrze, dzwonię do drzwi, otwierają się i staje w nich mój tato, wsparty na kulach, siwiuteńki. Uśmiecha się.

– Wejdź.

Całuję go w policzek i ostrożnie obejmuję. Zamykam drzwi i tak stoimy na wprost siebie. Próbuję odczytać z jego twarzy, czy odczuwa ból, badam, jak się zmienił. Ale czasu będziemy mieć pod dostatkiem. Pokazuje kulą, że mam iść za nim.

Osiedle zmieniło się nie do poznania, ale tutaj wszystko jest po staremu. W przedpokoju ta sama sfatygowana szafka na buty, te same spłowiałe zasłony w oknie dużego pokoju, kupowałyśmy je jeszcze z mamą, stary laminat na ścianach łazienki, z tranzystora w kuchni dolatuje melodia grana przez orkiestrę dętą. Czegoś takiego nie słyszałam całe wieki, trochę mnie zamurowało, nagle cofnęłam się w życiu o dwadzieścia lat. Ale trzymam się, staram się skupić na chwili obecnej i zachować spokój.

Daję tacie prezent: ser i czekoladę, wszystko razem elegancko zapakowane. Wieczór mija niesamowicie szybko, rozmawiamy o rzeczach praktycznych. Pytam, czy jest na jakiejś diecie i co mu gotować, kiedy ma jechać do szpitala na kontrolę, czy jeszcze go boli, czy ma w domu wszystkie leki. Gdzie tu najbliższa apteka, a gdzie jakiś sklep. Robię przegląd lodówki. Mówi, że nie jest głodny, ale ja postanawiam jeszcze skoczyć do samu. Niedaleko, jakieś sto metrów, za pół godzinki jestem z powrotem. Cieszy się, że nareszcie zje coś dobrego po tych szpitalnych świństwach, ma nadzieję, że nie będę na nim eksperymentować i serwować mu holenderskich specjałów. Śmiejemy się. Wciąż nie mogę się oswoić z jego twarzą, zmienioną po tylu latach. Głębokie zmarszczki, przerzedzone włosy, wychudzona twarz. On pewnie ma podobne odczucia, kiedy patrzy na mnie. Niedawno wysłałam mu w liście zdjęcie, na którym jesteśmy oboje z Frederikiem, ale widzę, że patrzy na mnie, jakbym przypominała mu kogoś, kogo kiedyś znał…

– Gdybyś przyjechała z tym swoim chłopem, nawet bym nie mógł z nim pogadać – mówi z wymówką, a ja opowiadam, jakie Frederik poczynił postępy w nauce czeskiego i że ja uczę się od niego holenderskiego. Robię nam kanapki, siedzi ze mną w kuchni, kule oparł o ławę. Na szafce zdjęcie w ramce. Mama i tato, jakieś dwadzieścia lat temu, ujęcie przed naszym domem na wsi. Nie rusza mnie to, w myślach chwalę siebie, że tak dzielnie trzymam się zasad.

Po kolacji rozpakowuję walizkę. Nagle spada na mnie zmęczenie, sporo było tego jak na jeden dzień, mówię do taty, wchodzę do wanny i puszczam na siebie strumień ciepłej wody z prysznica. Będę spać w pokoju w głębi, gdzie mama kiedyś trzymała maszynę do szycia. Na blacie szafki na pościel kładę komórkę i sprawdzam czas, jest dziesiąta. Szybko piszę SMS-a do Frederika, zupełnie o nim zapomniałam. Zanim zgaszę lampkę, jeszcze wyciągam z portfela kartkę. Długopisem stawiam ptaszka przy Tacie. Wyłączam światło, zamykam oczy i uśmiecham się, że wszystko poszło gładko. Za chwilę usnę, ale jeszcze przychodzi mi do głowy, że czas goi rany. I różne podobne bzdury.

Snuję się po rynku w Budziejowicach, gdzie niczego już nie ma tam, gdzie było dawniej. Zakładu fryzjerskiego, w którym Nadia ostrzygła mnie przed wyjazdem do Anglii. Ani sklepu rybnego na rogu, gdzie w czasach szkolnych po ostrzejszych imprezach chodziliśmy na sałatkę śledziową. Teraz jest tam butik z ubraniami sportowymi. Przeszłam całe centrum i zajrzałam do każdego fryzjera po drodze, ale Nadii nikt nie zna. Jestem naiwna, Bóg wie, gdzie może być teraz, po piętnastu latach. Przy fontannie wystawiam twarz na promienie późnowrześniowego słońca. Mam zamiar wrócić do domu na piechotę, ale jeszcze wstępuję do księgarni. Na półce pełnej tomów ustawionych alfabetycznie według autorów wypatruję litery H. Aż podskakuję z radości i wyciągam ciężkie tomiszcze o pomarańczowym grzbiecie z ilustracjami Josefa Lady na okładce. Przygody dobrego wojaka Szwejka. Nowe wydanie. Idę raźnym krokiem z książką pod pachą, oddalam się od centrum. Przynajmniej jakiś sukces w tej mojej pierwszej wyprawie w przeszłość, myślę sobie. Dochodzi jedenasta, najwyższy czas pomyśleć o obiedzie dla taty.

Wieczorem siedzimy w salonie, walizkę już rozpakowałam, rzeczy ułożyłam w szafie w pokoju, w którym teraz śpię. Już zrobiłam tacie pierwsze pranie, pralkę ma stosunkowo nową. Obejrzałam całe mieszkanie. Nie jest źle, jak na gospodarstwo starego wdowca po operacji stawu biodrowego. Smaruję ręce kremem. Jutro umyję okna, mówię, a tato odpowiada z troską w głosie, że jestem za chuda, i pyta, czy dobrze się odżywiam. Jak dotąd idylla.

Zaczynam temat Honzy. Gdzie się podziewa, czy tato ma o nim jakieś wieści. Nie widziałam go od roku… tu się muszę zastanowić, od roku 1986. Kręcę głową, sama nie mogę w to uwierzyć. Tato siedzi nieruchomo, jakby wrósł w fotel. Nie odzywa się ani słowem, nie odpowiada na żadne pytanie.

– O Honzie nie będziemy w ogóle rozmawiać – rzuca w końcu. Patrzę mu prosto w oczy, staram się panować nad głosem i myślę o swoich postanowieniach.

– Właśnie o Honzie będziemy rozmawiać.

Tego się nie spodziewał, widzę, jak zmienia mu się wyraz oczu, twarz nabiega krwią, rysy tężeją, usta wykrzywia dziwny grymas, patrzy gdzieś w bok. Ja nie uciekam wzrokiem. Wyprowadziłam go z równowagi.

– Co ty sobie wyobrażasz? – naskakuje na mnie. – Starego ojca będziesz pouczać? Będziesz mi mówić, co mam robić?

Jest spięty, dłonie zacisnął na kulach, jakby chciał się zerwać z fotela i dokądś uciec.

– Nie zamierzam ci mówić, co masz robić. Chcę tylko porozmawiać o naszym Honzie.

Nie patrzy na mnie, jest urażony. We mnie się wszystko gotuje. To, co chowało się gdzieś na dnie, teraz wypływa na powierzchnię. A tak dobrze się zapowiadało, taki piękny powrót utraconej córki do rodzinnego domu, do ojca, który zyskał mądrość, jaką niesie jesień życia, i już się ze wszystkim pogodził. Nie odzywam się. Staram się zachować spokój, ale w głowie kotłują mi się myśli. Tato, mnie już naprawdę nie zależy, mogę cię stracić, możesz mnie natychmiast wyrzucić i wynająć sobie jakąś opiekunkę. Nie po to wróciłam tutaj po piętnastu latach, żeby dalej się miotać i dreptać w miejscu, udawać, że nic się nie stało i obchodzić te wszystkie sprawy z przeszłości jak śmierdzące jajo. Jeżeli masz takie życzenie, to sobie z tym umrzyj, z tym kamieniem, co ci wrósł w serce. Dźwigaj go dalej, skoro nie umiesz sobie z tym poradzić… Ale nie wytrzymuję, tato uparcie patrzy w okno, na jego twarzy widać napięcie, przełykam ślinę.

– Tato, ja cię bardzo kocham, zawsze cię kochałam. I wiem, że zawsze chciałeś dla nas jak najlepiej, że dla naszej rodziny robiłeś wszystko, co mogłeś. Ale ja w moim wieku nie zamierzam już grać tej farsy i udawać, że Honza nie istnieje i nigdy nie istniał. Przyjmij to, jak chcesz. Dobranoc.

Jestem w łóżku, a w mojej głowie leżącej na poduszce panuje dziwny zamęt. Jakby ktoś potrząsnął szklaną kulą i wprawił w ruch płatki śniegu. Lampka na szafce się świeci, patrzę na swoją kartkę, na odptaszkowanego tatę, i myślę, że chyba wszystko wydawało mi się zbyt proste.

Rano w kuchni robię śniadanie, jakby nic się nie stało. Tato przykuśtykał o kulach, mówimy sobie dzień dobry, rysy już mu zmiękły, nawet z uśmiechem pyta, co będzie dzisiaj na obiad. Jest mi lżej na duszy, przy śniadaniu opowiadam, jak latem lubię chodzić w Rotterdamie na targ i co Frederikowi smakuje, i że robię dla niego sos pomidorowy i knedle z owocami.

– Chciałabym pójść do mamy na cmentarz – mówię.

– Autobus na wieś jeździ już tylko dwa razy dziennie, córciu. Rano i wieczorem.

– Nie szkodzi, i tak pomyślałam, że potrzebny nam będzie samochód. Chcę odwiedzić sporo osób, no i musimy jeździć z tobą do szpitala na kontrole. Tak będzie wygodniej.

– Nie mam pieniędzy na samochód.

– Kupimy na giełdzie, tyle mam.

Unosi kulę.

– Przecież w tym stanie nie mogę jeździć z tobą po giełdach.

– Auto mogę kupić sama, nie martw się.

– Ty? Kobieto, oszukają cię…

Po raz pierwszy naprawdę mnie rozśmieszył, o mało nie rozlałam kawy. Śmieję się z całego serca, on patrzy ze zdziwieniem.

– Tato, w Holandii to ja kupowałam auto, Frederik się do tego nie nadaje. Kupowałam też auto w Ameryce…

– W Ameryce? I gdzie jest ten samochód?

– W Nowym Jorku kupiłam starego chevroleta na spółkę z jedną dziewczyną. Potem wyruszyłyśmy nim na zachód, w końcu sprzedałyśmy go w San Diego, tamta potrzebowała kasę na bilet do domu, do Libanu.

Tato milczy, sprzątam ze stołu i szykuję dwie reklamówki, chcę zrobić zakupy.

– Samochód przyda się też na zakupy. Raz w tygodniu podjadę do supermarketu na przedmieściach, tam jest taniej.

Naciskam dzwonek przy furtce przed dwupiętrową willą w cichej dzielnicy. Odnowiony front, nowe ogrodzenie, zauważam, że brama jest na pilota. Milada pokazuje się w drzwiach i idzie chodniczkiem, żeby otworzyć mi furtkę. Obejmujemy się, długo się w siebie wpatrujemy.

– Świetnie wyglądasz – powtarza. – A ja, popatrz, jak przytyłam. Wiesz, siedzę non stop w kancelarii, do tego kupa problemów.

Wnętrze wydaje mi się inne niż kiedyś, siedzimy w salonie, gdzie dwadzieścia dwa lata temu oglądałyśmy relację austriackiej telewizji o wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Rodzice mieszkają na parterze, mówi Milada i przy kawie pokazuje mi albumy ze zdjęciami. Dwójka dzieci, wakacje nad morzem, rodzinne uroczystości. Po chwili już mnie to męczy, ale końca nie widać. Ukradkiem lustruję jej twarz, kiedy palcem pokazuje mi obrazki. Ciemne kręgi pod oczami, zmarszczki, bez makijażu, po domowemu. Praktyka adwokacka idzie dobrze, kupili parcelę i mieszkanie w centrum jako inwestycję, dla dzieci, kiedyś będzie jak znalazł. Mąż kandydował w ostatnich wyborach do rady miasta, córkę wysłali na rok do Ameryki na wymianę, ma czternaście lat. Muszę wstać i rozprostować kości, podchodzę do okna, wyglądam na ulicę. Nie spodziewała się, że kiedyś przyjadę, mówi coś o maturze i jak jeździła ze mną na wieś. Nagle milknie.

– Nie powinnam była poruszać tego tematu, prawda? Waszego domu już nie ma…

– Nic się nie stało, Milado.

Nie potrafi sobie tego wyobrazić, tak długo być poza krajem, ale dzieci pójdą w świat, muszą się otrzaskać, mówi, syn ma dwanaście lat i zdolności do języków, chcieliby, żeby studiował na jakimś uniwersytecie za granicą. Patrzę na nią, słucham trochę nieuważnie i tracę wątek. Lubię ją, ale czy to wciąż ta sama Milada? Gdzie są nasze dziewczyńskie sekrety? Co są dzisiaj warte? W końcu po chwili milczenia pyta, co u mnie.

– Razem z moim facetem prowadzimy hostel – mówię. – Już trzy lata. Na razie mi to odpowiada. Ciągle coś się dzieje, spotykasz ludzi z całego świata.

Pyta o Holandię, czy mam dzieci, co tam u rodziców. Nie wie o mamie. Jest zszokowana. Minęło trzynaście lat, jak to możliwe, że nie wie? Przeprasza. Głupia sprawa.

– Nie, no co ty, Milado. Skąd mogłaś wiedzieć.

Sprowadzam rozmowę na inne tory, Milada podchwytuje temat, znowu zaczyna gadać, a ja mam ochotę już się zmyć. Mam dobry pretekst.

– Lecę, muszę zrobić tacie obiad – rzucam. – Ale przyjechałam na miesiąc, możemy się jeszcze zobaczyć.

Przytakuje ochoczo. Na schodach przychodzi mi do głowy, że mogłabym ją zapytać o jakąś giełdę. Kiedy mówię, że chcę kupić używany samochód, łapie mnie za łokieć.

– Hano, weź mój wóz. Mamy dwa auta, to moje i tak stoi cały czas w garażu. Mąż kupił mi je dwa lata temu.

Na początku odmawiam, nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł, tak po prostu pożyczyć czyjeś auto.

– To bez sensu, żebyś na miesiąc kupowała auto na giełdzie. Najpierw musisz je zarejestrować, to potrwa, a potem znowu kłopot ze sprzedażą…

Czuję, że mówi serio i szczerze. Robi mi się ciepło na sercu, nie widziała mnie przecież tyle lat. Kiedy przynosi kluczyki i dokumenty, już się nie waham, biorę je.

– Jak ty to robisz, że wyglądasz tak dobrze? – pyta jeszcze na chodniku przed domem.

– Jem tylko ryby i warzywa – odpowiadam. – Mieszkamy niedaleko portu.

Z wizyty wracam małym niebieskim peugeotem, w środku jeszcze pachnie nowością, na liczniku ma pięć tysięcy kilometrów. Wyobrażam sobie, jak się tato zdziwi.

W niedzielę rano wiozę tatę na mszę. Kiedy po przeprowadzce ze wsi szukali z mamą kościoła tu w mieście, wybrali właśnie ten. Niedaleko szpitala, po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Słucham głośnego dźwięku organów, który wypełnia całą nawę, poddaję się mu. W drodze na parking tato chce dyskutować o mojej wierze. Łapię się na tym, że traktuję go protekcjonalnie, czasami przypomina małe dziecko, chociaż to on jest rodzicem, nikt tu nie ma wątpliwości co do swojej roli. Zatrzymuje się na środku chodnika. Bolą go ręce, to jego pierwsza taka daleka wyprawa o kulach. Proponuję, żeby poczekał, podjadę po niego, ale kręci głową. Patrzy na mnie, na jego twarzy widzę ból. Chyba nie tylko fizyczny.

– Nie udało mi się wychować was w wierze. Żadnego z moich dzieci.

– Ja zawsze w kościele odczuwałam strach, już od dziecka.

– Kiedy rozmawiamy o wierze, tylko krążymy wokół tematu, nie wydaje ci się?

– To tylko jeden z wielu moich strachów z dzieciństwa. Może to głupie, ale Honza pokazał mi, że…

– Gadanie – przerywa mi bezpardonowo, jak tylko wspomniałam o Honzie. – Niby co tam było takiego strasznego?

– Msza, te śpiewy, cmentarz za kościołem. I ta ciemność, i jeszcze ty, jak się kłóciliście z Honzą.

– Jasne, ja byłem ten tyran, ten despota, który was wszystkich dręczył. Po to przyjechałaś? Żebym to usłyszał od ciebie przed śmiercią?

Stoi wsparty na kulach, bezsilny, czerwony na twarzy. Ruszamy znowu, chód go męczy, koncentruje się na nim. Przez całą drogę do auta już się do siebie nie odzywamy.

W domu szykuję obiad, tato włącza tranzystor z niedzielną porcją orkiestry dętej z Czeskiego Radia. Po jedzeniu szybko zmywam naczynia i po chwili już zjeżdżam windą z ósmego piętra, wsiadam do auta i z rękoma na kierownicy zastanawiam się, dokąd pojechać najpierw. Na siedzeniu obok leży kartka z listą. Dwie pozycje mam już odfajkowane. Tato i Milada. Ale co to znaczy? Patrzę na listę i czuję się nieswojo. Inaczej sobie to wszystko wyobrażałam, prościej. Zdaje się, że to była głupota cokolwiek sobie wyobrażać, myślę i zapuszczam motor.

Tankuję na Hlubokiej, potem jadę do centrum i idę na kawę, stoliki i fotele stoją jeszcze na zewnątrz, jest dość ciepło i słonecznie. Pytam kelnera o doktor Brejchovą, ale chłopak ma dwadzieścia pięć lat, nie może jej znać. Potem chodzę po mieście, na jednym z budynków widzę mosiężne tabliczki z nazwiskami lekarzy, którzy mają prywatną praktykę, ale nie ma jej wśród nich. Nie wiem, gdzie miałabym jej szukać. Jest w takim wieku, że już mogłaby być na emeryturze.

Wjeżdżam w głęboki cień, po obu stronach szerokiej jezdni rozciąga się las, dawne tereny łowieckie. Kiedy auto wjeżdża na wzniesienie, na tle błękitu w oddali widzę potężne białe słupy pary. I nic więcej, horyzont jeszcze się nie ukazał, widok ograniczają las i brunatna linia pól. Potem już droga prowadzi w dół, czuję, że się zbliżam do doliny Wełtawy. Rzeki, która wie wszystko, mówię na głos. Jak teraz wygląda? Pamiętam ją sprzed jakichś dwudziestu lat, naszą piękną rzekę. Jaz koło kościoła, spiętrzenie wody przed młynem. Czuję lekkie zdenerwowanie. Wjeżdżam do wsi i parkuję pod kościołem. W pierwszej chwili mam wrażenie, że jestem zupełnie gdzie indziej, że przez pomyłkę zatrzymałam się w innej wsi. W głowie kłębią mi się obrazy i wizje z przeszłości. Placyk jest pusty, wydaje mi się taki mały. Tylko kościół Świętego Pawła przywraca mnie do rzeczywistości. Pokrycie dachu na wieży było kiedyś zielone, teraz jest rdzawe, odnowione. Rozglądam się, nie ma plebanii, widzę dwa budynki, których tu nie było, i jeszcze nową gospodę. Spoglądam na drugą stronę placyku i oddycham z ulgą – stara gospoda U Sladků też jest, niewiele się zmieniła. Słońce wisi nad koroną starej lipy, którą bardzo dobrze pamiętam. Wciąż jest ciepło, mam na sobie tylko dżinsy, podkoszulek i krótką bluzę do pasa. Przez niską furtkę wchodzę na cmentarz. Rodzinny grobowiec, tuż obok miejsca, w którym pochowani są babcia i dziadek. Na czarnym błyszczącym granicie dwa nazwiska. Jan Poříčný, 1939–1988. Božena Tomášková, 1941–1994. Kładę wiązankę, chciałabym zapalić znicz, ale nie mam zapałek ani zapalniczki. Oprócz mnie na cmentarzu nie ma nikogo. Myślę o mamie. Ciągle tylko pracowała i troszczyła się o innych, żeby nie myśleć o swojej duszy. To wszystko wydaje mi się tak odległe. Stoję przy grobie i nagle łapię się na myśli, że zaraz zrobię tych kilka kroków w stronę murku okalającego cmentarz, skąd rozciąga się widok na rzekę i część wsi. Jeszcze odwlekam tę chwilę, po czym ruszam ścieżką pomiędzy grobami, po lewej mam niski domek grabarzy, już stoję przy murze. Wychylam się i widzę kontener wypełniony zwiędłymi kwiatami, wieńcami, trawą. A w dole pod stromizną woda. Szeroka, rozlana rzeka. Na lewym brzegu, gdzie kiedyś stał nasz dom, a za nim szkoła, nie ma nic. Pusta przestrzeń, dwie przywiązane rybackie łódki. Na prawym brzegu widać otoczone płotami ogródki, przyczepę mieszkalną, kilka altanek czy jakichś szop. Młode drzewka. Zamarłam, muszę się oprzeć dłońmi o murek. Nie ma jazu, nie ma młyna ani spiętrzenia. Wszystko jest pod wodą. Oczy powoli oswajają się z tym widokiem, a wspomnienia, które przechowała moja pamięć, jakby się postrzępiły i ukryły za mgłą.

Wychodzę z cmentarza i idę w stronę wsi, mijam stare chałupy. U Máchów, za wysoką metalową bramą, w szczelinie pomiędzy słupkiem a odrzwiami mignęła chustka na głowie jakiejś kobiety, a przez sekundę również pomarszczona twarz. Przystaję mimo woli, mam wrażenie, że coś mi się przywidziało. Nigdzie żywego ducha. Idę do gospody, naciskam klamkę, zamknięte. Czy już nikogo tu nie spotkam, naprawdę nikogo? Spoglądam na zegarek, wpół do trzeciej. To dziwne uczucie nie opuszcza mnie aż do zakrętu na samym końcu wsi. Nagle widzę, że już nie mam dokąd iść, i znowu ta myśl, że wioska się jakoś skurczyła. Patrzę na rzekę, szeroka toń jest spokojna, stoję przed domem Konopków, a niżej, gdzie kiedyś stała chałupa wuja Vency, rozciąga się cicha zatoka. W tym miejscu rzeka jest najszersza. Myślę o Zdeńku, w głowie miga mi kilka obrazów sprzed wielu lat. Nagle słyszę skrzypnięcie furtki i z ogródka wychodzi mężczyzna w berecie, ma stary rozpięty płaszcz, na nogach gumiaki, pcha taczkę z suchymi badylami, liśćmi i jakimś zielskiem. Zaparło mi dech. Przez chwilę mierzymy się wzrokiem, ruszam w jego stronę, on wypuszcza z rąk taczkę. Spod beretu wystają włosy siwe jak popiół, na policzkach ma szczecinę, nie spuszcza mnie z oka i milczy. Zastanawiam się, czy mnie poznał.

– Dzień dobry, panie Konopka. To ja, Hana.

Pociąga nosem i gmera paluchami w brodzie.

– Nie poznaje mnie pan? Hana Tomášková.

– Poznaję – warczy. – Czego tu szukasz?

Uderza mnie ta niechęć w jego głosie.

– Pomyślałam, że zajrzę do Zdeńka, nie widzieliśmy się sto lat…

– Nie ma go w domu.

– A kiedy wróci z pracy?

– Z jakiej pracy? Jesteś głupia, czy co? Puszczają go do domu raz na miesiąc na sobotę i niedzielę.

– Panie Konopka, nie mieszkam w Czechach już piętnaście lat, o niczym nie wiem.

– Więcej tu nie przychodź, jesteś mu potrzebna jak zeszłoroczny śnieg. Trzy lata robiłaś mu wodę z mózgu, a teraz chcesz się z nim spotkać?

– Co pan mówi? Na miłość boską, to było piętnaście lat temu!

– No i co z tego? Ja cię bardzo dobrze pamiętam, szlajałaś się z każdym, w kościele cię człowiek nie widział, własnego ojca szkalowałaś przed całą wsią. A gdzie byłaś, kiedy chowali twoją matkę? Nawet ten wasz bandzior wtedy przyjechał!

– Co pan wygaduje?!

Chwyta taczkę, pcha ją obok rowu z zatęchłą wodą, potem wzdłuż płotu, widzę jego plecy, zaraz zniknie mi z oczu.

– Gdzie jest Zdeněk? Dlaczego nie mogę się z nim zobaczyć?

Nie odpowiada, przygarbiona, zwalista postać oddala się coraz bardziej, poły długiego płaszcza smagają go po łydkach. Stoję jak wrośnięta w ziemię, wszystko rozegrało się w ciągu kilku sekund, a teraz już nie mam dokąd iść, stoję obok tabliczki z przekreśloną na czerwono nazwą naszej wsi. Odwracam się, nikogo nie widzę, idę wolnym krokiem z powrotem w stronę zabudowań, a w głowie rozbrzmiewa mi ta rozmowa, odsłuchuję ją wbrew woli w kółko i na okrągło. Czegoś takiego się nie spodziewałaś, moja droga, prawda? Oczywiście, że nie, odpowiadam sobie w duchu. Gdybym wiedziała, że tutaj na moją głowę czeka taki kubeł zimnej wody, to nie skręciłabym na pagórku, tylko pojechałabym dalej w stronę elektrowni, gdzie przewodnik oprowadziłby mnie po wystawie na temat energetyki jądrowej. Wczoraj tato mówił, że przyjeżdżają tam całe wycieczki. Zbliżam się do przystanku autobusowego pod lipą, w zapuszczonym dwupiętrowym domu nie ma już sklepu, okna są zabite deskami. Grzebię w kieszeni w poszukiwaniu kluczyków od auta, gdy nagle dociera do mnie odgłos nadjeżdżającego ciągnika. Dźwięk się nasila, nie odwracam się, ale traktor z przyczepą zatrzymuje się obok mnie. Drzwiczki się otwierają, mężczyzna za kierownicą patrzy na mnie i lekko się uśmiecha. Jest dość otyły, twarz też ma nalaną, włosy w strąkach, potężne ciało opina zielony kombinezon.

– Tak mi się wydawało, że ten tyłek już kiedyś widziałem.

Szczerzy zęby w uśmiechu i wyłącza silnik.

– Czekaj, Chozé, czy to ty? Już myślałam, że nie spotkam tu nikogo znajomego.

Wspinam się do kabiny i siadam obok niego. Ciągnik jest wielki, nowoczesny, o olbrzymich kołach, ma taki sam kolor jak kombinezon kierowcy. Wewnątrz jest bardziej elegancko niż w moim pożyczonym peugeocie. Chozé zapala papierosa i opiera się łokciami o kierownicę.

– Ta granatowa dziewięćsetszóstka jest twoja, co nie?

Jest spokojny, rozmawia ze mną, jakbyśmy widzieli się przed tygodniem. Ja też trochę się rozluźniam, mam nadzieję, że to spotkanie będzie bardziej przyjemne.

– Ty już chyba w kilogramach dociągnąłeś do stówy, prawda?

– Możesz jeszcze trochę dodać. Za to ty chyba nic nie jesz, jesteś chuda jak kij od szczotki.

Badam wyraz jego twarzy. Na początku miałam wrażenie, że ucieszył się na mój widok. Teraz odczuwam jakiś dystans z jego strony i w oczach dostrzegam cień nieufności. Wie, że od lat mieszkam za granicą, nawet wie gdzie, co mnie zaskakuje. Podobno czasem widuje tatę, kiedy przyjeżdża tu na cmentarz. Opowiadam mu o spotkaniu z Konopką. Macha ręką.

– Z Konopki zawsze był dureń.

– Wuj mówił o nim to samo – przytakuję. – A co jest ze Zdeńkiem?

– Już ładnych pięć lat ma rentę inwalidzką, a ostatnio zamknęli go w psychiatryku.

Robi mi się dziwnie, czuję ucisk w okolicach żołądka, próbuję się ratować miarowym oddechem. Pytam, co u Chozégo, ale nie jest zbyt rozmowny. Ożenił się z dziewczyną z sąsiedniej wsi, mają dwoje dzieci, chłopak ma na imię Josef, po tacie, za rok idzie do szkoły.

– Jeszcze mi powiedz, co słychać u Anny?

– Nie wiem. Od lat jej nie widziałem. – Nagle głos mu się zmienia, patrzy mrocznie przed siebie. Z tej wysokości widzimy nawet krzyże za cmentarnym murem.

– A Olina? Wiesz coś o niej?

– Też ma dwoje dzieci. Zwykle spotykamy się tu w Zaduszki.

– Kiedy ich wysiedlili, pojechały z mamą gdzieś do bloków na błotach pod Zbudovem.

– Tak, niedaleko Vodňan. Ciągle tam mieszkają.

– A znasz jej męża?

– Ty też go znasz. – Patrzy na mnie spod zmrużonych powiek. Przełykam ślinę, czuję, co może oznaczać ten prowokujący uśmiech.

– Nie… Chcesz powiedzieć, że wyszła za… Petra?

– Tak, za Petra.

– Za Petra Hrazdila?

Kiwa głową i się uśmiecha, wydaje mi się, że złośliwie. Trochę mi się kręci w głowie od tego wszystkiego. Chozé mnie obserwuje, bawi go to.

– Kiedy przechodziłam obok Máchów, miałam wrażenie, że za płotem mignęła mi ich babcia, czy to w ogóle możliwe?

– Tak, w tym roku skończyła dziewięćdziesiąt dwa lata.

– Tak samo filowała za bramą, kiedy miałam siedemnaście lat. Chyba przez ćwierć wieku nie ruszyła się zza tej bramy na krok.

– Wszystkich nas przeżyje. Syna już przeżyła, wcale bym się nie zdziwił, gdyby przeżyła i córkę.

– Czekaj, Mácha, ten, co był w radzie narodowej, już nie żyje?

– Będzie ze trzy lata. Wykończył się.

Znowu stoję na ziemi. Przez wiejski placyk przebiegł pies, poza tym żadnego znaku życia. Traktor znów terkocze, Chozé wychyla się, żeby zamknąć drzwi kabiny.

– Chcę się zobaczyć z dziewczynami, z Anną i Oliną! – krzyczę do niego w górę. – Moglibyśmy się wszyscy spotkać U Sladků, co ty na to? Jak za dawnych czasów.

– Stary Sladek już nie ma gospody – krzyczy Chozé. – Oddał ją w dzierżawę jakimś nowym z Budziejowic.

Podkręca motor, macha na pożegnanie i rusza. Przyczepa za traktorem się kołysze, spada z niej kukurydza. Przez chwilę jeszcze za nim patrzę, przelatuje mi przez głowę, że nie zapytał o Honzę. Byli najlepszymi kumplami. Wsiadam do auta i ruszam z powrotem drogą na Budziejowice. Na wzniesieniu za wsią skręcam w leśną drogę i wysiadam. Ściskając w dłoni komórkę, przechodzę kawałek po miękkim runie i patrzę na korony wysokich świerków. Siadam pod drzewem i wciągam do płuc leśne powietrze. Zamykam oczy i mówię sobie, że te wycieczki w przeszłość chyba powinnam sobie dawkować w mniejszych porcjach. Naciskam klawisz z jedynką, pod którą jest zakodowany numer. Numer jeden to Frederik.

Kota 370,5

1983

– Co to był za chłopak? – zapytał wuj Venca, patrząc, jak się opycham babcinym gulaszem z ziemniakami. – Jakiś inteligencik, co? Okularki na nosie, bary jak wróbel stary…

– To Marek, kolega z budy, wujku. Jest dobry z matmy, tłumaczył mi coś.

– Aha. I po to przyjechał autobusem aż z Budziejowic?

– Przyjechał, i co z tego?

– Nie, nic. Tylko że Zdeněk to może zwyczajny chłopak ze wsi, ale zna się na swojej robocie, hoduje pszczoły, chodzi na ryby…

– Mówię, że Marek tylko mi pomaga w matmie, nic więcej.

Wuj Venca wykrzywił twarz w uśmiechu i dał mi spokój. Kasztanowe włosy nad czołem miał już przerzedzone i posiwiałe, ale za to starannie pielęgnował bujne bokobrody, które trochę go upodabniały do cesarza Franciszka Józefa. Wstał od stołu, koszula w kratę opinała mu piwny brzuch, zamiast paska nosił szelki. Podniósł stojący przy kuchni kosz i poszedł po drewno. Z sieni dobiegł mnie jeszcze jego głos:

– Przyszła Olina!

Olina przestępowała na dworze z nogi na nogę, nos jej poczerwieniał na mrozie, ale nie chciała wejść do środka. Car, czarny wilczur wuja, stał za siatką kojca i nie spuszczał nas z oka, gotów do spaceru. Wkrótce się zorientował, że tym razem nic z tego. Olina była rozemocjonowana i popędzała mnie.

– Hani, weź jakieś okulary, ten dżins jest strasznie gruby, igły się łamią i strzelają dookoła.

W niedopiętym palcie wbiegłam do pokoju, który wuj w swojej chałupie przeznaczył dla mnie i Honzy, i chwyciłam gogle brata. Leżały obok czerwonego kasku.

– O właśnie! – wykrzyknęła radośnie Olina. – Ja mam w domu okulary narciarskie!

– Ale musimy się pośpieszyć, Oli, Honza mnie zabije, jak zobaczy, że ruszałam jego rzeczy.

Szłyśmy szybko wzdłuż rzeki, Wełtawa w lutym była dziwnie szara, wydawało się też, że zimą płynie wolniej. Poszłyśmy na skróty, ścieżką pod górę. Owionął mnie znany zapach chałupy, w której Olina mieszkała z dziadkami i matką. Wewnątrz pachniało ziołami, lubiłam tę woń. Mama Oliny była w pracy, sprzedawała w wiejskim sklepiku. Przemknęłyśmy przez ciemną, wąską sień, nie natknęłyśmy się tam na nikogo, po czym zaszyłyśmy się w pokoiku zastawionym starymi meblami, była w nim też maszyna do szycia. Olina wyciągnęła z torby foliowej złożone dżinsy. Były nowiuteńkie, duży rozmiar, męskie, podobno przywiezione przez Węgry. Szwy na nogawkach były rozprute od kolan do samego dołu.

– Przyjedzie po nie dzisiaj koło siódmej! Ja chyba zwariuję… – paplała Olina i przysunęła mi krzesło po drugiej stronie stołu, na którym stała maszyna. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie, Olina włożyła plastikowe pomarańczowe okulary narciarskie, a ja gogle Honzy.

– Czy to ten Petr, z którym tańczyłaś w zeszłą sobotę na zabawie w Sedlicy? Wysoki, czarny?

– Tak, to on – pisnęła Olina. – Petr Hrazdil, ten metalowiec, ma takie długie, lekko kręcone włosy. Hani, trzymaj nogawkę, będziesz ją ciągnąć do siebie. Czujesz pod palcami, jaki twardy jest ten materiał? Ale nic się nie bój, mam zapasowe igły, całe opakowanie.

Maszyna desperacko warczała, ciągnęłam w swoją stronę sztywną jak deska nogawkę, nagle coś trzasnęło i było po igle. Olina zaklęła, wymieniła złamaną igłę i zaczęła się znowu znęcać nad urządzeniem. Robota szła powoli, ale kiedy sprawiłyśmy się z jedną nogawką, Olina się rozpromieniła. Ja się zaniepokoiłam.

– Nie za bardzo zwężamy?

– Właśnie tak ma być. Metalowcy chodzą w wąskich spodniach, całkiem obcisłych.

Zabrałyśmy się do drugiej nogawki i byłyśmy tak pochłonięte pracą, że nawet nie zauważyłyśmy, kiedy w drzwiach stanęła Anna. Z wiru pracy wyrwał nas dopiero wybuch śmiechu. Olina przerwała szycie i z irytacją spojrzała gdzieś ponad moim ramieniem. Odwróciłam się i zobaczyłam Annę, która zwijała się ze śmiechu.

– Czego rechoczesz? Nigdy nie widziałaś, jak się szyje na maszynie?

– Gdybyście siebie widziały! – Anna krztusiła się ze śmiechu i ocierała oczy.

– Lepiej nie podchodź bliżej, bo możesz dostać igłą – powiedziała Olina i uruchomiła maszynę. Po chwili kawałek igły wpadł z brzękiem pomiędzy kubki stojące na półce, a urządzenie jakiś czas warczało bezproduktywnie. Siedziałyśmy przy maszynie w dziwacznych okularach, przypominałyśmy nurków.

Olina przesunęła okulary na czubek głowy.

– Dziewczyny, on przyjdzie wieczorem – powiedziała z błyskiem w oku i sięgnęła do pudełka po nową igłę.

– Co tam u Chozégo? – zwróciłam się do Anny. W zeszłym tygodniu przyjechała z Żyliny, nie widziałyśmy się od tej pory.

– Dostał przepustkę na noc? – drążyła temat Olina. Anna skinęła głową.

– Byliście w hotelu?

– Yhm.

– Wszystko trzeba z ciebie wyciągać – burknęła Olina i zsunęła okulary na oczy.

– Wróci za parę tygodni – powiedziałam.

– Przedłużyli mu służbę o tydzień – odezwała się Anna. – Za tych siedem dni paki, co dostał w zeszłym roku na jesieni.

Olina się uśmiechnęła.

– Wtedy jak prysnął z koszar i przyjechał do ciebie? Jakie to romantyczne…

– Tak, Chozé to prawdziwy romantyk. – Anna uśmiechnęła się ironicznie.

– Dziewczyny, ja nie wytrzymam dwa lata bez Petra.

– A wy już ze sobą chodzicie? – zapytałam.

– No pewnie. Od tej zabawy.

– No i co, było coś?

– A żebyś wiedziała.

Zerknęłyśmy z Anną po sobie.

– Pomyślałam sobie, że jak na wiosnę będzie szedł do wojska, możemy zrobić ognisko tutaj u nas. Co z tego, że jest z innej wsi, prawda?

– Jasne, Oli – powiedziałam i naciągnęłam na oczy gogle Honzy. – A teraz bierz się do szycia, bo nie skończymy przed nocą.

***

Kiedy tato otworzył drzwi naszego pokoju, oboje jeszcze byliśmy zakopani w betach. Jego głos docierał do mnie z daleka, jakby ze szczekaczki we wsi leciał komunikat rady narodowej.

– Hej, młodzi, długo jeszcze będziecie się wylegiwać? A może tak by się wstało i czymś zajęło?

Otworzyłam jedno oko, drzwi się zamknęły. Honza przekręcił się w łóżku na drugi bok.

– Oto słowo Boże. Amen – zachrypiał zaspanym głosem i naciągnął kołdrę na głowę. Wiedziałam, że znowu nie zejdziemy się wszyscy przy śniadaniu, chociaż mama dzisiaj ma drugą zmianę, a tato w ten weekend nie pracuje. Na pewno już od rana robi coś w obejściu, a Honza tylko złapie kanapkę i od razu pójdzie do chałupy wuja. Człapałam korytarzem do łazienki i myślałam o tym, że jak zawsze świąteczne przedpołudnie szybko przeleci, ale za to popołudnie będzie się ciągnąć w nieskończoność.

W naszej kuchni znowu zapanowała pogrzebowa atmosfera, gęstniała i osiadała na wszystkim niczym szary pył. Było po obiedzie, przebierałam palcami w zlewie pełnym wody z płynem do mycia naczyń. Niedziela w pełnym rozkwicie, z tranzystora na kredensie przygrywała orkiestra dęta w leniwym, usypiającym tempie, koncert życzeń stacji Czeskie Budziejowice. Umpa-umpa, bum-cyk-cyk. Nie do wytrzymania. Zmywałam szybko, żeby jak najprędzej się stąd zwinąć. Mama siedziała przy oknie w odświętnym ubraniu, już gotowa do kościoła, i patrzyła na rzekę przez nagie gałęzie jabłoni w ogrodzie, w oczach miała to swoje wieczne znużenie. Od środy znowu źle się czuła. Z niewydolnością serca nie powinna tak ciężko pracować. Do tego jeszcze cukrzyca, coraz bardziej zaawansowana. Pani doktor Brejchová przyjeżdża do naszej wsi w każdą środę. Odpuszczę sobie szkołę i zajdę do niej, postanowiłam.

Tato siedział przy stole i milczał. Odkąd pamiętam, u nas zawsze wszyscy milczeli. Cisza, tylko ta orkiestra dęta z radia. Tato czasami rzucał okiem na kredens, gdzie tkwiła zatknięta za szybę koperta, którą w tym tygodniu przyniósł z rady narodowej. Zajrzałam do niej, kiedy oboje już się położyli, bo wiedziałam, że sami nic mi nie powiedzą. Miałam szesnaście lat i dla rodziców byłam dzieckiem, któremu nic do takich rzeczy.

Pismo, sądząc po dacie, do rady narodowej przyszło już w lutym. Był to wniosek przedsiębiorstwa Energoinvest Praha o „udostępnienie działek położonych na terenie naszej gminy w celu przeprowadzenia prac badawczych i pomiarowych”. Tak właśnie brzmiało to zdanie. Wieczorem następnego dnia od razu zapytałam o to tatę. Najpierw udawał Greka. Przecież od pół roku huczy o tym cała wieś, myślisz, że jestem głucha? Tego jednak nie powiedziałam głośno.

– W Temelínie będą budować elektrownię atomową, a w Hněvkovicach zaporę. Woda z zalewu ma chłodzić reaktor jądrowy.

Westchnął. W radzie narodowej reprezentował ludowców, sam jeden, cała reszta to komuniści. Zapytałam, co teraz będzie. Wzruszył ramionami.

Ostatnimi laty ksiądz przyjeżdżał do nas na mszę dopiero o pierwszej, był z innej wsi, nasza plebania od lat stała pusta. Tato już nawet mnie nie pytał, czy pójdę z nimi. Ksiądz był w porządku, ale ostatnio coraz trudniej było mi przetrwać całą mszę. Dawniej zawsze po nabożeństwie jeszcze rozmawialiśmy z księdzem, wystawaliśmy z nim i tatą przed kościołem, dopiero potem wsiadał do auta i odjeżdżał do następnego wiejskiego kościółka. Teraz tylko przekazywał przez tatę, że mnie pozdrawia i czeka na mnie następnym razem.

Przypomniałam sobie pewien niedzielny ranek, pół roku temu, jakoś tak jesienią. Byliśmy z Honzą w naszym pokoju. Tato nagle otworzył drzwi właśnie w tej chwili, kiedy mój brat oświadczył, że już nikt go nie zobaczy, jak klęczy w kościele i modli się: Boże wszechmogący, zmiłuj się nade mną. Tato to usłyszał. Struchlałam, miałam wrażenie, że ja też jestem winna, tylko przez to, że tam byłam. Nie mogłam słowa z siebie wykrztusić, a mój niepokorny brat spokojnie wyminął tatę w drzwiach i wyszedł. Bałam się reakcji taty, ale Honza w ogóle się nie przejął. A może się przejął, tylko umiał pokonać strach.

Tato nigdy mu tego nie zapomniał, byłam tego pewna. Patrzyłam na jego przygnębioną twarz, kiedy zakładał swój znoszony prochowiec, w którym od lat jeździł autobusem do pracy. Mama zapięła na bluzce czarny sweterek robiony na drutach, na to włożyła płaszcz trzy czwarte, po czym wyszli razem na mszę. Tato jeszcze spojrzał za siebie, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale tylko skierował wzrok na podłogę, szybko się odwrócił i oboje zniknęli za drzwiami. Wiedział, że pójdę do wuja Vency i że Honza już tam jest. Jeszcze przez chwilę siedziałam przy stole i myślałam o mamie. Dlaczego nie chce o tym rozmawiać. Dlaczego nigdy o niczym nie chce rozmawiać.

Zamknęłam drzwi na klucz i stanęłam na palcach, żeby sięgnąć do parapetu okienka, gdzie zostawialiśmy klucz. Zeszłam nad rzekę drogą biegnącą jarem pomiędzy polami. Chałupa wuja była oddalona o jakieś trzysta metrów od naszego domu, z biegiem rzeki, bliżej wody. W ogrodzie stała jeszcze spora drewniana szopa, w której wuj miał warsztat, a w lecie zlewał miód, i psia buda ogrodzona drucianą siatką, w sadzie stały kolorowe ule. Jedna izba w chałupie wuja była nasza, moja i Honzy. Mieliśmy tam magnetofon kupiony ze wspólnych oszczędności. Honza w kółko puszczał Pink Floyd i Dire Straits, kasety miał starannie opisane wyćwiczonym pismem technicznym.

Od rzeki nadciągały wilgotne powiewy rześkiego powietrza, miałam na sobie sweter i krótką kurtkę, którą przedtem nosiła mama. Myślałam o tej ciszy w naszej kuchni, o liście, który tato znów odchoruje. To było już drugie takie pismo. O pierwszym, które przyszło w zeszłym roku, powiedział mi Chozé, jego tato był wiceprzewodniczącym naszej rady narodowej. Było to ogłoszenie o zakazie prowadzenia prac budowlanych w naszej gminie. Chozé powiedział, że takie pismo dostały wszystkie wsie w okolicach Temelína. W jednej z nich mieszkał Petr, który chodził z Oliną. Wielu mieszkańców tych wsi miało rozgrzebane budowy. Ten zakaz wszystkich zaskoczył. Nikt nie wiedział, na co się zanosi…

Honza klęczał koło czerwonego motoroweru i szmatką czyścił silnik, włożył gruby wełniany sweter, na szyi zawiązał bandankę, jasne falujące włosy miał dawno niestrzyżone, już mu zakrywały uszy i kark. Ze słoika po ogórkach dolatywał smród benzyny.

– Wybierasz się gdzieś? W tym zimnie?

– Siostra, ale z ciebie kretynka.

Nawet nie podniósł głowy.

– Przymarzną ci łapy do kierownicy.

– Chcę go opylić, muszę go trochę odpicować – powiedział Honza, przyglądając się z zadowoleniem wypucowanej pokrywie silnika i błyszczącym czerwonym blachom.

– Przecież nie jest twój, tylko wuja.

– Nie twój interes.

Nie miałam ochoty kłócić się z nim o głupoty.

– Honzo, czytałeś to pismo, które przyniósł tato?

– Nie – odpowiedział, nadal odwrócony do mnie plecami. Obeszłam motorower stojący na podpórce i pochyliłam się, żeby spojrzeć mu w twarz.

– Nie interesuje cię to?

– Niby co?

– Jak to co? Podobno mają zalać pół wsi. Przez zaporę. Przez elektrownię atomową.

– No to przez zaporę czy przez elektrownię?

– Zbudują zaporę, bo w elektrowni będzie reaktor, który trzeba chłodzić wodą z zalewu…

Kiwał głową z niezwykle poważną miną, więc od razu się zorientowałam, że robi ze mnie głupka. Zostawiłam go i ruszyłam po żółtobrązowej zeszłorocznej trawie ku drzwiom werandy, weszłam do sieni, przemknęłam cicho koło kuchni. Było popołudnie, o tej porze wuj zawsze drzemał na leżance pod oknem, a babcia była w kościele.

Wślizgnęłam się do pokoju i włączyłam magnetofon, przekręciłam pokrętło volume, żeby ściszyć muzykę, podeszłam do okna, gdzie było krzesło i stolik, przy którym się uczyłam albo coś pisałam. Z okna widziałam ogród i rzekę, na drugim brzegu była łąka, dalej las, tam kończyła się wieś. Sięgnęłam po materiał, którym była przykryta maszyna do pisania, i nagle zamarłam ze szmatką w ręce. Ogarnęła mnie wściekłość, nabrałam powietrza, wypadłam na werandę i pognałam po schodkach w dół.

– Co to ma znaczyć?! – rozdarłam się na Honzę, aż się wzdrygnął. Z całej siły palnęłam go w plecy. Wstał, a kiedy się odwrócił, zaczęłam go okładać pięściami po brzuchu. Napiął mięśnie wyrobione w szkolnej siłowni. Często przed snem chwalił się bicepsami i kształtnie wyrzeźbionymi mięśniami na torsie i brzuchu. Boksowałam go przez sweter, aż zabolały mnie kłykcie, wtedy chwycił mnie za nadgarstki i wykręcił mi ręce do tyłu.

– Zwariowałaś? – zasyczał mi do ucha, a ja wiłam się, wierzgałam i kopałam go piętami po goleniach, wreszcie mocno mnie odepchnął, żebym się wreszcie odczepiła. Upadłam na trawę, dłońmi amortyzując upadek, natychmiast się podniosłam i znowu się na niego rzuciłam. Wpatrywaliśmy się w siebie zadyszani po tej bijatyce.

– Kretynie, co ty zrobiłeś? – wrzasnęłam.

– Siostra, odwaliło ci?

– Zniszczyłeś moją maszynę do pisania!

– Uspokój się! Tylko ją upiększyłem.

– Ma być taka jak przedtem! Rozumiesz?

– Przestań się wygłupiać, dopiero teraz masz porządną maszynę, ona zrobi z ciebie pisarkę. Sama zobaczysz, miłosne listy do Zdeńka będą ci się pisać same…

– Świnia!

Odwróciłam się i ruszyłam w stronę domu ogarnięta poczuciem bezsilności. Słyszałam śmiech Honzy, cedziłam przez zęby najgorsze przekleństwa. Usiadłam przy stoliku i omiotłam wzrokiem ten efekt wandalizmu. Mój wspaniały beżowy consul, prezent od wuja Vency na koniec ósmej klasy za dobre świadectwo, był obklejony ze wszystkich stron samoprzylepną taśmą w czerwono-białą szachownicę i upstrzony nalepkami z markami samochodów i różnych olejów silnikowych, Castrol, Mogul, Shell… Chciało mi się płakać, więc przykryłam to wszystko obrębioną szmatką, wyłączyłam magnetofon, a na podwórku nawet nie spojrzałam na Honzę. Przeszłam przez sad, przelazłam przez płot i wspięłam się kawałek pod górę do sąsiedniej chałupy. Stała wysoko na zboczu ponad rzeką, miała spadzisty dach pokryty starymi dachówkami, z komina, który nieco się chylił na jedną stronę, leciał dym. Zaskrobałam w szybę, po chwili firanka się poruszyła i Zdeněk mi pomachał. Pospacerowałam trochę pomiędzy drzewami w ogrodzie, potem przysiadłam na brzegu studni, było mi zimno w tyłek od okrągłej betonowej pokrywy, obtłuczona niebieska pompa też była zimna. Zdeněk pojawił się w odświętnym, wyprasowanym kombinezonie, pod granatową bluzą miał sweter, na nogach buty robocze, te nowsze, które zakładał na lepsze okazje.

Wróciliśmy szosą kawałek w stronę wsi, potem znowu zeszliśmy do rzeki i trzymając się za ręce, ruszyliśmy w górę jej nurtu, w stronę szkoły. Dzisiaj nie przyniosłam Zdeńkowi żadnego liściku wystukanego na śnieżnobiałym papierze. Usiedliśmy na brzegu i grzaliśmy się nawzajem w podmuchach ostrego wiatru, który ślizgał się po powierzchni Wełtawy.

– Jak się czuje mama? – zapytałam.

– Dzisiaj nawet nie poszła do kościoła – odpowiedział. Zwrócił się w moją stronę, przesunęłam palcem po jego czarnej brwi, miał piękne, długie, ciemne rzęsy, które na jego bladej twarzy od razu rzucały się w oczy, razem z jasnoniebieskimi tęczówkami. Poczułam w ustach jego język, na policzku ostry czubek nosa, pod powiekami miałam ciemność usianą świetlistymi nitkami i białymi płatkami, które mnożyły się, kiedy mocniej zaciskałam powieki. Szczupłe, blade palce z równo przyciętymi paznokciami, szorstkie dłonie, z których nie dało się zmyć oleju i smaru, gładziły mnie pod swetrem.

Na powierzchni rzeki unosiły się delikatne kłęby trującej piany, którą odprowadzała do Wełtawy papiernia w Větřní koło Krumlova. Potem przeniosłam wzrok na budynek szkoły. Delikatnie oswobodziłam się z objęć Zdeńka.

– Podobno szkoła nie dostanie już pieniędzy na remont – odezwałam się cicho.

– To jeszcze nie musi nic znaczyć – wzruszył ramionami Zdeněk.

– Olina mówi, że Petr chce w swojej wsi zorganizować jeszcze jedno zebranie, żeby się ludzie zeszli i wyraźnie powiedzieli, że nie zgadzają się na elektrownię.

– Oni są tam na miejscu, ale my jesteśmy siedem kilometrów dalej. Nas to ominie – powiedział Zdeněk nieoczekiwanie słabym głosem.

– Ale jeżeli to prawda, z tą zaporą w Hněvkovicach, to przecież woda podejdzie i do nas…

Milczał. Rzucaliśmy do rzeki kamyki, Zdeněk stał przy samym brzegu, woda co rusz omywała mu czubki butów. Na tle bezbarwnie szarzejącego nieba uwydatniały się jego czarne włosy okalające blade czoło. Znowu ogarnęło mnie to samo rozbrajające wrażenie, mieszanina dziwnej bezbronności, czystości i słodko zabarwionego smutku, którego często doświadczałam w jego obecności.

– W przyszłą sobotę w Plástovicach jest zabawa, będą grać Parkány – rzuciłam. Wciąż patrzył na wodę. Kurtkę od kombinezonu miał zapiętą pod samą szyję, kołnierz podniesiony.

– Pomyślałam, że moglibyśmy pójść…

Wstałam i podeszłam do niego, pachniał pastą do zmywania smarów czy jakimś tanim mydłem, które dostawali w warsztacie. Chciałam go przynajmniej objąć.

***

Siedziałam w poczekalni, w końcu wyszła z niej ostatnia babcia, wtedy zapukałam do drzwi, z których odpadał stary brudnobiały lakier. Pani doktor siedziała za biurkiem i porządkowała karty pacjentów. Do nas na wieś przyjeżdżała zazwyczaj bez pielęgniarki, rękawy białego fartucha miała zawinięte, jej szczupłe przedramiona były blade, paznokcie pomalowane krwistoczerwonym lakierem. Blond włosy, makijaż. Nie wyglądała na swoje czterdzieści dwa lata. Wiedziałam to od mamy, były z tego samego rocznika.

Odwróciła się w moją stronę na sfatygowanym metalowym krześle z oparciem. Uśmiechnęła się, jej uśmiech zdradzał zmęczenie, może nawet smutek. Gabinet został urządzony przed piętnastu laty w jednym z dużych pomieszczeń państwowego budynku, już dopominał się o malowanie. Kąty poczerniałe, w rogu kaflowy piec, zdezelowane biurko, leżanka z pożółkłym obiciem i jedna oszklona szafka na leki, szaroniebieskie, miejscami wytarte linoleum na podłodze. To było całe wyposażenie tego siermiężnego pomieszczenia. Pani doktor przyjemnie kontrastowała z tym otoczeniem, założyła nogę na nogę, zapaliła papierosa, zaciągnęła się, odchyliła głowę i dmuchnęła dymem w stronę sufitu.

– Co tam słychać, Hanko? – powiedziała z uśmiechem.

Wzruszyłam ramionami. Za oknem wiatr uginał korony jarzębin na wiejskim placyku, stukał nimi w szyby i grał na przerdzewiałych rynnach. Zaczęłam mówić o mamie i jej cukrzycy, a skończyłam na Zdeńku, nie wiedziałam, co dalej, na dworze wiatr głośno świstał, niczym organy w kościele, dach pobrzękiwał, a na dole w bramie łomotały niedomknięte drzwi.

– Nie musisz się wstydzić, prawda? – odezwała się, a ja poczułam, że krew zalewa mi twarz. Nagle rozległ się dzwonek telefonu.

– Brejchová – powiedziała do słuchawki aksamitnym głosem, który lubiłam. W wielkim szkolnym brulionie o sfatygowanych okładkach zapisywała zgłoszenia pacjentów. Odnosiłam wrażenie, że jej ruchy są harmonijne, oszczędne i że tego, co robi, nie da się wykonać lepiej. Odłożyła słuchawkę, zamknęła zeszyt i spojrzała na mnie.

– O czym to mówiłyśmy? A, ten twój Zdeněk. No więc to się nazywa stulejka. Stulejka wrodzona. Powinien był zająć się tym lekarz, który przyjeżdżał tu przede mną. Ale teraz to już nie ma znaczenia.

– Ja go bardzo kocham…

– To świetnie – powiedziała z uśmiechem. – Phimosis. Może to brzmi groźnie, ale na pewno na to się nie umiera.

Wydawało mi się, że puściła do mnie oko. Uciekłam wzrokiem, spojrzałam na ścianę, potem na podłogę.

– O wiele gorzej jest z matką Zdeńka – powiedziała lekarka. – Nie obejdzie się bez specjalistycznego leczenia.

– Czy to jest dziedziczne, pani doktor?

– Co masz na myśli? Chorobę Zdeńka czy jego mamy?

Do naszej rozmowy wdarł się dźwięk klaksonu. Podjechało jakieś auto. Lekarka odłożyła papierosa na skraj stołu i powoli podeszła do okna.

– Dzisiaj mam transport. – Odsunęła pożółkłą zasłonkę i zdawkowo pomachała w stronę auta. Przez chwilę spoglądała w dół, po czym gestem dała mi znać, żebym rzuciła okiem. Wokół ciemnej škody 100 MB przechadzał się mężczyzna w ciemnym swetrze, miał krótkie kasztanowe włosy, palił, obszedł auto i kopnął każdą oponę, po czym czubkiem buta sprawdził rurę wydechową. Stałyśmy obok siebie za zasłonką i patrzyłyśmy w dół na placyk, czułam jej zapach, mieszaninę nikotyny i perfum o wyraźnej nucie.

– To jest ten, z którym teraz kręcę – powiedziała i spojrzała na mnie. – Jak ci się podoba?

Znowu poczułam, że krew napływa mi do twarzy, i nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Coś jeszcze, Hanko?

– Nie chcę pani zatrzymywać…

Machnęła ręką w kierunku okna.

– Poczeka.

Zaczęłam mówić, przełamując opór, jej spojrzenie dodawało mi otuchy.

– Ja tatę bardzo kocham, ale dlaczego tak się boi? Podobno mają nam zalać pół wsi, nasz dom stoi niedaleko rzeki, a chałupa wuja prawie na samym brzegu.

Zapaliła jeszcze jednego papierosa i wysłuchiwała moich żalów i skarg pod adresem całego świata.

– Ja bym chciała coś zrobić, a nie tylko się bać, jak tato…

– Hano…

W głosie lekarki zabrzmiała karcąca nuta. Podniosłam na nią wzrok. Moje rozgoryczenie przyjmowała z wyrozumiałością. Przez chwilę szukała odpowiednich słów.

– Telepię się po tych wsiach już piętnaście lat i przez ten czas nasłuchałam się od ludzi różnych rzeczy. Znam twojego tatę i wiem, co się mówi o tym, jak w latach pięćdziesiątych załatwili jego rodzinę. Pewnych rzeczy nie miałabym mu za złe.

Patrzyła na mnie, na to zmieszanie, jakie malowało się na mojej twarzy. Trochę się zawstydziłam. Wyciągnęła rękę i z uśmiechem zacisnęła dłoń na moim udzie nad kolanem.

– Jesteś jeszcze taka młoda…

Wstała, wzięła ze stołu torbę i klucze. Schodziłyśmy razem po schodach, od strony korytarza zawiewało chłodem, w ciemnej bramie poniewierały się porozrzucane opakowania i patyczki od lodów.

– Powiedz mamie, żeby w przyszłą środę przyszła na kontrolę. Ale na pewno!

***

– Siostra, ale z ciebie kretynka – powiedział Honza, zajrzawszy mi przez ramię. Siedziałam przy maszynie do pisania od wuja Vency. Na wkręconej kartce wystukałam trzy słowa. Nic więcej. Odwróciłam się do Honzy. Wolnym krokiem podszedł do tapczanu w rogu pokoju, zwalił się na niego i oparł plecami o ścianę.

Wpatrywałam się w białą kartkę. Te trzy imiona to byłyśmy my, trzy Gracje, jak mówił na nas wuj. Anna, Olina, Hana.

– A ja naprawdę myślałem, że będzie z ciebie pisarka – powiedział Honza.

– Może będzie…

– Musiałabyś w końcu coś napisać.

Roześmiał się za moimi plecami, a ja dalej wpatrywałam się w czystą kartkę i miałam wrażenie, że już jest tam zapisane wszystko o nas trzech, chociaż były tylko trzy słowa. Z podpartą głową siedziałam nad klawiaturą i powtarzałam w myślach słowo Anna. Za każdym razem wydawało się trochę inne, raz miękkie, jakby z niezapominajek, raz chłodne i dźwięczne. Miałam przed oczami Annę – krótkie włosy, dość duży nos, chudzielec, waga musza. Wydawała się krucha i delikatna, ale to tylko pozory. Była najstarsza, miała już siedemnaście lat. Z nas trzech najmniej się odzywała, a w szkole miała najdłuższe przezwisko, jakie w życiu słyszałam: „Od świętej Anki zimne wieczory i ranki”. Ktoś kiedyś tak o niej powiedział, kiedy nie było jej w klasie, i wszystkich to rozbawiło. Pasowało do Anny, ale mało komu chciało się zwracać do niej w ten sposób. Co innego Olina – to imię brzmiało zupełnie inaczej, ona też była inna. Niższa, ale bardziej przebojowa, kasztanowe włosy ściągnięte gumką w kitkę, do szkoły na drugie śniadanie przynosiła dwie pajdy chleba z masłem, a przede wszystkim była mocna w gębie. Niepisana przywódczyni naszej trójki. We wrześniu 1973 roku do pierwszej klasy naszej wiejskiej podstawówki, gdzie w jednej salce uczyły się dzieci z kilku roczników, przyszły tylko trzy dziewczyny – właśnie my. I to jedynie dlatego, że Anna była z września i poszła do szkoły o rok później.

– Hani, poczytasz mi? – zapytał Honza. Wiedziałam co. Uwielbiał Haška, w ten sposób już kilka razy przeczytaliśmy razem u wuja całego Szwejka. Książka się rozlatywała, wypadały z niej kartki, śmieciowe wydanie, jak mówił Honza. Była stąd, z chałupy wuja na brzegu Wełtawy. W naszym domu była inna powieść: Jan Cimbura Jindřicha Šimona Baara. Święta książka naszego taty. Pamiątka po jego ojcu, przywiózł ją z północy kraju, kiedy dziadek umarł. Była w doskonałym stanie, obłożona w woskowany papier, nie wolno było po nią sięgać brudnymi rękoma. Wiesz, ile miał na głowie taki sołtys we wsi? – mawiał tato. – Dziś już nie ma sołtysów, mamy przewodniczącego gminnej rady narodowej… Zawsze wtedy wykrzywiał twarz w uśmiechu, a ja i mama wiedziałyśmy, że ma na myśli Máchę.

Usadowiliśmy się z Honzą na tapczanie, jak zawsze naprzeciwko siebie. Czytałam i wiedziałam, że brat na mnie patrzy i chłonie moje słowa, czekałam na jego cudowne wybuchy śmiechu. Było dla mnie oczywiste, że przed kolegami Honza nigdy by nie przyznał, że uwielbia, jak jego młodsza siostra czyta mu na głos książki. Sam był na to zbyt leniwy, a notatki z lektur, które musiał przygotować do matury w budowlance, ja za niego napisałam.

– Siostra… – szturchnął mnie stopą. Czasami myliłam się w czytaniu, kiedy myślałam o innych rzeczach. Niespodziewanie ogarnął mnie lęk, sama nie wiem dlaczego, ale uświadomiłam sobie, że Honza niedługo opuści nasz dom. Mój brat chyba usłyszał coś w moim głosie, już więcej się nie zaśmiał. Jego niebieskie oczy nagle wydały mi się poważne, a może smutne.

– Honzo, co wiesz o naszych dziadkach z północy?

– Umarli, kiedy byliśmy mali.

– Tato ci coś opowiadał?

– Stary już dawno ze mną nie gada.

– Ja wiem, jak to było. W latach pięćdziesiątych wyrzucili ich z gospodarstwa. Tatę i obie nasze ciotki. Wtedy byli jeszcze dziećmi. Mówiła mi o tym stara pani Procházková.

– To po co pytasz, skoro wiesz?

– Ojciec nigdy o tym ze mną nie rozmawiał.

– Wiesz, jak jest. Akurat stary ci będzie coś opowiadał, żebyś potem wszystko wypaplała w szkole i narobiła mu kłopotów.

– Dlaczego ciągle mówisz „stary”? To przecież nasz tato.

– Oj dobra, siostra.

Bez słowa wstał i wyszedł. Poczułam dziwny ucisk w gardle i ogarnęło mnie przeczucie, że niedługo nic już nie będzie takie jak teraz.

***

Zadzwonił budzik nastawiony na kwadrans po trzeciej, który w tajemnicy wyniosłam z sypialni rodziców, kiedy mamie udało się usnąć. Poderwałam się i natychmiast wcisnęłam guzik, wszystkie wydarzenia wczorajszego wieczora natychmiast do mnie powróciły. Otuliłam się kołdrą, żeby jeszcze chwilkę poleżeć w cieple. Honza w łóżku po drugiej stronie przewrócił się na drugi bok. Mógł sobie spać do woli, była sobota. Wydawało mi się, że przysnęłam tylko na moment, ale w tym czasie wskazówka budzika przesunęła się niemal o pół godziny. Jak sparaliżowana wygrzebałam się z łóżka, prosto w chłód pomieszczenia, i poczłapałam do sypialni rodziców. Ostrożnie uchyliłam drzwi. Spali, mama leżała na wznak, twarz miała zastygłą w skurczu. Zasnęła dobrze po północy. Nie chciała, żebyśmy wezwali pogotowie. Stałam w łazience nad umywalką i zimną wodą, która spływała mi na dłonie, obmywałam twarz. W oczach piasek, piekące poczucie niewyspania. Założyłam stare, wytarte dżinsy, podkoszulek, spraną bluzę, na to mamy sweter. Ranek był chłodny, rzuciłam okiem na rzekę, od wody sunął zimny opar. Na podwórku pod daszkiem stał rower oparty o ścianę, wyprowadziłam go na drogę, po czym zaczęłam pedałować pod górę jak szalona, chociaż i tak nie mogłam nadrobić spóźnienia. Na asfaltówce jechało mi się szybciej. Niby już zaczęła się wiosna, ale o czwartej rano jeszcze musiałam się przebijać przez lodowatą mgłę, trzęsąc się z zimna. Nigdzie żywej duszy, nawet na poczcie jeszcze się nie świeciło. Na placyku jedna latarnia, przy zakręcie druga, przekreślona nazwa wsi na blaszanej tablicy. Za wsią już trochę się rozgrzałam jazdą, potem po polnej drodze szło mi gorzej, ale przynajmniej całkiem się obudziłam.

Z oddali słyszałam warkot pompy próżniowej. Smród obór i skondensowane w nich ciepło docierało aż tutaj, na drogę. Przed otwartą bramą nieśpiesznie krztusił się silnik traktora, miał otwarte, odchylone do tyłu drzwiczki, za kierownicą nikt nie siedział. Kiedy weszłam do środka, krowy jak na komendę odwróciły łby, te, co jeszcze leżały, zaczynały się podnosić, najpierw prostowały tylne nogi, opierając się na przednich, a łańcuchy otaczające ich karki poruszały się z chrzęstem. Żłoby już były wyczyszczone, również w prawym rzędzie, za który odpowiadała mama. W kanciapie, gdzie stały wąskie metalowe szafki i rozchwierutany stół, już paliło się światło, była tam pani Procházková. Zakładała granatowy fartuch, przywitałyśmy się w drzwiach.

– Mama znowu źle się czuje – powiedziałam, żeby usprawiedliwić swoją obecność, tamta skinęła głową.

– Skopčák jest za oborą? – krzyknęłam jeszcze za nią, zanim zniknęła z widłami w ręce w korytarzu pomiędzy dwoma rzędami brunatnych i łaciatych krów. Poczułam suchość w ustach.

Wyszłam bocznymi drzwiami z biura, jak podniośle nazywano szatnię. Oprócz paru krzeseł był w niej jeszcze stół, na którym stało pudło z kartami krów, wypełniał je weterynarz albo zootechnik. Z sufitu zwisały lepy czarne od much. Szłam wzdłuż zarośniętych szczawiem ścian obory, pomiędzy suchymi źdźbłami zeszłorocznej trawy tu i ówdzie zieleniły się już młode pędy. Na końcu pod daszkiem stała otwarta przyczepa do traktora o zdezelowanych, pospinanych łańcuchami ścianach. Z przodu, od strony dyszla, była już załadowana obornikiem, który spadał z pasa transmisyjnego, ale tylna część wciąż była pusta. Ledwie zdążyłam westchnąć w duchu, że ta robota czeka na mnie, a już w świetle huśtającej się pod dachem żarówki pojawiła się zarośnięta, rozczochrana głowa. Skopčák, pięćdziesięcioletni chłop o rudawych, niestrzyżonych włosach, w samym tylko przepoconym, brudnym podkoszulku bez rękawów, opinającym potężne brzuszysko, wykrzywił się do mnie w uśmiechu i palcem wskazującym prawej ręki postukał w szkiełko zegarka na lewym przegubie.

– Czołem, Hanino. Chłopak cię nie chciał wypuścić z łóżka, co?

– Dobry… – odpowiedziałam niewyraźnie.

– No to co, do roboty?

Skinęłam głową i oboje naparliśmy mocno na pochyły podajnik z pasem transmisyjnym. Miał dwa niewielkie koła, przetaczaliśmy go razem w stronę pustej części platformy. Podajnik przesuwał się w nierównym tempie, z każdym wstrząsem z góry spadały szczury, które kryły się w jego konstrukcji, a po wylądowaniu na betonie natychmiast rozbiegały się po kątach, znikały w słomie i pomiędzy kępkami kiełkującej trawy. Potężne ramię Skopčáka stykało się z moim, czułam jego cuchnący pot i oddech przesiąknięty mieszaniną smrodu papierosów i zapachu porannej kawy. Dopchaliśmy podajnik nad pusty tył przyczepy, Skopčák wsiadł do kabiny ciągnika. Wróciłam do obory po metalowe grabie i zaczęłam wymiatać z boksów obornik do kanału, pomiędzy łopatki mechanicznego zgarniacza. Potem razem z panią Procházkovą załadowałyśmy wózek śrutą zbożową, ja pchałam go korytarzem pomiędzy krowimi łbami, a ona czerpakiem sypała paszę do żłobów. Krasule zgarniały ją długimi jęzorami, pyski miały oprószone zbożowym pyłem. Przed wrotami obory już świeciły w naszą stronę elektryczne oczy traktora, z kabiny, w której siedział Skopčák, ulatywał papierosowy dym.

Później razem z Procházkovą wzięłyśmy bańki, dojarki i wiadra z gorącą wodą, i zaczęłyśmy doić, każda w swoim rzędzie, ona obsługiwała trzy dojarki, ja tylko dwie. Spoglądałam na czarne tabliczki wiszące nad krowimi zadami, na uwagi, które mama zapisała kredą. Którą krowę można doić, która jest zasuszona, a która ma zapalenie. Wstawałam od krowich wymion i prostowałam plecy, pani Procházková z drugiej strony czasami coś do mnie krzyczała ponad grzbietami stojących krów. Od czasu do czasu zerkałam na zegarek, który miałam w kieszeni. Już zaczynałam być głodna i chciało mi się pić.

Około ósmej usiedliśmy przy stole w biurze i wyjęliśmy kanapki. Skopčák odkrawał plastry kiełbasy, maczał je w słoiku z musztardą, zagryzał chlebem i zapijał wodą sodową z butelki, brodę miał całą w okruchach, jednocześnie kręcił gałką małego poobijanego tranzystora. Postawił radio na stole.

– Podobno już to przyszło do rady narodowej? – wypowiedział ni to pytanie, ni to stwierdzenie, które zabrzmiało na tle irytującego rzępolenia dobiegającego z radia.

– Co przyszło?

– Pismo z powiatu. Ty nic nie wiesz, Hanino?

– Nie.

Przełknęłam kęs i przeniosłam wzrok ze Skopčáka na panią Procházkovą.

– Tato nic ci nie mówił? – zdziwił się. – A pani? Wy przecież macie chałupę nad samą wodą.

– O co się rozchodzi z tym pismem? – zapytała pani Procházková cicho i jakby z obowiązku. Przeżuwała chleb i patrzyła przed siebie. Spod chustki wymknęły jej się kosmyki posiwiałych włosów, różowa dłoń ze skórą rozpulchnioną od gorącej wody trzymała teraz kromkę chleba z masłem.

– Pepík Štencl wczoraj pokazywał to pismo w gospodzie. Przecież twój stary też jest w radzie, nie? – Odwrócił się w moją stronę. Patrzyłam przez brudne okno na łąkę pod lasem, wschodzące słońce zalewało zbocze światłem, do nas docierała tylko wąska smuga, która wsączała się w kurz zalegający na parapecie i pod blaszaną szafką.

– Pan to czytał? – odezwała się Procházková.

– Tak. Nic dobrego, tyle wam powiem. Przejęcie terenów zapisanych w katastrze naszej gminy w związku z budową zapory Hněvkovice, tak tam stało. Prawie osiemnaście hektarów pójdzie tutaj pod wodę. – Spojrzał na każdą z nas, co my na to.

– Jeszcze nie wiadomo, gdzie będzie zalew – powiedziałam. – Na razie nikt nic nie wie.

Pomyślałam o tacie. A więc to już trzecie pismo. Skopčák pochłaniał kiełbasę, z obory dochodziło pobrzękiwanie łańcuchów. Słyszeliśmy, jak setka krów przestępuje w boksach i opycha się paszą ze żłobów.

– Panie Skopal, pana to ani ziębi, ani grzeje, pan jest element napływowy – powiedziała Procházková. – Spakuje pan manatki i wyjedzie tam, gdzie dadzą panu robotę i mieszkanie. Ale my tu mamy domy, ogrody, zagony za chałupą…

– Może i jestem element napływowy, jak pani mówi, ale wygląda na to, że to ja zostanę, a pakować manatki będziecie wy. Do naszego bloku woda nie dojdzie, jesteśmy wysoko.

Nic nie odpowiedziała, w milczeniu przeżuwała kęs.

– Jak mówi Hanina, na razie nie wiadomo, dokąd podejdzie woda. Ale bez dwóch zdań, dni tych chałup, co stoją najbliżej rzeki są policzone. Czyli Procházkowie, i wy tak samo – wskazał na mnie. – Nawet nie mówię o Vency, który ma chałupę przy samym brzegu. Konopkowie raczej mogą spać spokojnie, są wyżej.

Siedziałyśmy obie obok Skopala jakby przymurowane, a on gadał jak nakręcony, pojadając przy tym kiełbasę.

– Pani tu wzdycha, Procházková, a myśli pani, że inni nie mają ciężko? Ja mam żonę na rencie inwalidzkiej, mnie nikt nic nie da za darmo.

Spojrzałyśmy po sobie znacząco. Renta inwalidzka żony, temat samograj Skopčáka. Wstałyśmy obie jak na komendę i wyniosłyśmy się z kanciapy wypełnionej jego gadaniną. Czekało nas podrzucanie ściółki, pod wiatą zostało jeszcze parę bel zwiniętej słomy, przeniosłyśmy je do korytarza pomiędzy boksami. Pani Procházková zaczęła przecinać powrósła starym kuchennym nożem.

– Panie Skopal, trzeba przywieźć słomy z magazynu – zawołała w stronę Skopčáka, który montował za ciągnikiem przyczepę pełną obornika.

– Hanino, pojedziesz ze mną po słomę? – Wychylił się zza przyczepy i puścił do mnie oko, brodatą facjatę opromieniał mu uśmiech od ucha do ucha. – Coś ci tam pokażę!

– Puść se na głowę prysznic. Zimny! – krzyknęłam w jego stronę i wzięłyśmy się do podrzucania ściółki, każda w swoim rzędzie. Procházková znowu uwinęła się szybciej, z widłami w dłoni przeszła na moją stronę, żeby pomóc mi od drugiego końca.

– Dziękuję – powiedziałam, kiedy się spotkałyśmy. Krowy już się kładły w złotej, nastroszonej słomie i zaczynały w spokoju przeżuwać.

– Daj spokój, będziesz mi dziękować za te trochę słomy – rzuciła. – Pozdrów mamę i idź już, ja to dokończę.

– Dobrze, dziękuję.

– Hani, słuchaj, nie chciałam mówić przy Skopčáku, bo wiesz, jaki on jest…

– Co się stało?

– Podobno wczoraj u Konopków było pogotowie. Zdeněk nic nie mówił?

– Nic nie wiem, wczoraj się z nim nie widziałam.

Ogarnął mnie niepokój, wsiadłam na rower, a we wsi na placyku nie skręciłam w dół ku rzece, tylko pojechałam dalej po szosie na skraj osady. Po prawej stronie już widziałam sad wuja Vency i dach jego chałupy, ale zatrzymałam się wcześniej, przy domu na stoku. Oparłam rower o furtkę, obeszłam budynek i zapukałam w okno. Poczekałam w ogrodzie koło płotu. Zdeněk pojawił się w tylnych drzwiach w swoim odświętnym kombinezonie, uśmiechnął się i od razu mi ulżyło, poczułam, że ciężar, który zalegał mi w brzuchu, gdzieś znika. Patrzyłam, jak idzie wolno po trawie w moim kierunku, smakowałam ten widok, a kiedy podszedł do ogrodzenia, zarzuciłam mu ręce na szyję i przylgnęłam twarzą do jego pięknych rzęs i brwi. Pocałowałam go w usta, potem zetknęliśmy się czołami, czułam, jak do mojego ciała napływa łagodna energia, a nieśpieszny rytm jego oddechu napawał mnie spokojem.

– Mama jest znowu w szpitalu?

Skinął głową i odwrócił się w stronę domu. W drzwiach pokazał się ojciec, przywitałam się. W ręku miał wiadro, zmierzał w stronę pompy.

– Chodźmy stąd – powiedział Zdeněk cicho. – Muszę się trochę przewietrzyć.

Obeszliśmy dom i skręciliśmy w stronę lasu, wiatr był jeszcze zimny. Odwróciłam się i zatrzymałam na chwilę, pod nami rozciągała się wieś, jakby pogrążona w bezruchu, miałam wrażenie, że woda w rzece też jest nieruchoma. Zdeněk delikatnie pociągnął mnie za rękę i ruszyliśmy dalej zboczem pod górę ku zielonej ścianie świerków.

– Odwieźli ją znowu na oddział dla nerwowo chorych?

– Najpierw na urazówkę.

– A co się stało?

– Rozwaliła sobie rękę.

– Sama? Specjalnie?

Przystanęliśmy. Patrzył w trawę.

– Włożyła rękę do takiej szmacianej torby, w której trzymamy suszone jabłka, i młotkiem połamała sobie palce. Ma pogruchotaną całą dłoń.

Przełknęłam ślinę i przylgnęłam czołem do klatki piersiowej Zdeńka. Powoli przesuwał dłonią po moich włosach.