Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 415

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 10 godz. 20 min Lektor: Magdalena Schejbal

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 10 godz. 20 min Lektor: Magdalena Schejbal

Opis ebooka Ruiny na wybrzeżu - Eric Berg

Po dwudziestu trzech latach nieobecności Lea Mahler wraca do rodzinnej wioski na wyspie Poel. Niestety wizyta kończy się tragicznie. W tajemniczym wypadku ginie jej siostra, a ona sama zostaje ciężko ranna i doznaje amnezji. Cztery miesiące po tym wydarzeniu Lea, wbrew radom lekarzy, ponownie przyjeżdża na wyspę. Chce się dowiedzieć, jak doszło do wypadku. Ponieważ nic nie pamięta, jest zdana na pomoc dawnych przyjaciół – tyle że ci przedstawiają sprzeczne wersje. Najwyraźniej ukrywają przed nią coś, co dotyczy ich wspólnej przeszłości… „Mroczna atmosfera, wyrafinowana i trzymająca w napięciu fabuła” Hamburger Abendblatt „Pełna napięcia i bardzo realistycznie opowiedziana historia. Eric Berg po raz kolejny napisał niesamowitą powieść z dreszczykiem, w której pokazuje, do czego potrafi posunąć się człowiek”. Frizz – Das Magazin „Mroczny kryminał, który zabija w zarodku wszelkie sentymenty związane z powrotem do rodzinnych stron i wiarę w młodzieńcze przyjaźnie”. NDR Kultur

Opinie o ebooku Ruiny na wybrzeżu - Eric Berg

Fragment ebooka Ruiny na wybrzeżu - Eric Berg

Tytuł oryginału:

DAS KÜSTENGRAB

Copyright © 2014 by Limes Verlag,

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Maria Zając, Anna Just, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8110-147-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla mojej rodziny z WunderBaru

na Gran Canarii

Ściskam Was

Wilki porywają owcę w ciemnościach nocy,

lecz ślad krwi wżera się w kamienie doliny

i zbrodnia ukazuje się ludzkim oczom,

gdy wschodzi słońce.

KHALIL GIBRAN

Prolog

Wyszedł z domu pochłonięty myślami na temat przyszłości.

Był trzydziesty pierwszy sierpnia 1990 roku, owego osobliwego roku na granicy epok, kiedy to, co stare, jeszcze nie do końca odeszło w przeszłość, a nowe nie całkiem się jeszcze zadomowiło. Mieszkańcy wschodnich Niemiec byli bez reszty zaprzątnięci tym, co ma nadejść. On również, choć miał dopiero osiemnaście lat, musiał podjąć kilka ważnych decyzji.

Samotnie przechadzał się po łąkach rodzinnej wyspy na meklemburskim wybrzeżu. Uwielbiał mgłę, która jak każdego wieczoru rozpełzła się po ziemi. Uwielbiał też ową chwilę, kiedy promienie zachodzącego słońca niczym reflektor przebijają się między chmurami i padają na morze, rozświetlając fale, po czym czerwona tarcza znika, by w tym samym momencie ukazać się w innym miejscu i w innym odcieniu.

Na końcu drogi leżały osamotnione ruiny klasztoru – miejsce, które znał lepiej niż rodzinny dom. Wnętrze podupadłej budowli, którą on i jego przyjaciele od dziecka nazywali Pałacem, tworzyło istny labirynt. Jeden dziedziniec przechodził w następny (dawne izby nazywali dziedzińcami, jako że ruiny nie miały dachu), a kruszące się spiczaste okna, od pięciuset lat zżerane przez morski wiatr, z jednej strony wychodziły na morze, a z drugiej na łąki. Maleńka wioska, w której mieszkał, leżała kilometr stąd, przesłonięta młodymi drzewkami otaczającymi ruiny.

Z wyciągniętą przed siebie ręką, muskając czubkami palców mury, zagłębił się po omacku w półmrok. Zatrzymał się przy jednym z późnogotyckich okien i jego wzrok powędrował ponad porastającymi wydmy trawami – hen, na morze, które rozpościerało się przed nim nieporuszone niczym tafla płynnego ołowiu. Wtem zdało mu się, że słyszy kroki. Odwrócił się, zmarszczył czoło i zawołał półgłosem:

– Margrethe?

Nie miał pojęcia, dlaczego wykrzyknął właśnie jej imię. Wiedział przecież, że Margrethe już nigdy nie zamieni z nim ani słowa.

Po chwili uznał, że się przesłyszał. Wiatr i kruszące się mury czasem płatały figle. Kontury z wolna się rozmywały, ściany i łuki przeistaczały w zjawy. Aura tajemniczości od zawsze stanowiła nieodłączny element tego miejsca – tak jak mewy, które w ciągu dnia z krzykiem krążyły nad ruinami, jak koniczyna pokrywająca łąki, jak osty wczepiające się w popękane mury i jak przyjaciele, których spotkał na swej drodze dziesięć lat temu: Lea, Mike, Jacqueline, Margrethe, Harry, Pierre i Julian. Tak, to było cudowne dziesięć lat…

Nadciągnął wiatr i znów coś zaszeleściło, gdzieś niedaleko ukruszył się kawałeczek muru, znów o krok posuwając upadek tej starej budowli.

Przyszedł w to szczególne dla siebie miejsce, by się pożegnać z dzieciństwem i wszystkim, co je wypełniało. Z niezliczonymi godzinami spędzonymi w Pałacu w gronie przyjaciół, z rozmowami, zabawami, śmiechem, sporadycznymi kłótniami, papierosami, ogniskami, szczeniackimi marzeniami…

Jego dzieciństwo – tak jak dzieciństwo każdego człowieka na ziemi – odeszło po cichu i niepostrzeżenie. Już od kilku lat widać było drobne oznaki przemijania, na które jednak nikt z ich paczki nie zwracał uwagi – choćby to, że niektórzy zaczęli praktyki w okolicznych zakładach albo podjęli regularną pracę. Mimo to wciąż pozostawali w kontakcie i regularnie spotykali się w piątkowe lub sobotnie wieczory w Pałacu. Ktoś przynosił kanapki lub czekoladę, ktoś inny piwo lub grzane wino, potem siadali, rozmawiali, palili. Czuli, że choćby niektórzy z nich mieli stąd odejść i wyjechać na Zachód – na studia albo by poznać świat bądź zdobyć popłatny zawód – to Pałac zawsze będzie ich spajał duchową więzią. Że żadne z nich nie zapomni tego miejsca i wszyscy od czasu do czasu będą tu wracać.

Jeszcze niedawno i on podzielał te romantyczne wyobrażenia. Aż do początku lata ich świat był niewinny, nieskalany, lecz teraz, u progu jesieni, legł w gruzach, tak jak te spowite w mroku ruiny.

– Lea? Lea, to ty?

Wciąż miał nadzieję, że przyjmie jego propozycję i wyjedzie z nim z Poel, że wspólnie wyruszą w podróż dokoła świata. Rozstanie z nią sprawiało mu najdotkliwszy ból. Ileż to razy wyobrażał sobie, że Lea czatuje na niego za rogiem, by zaskoczyć go radosnym: „Tak, pojadę!”. Ale to marzenie nigdy się nie spełniło.

Tymczasem mrok zgęstniał tak bardzo, że zupełnie nie widział już drogi. Z ciężkim westchnieniem wyjął z kieszeni dżinsów małą latarkę i skierował krąg światła na ścieżkę wiodącą do wsi. Po chwili wzdrygnął się i wydał z siebie ni to krzyk, ni to westchnienie.

Jego ciało przeszył lodowaty dreszcz, a sekundę później coś ciężkiego uderzyło go w głowę.

Wrzesień 2013 roku

Patrzyłam na ogromne zdjęcie. Wielka fotografia formatu A4 przedstawiała samochód, a właściwie kupę zgniecionej blachy. Auto wyglądało tak, jakby uderzył w nie jakiś potwór i wyrwał z niego trzewia. Błysk lampy aparatu odbił się w pokrytej siatką rys szybie, rzucając rozszczepioną łunę na mokry przydrożny rów, drzewo, fosforyzujące kombinezony ratowników i kilka gałęzi ze słabymi jeszcze wiosennymi listkami. I na zwłoki.

Wnętrze wraku na bałtyckiej wyspie Poel skrywało również moje ciało, lecz wiedziałam o tym tylko dlatego, że mi o tym powiedziano. W prawym dolnym rogu kartki widniała data i godzina wykonania zdjęcia: 21 maja 2013, 23:46.

W ciemnych, lśniących oczach mojej rozmówczyni kryło się nieme pytanie. Ina Bartholdy pracowała jako psycholog w schwerińskiej klinice, gdzie od czterech miesięcy sprawowała nade mną opiekę. Miała trzydzieści parę, może czterdzieści lat, więc byłyśmy niemal rówieśniczkami. Lubiłam jej ciepły, emanujący spokojem głos i szczupłe, pozbawione biżuterii dłonie.

– Nic. – Pokręciłam głową.

W tym jednym słowie wyrażało się wszystko. Nie pamiętałam ani wypadku, ani ostatnich godzin przed nim. Z Poel wyjechałam dwadzieścia trzy lata temu i, o ile mi wiadomo, nigdy tam nie wróciłam, dlatego myśl, że wydobyto mnie ledwie żywą z rowu przy drodze przecinającej wyspę, była dla mnie czymś upiornym.

Wraz z autem, którym podróżowałam na fotelu pasażera, zniszczeniu uległy również moje wspomnienia. Oczywiście, wiele rzeczy pamiętałam – w tym te najważniejsze: kim jestem, czym się zajmuję – lecz wiedziałam, że moje życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem. Przeszłam mnóstwo operacji, w trakcie których lekarze, nie licząc kilku niewielkich blizn, zdołali przywrócić mi dawny wygląd, lecz jeśli chodzi o pamięć, sprawy przedstawiały się dużo gorzej. Niczym w niedokończonej mozaice było w niej mnóstwo mniejszych lub większych luk, które mimo cierpliwych wysiłków mojej terapeutki zapełniały się z oporem i bardzo powoli. O ile w ogóle.

– Do tej pory nie pokazywałam pani tego zdjęcia, ponieważ jest ono wyjątkowo sugestywne, powiedziałabym wręcz… makabryczne.

To prawda. Najgorszy był widok martwego, zmasakrowanego nie do poznania ciała.

A mimo to fotografia nie wzbudzała we mnie żadnych osobistych emocji. Równie dobrze mogłabym oglądać zdjęcie z wypadku samochodowego w Chinach. Nie byłabym ani bardziej, ani mniej poruszona. Bardzo chciałabym odczuwać coś więcej niż tylko ten abstrakcyjny smutek z powodu tragicznego, ale na pozór odległego zdarzenia. Ponieważ nie pamiętałam wypadku, mogłabym przysiąc, że w nim nie uczestniczyłam. Fizyczne rany, które pokrywały moje ciało, były wprawdzie bolesnym przypomnieniem tego zdarzenia, lecz moja pamięć nie była w stanie wyjaśnić, skąd się wzięły.

– Wie pani, że to nasze ostatnie spotkanie. – Ina Bartholdy przerwała w końcu milczenie. Mroczna nuta w jej głosie zdradzała, że zaraz doda coś, co może mnie wprawić w niepokój.

Jej spojrzenie padło na cyfrowy projektor, jedyne urządzenie w tym skądinąd dość skąpo umeblowanym pokoju. Nie było tu zbyt wielu sprzętów, na których można by zawiesić oko: cztery identyczne fotele, długi stół, pozbawione ozdób kremowe ściany oraz lawendowa wykładzina dywanowa z weluru, gruba i doskonale tłumiąca kroki. Choć w pomieszczeniu nie było żadnego źródełka, słychać było ciche pluskanie wody.

Terapeutka wydobyła z kieszeni niewielkiego pilota, lecz zanim go użyła, przez chwilę jeszcze się wahała.

– Czy podjęła już pani decyzję, Leo? Zdecydowała pani, dokąd się uda po wypisaniu z kliniki? Wraca pani do Argentyny?

Decyzja tylko na pozór wydawała się oczywista. Buenos Aires od niemal ćwierćwiecza było moim domem. Wprawdzie nie czekała tam na mnie rodzina, ale miałam spore grono znajomych oraz kilka przyjaciółek – z których wszelako żadna nie odwiedziła mnie po wypadku. Na pewno ucieszyłyby się, gdybym wróciła, lecz ja w ich obecności chyba nie byłabym w stanie pozbyć się poczucia niesmaku. Bo chociaż wiedziały, jak bardzo cierpię, a pieniądze nie grały dla nich roli, żadna nie uznała, że warto wskoczyć do samolotu i przylecieć do Europy, by mnie odwiedzić.

Przypomniałam sobie słowa, które Ina wypowiedziała kilka tygodni temu.

– Jakiś czas temu sugerowała mi pani, żebym wróciła tam, gdzie spędziłam ostatnie dni przed wypadkiem. Mówiła pani, że to dość częsta metoda terapii osób cierpiących na amnezję.

Ina Bartholdy skinęła głową, lecz na jej twarzy pojawił się wyraz zakłopotania – tak jakby lekkomyślnie zasugerowała chorej na serce pacjentce, by po wypisaniu z kliniki skoczyła na bungee. Zanim zdążyłam się odezwać, terapeutka włączyła pilotem projektor, który posłusznie piknął i rzucił na ścianę obraz, znany mi już z poprzednich sesji. Była to pokryta kolorowymi znaczkami fotografia mojego mózgu. Szare i czarne plamy oznaczały mniej lub bardziej uszkodzone obszary.

Ilekroć widziałam to zdjęcie, przeszywał mnie dreszcz. Widoczny na nim obraz – aktualizowany co dwa tygodnie – wywierał na mnie nieporównanie silniejsze wrażenie niż przekazywane mi suche informacje i z całą pewnością przemawiał do mnie bardziej niż zdjęcia z miejsca wypadku. Patrzyłam na czarne punkty przypominające rakowe przerzuty, podłużne cienie podobne do kanałów drążonych przez robaka, bezkształtne twory przywodzące na myśl obserwowane pod mikroskopem kultury bakterii, i nie mogłam się pozbyć wrażenia, że mój mózg wygląda na tych fotografiach tak, jakby toczyła go jakaś złośliwa, nieustannie postępująca choroba.

Lecz owo wrażenie wolno postępującego zniszczenia było absolutnie mylące, gdyż moje wspomnienia zostały wymazane nagle, w jednej sekundzie. Zapomnienie przyszło niespodziewanie, jak śmierć. Zresztą w pewnym sensie cztery miesiące temu naprawdę umarłam, gdyż od chwili wypadku czułam się tak, jakbym pewnych okresów swojego życia w ogóle nie przeżyła. Po co wróciłam na Poel? Co tam robiłam? Dlaczego w dniu przyjazdu na wyspę wsiadłam do auta, które najwyraźniej nie należało do mnie? I jak to możliwe, że doszło do wypadku na suchej, niemal prostej jak drut drodze?

– W zależności od przyczyn wyróżniamy różne rodzaje amnezji – wyjaśniła Ina Bartholdy.

– Wiem, Ino. Słuchałam uważnie wszystkiego, co pani mówiła.

– Oczywiście – odrzekła terapeutka uspokajającym tonem, jakby na zapas chciała mnie podtrzymać na duchu, i zaraz dodała: – Do tej pory uważaliśmy… to znaczy moi koledzy lekarze i ja… otóż uważaliśmy dotąd, że w pani przypadku amnezja wynika z fizycznego uszkodzenia mózgu – podniosła rękę, uprzedzając ewentualny sprzeciw – i tak w istocie jest. Przypadkowość luk występujących w pani pamięci długotrwałej nie pozwala na inną diagnozę.

Przypadkowość, nieuporządkowanie, chaos…

Pamiętałam, że Carlos, mój były mąż, zdradzał mnie, w związku z czym ja jego również zdradziłam, z Ianem, Irlandczykiem. Tyle że nie pamiętałam twarzy Iana, chociaż od naszego trwającego bite dwa miesiące romansu upłynęło zaledwie pięć lat. Pamiętałam, że moja ulubiona fryzjerka w Buenos Aires nazywa się Angela Lopez, ale za nic nie potrafiłam sobie przypomnieć ani jej twarzy, ani ulicy, przy której znajduje się salon. Na szczęście w ciągu ostatnich czterech miesięcy odzyskałam niektóre wspomnienia. Przypomniałam sobie na przykład nazwiska sąsiadów, niektóre numery telefonów, w tym mój własny, oraz inne drobiazgi. Pamiętałam, że kilka tygodni przed wylotem do Europy rozpadł mi się sandałek. I jakie książki przeczytałam w ciągu swojego życia. Tego typu rzeczy.

– Terapia amnezji uwarunkowanej fizycznie jest zwykle łatwiejsza. Dlatego z każdym dniem odzyskuje pani kolejne wspomnienia i z biegiem czasu będzie sobie pani przypominać kolejne fakty. Śmiem twierdzić, że za kilka miesięcy w pani pamięci długotrwałej nie będzie właściwie żadnych luk. Tyle że… jest pewien okres, którego w dalszym ciągu kompletnie pani nie pamięta.

– Ma pani na myśli ostatnie godziny przed wypadkiem? Po przyjeździe na Poel?

– Owszem. Wciąż nie pamięta pani niczego z tamtego czasu. Sądzę, podobnie jak inni lekarze, że w odniesieniu do tego okresu mamy do czynienia z amnezją uwarunkowaną psychicznie.

„Uwarunkowaną psychicznie” – słowa Iny rozbrzmiewały we mnie niczym echo. „Uwarunkowaną psychicznie”.

– Świadczy o tym chociażby fakt, że, jak pani twierdzi, zmienił się pani głos.

Skinęłam głową. Mój głos faktycznie stał się wyraźnie cichszy, bardziej stonowany, jakby łagodniejszy. Przypominał nieco dźwięk oboju…

– Przyczyny organiczne, fizjologiczne i bakteryjne wykluczyliśmy. W pani przypadku najwyraźniej mamy do czynienia ze zmianą na tle psychicznym. Tak się czasami zdarza w przypadku nieprzepracowanych przeżyć. Wszystko zatem wskazuje na to, że… – Ina Bartholdy urwała w pół zdania, westchnęła i przez kilka sekund milczała. – Coś się musiało wydarzyć – powiedziała w końcu z taką powagą, że aż przeszły mnie ciarki. – Na Poel, przed wypadkiem, musiało się pani przytrafić coś traumatycznego. Być może odkryła pani coś szokującego, coś, co wyparła pani z pamięci.

Terapeutka krzywo założyła ręce na piersi.

– Prawdę mówiąc… nie wiem, czy w tych okolicznościach powinnam była doradzać pani powrót na Poel. Obecnie jestem raczej skłonna prosić, by pani tego nie robiła.

Sama nie wiedziałam, czego bardziej powinnam się obawiać: tej częściowej amnezji, której padłam ofiarą, czy raczej wspomnień. Wróciłam do swojego pokoju, usiadłam na szpitalnym łóżku i zaczęłam się zastanawiać, co zapakować. Nie miałam jeszcze pojęcia, dokąd pojadę: do Argentyny, by odkreślić grubą kreską mroczny rozdział mojego życia, czy z powrotem na Poel? Był wtorek, trzeci września 2013 roku, mijało dokładnie sto dni od wypadku i po raz pierwszy od dawna musiałam podjąć decyzję.

Z namysłem brałam w dłoń kolejne przedmioty. Czy naprawdę będę potrzebować tego dziwnego szpitalnego dezodorantu? Czy dam radę zjeść ostatnie pięć pralinek z pudełka? Wyjątkowo długo się wahałam, patrząc na ogromny diagram nad łóżkiem. Kilka tygodni wcześniej przypięłam do ściany kilka zadrukowanych kartek z datami i szczegółowym opisem, co, gdzie i kiedy robiłam. Kilka zdjęć z serii „Rosyjska tajga i tundra” przy roku 2012, rozwód z Carlosem w 2011, nowojorska wystawa Peru wzdłuż i wszerz z roku 2008… Poronienie w 2002, w 1997 wielki sukces mojego pierwszego albumu Zagłada piękna, w którym przedstawiłam rajskie zakątki świata tuż przed ich zniszczeniem przez człowieka.

Od tamtej pory zwiedziłam kawał świata. Odbyłam rejs po Żółtej Rzece, okrążyłam Fudżi-jamę i Etnę, podróżowałam śladami Cézanne’a i Gauguina, dokumentowałam wędrówkę gnu i spęd owiec w Nowej Zelandii. Wykonałam tysiące zdjęć.

Niestety diagram na ścianie nie odpowiadał na najważniejsze pytania. Tragiczne wydarzenie, które przed czterema miesiącami przecięło moje życie na pół, pozostawiło mi wprawdzie większą część pamięci długotrwałej, a co za tym idzie wiedzę na temat mojej przeszłości, za to kompletnie odebrało mi poczucie tożsamości. Chociaż do tej pory zdołałam sobie przypomnieć ponad dziewięćdziesiąt procent swojego dotychczasowego życia, nie potrafiłam się utożsamić z kobietą, która je przeżyła. Co czułam po rozwodzie? Dlaczego nigdy nie uczestniczyłam w wyborach? Czy lubię smak lukrecji? Czterdzieści jeden lat na dwóch metrach papieru, na który patrzyłam jak na biografię bliskiej mi osoby. Miałam wrażenie, że co prawda uczestniczyłam w tym życiu, ale go nie przeżyłam.

Pierwszy raz poczułam to przed trzema miesiącami, kiedy odwiedzili mnie w klinice funkcjonariusze wismarskiej policji, by zadać kilka pytań na temat wypadku. Było to bardzo dziwne spotkanie, które nie usatysfakcjonowało żadnej ze stron. Nie mogłam pomóc policjantom, gdyż kompletnie nie pamiętałam ani wypadku, ani powodu mojej wizyty na Poel, ani nawet tego, że tam w ogóle pojechałam. Oni z kolei nie potrafili mi wyjaśnić, jak doszło do tragicznego wypadku.

We krwi mojej siostry, która prowadziła auto, nie stwierdzono obecności alkoholu, nic też nie wskazywało na udział osób trzecich. Zwłaszcza ten ostatni fakt sprawił, że policja szybko straciła zainteresowanie moją osobą i w ogóle śledztwem. W końcu sprawca wypadku zginął na miejscu.

Śledczy spędzili u mnie niespełna godzinę, ale to wystarczyło, by wzbudzić we mnie coś, co od tamtej pory stale mi towarzyszyło: poczucie obcości względem samej siebie. Odpowiadając na pytania policjantów, miałam wrażenie, jakbym mówiła o kimś innym, o człowieku, którego co prawda dobrze znałam, ale którego myśli i uczucia były mi kompletnie nieznane. Tym kimś była Lea Hérnandez, z domu Mahler, kobieta, którą musiałam na nowo poznać.

Kartka po kartce, rok po roku zdejmowałam ze ściany zawieszony nad szpitalnym łóżkiem zapis mojego życia i pospiesznie upychałam go w foliowej koszulce. Na roku 1990 zatrzymałam się nieco dłużej. To był szczególny rok. W marcu wkroczyłam w dorosłość, w kwietniu rozstałam się z Julianem, moją młodzieńczą miłością, w maju moi rodzice zginęli w wypadku, we wrześniu zaręczyłam się z Carlosem i pojechałam za nim do Argentyny, gdzie w grudniu wyszłam za niego za mąż. W pośpiechu porzuciłam całe dzieciństwo i młodość – rodzinną wyspę, przyjaciół, niekochaną siostrę, pierwszą miłość…

Wcisnęłam koszulkę z kartkami do torebki, a gdy zatrzymałam wzrok na swoich dłoniach, po raz pierwszy dotarło do mnie, że są mi tak samo obce jak moja przeszłość. W ciągu czterech miesięcy spędzonych w klinice byłam skupiona na swoim poranionym ciele: połamanych kościach, zmiażdżonych organach, rozdartej powłoce brzusznej, bliznach na głowie. Moje nogi umieszczono w szynach, trzy razy operowano mi kręgosłup. Trzy tygodnie spędziłam na wyciągu. Krzyki, które dobywały się wtedy z moich ust, wciąż rozbrzmiewały echem w mej głowie – tak głośno, że czasem potrafiły mnie zbudzić ze snu. Lecz ich przyczyną tylko w połowie było poranione ciało; druga połowa wiązała się z maleńką, ledwie sześciotygodniową istotką, która umarła we mnie w chwili wypadku.

Dowiedziałam się o niej dopiero w szpitalu, kiedy już jej nie było. W 2002 roku poroniłam i od tej pory gorąco pragnęłam mieć dziecko, a kiedy się pojawiło, niemal natychmiast znikło – zanim jeszcze zdążyłam je w sobie poczuć. Ina Bartholdy długo ze mną rozmawiała o tym małym człowieczku, który jak duch wkroczył w moje życie i zaraz z niego zniknął, owej bezcielesnej, bezimiennej istocie, której nie było mi dane wziąć w ramiona. Chirurdzy plastyczni niczym wytrawni rzeźbiarze przywrócili mi dawną twarz, przemieniając bezkształtną bryłę w ludzkie oblicze, które z radością rozpoznałam w lustrze, lecz moja dusza miała mniej szczęścia. Pozostała zraniona, zniekształcona, obca.

Opadłam na poduszkę i bezmyślnie patrzyłam na sufit. Czy tak właśnie zaczyna się depresja, przed którą tyle razy mnie przestrzegano? Czułam się zagubiona jak paczka, która nie ma pojęcia, kto ją nadał, gdzie się znajduje, dokąd zmierza i kto na nią czeka. Utraciłam wszelkie oparcie, nic już nie było dla mnie pewne – poczynając od tego, że nie potrafiłam powiedzieć, czy lubię lukrecję, a kończąc na tym, że nie miałam żadnych marzeń ani planów na przyszłość. Straciłam nawet swój dawny głos. Jedynym, co posiadałam w całej rozciągłości, była teraźniejszość. Teraźniejszość, którą pod wpływem paniki spędzałam w łóżku, sparaliżowana i otępiała.

Rozległo się pukanie i do pokoju weszła młoda pielęgniarka.

– Wszystko w porządku, pani Hérnandez? – spytała z uśmiechem na sympatycznej, piegowatej twarzy.

– Nie nazywam się już Hérnandez, tylko Mahler – powiedziałam i powoli usiadłam, jakbym chciała się upewnić, że jestem jeszcze w stanie dźwignąć się z łóżka.

– Naprawdę? Od kiedy?

– Od dzisiaj. Mahler to moje panieńskie nazwisko.

– Szkoda. Hérnandez brzmi bardzo intrygująco. Kojarzy się z egzotycznymi krajami.

Uśmiechnęłam się krzywo. Dla mnie to nazwisko było symbolem kłamstwa, zdrady, obcości, rozwodu, ale nie chciałam pozbawiać sympatycznej dziewczyny marzeń.

– Wygląda pani na nieco przygnębioną – powiedziała z troską pielęgniarka.

– Jeśli po uderzeniu w drzewo z prędkością stu kilometrów na godzinę, po czternastu operacjach i tysiącu godzin psychoterapii wyglądam na „nieco” przygnębioną, to chyba nie jest najgorzej, prawda? – odparłam, figlarnie mrugając okiem.

Pielęgniarka uśmiechnęła się. Ja również.

– Lubi pani praliny? – spytałam i nie czekając na odpowiedź, położyłam obok pudełka dwadzieścia euro: – To do oddziałowej skarbonki, na kawę. Zastanawiam się, co zrobić z tymi wszystkimi książkami, które przeczytałam przez ostatnie cztery miesiące. Pani również lubi czytać, prawda? Proszę, może znajdzie pani coś ciekawego. Mam spory wybór, od tych najnowszych szkockich czytadeł po chińskiego noblistę.

– Jest pani bardzo miła.

– To raczej pani i jej koleżanki byłyście miłe dla mnie.

Zamknęłam walizkę, sięgnęłam po torebkę, podałam blondwłosemu aniołowi w białym fartuchu dłoń i pożegnałam się, życząc jej wszystkiego dobrego. Wszystko to uczyniłam z dużą dozą pewności i zmierzając ku drzwiom, miałam niemal wrażenie, że czuję wiatr w skrzydłach.

Jednak już na szpitalnym parkingu zeszło ze mnie powietrze i zaliczyłam twarde lądowanie. Przesiedziałam pół godziny w aucie, które poprzedniego dnia wynajęłam w Schwerinie. Nie miałam pojęcia, co robić! Nie, nie zapomniałam, jak się prowadzi samochód, zapomniałam, jak się żyje.

Jeszcze raz przeanalizowałam wszystkie możliwości. W Buenos Aires czekał na mnie apartament, kilka przyjaciółek i praca. Może powinnam porozmawiać z ojcem mojego zmarłego dziecka? Choć z drugiej strony… Nasz związek przetrwał zaledwie kilka tygodni.

W końcu dotknęłam ekranu na desce rozdzielczej.

– Wpisz cel podróży – odezwał się kobiecy głos.

Wpisałam: Poel.

– Sprecyzuj.

Sprecyzowałam: Brandenhusen.

– Po pięćdziesięciu metrach skręć w lewo.

Przejechałam pięćdziesiąt metrów i włączyłam kierunkowskaz, lecz nie skręciłam. Zatrzymałam się.

– Skręć w lewo.

Uszłam z życiem z poważnego wypadku, lecz moja siostra miała mniej szczęścia. Zginęła na miejscu, na moich oczach. Mój zagadkowy powrót skończył się katastrofą. Czy ponowna próba nie skończy się aby tak samo?

– Skręć w lewo.

Rozpaczliwie szukałam światełka w tunelu. Jakiejś wskazówki, odpowiedzi, a ostatecznie: prawdy. To przecież szlachetny cel, czyż nie? Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za prawdę trzeba czasem zapłacić wysoką cenę.

Wielu ludzi żyłoby, gdybym tamtego wrześniowego dnia skręciła w prawo.

– Skręć w lewo.

Pierwszy raz od dwudziestu trzech lat znów wjechałam na drogę prowadzącą ze stałego lądu na Poel. Cztery miesiące wcześniej prawdopodobnie jechałam tą samą drogą, choć teraz czułam, że to była jakaś inna, obca kobieta. Na pewno nie ja. Rozpaczliwie próbowałam znaleźć w pamięci okruchy wspomnień. Wyłączyłam nawigację i radio, opuściłam boczne szyby, by wsłuchać się w szum wiatru i morza, uważnie przyglądałam się pierwszym mijanym domom.

Wspomnienie majowej wizyty nie powróciło – ani tego dnia, ani w kolejnych dniach, tygodniach, miesiącach. Zresztą nawet dziś widzę przed sobą tylko pojedyncze obrazy, jakby czarno-białe fotografie, utrwalone w jednej chwili sceny, których sens pojmuje się dopiero wtedy, gdy zna się całą historię.

Chociaż rodzinne strony wydawały mi się zupełnie obce, napawałam się ich widokiem. Bezkresne łąki, niekończący się horyzont, żadnych punktów zaczepienia – żadnych pagórków, lasów. Nawet ludzie dostosowali się do miejsca – tylko z rzadka pojawiała się wieża kościoła, rozrzucone tu i ówdzie domy i zagrody, krowy i traktory na łąkach, a między nimi pola rzepaku. Brzeg morza w wielu miejscach porastała trzcina. Płaska wyspa unosiła się na wodzie jak placek, tak jakby Stwórca użył do jej uformowania kuchennego wałka.

Mój volkswagen mijał welony mgieł ciągnących się ospale po wyspie. Prosta jak sznur droga zawiodła mnie najpierw do Kirchdorfu, a potem do Einhusen, gdzie asfalt staje się tak wąski, że z trudem mijają się na nim dwa samochody. Dalej mój szlak prowadził do Weitendorfu i w końcu do Brandenhusen, maleńkiej wioski, której mieszkańcy znają nawzajem nie tylko swoje imiona, lecz również daty urodzin, a nawet numery buta. W końcu droga zamieniła się w asfaltową aleję otoczoną szeregiem drzew i żywopłotów. Na końcu leżała osada jeszcze mniejsza od i tak już maleńkiego Brandenhusen. Kaltenhusen, bo tak nazywało się owo osiedle, było jakby kolonią kolonii. Na mapie sama kropka, bez nazwy, całe sześć domów. Koniec drogi. I koniec świata.

Sto metrów od osady zatrzymałam się, zgasiłam silnik i wysiadłam.

Miałam wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Te same pola, te same słone mokradła, te same rybitwy na niebie, czajki na żywopłotach, te same domy. I ta sama cisza.

Uwielbiałam to miejsce! Jako nastolatka, dziewczyna, młoda kobieta. Odnalazłam stare uczucia, choć spowijał je woal dwudziestu trzech lat nieobecności. Rzadka dwudziestotrzyletnia mgła kryjąca niepewne wspomnienie szczęścia. I słabe, dalekie echo bólu, gdy przypomniałam sobie powód, dla którego zdecydowałam się uciec z Poel. Miałam czterdzieści jeden lat i spędziłam więcej czasu z dala od Kaltenhusen niż w rodzinnym domu.

Dlaczego cztery miesiące temu przyjechałam na Poel? Pamiętałam jedynie, że wcześniej pracowałam w Normandii nad jakimś cyklem fotograficznym. W maju kwitły jabłonie, z których owoców wytwarza się słynny cydr i jeszcze słynniejszy calvados. Byłam w pobliżu kredowych skał Étretat. Ten obraz wciąż stał mi przed oczami: błękit morza, biel skał, pośród nich kąpielisko… i nagle Morning Has Broken Cata Stevensa, melodia, która od lat służyła mi za dzwonek komórki. W tym momencie urywa się nić wspomnienia, której końca do tej pory nie udało mi się odnaleźć.

Podczas wypadku wraz z moją pamięcią krótkotrwałą uległa zniszczeniu również moja komórka, co nie tylko uniemożliwiło mi wyśledzenie osoby, która wtedy do mnie dzwoniła, ale też stawiało mnie przed całkiem praktycznym problemem. Sabina, moja starsza o sześć lat siostra, mieszkała w Berlinie i najwyraźniej również przyjechała na Poel dopiero w maju. W przeciwieństwie do mnie Sabina zawsze darzyła naszą rodzinną wyspę zapiekłą nienawiścią. Nigdy się dobrze nie rozumiałyśmy i trudno mi sobie wyobrazić, żeby powodem naszego przyjazdu na wyspę było zwykłe rodzinne spotkanie. Wiem, że na Poel spędziłam cały dzień – to akurat udało mi się bez trudu sprawdzić. Gdzie jednak się zatrzymałam? Do kogo dzwoniłam? Nie miałam żadnych danych, żadnego punktu zaczepienia.

Sięgnęłam po swój nowy smartfon, żeby poszukać w Internecie telefonów kilkorga znajomych mieszkańców Kaltenhusen, ale okazało się, że to wcale nie takie łatwe. Najpierw wpisałam Morgenroth, nazwisko Juliana, ponieważ z nim miałam najlepszy kontakt. Zresztą nie tylko dlatego. Julian był moją pierwszą miłością i chociaż nasz związek nie przetrwał roku, i skończył się dość smutno, to właśnie z nim najbardziej chciałabym się zobaczyć. Niestety: zero wyników. Podobnie w przypadku Petersenów, Harry’ego i Margrethe. Nic. Mike Nickel – to samo. Z początku myślałam, że wszyscy znajomi wyprowadzili się z wyspy. Dopiero później dowiedziałam się, że Margrethe i jej brat nie mają telefonu stacjonarnego, tylko komórki, a numer Mike’a jest zastrzeżony. Nazwisko Morgenroth istotnie zniknęło z Poel, a stary Balthus, ojciec Jacqueline, w ogóle nie miał telefonu.

Nie mam pojęcia, dlaczego Pierre’a zaczęłam szukać dopiero na końcu. Jasne, ktoś musiał być ostatni, ale czułam, że to nie jest przypadek. Może wyszło tak dlatego, że spośród wszystkich członków naszej paczki to właśnie z nim utrzymywałam najluźniejsze kontakty. Pierre zawsze był bardzo cichy, biernie szedł za innymi i nigdy nie przejmował inicjatywy.

Szybko znalazłam jego telefon. Prawdę mówiąc, wpis widniejący w wykazie numerów wprawił mnie w niemałe zdumienie: „Dr n. med. Pierre Feldt, lekarz ogólny, pediatra”. W życiu nie przypuszczałabym, że Pierre skończy studia. W dawnych czasach Margrethe zwykła go pogardliwie nazywać „ślicznym Pierre’em”, bo wszystkim wokół się wydawało, że jedyną cechą, która wyróżnia go z tłumu, jest nieprzeciętna uroda. Nie wyobrażałam sobie Pierre’a w lekarskim kitlu. Mimo to uspokajała mnie myśl, że udało mi się odnaleźć chociaż jednego ze starych przyjaciół. Miałam nadzieję, że Pierre odpowie na dręczące mnie pytania i wątpliwości.

Zadzwoniłam do gabinetu i zapytałam asystentkę, kiedy doktor Feldt kończy pracę.

– Czy dobrze zrozumiałam? Nazywa się pani Mahler? Lea Mahler? Pan doktor z radością się z panią spotka. Tak, na pewno. Zatem do zobaczenia.

Fakt, że kogoś może ucieszyć mój widok, napełnił mnie wręcz dziecięcą euforią. Zanim jeszcze spotkałam się z Pierre’em, wiedziałam, że się go emocjonalnie uczepię. Potrzebowałam kogoś, na kim mogłabym się oprzeć, kto wziąłby mnie pod rękę i poprowadził przez spowity w kompletnej ciemności labirynt wspomnień. Kto oszczędziłby mi przykrego zderzenia ze ścianą, kto wskazałby mi pola minowe, które z pewnością na mnie czyhały. Zresztą nie tylko ja miałam pytania. Wiedziałam, że również inni będą mieć wiele pytań do mnie – pytań, na które nie umiałam odpowiedzieć. Kto, jeśli nie lekarz, potrafiłby mnie skuteczniej ochronić przez wygórowanymi oczekiwaniami, a może nawet potencjalnymi wyrzutami i oskarżeniami?

Kto wie, gdyby nie Pierre, być może pojechałabym wtedy na najbliższe lotnisko i wsiadłabym do pierwszego samolotu do Buenos Aires.

W dali szumiało morze. Harry siedział w oknie zrujnowanego klasztoru z plecami opartymi wygodnie o mur i nogami na gzymsie, patrząc bezczynnie na obłoki sunące pospiesznie nad skąpanymi w słońcu polami. Od czasu do czasu powoli, jakby w zwolnionym tempie, zbliżał dłoń do ust i zaciągał się papierosem. Wystarczało mu pięć pociągnięć, by wypalić tytoń do samego filtra, za to każde z nich było tak łapczywe, jakby to miała być ostatnia dawka nikotyny w jego życiu. Potem skrupulatnie gasił niedopałek, chował go do małego pudełeczka, które nosił w kieszeni kurtki, i znów sięgał do paczki. I tak przez godzinę, czasem dłużej. Nigdy nie patrzył na zegarek. Tutaj, w Pałacu, czas nie miał znaczenia. Nigdy. W dzieciństwie Harry wracał ze szkoły, odrabiał lekcje i zaraz ruszał rowerem w kierunku ruin, by z niecierpliwością czekać na przyjaciół. Bywało, że to tu pisał zadania domowe.

Teraz jednak to się zmieniło. Dziś Harry byłby zawiedziony, gdyby ktoś zmącił spokój panujący w ruinach. Spokój, w którym szukał wewnętrznego ukojenia. Na szczęście takie sytuacje prawie się nie zdarzały. Po pierwsze o tej budowli nie wspominały przewodniki turystyczne, a po drugie leżała ona z dala od głównej drogi i prowadziła do niej jedynie wyboista polna ścieżka. Kilka razy zdarzyło się, że na którymś z dziedzińców koczowała jakaś grupka młodzieży, paląc trawkę i pokrywając ściany kiepskimi graffiti. Harry zawsze uprzątał ślady ich obecności. Tak długo traktował malunki ługiem, aż zostawały po nich jedynie blade cienie, tak jakby zostały wchłonięte przez kilkusetletnie mury.

Nagle Harry poczuł niepokój. Wciąż nie ruszając się z miejsca, napiął mięśnie, a jego oczy uważnie przeczesały utkany z mgieł welon okrywający łąki, ową rozmytą mieszankę szarości i zieleni powoli zlewającą się z mrokiem.

Nic. Tylko czarne wrony krążyły nad polami, a nieco dalej biali padlinożercy: mewy. Mimo to czuł, że ktoś zbliża się ścieżką.

W końcu z mgły wyłoniła się postać, mężczyzna. Miał na sobie jasny trencz, ręce wcisnął w kieszenie płaszcza. Choć był jeszcze dosyć daleko, Harry natychmiast go poznał. Na jego czoło wystąpiły kropelki potu, dłonie zrobiły się wilgotne. Papieros wyślizgnął mu się spomiędzy palców i spadł na ziemię.

Harry zsunął się z gzymsu. Nie było to świadome działanie, tak się po prostu stało. W jego głowie mimowolnie przesuwał się ciąg obrazów. Wiedział, co się za chwilę wydarzy, i wiedział, że to nieuniknione. Nie był reżyserem tego filmu, a jedynie aktorem. Powoli podszedł do stojącego opodal starego forda i usiadł za kierownicą. Warkot silnika przypominał terkotanie traktora, kilka razy wydawało się, że za chwilę zgaśnie, lecz za każdym razem odzyskiwał wigor.

Nie odrywając oczu od mężczyzny, Harry położył prawą dłoń na dźwigni zmiany biegów i wcisnął sprzęgło. Mike był niespełna pięćdziesiąt metrów od niego. Harry mógł już rozpoznać rysy twarzy, małe, świdrujące oczy i usta ułożone w mimowolnym uśmiechu. Mike szedł pewnie i władczo, krokiem znamionującym człowieka sukcesu.

Harry nadepnął prawą nogą na pedał gazu. Ford zawył, naprężył się, ale nie ruszył z miejsca. Od tej chwili film wyświetlany w głowie Harry’ego zaczynał się rozmijać z rzeczywistością. Poirytowany opuścił wzrok. Nie zwolnił ręcznego hamulca. Jego ręka drżała, kiedy chwycił dźwignię i ją opuścił. Kropla potu spłynęła mu między brwiami na nos. Harry wydał z siebie głębokie westchnienie i w tym samym momencie ponownie nacisnął gaz. Tym razem wóz wystrzelił jak z procy i popędził prosto na Mike’a. Harry zamknął oczy.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Z przodu rozległo się uderzenie, potem coś szurnęło po dachu i w końcu nastąpiło głuche łupnięcie, tym razem z tyłu.

Harry z całej siły wcisnął hamulec. Silnik zaterkotał, zakrztusił się.

Musiała upłynąć minuta, nim Harry zdołał się ocknąć i wyjąć kluczyki. A potem następna, nim drżącą dłonią zapalił papierosa.

Z tej samej zielonoszarej mgły, z której wychynął Mike, wyłoniło się dwóch nastolatków. Szli obok siebie, pchając rowery. Byli mniej więcej tego samego wzrostu, przy czym jeden miał włosy czarne, drugi zaś kasztanowe. Obaj nosili dżinsy, sportowe buty i bluzy. Mogli mieć jakieś osiemnaście, dwadzieścia lat.

Harry wysiadł. Żaden z chłopaków nawet na niego nie spojrzał. Zajęci rozmową minęli go obojętnie, jakby był powietrzem. Jeszcze chwila i zobaczą leżącego na drodze potrąconego mężczyznę. Lecz na drodze nie było ciała. Nie było zwłok, nikt nie jęczał z bólu. Była tylko pusta droga. Po lewej i po prawej stronie puste łąki, niemal bezkresne. Widać było jedynie wyraźny odcisk opon i ostry ślad hamowania.

Harry patrzył, jak chłopcy stawiają rowery przed wejściem do ruin i znikają w Pałacu. Dopiero wtedy ruszył ich śladem. Wkrótce ich odnalazł. Stali oparci o mur. W mroku można by odnieść wrażenie, jakby zlali się w jedno ze ścianą, jakby stanowili prastary ornament, rozmyty jak usuwane przez Harry’ego graffiti. Jeden z nich miał jego twarz, drugi – twarz Mike’a.

Była wiosna 1990 roku, wspólnie snuli plany na przyszłość.

Harry wydał z siebie potworny krzyk i puścił się biegiem do auta.

„Wygląda jak ukrzyżowany Jezus” – pomyślał Pierre, siedząc w swym gabinecie naprzeciwko mniej więcej równego mu wiekiem mężczyzny: cienkie, sięgające do ramion włosy, strapione oblicze, sześciodniowa rudoblond broda… Ilekroć spotykał się z Harrym, jego myśli mimowolnie krążyły wokół męczenników, greckich tragedii i śmierci. A potem zawsze przypominał sobie o strzykawce i maleńkiej ampułce przejrzystej cieczy, którą od lat trzymał na podorędziu w jednej z szuflad.

– Mo-ogę z-zapalić?

Pierre otworzył okno i do środka napłynęło chłodne powietrze. Zwykle nie pozwalał nikomu palić w gabinecie, ale Harry wyglądał naprawdę kiepsko – co skądinąd w przychodni lekarskiej wcale nie jest takie znów oczywiste. Harry opowiedział właśnie o tym, co mu się przed godziną przytrafiło w ruinach klasztoru, i wyglądał teraz jak ktoś, kto dopiero co opuścił ósmy krąg piekła. Chociaż nie – on wcale go nie opuścił. Zstąpił do ulepionej własnoręcznie otchłani i wciąż w niej tkwił. Jąkanie, na które cierpiał od urodzenia, dawało się we znaki bardziej niż zwykle.

– Uspokój się – powiedział Pierre. – Nie potrąciłeś Mike’a. Dzwonił do mnie pół godziny temu i…

– Po-o co?

– Wybacz, ale to sprawa między lekarzem a pacjentem.

– Mam na-adzieję, że ma-a dżumę.

– A ja mam nadzieję, że nie, w przeciwnym wypadku za trzy dni wszyscy zachorujemy. Powiedziałem to tylko po to, żebyś nie myślał, że…

– Da-aj spo-okój, prze-ecież nie jestem głu-upi. Wi-iem, że t-to była z-zjawa – wyjąkał Harry.

Pierre nie odpowiedział.

Jego zdaniem agresja Harry’ego była zupełnie niegroźna. Harry był niczym dmuchany gumowy potwór. Za parę minut zejdzie z niego powietrze i oklapnie. W gruncie rzeczy był sympatycznym gościem, tyle że od dwudziestu lat bez przerwy miał zły humor. Mieszkańcy wyspy do dawna nazywali go „Don Kichotem de La Poel”. Od dwudziestu lat – a raczej siedmiu tysięcy dni – toczył morderczą walkę z Mikiem. Głównie z nim. Próbował uniemożliwić Mike’owi budowę zakładu przetwórstwa rybnego i chłodni, udaremnić forsowaną przez dawnego przyjaciela rozbudowę przystani, zmniejszenie wydatków na ochronę środowiska, rozbudowę centrum logistycznego… W każdej z tych spraw Harry szukał sojuszników – a to ekologów, a to rolników, a to znów właścicieli hoteli i pensjonatów. Kilka lat temu zwierzył się Pierre’owi, że nie ma dnia, żeby nie myślał o swym największym wrogu, który kiedyś był jego najlepszym kumplem.

Wszystkie bitwy przegrał. Wszystkie, bez wyjątku, i drogo za te porażki zapłacił. I dosłownie, bo niezliczone procesy pochłonęły bajońskie sumy, i w przenośni, bo z tego powodu rozpadły się również dwa małżeństwa Harry’ego. Ponieważ w młodości zaciągnął kilka sporych pożyczek, które wraz z odsetkami będzie musiał zapewne spłacać do końca swych dni, był chronicznym bankrutem. Również w pracy nie wiodło mu się najlepiej. Siedem czy osiem razy zmieniał zawód. Najpierw był rybakiem, jak ojciec, który zginął na morzu, gdy Harry był jeszcze w kołysce, potem pracował jako ogrodnik, jako mechanik naprawiał traktory, dorabiał jako stajenny, magazynier, robotnik leśny. Ostatnio zatrudnił się w wismarskiej gazetce z ogłoszeniami, gdzie zajmował się najrozmaitszymi sprawami – od drobnych napraw w siedzibie redakcji, aż po pisanie krótkich artykulików z życia regionu, co w zasadzie pokrywało się z zakresem obowiązków całego trzyosobowego zespołu. Poza tym od dłuższego czasu pełnił na Poel obowiązki grabarza.

– Nie p-powiedziałem ci je-eszcze wszy-yst-kiego – kontynuował Harry. – Ki-iedy go-o potrąciłem, minęło mnie dwóch chło-opaków. P-p-p-poszli do P-pałacu. To-o byliśmy my, M-mike i ja, k-kiedy mi-ieliśmy p-po dzi-dzi-i-ewiętnaście lat. T-tamtego dnia p-przekonał mnie, że je-eszcze przed zje-ednoczeniem możemy sprze-edawać zachodnie u-ubezpieczenia. Byliśmy w Pa-ałacu i…

– Wtedy powiedział ci, że na rybach nie da się zrobić majątku – wszedł przyjacielowi w słowo Pierre. – I że mur nie po to upadł, żebyśmy mogli kupić, czego dusza zapragnie, a w praktyce nie mieli na nic pieniędzy. Dlatego wspomniał o ubezpieczeniach, trzydniowych kursach strategii inwestycyjnych i technikach sprzedaży…

– Ską-ąd…

– Ja też tam byłem.

– Na-aprawdę? Ni-ie pamiętam. Sło-owo daję. Ale t-to całkiem mo-ożliwe.

W młodości Pierre przywykł do tego, że ludzie rzadko zauważają jego obecność. Na czele ich paczki stał potężnie zbudowany Mike, Pierre zaś zajmował ostatnie miejsce w hierarchii, za dziewczynami i wiecznie zamyślonym Julianem. Drugi w hierarchii był Harry – tylko dlatego, że był najlepszym kumplem Mike’a. Potem były Margrethe i Lea, ponieważ Mike wobec pierwszej czuł respekt, drugą zaś strasznie kochał. Czarująca Jacqueline i Julian, który umiał grać na gitarze, stali w przedostatnim szeregu. W tamtych czasach Pierre nie mógł się pochwalić niczym szczególnym. Zwykle nie otwierał nawet ust, a fakt, iż dorośli zachwycali się jego wyjątkową urodą, sprawiał, że dodatkowo tracił w oczach Mike’a – a tym samym w oczach Harry’ego. Harry bowiem we wszystkim naśladował Mike’a. Kiedy Mike ignorował Pierre’a, również Harry nie zwracał na niego uwagi, a kiedy Mike się z nim drażnił, Harry stał obok, chichocząc.

Teraz, przeszło dwadzieścia lat później, Pierre nie czerpał bynajmniej satysfakcji z tego, że Harry, który w dzieciństwie i młodości nie chciał się uniezależnić od swego najlepszego kumpla, dziś nie jest w stanie uwolnić się od zaprzysięgłego wroga.

– Tak dalej być nie może – odezwał się w końcu, przedzierzgnąwszy się na powrót w lekarza, i sięgnął po urzędowy formularz. – Wyślę cię na specjalne leczenie.

– O-oszalałeś?! – wykrzyknął Harry.

Pierre się uśmiechnął. I to mówi ktoś, kto właśnie potrącił ducha!

– Potrzebujesz pilnie pomocy psychoterapeuty. Przyda ci się też trochę dystansu.

– Wy-ykluczone, ża-a-ża-adnych ps-sychiatrów.

– Posłuchaj, Harry! Masz urojenia. Wyobrażasz sobie, że zabijasz ludzi, i to nie po raz pierwszy. Ile razy mówiłem ci, żebyś omijał ruiny z daleka…?

– Pa-pa-pa-pa-pałac – poprawił Harry.

– …a ty wciąż tam jeździsz, niemal codziennie.

– Co-odziennie – znowu skorygował go Harry.

– Natręctwo jest poważną chorobą.

– Moja dusza zna-ajduje tam u-ukojenie – odparł Harry, popadając w poetyckie tony, a jego oczy zalśniły od łez.

Kiedy Harry był w takim stanie, Pierre’owi miękło serce. Czuł się tak, jakby miał komuś powiedzieć, że musi się pożegnać z najbliższą istotą – człowiekiem lub ukochanym psem – ponieważ jej obecność bardzo mu szkodzi. Fantazje, w których Mike padał ofiarą Harry’ego, stawały się coraz częstsze. Pierre uważał, że zafiksowanie Harry’ego na ruinach klasztoru wzmagało ten proces, a być może stanowiło nawet jego przyczynę. Niestety, w oczach jego pacjenta taka myśl była nieomal herezją.

– A t-t-ty ni-ie masz mie-ejsca, gdzie mo-ożesz by-by-być sam? Pra-awdziwego domu, gdzie mo-ożesz ma-arzyć i…

– Mnie nie zdarza się marzyć o tym, że kogoś zabijam.

Wyraz twarzy Harry’ego zmienił się. W jego dopiero co łagodnych oczach pojawił się złośliwy błysk.

– Wie-em, wiem. Ty marzysz ty-ylko o-o tym, żeby prze-elecieć ko-olejną p-panienkę, a twój dom jest tam, gdzie… gdzie… gdzie tw-wój wacek.

– Dobra, dość tego. Na dzisiaj wystarczy.

Twarz Harry’ego znów się zmieniła, tym razem przybierając błagalny wyraz. Te wahania nastrojów i mordercze fantazje martwiły Pierre’a. Pacjent nie chciał go słuchać, ale ponieważ takie fantazje wedle prawa nie były przestępstwem i nie szkodziły nikomu oprócz Harry’ego, Pierre miał związane ręce. Obowiązywała go tajemnica lekarska i jedyne, co mógł w tej sytuacji zrobić, to dalej próbować przekonać Harry’ego.

– Ni-ie wyrzucaj mnie. – W głosie Harry’ego zabrzmiała błagalna nuta. – O-oprócz ciebie ni-ie mam nikogo, z kim mó-ógłbym po-ogadać. O-odkąd…

– Odkąd co?

– Ni-ieważne.

– Odkąd Sabina…

– Nieważne!

– Myślałem, że chcesz porozmawiać.

Usta Harry’ego zacisnęły się w kreskę.

– Ale ni-ie o tym.

– Jak chcesz – westchnął Pierre. – Ale w ten sposób niczego nie osiągniemy. W swojej fantazji rozszarpałeś właśnie Mike’a na strzępy. Psychozy nie leczy się rozsądnymi argumentami, w przeciwnym wypadku moglibyśmy w jeden dzień zamknąć wszystkie kliniki psychiatryczne.

– Mo-ądrala! – Harry poderwał się tak gwałtownie, że aż wywrócił krzesło. – Ni-ie jesteś lepszy ni-iż inni, ni-ic nie ro-ozumiesz. Masz gdzieś P-p-pałac, wy-yspę. Mike buduje fa-abryki, ma-agazyny, pa-arkingi dla cie-ężarówek… Te-en nienasycony chci-iwiec po-owoli niszczy na-aszą wyspę. Zdra-adził wszystko, co ki-iedyś było dla nas świę-święte. A teraz stary Ba-althus… on na-aprawdę chce zbu-urzyć P-pałac i wybudować tam do-om wcza-wczasowy. Mówisz, że po-owinienem na-abrać dystansu, ale tak na-naprawdę chcesz, żebym ska-apitulował. Jakie to dla ciebie t-typowe, P-pierre. Je-esteś tchórzem, zwy-ykłą o-ofermą. Za-awsze taki b-byłeś…

W ostatnich latach Pierre wiele razy wysłuchiwał podobnych wynurzeń. Wydawało mu się czymś idiotycznym, że po przeszło dwudziestu latach wciąż można żywić tak zapiekłą nienawiść i toczyć śmiertelny bój.

Harry zacisnął pięści, lecz Pierre pozostał niewzruszony. Spokojnie wypisał receptę.

– To środek uspokajający, mam nadzieję, że ci pomoże. Weźmiesz go albo nie, decyzja należy do ciebie.

– Ni-ie mam pi-ieniędzy na leki – odparł Harry półgłosem, opuszczając pięści i wycierając o spodnie wilgotne dłonie.

Pierre wstał, podszedł do przeszklonej szafki, wyjął z niej pudełeczko i podał je Harry’emu.

– Trzy razy dziennie po jednej tabletce, do posiłku. Niestety, nie pomagają na urojenia.

Kiedy Harry był już w połowie drogi do drzwi, Pierre, uzupełniając w komputerze kartotekę pacjenta, rzucił mimochodem:

– Byłbym zapomniał, dzwoniła Lea. Doszła do siebie i jutro wraca na wyspę.

Harry zamarł z klamką w dłoni. Minęła sekunda, trzy, pięć, dziesięć…

– Dlaczego mi o-o tym mó-ówisz?

Pierre podniósł oczy.

– Po prostu, pomyślałem, że lepiej cię przygotować.

Mike nieprzypadkowo umówił wizytę u Pierre’a akurat na ten dzień, w którym jego informator w schwerińskiej klinice uniwersyteckiej zawiadomił go o wypisie Lei. Rzadko i niechętnie zachodził do gabinetu Pierre’a, głównie dlatego, że nie cierpiał, by ktoś, kim w młodości pomiatał, miał teraz nad nim przewagę, choćby na płaszczyźnie medycznej. Fakt, że Pierre mógł znać jakieś intymne szczegóły na temat Mike’a i jego ciała, stanowił dla tego ostatniego okoliczność na tyle odstręczającą, że demonstracyjnie ignorował rady i napomnienia lekarza.

Kiedy badanie dobiegło końca, Mike, przybierając na pozór obojętny ton, spytał:

– No i? Grozi mi zawał?

– Jak każdemu, kto ma serce.

– Czyli mnie, jak rozumiem, nie grozi?

– Możesz się ubrać, skończyliśmy.

Zapinając guziki koszuli, Mike bacznie obserwował Pierre’a, który tymczasem z uwagą studiował EKG. W rzeczywistości Mike’a kompletnie nie interesowały wyniki badania i nie miał wątpliwości, że Pierre jest tego świadom. Mimo to obaj zachowywali się tak, jakby główną przyczyną dzisiejszego spotkania był stan zdrowia Mike’a.

W sumie nie było w tym nic dziwnego. Przez tyle lat znajomości – członkowie ich paczki znali się właściwie od urodzenia – przyzwyczaili się do tego, że żaden z nich nigdy nie mówi niczego wprost. Kiedy ludzie znają się tak jak oni, kiedy mieszkają po sąsiedzku i tyle o sobie nawzajem wiedzą, istnieją tylko dwa sposoby, by sobie poradzić z nieznośnym brakiem intymności: absolutna szczerość lub maskarada. Z biegiem czasu górę wziął ten drugi model kontaktów i od tamtej pory żaden z nich go nie kwestionował. Z każdym rokiem ich osobliwa relacja manifestowała się z coraz to większą siłą, utrzymując ich przyjaźń – mimo pewnego pierwiastka rywalizacji – we względnej równowadze.

A teraz Lea mogła tę równowagę zachwiać.

– Dzwoniła do ciebie? – spytał Mike wciąż obojętnym tonem. Nie miał wątpliwości, że Pierre wie, o kim mowa.

– To było do przewidzenia.

– Być może. Nie sądziłem jednak, że postanowi wrócić. Nie zachęcałeś jej chyba? Przecież uzgodniliśmy, że…

Pierre niedbale rzucił elektrokardiogram na biurko i spojrzał Mike’owi prosto w oczy.

– Przez te cztery miesiące nie odwiedziłem jej ani razu, chociaż nie było dnia, żebym o tym nie myślał – powiedział, z trudem hamując gniew. – Nie dzwoniłem do niej, nie wysłałem kartki ani kwiatów… Nie mam nic wspólnego z tym, że postanowiła wrócić na wyspę, ale powiem ci coś: cieszę się, że podjęła taką decyzję.

Mike się skrzywił.

– Ohoho, nasz mały Pierre okropnie się zdenerwował… Żeby jeszcze miał jakiś powód. Przecież zadałem tylko niewinne pytanie.

Pierre wziął głęboki oddech.

– Odpowiedź brzmi: nie.

– No widzisz, i po co te piski?

Nagłe zdenerwowanie Pierre’a, który zazwyczaj nie podnosił głosu, a już na pewno nie na Mike’a, potwierdzało najgorsze obawy: Lea nie zdążyła jeszcze przyjechać na wyspę, a już siała zamęt. Chociaż Mike bardzo ją lubił, wolałby, żeby wróciła do Argentyny. Niestety, w tej sprawie nie miał nic do gadania.

– Z tego, co słyszałem, Lea wciąż cierpi na amnezję – rzucił mimochodem. – Nie patrz tak, nigdy nie miałem trudności ze zdobywaniem interesujących mnie informacji. Pielęgniarkom tak kiepsko płacą…

Mike patrzył, jak Pierre z irytacją przesuwa leżące na biurku przedmioty, lecz nastrój rozmówcy był mu serdecznie obojętny. Miał inne zmartwienia. Gdyby Lea nie odzyskała pamięci, sprawy byłyby dużo prostsze. W przeciwnym wypadku…

Kiedy Mike wstał, by wpuścić koszulę w spodnie, Pierre spostrzegł, że przyjaciel lekko się chwieje.

– Ile whisky już dziś wypiłeś?

– Nie mam pojęcia. Trzy, może cztery.

– Szklanki czy litry?

– Jesteś lekarzem czy kelnerem?

– Raczej złym prorokiem. Pewnego dnia będziesz musiał zapłacić rachunek. I nie ja go wystawię.

– A kto?

– Twoje lwie serce.

Mike zaśmiał się i ruszył ku drzwiom gabinetu.

– Lubię sarkazm, Pierre. Słabi ludzie sięgają po niego, bo pozwala im poczuć się pewniej.

Gabinet lekarski Pierre’a mieścił się w Kirchdorfie – największej, bo liczącej dwa tysiące dwustu mieszkańców osadzie Poel – i wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażamy sobie wiejską przychodnię: wąski korytarz, ciasna poczekalnia, sześć krzeseł, troje emerytów, dwie reprodukcje Niebieskich koni Franza Marca i zapracowana asystentka, która konspiracyjnym szeptem obiecała mi, że „przemyci” mnie poza kolejką, co też istotnie uczyniła.

– Lea! Nareszcie.

Gdy tylko przekroczyłam próg gabinetu, Pierre wstał zza biurka, wyszedł mi naprzeciw i serdecznie mnie uścisnął. W pierwszej chwili odruchowo odwzajemniłam uścisk, ale chyba spojrzałam na niego skonsternowana, bo szybko rzucił:

– Przepraszam, rozmawiałem telefonicznie z zaprzyjaźnionym lekarzem z kliniki rehabilitacyjnej i wiem, że wciąż nie odzyskałaś pamięci, ale kiedy cię zobaczyłem, zupełnie o tym zapomniałem. Naprawdę nie pamiętasz swojej pierwszej wizyty na wyspie? Nic a nic?

Bezradnie spojrzałam mu w oczy.

– Rozumiem – odrzekł Pierre. – To znaczy, że w zasadzie jestem dla ciebie obcym człowiekiem. Ostatni raz widzieliśmy się w dziewięćdziesiątym roku. I teraz nagle rzucam ci się na szyję…

Od razu poczułam do niego sympatię. Zapewne również dlatego, że był szalenie przystojny. Gęste czarne włosy z przedziałkiem, ciemne oczy, sylwetka sportowca. Miał ujmujący uśmiech i promieniował młodością. Jedynym śladem dawnej nieśmiałości były dłonie wciśnięte w kieszenie spodni, gdy mnie zaczął przepraszać za nazbyt wylewne powitanie.

– Wyglądasz wspaniale – powiedział.

– Och, dziękuję – odrzekłam, niepewnie spoglądając na swoje ubranie. Rano zdecydowałam się na ciuchy w sportowym stylu, jakbym się wybierała na fotograficzne safari. Czułam, że taki styl pasuje do Poel. Jedyny dysonans stanowiły zbyt eleganckie buty.

Pierre się uśmiechnął.

– Miałem na myśli twoją twarz. Chirurdzy odwalili kawał dobrej roboty. Prawie nie widać blizn. Byłoby szkoda, gdybyś nagle przestała wyglądać jak Audrey Hepburn.

– Ja? Audrey Hepburn?

– Zawsze uważałem, że jesteś do niej podobna. Ten sam uśmiech, umiejętność natychmiastowego przejścia od radości do smutku, liryczne usposobienie, gesty… Wcielenie Holly Golightly.

– Mój Boże, nigdy mi tego nie powiedziałeś.

Pierre znów wcisnął dłonie w kieszenie spodni. Postanowiłam przyjść mu z pomocą, prawdę mówiąc nie do końca bezinteresownie.

– Zamierzam zostać tu kilka dni. Moja terapeutka uważa, że to dobry pomysł – skłamałam.

Pierre skinął z namysłem głową.

– Pokój gościnny jest do twojej dyspozycji.

– Nie to miałam na myśli. Ja…

– Żadnych wymówek. Byłoby mi naprawdę miło…

– No cóż… Dziękuję. O której kończysz? – rzuciłam nagle.

Okazało się, że nieprędko. Pierre zaproponował, byśmy spotkali się za dwie godziny u Petersenów.

– Margrethe wciąż mieszka w Kaltenhusen? – spytałam zdziwiona.

– Wszyscy tutaj mieszkamy – odparł Pierre, po czym dodał: – No, prawie wszyscy.

– Nie wiem, czy ucieszą się na mój widok.

Z uwagą wsłuchiwałam się w głos Pierre’a i wpatrywałam w brwi, kąciki ust i zmarszczki na czole, ale nie spostrzegłam niczego, co wzbudziłoby we mnie nieufność.

– Ależ oczywiście. Skąd ta wątpliwość?

Spacerowym tempem pojechałam do Kaltenhusen, którego nieliczne zabudowania zajmowały powierzchnię ponad kilometra kwadratowego, jako że poszczególne gospodarstwa były od siebie oddzielone rozległymi łąkami. Ze zdziwieniem zauważyłam, że trzy z sześciu domów zostały niedawno odnowione, z czego jeden przeszedł gruntowną modernizację i rozbudowę. Pozostałe trzy domostwa, których szarobure tynki pochodziły jeszcze z czasów NRD, mocno podupadły. Przed jednym z nich zatrzymałam się i wysiadłam. Dom należał do mojej rodziny.

Budynek, w którym się wychowałam, najlepsze dni miał dawno za sobą. Elewacja się łuszczyła, okna trzymały się na słowo honoru, rynna odstawała od ściany, ogród był kompletnie zapuszczony, a płot zarośnięty wyką… Wśród cierni i zielska walała się pordzewiała skrzynka na listy, na której wypisano moje nazwisko.

Wiedziałam, że Sabina już kilkanaście lat temu zleciła pośrednikowi sprzedaż nieruchomości, ale do tej pory nic się w tej sprawie nie ruszyło. Większość ludzi łaknących spokoju i ciszy szuka ich tylko przez trzy tygodnie w roku, a ktoś, kto chciałby kupić ten dom, musiałby tu pracować i mieszkać na stałe. Kaltenhusen było niczym wysepka na wyspie, łupinka na zielonym oceanie łąk. Ktoś, kto nie umiałby się dogadać z sąsiadami…

Wzdrygnęłam się. Za szeroką bramą sąsiedniego gospodarstwa odezwała się krajzega. Ostry, nieprzyjemny dźwięk przypominał ludzki krzyk.

Zabrałam z samochodu torebkę i ruszyłam w stronę położonego opodal domu Petersenów. Był w niewiele lepszym stanie niż nasz.

Nacisnęłam dzwonek, a kiedy umilkł, zza brązowych, nadpróchniałych nieco drewnianych drzwi odezwał się opryskliwy głos.

– Czego pani chce? Niczego nie kupię, a już na pewno nie od pani.

Niski głos Margrethe wywołał we mnie lawinę wspomnień. Już w dzieciństwie brzmiał ponuro i trochę męsko. W pierwszej chwili chciałam się przedstawić, lecz nagle naszła mnie ochota na spłatanie jej małego psikusa. W ostatnich miesiącach niewiele miałam okazji do żartów, nie pamiętałam nawet, kiedy ostatni raz się śmiałam.

– Przecież nawet mnie pani nie zna – odrzekłam cicho. Byłam pewna, że Margrethe nie rozpozna mojego głosu, a zza zamkniętej bramy nie mogła mnie widzieć.

– Nie muszę. Słyszałam stukanie obcasów. Tacy ludzie jak pani dawno już tutaj nie zaglądają. Pewnie chce mi pani wcisnąć miejscówkę w niebie. Albo odkurzacz. Dla takich jak pani to w sumie to samo. A może obieca mi pani wieczną młodość albo zaoferuje najnowsze odkrycia kosmetologii? Pewnie pustosząc tropiki, pani firma natrafiła na jakiś cudowny kwiat i teraz dodajecie go do swoich bezwstydnie drogich kremów.

– A gdyby nawet?

– Proszę pani! Niech sobie pani zapamięta raz na zawsze: ja kupuję kremy w dyskoncie, perfumy uważam za mieszankę wielorybiego gówna i szczurzych sików, a kiedy sześć lat temu użyłam kredki do oka, znajomi pytali mnie, czy paliłam opium. Teraz już pani rozumie, co sądzę o kosmetykach. Śmieje się pani? Cieszę się, że zdołałam pani poprawić humor. Szczęśliwej drogi.

– Jak na kogoś, kto ma wycieraczkę z napisem „Welcome”, jest pani niezbyt gościnna – powiedziałam, z trudem tłumiąc śmiech. Dawno się tak nie ubawiłam.

– Dość tego – odparła Margrethe i otworzyła drzwi.

Naprzeciw mnie, wycierając w ścierkę zniszczone dłonie, stała kobieta w średnim wieku. Miała niemal kredową cerę, krótkie, farbowane na brązoworudy kolor włosy i zielone oczy. Jej krępa sylwetka i lekko poirytowany głos były niczym tabliczka z ostrzeżeniem: „Wchodzisz na własne ryzyko”.

Margrethe stała jak wryta.

– Lea? – wymamrotała, wpatrując się we mnie, jakby zobaczyła upiora.

Usiadłyśmy w kuchni. Kiedyś nasza paczka przesiadywała tu niemal codziennie. Zajadaliśmy się wielkimi kawałkami pieczonego przez Edith Petersen ciasta, popijając je rozpuszczalnym kakao, a matka Margrethe patrzyła na nas z anielskim uśmiechem. Nagle poczułam, że moim największym marzeniem jest pyszna babka z kakao.

Z każdego kąta wyzierały wspomnienia. Staroświecka forma do pieczenia z kutego żelaza, używana przez Edith Petersen od niepamiętnych czasów, wciąż stała na swoim zwykłym miejscu, na kredensie. Obok stała kuchnia gazowa z lat sześćdziesiątych, a na ścianie wisiała reprodukcja kiczowatego obrazu przedstawiającego kuter rybacki na tle zachodzącego słońca. Niewiele się tu zmieniło. Stare deski zniknęły, przykryte brzydką wykładziną z PCW, lecz wciąż wydawały spod niej te same jękliwe głosy. Monumentalna lodówka z zachodu była chyba pierwszym zakupem, jaki Petersenowie poczynili po zjednoczeniu, ale najwyraźniej od tamtej pory jej nie wymieniono. Z biegiem lat poszarzała i dziś wyglądała identycznie jak jej staromodna poprzedniczka z NRD.

Margrethe postawiła na stole dwa kubki z kawą – ohydną rozpuszczalną lurą, którą wypiłam nieomal duszkiem. Przez okienko nad zlewozmywakiem wpadało do środka niewiele światła, pogłębiając i tak smętny nastrój naszego spotkania. Poprosiłam Margrethe, by potraktowała mój żart z dystansem, ale równie dobrze mogłabym prosić umarłego, by wstał z grobu. Jej kąciki ust nawet nie drgnęły, na twarzy nie pojawił się cień uśmiechu.

– Nie sądziłam, że wrócisz – powiedziała w końcu. – Pierre wspomniał kiedyś, że w wypadku straciłaś pamięć, ale widzę, że nie zapomniałaś o znajomych z prowincji. Cóż, jeśli tylko tak ucierpiałaś w wypadku, to miałaś cholerne szczęście. Naprawdę.

– Prawdę mówiąc, nie wyglądało to tak różowo. Zostało mi kilka blizn.

– A twój głos? Brzmi inaczej niż kiedyś.

– Zmiana fizjologiczna – skłamałam.

– Ten bardziej do ciebie pasuje, tamten był zbyt wysoki. Kiedy się odzywałaś, miało się wrażenie, że czytasz poezję, tyle że piskliwy głosik nie pasował do słów. Mówiłaś jak Pippi Langstrumpf. Słyszałam, że pstrykasz zdjęcia.

– Słucham?

– Podobno zajmujesz się fotografią.

– Tak. Wspominałam ci o tym w maju?

– Wtedy niewiele rozmawiałyśmy – odparła Margrethe, a ja nie byłam pewna, czy w jej głosie słychać nutę rozgoryczenia, czy raczej zawodu. A może tylko sobie wmawiałam, że w jej słowach kryje się jakiś podtekst? – Poza tym spędziłaś tu ledwie jedno popołudnie i wieczór.

– Tak, podobno… Niestety, jak wiesz, nic nie pamiętam.

– W takim razie mogę ci opowiedzieć to i owo. Na przykład o sobie. Zresztą niewiele jest do opowiadania. – Margrethe wzruszyła ramionami. – Niestety nie mam dzieci – rzuciła, jakby ten fakt najtrafniej opisywał jej życie. – Za to Harry ma dwójkę… Dwoje dzieci i dwie byłe żony. Przez alimenty ledwie wiąże koniec z końcem. Mój braciszek jak zwykle dał ciała. Od kilku lat znów mieszka z nami.

– Z nami?

– Mama jest na górze. Sześć czy siedem lat temu miała wylew, od tej pory nie wstaje z łóżka.

– Przykro mi. Zawsze była okazem zdrowia. – Nie powiedziałam tego tylko przez grzeczność. Przed laty Edith Petersen była dla mnie kimś więcej niż tylko matką bliskich przyjaciół. Była raczej jak ulubiona ciocia.

– Od dawna choruje, właściwie odkąd ją wysłali na wcześniejszą emeryturę. Od tej pory bez przerwy coś ją dopada: a to rak, a to wrzody żołądka, a to reumatyzm…

Margrethe umilkła. Jej spojrzenie padło na pusty kubek, który ściskałam w dłoniach. Próbowałam znaleźć jakiś temat, który pozwoliłby nam kontynuować rozmowę. Na próżno. Dwadzieścia trzy lata streściły się w pięciu czy sześciu zdaniach. Tak jakby zamknęła się w nich cała przeszłość i ponura teraźniejszość. Senny, rozpadający się dom, kuchnia w szarym świetle wieczoru, czterdziestoletnie rodzeństwo mieszkające z obłożnie chorą matką, lura, która nie zasługiwała na miano kawy. Spokój i cisza, zakłócone jedynie tykaniem kuchennego zegara.

Nie