Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 280 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rumun goni za happy-endem - Bogumił Luft

Rumunia i Mołdawia – dwa kraje na marginesie Europy. Postsowieckie dziedzictwo, walka z kompleksami, wielonarodowa tradycja i skomplikowane stosunki z sąsiadami oraz raczej nieodwzajemniona sympatia do Polski.

Rumun goni za happy endem to wielowątkowa opowieść o spotkaniu dwóch dużych narodów – Polski i Rumunii – oraz próbującej ich dogonić Mołdawii. Ponad trzydzieści lat osobistych przeżyć, spotkań i doświadczeń, które stały się udziałem autora – dziennikarza, publicysty i dyplomaty, ambasadora RP w Rumunii i Mołdawii – zaowocowały piękną, bardzo osobistą opowieścią o krajach wciąż mało w Polsce znanych. Reportaż przeplata się tu ze wspomnieniami, a esej historyczny z analizą polityczną sytuacji na rumuńskim pograniczu Europy. To także zawiła, często dramatyczna historia Republiki Mołdawii, która nie może sobie poradzić z postsowieckim dziedzictwem, zapatrzonej w wielką siostrę Rumunię, która z kolei wciąż walczy o historyczny sukces.

Polacy albo bezkrytycznie podziwiają Rumunię, głównie za jej przyrodę, albo się jej obawiają. O tym, by ten kraj zrozumieć, raczej nie myślimy. Z Mołdawią bywa podobnie – z tą różnicą, że zainteresowanie nią jest dużo mniejsze. Bogumił Luft oba te kraje lubi, ale przede wszystkim zna je i rozumie. W książce, którą napisał, jednocześnie bardzo osobistej i pozbawionej ckliwości, dzieli się swoją wiedzą w sposób budzący szacunek. Nakreślony przez autora „portret paralelny” współczesnych Rumunów i Mołdawian, mieszkających po obu stronach Prutu, składa się z miniportretów, zwięzłych analiz politycznych, osobistych wspomnień i smakowitych scen obyczajowych. Wyłania się z nich skomplikowany i intrygujący obraz społeczeństwa żyjącego „okrakiem” pomiędzy Bałkanami i Europą Środkową i od ponad wieku poddawanego nieustannemu procesowi modernizacji – nie wiadomo tak naprawdę, na ile udanej, ale na pewno wciąż niezakończonej. Z mozaikowego opowiadania powstał swoisty niezbędnik intelektualny. Autor dokonał selekcji materiału faktograficznego i wybrał sposób narracji, który pomaga zrozumieć złożoną materię świata rumuńskiego: od problemu genealogii poczynając, na kwestiach spuścizny komunistycznej i powikłanych relacji rumuńsko-mołdawskich kończąc. Książka rzetelna i dowcipna, dająca do myślenia.

dr hab. Kazimierz Jurczak, kierownik Zakładu Rumunistyki UJ

Opinie o ebooku Rumun goni za happy-endem - Bogumił Luft

Fragment ebooka Rumun goni za happy-endem - Bogumił Luft

Bogumił Luft

Rumun goni za happy endem

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Cristina Garcia Rodero / Magnum Photos / Forum

Fotografia Autora © by Mariusz Kościuk

Copyright © by Bogumił Luft, 2014

Redakcja Tomasz Zając

Korekty Gabriela Niemiec / d2d.pl, Jadwiga Makowiec / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-7536-882-6

Orient Express

Z Dworca Północnego w Bukareszcie wyruszam o siódmej wieczorem. Jest 23 lutego 2002 roku. Za oknem mróz, ale w pociągu Kolei Mołdawskich ciepła, domowa atmosfera. Właściwie nie jest to żaden dom, tylko coś w rodzaju hotelu o swojskim, sowieckim klimacie z przeszłości. W jednym z sypialnych wagonów etażowa w rozdeptanych kapciach, uśmiechnięta całym garniturem złotych zębów, oferuje wrzątek i życzliwą wymianę zdań na temat celu mej podróży do Kiszyniowa. Nawiązując przyjacielski kontakt z Polakiem, zagaja po rosyjsku, ale na moje życzenie przechodzi bez trudu na rumuński z silnym besarabskim akcentem, który uwielbiam (choć Rumuni z Bukaresztu go nie znoszą), bo przypomina akcent kresowych Polaków. Przynosi zgrzebną kolejową pościel i życzy dobrej nocy.

Dobra noc będzie trwała czternaście godzin, podczas których pokonamy zaledwie pięćset kilometrów dzielących stolicę Rumunii od stolicy Republiki Mołdawii. Przez siedem godzin niespiesznie zmierzamy do odległego o czterysta kilometrów rumuńskiego miasta Jassy. Tam, na podrzędnym dworcu Gara Nicolina czeka nas ponadgodzinny postój i flegmatyczna kontrola rumuńskich służb granicznych. Następnie pociąg blisko pół godziny celebruje przejazd przez historyczną i symboliczną rzekę Prut, by po piętnastu kilometrach zatrzymać się na dobre po mołdawskiej stronie na stacji granicznej Ungheni. Tu przechodzi ponadtrzygodzinną procedurę wymiany kół w celu dostosowania europejskich osi do szerszego, sowiec­kiego dziedzictwa. Wagony podnosi się w tym celu specjalnymi dźwigami na wysokość paru metrów, a co gorsza zamyka się na trzy spusty wszystkie toalety. Biada komuś, kto znużony trudami podróży nieopatrznie raczył się moczopędnymi trunkami.

A pokusy konsumpcyjne są nie do odparcia. W restauracyjnym, a raczej barowym wagonie leje się w gard­ła piwo, a później boski mołdawski koniak. Prócz wyszynku kolejowy lokal oferuje wykwintny posiłek złożony z parówek z musztardą, frytek i plastrów pomidora. Oferuje też atrakcyjne towarzystwo dżentelmenów w dresowych spodniach i rozchełstanych kolorowych koszulach, zza których wyzierają złote łańcuchy na owłosionych klatkach piersiowych. Już to po rosyjsku, już to po rumuńsku dyskutują o transgranicznych interesach. Hulaj dusza – piekła nie ma! Choć temperatura, przyznać trzeba, rośnie piekielnie wraz z konsumpcją koniaku.

Tamże poznaję artystę. Mołdawski muzyk wraca na chwilę do domu w Kiszyniowie, mimo że tak naprawdę jego dom jest już od kilku lat w Bukareszcie, skąd wyjeżdża na kilka miesięcy rocznie, by grać do kotleta pasażerom eleganckich statków wycieczkowych na Morzu Śródziemnym. To jeden z pionierów mołdawskiej emigracji za chlebem. Za nimi poszły w kolejnych latach dalsze setki tysięcy rodaków – najpierw do sąsiedniej Rumunii, ale bardzo szybko potem do Włoch, Grecji, Niemiec, Hiszpanii i Bóg wie gdzie jeszcze. Kilka lat później mołdawskie linie lotnicze poczuły się w obowiązku uruchomić stałe połączenie z Lizboną, by obsłużyć rodaków pracujących w Portugalii. Wielu wylądowało w Turcji. Ćwierć miliona Mołdawian ruszyło do pracy w Moskwie, ale to już inna historia. W każdym razie jedna czwarta społeczeństwa zagłosowała nogami w odpowiedzi na brak nadziei na ziemi ojczystej.

Rozmowę z artystą przerywa wagonowa etażowa, zapraszając mnie uprzejmie, choć zdecydowanie, do służbowego przedziału. Tam dwóch smutnych panów w jednakowych skórzanych kurtkach, korzystając z przydługiego wiszenia wagonów nad torami stacji granicznej, wyraża stanowczą wolę poznania mnie bliżej. W Kiszyniowie odbędzie się jutro duża demonstracja antyrządowa. Nie żeby jakaś zadyma – tylko coś, co opozycja nazwała Wielkim Zgromadzeniem Narodowym, które ma się domagać ustąpienia rządzących od roku neokomunistów. Stąd słuszne zainteresowanie moich niespodziewanych mołdawskich przyjaciół osobą Polaka, który akurat dziś fatyguje się do ich stolicy. Wiszący w powietrzu wraz z wagonami ubecki problem rozwiązuje bumaga – stała akredytacja prasowa korespondenta „Rzeczpospolitej”, wydana mi kilka miesięcy wcześniej przez mołdawskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Bumaga to świętość, a zwalczana przez kiszyniowskich demonstrantów komunistyczna dyktatura ma jak dotąd charakter raczej aksamitny. Żegnamy się wśród wzajemnych uprzejmości.

Wreszcie pociąg rusza. Trzygodzinne przemierzanie dziewięćdziesięciu kilometrów pozostałych do Kiszyniowa to ukoronowanie podróży do innego świata. Wstające z wolna i bez przekonania zimowe słońce wydobywa z mroku nostalgiczne, rozciągające się po horyzont rozległe wzgórza, które nadają pejzażowi Besarabii niemożliwe do podrobienia piękno. Pustkę wypełniają co pewien czas biedne, szare wsie, które rozlewają się w dolinach. A także lasy, które zdają się świadczyć o tym, że życie trwa tu od wieków i nie pogodziło się ze śmiercionośnymi losami tego kraju. Podróż jest długa nie tylko z powodu kiepskiej jakości mołdawskich torowisk. Podróż jest długa, bo ten kraj jest daleko.

* * *

Ta podróż to bowiem również peregrynacja w dramatyczną przeszłość, która oddaliła Besarabię od świata, w jakim się narodziła. W średniowieczu kraina ta była częścią państwa mołdawskiego, które przeżyło w drugiej połowie XV wieku krótki okres świetności, gdy hospodar Stefan Wielki, dzięki talentom politycznym i militarnym, przez niemal pięćdziesiąt lat skutecznie bronił suwerenności swego niewielkiego kraju. Szczególnie spektakularne były jego zwycięstwa nad wielokrotnie silniejszą armią turecką, stanowiącą coraz większe zagrożenie dla chrześcijańskiej Europy. Gratulował mu ich listownie sam rzymski papież, co można uznać za jeden z najstarszych gestów ekumenicznych, zważywszy że mołdawski Kościół był już od czterech wieków w orbicie chrześcijaństwa wschodniego. Legenda mówi, że po każdej zwycięskiej bitwie Stefan fundował nowy klasztor – tak powstało ich ponad czterdzieści, z czego tylko jeden na wschód od Prutu. Nazwany później Besarabią region między Prutem a Dniestrem to były tylko mało ważne wschodnie kresy mołdawskiego państwa, które nie zdołało zrobić kariery na miarę swych obiecujących początków i w kolejnych wiekach popadło w rosnącą zależność od imperium osmańskiego. W 1812 roku Turcy oddali Besarabię Rosji.

Tak zaczęła się odrębna historia tej ziemi, czego odległym w czasie rezultatem jest dziś istnienie Republiki Mołdawii. Ale zanim doszło do jej powstania, lud tutejszy przeżył niejedno. Z początku cieszył się auto­nomią, która dopiero w drugiej połowie XIX wieku była ograniczana na rzecz wysiłków spajania Besarabii z Rosją po wsze czasy. Rosjanie jednak polubili Besarabię właśnie za jej kulturową odrębność – kraj pachnący łacińską kulturą Morza Śródziemnego, kraj wina, pięknych kobiet i łagodnego klimatu będącego przeciwieństwem złowrogiej Syberii. Besarabianom – mimo różnych okresów lepszych i gorszych – nie było chyba aż tak źle jak Polakom w zaborze rosyjskim. Nawiązali już wtedy dialog z rosyjską kulturą i językiem, co stoi w sprzeczności z mentalnością Rumunów żywiących głęboką niechęć wobec wszystkiego, co się z Rosją kojarzy.

Być może to było jedną z przyczyn dystansu Rumunów wobec rodaków zza Prutu w okresie międzywojennym, gdy Besarabia weszła z własnej woli w skład państwa rumuńskiego, potwierdzając swą rumuńską tożsamość kulturową, a zwłaszcza fakt, że mowa zwana tam już wtedy mołdawską to w rzeczywistości język rumuński. Rządy Wielkiej Rumunii traktowały ten region z pewnym lekceważeniem i obawą. Urzędnik, który narozrabiał w Bukareszcie, bywał tam wysyłany do pracy za karę. Wydany dwadzieścia lat później atlas drogowy Rumunii z 1938 roku pokazuje konkretnie, jak mało wysilili się Rumuni na rzecz integracji tego regionu z rumuńskim państwem: w całym kraju był już dość rozwinięty system tak zwanych dróg bitych, a w Besarabii taka droga była tylko jedna – z prawobrzeżnych Jassów przez Prut do Kiszyniowa. Mniejszości narodowe w Besarabii, głównie słowiańskie, traktowano bardzo nieufnie, a niekiedy szykanowano. Pamiętają o tym nawet tamtejsi Polacy, mimo że w 1918 roku oficjalnie poparli zjednoczenie z Rumunią.

Ich przedstawiciel Feliks Dutkiewicz – deputowany do Rady Krajowej, parlamentu efemerycznej Republiki Mołdawskiej, którego członkowie niemal natychmiast przegłosowali wolę zjednoczenia – wygłosił wtedy mowę chwytającą za serce, czyli – jak mówią Rosjanie – duszeszczipatielną: „Bardzo żałuję, że w tym uroczystym dniu dla Republiki Mołdawskiej muszę przemawiać w języku rosyjskim, który był symbolem uciemiężenia zarówno narodu mołdawskiego, jak i polskiego. Nie znam języka mołdawskiego, a języka polskiego nie zrozumieją Mołdawianie. W tym wielkim dniu serdecznie myślę o nieszczęściu, a jedno­cześnie o szczęściu bratniego narodu mołdawskiego, który wreszcie może się zjednoczyć z narodem rumuńskim, z którym łączą go więzy krwi. W imieniu narodu polskiego w pełni popieram zjednoczenie Besarabii z Rumunią, którego pragną Mołdawianie, rdzenni mieszkańcy tej ziemi”. Niestety rzeczywistość życia Besarabian w Wielkiej Rumunii nie okazała się na miarę patriotycznych uniesień z 1918 roku, które udzieliły się nawet żyjącemu na tej ziemi Polakowi.

Potem było już jednak tylko dużo gorzej. W 1940 roku do Besarabii wkroczyła Armia Czerwona na mocy paktu Ribbentrop–Mołotow, który wbrew egocentrycznemu przekonaniu większości Polaków, nawet tych, którzy znają jeszcze trochę historię, nie dotyczył jedynie rozbioru naszego kraju. Wojska sowieckie przystąpiły do mordowania i wywózki na Syberię tutejszej rumuńskiej elity. Ocaleli ci, którzy zdążyli uciec do Rumunii. Rok później rumuński dyktator, marszałek Ion Antonescu, działając z kolei w sojuszu z Niemcami, odbił Besarabię na trzy lata i część uciekinierów powróciła. W 1944 roku zjawiła się jednak znów Armia Czerwona i wysiedliła lub wymordowała resztę rumuńskiej elity. Niedobitki ponownie uciekły za Prut i pozostał dziwny naród bez głowy – niewykształceni chłopi w biednych wsiach. Zaczęło się kształtowanie nowego, sowieckiego społeczeństwa.

* * *

Prawie sześćdziesiąt lat później, 24 lutego 2002 roku o dziewiątej rano, wśród szarych bloków stolicy Republiki Mołdawii, odziedziczonych po sowieckich czasach, mój pociąg relacji Bukareszt–Kiszyniów wtacza się flegmatycznie po sowieckich szerokich torach na kiszyniowski dworzec. Ten dworzec to nie jest już jednak sowiecka scheda, bo powstał wiele lat przed bolszewicką rewolucją. Jest wprawdzie zgrzebny i brudny, ale swą imponującą architekturą przypomina o świetności carskiej Rosji.

Epilog kolejowej przygody rumuńsko-mołdawskiej przeżyję po ponad ośmiu latach, we wrześniu 2010 roku, zwiedzając kiszyniowski dworzec w pierwszych dniach mej misji dyplomatycznej w Mołdawii. Szok. Eleganckie perony pod nie mniej eleganckim dachem, starannie odmalowane ściany z kolorowymi mozaikami, poczekalnie z rzędami kolorowych fotelików, nowoczesne automaty z napojami zimnymi i ciepłymi, eleganckie kasy, których nie powstydziłby się dworzec w Zurychu, kandelabry przywodzące na myśl wykwintne europejskie opery, delikatnie podświetlone akwaria z egzotycznymi rybkami, pusty minihotelik dla strudzonych wędrowców oraz sprzątaczki w szykownych fartuszkach czuwające nad nienaganną czystością podłóg, uzbrojone w myjący sprzęt najnowszej generacji. Nie wiadomo po co, bo prawie nikt tu nie brudzi, zważywszy na nikłą liczbę pasażerów. Z tego dworca odjeżdża tylko kilka pociągów dziennie: do Moskwy, Petersburga, Mińska, Odessy. Jedyna łączność z Zachodem to wciąż ów sypialny skład do i z Bukaresztu.

Egzotyczna ciekawostka to natomiast okienko, na którego kryształowo przejrzystych szybach przylepiono skoczem kartkę z cennikiem skromnych opłat za udzielanie informacji ustnych i pisemnych o równie skromnym ruchu mołdawskich pociągów. Trudno przypuścić, by ich pobieranie zamortyzowało nakłady, jakie musiał ponieść rząd komunistów w pierwszej dekadzie XXI wieku na stworzenie tego dworcowego cudu. Po co więc to było? Odpowiedź przynosi jednobrzmiący tekst po rumuńsku i po rosyjsku na tablicach rozmieszczonych przy głównym wejściu do dworcowego budynku: „W roku 1871 została ukończona budowa linii kolejowej Tyraspol–Kiszyniów. Początek regularnego kursowania pociągów przyczynił się do umocnienia więzów Besarabii z innymi rejonami Rosji, do rozwoju gospodarki i kultury tej prowincji”. Porzućmy więc złudzenia – kiszyniowski dworzec to nie ma być stacja kolejowa, tylko pomnik nierozerwalnych związków prowincjonalnej Besarabii z Wielką Rosją.

Precz z komunistami!

JJJJJOOOOOOOOOOOOOOOSSS ­COMUNISTIIII!!!!!!!!! – jodłuje przez gigantofony Iurie Roşca owinięty w nie­biesko-żółto-czerwoną mołdawską flagę o identycznych kolorach jak flaga rumuńska. Tak w pierwszych dniach marca 2002 roku rozpoczyna się każdy koncert rockowego festiwalu Mărțișor Anticomunist na placu Wielkiego Zgromadzenia Narodowego w Kiszyniowie. Przemycane różnymi sposobami kapele rockowe z Rumunii aranżują co wieczór w mołdawskiej stolicy gigantyczną dyskotekę na świeżym powietrzu. Tańczymy obłędne tańce w zimowych ubraniach, bo mróz wciąż nie chce ustąpić, mimo że atmosfera na placu jest nie mniej gorąca niż w bardziej kameralnych, choć równie odlotowych dyskotekach w tym mieście.

Okrzyk „Precz z komunistami!” – jodłowany przez Roşcę z wdziękiem medialnej gwiazdy – to główne hasło malowniczego maratonu demonstracji antyrządowych, trwającego w stolicy Mołdawii od pierwszej połowy stycznia. Roşca, czterdziestoletni niski brodacz z rewolucyjnym błyskiem w oku, to nie muzyk rockowy, ale prezes Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej, a przede wszystkim charyzmatyczny trybun, który pociągnął za sobą wszystkie żywioły prorumuńskie i antyrosyjskie. A Mărțișor to pradawne, pogańskie święto rumuńskie obchodzone na początku marca, oznaczające pasowanie się wiosny z zimą oraz dobra ze złem.

Plac Wielkiego Zgromadzenia Narodowego to natomiast serce kraju – miejsce magiczne. Z jednej strony przytłaczający gmach, gdzie rezydują premier wraz ze swą kancelarią oraz kilka ministerstw. Z drugiej strony, wśród parkowej zieleni, prawosławna katedra Metropolii Mołdawii Patriarchatu Moskiewskiego. Z trzeciej – dziewiętnastowieczny park zwany za czasów sowieckich parkiem Puszkina, a dziś noszący imię hospodara Stefana Wielkiego. Monumentalny pomnik władcy u wejścia do stołecznego ogrodu zdobią na co dzień kwiaty przynoszone przez nowożeńców, a od święta wieńce składane przez dostojnych gości zagranicznych. Czwarta strona placu jest pozbawiona symboliki, jeśli nie liczyć neonu nad kiszyniowską siedzibą globalnej firmy audytorsko-doradczej KPMG, świadczącego o tym, że rzeczywistość doczesna, mało patetyczna, ale uważana przez wielu mieszkańców tego kraju za obiecującą, wkrada się jednak ukradkiem do stolicy. To właśnie na tym placu 27 sierpnia 1991 roku kilkaset tysięcy obywateli Mołdawskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej opowiedziało się podczas Wielkiego Zgromadzenia Narodowego za niepodleg­łością swej czteromilionowej ojczyzny. To tak, jakby w Polsce zgromadziło się w analogicznym celu kilka milionów ludzi.

Sukcesy Iuriego Roşki ponad dziesięć lat później są cokolwiek skromniejsze. 24 lutego 2002 roku mobilizuje przeciw komunistycznemu rządowi tylko siedemdziesiąt tysięcy demonstrantów. Być może byłoby ich więcej, gdyby policja nie zatrzymała wielu jadących do stolicy autokarów, odbierając im tablice rejestracyjne, ale faktem jest, że tym razem kolejne Wielkie Zgromadzenie Narodowe nie jest w stanie pchnąć historii do przodu. Ale to tylko jedna z kilkudziesięciu demonstracji na placu od stycznia do kwietnia. Wybuchły w proteście przeciw zamiarom ponownej rusyfikacji kraju: obowiązkowej nauce języka rosyjskiego w szkołach, nadaniu rosyjskiemu statusu drugiego języka oficjalnego, zmianie nazwy szkolnego przedmiotu historia Rumunów na historię Mołdawii.

15 stycznia, w sto pięćdziesiątą drugą rocznicę urodzin Mihaia Eminescu, rumuńskiego wieszcza narodowego, demonstrują pod hasłem zaczerpniętym z jednego z jego patriotycznych wierszy: „Jesteśmy Rumunami i kropka!”. Ilu mieszkańców tego kraju tak myśli? Wszelkie badania i obserwacje w ciągu ostatnich dwudziestu lat wskazują, że niewiele więcej niż co dziesiąty. Ale na placu w 2002 roku są głównie rumuńscy patrioci.

– Jeśli ktoś chce języka rosyjskiego, to niech jedzie do Rosji – mówi słodkim głosem przez gigantofony kiszyniowska licealistka. Bo to właśnie licealiści i studenci, wychowani w pierwszym dziesięcioleciu niepodległości Republiki Mołdawii, robią codziennie tłum na placu i pchają się do mikrofonu. Ich bracia i siostry z podstawówki, zgodnie z zasadą, że dzieci i ryby głosu nie mają, wymachują milcząco flagami Rumunii i Unii Europejskiej.

– Prawo do udziału w naszym ruchu ma każde dziecko, które stoi na własnych nogach i jest w stanie krzyknąć: „Precz z komunistami!” – odpowiada Roşca na zarzuty, że wciąga dzieci do polityki. Na placu pojawiają się ohydne maski prezydenta Vladimira Voronina i premiera Vasilego Tarleva oraz przywódcy klubu większości w parlamencie Victora Stepaniuca jako świni z czerwonym językiem. Codziennie chłopcy i dziewczęta, polityczni wagarowicze czynnie popierający ogłoszony właśnie strajk szkolny, intonują hymn bukareszteńskich demonstrantów, którzy wiosną 1990 roku zbierali się na placu Uniwersyteckim w stolicy Rumunii, bezskutecznie usiłując odsunąć od władzy rządzących tam wtedy postkomunistów:

Lepiej być włóczęgą niż zdrajcą,

lepiej chuliganem niż dyktatorem,

lepiej łobuzem niż działaczem partyjnym,

lepiej martwym niż komunistą.

To ostatnie – to odwrócenie hasła berlińskich pacyfistów z lat osiemdziesiątych, którzy równie prowokacyjnie twierdzili, że „lepiej być komunistą niż martwym”.

Tymczasem Roşca przez cały pierwszy kwartał 2002 roku ubliża bezkarnie w centrum Kiszyniowa mołdawskiej władzy. „Ani chwili już nie chcemy prezydenta bolszewika!” – podrzuca demonstrantom hasło do skandowania, stojąc kilkaset metrów od Pałacu Prezydenckiego. Nieco znudzonym policjantom, niemającym rozkazu podjęcia czynnej obrony komunistycznej dyktatury, obiecuje zaś niezmiennie, że maraton demonstracji będzie przerywany w soboty, by oni mogli odpocząć.

W ramach festiwalu walki wiosny z zimą i dobra ze złem maszerujemy bulwarem Stefana Wielkiego, ulicą Vasilego Alexandri i drogą Hîncești na wzgórze Telecentrum, gdzie mieści się siedziba mołdawskiej telewizji państwowej. W końcu lat osiemdziesiątych, u szczytu gorbaczowowskiej głasnosti i pierestrojki, Teleradio Moldova było oazą rodzącej się wolności i oknem na świat dla będących w zasięgu jego nadajników mieszkańców przygranicznych rumuńskich miast. Oni ze swej własnej telewizji bukareszteńskiej mogli wtedy jedynie zaczerpnąć wiedzę o ostatnich już historycznych poczynaniach Towarzysza Nicolae Ceaușescu i Jego Małżonki, Towarzyszki Eleny. Ponad dziesięć lat później dziennikarze państwowej stacji mołdawskiej buntują się przeciw cenzurze, którą narzucił im rząd komunistów odrodzonych w Mołdawii jak feniks z popiołów.

Gwiazda państwowej telewizji Larisa Manole mówi, że ma tej cenzury powyżej uszu. – Chcemy pracować zgodnie z zasadami profesjonalnego dziennikarstwa – stwierdza pryncypialnie, choć nieco ostrożniej Mircea Surdu, przewodniczący komitetu strajkowego, wysoki mężczyzna z kokieteryjnie założonymi na łysą głowę ciemnymi okularami, znany prezenter programów kulturalnych. Dziennikarka Viorica Cucereanu opowiada, jak kilkunastu kobietom udało się przerwać emisję dziennika Mesager i poinformować o proteście. Zatrudniano je masowo, bo jako kobiety miały być bardziej uległe. Tymczasem to one okupowały studio, osłaniając wybryki prezentera i kobiecej grupy technicznej, dzięki czemu odczytano informację o proteście, a na ekranie pojawił się napis: „Mesager potępia cenzurę”. Nazajutrz do gmachu telewizji przybył komunistyczny prezydent Vladimir Voronin, by oświadczyć, że żadnej cenzury w telewizji nie ma, a potem solennie przyrzec jej zniesienie. Obiecał też podwyżki płac, spotykając się w tej kwestii z brakiem zainteresowania strajkujących, którym bardziej zależało na zwiększeniu czasu emisji w języku rumuńskim.

Nieco inaczej widzi skrzeczącą rzeczywistość młody barman Dumitrie, którego spotykam późnym wieczorem w knajpie tuż obok Telecentrum. Twierdzi wprawdzie stanowczo, że jest Rumunem, i pieni się na komunistów, którzy zgodnie z sowiecką tradycją nazywają jego język mołdawskim. Bardzo lubi Bukareszt, a do Rumunii ma żal tylko o to, że w 1991 roku nie pociągnęła Mołdawii za sobą, choć wtedy było to możliwe. A jednak nie znosi ani komunistów, ani filorumuńskich chadeków z Roşcą na czele, bo zajmują się historycznymi symbolami i walką języków, a nie gospodarczą ruiną, która obraca w ruinę jego własne życie. Ma dość biedowania w dwupokojowym mieszkaniu z żoną, synem, teściową i szwagrem, a przede wszystkim braku możliwości marzeń o lepszym losie. Stara się o obywatelstwo rosyjskie i wyjedzie do Moskwy, do wielkiego świata wielkiej szansy, gdzie przyjaciele załatwili mu pracę. – Ale może tu kiedyś wrócę – mówi, unikając mojego wzroku, i trudno wyczuć, czy to jest stwierdzenie, czy pytanie skierowane do kogoś, komu przypadkiem zwierzył się po nocy ze swojego zgrzebnego dramatu, nalewając kolejny tego dnia kufel piwa.

– Precz z komunistami, precz z dyktaturą! – krzyczą odważnie nazajutrz na wzgórzu Telecentrum licealiści i studenci w pięknym słońcu ciepłego przedwiośnia. Jednak urok antykomunistycznego pikniku rozleniwia nawet ich, nie mówiąc o coraz bardziej znudzonych policjantach, którzy nie chcą im zakłócać antykomunistycznego świętowania. Represje dyktatury miały zresztą dotąd raczej charakter prawny. Już w końcu stycznia minister sprawiedliwości zawiesił na trzydzieści dni działalność partii chadeckiej, a parlament pozbawił immunitetu trzech spośród jedenastu jej deputowanych, co zagroziło im wyrokiem za organizowanie nielegalnych demonstracji, oznaczającym grzywnę w wysokości kilkunastu dolarów. Nawet ta skromna groźba nie doczekała się realizacji. Zresztą sam prezydent Voronin poszedł po rozum do głowy i składając kwiaty pod pomnikiem Lenina, oświadczył przytomnie w obliczu monumentu Wodza, że chociaż „znaleźliśmy odpowiedź na pytanie, jak działać w warunkach parlamentaryzmu burżuazyjnego, dzięki czemu doszliśmy do władzy”, to jednak „z powodu obiektywnych warunków” budowa społeczeństwa socjalistycznego nie jest w Mołdawii możliwa.

25 lutego na plac Wielkiego Zgromadzenia Narodowego wyszedł samotnie z rządowego budynku minister edukacji Ilie Vancea i poprosił o mikrofon, by przeprosić demonstrantów za zamiar wprowadzenia obowiązkowego nauczania języka rosyjskiego w szkołach oraz przedmiotu historia Mołdawii w miejsce historii Rumunów. – Powinienem być bardziej stanowczy w obronie mego własnego stanowiska w świętych sprawach języka i historii – bił się w piersi ze śmiertelną powagą, prosząc jednocześnie, by zakończyli protest. Trudno dociec, czy nazajutrz został zdymisjonowany za swe zaskakujące wystąpienie, czy za to, że nie doprowadziło ono do zakończenia maratonu demonstracji, który będzie trwał jeszcze dwa miesiące.

W niedzielę 31 marca kolejne Wielkie Zgromadzenie Narodowe, już nieco mniej wielkie, bo liczące tylko czterdzieści tysięcy uczestników, przyjmuje rezolucję „w sprawie obalenia dyktatury komunistycznej i przywrócenia pluralistycznej demokracji”, dającą władzom czterdzieści osiem godzin na podanie się do dymisji. Około tysiąca demonstrantów nocuje na placu z niedzieli na poniedziałek i zapowiada, że nie opuści go do chwili, gdy Partia Komunistów zostanie zdelegalizowana. Dwa dni później dziesięć tysięcy osób przemierza kilkaset metrów z placu pod siedzibę parlamentu i podnosi zdjęte z rąk zegarki, by przypomnieć, że już czas na dymisję. Ich delegaci, zaproszeni na rozmowy do parlamentu, wracają z odpowiedzią, że władze nie zdążyły jeszcze przestudiować przyjętej na placu rezolucji.

W tej zabawnej sytuacji chadecki deputowany Ştefan Secăreanu z trudem namawia demonstrantów do powrotu na plac, gdzie jednak nieoczekiwanie wzywa uczestników protestu do zablokowania wszystkich dróg dojazdowych do serca stolicy. Demonstranci blokują między innymi bulwar Stefana Wielkiego, rozbijając miasteczko namiotów między monumentalnym gmachem parlamentu a nieco kuriozalnym Pałacem Prezydenckim, wielopiętrowym, nowoczesnym wieżowcem ze szkła i aluminium. Linki przybijają do asfaltu ulicy zwykłymi gwoździami. W odpowiedzi na to władze rozmieszczają w najbliższej okolicy parę tysięcy funkcjonariuszy w różnych mundurach, co – jak się zdaje – stanowi niemal połowę służb mundurowych w tym kraju. Czekamy, co będzie dalej.

* * *

Ale właściwie dlaczego komuniści mieliby oddać władzę, którą zdobyli rok wcześniej w dość uczciwych wyborach? Odnieśli wtedy zwycięstwo, którego rozmiary zdziwiły ich samych. Zdziwiły zresztą niesłusznie, bo był to logiczny rezultat ciągu wydarzeń poprzedniego piętnastolecia.

Pierestrojka i głasnost uruchomione stopniowo przez Michaiła Gorbaczowa w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ożywiły w sowieckiej Republice Mołdawii, podobne jak w innych bratnich republikach, stłumione dotąd żywioły antytotalitarnej normalności. Przede wszystkim podniosła głowę wąska elita ludzi, którzy po dziesięcioleciach rusyfikacji odnaleźli związek z rumuńską tradycją kulturową. Tą tradycją, którą przechowali na wsi niewykształceni dziadkowie w czasach, gdy ich dzieci i wnuki zmuszone były zdobywać wykształcenie i robić kariery w języku rosyjskim.

Do głosu doszli nauczyciele języka rumuńskiego (z nakazu sowieckich władz zwanego mołdawskim i pisanego cyrylicą), rumuńskojęzyczni pisarze, artyści i dziennikarze, różni przekorni ludzie poszukujący historycznej prawdy. Ale także żywioł o większym ciężarze gatunkowym z politycznego punktu widzenia: część sowieckiej nomenklatury rumuńskojęzycznego pochodzenia, która zwietrzyła szansę zaistnienia jako elita polityczna suwerennego państwa, ze wszystkimi związanymi z tym fruktami, również tymi, które obiecywać mogła rysująca się na historycznym horyzoncie prokapitalistyczna modernizacja.

Jedni i drudzy wspólnym wysiłkiem doprowadzili do powstania niepodległej Republiki Mołdawii w 1991 roku, gdy rozpadał się Związek Sowiecki. Dla wielu spośród tych pierwszych miał to być wstęp do powtórnego zjednoczenia z Rumunią. Spotkał ich zawód – ówczesne postkomunistyczne władze Rumunii, świeżo uwolnionej od dyktatury Ceaușescu, odpowiedziały im stanowczo, że jedyne, co mogą dla nich zrobić, to zapewnić polityczne wsparcie dla besarabskiej suwerenności. To stanowisko nie było wyzbyte realizmu. Sytuacja międzynarodowa wyglądała bardzo niepewnie i nie skłaniała do geopolitycznych roszad, a zrujnowana w ostatnim okresie komunizmu Rumunia w niczym nie przypominała RFN, która mogła się pokusić o zjednoczenie Niemiec, za co słono zapłaciła niekończącym się strumieniem niemieckich marek. Ewentualny strumień rumuńskich lei mógłby być co najwyżej strumyczkiem.

Wszystko wskazuje na to, że unioniści chcący powrotu do rumuńskiego państwa nie dysponowali również poparciem większości Mołdawian z powodu, który może dziś brzmieć zaskakująco: sowiecka Mołdawia lat osiemdziesiątych była krajem o wyraźnie wyższym poziomie życia niż Rumunia, którą trudno było wtedy postrzegać jako raj, do jakiego warto aspirować. Tymczasem po postsowieckiej stronie Prutu trwało jeszcze pewne poczucie dumy z lokalnej tożsamości. Mołdawia była jedną z najbogatszych sowieckich republik, a produkowane tu wina, warzywa i owoce zalewały rynek całego Sojuzu. Znane w Polsce i innych krajach bloku Sowietskoje Szampanskoje to była w rzeczywistości marka mołdawska. Bycie Mołdawianinem – to brzmiało dumnie.

Wraz z niepodległością przyszło jednak gospodarcze załamanie, bo szybko załamał się eksport do Rosji i innych postsowieckich republik. Rozpadł się świat. Rządzący w Kiszyniowie nowi i staro-nowi politycy nie umieli sobie z tym poradzić. Uwagę większości z nich zaprzątało zresztą w latach dziewięćdziesiątych nie tyle reformowanie kraju i otwieranie mu nowych szans rozwoju, ile dzielenie między siebie politycznych wpływów i gospodarczej masy upadłościowej oraz dorabianie się na mniej lub bardziej mafijnych interesach. Brakowało im wizji przyszłości oraz woli i konsekwencji w realizacji jakichkolwiek politycznych projektów. Robili oko do demokratycznego Zachodu, ale trudno było ich traktować poważnie.

Tymczasem młode państwo traciło zdolność spełniania swych funkcji, usługi publiczne gubiły elementarną skuteczność, a społeczeństwo w miażdżącej większości runęło w przepaść katastrofalnej pauperyzacji. Oprócz sprzedawania własnych nerek zagranicznym klientom przez młodych, zdrowych ludzi za twardą walutę, jedyną dostępną dla prostego człowieka formą przedsiębiorczości stał się wyjazd do pracy za granicę. Zjawisko mniej lub bardziej trwałej emigracji objęło stopniowo prawie jedną czwartą społeczeństwa, a około jedną trzecią dochodu narodowego stanowiły pieniądze przesyłane przez tych ludzi rodzinom w kraju.

„Jak mało potrzeba człowiekowi do szczęścia! Ilość dóbr i usług, do których aspiruje, jest odwrotnie proporcjonalna do stopnia degrengolady, do jakiego doszedł – pisał w marcu 2000 roku Vitalie Ciobanu, jeden z najwybitniejszych kiszyniowskich intelektualistów, w dramatycznym eseju Anatomia pewnego geopolitycznego bankructwa: Republika Mołdawii. – W miarę staczania się ku zezwierzęceniu, zadowolisz się coraz mniejszymi okruchami cywilizacji. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy zaczęliśmy traktować w Kiszyniowie światło elektryczne i gaz jako produkty luksusowe. Tymczasem besarabskie wsie żyją w tych nieludzkich warunkach już od jakichś pięciu lat, a ludziom rządzącym po 1991 roku, niezależnie od ich politycznego zabarwienia, w ogóle nie przeszkadza ta sytuacja. To obojętność niespotykana nawet w krajach Trzeciego Świata. Minęło prawie dziesięciolecie, od kiedy była Mołdawska Socjalistyczna Republika Sowiecka, utworzona po wojnie na terenie obejmującym trzy czwarte dawnej prowincji rumuńskiej Besarabia, zadeklarowała niezależność od Moskwy, ale możemy powiedzieć z całą pewnością, że eksperyment, który zaczął się tak obiecująco (i niepewnie) w sierpniu 1991, kończy się dziś w poczuciu wielkiej porażki podzielanym niemal powszechnie”.

I wtedy zjawili się oni. Nazwali się Partią Komunistów, obnosili się z czerwonym sztandarem i rozdawali wizytówki z sierpem i młotem, uzupełnionymi o książkę mającą oznaczać tak zwaną inteligencję pracującą. W swoim przesłaniu wyborczym zapowiadali, że przywrócą, opierając się na sojuszu z Rosją, wspominany z nostalgią sowiecki raj. W lutym 2001 roku zdobyli w wyborach siedemdziesiąt jeden mandatów w stujednoosobowym parlamencie. To wyborczy nokaut. O ósmej rano w poniedziałek po wyborczej niedzieli zrobiłem wtedy dla „Rzeczpospolitej” wywiad z ich charyzmatycznym przywódcą Vladimirem Voroninem w jego gabinecie ozdobionym gustownymi popiersiami Lenina. Miałem przed sobą człowieka zadumanego, zatroskanego i zaniepokojonego. Ktoś, kto w takiej sytuacji w kraju wygrywa wybory tak miażdżąco, musi zdawać sobie sprawę, że obudził nadzieje, których ewentualne niespełnienie pachnie szubienicą.

W następnych miesiącach jednak coś mu się udało. Było to zresztą również zasługą poprzednich, krótkotrwałych rządów Iona Sturzy (który jako pierwszy zrobił kilka sensownych reform) i Dumitru Braghişa (który sytuację zaczął nieco stabilizować). Faktem jest, że z nastaniem rządów komunistów wypłacano już przynajmniej w miarę regularnie głodowe emerytury i płace w budżetówce. Poziom życia szczególnie się nie poprawił, ale wzrosło trochę poczucie bytowego bezpieczeństwa.

* * *

Może dlatego rok po swym spektakularnym zwycięstwie, w pierwszym kwartale 2002 roku, prezydent Voronin przyjmuje z olimpijskim spokojem uliczne ataki filorumuńskiej opozycji, chcącej odwrócić bieg historii w kierunku prozachodnim. Noc z 5 na 6 kwietnia spędzam w miasteczku namiotów blokującym bulwar Stefana Wielkiego pomiędzy gmachem parlamentu a Pałacem Prezydenckim. A tu roi się od patriotów zdecydowanych na wszystko. Weteranów wojny naddniestrzańskiej z wiosny 1992 roku, starszych ludzi żyjących nostalgią za mglisto pamiętaną rumuńską przeszłością, a przede wszystkim ludzi młodych, którzy marzą o wywalczeniu przyszłości dla swego kraju drepczącego w postsowieckim bagienku. Iurie Roşca, wykończony maratonem demonstracji, ledwo trzyma się na nogach i maszeruje mozolnie po miasteczku namiotów, podtrzymywany przez dwie urocze aktywistki chadeckiej młodzieżówki. We wszystkich okolicznych ulicach i zaułkach stacjonują oddziały przeróżnych mundurowych służb z wyposażeniem mającym sprawiać wrażenie gotowości do interwencji siłowej.

Jako jedyny zagraniczny dziennikarz pozostaję na bulwarze do piątej rano powodowany niską, profesjonalną pobudką: żądzą doniesienia światu o widzianych na własne oczy dramatycznych lub ewentualnie tragicznych wydarzeniach w zakątku Europy zapomnianym przez Boga i ludzi. Przed świtem dochodzę jednak do frustrującego wniosku, że nic specjalnego się tu nie wydarzy. Rano, po raz kolejny w tym męczącym kwartale, wyruszam z Kiszyniowa do Bukaresztu jako niespełniony korespondent wojenny. Parę tygodni później w Warszawie jeden z kolegów w dziale zagranicznym „Rzeczpospolitej” mówi mi ze zgryźliwą ironią, że swoimi korespondencjami z Kiszyniowa wyniosłem Mołdawię do rangi Bliskiego Wschodu.

To jednak nie było w mojej mocy. – Dla Amerykanów jesteśmy tacy malutcy, że nie mają nawet odpowiedniej lupy, by dostrzec problemy Mołdawii – stwierdza z kokieteryjną zadumą cztery miesiące później Iurie Roşca, którego spotykam na zalanej letnim słońcem łące nad Dniestrem, nieopodal wsi Saharna w północnej Mołdawii, gdzie znani mi z zimowych protestów i szalonych tańców na placu studenci, dziś uczestnicy chadeckiego Uniwersytetu Letniego, słuchają wykładu młodego politologa z Bukaresztu, którego zafascynowali rówieśnicy zza Prutu. To kolejna osoba dzieląca się z nimi wiedzą o polityce, historii i gospodarce. Po drugiej stronie rzeki spokojnie pasą się krowy, ale są to krowy prorosyjskie, bo tam jest już separatystyczna Republika Naddniestrzańska uważająca się za część Wielkiej Rosji i rzucająca wyzwanie raczkującemu mołdawskiemu państwu.

Roşca jest jeszcze nadal charyzmatycznym liderem i wzbudza aplauz cyrkowym wyczynem, maszerując kilkadziesiąt metrów na rękach po placu apelowym popadającego w ruinę postsowieckiego ośrodka wypoczynkowego dla młodzieży, gdzie znalazł miejsce na spotkanie Nowej Generacji, która ma odmienić Mołdawię. Jego fani są pewni siebie i wierzą, że będzie dobrze. Prawo do optymizmu daje im nieoczekiwany sukces akcji protestu sprzed kilku miesięcy. Demonstracje zakończyli po tym, jak 24 kwietnia Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy w Strasburgu wezwało władze Republiki Mołdawii do uzdrowienia demokracji, a Vladimir Voronin zobowiązał się spełnić aż szes­naście warunków. Władze zrezygnowały z wprowadzenia przymusu nauki języka rosyjskiego w szkołach, wyrzekły się ścigania uczestników protestu, opracowały projekt ustawy mającej zagwarantować niezależność telewizji publicznej, a nawet zalegalizowały, po latach obstrukcji, Metropolię Besarabii – mniejszościowy odłam tutejszego Kościoła prawosławnego, który w latach dziewięćdziesiątych wypowiedział posłuszeństwo Moskwie i podporządkował się – jak w okresie międzywojennym – Patriarchatowi Bukareszteńskiemu.

– Żyjemy w kraju demokratycznym i mamy prawo wyrażać poglądy opozycyjne – oznajmia Roşca w cokolwiek innym tonie niż przed czterema miesiącami, gdy mówił demonstrantom na placu, że komuniści wygrali wybory, by wprowadzić w Mołdawii bolszewicką dyktaturę.

A więc happy end? Happy może tak, ale chyba jeszcze nie end.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Wydawnictwo Czarne Sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel. +48 18 351 00 70

e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata.kur@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Hoża 42/1, 00-516 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e­-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2014

Wydanie I