Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 248 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ruchy - Sławomir Shuty

Mała kolejowa mieścina na rubieżach czasoprzestrzeni, zaludniona przez drugorzędnych aktorów, żałosnych skandalistów i spocone boginie nocy. Bieg rzeczy dawno utracił tu swój linearny charakter – jedna przyczyna wywołuje wiele skutków i jeden skutek ma niezliczoną ilość przyczyn.

Sytuacje, motywy, układy taneczne - wszystko zaczyna się niebezpiecznie dublować, tak jakby w ogarniętym rozkładem świecie istniała tylko jedna aktywność - mimetyzm kopulacyjny. Na marginesie pozornie przypadkowych wydarzeń rozgrywa się dziwny ceremoniał. To Ruchy upominają się o swoją dolę. Nad zanurzonym w kipieli beztroskiego tarła miasteczkiem zbierają się czarne chmury, zimne nóżki przestają być zimne tylko z nazwy, a na dodatek ktoś odkręca kurek z szajbą... Taką niespójną, zmierzającą do rozpadu rzeczywistość stara się pochwycić Sławomir Shuty. Historie jego bohaterów balansują na granicy tragizmu i komizmu, by ostatecznie pogrążyć się w oparach absurdu. Siłę oddziaływania Shutego wzmacnia mozaika najróżniejszych odmian mowy potocznej oraz mniej lub bardziej zakamuflowane stylizacje i nawiązania.

Opinie o ebooku Ruchy - Sławomir Shuty

Fragment ebooka Ruchy - Sławomir Shuty

…w serii ukazały się…

Lidia AmejkoŻywoty świętych osiedlowych

Dawid BieńkowskiNic

Dawid BieńkowskiBiało-czerwony

Jacek DehnelLala

Jacek DehnelRynek w Smyrnie

Izabela FilipiakMagiczne oko. Opowiadania zebrane

Manuela GretkowskaMy zdies' emigranty

Manuela GretkowskaKabaret metafizyczny

Manuela GretkowskaTarot paryski

Manuela GretkowskaPodręcznik do ludzi

Manuela GretkowskaNamiętnik

Henryk GrynbergDrohobycz, Drohobycz

Mariusz GrzebalskiCzłowiek, który biegnie przez las

Marek KochanPlac zabaw

Włodzimierz KowalewskiExcentrycy

Włodzimierz KowalewskiŚwiatło i lęk

Wojciech KuczokGnój

Wojciech KuczokOpowieści przebrane

Wojciech KuczokWidmokrąg

Marian MarzyńskiSennik polsko-żydowski

Janusz RudnickiMój Wehrmacht

Janusz RudnickiChodźcie, idziemy

Sławomir ShutyCukier w normie z ekstrabonusem

Sławomir ShutyZwał

Mariusz SieniewiczCzwarte niebo

Mariusz SieniewiczŻydówek nie obsługujemy

Mariusz SieniewiczRebelia

Marek SobólMojry

Jerzy SosnowskiPrąd zatokowy

Wojciech StammCzarna Matka

Magdalena TulliW czerwieniMagdalena TulliSny i kamienie

Magdalena TulliTryby

Magdalena TulliSkazaWitold WedeckiCzarne rondo

Powieść napisana przy finansowym wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2008 Wydanie I Warszawa 2008

Nie żałuję, ale przepraszam dzieci.

Zinedine Zidane

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

Mąt

CZĘŚĆ PIERWSZA

***

Popołudniowe, z rzadka zdobione kłębiastymi obłoczkami niebo przeciął nisko lecący samolot. Z jego perspektywy świat przypominał pokryte patyną nałożoną celowo dla wzmocnienia efektu realizmu miasteczko z zestawu zabawkowej kolejki elektrycznej; jakże często podobne modele znajdują pod woniejącą aromatem lasu świąteczną choinką podniecone wizją prezentów szkraby.

Ziemia obserwowana z góry przywodziła na myśl tekturową makietę. Na kartonikowych domach z opakowań po mleku, ustawionych w równych jak w manierze architektury socrealistycznej rzędach, niezbyt zręczna dłoń artysty, którego z racji emocjonalnego zaangażowania i warsztatowej prostoty należałoby zaliczyć do twórców sztuki naiwnej, przymocowała plątaninę drucików – anten radiowo-telewizyjnych. Porozrzucane po dachu gołębniki, ozdobione buro-niebieskimi szkiełkami – luksferami – wejścia do klatek schodowych, zasłonięte białymi firankami okna, w których czy to zieleniły się rośliny doniczkowe, czy też czerwieniły ozdabiające święte obrazki sztuczne kwiaty, kwadratowe okienka schowków i suszarni wykonano z podobnym brakiem staranności. Na parterze budynku, który kojarzył się z monstrualnym pudełkiem po butach, urządzono skąpo zaopatrzony sklep ogólnospożywczy, a obok, jak wynikało z koślawych napisów, magiel, masarnię, pracownię krawiecką, sklep odzieżowy oraz maleńki zakład przetwórczy. Na piętrze owego pawilonu znajdował się niewielki dom kultury; w jego skład wchodziła osiedlowa biblioteka, popadająca w ruinę wypożyczalnia kaset wideo, której właściciel flegmatycznie próbował wdrażać nowe, wygodniejsze sposoby korzystania z zasobów światowego kina, a także centrum rekreacji siłowej oraz lokal taneczno-rozrywkowy.

Lokali o podobnym przeznaczeniu było w pobliżu kilka, następny punkt świadczący usługi przyjemnościowe znajdował się tuż za zrobionymi jakby z zapałczanych pudełek garażami, w staromodnym okrągłym budynku, który do złudzenia przypominał pudełeczko po cukierkach miętowych (opakowania tego typu niełatwo dziś znaleźć). Aby dotrzeć do kolejnego lokalu, będącego miejscem najbardziej istotnych miasteczkowych obcierek, należało przeciąć rozległy, wbity jakby klinem w otaczające go szczelnie tekturowe prostopadłościany park, czy raczej: zieloną przestrzeń, wypełnioną wyciętymi z kolorowego papieru drzewkami i krzaczkami, upstrzoną ciemnobrązowym konfetti, którego zadaniem była symulacja psich odchodów.

Pomiędzy prostokącikami bloków, przez rozległy plac zabaw, pozbawione bramek i linii bocznych dzikie boisko do gry w piłkę nożną, obok szarych zabudowań przedszkola, a zarazem lokalnej siedziby związku wędkarskiego, oraz kwadratowych budynków kryjących przepełnione krańcowo śmietniki, między ustawionymi na parkingach i chodnikach staromodnymi samochodzikami, przyprószonymi sadzą rajskimi jabłoniami, sztucznie zielonymi młodymi jarzębinami, strzelistymi, przyciętymi u wierzchołka topolami, obok rozcapierzonej wierzby płaczącej, której plastikowe kity wrastały w metalowy model rdzewiejącego ze starości autokaru, i w końcu obok wybujałych krzaków bzów przetaczał się kondukt. Jego koniec, złożony z okutanych w ciemne odzienie, niezbyt skorych do religijnej kontemplacji postaci, sięgał budynków przybytku bożego. Sam dom modlitwy przypominał nieskładny stos opakowań po jajkach, połączenie bożonarodzeniowej szopki z blaszaną halą wystawienniczą, choć z tej perspektywy, ze swoim krzywym, zapadającym się pod różnymi kątami dachem, mógł wyglądać na śmiały, awangardowy zamysł architektoniczny, który zestarzał się ideologicznie. Tkwił tutaj jak tani frazes w porządnie skonstruowanej poradzie metodycznej.

– Nie przypuszczałem, że sprawy przyjmą taki obrót – wystękał, spoglądnąwszy przez odarte z dekoracyjnych draperii okno, po czym z niechęcią skierował uwagę na wypełnione odorem procesów gnilnych mieszkanie, nie zaprzestając reanimacji jąder i nacierania obolałej kości ogonowej, dla której upadek z takiej wysokości na pewno nie był rzeczą normalną, tym bardziej że w swym dyktowanym prawem ciążenia ruchu spotkała się nieoczekiwanie z pozostawionymi na środku pokoju hantlami. – Ki diabeł je tu zostawił… – Westchnął i spojrzał na sufit, gdzie na haku chybotały się smętne pozostałości lampy.

Pewne ważne i niecierpiące zwłoki sprawy

W czeluść pogrążonego w martwocie aneksu kuchennego wdarło się głuche tąpnięcie, jakby ktoś piętro wyżej gwałtownie zamknął tapczan. Poruszony niespodziewanym dźwiękiem Ślęk zarzucił poszukiwania artykułów żywnościowych zdolnych wypełnić jego rury esencjonalną emulsją i powrócił do kontemplacji pewnych ważnych, a niecierpiących zwłoki spraw.

Najdroższa!– rozpoczął swój noszący znamiona pożegnalnego listu -przeżyliśmy razem tyle wspaniałych chwil, które swym niezaprzeczalnym urokiem zapadły głęboko w mą pamięć; chwil, których arkadyjskiego blasku nie przyćmi żadne słońce. Najdroższa! Ileż razy moje spragnione dłonie chciwie błądziły wśród wzgórz Twych cudnie ukształtowanych, pełnych piersi, które profanowi mogłyby się wydać tandetnym tworem z silikonu – choć, przysięgam na wszystko, nim nie były. Ileż razy zapadałem w rajską toń puszystego pierożka, który po kociemu, odwracając się do mnie tyłem, prężyłaś i który aż prosił się o zdrową dawkę nadzienia. Ileż razy pokrywałem solidną porcją lukru Twe modelowane ręką antycznego rzeźbiarza podbrzusze, ile razy wbijałem się niczym oszołomiony młody byczek w deser jędrnych, dorodnych pośladków… Ile namiętnych igraszek pamięta ta zmięta, przepocona miłością, malowana w kwiaty pościel, w której lubiłaś prezentować swą wdzięczną cielesność.

Najdroższa! Od początku zdawałem sobie sprawę, że preferujesz mężczyzn lubiących aktywny wypoczynek, dowcipnych, zabawnych, inteligentnych, a nie znosisz zakłamania, głupich filmów i kobiet niemających własnego zdania i na wszystkie pytania odpowiadających „tak”, ale ucieszyło mnie, że nie pogardziłaś moim skromnym towarzystwem, które nierzadko mogło być dla Ciebie nieznośne. Jestem Ci za to bardzo wdzięczny i nie zapomnę o tym do końca mych smutnych i przesyconych brakiem Twego ciała dni.

Najdroższa! Pragnąłbym raz jeszcze nacieszyć się blaskiem Twych wydanych słonecznej kąpieli, rozwartych śmiesznie ud; Twych zmysłowych, znamionujących gorącą, południową naturę, uwieńczonych sztywnymi sutkami, ślicznie opalonych piersi; Twych maleńkich, doprowadzających pewnie do stanu wrzenia niejednego samca bosych stóp, wbijających się w szorstką skórę nadbrzeżnego piaskowca; Twych ekstatycznych ust, które zwiastowały dobrą nowinę naprawdę sytej zmysłowej uczty, jaką niejednokrotnie spożywaliśmy zanurzeni w oceanie zielonych łąk.

Pamiętasz nasze popołudnia spędzane na werandzie domostwa, którego uformowane niewprawną ręką drewniane ściany pokryte były oślepiająco białym wapnem? Letnie słońce leniwie sunęło po nieboskłonie, a Ty opierałaś się półsennie o balustradę. Układ Twych bosko wyrzeźbionych nóg, sposób, w jaki się przeciągałaś, nadawał takim scenom iście mitologiczną figlarność. Spoglądałaś na mnie przez ramię i uśmiechałaś się zachęcająco, pamiętasz?

Byliśmy dla siebie stworzeni, my, dzieci wszechświata poszukujące rozkoszy o bladym świcie, wśród roztaczających się woni ziół i radosnego śpiewu ptactwa. Wydawało się, że nic nie zmąci naszego rajskiego bytowania, ale przyszedł ten dzień, czarny, posępny, najsmutniejszy, najstraszliwszy w moim życiu dzień, w którym najnormalniej w świecie zabrakło mi miejsca w buforze pamięci.

Najdroższa! Wybacz! Po stokroć przepraszam – padam do Twych stóp i roszę je łzami prawdziwej namiętności, składam na nich pocałunki wiekuistego pożądania – ale na swoją kolej czekają już inne gorące piękności z szeroko rozwartymi koszyczkami, które aż się proszą o śmietankowy zastrzyk, a na dodatek (zdradzę Ci ten sekret, choć lico me pokrywa iście dziewiczy rumieniec) zainteresował mnie pewien śmieszny, a zarazem niezwykle ciekawy film, ukazujący pękatego człowieka w czarnej masce, który najwyraźniej traci niewinność podczas spotkania z pokaźnych rozmiarów psem o dziwnym pysku. Ach, ileż w tym wszystkim pasji, ile szczerości! Musisz przyznać mi rację, że pliki z ruchomymi obrazami do niewielkich nie należą, a jeśli weźmiesz pod uwagę mój przestarzały technicznie sprzęt i ograniczoną pamięć, zrozumiesz, że podjęcie tej drastycznej decyzji było koniecznością. Jakże często życie składa się właśnie z takich nieprzyjemnych chwil, radykalnych momentów wyboru. Sądzę, że nie żywisz urazy i że wspólnie spędzone chwile pozwolą nam z nadzieją spojrzeć w przyszłość, Twój na zawsze, szczerze oddany

Tajemniczy Adorator

PS

Tak między Bogiem a prawdą, Twoje infantylne marzenia, pozwolisz, że tutaj zacytuję: „skończyć studia, a potem być szczęśliwą jak każda porządna dziewczyna”, zaczynały działać mi na nerwy, co, myślę, jest prawdziwym powodem naszego rozstania. Ścieżkę dostępu na wszelki wypadek, pozwolisz, zachowuję.

Zakończywszy trudną rozmowę z cybernetyczną dziewczyną, Ślęk oddał się kultywowaniu zamiłowań do informacji opatrzonych klauzulą „tylko dla abonentów w daleko posuniętej desperacji”.

Dobry dotyk

Nie doczekawszy się Parucha, na którego przecież wcale nie czekał, Dulda wypił kilka głębszych, które postawiły go do pionu, przyodział się w swój tajemniczy kombinezon ze specjalnym perforowaniem w najbardziej zaskakujących miejscach, a następnie opuścił kwadrat, zostawiając w drzwiach kartkę informującą, iż udał się na wieczorny spacer z psem, co mijało się z prawdą o tyle, że psa nie posiadał, i poszedł szukać szczęścia w pobliskim parku zwanym laskiem. Prawdę mówiąc, zamierzał szukać tam nie tyle szczęścia, co potwierdzenia pewnych hipotez, które jakiś czas temu zalęgły mu się w głowie i od tej pory nie dawały spokoju.

Podejrzewał mianowicie, że to zarośnięte w stylu ogrodu angielskiego, kluczowe dla miasteczka miejsce tylko pozornie służy okolicznym mieszkańcom jako przestrzeń rekreacji i zabaw ruchowych, a tak naprawdę, kiedy tylko zajdzie słońce, staje się jądrem ciemności, zaludnionym przez indywidua o nieokreślonych preferencjach, tarliskiem pełnym żądnych zwyrodniałych doznań zjaw, wrzodem na przestrzeni miejskiej, który domagał się natychmiastowej społecznej interwencji. Było to zadanie dla niego.

Zaraz za stojącym obok kiosku Ruchu przystankiem, niedaleko pomalowanego byle jak przejścia dla pieszych, którego równie dobrze mogłoby w ogóle nie być, bo i tak nikt z niego nie korzystał, spostrzegł wyłom w otaczającym park niebiesko-białym parkanie. Kierowany zwykłą ludzką ciekawością postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji i wejść doń nie, jak przyzwoitość nakazuje, wejściem głównym, ale tym właśnie otworem.

Przez stratowane chaszcze i krzaczyska dotarł prosto do jądra zieleni. U krańca wydeptanej niczym przez rannego nosorożca ścieżki tkwił zapadający się w południowe, błotne brzegi sadzawki samochód. Pojazd przypominający wielkiego żuka, któremu zabrakło sił, żeby dotoczyć kulkę gnoju do końca, miał wgnieciony zderzak, zdeformowaną maskę, jego przednią szybę pokrywała pajęczyna stłuczenia. Dulda zbliżył się i zaglądnął przez boczną szybę do środka. Nieoczekiwanie dla siebie zobaczył leżące tam bezwładnie ciało Parucha. Jego blada i zakrwawiona twarz spoczywała bez ruchu na dmuchanej poduszce. Denat był nagi jak go pan bóg stworzył, to znaczy pozostawał jedynie w slipach.

Tak więc się sprawy miały!

Porządny i odpowiedzialny z pozoru człowiek, który miał czelność tytułować się jego przyjacielem, okazał się zwykłym zboczeńcem, osobnikiem beztroskim i nieodpowiedzialnym, który miast spotkać się, jak było zaplanowane, i poddać analizie wyimaginowane widowisko piłkarskie w sposób przykładny i cywilizowany, podążył za mrocznym instynktem, za wynaturzonym głodem, który zaprowadził go jak na smyczy w miejsce, gdzie dochodziło do nietypowych propozycji i zachowań urągających normom ustanowionym przez przedstawicieli zdrowej tkanki społecznej.

Ach, moja osoba była więc tylko pretekstem do pokątnego zaspokojenia jego ukrytych pasji, ale sprawiedliwość, choć nierychliwa, dosięgła go swoją macką; są jednak w tych czasach zasady, za którymi stoją nieugięci funkcjonariusze aparatu egzekwującego, stary dobry świat nie zszedł całkiem na psy! – pieklił się nie bez zadowolenia Dulda. 

I choć sytuacja poraziła go swoją klarownością, ucieszył się z takiego rozwoju wypadków. Wszak właśnie tego wieczora miał zwierzyć się Paruchowi z najcenniejszych sekretów, miał pokazać, że prawdziwa męska przyjaźń może być podparta czymś innym niźli tylko gołosłowiem i sztubackimi wygłupami, że jest coś więcej – za tym wszystkim kryje się tajemnica, której profan nie może zrozumieć, nie mówiąc o jej zgłębieniu.

Nagle też, nie wiedzieć czemu, do głowy przyszła mu kolejna dziwna i śmieszna myśl: a gdyby tak wejść do samochodu i, powiedzmy, nie żeby od razu coś, ale po prostu sprawdzić twardość tego śmiesznego tulejkowatego fragmentu ciała – niby od niechcenia poddać rutynowej kontroli, ot, podnieść to i delikatnie zważyć w dłoni, zupełnie przypadkiem podrzucić, porównać, cmoknąć, zmiętolić i przejść z tym do porządku dziennego? Nie umiejąc zdecydować się na żaden odważny ruch, Dulda dreptał w miejscu, wpatrzony hipnotycznie w nagie zbocze Paruchowego krocza. Czuł trwogę i jednocześnie przyjemny dreszcz.

Gdzieś w alejce parkowej mignęła mu postać zwalistego cyklisty, który widać nie umiał uporać się z pojazdem i co rusz z niego spadał. Dulda zaszczycił tamtego chwilowym zainteresowaniem, po czym uznał za osobę poczytalną, ale pozostającą pod wpływem, i postanowił nie zwracać na niego uwagi, poświęcając się całkowicie rozpinaniu swego zapiętego na szyfr kombinezonu, co też okazało się dużym błędem, ponieważ już po chwili dobrze zbudowany cyklista wymierzył mu siarczysty policzek i zarazem dużo mocniej poprawił wielką jak bochen pięścią.

Zapadając w mroczną czeluść, Dulda zdał sobie jasno sprawę, że jest młodym i atrakcyjnym, żeby nie powiedzieć, całkiem przystojnym człowiekiem; za piękno, co zrozumiałe, płaci się wysoką grzywnę, jednak dlaczego właśnie teraz? W pół drogi do celu? Właśnie teraz, kiedy nadeszło jego długo oczekiwane pięć minut, ktoś jak na złość pchnął czas do przodu.

Dancing pośród kartofliska

Do zajmowanego przezeń stolika przysiadł się bez zaproszenia Ditko. Borda nie zwrócił na niego uwagi, świat przedstawiony latał mu kole kija. Plany, jakie hodował, nadzieje, jakie żywił w barakach szyszynki, wszystko wzięło siarczyście w czachę. Jego opuchnięta twarz sprawiała wrażenie, jakby w trakcie zaciętej samczej walki dostał z kopyta, co samo w sobie mogło podnieść jego męskość, wszak nie od parady mówi się, że blizny na twarzy mężczyzny są jak drogie klejnoty na palcach kobiety. Niestety, opuchlizna była wynikiem długotrwałej intoksykacji. Na środku parkietu w dobrze widocznej z tej perspektywy dancingowej części lokalu jakaś przemacerowana napojami wyskokowymi parka odstawiała godowe piruety.

Mężczyzna podskakiwał raz na jednej, raz na drugiej nóżce, drapał się pod łopatkami, uderzał łapami w klatkę piersiową, rozkładał szeroko ramiona w wiele mówiącym geście „a skąd ja mam, kurwa, wiedzieć”, dumnie wysuwał do przodu podbródek, mierzwił włosy, po czym robił sobie staranny przedziałek, podnosił wysoko ręce i opuszczał je gwałtownie, zupełnie jakby usiłował kozłować gigantyczną piłką lekarską.

Kobiecina wydawała się nie reagować na taneczną ekspresję partnera. Niezainteresowana jego ruchami, zamknięta w sobie, zamyślona, tańczyła sztywno i bez zacięcia. Oszczędna w gestach, oddana nieśmiałym podrygom wirowała jak niezbyt dobrze rozkręcony kolorowy bączek, jakim zwykły bawić się podczas rodzinnych biesiad rozbrykane pędraki, doprowadzając zebraną wokół stołu i rozkoszującą się trunkami starszyznę do czarnej rozpaczy.

Po pewnym czasie ruchy tancerza zmieniły charakter, zupełnie jakby on sam przeistoczył się w drapieżnika atakującego ofiarę – dłonie poruszały się jak nożyce, ramiona jak cepy, roztrzęsiony, rozedrgany symulował walkę z przeciwnikiem, z której, jak można było się domyślić, śledząc dramaturgię tańca, wychodził zwycięsko. Dreptał wkoło, wciągając i wypuszczając ze świstem powietrze, wydawał z siebie pomruki i chrząknięcia mające podnieść jego atrakcyjność w oczach partnerki. Jego twarz była czerwona z wysiłku, jaki wkładał w owe quasi-cyrkowe popisy.

Ruchy kobieciny również uległy modyfikacji. Teraz była ponętną i atrakcyjną młodą kobietą, która po ciężkiej, wyczerpującej pracy zażywa prostych radości życia. Przewracając oczyma, dotykając końcem języka górnej wargi, próbowała nawiązać z rozgniewanym partnerem mimiczny kontakt. Raz po raz podnosiła nabrzmiałe sekretem natury gruczoły, uwydatniając ich wielkość i sympatyczne wykształcenie, po czym wolno okręcała się wokół swej osi, pozwalając mu zachwycać się własnym ładnie wyrzeźbionym wykończeniem. Jej sztywne, uniesione nad głową dłonie wykonywały sugestywne arabeski, które w dialekcie odczytywalnym na poziome komórkowym obiecywały pełnię miłosnego oddania, kusiły wybrańca gotowością uczynienia dla niego wszystkiego, a nawet czegoś więcej.

Mężczyzna, ulegając tajemniczej sile, jaka opanowała jego umysł, poprawił położenie w spodniach narządu rodnego, ustawił go w ten sposób, by obudzona męskość prezentowała się z jak najlepszej strony. Kobiecina nie pozostała mu dłużna – widząc, że sprawy przybierają właściwy obrót, zaczęła tuptać w miejscu, ocierając się delikatnie o jego pakuły. Grymas zadowolenia rozlał się deltą na jego twarzy, chwilę potem zaczął drapać się po całym ciele, sygnalizując tym gestem opiekuńczość, poświęcenie i gotowość do finansowej opieki nad ewentualnym potomstwem, którego przyjściu na świat tak czy owak należało zapobiec. Ona, potrząsając w rytm muzyki plaskaczem, dawała znać, iż wypełniona jest macierzyńskimi uczuciami, a jej piersi gotowe są wypełnić się smacznym mlekiem.

Borda śledził ową odtwarzającą jakiś pradawny rytuał scenę bez emocji. Na zmiętej, sfilcowanej twarzy nie pojawił się nawet cień zainteresowania rozgrywającym się przed jego oczyma równaniem, którego wynik był jednoznaczny.

Mężczyzna, pozostający najwyraźniej w stanie błogosławionym przez Bachusa, a będący przy tym w tak zwanej sile wieku, robił teraz takie wrażenie, jakby siła od niego odeszła i pozostała mu tylko sparciałość. Jego obarczona wielkim brzuszyskiem postać przywodziła na myśl nieporadny rysunek dziecka, które starało się przedstawić niezbyt wesołe przygody ścioranego życiem ziemniaka.

Na kobiecinę nie warto było patrzeć. Tłusta paszcza pokryta grubą warstwą wyzywającej tapety przypominała pośmiertną maskę wykolejonej baletnicy. Szeroki dekolt na czymś, co być może onegdaj stanowiło istotny element urody, opięte niczym skórka na parówce spodnie, wylewające się spod kusej koszulki zwaliste pokłady przerośniętej tkanki tłuszczowej – wszystko to wcale nie dodawało sprawie należytej pikanterii.

Wytopiłby z niej niemało smalcu – pomyślał Borda z obrzydzeniem i choć jej skomasowane cielsko przypominało mu nieco samca parodiującego samicę, to z chwili na chwilę znajdował w zakamarkach galarety nieśmiało kiełkujące ziarno zdesperowanych myśli, iż w warunkach sprzyjających, a podprogowych, dopuściłby się na tym zagonie czynów niecnych, gier zdrożnych, jeżeli nawet nie dla kultywacji bezeceństwa, to ot tak, dla czystej sportowej rywalizacji.

Ditko, który przysiadł się nieproszony, równie nieproszony rozpoczął swoją opowieść: – Posłuchaj…

Trzpiotka o trącących girach

Pewnego dnia, a byłem okrutnie na korzenną fizyczność zorientowany, w nadziei macerunku udałem się do jednej dobrze skonstruowanej sklepikarki, z tych, co to modlą się pod figurą, a diabła mają za skórą – jakoś podejrzanie gęsto się do mnie uśmiechała, żeby to był tylko taki sklepikarsko-reklamowy chwyt. Nie żebym do niej pukał z grubą tubą, o nie! Przyszedłem z pękiem przysłowiowych nowalijek, Kasiu, a co u ciebie, ach, jaka ty dzisiaj jesteś taka jakaś, oj, oj, a może by tak, co? Kiedy? No co kiedy – dziś! Najpóźniej jutro!

Ona ochoczo przystała, coś chyba jakby na to czekała, że dnia pewnego – choć niewiadomego – lecz oczywistego – przyjdę i wejdę, okienko będzie otwarte, szczękoczułki rozwarte i będziemy się… hmm… tegować do białego rana, ech, pachniało mi to tegowanie jak sam nie wiem co!

Była to trzpiotka, jak już wspominałem, solidna w budowie, szeroko wykształcona, rozłożysta – jakiż miała doborowy zad! Jak żyję, podobnego nie widziałem! Jakby ona z tym zadu plaskiem na człowieku siadła, ech, toby coś w człowieku pewnikiem złamała, jak nie kości, to tuszę… Ciepluteńkie było z niej dziewuszysko, chętne, ponętne, robotne i energiczne, w krochmalu – na twarzy to miała pisane – chciałaby się taplać, w kisielu walczyć o stadny prymat, budyniem jak borowiną leczniczo okładać, no, słowem, chciało się z nią założyć, tą, hmm, lokatę krótkoterminową – to jest… nie, żeby od razu na całe życie, ale jakieś szybkie pompki – a czemuż niby nie?

Podprowadzony tymi myślami udałem się z nimfą na miasto, coby jej chomąto mojego dygotu nasadzić. Ni stąd, ni zowąd przyjęcie się wywiązało w plombie człowieka, zdaje się, trzecioligowego aktora, co samo w sobie, rzecz jasna, napawało delikatnym niesmakiem, choć, trzeba przyznać, środowisko zebrało się tam doborowe, a i samo miejsce trzymało fason.

Podczas rozwijającej się z wolna zabawy, która miała szansę przeistoczyć się w potańcówkę, nimfa podeszła do mnie, przy boku mym usiadła, trajkotać poczęła jak najęta: Poczekaj, najdroższy, poczekaj, już, już, jeszcze chwilka, a zajdziemy w pielesze i tam się obaczy, co by tu można. Jakby w przedsmaku tego, co się tam zobaczy, wpiłem się łapczywie w jej rozwarte kleistym zaproszeniem usta i ślinić się namiętnie zaczęliśmy. Zdaje się, że moja baletnica wiedziała, jak w życiu się kręcić, żeby podkręcić skalę szarości do fizycznego bólu, który objawiłby się halucynacją kolorów jak tęczą pod nieboskłonem puszki mózgowej, na podbiciu galarety, gdzie są te odpowiedzialne za takie doznania czułki. Dobrze!

Rozczuliłem się – kropelkowanie rozpoczęte! Jużem się po raz drugi narodził, jużem smółkę oddał, gdy nagle jakiś fetor, o boże – pleśń serowa, zbuk w najgorszej zatęchłej postaci. Cóż to, myślę sobie, czyżby aktorzyna babcine zwłoki, za której rentę wiedzie hulaszczy swój żywot, w tapczanie kitrał? Patrzę, nimfa moja siedzi wpół zgięta, jej zimne nóżki niewinnie podwinięte… Nagle prawda z całą swą brutalnością po pysku mnie zdzieliła – toż to jej rapy trącą! Jej rapy pod moją twarzą! To one!

Zaraz też w trakcie uścisków mimowolnie zacząłem lustrować stan rzeczy i twarz moja podzieliła się na połowy, jedna lizu-lizu, chlastu-chlastu, a druga się z przerażeniem rapom przyglądała, zgorszona tym widokiem (paznokcie – eufemizm! – fioletem suto pociągnięte), bo wyglądać zaczęły jak ciepłe świńskie racice, a całość trąciła padliną. I już jakoś nie chciałem z nią tematów wiadomych poruszać, a o dzieleniu łoża i patrzeniu, co by tu można, mowy nie mogło być żadnej, co tylko, to może dezynfekcja i deratyzacja.

Odór wytrącił broń z ręki Amora, czar prysł, gad schował głowę, badyl usechł, a cała jej misterna budowa wydała się nieprzyjemnie żółta i nieapetyczna. Och, żeby się nimfie z objęć wyłuskać, myślałem. O możliwość ucieczki bogów błagałem, co trudnym było, bo nimfa już zmiękła, już się maślana niczym ryba zrobiła, już by mnie na chałupę prowadziła, już – patrzę – rękę włożyła w zagięcia mego rozdroża, które w warunkach łoża nabrzmiałoby ciastem, lecz teraz ja marzyłem tylko – uciekać, uciekać!

Nie bacząc na nic, wstałem – rozstać się – porzucić w jednym momencie chciałem – drzwi z kopyta otworzyć musiałem i dalejże biec w czeluść, dalej, byle dalej, jak najdalej, nagle, o zgrozo, trzpiotka, ciągnąc za mną, krzyczeć zaczęła: Poczekaj! Słyszałem stukot jej bucików o kocie łby. Poczekaj! My razem! To jeszcze nie koniec przygody!

O nie!

Młody byłem, głupi, lecz od tamtej pory do serów pleśniowych i zimnych nóżek serca nie staje!

Tu Ditko zakończył, czekając aplauzu i słów zachęty do dalszego bajania, ale Bordzie nie w smak była ta kulinarna anegdotka, coś go gryzło, coś dusiło, tłamsiło, nie był on taki, jaki by był, gdyby jakiś był.

Dlaczego siedzi sam? Gdzie jego partnerka? Czyżby doszło do separacji? Czy to tylko symulacja? Gdzie pies, gdzie bies, gdzie prawda pogrzebana? – spekulowano z niezwykłą ostrożnością w kuluarach.

Kilka opowieści o tegowaniu

Nic sobie nie robiąc z rzucanych w jej kierunku natarczywych spojrzeń, które pokrywały jej ciało chciwą macaniną, Beata przysiadła się do opanowanego przez stałe bywalczynie stolika, zmoczyła usta w słodkim płynie, westchnęła z lubością i oddała się pobieżnej lustracji lokalu.

W samym rogu siedział mężczyzna w sile wieku pogrążony w lekturze popołudniówki, który przypominał z wyglądu pogrążonego w lekturze popołudniówki tęgiego proboszcza, miejsce obok zajmowała beztroska grupa młodzieży, której głównym zajęciem było wyciąganie plastikowych kwiatków z wazonika i wkładanie ich z powrotem, czemu towarzyszyły wybuchy śmiechu. Stół z lewej strony okupowała para najprawdopodobniej przeżywająca właśnie trudny moment współżycia, przy dwóch stolikach od strony okna rozparli się wpatrzeni w jakiś znikający punkt zblazowani lokalowicze. Przy aksamitnej kurtynie siedział, a właściwie, siedząc, bóg wie na co czekał miejscowy dyktator mody, który przyodziewał wszystkich liczących się aktorów. Beata spoglądała ukradkiem w jego stronę, wydawał się jej olśniewająco przystojny i nieprzystępny, a przy tym nieprawdopodobnie podobny do Bordy.

Czyżby to on pociągał za sznureczki? Rzuciła w jego kierunku krótki, acz zalotny uśmiech i odwróciła się do koleżanek.

Lekko rozbawione wspominały swe najśwarniejsze przygody. Prym w opowieściach wiodła Kaśka, od obficie przez naturę wyposażonej i zbitej w sobie figury zwana Kachą. Potrafiła ona swym niewieścim czarem zniewolić wszystkich co praktyczniejszych samców i stąd też najlepiej się na pewnych sprawach wyznawała, a co za tym idzie, ukazać je w dobrym świetle potrafiła.

– Z różnymi typami się tegowałam i w różnych też miejscach to następowało, posłuchajcie, to wszystko wam opowiem, a są to ciekawe historie. – Kacha nabrała powietrza w płuca i dalej jak najęta cięgiem poleciała: – Z Mitką poszłam do kina i ino się film zaczął, to niby tylko tak zaczęłam mu masować kulki, a miał on ci te kuleczki takie fajne, takie kształtne, że aż się je chciało do ust wziąć i galasić jak cukierki, to wam mówię, aż by się je chciało złapać i kręcić nimi niczym chińskimi bańkami do medytacji, które poruszone wydają dziwny dźwięk, ni to dzwoneczek, ni to coś; ech, co to był za seans!

Z Tyrpakiem, tym, który tam pod kotarą kwitnie, pojazdem raz jechałam i kiedyśmy tak jechali, to mu z nudów wzięłam wyciągnęłam figurkę spode okrycia, co wcale nie było łatwym zadaniem, bo okrycie miał on nowoczesne, jakieś takie dziwnie zapięte, i żeby to należycie rozpiąć, do figurki sięgnąć, człowiek musiał stawać na głowie, ale wzięłam mu wreszcie wyłuskałam i jadę, pac bałamuta w paszczę i dawaj, międlę jak mordoklejkę, że aż on krzyknął: Aj! delikatniej!

A co mi tam delikatniej, nie będzie mi tu smark rozkazywał, niech jedzie, niech patrzy na drogę, bo się jeszcze co stanie, jaki wypadek, i dalejże mu lewarkiem majdam, aż chłopak się wreszcie wzdrygnął, ale jak się wzdrygnął, to ino raz, to mi potem mówi: Kasiu, Kasiu, jedźmy gdzie jeszcze, benzyny w baku starczy… gdzie tam, dość tej jazdy!

Ze Ślękiem pod rękę chodziłam, bo mnie, poczciwina, po kursie językowym, którego nie dane mi było skończyć, zwykł do domu odprowadzać, tak żeśmy chodzili pod tą rękę, aż wreszcie mu mówię: A ty byś, Ślęk, coś chciał? a on na to, że sam nie wie, no to ja go sadzam na ławce, spodnie do połowy zdejmuję, niechluja stawiam, sama kieckę unoszę, siadam okrakiem i jedziemy, tak żeśmy jechali, że aż się starsze państwo zatrzymali i zapytali, czy to tak nie wstyd się w parku całować, na to ja im mówię, żeby sobie poszli, bo to jest demokracja, czyli wszystkim wolno robić wszystko, a jak sobie poszli, to mu mówię: A ruszajże się, chłopaku, bo nas zaraz zwiną, ale on chyba się, poczciwina, zablokował, tożem wyszła z niego i dalej go łapą pac-pac, aż na żakiet poleciało, co nie było miłe, bo żakiet tyle co czyszczony, ale pal licho, mówię mu: Bierz chusteczkę i wycieraj, coś nabrudził, drabie, a on, poczciwiec, czapkę z głowy zdjął i wyciera, ej, taki był szarmancina!

Paciuła zaś zachodził do mnie jak ksiądz po kolędzie, niby że pogadać, sytuację domowników rozpoznać, dobrym słowem wspomóc, ale o jedno mu chodziło, jedno miał w głowiźnie, a że łóżko miałam stare, drewniane, jak diabli skrzypiące, to i nie mijało nawet pół godziny od jego przyjścia, jak mi sąsiad z dołu bił zdylem od miotły, żebym się uspokoiła, na co ja mówiłam Paciule: Bądźże chłopem, zrób coś, idź, zobacz, czego mu tam, fryzjerzynie, potrzeba, i Paciuła raz-dwa dochodził i szedł, a jak już szedł, to nie wracał wcale, taki był z niego bałamutnik.

Skakuj, powiem wam, to był dopiero psotnik inteligencik, specjalnie żem dla niego nad łóżkiem plakat filmowy powiesiła, a jak on się pytał, czy ten film widziałam, to ja mu, że tak, a po co miał wiedzieć, żem nie widziała? Lubił mnie od tyłu sadzić, obróć się, obróć, mówił, chciałbym cię zobaczyć od plaskacza strony, a ja już wiedziałam, co on tam chce zobaczyć, czego on tam, psotnik jeden, szuka, tyle, com się odwracała, a on już na mnie siedział jak kogucik bałamucik, o bożeśty, co myśmy razem nie wyprawiali, i to, powiem wam, wszędzie, na podłodze, na zydlu moim drewnianym, na fotelu, na biureczku, oj, miejsca to on lubił zmieniać, tak go to rajcowało, mówił, że mu łoże za miękkim jest.

Paruch prosił mnie zawsze, żebym się za kobietę sprzątającą przebierała, widać chłopak miał orientację i pociąg do tego fachu, niby że szmatką wycierałam kalkulator, którego przecież u mnie, same wiecie, nie ma, bo po co mi taka maszyna, niby że szmatką czyściłam ekranik i te pozostałe jego cząstki, a on tak zalotnie niby patrzy, czy dokładnie sprzątam, niby się kurzu doszukuje, a nagle jak nie złapie za mięśnie, jak nie ściśnie, jak gaci nie ściągnie – i dawaj! Umiał on z dziewczyną podyskutować i miał też ku temu stosowne atrybuty.

Błachutowi za to nie chciał się gagatek prężyć, tak jakby był ptakiem nieruchem; cóżem nie robiła, cóżem nie wyprawiała, żeby on choć trochę spotworniał, to się nawet nie mówi, wreszcie żem mu musiała tam z tyłu wtykać różne takie, wam powiem, dziwne gumowe przedmioty, które z sobą do mnie przynosił, wtedy dopiero on się jako taki do gry robił i skakał po mnie jak zwierz, oj, długo po nim do się dochodziłam.

– A to ci dopiero, a to ładne kwiatki, a jak z Pardwą było, opowiedz, Kasiu – prosiły zebrane przy stoliku dziewczyny, które się całkiem otwarły na oścież i nie w głowie im było tłumić parsknięcia.

I Kacha snuła opowieść, która końca nie miała, a początek ginął w mrokach osiedlowych piwnic, kiedy to za butelczynę sikacza przed silnymi jak konie zwolennikami Lucyfera odstawiała niezłe cyrki: – Z Pardwą na początku nie chciałam, bo mi się taki wydawał do niczego, taki był jakiś chropowaty na twarzy, taki zmięty, no nieprzyjemnie było patrzeć na niego, ale jak się raz zeszliśmy na zabawie w kiblu, to aż wyjść nie mogliśmy, tak nas w sobie zakleszczyło, a ludzie pukali, wołali, nagle się im wszystkim, psiekrwiom, do środka wejść zachciało.

Bordzie z kolei tobym ciumkała i ciumkała, co dziwne było, bo zwykł mycie nygusa traktować jak dopust, ale też taki on był smaczny w tym przypleśnięciu i przykisie, taki aromatyczny, że aż mnie coś w środku za serce łapało, i dalej go ciumkać i ciumkać, ciumkałabym go do końca świata i jeszcze pewnie kilka chwil dłużej!

Ach, Borda mój maleńki, samczyk ci z niego jak malowany, poszłabym ja za nim do samego nieba, ale mi się nie chce nigdzie przy takiej pogodzie chodzić, wolę se w cieple usiąść, czegoś dobrego się napić… Ej, gardło suche, szklanica pusta, ej, wlałybyście co, dziewuchy, bo mi to wszystko zaczyna, nie przymierzając, malizną trącić.

Tylko się Kacha skrzywiła, a już dziewczyny leciały, już zamawiały, już donosiły, już przed nos podstawiały, byleby mówiła, mówiła…

– Oj, Kasiu, Kasiu, a opowiesz nam co jeszcze?

– A juści, że opowiem, dajcie mi się ino ciut odświeżyć… – Kacha wciągnęła w płuca nikotynę, z rozrzewnieniem wspominając Bordę i jego gęstą mamałygę z chlustu.

– Czasami pytają mnie różne sprochy, czym brała udział w sesji z dwoma urwisami, a ja wam powiem, dziewczyny, jeden urwis tu, drugi tam, dwa urwisy wiosny nie czynią – tu zadumała się i zapatrzyła, jakby na zawieszony w próżni plakat filmowy – jakżem zaprosiła Luptę i Częczka na jeden termin, bo mi się w kalendarzyku dni zlały, to się dopiero zrobiła wspaniała przygoda, bo jeden mnie tu ciągnął, drugi tam przyciskał albo też obaj parli, no różnie, wam powiem, było, herbatym im zrobiła, jakieś kanapki z konserwą przyniosła, na stół położyła, chłopaki jadły, aż im się pyski trzęsły, i jechaliśmy, mówię wam, dziewczyny, na jeden pal to Azję nabili… Hej!

Rozstanie

– Tak długo żeśmy się nie widzieli, żeśmy się wreszcie zobaczyli, co? – powiedział Bulsza, trzymając miłosne ściśnięcie serca w cuglach – co robiłaś, kiedy mnie nie było?

– Och, kochanie… – szepnęła czule Lilka – mamy dla siebie tylko kilka chwil, nie rozmieniajmy ich na rozpatrywanie okoliczności przypominających drobne monety.

Przepełniona ciepłem uczuć przywarła do jego ciała, po czym odsunęła się na odległość parsknięcia i spojrzała z oddaniem w oczy.

– Będę za tobą strasznie tęskniła.

Kierowany iście aktorskim instynktem otarł łzę, jaka pojawiła się na jej policzku.

– Najdroższa, przez pamięć wspólnie spędzonych chwil zaklinam cię, dbaj o siebie!

– Najdroższy!

I jeżeli nawet wcześniej pojawił się między nimi jakiś chłód niewiadomego pochodzenia, to teraz wszelakie kry lodowe zostały stopione, rzucili się sobie w ramiona, jakby się mieli już nigdy nie zobaczyć, wydawało się, że pocałunkom, pieszczotom i długim spojrzeniom nie będzie końca. Czas odjazdu zbliżał się jednak nieubłaganie, wreszcie Bulsza ucapił dziewczynę wpół, wpił się nieporadnie w jej zapraszająco rozwarte usta, usiłując przy tym zapamiętać ich niepowtarzalny smak wiśni na spirytusie, zarzucił plecak i kierowany bóg wie czym odszedł bez oglądania się za siebie.

Rozkazujący ton sygnału elektronicznej wiadomości wyrwał ją z miłosnej zadumy. „Czy przygotowałaś już kreację na piana party?” Lilka nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy telefon przyjemnie zawibrował w jej dłoni.

– No cześć, co tam?

– No cześć, tak sobie trąbię, co słychać?

– Nic, a u ciebie?

– Też nic, wybierasz się jakoś gdzieś dziś?

– Dzieje się gdzieś coś?

– A więc ty nic nie wiesz? Świętujemy dziesięciolecie kunsztu aktorskiego pewnej nad wyraz legendarnej postaci.

– Och – westchnęła Lilka, przyciskając telefon do piersi.

Na wieść o tym wydarzeniu w jej organizmie doszło do zaburzenia gospodarki hormonalnej, ale zaraz niczym oparzona święconą wodą ocknęła się i postanowiła, że nie będzie mącić cudownej melancholii dzisiejszego wieczoru, który w całości miał być dedykowany kontemplacjom szczęśliwych chwil spędzonych z Bulszą.

Długo dawała się namawiać, długo pozwalała się błagać, nakłaniać, prosić, wreszcie postanowiła, że wpadnie na chwilę spotkać się z Martą, z którą miała do pogadania, a która również zapowiedziała krótką wizytację lokalu.

I dzięki bogu, że podjęła taką decyzję!

Obchody dziesięciolecia kunsztu aktorskiego pewnej legendarnej postaci okazały się wspaniałym przeżyciem. Nigdy jeszcze nie bawiła się tak dobrze, zupełnie jakby wszystkie wizualizacje dobrej zabawy zmaterializowały się tego przypominającego seans filmowy wieczoru. Tańczyła, śpiewała, śmiała się i poklepywała przelotnych znajomych, słyszała różne dziwne historie i opowiadała różne dziwne rzeczy o swoich koleżankach i kolegach, takie, które w stereotypowych warunkach nie przeszłyby jej przez usta.

Ale