Rybacy - Chigozie Obioma - ebook
Opis

Afrykańska opowieść o braterstwie i samospełniającej się przepowiedni

Jeden z najczęściej nagradzanych literackich debiutów ostatnich lat. Powieść znalazła się w ścisłym finale nagrody THE MAN BOOKER PRIZE 2015.

Bracia Ikenna, Boja, Obembe i Benjamin porzucają szkołę i zostają rybakami. Ich tata wyjechał do miasta za pracą, a troska o rodzinę spadła na ramiona mamy, okryte kwiecistą wrappą. Bracia wyzwalają się spod rodzicielskiej opieki i coraz częściej widuje się ich nad okrytą złą sławą rzeką.

Pewnego popołudnia spotykają tam miejscowego szaleńca. Ten zdradza im, że jedno z rodzeństwa wkrótce zanurzy się w krwawym strumieniu i nigdy z niego nie wyjdzie. Od tego dnia Ikenna, najstarszy z braci, zaczyna oddalać się od rodziny, staje się coraz bardziej krnąbrny, tajemniczy, a w końcu okrutny.

Spotkanie z szaleńcem przemieni –  w tragiczny, ale też zbawczy sposób – życie członków nigeryjskiej rodziny. W ich losach czytelnik dostrzeże Afrykę we wszystkich jej sprzecznościach – ekonomicznych, społecznych, religijnych. Opowiedziana z punktu widzenia najmłodszego z braci, budząca trwogę historia nie opuszcza miasta Akure, a jednocześnie niesie uniwersalne przesłanie. Każe zadawać pytania o to, do kiedy myślenie magiczne – właściwe nam wszystkim – wzbogaca życie, a od kiedy odbiera nam poczucie odpowiedzialności i sprawia, że stajemy się ślepi.

W debiutanckiej książce Obiomy pobrzmiewają echa dawnych mistrzów opowieści, ale wzbogaca je nowy, nieustraszony ton. To przypowieść o dorastaniu i braterstwie, w którym bezinteresowna miłość goi rany.

Niesamowita powieść, w każdym sensie: tryskająca życiem, naznaczona śmiercią, przyprawiająca o zawrót głowy ze względu na styl jak i moc samej opowieści. Niewiele powieści zasługuje na miano mitu, ale Rybacy są na pewno jedną z nich. Wspaniały debiut.

ELEANOR CATTON, autorka Wszystko, co lśni

Zgłębiając to, co tajemnicze i mordercze, lęki, które mogą zawładnąć ludzkim umysłem, przyglądając się odcieniom i gęstemu ściegowi afrykańskiego życia, tym drzewom uginającym się od owoców, a przede wszystkim budując dramatyczne napięcie w tej jakże ludzkiej afrykańskiej opowieści, Chigozie Obioma okazuje się być prawdziwym spadkobiercą Chinuy Achebe.

„The New York Times”

Wrażenie jak z powieści Zoli albo Theodora Dreisera (…) Rybacy to elegia na utraconą nadzieję (…) a przecież pozwala wierzyć w możliwość zadośćuczynienia w nowym pokoleniu.

„The Guardian”

Powieść debiutanta bez kompleksów (…) Szczera i liryczna.

„New Yorker”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


The Fishermen © by Chigozie Obioma, 2015 By Agreement with Pontas Literary & Film Agency Copyright © for the Polish translation by Sebastian Musielak © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2016 Tytuł oryginału: "The Fishermen" PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Gray318 ILUSTRACJE: © 2015 John Gray REDAKTOR PROWADZĄCY: Paweł Ciemniewski REDAKCJA: Anna Rudnicka KOREKTA: Aneta TkaczykWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05872-5 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Moim braciom (i siostrom)— „batalionowi” —w hołdzie.

Kroki jednego człowieka nie spłoszą całego stada.

PRZYSŁOWIE LUDU IBO

Wariat przemocą wdarł się do naszego domu, Zbezcześcił naszą świętą ziemię, Ogłosił nam uniwersalną prawdę I żelazem nagiął karki kapłanów. O, tak! Dzieci, Co stąpały po grobach naszych Ojców, Zostaną dotknięte szaleństwem. Będą im wyrastać zęby jaszczura, Będą się pożerać na naszych oczach, My zaś, posłuszni prastarym nakazom, Nie będziemy ich mogli rozdzielić!

MAZISI KUNENE

RYBACY

B yliśmy rybakami:

Moi bracia i ja zostaliśmy rybakami w styczniu 1996 roku, kiedy nasz Ojciec wyjechał z Akure w zachodniej Nigerii, gdzie spędziliśmy całe nasze dotychczasowe życie. W pierwszym tygodniu listopada poprzedniego roku pracodawca ojca, Centralny Bank Nigerii, przeniósł go do swojego oddziału w niewielkim mieście Yola na północy, oddalonym od Akure o szmat drogi — ponad tysiąc kilometrów. Pamiętam tamten wieczór, kiedy Ojciec wrócił do domu z decyzją o przeniesieniu; było to w piątek. I już do końca tego dnia i przez całą sobotę nasi rodzice naradzali się nad czymś szeptem niczym kapłani w świątyni. A w niedzielę rano Matka objawiła się nam jako inna istota; przemykała się po domu jak zmoczona mysz i unikała naszych spojrzeń. Nie poszła do kościoła, tylko została w domu i z posępnym obliczem prała i prasowała stertę rzeczy Ojca. Żadne z nich nie odezwało się do nas słowem, a i myśmy ich o nic nie pytali. Moi bracia — Ikenna, Boja, Obembe — i ja wiedzieliśmy już wtedy, że gdy Ojciec i Matka cichną, są jak dwie komory serca wypełnione stojącą krwią, jeden nieopatrzny ruch może doprowadzić do katastrofy. Dlatego nie włączaliśmy wtedy nawet telewizora, który stał na podpartej ośmioma kolumnami półce w salonie, i szliśmy do swoich pokojów; uczyliśmy się albo udawaliśmy, że się uczymy — lekko przestraszeni, ale zdecydowani o nic nie pytać. Nastawialiśmy tylko nasze anteny, żeby wychwycić, ile się da.

W niedzielę o zmierzchu z tłustego monologu Matki zaczęły się sypać pierwsze kępki informacyjnego pierza: „Co to za praca, że mężczyzna musi zostawić swoich dorastających synów? Choćbym się urodziła z siedmioma rękami, to i tak nie dałabym sobie teraz rady sama z tyloma dziećmi!”.

Rozpaczliwe pytania Matki nie były skierowane do nikogo konkretnie, z pewnością jednak miały trafić do uszu naszego Ojca. On zaś siedział samotnie w swoim wygodnym fotelu w salonie z twarzą zasłoniętą woalem ulubionego „Guardiana” i ni to czytał, ni to słuchał Matki. I choć doskonale ją słyszał, nie odzywał się, bo zawsze ignorował słowa, które nie były kierowane bezpośrednio do niego; nazywał je często „tchórzliwą mową”. Czytał więc, przerywając niekiedy lekturę, by głośno zganić lub pochwalić coś, o czym dowiedział się z gazety — „Gdyby była na tym świecie jakaś sprawiedliwość, to ta jędza, żona Abachy, już dawno byłaby wdową”, „Wow, Fela jest już bogiem! Do czego to dochodzi!”, „Reubena Abatiego powinni wywalić na zbity pysk!” — i by dać Matce do zrozumienia, że próżno lamentuje; nikt nie zwraca najmniejszej uwagi na jej biadolenie.

Zanim tego dnia poszliśmy do łóżek, Ikenna, który miał wówczas prawie piętnaście lat i był naszą wyrocznią niemal we wszystkim, wysnuł przypuszczenie, że Ojca gdzieś przenoszą. Rok od niego młodszy Boja nie mógł nie pokazać, że ma własne zdanie także na ten temat, dlatego stwierdził, że Ojciec na pewno wyjeżdża za granicę, do „świata Zachodu”, czego od dawna się obawialiśmy. Jedenastoletni wówczas Obembe, dwa lata starszy ode mnie, nie miał nic do powiedzenia. Tak jak ja. Nie musieliśmy jednak długo czekać na rozwiązanie zagadki.

Odpowiedź przyszła następnego dnia rano, gdy Ojciec nagle pojawił się w pokoju, który dzieliłem z Obembe. Ubrany był w brązową koszulę z krótkim rękawem i garnitur. Zdjął okulary i położył je na stole gestem domagającym się naszej uwagi.

— Słuchajcie, chłopcy. Od dzisiaj mieszkam w mieście Yola i nie chcę, żeby matka miała tu z wami jakieś kłopoty.

Po tych słowach wykrzywił twarz w znanym nam dobrze grymasie, który nas zawsze przerażał. Mówił wolno, głosem głębszym i głośniejszym niż zwykle, by każde jego słowo zapadło nam w czerepy niczym bretnal w belkę. Wyjaśnił nam, że jeśli nie będziemy Matce posłuszni, jedno jego krótkie zdanie — „Ostrzegałem was” — przypomni nam natychmiast tę właśnie chwilę, kiedy pouczył, co nas za to czeka, z najdrobniejszymi szczegółami.

— Będę dzwonił do niej regularnie i jeśli usłyszę choćby jedno słowo… — tu Ojciec wyprostował nagle palec wskazujący dla wzmocnienia efektu — …nawet o jakimś niewinnym wybryku, to urządzę wam tutaj prawdziwy armagedon.

Wymawiał słowo „armagedon” — którym podkreślał powagę ostrzeżenia lub surowość przyszłej kary za nasze występki — z taką pasją, że aż nabrzmiewały mu żyły na skroniach. To jedno, raz wypowiedziane słowo przeważnie zupełnie nam wystarczało. Ojciec wyciągnął z wewnętrznej kieszonki marynarki dwa banknoty dwudziestonairowe i rzucił je na biurko.

— Podzielcie się — powiedział, po czym wyszedł z pokoju.

Obembe i ja wciąż siedzieliśmy na łóżku, starając się to wszystko jakoś przetrawić, gdy usłyszeliśmy głos Matki, która stojąc przed domem, krzyczała do Ojca, jak gdyby był już bardzo daleko:

— Eme, pamiętaj, że masz tu dorastających synów! Mówię do ciebie!

Wołała coś jeszcze, ale jej słowa zagłuszył warkot zapuszczanego silnika naszego peugeota 504. Wybiegliśmy z Obembe z pokoju, ale Ojciec wyjeżdżał już przez bramę. Zniknął.

Zawsze kiedy myślę o naszej historii i o tym, że tamten ranek był ostatnim dniem spędzonym przez nas wspólnie, jak rodzina, którą do tamtej pory tworzyliśmy, nawet dwadzieścia lat później zaczynam żałować, że Ojciec wyjechał, że pewnego dnia dostał to przeniesienie. Do tego momentu wszystko miało swój czas i miejsce: codziennie rano Ojciec wychodził do pracy, Matka miała na targowisku sklepik z warzywami i zajmowała się całą naszą szóstką, która — jak prawie wszystkie dzieci w Akure — chodziła do szkoły. Życie biegło naturalnym rytmem. Nie myśleliśmy o przeszłości, czas się dla nas nie liczył. Kiedy nadchodziła pora sucha, ciężkie od kurzu niebo zapełniało się chmurami, a słońce świeciło do samej nocy. W porze deszczowej znów niewidoczna ręka mazała nad nami płynne obrazy, a woda lała się strumieniami raz po raz drżącymi od piorunów. I tak przez sześć miesięcy bez przerwy. A ponieważ wszystko przebiegało według tego znanego i ustalonego wzorca, żaden dzień nie był wart zapamiętania. Liczyła się jedynie chwila obecna — i najbliższa, przewidywalna przyszłość. Ta ostatnia pojawiała się głównie w przebłyskach, jak lokomotywa ekspresu mknącego po torach nadziei, z sercem gorejącym od rozżarzonego węgla i gwizdkiem donośnym jak okrzyk słonia — w snach albo wielkich myślach, które same odczytywały się szeptem w głowie: „Będę pilotem albo prezydentem Nigerii. Będę bogaczem, który ma własne helikoptery”. Przyszłość bowiem poddawała się naszej woli. Była niczym białe płótno, na którym jeszcze wszystko można namalować. Wyjazd Ojca do Yoli zmienił jednak to wielkie równanie: czas, pory roku i przeszłość zaczęły się nagle liczyć, a tej ostatniej zaczęliśmy pragnąć i tęsknić do niej bardziej niż do chwili obecnej i do naszej przyszłości.

A więc od rana tamtego dnia Ojciec zamieszkał w mieście Yola. Jedyną formą kontaktu z nim pozostał już tylko zielony aparat telefoniczny, służący mu wcześniej głównie do rozmów z panem Bayo, jego przyjacielem z dzieciństwa, który mieszkał obecnie w Kanadzie. Matka czekała niecierpliwie na telefony z Yoli i skrzętnie zaznaczała w kalendarzu dni, kiedy miał zadzwonić. Jeżeli tego nie zrobił i Matka ostatecznie traciła cierpliwość — co następowało najczęściej około północy — rozwiązywała supeł swojej wrappy i wydobywała z jej fałdów zmięty karteluszek z nabazgranym numerem telefonu Ojca, po czym siadała do aparatu i kręciła tarczą, aż w końcu odebrał. Jeżeli jeszcze wtedy nie spaliśmy, zbieraliśmy się wkoło niej, żeby usłyszeć głos Ojca i przypomnieć jej, aby znów kazała mu zabrać nas ze sobą do siebie. On jednak uparcie odmawiał. Yola, powtarzał nam stale, jest miastem niespokojnym, gdzie często dochodzi do masowych aktów przemocy wymierzonych zwłaszcza w naszych współplemieńców Igbo. Przestaliśmy go naciskać w marcu 1996 roku, kiedy w Yoli wybuchły krwawe zamieszki na tle religijnym. Gdy Ojciec wreszcie odebrał telefon, opowiedział nam, że cudem uniknął śmierci, bo bandyci zaatakowali jego dzielnicę i zabili całą rodzinę w domu po drugiej stronie ulicy. W tle słyszeliśmy jeszcze sporadyczne wystrzały. „Małe dzieci, a zarżnęli je jak kurczęta!”, wykrzyknął, zdecydowanie akcentując te „małe dzieci”, aby już nikt o zdrowych zmysłach nie ośmielił mu się więcej choćby słowem wspominać o przeprowadzce do Yoli — i na tym się skończyło.

Ojciec zapoczątkował tradycję — przyjeżdżał do nas co drugi weekend, brudny i wyczerpany po piętnastogodzinnej jeździe samochodem. Czekaliśmy na te soboty i na klakson jego peugeota, kiedy biegliśmy otworzyć mu bramę, umierając z ciekawości, jakie smakołyki i prezenty przywiózł nam tym razem. Z czasem przyzwyczailiśmy się do tego, że widzimy Ojca co dwa tygodnie, i wszystko się zmieniło. Jego mamuci tułów, emanujący niegdyś godnością i spokojem, stopniowo skurczył się do rozmiarów ziarnka grochu. Ustanowiony przez niego reżim milczącego posłuszeństwa, nauki i obowiązkowej sjesty — który od zawsze wyznaczał ramy naszej powszedniej egzystencji — z wolna zaczynał słabnąć. Jego wszystkowidzące oczy, które — jak wierzyliśmy — widzą nawet najbłahsze występki, zaszły mgłą. Na początku trzeciego miesiąca nieobecności Ojca jego długa ręka, w której często trzymał bicz, złamała się niczym spracowana gałąź. Wtedy poczuliśmy smak wolności.

Odłożyliśmy na bok książki i zaczęliśmy odkrywać święte królestwo rozciągające się poza murami świata, w którym dotychczas żyliśmy. Trafiliśmy na miejskie boisko do piłki nożnej, gdzie grała popołudniami większość chłopaków z ulicy. Były to jednak wilki w ludzkiej skórze; nie przyjęli nas dobrze. Prawie ich nie znaliśmy, nie licząc Kayode, który mieszkał kilka ulic od nas, oni za to wiedzieli o naszej rodzinie wszystko — mogli nawet podać imiona rodziców — i bezustannie z nas drwili. I chociaż Ikenna był wybornym dryblerem, a Obembe bronił naszej bramki jak lew, okrzyknęli nas „amatorami”. Często też nam zarzucali, że jesteśmy z lepszego domu, bo nasz Ojciec — „pan Agwu” — to bogacz, który pracuje w Centralnym Banku Nigerii. Przezywali go „Baba Onile”; tak się nazywał główny bohater popularnej jorubijskiej telenoweli, który miał sześć żon i spłodził dwadzieścioro jeden dzieciaków, a nasz Ojciec był legendą w naszej dzielnicy, bo też chciał mieć ich całą gromadkę. Jorubijczycy nazywają tak również modliszkę, zielonego owada, który wygląda jak obrzydliwy szkielet. Nie mogliśmy znieść tych kpin. Ikenna wiedział, że jest nas zbyt mało i nie dalibyśmy im rady w otwartej walce, dlatego tylko prosił, wielokrotnie i po chrześcijańsku, żeby przestali obrażać naszych rodziców, którzy nie zrobili im przecież nic złego. Ale oni dalej się z nas śmiali, aż pewnego razu Ikenna tak się wściekł, słysząc po raz kolejny przezwisko Ojca, że uderzył głową jednego z tych chłopaków. Tamten błyskawicznie kopnął Ikennę w brzuch i rzucił się na niego. Przez krótką chwilę kotłowali się w piasku, a ich stopy ryły skrzywiony okrąg wewnątrz boiska. W końcu jednak tamten sypnął Ikennie w twarz garść ziemi. Jego kompani zaczęli wiwatować i podnieśli go, wyjąc pieśń zwycięstwa przeplataną buczeniem i przekleństwami. Tamtego wieczoru poszliśmy do domu z poczuciem klęski i już nigdy nie wróciliśmy na boisko miejskie.

Po tamtej walce straciliśmy ochotę do wychodzenia z domu. Za moją radą błagaliśmy Matkę, żeby przekonała Ojca do oddania nam konsoli z Mortal Kombat, którą nam zabrał i gdzieś schował poprzedniego roku, kiedy Boja (dotąd uważany za prymusa) wrócił do domu z czerwoną adnotacją w dzienniczku: „24. uczeń w klasie” i ostrzeżeniem: „Uczeń zagrożony”. Ikennie nie szło wcale lepiej — był szesnasty na czterdziestu uczniów i musiał wręczyć Ojcu zaadresowany do niego list od swojej nauczycielki, pani Bukky. Po jego przeczytaniu Ojciec wpadł w taką furię, że słyszałem jedynie słowa: „Nie mogę! Nie mogę!”, które powtarzał jak refren. A potem skonfiskował konsolę, odbierając nam na zawsze chwile euforii, kiedy ryczeliśmy z radości, słysząc rozkaz niewidzialnego komentatora: Finish him! — i nasz zwycięski sprite zadawał serię kapitalnych ciosów, po której jego przeciwnik wylatywał w kosmos albo stawał się groteskową kupą mięsa i kości. Monitor zaczynał wtedy pulsować stroboskopowym, ognistym napisem: „Fatality”. Raz nawet Obembe wybiegł z toalety w połowie posiedzenia, bo po prostu musiał razem z nami krzyknąć: That’s fatal!, naśladując amerykański akcent komentatora. Dostał potem karę od Matki za to, że zafajdał jej dywanik.

Nie udało się jednak odzyskać konsoli, zaczęliśmy więc szukać sobie innego zajęcia, którym moglibyśmy wypełnić czas wolny po szkole, niepodlegający już surowym regulacjom Ojca. Zbieraliśmy się z kolegami i graliśmy w piłkę na placyku za ogrodzeniem naszego domu. Sprowadziliśmy też Kayodego, jedynego znajomego z tamtej watahy wilków w ludzkiej skórze z miejskiego boiska. Miał twarz hermafrodyty i przyklejony do ust subtelny uśmiech. Grali z nami także nasz sąsiad Igbafe i jego półgłuchy kuzyn Tobi — przez którego musieliśmy zdzierać sobie gardło tylko po to, żeby po chwili usłyszeć to jego wieczne: Jo, kini o nso? (Przepraszam, co powiedziałeś?). Rzadko się obrażał — może dlatego, że chyba nas nie słyszał, bo przezywaliśmy go najczęściej szeptem: Eleti Ehoro (Zajęcze Uszy). Biegaliśmy po tym naszym placyku w tę i z powrotem w tanich piłkarskich koszulkach z wypisanymi na plecach naszymi ksywami boiskowymi. Graliśmy jak szaleni i piłka często lądowała nie tam, gdzie trzeba, musieliśmy więc podejmować nieudolne próby jej odzyskania. Często zjawialiśmy się po piłkę akurat w chwili, gdy sąsiedzi przebijali ją czymś ostrym, ignorując nasze błagania. Raz przeleciała przez płot i tak mocno uderzyła w głowę jednego paralityka, że spadł z krzesła. Kiedy indziej znów stłukliśmy komuś szybę.

Za każdym razem gdy traciliśmy piłkę, zrzucaliśmy się na nową. Tylko Kayode był wyłączony ze ściepy, bo pochodził z coraz liczniejszej rzeszy miejskiej biedoty i nie mógłby przeznaczyć na ten cel nawet jednego kobo. Chodził często w podartych spodenkach, a mieszkał z podstarzałymi już rodzicami, duchowymi zwierzchnikami małego Kościoła Apostołów Chrystusa, w niedokończonym piętrowym budynku tuż za zakrętem przy drodze do szkoły. Ponieważ nie mógł się dołożyć, modlił się o każdą nową gałę: prosił Boga, aby pomógł nam dłużej się nią cieszyć, nie dopuszczając do wykopów poza obręb placyku.

Pewnego razu kupiliśmy piękną nową piłkę z logo Olimpiady w Atlancie z 1996 roku. Kayode zmówił swoją modlitwę i zaczęliśmy grać, ale trwało to zaledwie godzinę — Boja dośrodkował tak niefortunnie, że nasz nowy zakup poszybował za płot dużego domu miejscowego lekarza i z wielkim hukiem wybił szybę w oknie. Z dachu zerwały się do ucieczki dwa zaspane gołębie. Odczekaliśmy w pewnej odległości, żeby mieć przewagę, w razie gdyby ktoś z domowników zdecydował się za nami gonić. Po dłuższej chwili Ikenna i Boja puścili się pędem w stronę ogrodzenia, a Kayode osunął się na kolana i zaczął zabiegać o Boską interwencję. Ledwo nasi emisariusze przypadli do płotu, lekarz jakby na nich czekał i wybiegł przez furtkę, zmuszając nas wszystkich do szaleńczej rejterady. Kiedy wieczorem dotarliśmy wreszcie do domu, zziajani i spoceni, wiedzieliśmy bez słów, że mamy już futbolu po dziurki w nosie.

***

Zostaliśmy rybakami tydzień później, gdy Ikenna przyszedł ze szkoły do domu całkowicie pochłonięty nowym pomysłem. Było to pod koniec stycznia, pamiętam, że w tamten weekend obchodziliśmy czternaste urodziny Boi, które przypadały 18 stycznia 1996 roku, i zamiast kolacji Mama podała nam domowe ciasto i soki. Styczniowe urodziny były początkiem „miesiąca wyrównania”, kiedy to Boja zrównywał się wiekiem z Ikenną, który urodził się 10 lutego, ale rok wcześniej. Solomon, kolega Ikenny z klasy, naopowiadał mu, jak fajnie jest łowić ryby w rzece; podobno był to fascynujący, a przy okazji także opłacalny sport, ponieważ część ryb Solomon sprzedawał na targu, miał więc z tego trochę grosza. Ikennę najbardziej jednak intrygowało to, że otwierała się szansa na wskrzeszenie naszego Yoyodona. Mieliśmy kiedyś akwarium, w którym mieszkał zjawiskowo piękny Symphysodon, żywa feeria barw — brązu, fioletu, purpury, a nawet jasnej zieleni. Ojciec nazwał go Yoyodonem, bo tak właśnie Obembe wymówił pierwszy raz jego nazwę. Ale akwarium, które stało blisko telewizora, musiał potem zlikwidować, bo Ikenna i Boja ulitowali się nad biedną rybką i postanowili wymienić jej „brudną wodę” — i nalali do zbiornika czystej wody ze studni. Kiedy po pewnym czasie przyszli na Yoyodona popatrzeć, ryba nie miała już siły podnieść się spomiędzy leżących na dnie kamyków i korali.

Tak więc gdy Solomon opowiedział Ikennie o łowieniu ryb, nasz brat poprzysiągł sobie, że złapie dla nas nowego Yoyodona. Następnego dnia wybrał się z Boją do Solomona, a po powrocie do domu bredził już tylko w kółko o tych swoich rybkach. Kupili z Boją dwie wędki w sklepie, który pokazał im Solomon. Ikenna położył je na stole w ich pokoju i wyjaśnił nam, jak się ich używa. Były to długie drewniane kije z przymocowanymi do czubka cienkimi żyłkami. Żyłki kończyły się stalowymi haczykami, na które nadziewa się przynętę — glistę, karalucha, okruch jedzenia i co tam jeszcze — żeby zwabić rybę i wyciągnąć ją z wody. Przez cały następny tydzień zaraz po szkole moi bracia udawali się na długą wyprawę krętymi ścieżkami nad rzekę Omi-Ala na obrzeżach dzielnicy, w której mieszkaliśmy; droga zaczynała się na błotnistej polance za naszym płotem, która w porze deszczowej strasznie śmierdziała, bo taplały się na niej świnie. Towarzyszyli im Solomon i inni chłopacy z ulicy, a wracali z puszkami pełnymi rybek. Z początku nie chcieli zabierać ze sobą Obembe ani mnie, chociaż aż się skręcaliśmy z ciekawości na widok złapanych przez nich kolorowych stworzonek. W końcu pewnego dnia Ikenna oznajmił: „Chodźcie z nami, zrobimy z was rybaków!” — i poszliśmy z nimi.

Zaczęliśmy chodzić nad rzekę codziennie po szkole z paroma innymi chłopakami, a na czele tej procesji szli Solomon, Ikenna i Boja. Cała trójka często zawijała swój sprzęt wędkarski w szmaty albo stare wrappy. Pozostali — czyli Kayode, Igbafe, Tobi, Obembe i ja — nieśli resztę, od plecaków z ubraniami do łowienia przez plastikowe torby z dżdżownicami i zdechłymi karaluchami na przynętę po puste puszki po napojach, gdzie trzymaliśmy złowione rybki i kijanki. Człapaliśmy tak nad rzekę, przedzierając się ścieżkami między krzewami i kępami kłujących pokrzyw, które chłostały nas po gołych nogach i zostawiały na skórze pręgi. Ta chłosta dobrze pasowała do dziwnej nazwy botanicznej, jaką otrzymał najpowszechniejszy w tym rejonie gatunek trawy — esan, co w języku jorubijskim znaczy „kara” albo „zemsta”. Szliśmy tamtędy gęsiego i gdy tylko wynurzaliśmy się z zarośli, biegliśmy do rzeki jak szaleńcy. Tam Solomon, Ikenna i Boja, starsi od nas, przebierali się w swoje wędkarskie stroje, a potem stawali nad wodą i zanurzali wędki tak, że haczyki znikały pod powierzchnią. I choć łowili jak stare wygi, które znają swoją rzekę od kolebki, wyciągali głównie niewielkie, mieszczące się w dłoni stynki; czasem tylko trafiały się znacznie trudniejszy do złapania dorsz lub jedna czy dwie tilapie. Cała nasza reszta łapała kijanki do puszek po napojach. Uwielbiałem oślizłe ciała, nieproporcjonalnie duże głowy i niemal doskonałą bezkształtność tych miniaturowych wielorybów. Przyglądałem się zafascynowany, jak unoszą się nieruchomo tuż pod powierzchnią wody, a palce miałem czarne od zeskrobywania szarej, oblepiającej je połyskliwej mazi. Czasem wyciągaliśmy puszką łuski korali albo skorupy dawno już zdechłych stawonogów. Zdarzały się także okrągłe ślimaki o archaicznych skrętach, zęby jakiegoś zwierzęcia (które uznaliśmy za pozostałości z prehistorycznej epoki i Boja upierał się przy swoim, że to zęby dinozaura, zabierał je więc do domu), resztki starej skóry kobry zrzuconej nad brzegiem rzeki i wiele innych, równie interesujących przedmiotów.

Tylko raz złowiliśmy rybę nadającą się na sprzedaż i często wracam myślami do tamtego dnia. Solomon wyciągnął tę wielgachną rybę, największą, jaką widzieliśmy w Omi-Ali, i potem Ikenna udał się z nim na pobliski targ; po półgodzinie wrócili z piętnastoma naira. To był radosny dzień, bo poszliśmy z braćmi do domu z sześcioma naira, które stanowiły naszą część zysku. Od tamtej pory jeszcze bardziej się przykładaliśmy i rozmawialiśmy o rybach do późnych godzin nocnych.

Łowiliśmy z takim zapałem, jak gdyby codziennie nad brzegiem gromadziła się wierna publiczność, aby nam kibicować. Nie przeszkadzał nam smród zarośniętej rzeki, nic sobie nie robiliśmy z owadów, które wieczorami unosiły się chmarami nad brzegiem, i z obrzydliwego widoku alg i liści tworzących mapę pogubionych narodów na końcu nabrzeża, gdzie guzowate drzewa sięgały samej wody. Szliśmy tam dzień w dzień z pordzewiałymi puszkami, całym asortymentem zdechłych owadów i robaków, ubrani w szmaty i stare ubrania — bo mimo wielu trudności i znikomych zysków czerpaliśmy z tej zabawy wiele radości.

Kiedy patrzę dziś wstecz, a robię to teraz częściej, gdy mam już własnych synów, uzmysławiam sobie, że nasze życie i nasz świat zmieniły się podczas jednej z tamtych wypraw nad rzekę. Bo wtedy właśnie czas zaczął mieć znaczenie — nad tą rzeką, gdzie staliśmy się rybakami.