Wydawca: Karakter Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Ruiny i zgliszcza - Wells Tower

Każdy chce być porządnym człowiekiem, czasem się to jednak nie udaje – jak bohaterom opowiadań Wellsa Towera. Często czują się samotni i zmęczeni. Mają dosyć kłamstw i póz, tęsknią za choćby chwilą szczerej bliskości i  porozumienia. Nie wiedzą jednak, jak je osiągnąć. Jak każdy popełniają więc błędy. Kierują się niezrozumiałymi nawet dla samych siebie impulsami. Zdradzają się, kłócą, wdają w bójki. Przerwana telefoniczna rozmowa z żoną, nieporadny flirt nastolatki z nieznajomym, zakończone fiaskiem polowanie dwóch braci – to w takich pełnych napięcia chwilach bohaterowie opowiadań szukają, czasem desperacko, kontaktu z drugą osobą.

Wells Tower opisuje swoich bohaterów z empatią: nie potępia ich i nie wyśmiewa ich słabości. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć całą gamę sprzecznych emocji, których doświadczają: nadzieję, niepokój i poczucie rozczarowania – światem i samym sobą. To literatura, która tylko pozornie jest prosta – każde z tych opowiadań na długo zapada w pamięć właśnie dlatego, że wszystko, o czym pisze Tower, sami znamy tak dobrze. 

Opinie o ebooku Ruiny i zgliszcza - Wells Tower

Fragment ebooka Ruiny i zgliszcza - Wells Tower

 

 

 

Moim bra­ciom: Da­no­wi, Lake’owi i Jo­emu

Bru­nat­ny brzeg

Bob Mun­roe obu­dził się, le­żąc twa­rzą w dół. Bo­la­ła go szczę­ka, dar­ły się po­ran­ne pta­ki, a w majt­kach coś moc­no uwie­ra­ło. Do­tarł do celu póź­no, tak obo­la­ły od dłu­giej jaz­dy au­to­bu­sem, że aż rwał go krę­go­słup, więc wy­cią­gnął się na pod­ło­dze z dwie­ma pacz­ka­mi kra­ker­sów za­miast ko­la­cji. A te­raz był cały w okru­chach: miał je pod nagą pier­sią, w spo­co­nych zgię­ciach łok­ci i fał­dach szyi, a naj­więk­szy i naj­do­kucz­liw­szy wbił się głę­bo­ko w ro­wek mię­dzy po­ślad­ka­mi, jak krze­mien­ny grot strza­ły. W do­dat­ku Bob prze­ko­nał się, że nie da rady go wy­dłu­bać. Przez sen tak pe­cho­wo przy­gniótł so­bie ręce, że zdrę­twia­ły. Spró­bo­wał nimi po­ru­szyć, ale rów­nie do­brze mógł­by chcieć siłą woli prze­su­nąć mo­ne­tę. Obu­dził się po raz pierw­szy w tym pu­stym domu i szyb­ko stwier­dził, że dzień za­czy­na go przy­tła­czać. Wzdry­gnął się od chło­du li­no­leum pod po­licz­kiem i po­czuł, że z dołu, spod sa­mej po­wierzch­ni piasz­czy­stej zie­mi, wy­cią­ga po nie­go łapy śmierć.

Jego we­wnętrz­ne zę­bat­ki za­czę­ły się jed­nak w koń­cu ob­ra­cać i dźwi­gnę­ły go na rów­ne nogi. Oparł się o ścia­nę, żeby prze­cze­kać za­wrót gło­wy, wy­dra­pał so­bie okruch z tył­ka i po­szedł do kuch­ni. Otwo­rzył lo­dów­kę: była pu­sta i zio­nę­ła stę­chli­zną jak sta­ry ter­mos. W za­mra­żar­ce sta­ły fo­rem­ki ze skur­czo­ny­mi kost­ka­mi lodu. Wy­dłu­bał jed­ną i wziął ją do ust. Sma­ko­wa­ła zle­ża­łym pra­niem. Splu­nął nią w za­ku­rzo­ną szpa­rę mię­dzy lo­dów­ką a ku­chen­ką.

Za drzwia­mi kuch­ni było pa­tio, a Bob przy­je­chał spe­cjal­nie po to, żeby je wy­re­mon­to­wać. Z otwo­rów ce­gieł ster­cza­ły osty, pło­ży­ły się chwa­sty. Stół i krze­sła z za­ple­śnia­łe­go bia­łe­go pla­sti­ku sta­ły prze­chy­lo­ne na wy­brzu­sze­niach po­sadz­ki wszę­dzie tam, gdzie pod spodem bie­gły ko­rze­nie drzew. Bo­bo­wi na ten wi­dok zro­bi­ło się tro­chę nie­do­brze, bo uzmy­sło­wił so­bie, jak trud­no bę­dzie do­pro­wa­dzić to wszyst­ko do ładu.

Dom był daw­niej wspól­ną wła­sno­ścią jego ojca i stry­ja Ran­dal­la, któ­ry wy­sta­wił nie­ru­cho­mość na sprze­daż za­raz po śmier­ci bra­ta. Ten przed sze­ścio­ma laty dał się wro­bić w in­we­sty­cję na śle­po, a Bob nie przy­po­mi­nał so­bie, żeby jego oj­ciec od­wie­dził nowy na­by­tek wię­cej niż parę razy. Akt wła­sno­ści sfor­mu­ło­wa­no tak, że Ran­dall odzie­dzi­czył całą po­sia­dłość, a bra­ta­nek po­dej­rze­wał, że stryj (szes­na­ście lat młod­szy od swo­je­go wspól­ni­ka) mógł od po­cząt­ku na to li­czyć.

Ran­dall miesz­kał w tej sa­mej miej­sco­wo­ści co Bob, kil­ka go­dzin jaz­dy na pół­noc. Kie­dy oj­ciec Boba umie­rał, stry­ja­szek obie­cał za­dbać o bra­tan­ka. W pierw­szych ty­go­dniach po po­grze­bie su­mien­nie go od­wie­dzał, ale współ­czu­cie oka­zy­wał mu prze­waż­nie w ten spo­sób, że zja­wiał się w oko­li­cach ko­la­cji i prze­sia­dy­wał, do­pó­ki nie wy­du­dlił ostat­niej bu­tel­ki piwa z lo­dów­ki. Wy­glą­dał tro­chę gro­te­sko­wo, bo w na­masz­czo­nych olej­kiem wło­sach za­wsze miał świe­że bruz­dy od grze­bie­nia, a na zę­bach apa­rat, cho­ciaż do­bie­gał pięć­dzie­siąt­ki.

Bob nie był z oj­cem zbyt bli­sko, więc nie ro­zu­miał wła­snej re­ak­cji (a tym bar­dziej nie ro­zu­mia­ła jej jego żona Vic­ky), gdy po śmier­ci star­sze­go pana ogar­nę­ło go gniew­ne znu­że­nie, od­bie­ra­jąc mu za­pał do pra­cy i ży­cia mał­żeń­skie­go. Był w tak złym sta­nie, że nie tyl­ko prze­li­czył się w paru drob­nych spra­wach, ale zda­rzy­ły mu się też trzy grub­sze wpad­ki, któ­rych nie miał szans szyb­ko na­pra­wić. Przy­szedł do pra­cy z nie­przy­tom­nym ka­cem, do­pu­ścił się ka­ta­stro­fal­ne­go nie­do­pa­trze­nia przy bu­do­wie domu i wkrót­ce po­tem stra­cił tę ro­bo­tę. Kil­ka ty­go­dni póź­niej wje­chał w ba­gaż­nik miej­sco­we­mu ad­wo­ka­to­wi, któ­ry na­ba­wił się przez to strzy­ka­nia w żu­chwie i zdo­łał prze­ko­nać ławę przy­się­głych, że ta kon­tu­zja war­ta jest trzy­dzie­ści osiem ty­się­cy do­la­rów, czy­li o dwa ty­sią­ce wię­cej, niż Bob odzie­dzi­czył po ojcu. Co gor­sza, po­szu­kał uciecz­ki przed tymi przy­kro­ścia­mi w ro­man­sie z sa­mot­ną ko­bie­tą, zna­jo­mą z kur­su na­uki jaz­dy. Za­miast ra­do­ści miał z tego tyl­ko dwa ty­go­dnie nud­nych zma­gań w miesz­ka­niu w su­te­re­nie, cuch­ną­cym ko­ci­mi fe­ro­mo­na­mi.

Wkrót­ce po tym, jak ro­mans do­biegł koń­ca, Bob wiózł żonę do mia­sta i na­gle Vic­ky za­uwa­ży­ła na przed­niej szy­bie nad schow­kiem wid­mo­wy kon­tur ko­bie­cej sto­py. Zdję­ła san­dał, spraw­dzi­ła, że ślad nie po­kry­wa się z jej wła­snym, i wy­mó­wi­ła mę­żo­wi wstęp do ich wspól­ne­go domu.

Bob prze­le­żał mie­siąc na ka­na­pie u Ran­dal­la, za­nim ten wy­my­ślił, że wy­śle go na po­łu­dnie.

– Za­szyj się na chwi­lę w dom­ku nad mo­rzem – po­wie­dział. – Ta cała afe­ra to pryszcz, nic ta­kie­go. Po­trze­bu­jesz tyl­ko tro­chę cza­su, żeby się po­zbie­rać.

Bob nie chciał wy­jeż­dżać. Vic­ky już nie­co mniej na­tar­czy­wie żą­da­ła roz­wo­du, więc był pe­wien, że z cza­sem znów otwo­rzy przed nim drzwi. Za­chę­ca­ła go jed­nak do wy­jaz­du, więc uznał, że w tej sy­tu­acji le­piej jej po­słu­chać. A zresz­tą pro­po­zy­cja Ran­dal­la była wiel­ko­dusz­na, cho­ciaż Bob ani tro­chę się nie zdzi­wił, gdy stryj na dwor­cu au­to­bu­so­wym, na któ­ry sam go przy­wiózł, wrę­czył mu li­stę drob­nych ro­bót do wy­ko­na­nia.

Dom Ran­dal­la wca­le nie był za­chwy­ca­ją­cy: ot, klo­cek z pu­sta­ków ob­ła­żą­cy z ró­żo­wej far­by. Nie­do­kład­nie przy­kle­jo­ne do pod­ło­gi sa­lo­nu zie­mi­ste li­no­leum pod­wi­ja­ło się w miej­scu złą­cze­nia, two­rząc dłu­gą szpa­rę przez śro­dek po­ko­ju. Bo­aze­ria wy­pa­czy­ła się od wil­go­ci, któ­rą na­sią­ka­ła każ­de­go lata, więc przy­po­mi­na­ła mapę pla­stycz­ną nie­go­ścin­nej, gó­rzy­stej kra­iny. „Wy­szpa­chluj sa­lon!” – oznaj­mia­ła li­sta za­dań.

W holu bez okien stryj po­wie­sił wy­pcha­ne zwło­ki za­bi­tych przez sie­bie zwie­rząt: pan­cer­ni­ka i łeb ali­ga­to­ra, któ­re­mu wy­sta­wał z pasz­czy pysk je­le­nia (we­dług Ran­dal­la mia­ło to być za­baw­ne). Na kwa­dra­cie ze sklej­ki wi­sia­ły rzę­dem za­su­szo­ne ko­ra­le in­dy­cze, a w kuch­ni nad zle­wem ma­lu­nek przed­sta­wia­ją­cy pusz­kę piwa, z pod­pi­sem Ran­dal­la w pra­wym dol­nym rogu. Au­tor po­ra­dził so­bie z li­ter­nic­twem bu­dwe­ise­ra, aby jed­nak zmie­ścić cały na­pis, mu­siał po­gru­bić środ­ko­wą część pusz­ki, któ­ra była przez to wy­dę­ta jak wąż tra­wią­cy szczu­ra.

W ciem­nym ką­cie sa­lo­nu bul­go­ta­ło sta­re akwa­rium – ogrom­ne, dłu­gie jak trum­na i na metr głę­bo­kie, lecz pu­ste, je­że­li po­mi­nąć bu­tel­kę to­ni­ku do wło­sów, na­mok­nię­te tru­chło nie­to­pe­rza i parę in­nych dro­bia­zgów, któ­re uno­si­ły się na po­wierzch­ni. Woda była gę­sta i ciem­na, w ko­lo­rze mchu, ale na­po­wie­trzacz wy­trwa­le wdmu­chi­wał w nią rów­no­mier­ną struż­kę zie­lo­nych bą­bel­ków. Bob wy­łą­czył go, po czym wsu­nął sto­py w klap­ki i wy­szedł przed dom.

Prze­ciął ko­śla­we pa­tio. Ma­leń­kie jasz­czur­ki umy­ka­ły mu z dro­gi. Idąc za szu­mem fal przez so­sno­wy za­gaj­nik, w któ­rym nie­mal po­zba­wio­ne ga­łę­zi drze­wa wy­glą­da­ły nie­co upior­nie, do­tarł na ko­niec po­dwór­ka. Wy­szedł spo­mię­dzy so­sen na dro­gę wy­ło­żo­ną musz­la­mi ostryg, a ich blask w po­ran­nym świe­tle tak go ośle­pił, że oczy same mu się za­mknę­ły.

Dom stał na pół­noc­nym cy­plu wy­sep­ki. Kie­dy Ran­dall go opi­sy­wał, Bo­bo­wi lek­ko drgnę­ło ser­ce w przy­pły­wie na­dziei i pod­nie­ce­nia. Lu­bił pla­że. Po­do­bał mu się pia­sek, wy­płu­ka­ny do czy­sta co­dzien­ny­mi przy­pły­wa­mi i od­pły­wa­mi, i to, że lu­dzie z re­gu­ły przy­jeż­dża­ją na wy­brze­że dla przy­jem­no­ści. Gdy jed­nak do­szedł do ścież­ki w po­bli­żu mo­stu, pro­wa­dzą­cej nad samo mo­rze, stwier­dził z roz­cza­ro­wa­niem, że wy­spa wła­ści­wie wca­le nie ma pla­ży. Ląd łą­czył z wodą stro­my, błot­ni­sty stok, nad któ­rym brzę­cza­ły roje ko­ma­rów i uno­sił się strasz­li­wy smród pier­dów. W au­to­bu­sie współ­pa­sa­żer ostrzegł Boba, że naj­bliż­sza w mia­rę zno­śna pla­ża jest na in­nej wy­spie, od­da­lo­nej o pra­wie pięć ki­lo­me­trów w stro­nę peł­ne­go mo­rza, i pły­nie się na nią ło­dzią za dwa­na­ście do­la­rów. Bob mimo wszyst­ko miał ocho­tę wejść do wody, lecz w tym aku­rat miej­scu mu­siał­by się po­tem wy­gra­mo­lić po błot­ni­stym zbo­czu i do­trzeć do domu pie­szo, cały umo­ru­sa­ny. Od­wró­cił się więc i ru­szył z po­wro­tem ulicz­ką.

Prze­tur­la­ły się obok nie­go dwie siwe ko­bie­ty na żół­tym wóz­ku gol­fo­wym.

– Jak tam? – za­gad­nę­ła jed­na.

– Ja­koś leci – od­parł Bob.

W tej sa­mej chwi­li po ulicz­ce roz­niósł się szczęk me­ta­lu bi­ją­ce­go w me­tal, a za­raz po­tem gniew­ny mę­ski okrzyk:

– Kur­wa jego mać! – Głos na­le­żał do męż­czy­zny, któ­ry po­chy­lał się nad sil­ni­kiem pon­tia­ca tak, że do po­ło­wy zni­kał pod ma­ską. – Bo­żeż ty, w mor­dę je­ba­ny!

Siwe ko­bie­ty zwró­ci­ły ku wku­rzo­ne­mu fa­ce­to­wi ścią­gnię­te obu­rze­niem twa­rze. Wó­zek gol­fo­wy za­rzę­ził i tro­chę przy­spie­szył.

Ka­den­cja prze­kleństw nie ci­chła, a od ło­sko­tu umil­kły pta­ki. Bob po­czuł, że gniew nie­zna­jo­me­go za­czy­na mu się udzie­lać. Miał ocho­tę wy­rwać spod ma­ski pon­tia­ca upi­ło­wa­ny trzo­nek od mio­tły, któ­ry ją pod­pie­rał, ale od­mó­wił so­bie tej przy­jem­no­ści. Pod­szedł do męż­czy­zny i sta­nął obok.

– Daj spo­kój, czło­wie­ku – po­wie­dział. – Nie je­steś tu sam.

Tam­ten wy­su­nął gło­wę spod ma­ski i wy­trzesz­czył oczy na Boba. Jego twarz skła­da­ła się głów­nie z po­licz­ków, a po­zo­sta­łe czę­ści wy­glą­da­ły, jak­by je przy­kle­jo­no w po­śpie­chu, drob­ne i ko­śla­we. Trzy­mał w ręku mały łom.

– Coś ty, kur­wa, za je­den? – spy­tał ra­czej ze zdu­mie­niem niż wro­go.

– Je­stem Bob. Miesz­kam, o, tam.

– U Ran­dal­la Mun­roe? Znam go. Zro­bi­łem to i owo jego kotu.

– Co ta­kie­go? – spy­tał Bob, mru­żąc oczy.

– Je­stem Der­rick Tre­at. We­te­ry­narz.

– Tak my­śla­łem, że nie me­cha­nik – rzekł Bob.

– Trzy go­dzi­ny szar­pa­łem się z al­ter­na­to­rem, za­nim go wpa­so­wa­łem. A te­raz się oka­za­ło, że nie idzie za­ło­żyć na nie­go pasa.

Bob znał się tro­chę na sa­mo­cho­dach, więc rzu­cił okiem i stwier­dził, że pro­blem ła­two da się roz­wią­zać. Der­rick źle usta­wił na­pi­nacz, za­nim przy­krę­cił swo­rzeń. Bob na­pra­wił jego błąd i pas gład­ko wśli­zgnął się w ro­wek zę­bat­ki. Ale sa­mo­chód nie chciał za­pa­lić, bo zdechł aku­mu­la­tor, więc Bob mu­siał zrzu­cić klap­ki i boso po­biec ulicz­ką, gar­biąc się i wy­tę­ża­jąc nad tyl­nym zde­rza­kiem, żeby pon­tiac za­pa­lił na pych. W koń­cu sil­nik za­sko­czył i auto ru­szy­ło, a Bob zo­stał po­środ­ku jezd­ni z za­dysz­ką i z usta­mi peł­ny­mi spa­lin.

Der­rick za­wró­cił i pod­je­chał do Boba. Do­ci­snął pe­dał gazu, aż sil­nik wszedł na wy­so­kie ob­ro­ty. We­te­ry­narz wy­krzy­wiał otwar­te usta, jak­by to on wy­da­wał te prze­raź­li­we dźwię­ki, a nie ma­szy­na.

Po­dał Bo­bo­wi przez okno tro­chę pie­nię­dzy.

– Bierz, do cho­le­ry. Pięć do­la­rów. Cze­kaj, mam sie­dem.

– Nie przyj­mę tej kasy.

– Daj spo­kój – po­wie­dział Der­rick. – Je­stem ci dłuż­ny cały dzień.

– Prze­krę­ci­łem je­den swo­rzeń, i tyle.

– Taki za­sra­ny głąb jak ja na­wet na to by nie wpadł. Przy­naj­mniej wstąp łyk­nąć coś dla ochło­dy.

Bob po­wie­dział, że dzię­ki, ale woli po­szu­kać zej­ścia nad wodę.

– No bo prze­cież oce­an wy­schnie, za­nim zdą­żysz wy­pić jed­ne­go – rzekł Der­rick.

– A zresz­tą dla mnie jesz­cze tro­chę za wcze­śnie – po­wie­dział Bob.

– Bra­cie, jest pierw­sza po po­łu­dniu, a w do­dat­ku so­bo­ta. Właź.

Bob zro­zu­miał, że od­rzu­ce­nie pro­po­zy­cji bę­dzie moc­no pra­co­chłon­ne, więc skrył się przed słoń­cem w au­cie.

We­te­ry­na­rzo­wi zbu­do­wa­li dom ci sami tani par­ta­cze, któ­rych na­jął Ran­dall, tyl­ko pod­ło­gę wy­ło­ży­li nie­bie­skim li­no­leum, a nie bia­łym. Ale przy­naj­mniej czu­ło się, że ktoś tam miesz­ka. Pach­nia­ło świe­żą kawą, a me­bli było tyle, że le­d­wo się mie­ści­ły. Sa­lo­nik za­gra­co­no kom­ple­tem pod­ra­bia­nych an­ty­ków, ob­ro­słych fron­to­na­mi, wy­rzeź­bio­ny­mi na to­kar­ce gra­na­ta­mi i ozdob­ny­mi gu­za­mi, któ­re wszę­dzie pcha­ły się przed oczy.

Przy oknie, w fo­te­lu z od­chy­lo­nym opar­ciem, sie­dzia­ła ko­bie­ta, czy­ta­jąc ja­kieś cza­so­pi­smo i ćmiąc pa­pie­ro­sa. Była ład­na, ale za dużo cza­su spę­dza­ła na słoń­cu. Mia­ła skó­rę jak su­szo­na śliw­ka, w ko­lo­rze zbli­żo­nym do bor­do, przy­wo­dzą­cym na myśl in­dy­cze ko­ra­le.

– Bob, to jest Cla­ire – rzekł Der­rick. – Cla­ire, ten pan od­pra­wił ja­kieś cza­ry nad na­szym au­tem. Parę razy zgrzyt­nął kół­kiem i te­raz fura tak rwie do przo­du, że ucie­ka spod kie­row­cy.

Cla­ire uśmiech­nę­ła się do Boba.

– No, to nie byle co – po­chwa­li­ła, po­da­jąc mu rękę bez oba­wy, że ubru­dzi się sma­rem. – Je­steś tu nowy?

Bob przy­tak­nął, a ona po­wie­dzia­ła, że jest mile wi­dzia­ny, więc niech wpa­da, kie­dy tyl­ko ze­chce, bo drzwi za­wsze sto­ją otwo­rem, se­rio.

Bob po­szedł za Der­ric­kiem do kuch­ni. We­te­ry­narz wy­jął z za­mra­żar­ki dwa sło­iki po dże­mie i pla­sti­ko­wą bu­tel­kę wód­ki.

– Na­pi­jesz się, la­lu­niu? – za­wo­łał w stro­nę sa­lo­ni­ku. Cla­ire przy­tak­nę­ła, więc wy­jął trze­ci sło­ik. Na­lał do wszyst­kich szam­pa­na i po­lał wzno­szą­ce się bą­bel­ki wód­ką schło­dzo­ną na sy­rop.

– Cla­ire mówi na to „świę­to po­lacz­ków” – oświad­czył, po­da­jąc Bo­bo­wi go­to­wy kok­tajl. – Jej ro­dzi­na stam­tąd po­cho­dzi. Piją nie na żar­ty. Mnie wy­star­czą dwa ta­kie drin­ki, że­bym miał do­ży­wot­nie­go kaca, a ona przez cały dzień oba­la jed­ne­go za dru­gim i rano jest zdro­wiut­ka.

Wró­ci­li do sa­lo­ni­ku. Bob usiadł na ka­na­pie, a Der­rick na po­rę­czy fo­te­la, obej­mu­jąc ręką Cla­ire.

– Co ty w ogó­le po­ra­biasz, Bob? – spy­ta­ła Cla­ire.

– Aku­rat te­raz mam chy­ba coś w ro­dza­ju urlo­pu – po­wie­dział. Na­pił się i po­czuł, że w żo­łąd­ku roz­kwi­ta mu kwa­śny żar. – Nie­dłu­go pew­nie wró­cę do sto­lar­ki, bo przez ja­kiś czas by­łem wła­śnie sto­la­rzem.

– I co? – za­py­ta­ła Cla­ire.

– Spar­ta­czy­łem scho­dy i mnie zwol­ni­li, no to po­my­śla­łem, że zro­bię so­bie wa­ka­cje i na­pro­stu­ję parę spraw.

– To nie­spra­wie­dli­we – orze­kła Cla­ire. – Scho­dy to nie po­wód, żeby czło­wie­ka wy­lać z ro­bo­ty.

Bob wy­tłu­ma­czył jej, jak się bu­du­je klat­kę scho­do­wą: wszyst­kie pod­stop­nie mu­szą być iden­tycz­nej wy­so­ko­ści, bo wy­star­czy głu­pie pięt­na­ście mi­li­me­trów róż­ni­cy, żeby ktoś się po­tknął.

– Sam nie wiem, jak to się sta­ło, ale środ­ko­wy przy­cią­łem na pięt­na­ście cen­ty­me­trów za­miast na dwa­dzie­ścia. Mózg mi się za­wie­sił i tyle. A po­tem sta­ru­szek, do któ­re­go ten dom na­le­żał, przy­je­chał po­pa­trzeć, jak idzie ro­bo­ta. Scho­dził z góry i łu­bu­du, wy­lą­do­wał na dole ze zła­ma­ną nogą. Przy­szedł ad­wo­kat z ca­lów­ką i było z grub­sza po za­wo­dach.

– Wła­śnie o to mi cho­dzi – po­wie­dzia­ła Cla­ire. – Tyl­ko w Ame­ry­ce moż­na zro­bić kasę na tym, że się ma za mało ro­zu­mu, by zejść ze scho­dów.

– Sam nie by­łem wte­dy taki znów za­chwy­co­ny – przy­znał Bob. – Z nogi ster­czał mu ka­wał ko­ści.

Cla­ire zro­bi­ła lek­ce­wa­żą­cą minę.

– Tak czy owak – po­wie­dzia­ła.

Bob do­pił do dna i od­sta­wił sło­ik na stół.

– No, to dzię­ku­ję – po­wie­dział. – Chy­ba będę się zbie­rał.

– Prze­cież do­pie­ro żeś przy­szedł – od­parł Der­rick, ale w kuch­ni za­dzwo­nił te­le­fon, więc we­te­ry­narz po­szedł ode­brać. Cla­ire umo­czy­ła w kok­taj­lu pa­lec i wło­ży­ła go so­bie do ust. Wzdłuż grzbie­tu jej dło­ni bie­gła zyg­za­ko­wa­ta szra­ma, od­ci­na­ją­ca się de­li­kat­nym ró­żem od tła w ko­lo­rze du­szo­nej wo­ło­wi­ny.

– Zo­stań na dru­gie śnia­da­nie – po­wie­dzia­ła. – Zro­bię jaj­ka na pul­pe­tach z ło­so­sia.

Der­rick wró­cił z kuch­ni, mó­wiąc do bez­prze­wo­do­wej słu­chaw­ki to­nem znaw­cy przed­mio­tu.

– Że co? A zaj­rza­łeś? Wi­dać gło­wę? Aha. Czer­wo­ne czy bia­ła­we? Tak, to nor­mal­ne. Chy­ba go­to­wa nie­dłu­go się roz­puk­nąć. Jadę. – Mu­szę po­je­chać za most – oznaj­mił już z sa­lo­ni­ku. – Trze­ba ko­by­le wy­cią­gnąć coś z cipy.

– A co? – spy­tał Bob.

– Źre­ba­ka, mam na­dzie­ję.

Przed wyj­ściem Der­rick po­ka­zał Bo­bo­wi skrót przez po­dwór­ko nad mo­rze. Zro­bi­ło się tym­cza­sem dużo go­rę­cej i słoń­ce pra­ży­ło z sza­re­go nie­ba jak za­sło­nię­ta prze­ście­ra­dłem la­tar­ka. Bob prze­szedł przez uschnię­ty ogród i spa­lo­ny solą ży­wo­płot, któ­re­go ga­łę­zie za­grze­cho­ta­ły, kie­dy je po­trą­cił. Drep­tał w klap­kach, otu­ma­nio­ny al­ko­ho­lem, czu­jąc, że od upa­łu za­czy­na go bo­leć gło­wa. Na szczy­cie stro­me­go pa­sma wydm przy­sta­nął i zo­ba­czył oce­an. Woda ukła­da­ła się w nie­bie­skie i zie­lo­ne smu­gi, na któ­rych wiatr wy­bi­jał de­seń jak młot kle­pią­cy ol­brzy­mi mie­dzia­ny ta­lerz. Z pod­nó­ża sto­ku wy­ra­stał dłu­gi ję­zor gład­kiej ska­ły, się­ga­ją­cy na kil­ka­dzie­siąt me­trów w mo­rze.

Bob ru­szył w dół, ale w tym miej­scu też było stro­mo, więc uznał, że naj­pro­ściej bę­dzie zje­chać na tył­ku. Kie­dy zna­lazł się na sa­mym dole, miał w szor­tach żwir, a pal­ce stóp omo­ta­ne nad­mor­skim ziel­skiem.

Za­czął się gra­mo­lić wzdłuż wą­skiej ska­ły. Wiatr ciął wi­szą­cą w po­wie­trzu wil­goć, osu­sza­jąc pot na twa­rzy i tor­sie Boba, któ­ry wdy­chał sól i de­lek­to­wał się kry­sta­licz­nym pie­cze­niem w płu­cach. Do­tknął dłu­gich traw, fa­lu­ją­cych w mo­rzu jak ko­bie­ce wło­sy. Ukuc­nął, żeby przyj­rzeć się pą­klom, któ­rych pie­rza­ste ła­pię­ta po omac­ku prze­cze­sy­wa­ły wodę w po­szu­ki­wa­niu nie­wi­dzial­nej zdo­by­czy.

Tuż nad wodą o mało nie wpadł w sa­dzaw­kę w skal­nej roz­pa­dli­nie, utwo­rzo­ną przez przy­pływ. Mia­ła roz­mia­ry wan­ny i była tak głę­bo­ka, że wzrok nie się­gał dna. Przy sa­mym brze­gu przy­war­ły do ska­ły dwie kar­ma­zy­no­we roz­gwiaz­dy. Bob je wy­ło­wił. Były twar­de i kol­cza­ste, ale ład­ne, więc po­my­ślał, że moż­na by je gdzieś w domu przy­bić dla ozdo­by, a na ra­zie roz­cią­gnął dół ko­szul­ki i wrzu­cił je tam. Miał już pójść da­lej, gdy do­strzegł ja­kiś ruch w ciem­nej toni sa­dzaw­ki: była tam ryba, co naj­mniej dwu­ki­lo­wa – prze­pięk­ny okaz pra­wie w tym sa­mym od­cie­niu gra­na­tu co woda. Tkwi­ła w miej­scu, lek­ko ma­cha­jąc ja­skra­wo­żół­ty­mi płe­twa­mi. Le­piej ją było po­dzi­wiać niż jeść: w skle­pie zoo­lo­gicz­nym trze­ba by za taką spo­ro za­pła­cić. Bob upu­ścił roz­gwiaz­dy na ska­łę. Kuc­nął nad sa­dzaw­ką i za­nu­rzył dło­nie. Ryba ani drgnę­ła, na­wet kie­dy pra­wie jej do­tknął, lecz gdy spró­bo­wał ją zła­pać, czmych­nę­ła na dru­gi ko­niec sa­dzaw­ki, tam jed­nak znów znie­ru­cho­mia­ła, le­ni­wie wa­chlu­jąc się płe­twa­mi.

Bob pod­kradł się za nią, okrą­ża­jąc sa­dzaw­kę od wscho­du, żeby nie rzu­cić cie­nia na po­wierzch­nię. Znów za­nu­rzył dłoń, lecz nie od razu spró­bo­wał chwy­cić ofia­rę. Lewą rękę oparł o skal­ną kra­wędź, po­chy­lił się i wy­pu­ścił z ust nit­kę śli­ny. Bia­ły ko­ra­lik spadł do wody; pięk­na ryba się oży­wi­ła. Po krót­kiej kon­tem­pla­cji pod­pły­nę­ła bli­żej po­wierzch­ni i zja­dła śli­nę. Bob po­my­ślał, że pew­nie gło­du­je w sa­dzaw­ce; wy­ja­śnia­ło­by to jej apa­tię i na­dzie­ję, z jaką za­wi­sła tuż pod po­wierzch­nią, cze­ka­jąc, aż z nie­ba spad­nie ko­lej­na prze­ką­ska. Bob zno­wu splu­nął, a ła­ko­ma ryba po­łknę­ła plwo­ci­nę. Od­chrząk­nął, a gdy uzbie­ra­ło mu się w ustach spo­ro fleg­my, spu­ścił na wodę jej pa­smo. Ryba trwa­ła w eks­ta­tycz­nym ocze­ki­wa­niu. Kie­dy fleg­ma zbli­ży­ła się do po­wierzch­ni sa­dzaw­ki, Bob wsu­nął dłoń pod nie­zmą­ce­nie spo­koj­ną rybę, szarp­nął i ku wła­sne­mu zdzi­wie­niu wy­rzu­cił zdo­bycz na brzeg. Za­czę­ła się sza­mo­tać i ska­kać po ska­le, a jego prze­szył dreszcz pa­ni­ki. Zdarł z sie­bie ko­szul­kę, zmo­czył ją w wo­dzie i spo­wił nią jak ca­łu­nem mio­ta­ją­ce się stwo­rze­nie. Wbiegł na wy­dmę, przy­ci­ska­jąc do pier­si owi­nię­tą rybę, któ­ra rzu­ca­ła się i wiła. Bu­dzi­ło to w nim gwał­tow­ne, żywe uczu­cie. Na­su­nę­ło mu się py­ta­nie, czy choć tro­chę po­dob­nie czu­je się ko­bie­ta, kie­dy nosi w so­bie dziec­ko.

Prze­biegł przez po­dwór­ko Der­ric­ka. Cla­ire sie­dzia­ła w bi­ki­ni na be­to­no­wej we­ran­dzie. Po­ma­cha­ła mu ręką, a on od­po­wie­dział okrzy­kiem, ale po­biegł da­lej, trzy­ma­jąc w pal­cach klap­ki i prze­kli­na­jąc na­wierzch­nię z musz­li.

Do­tarł do domu, sta­ra­no­wał drzwi z siat­ki i wrzu­cił rybę do akwa­rium. Za­nu­rzy­ła się, a po­tem z wol­na wy­pły­nę­ła na po­wierzch­nię, mie­rząc Boba pu­stym spoj­rze­niem.

– O, nie. Nic z tego, ko­leż­ko – oznaj­mił jej su­ro­wo, choć nie bez współ­czu­cia.

Wsu­nął dłoń pod brzuch ryby, prze­gar­nął brud­ną wodę przez jej skrze­la i nie­ba­wem znów za­czę­ła się ru­szać. Wy­ło­wił bu­tel­kę to­ni­ku do wło­sów, a po­tem nie­to­pe­rza i rzu­cił je na pod­ło­gę. Ryba, któ­ra w zde­rze­niu ze ska­łą stra­ci­ła część de­li­kat­nej płe­twy ogo­no­wej, obo­jęt­nie po­pły­nę­ła na ko­niec akwa­rium i skub­nę­ła tkwią­cy w rogu ołó­wek.

Bob wy­brał więk­szość sta­rej po­zie­le­nia­łej wody, uży­wa­jąc bla­sza­ne­go ron­dla za­miast czer­pa­ka. Zo­sta­wił tyl­ko tyle, żeby grzbiet ryby nie wy­sta­wał nad po­wierzch­nię. Wy­dłu­bał z dna resz­tę śmie­ci: kap­sle i za­kręt­ki od bu­te­lek, gło­wę lal­ki i pra­wie trzy do­la­ry bi­lo­nu. Po­tem wziął z kuch­ni wiel­ki gar i przy­niósł z mo­rza czy­stą wodę. Przez trzy kwa­dran­se tasz­czył chlu­pią­cy gar­nek pod górę i wra­cał po wię­cej, a gdy wresz­cie na­peł­nił akwa­rium, cof­nął się i z sa­tys­fak­cją spoj­rzał na wła­sne dzie­ło.

Ryba pły­wa­ła w kół­ko, cał­kiem za­do­wo­lo­na. Bia­łe kra­bi­ki, któ­re do­sta­ły się do akwa­rium ra­zem z wodą, chy­ba jej nie prze­szka­dza­ły. Zbior­nik tro­chę prze­cie­kał, więc Bob jako tako uszczel­nił go zna­le­zio­nym pod zle­wem si­li­ko­nem. Po­tem wy­brał się do skle­pu spo­żyw­cze­go i ku­pił dwa ro­dza­je ry­biej kar­my. Przy­niósł ją do domu i na­sy­pał na po­wierzch­nię wody szczyp­tę każ­de­go ro­dza­ju, żeby spraw­dzić, któ­re po­ży­wie­nie bar­dziej przy­pad­nie ry­bie do gu­stu.

Wie­czo­rem po­ży­czył od Der­ric­ka i Cla­ire łóż­ko po­lo­we i roz­ło­żył je w sa­lo­nie. Po­sta­wił za akwa­rium lam­pę i włą­czył ją. Źle się czuł w tym domu, w za­sta­rza­łym odo­rze cu­dzych po­sił­ków, wśród prze­ni­kli­we­go brzę­cze­nia owa­dów, któ­re wpa­da­ły przez po­zba­wio­ne sia­tek okna. Gdy tak le­żał, cze­ka­jąc na­dej­ścia snu, tro­chę go uspo­ka­jał wi­dok ryby, do­rod­nej i ła­god­nej, za­wi­słej w pod­świe­tlo­nej wo­dzie. Stwo­rze­nie przez pe­wien czas nie­spiesz­nie lu­stro­wa­ło szy­by, mie­rząc Boba du­żym okiem w zło­ci­stej ob­wód­ce. Wtem za­trzy­ma­ło się po­środ­ku akwa­rium i za­drża­ło, po czym za­czę­ło wy­dmu­chi­wać z py­ska pół­przej­rzy­sty wo­rek mlecz­nej bar­wy. Bob usiadł na łóż­ku i z po­dzi­wem za­pa­trzył się na rybę. Wo­rek dy­go­tał w wo­dzie, ale nie tra­cił kształ­tu. Kie­dy osią­gnął roz­mia­ry pił­ki do ko­szy­ków­ki, ryba wśli­zgnę­ła się do środ­ka i chy­ba za­snę­ła.

Rano Bob wy­szedł na pa­tio. Wy­glą­da­ło bez­na­dziej­nie. Za tę nie­wiel­ką sumę, któ­rą nie­zo­bo­wią­zu­ją­co obie­cał Ran­dall, nie war­to było go na­wet wy­pie­lić, a do tego, żeby zgod­nie z pi­sem­ną in­struk­cją po­wy­dzie­rać z zie­mi ce­gły i wy­rów­nać te­ren, Bob ni cho­le­ry się nie kwa­pił. Po­my­ślał jed­nak, że osta­tecz­nie może wy­rwać parę chwa­stów choć­by dla­te­go, że bę­dzie mógł po­tem z czy­stym su­mie­niem prze­sie­dzieć całe po­po­łu­dnie na brze­gu wpa­trzo­ny w nad­cią­ga­ją­ce fale.

Pra­ca wzbu­dzi­ła w nim gniew: naj­pierw na Ran­dal­la, któ­ry naj­wy­raź­niej ani razu na­wet nie prze­le­ciał pa­tia mio­tłą, cho­ciaż od sze­ściu lat był jego wła­ści­cie­lem, a po­tem na sa­me­go sie­bie, bo po­zwo­lił so­bie upaść tak ni­sko, że znów mu­siał się pod­jąć kre­tyń­skiej ro­bo­ty, ja­kiej od lat nie ty­kał. Pra­co­wał prze­cież w eki­pie, któ­ra po­sta­wi­ła pięć bu­dyn­ków od fun­da­men­tów aż po dach. Dla sie­bie i dla Vic­ky zbu­do­wał taki dom, że gdy ko­bie­ta po raz pierw­szy zo­ba­czy­ła go­to­we dzie­ło, z za­chwy­tu wy­bu­chła nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem. Ja­kie wie­dli spo­koj­ne, po­rząd­ne­ży­cie. I na ja­kie dno hań­by z wła­snej winy się sto­czył: ła­ził na czwo­ra­kach, po zwie­rzę­ce­mu drąc pa­zu­ra­mi kol­cza­ste chwa­sty i „ba­gien­ne wi­śnie”, któ­rych żół­te owo­ce pla­mi­ły mu pal­ce odo­rem nie­świe­że­go od­de­chu, czer­wo­ne słoń­ce wgnia­ta­ło go w zie­mię, a w po­bli­żu nie było ni­ko­go, kto by się uli­to­wał nad jego spę­ka­ny­mi dłoń­mi albo przy­niósł mu coś zim­ne­go do pi­cia.

Wy­rwał wszyst­kie chwa­sty, ale pa­tio nie wy­glą­da­ło zbyt do­brze. Mimo względ­ne­go po­rząd­ku wiel­kie wy­brzu­sze­nia nad ko­rze­nia­mi drzew były jesz­cze bar­dziej wi­docz­ne i przy­kre dla oka, jak­by urą­ga­ły do­pie­ro co wy­ko­na­nej pra­cy. Bob za­czął wy­ko­py­wać ce­gły, cho­ciaż się przed tym wzbra­niał. Gdy już je wy­do­był i rów­no uło­żył, za­brał się do ko­rze­ni, któ­re wła­śnie od­sło­nił: mło­de i bla­de wy­ry­wał go­ły­mi rę­ka­mi, a gru­be so­sno­we rą­bał za­rdze­wia­łą sie­kie­rą Ran­dal­la. Za­ję­ło mu to resz­tę dnia. Za­nim po po­łu­dniu zro­bił so­bie faj­rant, był cały obo­la­ły, a słoń­ce spa­li­ło mu twarz i ra­mio­na. Wszedł do domu i roz­cień­czył wodą sta­ry kool-aid, któ­ry le­d­wo zdo­łał za­głu­szyć siar­cza­ną ostrość kra­nó­wy. Po­tem ru­szył nad mo­rze, za­bie­ra­jąc z sobą wiel­ki gar.

Der­rick był aku­rat na po­dwór­ku, więc Bob po­ża­ło­wał, że nie prze­szedł przez krza­ki po dru­giej stro­nie jego domu. Ale we­te­ry­narz wstał z krze­sła i ski­nął za­pra­sza­ją­co. Na gło­wie miał prze­ciw­sło­necz­ny da­szek z zie­lo­ne­go pla­sti­ku. Poza tym ubra­ny był tyl­ko w dżin­so­we szor­ty – naj­krót­sze, ja­kie Bob do­tąd wi­dział na męż­czyź­nie.

– Sie­masz – po­wie­dział Der­rick. – Co ro­bisz?

– Chcia­łem za­mo­czyć nogi – wy­ja­śnił Bob. – Cały dzień ty­ra­łem jak nie­wol­nik.

– A co ro­bi­łeś?

– Zbie­ra­łem cały ten szajs i ukła­da­łem z po­wro­tem.

– Nie­źle – stwier­dził Der­rick. – Ja dziś o pią­tej rano, za­miast spać, za­kła­da­łem szew kap­ciu­cho­wy wie­przo­wi z wy­pad­nię­tą sra­ką. Po co ci ten gar?

– Nie wiem. Może coś do nie­go w mo­rzu na­ła­pię.

– Aha. Cze­kaj. – Der­rick wszedł do domu i po chwi­li przy­niósł spło­wia­łą zie­lo­ną siat­kę na alu­mi­nio­wym drąż­ku. – Przy­da się. Zej­dę z tobą, je­śli po­zwo­lisz.

Bob wzru­szył ra­mio­na­mi.

Zje­cha­li po wy­dmie i ze­szli na ska­li­sty cy­pel. Po­ma­rań­czo­we słoń­ce wy­glą­da­ło jak śli­ska brzo­skwi­nia z pusz­ki. Bob za­nu­rzył sto­pę w let­niej wo­dzie.

– Wcho­dzę – po­wie­dział, roz­pi­na­jąc pa­sek.

Der­rick wła­śnie zgar­nął pia­sek ze ska­ły i po­ma­łu na niej sia­dał.

– Do wody? Pły­wać? – upew­nił się.

– Tak – od­parł Bob. Ścią­gnął szor­ty i wszedł do mo­rza.

– Jak to, nago?

Bob nie od­po­wie­dział. Ode­pchnął się od brze­gu i po­pły­nął. Woda była gę­sta i cie­pła jak ole­jek dla dzie­ci. Na­wet gdy znie­ru­cho­miał, utrzy­my­wał się na po­wierzch­ni.

– Do­bra – rzekł Der­rick. – Tyl­ko się nie śmiej z mo­je­go ma­łe­go fiut­ka.

Zdjął szor­ty. Bob uj­rzał w prze­lo­cie smęt­ną sa­kiew­kę mię­dzy jego no­ga­mi i od­wró­cił wzrok. Nie jego zmar­twie­nie. Nic o tym nie chciał wie­dzieć. Po­pły­nął prze­ciw fali.

Dno szyb­ko opa­da­ło, więc już dwa me­try od brze­gu stra­cił grunt. Dał nura w zie­lo­ną wodę i na chwi­lę za­wisł w war­stwie chło­du, do któ­rej nie się­gał sło­necz­ny żar. Miło by­ło­by zo­stać tam dłu­żej, gdy­by tyl­ko zna­lazł spo­sób. Ale płu­ca miał peł­ne po­wie­trza, więc wkrót­ce po­czuł, że fale roz­stę­pu­ją mu się na ple­cach.

Cla­ire scho­dzi­ła nad wodę, stą­pa­jąc mię­dzy kę­pa­mi tra­wy. Mia­ła na so­bie spód­ni­cę frot­té i sta­nik bi­ki­ni w lam­par­ci de­seń. Po­ma­cha­ła Bo­bo­wi.

– Idź stąd, Cla­ire! – za­wo­łał Der­rick. – Bob jest nu­dy­stą i mnie też w to wcią­gnął.

– Za­uwa­ży­łam – po­wie­dzia­ła jego żona. Ze spor­to­wą od­wa­gą zrzu­ci­ła sta­nik i zsu­nę­ła spód­ni­cę. Skó­ra na jej pier­siach i krą­głych bio­drach była mięk­ka, nowa i bla­da jak pa­ra­fi­na. Bob przy­glą­dał się ko­bie­cie, le­żąc na wo­dzie przy koń­cu cy­pla i głasz­cząc fale obo­la­ły­mi dłoń­mi. Pa­trzył, jak Cla­ire po­wo­li za­nu­rza się w zie­lo­ną toń.

Prze­lot­nie po­my­ślał o ot­chła­ni dzie­lą­cej go od żony i o tym, ile trze­ba by tru­du, żeby znów skró­cić ten dy­stans. Wy­ma­ga­ło­by to wie­le ga­da­nia i mnó­stwa pra­cy, sto razy wię­cej niż pa­tio. Przy­tło­czo­ny tą znie­chę­ca­ją­cą my­ślą, znikł pod wodą.

Kie­dy słoń­ce za­czę­ło się zni­żać, wy­lazł na brzeg i wło­żył szor­ty. Der­rick i Cla­ire pły­wa­li da­le­ko od lądu, a ich gło­wy to wy­ła­nia­ły się, to zni­ka­ły wśród fal, któ­re na prze­mian wzno­si­ły się i opa­da­ły.

Bob pod­szedł do skal­nej jamy i stwier­dził, że po ostat­nim przy­pły­wie zna­la­zło się w niej wie­le zdu­mie­wa­ją­cych stwo­rzeń. Tuż pod po­wierzch­nią za­wi­sła drżą­ca au­re­ola cy­no­bro­wych pi­sko­rzy. Przy sa­mym brze­gu błę­kit­na ośmior­nicz­ka wiel­ko­ści dzie­cię­cej dło­ni pod­kra­da­ła się do żół­te­go śli­ma­ka. Bob się­gnął po siat­kę. Pi­sko­rze z ła­two­ścią prze­śli­zgnę­ły się przez oka, lecz gdy zbli­żył ją do ośmior­nicz­ki, ta w po­pło­chu ode­pchnę­ła się od ska­ły, wpa­da­jąc pro­sto do siat­ki. Bob wrzu­cił ją do garn­ka, po czym pal­ca­mi ode­rwał od gła­zu śli­ma­ka.

Der­rick wdra­pał się na brzeg, pod­szedł do Boba i rzu­cił okiem na jego zdo­bycz.

– Ka­ra­ib­ska ośmior­ni­ca ra­fo­wa – orzekł. – Prze­waż­nie żyją na po­łu­dnie stąd, ale kie­dy mo­rze sty­gnie tak jak te­raz, prąd do­sta­je lek­kie­go kręć­ka i zno­si tu te śmiesz­ne stwo­ry.

Od za­cho­du nad­cią­ga­ła sza­ra kur­ty­na szkwa­łów. Cla­ire wy­gra­mo­li­ła się z mo­rza, zgi­na­jąc dłu­gie nogi w pół­przy­sia­dzie star­tu­ją­cej sprin­ter­ki, żeby nie stra­cić rów­no­wa­gi i nie obe­trzeć so­bie ko­la­na. Po­chy­li­ła się, ob­ję­ła sma­głe udo pal­ca­mi i prze­su­nę­ła nimi po no­dze aż do kost­ki, zgar­nia­jąc z niej sre­brzy­ste stru­gi wody. Bob pa­trzył, jak w ten sam spo­sób wy­cie­ra dru­gą nogę, i od pięk­na tego ru­chu aż za­dra­pa­ło go w gar­dle. Od­kaszl­nął w pięść, pod­czas gdy Der­rick da­lej glę­dził o dzi­kiej przy­ro­dzie i prą­dach:

– Jest też Grzbiet Har­la­na, nie­du­ży łań­cuch gór­ski pod po­wierzch­nią oce­anu ja­kieś pół­to­ra ki­lo­me­tra stąd. Przez okrą­gły rok od­ci­na skra­wek Golf­sztro­mu i po­py­cha go w stro­nę na­szej za­tocz­ki, a ra­zem z nim mnó­stwo dzi­kich stwo­rzeń: or­le­nie, żół­wie, seb­da­ki kap­skie, same przy­błę­dy i wy­rzut­ki, któ­rych w ogó­le nie po­win­no tu być.

Cla­ire po­ło­ży­ła dłoń na ra­mie­niu męża i zli­za­ła so­bie z gór­nej war­gi kro­ple wody mor­skiej, tkwią­ce w wy­bie­lo­nym pusz­ku.

– Pa­mię­tasz tę ze­szło­rocz­ną do­ra­dę? – za­py­ta­ła.

– Ko­ry­fe­nę – od­parł Der­rick. – To jest ryba głę­bi­no­wa, a jed­nak tra­fi­ła tu, o, taka dłu­ga. Ugo­to­wa­li­śmy ją w mle­ku ko­ko­so­wym. Sta­ry, przez te wszyst­kie lata wy­cią­gną­łem z tej dziu­ry żar­cia za co naj­mniej ty­siąc do­lców, nie żar­tu­ję. Tam na dole jest głę­bo­ka ja­ski­nia. Ja­kiś czas temu spu­ści­łem trzy­na­sto­me­tro­wą… Ale patrz!…

We­te­ry­narz za­milkł na­gle i wy­jął Bo­bo­wi z ręki siat­kę. Po prze­ciw­nej stro­nie sa­dzaw­ki uka­zał się oliw­ko­wy, mniej wię­cej pół­me­tro­wy wę­gorz. Der­rick pod­kradł się na pal­cach do znie­ru­cho­mia­łej ryby i wy­ło­wił ją, szyb­ko szturch­nąw­szy siat­ką po­wierzch­nię wody.

– An­gu­il­la ro­stra­ta – po­wie­dział. – Wę­gorz ame­ry­kań­ski. Tro­chę mały, ale moż­na by go po­ło­żyć na ruszt.

– Nie, wy­klu­czo­ne – sprze­ci­wił się Bob. – Daj go tu. Wpusz­czę go do akwa­rium.

– Wiesz, co jest w nich cie­ka­we­go? – spy­tał Der­rick, wciąż trzy­ma­jąc rybę w siat­ce. – Te wę­go­rze tak samo jak eu­ro­pej­skie lę­gną się w Mo­rzu Sar­gas­so­wym. Jed­ne pły­ną tu­taj na pół­noc z Golf­sztro­mem, a inne wę­dru­ją aż do Eu­ro­py. Je­den i ten sam wę­gorz, za­le­ży tyl­ko, gdzie go zło­wisz.

Gdy to mó­wił, ryba zdo­ła­ła się prze­śli­zgnąć po­nad ob­rę­czą siat­ki i po­spiesz­nym zyg­za­kiem ru­szy­ła w stro­nę wody. Der­rick nie­zdar­nie rzu­cił się w po­goń. Zgar­nął wę­go­rza ręką z po­wro­tem do siat­ki, ale stwo­rze­nie moc­no go uką­si­ło w kciuk. Za­klął i ci­snął je do garn­ka.

– Wła­śnie stra­ci­łeś wszel­kie pra­wa do tego skur­wie­la, Bob – oświad­czył, ssąc czu­bek pal­ca. – Cze­ka go rand­ka z go­rą­cym wę­glem.

Ale Bob wziął gar­nek w obie ręce i za­czął z nim wcho­dzić na zbo­cze.

W mia­rę jak mi­jał ty­dzień, Bob zła­pał rytm: w cią­gu dnia pra­co­wał, a wie­czo­rem ga­dał z są­sia­da­mi, je­że­li miał na to ocho­tę, gdy zaś był w ma­ło­mów­nym na­stro­ju, prze­sia­dy­wał nad wodą. Na­zno­sił do akwa­rium wie­le róż­nych stwo­rzeń: kra­ba pu­stel­ni­ka, ko­ni­ki mor­skie i ma­łe­go re­kin­ka psie­go. Pew­ne­go dnia on i Der­rick wsie­dli do pon­tia­ca, po­je­cha­li wy­brze­żem aż do przy­sta­ni i na­ło­wi­li mor­skich su­mów na przy­pon ze skór­ką bocz­ku jako przy­nę­tą. Przy­wieź­li je do domu Ran­dal­la. Po chwi­li przy­szła Cla­ire. Na wi­dok akwa­rium Boba za­sło­ni­ła dło­nią usta i po­wie­dzia­ła, że chy­ba nie przy­tar­gał tych wszyst­kich stwo­rzeń z mo­rza sam. Po­tem za­bra­ła sumy, żeby je opra­wić. Do­da­ła, że w dzie­ciń­stwie za­wsze mu­sia­ła opra­wiać ryby, któ­re zło­wił oj­ciec. Wte­dy nie­na­wi­dzi­ła tej ro­bo­ty, ale z cza­sem na­wet ją po­lu­bi­ła.

Bob pa­trzył, jak na po­dwór­ku ko­bie­ta przy­bi­ja ry­bom gło­wy do ka­wał­ka sklej­ki i chlu­sta na nie wrząt­kiem z ko­tła. Zro­bi­ła parę na­cięć no­żem in­tro­li­ga­tor­skim, po czym jed­nym płyn­nym ru­chem zdar­ła z każ­dej ryby skó­rę spe­cjal­ny­mi szczyp­ca­mi, od­sła­nia­jąc śnież­no­bia­łe mię­so. Po­cię­ła je na sze­ścien­ne ką­ski, któ­re na­stęp­nie umo­czy­ła w kup­nej pa­nier­ce i wrzu­ci­ła do ron­dla z wrzą­cym ole­jem.

Sie­dzie­li po­tem na pa­tio, je­dząc z pa­pie­ro­wych ta­le­rzy.

– Wiesz, co ci po­wiem, Bob, ład­ną ro­bo­tę żeś tu od­wa­lił – po­wie­dzia­ła Cla­ire, przy­glą­da­jąc się temu, co zro­bił z ce­gła­mi. Piła już czwar­te piwo i w jej gło­sie było nie­wie­le cie­pła. – Chęt­nie bym cię do sie­bie ścią­gnę­ła, że­byś tro­chę po­maj­stro­wał. Chcia­ła­bym mieć drzwi wej­ścio­we z szy­bą i może parę ta­nich świe­tli­ków w da­chu. Cho­ciaż gdy­by­śmy mie­li ro­zum, to by­śmy ra­czej spa­li­li tę za­sra­ną budę i zbu­do­wa­li nową.

– Po co to ga­da­nie, Cla­ire? – za­pro­te­sto­wał Der­rick. – Czas miło pły­nie, a ty mu­sisz na­gle wy­sko­czyć z czymś ta­kim.

– Prze­cież to praw­da – od­par­ła Cla­ire.

Bob nie miał naj­mniej­szej ocho­ty tego słu­chać. Wy­cią­gnął so­bie spo­mię­dzy warg ma­leń­ką ość i rzu­cił ją na mrocz­ne po­dwór­ko. – Za parę dni chy­ba się stąd urwę – po­wie­dział. – Może by­ście się za­opie­ko­wa­li ry­ba­mi, kie­dy mnie tu nie bę­dzie?

Na­za­jutrz wie­czo­rem po­szedł do je­dy­nej wiosz­czy­ny na wy­spie, wstą­pił do skle­pu i za­dzwo­nił z au­to­ma­tu do domu. Na szczy­cie słu­pa te­le­fo­nicz­ne­go bu­cza­ła wiel­ka ża­rów­ka ha­lo­ge­no­wa, a w jej żół­tym świe­tle rój ciem ko­tło­wał się i kłę­bił jak kon­fet­ti. Bob wrzu­cił do otwo­ru w au­to­ma­cie garść ćwierć­do­la­ró­wek. Po chwi­li ocze­ki­wa­nia w słu­chaw­ce za­brzmiał mę­ski głos.

– Cześć, Ran­dall – po­wie­dział Bob.

– Bra­chu – od­parł stryj. – Co sły­chać?

– A bo ja wiem. Do­pro­wa­dzi­łem do ładu to two­je pa­tio. No i prze­le­cia­łem far­bą szaf­ki.

– Dzię­ki, sta­ry. Ura­to­wa­łeś mi ży­cie. Sam bym się tym wszyst­kim za­jął, ale wiesz, jak jest… W każ­dym ra­zie su­per, że ci się uda­ło. – Po chwi­li mil­cze­nia Ran­dall kich­nął w słu­chaw­kę. – A jak wy­glą­da bo­aze­ria?

– Do­syć chu­jo­wo i taka już zo­sta­nie – oświad­czył Bob. – Nie mam za­mia­ru wo­zić szpa­chlów­ki ze skle­pu tacz­ką.

– Nie mo­żesz za­ła­twić auta? – spy­tał Ran­dall. – Wy­na­jąć? Albo sprawdź, czy nie do­wo­żą na miej­sce. Sam nie wiem, Bob. Weź coś, cho­le­ra, wy­kom­bi­nuj.

– Co ro­bisz w moim domu?

Bob usły­szał, że Ran­dall coś mówi, ale nie zro­zu­miał. Vic­ky wzię­ła słu­chaw­kę i przy­wi­ta­ła się.

– Cześć, Vick – rzekł Bob.

– No, jak ci leci?

– O, su­per. Na po­dwór­ku do­ko­pa­łem się do ropy. A tak w ogó­le to tu nic tyl­ko szam­pan i zło­te se­de­sy. Służ­ba na każ­de za­wo­ła­nie wkła­da mi pro­sto do ust wi­no­gro­na. Ale chy­ba już się tym wszyst­kim na­cie­szy­łem. Nie­dłu­go za­cznę się zbie­rać do po­wro­tu.

– Ha – po­wie­dzia­ła Vic­ky. – Mu­si­my ob­ga­dać parę spraw.

Bob spy­tał ja­kich, a ona nie od razu od­sło­ni­ła kar­ty. Po­wie­dzia­ła, że go ko­cha i czę­sto się o nie­go mar­twi. Współ­czu­je mu, że na­ro­bił tyle głupstw. Wpraw­dzie źle jej bez nie­go, lecz choć bar­dzo się sta­ra, nie przy­cho­dzi jej do gło­wy ża­den po­wód, żeby go już te­raz przy­jąć z po­wro­tem. W spo­koj­nym, praw­ni­czym sty­lu wy­re­cy­to­wa­ła cały ka­ta­log jego sła­bych stron. Brzmia­ło to tak, jak­by mia­ła wszyst­ko spi­sa­ne, łącz­nie z da­ta­mi i na­zwi­ska­mi świad­ków, a naj­bar­dziej ob­cią­ża­ją­ce oko­licz­no­ści pod­kre­śli­ła gru­bą kre­ską. Bob słu­chał i ro­bi­ło mu się zim­no.

Pa­trzył, jak zza au­to­ma­tu z na­po­ja­mi wy­cho­dzi mysz. Ja­dła ja­kiś ku­pon.

– Może byś mi wy­ja­śni­ła, co Ran­dall robi w moim wła­snym domu – po­wie­dział. – Może by­śmy o tym dla od­mia­ny po­ga­da­li?

– A może by­śmy w ogó­le nie ga­da­li? Le­piej mi, kie­dy za­po­mi­nam, kim je­steś.

Bob wes­tchnął i za­czął bez więk­sze­go prze­ko­na­nia nie­zręcz­nie się tłu­ma­czyć, ale Vic­ky upar­cie mil­cza­ła, więc po­my­ślał, że chy­ba trzy­ma słu­chaw­kę z dala od twa­rzy, tak jak nie­raz wi­dy­wał, kie­dy dzwo­ni­ła jej mat­ka. Po­tem wró­cił do te­ma­tu stry­ja, bo na tym grun­cie czuł się pew­niej, i za­czął się od­gra­żać, cze­go to on mu nie zro­bi, je­że­li Ran­dall nie bę­dzie pil­no­wał swo­je­go nosa.

– Może kart­kę mi wy­ślij, Bob? – za­pro­po­no­wa­ła Vic­ky. – Słu­chaj, za­raz mi się przy­pa­lą klu­ski. Baw się do­brze, co? I ode­zwij się cza­sem.

– Ale mó­wię ci, do cho­le­ry… – za­czął Bob, lecz Vic­ky odło­ży­ła słu­chaw­kę, za­nim zdą­żył jej po­wie­dzieć cho­ciaż jed­ną z tych rze­czy, w spra­wie któ­rych za­dzwo­nił.

Ru­szył pie­cho­tą do domu przy do­go­ry­wa­ją­cym za­cho­dzie słoń­ca. Mi­ja­jąc je­dy­ny w tej miej­sco­wo­ści bar, usły­szał do­bie­ga­ją­cy z nie­go śmiech męż­czyzn i ko­biet. Skrę­cił przy miej­sco­wej izbie han­dlo­wej, miesz­czą­cej się w sta­rym, za­adap­to­wa­nym warsz­ta­cie, przed któ­rym za­miast szyl­du po­wie­szo­no de­skę z krzy­wo wy­pa­lo­nym na­pi­sem. Za pocz­tą wziął ko­lej­ny za­kręt i po­szedł ku do­mo­wi, pro­sto w gęst­nie­ją­cy zmierzch.

Wła­śnie kładł się do łóż­ka, kie­dy przy­szedł Der­rick. Otwo­rzył drzwi bez pu­ka­nia.

– O nie – gło­śno jęk­nął Bob.

Der­rick wszedł, za­ta­cza­jąc się na roz­kra­czo­nych no­gach. Przez kil­ka dłu­gich se­kund roz­glą­dał się po po­ko­ju zmru­żo­ny­mi ocza­mi, za­nim do­strzegł Boba, któ­ry sie­dział na po­lów­ce.

– Wsta­waj – za­ko­men­de­ro­wał. – Ja­dziem do mia­sta.

Bob wes­tchnął.

– Sta­ry, wra­caj do domu – po­wie­dział. – Gdzie Cla­ire?

– Je­bał ją chuj – od­parł Der­rick. – Mó­wię ci, jak ona mnie sklę­ła! Znie­wa­ży­ła, ze­lży­ła naj­ohyd­niej­szy­mi wy­ra­za­mi. Do dia­bła z nią. Jedź­my na Ko­ko­so­wą Pla­żę za­ru­chać so­bie i po­przy­tu­lać.

– Sia­daj – po­wie­dział Bob. – Zro­bię ci coś do pi­cia.

– Do­bry po­mysł – stwier­dził Der­rick.

Bob po­szedł do kuch­ni, roz­cień­czył wodą w dzban­ku kool-aid i na­lał tro­chę do kub­ka. Kie­dy wró­cił do sa­lo­nu, Der­rick spał na pod­ło­dze, ci­cho po­chra­pu­jąc. Bob nie mógł go do­bu­dzić, więc ob­ró­cił go na bok i przy­krył ko­cem, a sam po­ło­żył się na po­lów­ce.

Le­d­wie zmo­rzył go sen, Cla­ire za­pu­ka­ła do drzwi, a po­tem je otwo­rzy­ła i wsu­nę­ła gło­wę do po­ko­ju.

– Tam leży, urżnię­ty w tru­pa – rzekł Bob. – Pró­bo­wa­łem go tar­mo­sić, ale na dar­mo.

Cla­ire we­szła do domu. – A niech so­bie leży – po­wie­dzia­ła. – Przy­nio­słam ci to.

Za­pa­li­ła lam­pę. W ręku trzy­ma­ła szkla­ną sa­la­ter­kę z wodą. Na dnie le­żał brą­zo­wy, na­kra­pia­ny stwór. Z jego gąb­cza­ste­go cia­ła ster­cza­ły kol­cza­ste czer­wo­na­we guz­ki. Bob po­my­ślał, że coś ta­kie­go moż­na by wy­srać po zje­dze­niu ru­bi­nów.

– Co to? – spy­tał.

– Sama nie wiem. Pew­nie mor­ski śli­mak. Dziś go zna­la­złam – po­wie­dzia­ła Cla­ire. – Brzyd­ki jak noc, praw­da? Może przy nim te two­je ryby po­czu­ją, że są ład­ne. Chcesz go?

– Do­bra – zgo­dził się Bob.

Cla­ire od­su­nę­ła wie­ko akwa­rium i wrzu­ci­ła stwo­ra do wody. Po­tem po­de­szła do po­lów­ki Boba.

– Za­li­czy­łeś zgo­na czy byś jesz­cze po­hu­lał? – spy­ta­ła.

Bob do­tknął dło­nią zgię­cia jej ko­la­na i za­raz cof­nął rękę. Ko­bie­ta uklę­kła przy nim. Wsu­nął pal­ce pod jej wło­sy i ob­jął nimi tył czasz­ki, a wte­dy w głę­bi jej gar­dła roz­legł się ci­chy dźwięk, jak­by coś się tam od­kle­iło.

– Po­ło­żyć się przy to­bie? – spy­ta­ła.

– Chciał­bym, ale le­piej nie – po­wie­dział Bob.

– Cze­mu?

Męż­czy­zna mil­czał. Cla­ire zmarsz­czy­ła brwi i chwi­lę od­cze­ka­ła. Po­tem zga­si­ła lam­pę i po­ło­ży­ła się na pod­ło­dze obok męża.

Bob zbu­dził się wcze­śnie. Cla­ire chra­pa­ła jak drwal. W po­ko­ju pa­no­wał za­duch, wi­siał odór al­ko­ho­lu, któ­rym zio­nę­li Der­ric­ko­wie. Cla­ire le­ża­ła sku­lo­na w ob­ję­ciach męża, za­ci­ska­jąc w pię­ści jego wiel­ki kciuk. Kie­dy Bob się po­ru­szył, na mo­ment otwo­rzy­ła oczy, ale za­raz znów je za­mknę­ła.

Słoń­ce sta­ło jesz­cze ni­sko na nie­bie. Wpa­da­ło sko­sem przez okna, za­le­wa­jąc po­kój ostrym świa­tłem. Bob zer­k­nął w naj­dal­szy ko­niec po­miesz­cze­nia i zo­ba­czył, że w akwa­rium coś jest nie tak. Nie wi­dział wę­go­rza ani fan­ta­stycz­nej ryby o dłu­gich żół­tych płe­twach. Pod­szedł i stwier­dził, że wszyst­kie ra­zem uno­szą się na po­wierzch­ni, two­rząc chwiej­ną, mię­si­stą wy­spę. Śro­dek opu­sto­sza­łe­go zbior­ni­ka zaj­mo­wał śli­ma­ko­wa­ty stwór, któ­re­go przy­nio­sła Cla­ire. Prze­cią­gał się i wy­gi­nał, pły­wa­jąc za szy­bą w bło­gim osa­mot­nie­niu.

Bob po­czuł, że chy­ba się po­rzy­ga. Za­ci­snął pięść i ude­rzył w śro­dek szy­by. To mu nie wy­star­czy­ło, więc wal­nął z ca­łej siły jesz­cze dwa razy. Akwa­rium prze­chy­li­ło się do tyłu, a po­tem do przo­du i wresz­cie spa­dło ze ste­la­ża, ude­rza­jąc o pod­ło­gę z mo­krym brzę­kiem, przy­po­mi­na­ją­cym dźwięk czy­ne­li. Szkło roz­pry­sło się we wszyst­kie stro­ny, a mar­twe i do­go­ry­wa­ją­ce stwo­rze­nia roz­la­ły się po po­ko­ju.

Cla­ire ze­rwa­ła się na rów­ne nogi, kie­dy do­pły­nę­ła do niej fala. Der­rick le­żał z po­licz­kiem przy­tu­lo­nym do pod­ło­gi, lecz rap­tem usiadł z usta­mi peł­ny­mi sło­nej wody i wy­pluł ją, za­nim cał­kiem otwo­rzył oczy. Po­pa­trzył na kra­ba, któ­ry wy­lą­do­wał mu na pod­brzu­szu, a po­tem spoj­rzał w stro­nę Boba i Cla­ire. Miał wy­pi­sa­ne na twa­rzy py­ta­nie, na któ­re chy­ba nie spo­sób by­ło­by od­po­wie­dzieć.

– Co się wy­ra­bia w tym sa­lo­nie, do cho­le­ry? – za­klął.

Bob spró­bo­wał coś po­wie­dzieć, lecz w gar­dle za­schło mu aż do bólu. Mię­dzy pal­ca­mi sto­py utkwił mu po­brze­żek. Bob schy­lił się, ści­snął mał­ża dwo­ma pal­ca­mi i nie pu­ścił, do­pó­ki nie usły­szał trza­sku sko­rup­ki. Śli­mak ugrzązł tuż obok li­stwy przy­po­dło­go­wej w kłę­bo­wi­sku brud­nych wło­sów i in­nych kła­ków.

– Cla­ire, ten twój stwór chy­ba za­bił mi wszyst­kie ryby – rzekł w koń­cu Bob, cięż­ko dy­sząc. Pod­szedł do śli­ma­ka i wrzu­cił go do kub­ka po ka­wie.

– To pier­do­lo­na strzy­kwa, ot co – stwier­dził Der­rick. – Te kur­wy są ja­do­wi­te jak dia­bli. Nie moż­na ich trzy­mać z ry­ba­mi. Za­raz, chwi­lę, to ty go tu przy­nio­słaś, ko­cha­nie?

– No, wczo­raj wie­czór, ale…

– Cla­ire, do cho­le­ry, dla­cze­go mi naj­pierw tego chu­jo­stwa nie po­ka­za­łaś? Od razu bym ci po­wie­dział…

– Nic się nie sta­ło – wtrą­cił Bob.

– Nie, sta­ry – za­pro­te­sto­wał Der­rick, pa­trząc na po­bo­jo­wi­sko u swo­ich stóp. – To no­kaut, nor­mal­nie no­kaut.

– Och, Bob, strasz­nie mi przy­kro! – za­wo­ła­ła Cla­ire. – Och, Bob, pod­le się czu­ję.

– Nie ma spra­wy – mruk­nął Mun­roe.

– Co za wred­ne stwo­rze­nie. Och, Bob – jęk­nę­ła Cla­ire. – Spuść je w se­de­sie.

– Wy­ta­rzaj mu dupę w soli. Niech ma za swo­je – po­ra­dził Der­rick.

Ale Bob czuł, że łą­czy go ze strzy­kwą ja­kieś po­kre­wień­stwo. Wąt­pił, czy gdy­by uro­dził się w mo­rzu, Bóg przy­stro­ił­by go nie­bie­ski­mi i żół­ty­mi płe­twa­mi jak tę wspa­nia­łą rybę, któ­ra le­ża­ła mar­twa na pod­ło­dze, albo dał mu cia­ło re­ki­na, bar­ra­ku­dy lub in­ne­go wspa­nia­łe­go dra­pież­ni­ka. Nie, Bob Mun­roe był­by pew­nie krew­nia­kiem tej oto strzy­kwy, tak jak ona zbu­do­wa­nym na po­do­bień­stwo rynsz­to­ka i do­tknię­tym klą­twą che­micz­nej czkaw­ki, uni­ce­stwia­ją­cej każ­de uro­cze stwo­rze­nie, któ­re za bli­sko pod­pły­nę­ło.

– Nie, wrzu­cę ją z po­wro­tem do mo­rza – oświad­czył.

Trzy­ma­jąc przed sobą ku­bek jak war­tow­nik świe­cę, wy­szedł tyl­ny­mi drzwia­mi. Cla­ire i Der­rick po­dą­ża­li za nim, opo­wia­da­jąc o uży­wa­nych akwa­riach, któ­re moż­na ku­pić u Świę­te­go Win­cen­te­go à Pau­lo, i obie­cu­jąc, że w po­nie­dzia­łek po­ja­dą tam i fund­ną mu dwu­stu­li­tro­we.

– Że­byś wie­dział, że po­je­dzie­my – za­rze­ka­ła się Cla­ire. – A po­tem zaj­rzy­my do skle­pu zoo­lo­gicz­ne­go i ku­pi­my ci róż­ne fan­ta­stycz­ne stwo­ry, jesz­cze lep­sze, niż mia­łeś.

– To się jesz­cze zo­ba­czy – od­parł Bob jak­by z bar­dzo da­le­ka.