Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ruchome piaski - Malin Persson-Giolito

Maja Norberg: Winna czy niewinna? Ofiara czy morderczyni?

Powietrze jest szare i gęste od dymu z pistoletu.

Wszyscy oprócz mnie nie żyją. Ja mam tylko jednego siniaka…

Czy Maja jest zwykłą osiemnastolatką cudem ocalałą z tragedii? Czy może najbardziej znienawidzoną nastolatką w kraju? Jedno jest pewne – każdy zna jej imię. Spędziła dziewięć potwornych miesięcy w więzieniu, czekając na proces, oskarżona o masowe zabójstwo, którego ofiarami byli jej chłopak i najlepsza przyjaciółka, a teraz nadszedł czas, by weszła na salę sądową i opowiedziała swoją historię.

Opinie o ebooku Ruchome piaski - Malin Persson-Giolito

Fragment ebooka Ruchome piaski - Malin Persson-Giolito

Szkolna klasa

Przy ławkach stojących w lewym rzędzie leży Dennis. Jak zwykle ubrany jest w T-shirt z nadrukiem, proste dżinsy z supermarketu i niezawiązane tenisówki. Dennis pochodzi z Ugandy. Twierdzi, że ma siedemnaście lat, ale jest tak gruby, że wygląda przynajmniej na dwadzieścia pięć. Uczy się na profilu zawodowym i mieszka w Sollentunie, w specjalnym ośrodku dla takich jak on. Obok niego, na boku, leży Samir. Chodzi do naszej klasy, bo dostał się na profil o nazwie „Gospodarka światowa i wiedza o społeczeństwie”.

Przy katedrze widać Christera, naszego wychowawcę i samozwańczego naprawiacza świata. Jego kubek przewrócił się na stolik, kawa poplamiła mu nogawkę spodni. Amanda siedzi niecałe dwa metry od niego, oparta o kaloryfer pod oknem. W promieniach wiosennego słońca nadal błyszczą jej diamentowe kolczyki, które dostała na konfirmację. Jeszcze kilka minut temu ubrana była w piękny kaszmir, białe złoto i sandały, ale patrząc na nią teraz, można by pomyśleć, że jest pokryta błotem. Ja siedzę na podłodze. Na moich kolanach leży Sebastian, syn najbogatszego człowieka w Szwecji, Claesa Fagermana.

Osoby znajdujące się w klasie nie pasują do siebie. Tacy jak my nie spotykają się w takim gronie, chyba że w wagonie restauracyjnym albo na peronie metra podczas strajku taksówkarzy. Na pewno jednak nie w szkolnej klasie.

Śmierdzi tu zgniłymi jajkami. Powietrze jest szare i gęste od dymu. Wszyscy zostali zastrzeleni. Z wyjątkiem mnie. U mnie skończyło się na siniaku.

Główna rozprawa sądowa, sprawa nr B 147 66

Pozwana: Maria Norberg

Pierwszy tydzień procesu — poniedziałek

1.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam sąd od środka, doznałam rozczarowania. Poszliśmy tam z klasą na wycieczkę szkolną. Oczywiście nie oczekiwałam, że zastanę garbusa w todze i peruce z lokami, tak jak nie spodziewałam się szaleńca z pianą na ustach i kajdankami na nadgarstkach w pomarańczowym, więziennym ubraniu. Miejsce, do którego przyszliśmy, było połączeniem przychodni lekarskiej z salą konferencyjną. Ze szkoły zabrał nas autobus, który śmierdział gumą do żucia i spoconymi nogami. Oskarżony miał łupież i spodnie wyprasowane w kant. Zarzucano mu oszustwa podatkowe. Oprócz naszej klasy (Christer też z nami był) rozprawie przysłuchiwały się cztery osoby, a w sali było tak mało miejsc, że Christer musiał przynieść z korytarza dodatkowe krzesło, żeby mieć na czym usiąść.

Teraz wygląda to inaczej. Znajdujemy się w największej sali rozpraw w Szwecji. Ławnicy siedzą na ciemnych, mahoniowych krzesłach z wysokimi, obitymi aksamitem oparciami. Oparcie środkowego krzesła jest wyższe od pozostałych. To miejsce zajmuje sędzia. Na stole przed nim leży młotek z oprawionym w skórę trzonkiem. Wszędzie są mikrofony. Obicia ścian zrobiono chyba z dębu i mają pewnie z kilkaset lat. Są więc stare, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Na podłodze między siedzeniami leży ciemnoczerwony dywan.

Publiczne występy to nie moja działka. Nigdy nie chciałam odgrywać Świętej Łucji ani startować w zawodach sportowych. A jednak sala wypełniona jest szczelnie publicznością. Wszyscy przyszli tutaj dla mnie. To ja jestem główną atrakcją.

Obok mnie siedzą moi adwokaci z kancelarii Sander & Laestadius. Wiem, że taka nazwa pasuje raczej do antykwariatu, w którym dwa spocone, ubrane w jedwabne szlafroki i monokle mole książkowe krążą między półkami z lampami naftowymi w rękach, odkurzają książki i wypchane zwierzęta. Tak jednak nie jest, bo Sander & Laestadius to najlepsza kancelaria adwokacka w Szwecji, specjalizująca się w sprawach karnych. Zwykli przestępcy mogą liczyć na jednego zmęczonego adwokata z urzędu, podczas gdy dla mnie pracuje cały sztab zaangażowanych ludzi, którzy w przyszłości chcą się zaliczać do grona „białych kołnierzyków”. Pracują od wczesnego świtu w elegancko urządzonym biurze przy Skeppsbron, mają przynajmniej po dwa telefony komórkowe i wszyscy, z wyjątkiem Sandera, uważają, że grają w amerykańskim serialu telewizyjnym, którego bohaterowie jedzą chińszczyznę z kartonowych pudełek w sposób wskazujący na to, że są akurat zajęci czymś ważnym. Żaden spośród dwudziestu dwóch zatrudnionych w kancelarii prawników nie nazywa się Laestadius. Właściciel tego nazwiska zmarł chyba na atak serca. Okoliczności śmierci wskazywały na to, że był wtedy zajęty czymś ważnym.

Na sali zjawił się Peder Sander – typ celebryty – i jego dwaj współpracownicy. Młodszy z nich to dziewczyna (nazywam ją Ferdinand) o krótko obciętych włosach i przekłutym nosie bez kolczyka – najwidoczniej Sander nie zgodził się na taką ozdobę („Proszę natychmiast się tego pozbyć”). Ferdinand uważa, że słowo „liberał” to obelga, a energia atomowa jest zagrożeniem dla ludzkości. Nosi brzydkie okulary, bo jest przekonana, że w ten sposób zademonstruje, iż świetnie się orientuje, jak w praktyce funkcjonuje system patriarchalny. Na dodatek brzydzi się mną, uważa chyba, że kapitalizm to moja wina. Podczas naszych pierwszych spotkań traktowała mnie tak, jak gdybym była jakąś walniętą blogerką modową, która leci samolotem z odbezpieczonym granatem w ręce. „Nie musi się pani niepokoić – stwierdziła, nie patrząc mi w oczy. – Jesteśmy tutaj po to, żeby pani pomóc”. Słowa te wypowiedziała takim tonem, jakby chciała kogoś ostrzec, że jeśli nie dostanę mojego ulubionego bioenergetycznego soku pomidorowego bez lodu, wysadzę wszystkich w powietrze.

Drugim współpracownikiem Sandera jest facet, którego nazywam Naleśnik. Ma czterdzieści kilka lat, obwisły brzuch, okrągłą – jak naleśnik – twarz i uśmiech na ustach, jak gdyby chciał powiedzieć: „Mam w domu trochę filmów, przechowuję je w układzie alfabetycznym w zamkniętej na klucz szafie”. Naleśnik jest krótko ostrzyżony, a mój tata mawia, że komuś, kto nie ma włosów, nie wolno wierzyć. Ale sam tego nie wymyślił, pewnie ściągnął to powiedzenie z jakiegoś filmu albo reklamy. Tata lubi cytować hasła i powiedzonka z reklam.

Kiedy pierwszy raz spotkałam się z Naleśnikiem, zatrzymał wzrok gdzieś poniżej mojego obojczyka, cmoknął swoim grubym językiem i syknął z zachwytem: „Dziewczyno, co teraz będzie? Wyglądasz na dużo więcej niż te twoje siedemnaście lat”. Gdyby nie Sander, Naleśnik zacząłby pewnie sapać. Ślina aż kapała mu z ust na obcisłą kamizelkę. Nie chciało mi się sprostować, że mam już osiemnaście lat.

Dzisiaj Naleśnik siedzi po mojej lewej stronie. Do sądu przyniósł aktówkę i walizkę na kółkach wypełnioną segregatorami i papierami. Walizka jest teraz pusta, a segregatory stoją przed nim na stole. Została w niej tylko książka pod tytułem Make Your Choice. Winning Is the Only Option i szczoteczka do zębów, która wystaje z bocznej kieszonki. Za mną, w pierwszym rzędzie dla publiczności, siedzą moi rodzice.

Zanim przed dwoma laty pojechaliśmy z klasą na wycieczkę do sądu, Christer specjalnie nas przygotował, żebyśmy zrozumieli powagę sytuacji i wiedzieli, o co chodzi. Wątpię, czy nam to w czymkolwiek pomogło. Mimo to po wyjściu z sądu powiedział, że zachowywaliśmy się porządnie. Przed zwiedzaniem był trochę niespokojny, nie wiedząc, czy powstrzymamy się od głupich śmiechów i ciągłego korzystania z komórek. Bał się też, czy nie będziemy grać w jakieś gry albo nie zaśniemy z opuszczonymi głowami niczym znudzeni posłowie w parlamencie.

Zapamiętałam jego grobowy głos, gdy nam oznajmił („Posłuchajcie, chcę wam coś powiedzieć!”), że na rozprawie sądowej nie wolno się wygłupiać, bo stawką jest ludzkie życie. Każdy człowiek jest niewinny do momentu, aż sąd orzeknie jego winę. Christer powtórzył tę formułkę kilka razy. Podczas jego wystąpienia Samir odchylał się na krześle, lekko na nim kołysał i kiwał głową w charakterystyczny dla siebie sposób, za który kochali go wszyscy nauczyciele. Takie zachowanie oznaczało mniej więcej: „Bardzo dobrze rozumiem, nadajemy na tej samej fali, więc nie mam nic do dodania, bo wszystko, o czym mówisz, to prawda”.

„Każdy człowiek jest niewinny do momentu, aż sąd orzeknie jego winę”. Co za dziwne stwierdzenie! Albo ktoś jest niewinny od samego początku, albo dopuścił się przestępstwa i wtedy jest winny. Sąd ma tylko ustalić stan faktyczny, nie zaś decydować o tym, co jest prawdą. To, że na miejscu zdarzenia nie było policji, prokuratora ani sędziego, a mimo to każda z tych osób wie, kto co zrobił, wcale nie oznacza, że sąd zdoła to ustalić po fakcie.

Pamiętam, że tak właśnie skomentowałam słowa Christera: sędziowie stale popełniają błędy. Na przykład wypuszczają na wolność gwałcicieli. Jeśli więc ktoś doznał przemocy na tle seksualnym, nie ma sensu zgłaszać tego na policję, bo nawet jeśli jakaś dziewczyna zostanie zgwałcona przez połowę mieszkańców ośrodka dla uchodźców, którzy wcisną jej między uda całą skrzynkę pustych butelek, to i tak nikt jej nie uwierzy. A przecież to wcale nie znaczy, że nic się nie stało i że sprawcy nie dopuścili się gwałtu.

– To nie takie proste – odparł Christer.

To jedna z typowych odzywek większości nauczycieli. „Bardzo dobre pytanie…” albo „Słyszę, co mówisz…”, albo „To nie jest takie czarno-białe” czy też właśnie „To nie takie proste”. Każda z tych odpowiedzi oznacza w praktyce to samo: że dana osoba nie ma zielonego pojęcia, co odpowiedzieć.

Jeśli jednak tak trudno ustalić, co jest prawdą, a co kłamstwem, jeśli nie jesteśmy pewni, kto kłamie, a kto mówi prawdę, to co wtedy?

Czytałam gdzieś, że „prawdą jest to, w co chcemy wierzyć”. Dla mnie to jeszcze bardziej porąbane. Jak ktoś może sam zadecydować, co jest, a co nie jest prawdą? Czy coś może być prawdą dla jednych, a rzeczą zmyśloną dla innych? W zależności od tego, kogo o to spytamy? Czy jeśli ktoś, komu ufamy, coś powie, to możemy uznać, że tak właśnie jest, i przyjąć do wiadomości, że właśnie taka jest prawda? Jak można w ogóle dojść do tak głupiego wniosku? Gdyby mi ktoś powiedział, że postanowił we mnie uwierzyć, to natychmiast bym uznała, że zdaniem tej osoby wszystko jest kłamstwem, a dana osoba próbuje udawać, że jest wprost przeciwnie.

Mój adwokat Sander zachowuje w tym względzie obojętność. „Jestem po twojej stronie”, powtarza, a jego twarz robi się wtedy jak miniaturka. Sander nie podnieca się byle czym. Wszystko, co robi, ma pod kontrolą, działa spokojnie i nigdy nie reaguje pochopnie. Nie okazuje uczuć, nie wybucha głośnym śmiechem. Podejrzewam, że nie krzyczał nawet w chwili, gdy przychodził na świat.

Sander stanowi przeciwieństwo mojego taty, który nie jest aż takim „cool facetem” (jego własne słowa), jakim chciałby być. Podczas snu zgrzyta zębami, a gdy ogląda w telewizji mecz, nie może usiedzieć spokojnie na krześle. Wpada w złość, gdy zirytują go pedantyczni pracownicy urzędu miasta albo sąsiad, który czwarty raz w tygodniu parkuje na nie swoim miejscu; denerwują go niezrozumiałe umowy na dostawę energii i przedstawiciele handlowi firm telekomunikacyjnych; denerwują go komputery, kontrole paszportowe, dziadek, grill, komary, zalegający na chodniku śnieg, Niemcy w kolejce do wyciągu narciarskiego i francuscy kelnerzy. I wszystko go ekscytuje, przyprawiając o głośny śmiech albo krzyk. Trzaska drzwiami i każe ludziom „spieprzać”.

Sander jest zupełnie inny. Oznaką tego, że się wkurzył albo wściekł, jest to, jak marszczy czoło i w charakterystyczny sposób mlaska językiem. Takie zachowanie wprawia w przerażenie jego współpracowników, którzy od razu zaczynają się jąkać, przeglądać papiery i robić różne inne rzeczy z nadzieją, że poprawią mu humor. Przypomina mi to trochę sposób, w jaki moja mama odnosi się do taty, jeśli akurat nie jest wnerwiony, tylko zachowuje całkowity spokój.

Sander nigdy się na mnie nie denerwuje ani nie jest oburzony tym, o czym mówię. Nie krzywi się, jeśli coś przemilczę albo go okłamię, a on to zauważy.

– Jestem po twojej stronie, Maju – mówi głosem bardziej zmęczonym niż zwykle.

I tyle. O „prawdzie” nie rozmawiamy.

To dobrze, że interesuje go tylko to, co udowodniła policja i prokurator. Nie muszę się niepokoić, czy swoją pracę wykonuje dobrze, czy tylko udaje, że to robi. To tak, jak gdyby zebrał wszystkich zabitych, całą winę i cały strach, i zamienił to w cyfry. Jeśli wynik równania nie będzie się zgadzać, Sander wygra.

Może właśnie tak trzeba robić. Jeden plus jeden nie może się równać trzy. Następne pytanie, proszę.

Nie czuję się z tym zbyt komfortowo. Bo albo coś się zdarzyło, albo nie. Wszystko inne to zawiłości, którymi powinni się zająć filozofowie i prawnicy, pewnego rodzaju konstrukcje myślowe. „To nie takie proste”.

A Christer? Pamiętam, jaki był dla nas upierdliwy przed tamtą wycieczką do sądu. Żeby zachęcić nas do słuchania, robił w zasadzie wszystko. „Każdy człowiek jest niewinny do momentu, aż sąd orzeknie jego winę”. Zapisał to nawet na tablicy jako „Podstawową zasadę prawną” (Samir znowu skinął głową), a następnie poprosił nas, żebyśmy to sobie zapisali (Samir zapisał, chociaż wcale nie musiał tego robić).

Christer uwielbia wszystko, co jest na tyle krótkie, żeby można się było tego nauczyć na pamięć i przerobić to na jakąś kwestię. Za prawidłową odpowiedź na sprawdzianie, który mieliśmy dwa tygodnie później, można było dostać piątkę. Dlaczego nie szóstkę? Bo Christer uważał, że w tym, co zadaje nam do nauczenia się na pamięć, istnieją szare strefy, a rację można mieć tylko „prawie”. „Jeden plus jeden to wprawdzie nie trzy, ale rację przyznaję ci tylko w połowie, bo odpowiedziałaś jedną liczbą”.

Sąd zwiedzaliśmy z Christerem prawie dwa lata temu. Sebastiana z nami nie było, bo doszedł do nas w ostatniej klasie, którą musiał powtarzać. W szkole czułam się wtedy całkiem dobrze, miałam kolegów, koleżanki i nauczycieli, którzy od najmłodszych klas ciągle się zmieniali: chemika Jonasa, który mówił zbyt cicho, nigdy nie pamiętał, jak kto się nazywa, i czekał na autobus z plecakiem na brzuchu; nauczycielkę francuskiego Mari-Louise, która nosiła okulary, miała włosy w kolorze dmuchawca i ciągle ssała ostatni kawałeczek pastylki na gardło, a robiła to tak intensywnie, że usta kurczyły jej się do rozmiaru poziomki. Frigg od wuefu miała trudną do określenia płeć, krótko obcięte włosy i przywodziła na myśl świeżo polakierowaną drewnianą przykrywkę. Na szyi nosiła gwizdek, miała gładko wygolone, lśniące, szerokie łydki i przez cały czas ciągnął się za nią smród potu i skarpetek antypoślizgowych, które w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wkładało się na zajęcia z wuefu. Była też roztargniona Malin, nasza farbowana blondynka od matmy, która ciągle wydawała się z czegoś niezadowolona, spóźniała się na lekcje i średnio dwa dni w tygodniu przebywała na zwolnieniu lekarskim, a na Facebooku umieściła swoje zdjęcie profilowe w trójkątnym bikini (była na nim o dwadzieścia kilogramów młodsza).

No i Christer Svensson. Zaangażowany w to, co robił. Facet w stylu „zbierzmy się na Mariatorget, żeby zademonstrować naszą postawę”. Normalny aż do bólu, typowy „swój chłop”. Uważał, że koncerty rockowe mogą uratować świat przed wojnami, głodem i chorobami. Mówił głosem, którego należałoby zabronić, może z wyjątkiem sytuacji, gdy ktoś chce zmusić psa do machania ogonem.

Christer przynosił każdego dnia do szkoły termos z zaparzoną w domu kawą, w której było tyle cukru i mleczka, że konsystencją przypominała raczej krem. Kawę pił z własnego kubka („Najlepszy tata na świecie”). Przynosił go do klasy i na lekcjach robił sobie dolewki. Christer kochał porządek, prowadził uregulowany tryb życia i uwielbiał powtórki ulubionych przebojów. Prawdopodobnie od ukończenia czternastego roku życia jadł na śniadanie zawsze to samo, coś w stylu pokarmu dla długodystansowców, jak kaszę mannę z sokiem malinowym i tłustym mlekiem („śniadanie to najważniejszy posiłek dnia!”), a za każdym razem, gdy spotykał znajomych („kumpli”), szedł z nimi na piwo i kieliszek wódki. W piątki chodził z rodziną na tacos albo wpadał do pizzerii w swojej dzielnicy (takiej, w której mają papier do rysowania i kredki dla dzieci), a gdy była ku temu okazja, wypijał ze swoją „starą” butelkę wina. Christer był pozbawiony fantazji, latał czarterami i nigdy by mu nie przyszło do głowy, by do dania dodać kolendry albo smażyć na czymś innym niż masło.

Christer został naszym wychowawcą w pierwszej klasie liceum i przynajmniej raz w tygodniu się skarżył, że pogoda zrobiła się jakaś taka dziwna („nie ma już dziś prawdziwych pór roku”). Każdej jesieni narzekał, że dekoracje związane ze świętami Bożego Narodzenia pojawiają się coraz wcześniej („niedługo pojawią się na Skeppsbron, jeszcze zanim przestaną pływać letnie promy”).

Skarżył się na wieczorne gazety („dlaczego ludzie czytają takie gówno?”) i na Let’s Dance, na eliminacje do Eurowizji i Paradise Hotel („Po co ludzie oglądają taki chłam?”). Jednak najbardziej nie cierpiał naszych telefonów komórkowych („Jesteście krowami? Przez cały czas dostajecie esemesy. Równie dobrze moglibyście sobie założyć dzwonki na szyję. Po co tracicie czas na takie głupoty?”). Za każdym razem, gdy się na coś skarżył, miał zadowoloną minę; uważał, że młodo wygląda i jest cool (tata nie używa tego słowa), a dowód na to, jak blisko związany jest ze swoimi uczniami, stanowi to, że w rozmowach z nimi pozwalał sobie na używanie słów uważanych powszechnie za wulgarne.

Po każdym kubku kawy wkładał pod górną wargę porcję snusu. Potem resztki zawijał w papierową serwetkę i dopiero wtedy wrzucał do kosza na śmieci. Kochał porządek, nawet jeśli chodziło o coś takiego jak tytoń do żucia.

Kiedy po rozprawie przeciwko oszustowi podatkowemu wróciliśmy do szkoły, Christer był z nas zadowolony. Stwierdził, że się spisaliśmy. On zawsze był albo zadowolony, albo zatroskany, nigdy uszczęśliwiony czy wnerwiony. Za lekcje zadane na pamięć zawsze dawał nam przynajmniej pół punktu.

Umarł na leżąco, z rękami nad głową i podciągniętymi kolanami, mniej więcej w takiej pozycji, w jakiej leży moja młodsza siostra Lina, gdy jest pogrążona w głębokim śnie. Christer wykrwawił się, zanim na miejsce dojechała karetka. Ciekawe, czy jego żona i dzieci też uważają, że życie wcale nie jest takie proste, a ja jestem niewinna, bo na razie żaden sąd nie stwierdził mojej winy.

Pierwszy tydzień procesu — poniedziałek

2.

Mama kupiła mi ubranie, które włożyłam dziś na rozprawę. Szczerze mówiąc, wolałabym włożyć kraciastą piżamę braci Daltonów, bo wyglądam, jakbym się wystroiła.

Cóż, dziewczyny zawsze się stroją. Jedne chcą wyglądać elegancko, drugie mądrze i poważnie. Jeszcze inne noszą się tak, jakby chciały pokazać, że na wyglądzie im nie zależy: włosy mają rozczochrane, wkładają zbyt cienkie T-shirty albo biustonosze bez fiszbinów.

Mama chciała zrobić ze mnie osiemnastolatkę, zwykłą dziewczynę, która trafiła przed sąd, chociaż niczego złego nie zrobiła. Bluzka opina mi się na piersiach, bo w areszcie przytyłam i teraz między guzikami porobiły się wąskie szczeliny. Wyglądam jak sprzedawczyni, która włożyła lekarski fartuch i chodzi za klientami centrum handlowego z próbkami specyfiku do pielęgnacji skóry. „Niech ci się nie wydaje, że kogoś możesz oszukać”.

– Jesteś taka ładna, kochanie – szepcze mama ze swojego miejsca w pierwszym rzędzie.

Zawsze to robi: obrzuca mnie prymitywnymi komplementami i oczekuje, że sama dokonam ich selekcji. Wszystkie i tak są sztuczne. Nie jestem „ładna” i „nie umiem rysować”. Powinnam przestać „śpiewać” i chodzić po lekcjach na „kółko teatralne”. To, że mama prawi mi komplementy, jest dla mnie obraźliwe, bo dowodzi tylko, że nie ma pojęcia, czy naprawdę jestem w czymś dobra albo czy jestem ładna. Mama nie interesuje się mną na tyle, by obdarzyć mnie komplementem mającym pokrycie w rzeczywistości.

Nie wiem dlaczego, ale zawsze miała zły gust.

– Jeśli chcesz, możesz pójść się pobawić – mawiała przez ostatnie miesiące, gdy nie potrafiła już udawać, że wolałaby, abym została w domu i opowiedziała jej o moim dniu.

Pobawić? Jestem już na tyle dorosła, że mogę brać udział w wyborach i kupować alkohol w klubie. Od trzech lat wolno mi się zgodnie z prawem pieprzyć, a ona mi mówi, żebym się poszła pobawić? Może w chowanego z sąsiadami? „Raz, dwa, trzy, Baba-Jaga patrzy”. Mam biegać zdyszana po ogrodzie, zaglądać za te same co kiedyś krzaki, do tej samej co kiedyś garderoby na ubrania i za ten sam co kiedyś zepsuty parasol w garażu? „Fajnie było? – pytała mama, gdy wracałam do domu, a moje ciuchy śmierdziały haszem. – Czy mogłabyś powiesić kurtkę w piwnicy, kochanie?”.

Wczoraj wieczorem rozmawiałam z nią przez telefon. Głos miała jaśniejszy niż zwykle. Posługuje się nim tylko wówczas, gdy wie, że ktoś jej słucha, albo gdy wykonuje dwie czynności naraz. Mama prawie zawsze robi różne rzeczy jednocześnie: sprząta, ustawia, wyciera kurze, robi porządki. Ciągle jest podenerwowana i niespokojna. Zawsze taka była, ale to nie moja wina.

– Wszystko będzie w porządku – powtórzyła kilka razy do słuchawki, a ja niewiele mówiłam, wolałam wsłuchiwać się w jej jasny głos. – Wszystko będzie w porządku. Nie ma powodu do niepokoju, wszystko będzie dobrze.

Sander próbował mi wyjaśnić, co się będzie działo podczas rozprawy i czego powinnam się spodziewać. W areszcie pokazano mi film propagandowy, w którym dwaj kiepskiej klasy aktorzy grali role facetów, którzy pobili się w lokalu. Sąd uznał oskarżonego za winnego, ale uwolnił go od części zarzutów. Po filmie Sander spytał, czy mam jakieś pytania.

– Nie – odparłam.

Z rozprawy sądowej, na którą poszliśmy z klasą, najbardziej zapadła mi w pamięć cisza. Wszyscy wypowiadali się ściszonym głosem i dlatego inne dźwięki rozbrzmiewały ze zdwojoną siłą: chrząkanie, trzaskanie drzwiami, szuranie krzeseł po podłodze. Gdyby ktoś z nas zapomniał wyciszyć komórkę i nagle przyszedłby esemes, miałby on taką siłę jak dźwięk emitowany przez wielokanałowy system Dolby Surround w zaciemnionym pomieszczeniu. Publiczność siedziała na sali rozpraw w ciszy, a oskarżony odgarniał z czoła tłustą grzywkę. Kiedy prokurator odczytywał akt oskarżenia, oszust spojrzał na swojego adwokata obrażonym wzrokiem i żachnął się z oburzeniem. Pomyślałam wtedy, że to zwykły głupek. Po co udaje oburzonego? Prokurator i adwokat wypowiedzieli się w jego sprawie, odczytali jakieś dokumenty i dwa albo trzy razy powtórzyli to samo. No… może zbyt często chrząkali. Cała ta sytuacja wydała mi się chora, ale nie dlatego, że wszystko było inaczej niż na filmie, tylko dlatego, że uczestnicy procesu wydawali się znudzeni. Nawet oskarżony zachowywał się tak, jak gdyby miał problemy z koncentracją. W prawdziwym życiu wszyscy oni też byli kiepskimi aktorami, którzy nie nauczyli się swoich ról.

Samir uważał, że nie ma się z czego śmiać. Pochylił się na niewygodnym krześle, oparł łokcie o kolana i zmarszczył czoło. To była jego najlepsza poza: w ten sposób chciał pokazać, że do poważnych spraw ma równie poważne podejście. Ubranych w poliester gogusiów uważał za najbardziej fascynujących mówców, jakich słyszał w całym swoim życiu. Christer był zachwycony opiniami i powagą Samira. I Samir rzadko musiał otwierać usta, żeby lizać mu tyłek. Później razem z Amandą drażniłyśmy się z nim z tego powodu. Lubiłyśmy to robić. Za to Labbe poklepał go po ramieniu, jak gdyby Samir był jego najmłodszym synem, który strzelił decydującego gola w meczu.

– Samir wszystko zrozumiał – powiedział Labbe, a Samir szeroko się uśmiechnął. – Absolutnie wszystko.

Kiedy chodziłam do drugiej klasy liceum, w domu też czułam się dobrze. Z mamą ciągle jeszcze rozmawiałam o sprawach, które nie miały nic wspólnego z tym, o której godzinie powinnam jej zdaniem wracać do domu. Była ze mnie dumna, a przynajmniej z tego, jak mnie wychowała. Chwaliła się swoimi skutecznymi metodami, żeby mnie zachęcić do robienia tego, co było konieczne, aby jej życie stało się prostsze. Opowiadała mi na przykład o tym, jak w wieku czterech miesięcy przesypiałam całą noc, nie byłam niejadkiem, a łyżkę potrafiłam utrzymać już za pierwszym razem, gdy dała mi do zjedzenia coś innego niż płynną papkę; że chciałam iść do szkoły o rok wcześniej, bo twierdziłam, że w przedszkolu jest nudno; że do szkoły chciałam chodzić sama jeszcze przed ukończeniem ósmego roku życia i że uwielbiałam zostawać w domu bez opiekunki. Twierdziła, że zanim wsiadłam na zwykły rower dwukołowy, kupiła mi trójkołowca, dzięki czemu nie musiała przytrzymywać go za bagażnik, tylko szła obok mnie i głośno – acz nie za głośno – się śmiała. Uważała, że to dzięki temu błyskawicznie nauczyłam się jeździć.

Nigdy mi nie wyjaśniła, co zrobiła, żeby to moje życie stało się prostsze, ale w tamtym okresie wyrażała przekonanie, że prostym i bezproblemowym dzieckiem byłam tylko dlatego, iż zrobiła wszystko, aby mnie wychować we właściwy sposób.

Dzisiaj na sali też panuje cisza, tyle że inna niż wtedy. Atmosfera jest gęsta, jakby naelektryzowana energią ważnych osób, które tylko czekają, aż wydarzy się coś niezwykłego. Prokurator i adwokaci prawie się pocą ze strachu, żeby się nie skompromitować. Nawet Sander jest zdenerwowany, chociaż ktoś, kto go nie zna, zupełnie tego nie dostrzega.

Sander i jego ekipa chcą pokazać, do jakiego rozstrzygnięcia dążą. Kiedy Naleśnik wyjaśniał mi, jak jego zdaniem wszystko będzie przebiegać, wspomniał o „losie” i o „naszych szansach”. Zrobił to w taki sposób, jak gdyby był trenerem naszej drużyny koszykówki, w której grałam na pozycji środkowego. Widać było, że Naleśnik chce wygrać. Umilkł dopiero wtedy, kiedy Sander strzelił palcami.

Dzisiejsza rozprawa zaczyna się od swego rodzaju apelu, który chce wygłosić sędzia. Chrząka do mikrofonu i wszyscy od razu przestają szeptać. Sprawdza, czy wszystkie osoby stawiły się w sali. Nie muszę podnosić ręki i potwierdzać, ale sędzia wskazuje na mnie i wyczytuje moje nazwisko. Potem daje znak adwokatom i wyczytuje ich nazwiska. Mówi rozwlekłym, ale nieusypiającym tonem. Brzmi tak poważnie, że jeszcze trochę, a pęknie w szwach swojego brzydkiego ubrania.

Sędzia wita się z nami, ale mu nie odpowiadam. Nie mówię: „Cieszę się, że tu jestem”, bo przecież nie chodzi o to, żebym cokolwiek mówiła. Uważam, że dobrze sobie radzę, że wyglądam mniej więcej tak, jak powinnam. Nie uśmiecham się, nie płaczę, nie dłubię w uszach ani w nosie. Siedzę wyprostowana i pilnuję, żeby mi się nie pourywały guziki od bluzki.

Sędzia prosi panią prokurator, żeby zaczęła swoje wystąpienie. Lena Pärsson jest tak naładowana energią, że prawie zrywa się z krzesła. Przysuwa je bliżej stolika, pochyla się nad małym mikrofonem, zapina guzik i chrząka. Wygląda na to, że zaraz zacznie.

Zanim weszła do sali rozpraw, była w pokoju dla adwokatów. Naleśnik powiedział, że ludzie stali w kolejce, żeby się tu dostać. „Jak na koncert”, stwierdził prawie z dumą. Sander zrobił taką minę, jak gdyby chciał mu przywalić.

Ale rozprawa w niczym nie przypomina koncertu. Nie jestem gwiazdą rocka i nie otacza mnie tłum groupies. Są za to medialne hieny – dziennikarze. Faszerują pierwsze strony swoich gazet odorem śmierci, który jeszcze bardziej ich podnieca.

Sander chciał, żeby proces był otwarty dla wszystkich. Domagał się, aby mimo mojego młodego wieku wpuścić na salę rozpraw media i publiczność. Nie po to jednak, żeby wprawić Naleśnika w stan uniesienia. Zależało mu, aby pani prokurator nie mogła zmonopolizować przekazu. Oznacza to, że będzie chciał uwydatnić swój udział w procesie albo że doszedł do wniosku, iż ci, co to mnie nienawidzą, zmienią zdanie. Wystarczy, że wysłuchają mojej wersji. Według mnie Sander się myli. To nie będzie miało żadnego znaczenia.

Oni wszyscy kochają mnie nienawidzić. Nienawidzą wszystkiego, co się ze mną wiąże. Nie mogę sobie jakoś wyobrazić, że Naleśnik mógłby się zachwycać innym rodzajem muzyki niż ta, która należy do kategorii „I wszyscy razem, śpiewamy” i grywana jest w sztokholmskim Skansenie. Moim skromnym zdaniem Naleśnik słucha wyłącznie złotych przebojów i podśpiewuje sobie w takt filmików reklamowych, żeby obraz rodziny był idealny.

Przed dziewięcioma miesiącami, tydzień po tym, co się wydarzyło, w Djursholmie doszło do zamieszek. Grupa chłopaków pojechała metrem do centrum handlowego Mörby, przesiadła się do autobusu linii 606, przejechała nim osiem przystanków i wysiadła na placu w Djursholmie. Zamierzali „dać nauczkę tym gnojkom”, to znaczy „pieprzonym snobom”, jak to ładnie określili. Do rozruchów na przedmieściach dochodzi zazwyczaj w podejrzanych dzielnicach rządzonych przez gangi, wśród ekologicznych budowli i kółek zainteresowań dla młodzieży i facetów po detoksie na motocyklach, którzy robią za młodzieżowych przywódców i administratorów dzielnic, ponieważ żaden normalny przedsiębiorca nie przyjmie ich do pracy. Kiedy czytamy w gazetach, że płonęło przedmieście, zazwyczaj chodzi o jakiś wypasiony wrak z zawieszką o sosnowym zapachu, o leasingowany wóz z niepełnym ubezpieczeniem, który należy do jakiejś firmy i idzie do wymiany zaraz po tym, jak ktoś uszkodzi boczne lusterko.

Tym razem było inaczej.

Przez trzy dni i noce na rynku i pod domem Sebastiana na Strandvägen toczyła się prawdziwa wojna. Drugiego wieczoru w starciach uczestniczyło pięćdziesiąt kilka osób. Sander, który mi o wszystkim opowiedział, pokazywał mi nawet artykuły w gazetach.

Tłum rozbił na rynku witryny sklepów ze starociami. Co zwędzili? Bluzki wiązane w kokardę pod szyję, koce w szkocką kratę i kryształowe karafki do wina? Dokąd ruszyli, gdy policja przegoniła ich spod willi Fagermana? W kierunku naszego domu? Czy tam dotarli? Jeśli dla mojej mamy ważne jest to, aby grzecznie pozdrowić i okazać szacunek pierwszemu lepszemu żebrakowi, który siadywał z kubkiem w ręce na zasikanym kocu przed sklepem Coop Konsum na Vendevägen, to co tam robiła z kijem bejsbolowym i koktajlem Mołotowa? „Cześć, cześć. Miłego dnia. Przyjemnego weekendu”? Zastanawiałam się, co mama powiedziała członkom oddziałów specjalnych, które przez trzy dni pomagały zaprowadzić porządek przed naszym domem: „Czy u was wszystko w porządku?”.

W gazetach, które przyniósł mi Sander, pojawiły się pewne teorie na temat przyczyn rozruchów. Na przykład, że miały one jakiś związek z tym, co z Sebastianem „symbolizowaliśmy”, czego „byliśmy wyrazem” i „jaki był skutek tego”, co zrobiliśmy. Czy do zamieszek doszło dlatego, że nasze czyny były aż tak obrzydliwe? Czy uczestnicy rozróby wpadli we wściekłość, bo my byliśmy bogaci, a oni nie? A może chodziło o to, że grupka drobnych bandytów szukała pretekstu do bójki (szwedzka ekstraklasa piłkarska ma w czerwcu przerwę)? Teraz to już nieistotne, bo i tak nie zdołali się przedrzeć do naszego domu.

Większość osób w sali rozpraw to dziennikarze. Niektórzy z nich piszą coś w laptopach. Nie robią zdjęć, bo sędzia tego zabronił. Podobno przed wejściem musieli oddać do depozytu swoje telefony komórkowe. Część dziennikarzy ma zwykłe notesy i długopisy.

Jeden z nich zabawia się w rysownika. Można by pomyśleć, że występuję tu w roli któregoś z bohaterów książek Dickensa, na przykład drobnego złodziejaszka z domu sierot, który ryzykuje szubienicę, albo Elviry Madigan z taniej powieści za szylinga. „Dzieją się smutne rzeczy, zapewne także w naszych czasach”. Śpiewaliśmy tę piosenkę pod koniec podstawówki. Amanda od razu się rozpłakała. Najładniejsza jest wówczas, gdy płacze, chociaż wcale nie jest jej smutno (staje się wtedy wprost czarująca i zachwycająca). Przy okazji zwróciła na siebie jeszcze większą uwagę niż zazwyczaj.

Piszą o niej jak o mojej najlepszej przyjaciółce. W gazetach, w telewizji, w aktach śledztwa. Nawet mój adwokat nazywa ją moją najlepszą przyjaciółką.

Czy to z nią spędzałam najwięcej czasu? Oczywiście oprócz Sebastiana? Tak. Czy to z nią – oprócz Sebastiana – najczęściej rozmawiałam? Tak. Czy to ona stoi obok mnie na dwustu sześćdziesięciu zdjęciach na Facebooku? Czy to prawda, że gdy policja sprawdziła moje połączenia z czterech spośród sześciu miesięcy, okazało się, że rozmawiałam z nią na czacie średnio dwie godziny dziennie? Czy tagowała mnie na ponad stu postach na Instagramie? Tak, tak i jeszcze raz tak.

Czy kocham Amandę? Czy jest moją najlepszą przyjaciółką? Tego nie wiem.

Pierwszy tydzień procesu — poniedziałek

3.

Tak czy inaczej, lubiłam przebywać w jej towarzystwie. Większość czasu spędzałyśmy razem. Siedziałyśmy obok siebie w klasie i w stołówce, uczyłyśmy się i chodziłyśmy na wagary. Obgadywałyśmy dziewczyny, które nam w czymś zawiniły (nie po to, żeby zachować się wobec nich paskudnie, ale…), a na elektrycznych bieżniach w fitness klubie wydeptywałyśmy kilometry ścieżek prowadzących donikąd. Razem robiłyśmy makijaż i chodziłyśmy na zakupy, godzinami ze sobą gadałyśmy, spędzałyśmy mnóstwo czasu na czacie i śmiałyśmy się z różnych rzeczy. Śpiewałyśmy do szczoteczki do zębów udającej mikrofon i, strojąc miny, naśladowałyśmy głupi wyraz twarzy tej czy innej dziewczyny ze szkoły.

Na imprezy też chodziłyśmy razem. Amanda szybko się upijała i zawsze wszystko przebiegało według tego samego schematu: chichotała, śmiała się, tańczyła, przewracała na podłogę, znowu się śmiała, kładła się na kanapę i rzewnie płakała, a łzy płynęły jej po szyi. Potem wymiotowała, aż w końcu wracała do domu. To ja się nią zawsze opiekowałam, nigdy odwrotnie.

Lubiłam spędzać z nią czas, bo było fajnie i potrafiłam się przy niej całkowicie zrelaksować. Było dla nas rzeczą oczywistą, że życie należy spędzać jak najprzyjemniej. Kiedy Amanda udawała głupią blondynkę, naprawdę potrafiła mnie rozbawić. Jeśli ktoś ją pytał o pogodę, odpowiadała „flip flop” albo „będzie 40 denierów”. Kiedy robiło się naprawdę zimno, przychodziła do szkoły w legginsach na podpince, butach marki Moon Boots i puchowej kurtce z kołnierzem ze skóry królika.

Twierdzenie, że Amanda była powierzchowna i płytka, byłoby zbyt proste. Owszem, nie umiałaby napisać wstępniaka dla jakiejś poważnej gazety, uważała, że ucisk to straszna rzecz i że rasizm też jest straszny, ale najstraszniejsza jest bieda. Była tak zwanym pozytywnym jąkałą, który podwaja słowa będące oceną jakiegoś stanu albo zjawiska. Mówiła na przykład „bardzo, bardzo dobrze”, „super, superuroczo” albo „mało, maciupko maciupeńko” (to ostatnie określenie było chyba potrójnym wzmocnieniem?). Swoje poglądy na kwestię równouprawnienia lub na każdą inną sprawę polityczną, która nie podlega wyborowi, zbudowała na niespełna czterech odcinkach telewizyjnego programu śledczego Uppdrag granskning, na którym za każdym razem płakała. A gdy na YouTubie oglądała nagranie poświęcone najgrubszemu człowiekowi świata, który po trzydziestu latach pierwszy raz wyszedł z domu, powiedziała: „Nie przeszkadzaj mi teraz! Oglądam wiadomości!”.

Amanda najbardziej lubiła rozmawiać o swoim strachu. Pochylała się wtedy i szeptała mi, jakie ma kłopoty z układem trawiennym i bezsennością („naprawdę bardzo, ale to bardzo duże kłopoty”). Kiedyś oświadczyła, że musi unikać koloru zielonego i cyfry dziewięć, omijać krawężniki („to znaczy ja ich nie wybieram, ale muszę to robić, bo chybabym umarła, umarła naprawdę, naprawdę umarła”). Czasem, gdy zabrakło spodziewanej reakcji, podkręcała atmosferę. Udawała, że znamię, którego nabawiła się podczas wspólnego smażenia naleśników na podwieczorek, to blizna po czymś innym, o czym najchętniej wolałaby nie mówić. Zależało jej, aby wszyscy uwierzyli, że to efekt próby samobójczej. I nawet nie przyszło jej do głowy, że mogłabym komuś zdradzić prawdę.

Problem polegał jednak nie tylko na tym, że Amanda kłamała. Uważała, że życie bywa trudne, że strach to uczucie, kiedy spóźnia się na autobus, i że cierpi na bulimię, bo zrobiło jej się niedobrze, gdy w niecałe dziesięć minut zjadła dwieście gramów czekolady z orzechami.

Amanda była niezwykle rozpieszczona przez mamę, tatę, terapeutę i stajennego, który zajmował się jej koniem. Nie chodziło jednak o ubrania i błyskotki, tylko o coś innego. Amanda miała taki sam stosunek do rodziców i nauczycieli – to znaczy do uznanych autorytetów, w tym także Boga – jak do pracowników punktów usługowych, na przykład recepcjonistek w luksusowych hotelach. Oczekiwała, że każdy udzieli jej pomocy w tak różnych sprawach jak pryszcz na czubku nosa, odnalezienie zagubionego kolczyka czy choroba bądź kwestia wiecznego życia. Nie interesowało jej, czy Bóg istnieje, ale było dla niej całkiem oczywiste, że powinien pomóc jej choremu na raka kuzynowi, ponieważ bardzo, ale to bardzo jest jej go żal, a przecież kuzyn jest taki bardzo, bardzo milutki, chociaż ma łysą głowę. Użalała się nad ludźmi mającymi kłopoty, lecz nie mogła się pogodzić z faktem, że ludzie nie użalali się nad nią.

Poza tym Amanda była zajęta sobą. Swoim sięgającym do pasa włosom poświęcała tyle czasu, zupełnie jakby chodziło o jej umierającą babcię. Ludzie uważali, że jest miłą osobą. Ale to nie do końca prawda. Zawsze dwa razy pytała, czy ktoś chce mleczko do kawy („Na pewno?”), a czyjś wygląd komentowała tak zgryźliwym tonem, że człowiek czuł się przy niej jak grubas. Mawiała na przykład: „Tak bardzo chciałabym umieć podchodzić do swojego wyglądu jak ty, na pełnym luzie” albo „Jesteś naprawdę niezwykle fotogeniczna” i oczekiwała, że za takie stwierdzenia należą jej się podziękowania. Do głowy by jej nie przyszło, że inni mogą uznać jej słowa za obraźliwe.

O polityce mawiała, że jest super, superważna. Nie była jednak zaangażowana politycznie aż w takim stopniu jak inni ludzie, którzy zapisują się do organizacji młodzieżowych, jeżdżą na obozy i strzelają z łuku. Nigdy nie pofarbowałaby sobie włosów na czarno, nie podpaliłaby farmy norek i nie byłaby w stanie przebrnąć przez raport o dziurze ozonowej albo o kurczącej się rafie koralowej. Jej zaangażowanie nie przypominało też zaangażowania ojca Samira, który kiedyś siedział w więzieniu i był torturowany za swoje poglądy polityczne.

Amanda uważała, że polityka polega na tym, iż budżet państwa powinien jej zwrócić koszty operacji wszczepienia bajpasu, której zamierzała się poddać w sytuacji, gdyby kiedykolwiek przekroczyła granicę powiedzmy… sześćdziesięciu kilogramów. Byłoby to, jej zdaniem, co najmniej słuszne, a to ze względu na podatki, które płacimy. Kiedy mówiła „my”, nie miała na myśli swojej mamy, bo jedyne pieniądze, którymi jej mama mogła swobodnie dysponować, pochodziły z kasy w sklepie ICA, gdy po zrobieniu zakupów dostawała resztę. Wpłacała je na swoje konto w banku, które nazywała żartobliwie kontem obuwniczym i traktowała jako coś w rodzaju symbolu niezależności finansowej – od męża, do którego te pieniądze tak naprawdę należały. Na samą myśl o tym koncie Amanda wznosiła oczy do nieba. Gardziła nim, a opowiadała mi to tylko dlatego, że uważała swoją mamę za postać żałosną. Nie dlatego jednak, że na okres listopadowych ferii szkolnych jej mama potrafiła spontanicznie zamówić dla całej rodziny wycieczkę z przelotem w klasie biznes i noclegami w luksusowym hotelu w Dubaju, ale dlatego, że musiała podbierać drobne kwoty, aby móc sobie kupić nowe dżinsy, nie pytając męża o pozwolenie.

Nigdy nie udało mi się ustalić, jakim sposobem Amanda, jej tata i jego pieniądze stali się nagle częścią „nas”, i dlaczego uważała, że ona też wspiera narodową gospodarkę.

Kilka miesięcy przed tym, co się wydarzyło, wdaliśmy się z Christerem w dyskusję o polityce. Rozmowa zeszła na Che Guevarę.

– Uważam, że zabijanie dzieci jest odrażające – stwierdziła Amanda – chociaż nie za bardzo się orientuję, o co im tam chodzi na Bliskim Wschodzie.

Samir siedział w klasie po skosie od niej i dlatego dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że Amanda skierowała te słowa do niego.

– Domyślam się, że nienawidzisz Amerykanów? – spytała, gdy w końcu udało jej się przyciągnąć jego wzrok.

Nie pamiętam, co odpowiedział Christer, ale Samir popatrzył wtedy na mnie. Właśnie na mnie, nie na nią. Pewnie uważał, że to przeze mnie Amanda nie wie, kim był Che Guevara, nie potrafi odróżnić Ameryki Łacińskiej od Izraela i Palestyny, a na dodatek wbiła sobie do głowy, że Samir jest z zasady wrogo nastawiony do Stanów Zjednoczonych.

To prawda, Amanda była zaangażowana politycznie w ten naiwny, a nawet dziecinny sposób. Czasem nawet nie można było o niej powiedzieć, że jest aż tak super, superrozbrajająca. O polityce rozmawiałyśmy rzadko. Bolała mnie od tego głowa, a Amanda traciła humor – dobrze wiedziała, że wszyscy widzą, jak się miota i nie bardzo wie, o czym mówi.

Gdy tak leżałam w jej pokoju na dywanie i słuchałam, jak swoim pełnym entuzjazmu głosem oznajmia, że od tej chwili występujemy w cudownym filmie młodzieżowym, w którym wszyscy wskakują do swoich kabrioletów, nie otwierając przy tym drzwi, często dochodziłam do wniosku, że tak bardzo się od siebie różniłyśmy, aż w końcu się do siebie upodobniłyśmy. Amanda udawała, że jest czymś zaabsorbowana, a ja, że mnie to nie obchodzi. W tym udawaniu byłyśmy tak dobre, że zdołałyśmy oszukać wszystkich – w tym także siebie.

Czy Amanda była szurnięta? W aktach śledztwa znajduje się treść esemesa, który na cztery dni przed śmiercią wysłała Sebastianowi. Brzmiał on następująco: „Nie smuć się. Już wkrótce ta wiosna będzie tylko wspomnieniem”.

Pani prokurator na razie nie wspomniała o Amandzie. Postanowiła zachować ten wątek do czasu, aż wygłosi swoje crescendo. Tymczasem skupiła uwagę na Sebastianie.

Sebastian, Sebastian, Sebastian… Będzie o nim mówiła przez kilka dni. Zresztą nie tylko ona – wszyscy będą to robić. Przez cały czas. Sebastian zaczyna przypominać pod tym względem gwiazdę rocka. Sander pokazał mi fotografie, które wygrzebała, a potem opublikowała prasa. Czarno-białe zdjęcie Sebastiana trafiło przynajmniej na dwadzieścia okładek na całym świecie, w tym na pierwszą stronę magazynu „Rolling Stone”. Ale były też inne zdjęcia: na jednym z nich Sebastian leży z papierosem w ustach, jest pijany i spocony; na drugim stoi na rufie swojej łodzi, którą płynęliśmy kanałem Djurgårdsbrunn w drodze na wyspy Fjäderholmarna, a ja siedzę z głową opartą o jego ramię. Na innym zdjęciu, zrobionym na tej samej imprezie, siedzi przy mnie Samir, patrzy jednak w inną stronę niż my. Ma taką minę, jakbyśmy mu kazali tam usiąść, żeby od samego przebywania w naszym towarzystwie nabawił się choroby morskiej. Amanda siedzi po mojej drugiej stronie. Ma białe zęby, opalone nogi, niebieskie oczy i bujne włosy, które falują na wietrze. Na zdjęciu nie ma oczywiście Dennisa, ale jego fotografie są w aktach śledztwa. Sebastian miał ich trochę w swojej komórce – lubił fotografować Dennisa, gdy ten był pijany. Nie wiem, dlaczego nikt ich nie zabezpieczył. Faktem jest, że istnieją fotografie, na których Dennis i Sebastian są razem, tak samo pijani, głośni i szaleni. Na każdej z nich Sebastian jest strasznie przystojny, a Dennis wygląda… jak Dennis.

Pani prokurator będzie opowiadać bardziej o tym, co zrobił Sebastian, niż o innych sprawach. Uznała bowiem, że wszystko robiliśmy wspólnie. Nie wiem, czy zniosę jej gadaninę, ale nie wolno mi się zdekoncentrować. To niebezpieczne, bo w takich chwilach pojawiają się dźwięki.

Jeden z nich usłyszałam w klasie, gdy mnie z niej wynosili; drugi – gdy Sebastian upadł na podłogę i uderzył o nią głową. Dźwięki huczą we mnie i jeśli się nie pilnuję, wracają. Wbijam paznokcie w skórę, próbuję przed nimi uciec, lecz nic nie pomaga. Nie umiem się ich pozbyć. Mój umysł za każdym razem każe mi wrócić do tej cholernej klasy.

Czasem śni mi się Sebastian. Zanim usłyszę te dźwięki, bardzo dokładnie wszystko widzę. Sebastian leży na moich kolanach, a ja z całej siły zaciskam ranę. Niestety, bez względu na to, jak bardzo się staram, nie mogę zatamować krwi. To tak, jakbym próbowała zatkać szczeliny w ogrodowym wężu, przez które tryska woda. Czy ktoś z was wiedział, że krew może tryskać i że nie da się jej zatamować rękami? Kiedy Sebastian leżał tak na moich kolanach, robił się coraz zimniejszy – jeszcze teraz każdej nocy czuję chłód jego dłoni. W snach pojawia się też Christer, który wydaje z siebie ostatnie tchnienie. Brzmi to tak, jak gdyby ktoś wlał do zlewu sodę kaustyczną. Nie wiedziałam, że można śnić o tym, jaka jest w dotyku czyjaś skóra i jak brzmią różne dźwięki. Najwidoczniej jest to możliwe, bo ja tego doświadczam przez cały czas.

Staram się nie patrzeć na publiczność, która przyszła na salę rozpraw, żeby się na mnie gapić. Nie spojrzałam nawet na tatę, gdy się zjawił. Za to gdy przechodziłam koło mamy, chwyciła mnie za rękę. W jej oczach dostrzegłam coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej. Uśmiechnęła się do mnie, odrzuciła głowę w bok i uniosła kąciki ust, jakby chciała mi przypomnieć o tym, co mi powiedziała poprzedniego dnia przez telefon. Był to jeden z jej typowych uśmiechów, jak gdyby chciała mnie pocieszyć: „Jakoś to będzie”. Zanim jednak odwróciłam wzrok, zauważyłam, że mama zadrżała. Zrobiła to jedną tysięczną sekundy za wcześnie, jakby coś chciała z siebie strzepnąć.

Zanim doszło do strzelaniny, najważniejszym wyzwaniem było dla niej powstrzymywanie się od węglowodanów. Mama przybierała i traciła na wadze w tak szybkim tempie, jakby to był jej zawód. Jeśli umiała kontrolować to, co jadła, odczuwała prawdziwą dumę. Teraz siedzi w sali rozpraw.

W aktach śledztwa można znaleźć wiele faktów i to nie tylko tych, które odnoszą się do tamtego dnia. Są też wzmianki o naszych imprezach, o tym, co robił Sebastian i co robiłam ja. No i trochę o Amandzie. Moja mama ją uwielbiała. Sebastiana zresztą także, przynajmniej na początku, ale teraz już się do tego nie przyzna.

Ciekawe, czy mama wierzy albo czy postanowiła uwierzyć w moją wersję. Ani razu o tym nie wspomniała, a ja nie pytałam. Po co? Nie widziałam się z rodzicami od dnia, gdy przed dziewięcioma miesiącami trafiłam do aresztu. Poza tym nasze rozmowy telefonicznie nie były zbyt szczere i pełne zaufania.

Czy to nie dziwne? Ostatni raz byłam na tej sali z rodzicami dziewięć miesięcy temu. Ale wtedy też z nimi nie rozmawiałam. Widziałam ich tylko przez szybę między salą rozpraw w areszcie, która była wielkości klasy, a rzędami ławek dla publiczności, która siedziała tam mniej więcej przez kwadrans, po czym sędzia oświadczył, że posiedzenie w sprawie decyzji o umieszczeniu mnie w areszcie będzie się toczyć za zamkniętymi drzwiami, i wszystkich, w tym moich rodziców, wyprosił na korytarz.

Podczas tamtego posiedzenia płakałam tak rzewnymi łzami, że nie mogłam się powstrzymać. Płakałam już wówczas, gdy wchodziliśmy do sali. Czułam się jak gęś tuczona na wątróbki. Mniej więcej. Zrobiło mi się niedobrze, a moi rodzice wyglądali na śmiertelnie przerażonych.

Mama włożyła na tamtą rozprawę nową bluzkę, której nigdy przedtem nie widziałam. Ciekawe, po co się tak wystroiła. Przecież nic wtedy jeszcze nie wiedziała. Mój los nadal był niepewny, bo sędzia nie podjął jeszcze decyzji w sprawie. Pewnie wam się wydaje, że zrobiła się na matkę, która wie – na pewno wie – że cała ta sprawa jest jednym wielkim nieporozumieniem, a jej córka jest niewinna. Moim zdaniem było inaczej: chciała wyglądać jak matka, której za nic nie wolno obwiniać, bez względu na to, co się wydarzyło.

Tamta rozprawa odbyła się trzy dni po tym, jak trafiłam do aresztu śledczego. Dziś żałuję, że tak wtedy ryczałam. Powinnam była raczej rozbić tamtą szybę, żeby spytać mamę o sprawy, które nie miały znaczenia.

Chciałam ją spytać, czy po tym, jak poszłam do Sebastiana, pościeliła moje łóżko? Tanja nie pracuje przecież w piątki. Czy łóżko stało nieruszone do czasu, aż zjawiła się policja? Co było potem? Co wydarzyło się później? Czy Tanja posprzątała pokój? A może rodzice zabronili jej tam wchodzić? Rodzice czasem tak robią, gdy ich dziecko nagle umiera: przez trzydzieści lat starają się zachować dziecięcy pokój w nienaruszonym stanie, żeby ciągle wyglądał tak jak w dniu, w którym ich syn albo córka odeszli z tego świata.

Szkoda, że moi rodzice tego nie zrobili. Chciałam usłyszeć, że wszystko wygląda dokładnie tak samo jak w dniu, w którym odeszłam, że policja nic w nim nie zmieniła, a moje wcześniejsze życie zostało zamrożone, zakonserwowane, owinięte grubą warstwą bandaży, jakimi owija się mumie. Jeśli przez to wszystko przejdę i wolno mi będzie wrócić do domu, chciałabym się tam poczuć jak dawniej.

Ale o tym nie mogli mi oczywiście powiedzieć. Prawdopodobnie nie miało to żadnego znaczenia, czy mama to łóżko pościeliła, czy nie. I tak wiedziałam, że policja przeszukała cały dom, bo śledczy powiedzieli mi o tym podczas przesłuchania. Zabrali komputer, a do szpitala przynieśli mój telefon komórkowy. Musiałam im podać moje hasła i kody dostępu na każde forum dyskusyjne i każdą stronę, na jakiej byłam. Kiedy ich spytałam, co jeszcze mi zabrali, odparli: „Większość rzeczy… iPoda, różne papiery… książki, pościel i twoje ubranie z imprezy”. „Jakie ubranie?”, spytałam, a oni odpowiedzieli mi takim tonem, jak gdyby to była najzwyklejsza rzecz na świecie: „Twoją sukienkę, biustonosz i majtki”.

No proszę, wzięli nawet moje brudne majtki. Po co? Miałam ochotę roztrzaskać szybę i zażądać, żeby mama się przede mną wytłumaczyła. O nic nie chciałam pytać Sandera. „Mamo, dlaczego wzięli moje majtki?”. Właśnie o to chciałam ją spytać. Nie wypadało mi pytać Sandera o bieliznę, na której znajdowały się ślady po moich upławach.

A co rodzice zrobili z rzeczami, które policja zostawiła na miejscu? Tego też się chciałam dowiedzieć. Ciekawe, czy Tanja musiała wyprać moje ubrania, żeby pozbyć się z nich mojego zapachu. Zawsze mi się wydawało, że lubi rozwieszać pranie, wygładzać zmarszczki, prostować szwy, równać do brzegu, a koszule i swetry wieszać rękawami w dół, jak w geście rozpaczy, gdy ktoś chce się poddać. No i skarpetki – każdą parę przy użyciu jednej klamerki, żeby potem łatwiej je było układać.

Ciekawe, czy kazali jej po mnie posprzątać. Albo czy mama patrzyła każdego ranka na nóż do masła, który zawsze zostawiam na wierzchu, i myślała sobie: „Jeszcze niedawno tu była, a teraz jej nie ma”.

– Mamo! – Miałam ochotę krzyknąć. – Co tu się dzieje?

Niestety, rozdzielała nas tamta szyba. Zresztą ledwo zdążyłam zająć miejsce, sędzia wyprosił wszystkich z sali. Nikt nie odpowiedział mi na żadne pytanie. Zamiast tego zostałam aresztowana.

Dawno temu, jeszcze zanim do tego wszystkiego doszło, spytałam mamę, dlaczego nigdy nie pyta mnie o ważne sprawy.

– A chcesz, żebym cię o nie pytała?

Nawet nie próbowała zgadnąć.

Dzisiaj moim rodzicom wolno zostać w sali. Mają zarezerwowane miejsca – najlepsze, jak sądzę, na samym przedzie, niedaleko ode mnie (chociaż dzieli nas kilka metrów). Widzę, że mama przytyła. Tym razem ubrana jest jak matka, która wprawdzie nie popełniła żadnego błędu, ale dla poprawienia humoru trochę podjadała. Objadała się pysznym makaronem z masłem, serem i keczupem, obżerała się węglowodanami. Zważywszy na to, co zrobiłam, na wszystko ma wytłumaczenie, nawet na to, że przytyła. Wszyscy ją zrozumieją i nie będą nią gardzić, bez względu na to, czy jest, czy nie jest szczupła.

Kiedy coś ją zdenerwuje, na szyi wykwitają jej plamy. Denerwuje się zawsze, gdy musi komuś wyjaśnić, co ma na myśli. Trudno jej się skupić na tym, co mówi, bo każdy odruchowo gapi się na te plamy na szyi. Podobno właśnie dlatego tak rzadko nam mówi, co myśli. To dla niej zbyt ryzykowne. Ogranicza się więc tylko do tego, że o zdanie pyta tatę. Jeśli tata jest akurat w dobrym humorze, łaskawie jej odpowiada, a wtedy może upłynąć nawet cały wieczór, a ona nie odezwie się ani słowem.

To niepojęte, że martwi ją to, iż ktoś z nią za mało rozmawia, a jednocześnie brakuje jej odwagi, by spytać, jak ten ktoś się czuje. Za to nigdy nie czułam do niej niechęci z powodu niewłaściwego nadzoru, jaki nade mną sprawowała. Nienawidzę jej, bo ona sama tego chce, a najbardziej nienawidzę jej wtedy, kiedy próbuje mi wmawiać, że wie, co czuję. W takiej sytuacji mówi na przykład: „Wiem, że jesteś niespokojna” albo „Wiem, jak bardzo się boisz” czy „Wiem, co czujesz”.

Moja mama to idiotka.

– Chciałabym być na miejscu Mai.

Czy to ona wypowiedziała te słowa?

W każdym razie nie skierowała ich do mnie.

Pierwszy tydzień procesu — poniedziałek

4.

Prokurator Lena Pärsson gada i gada. Boże, kiedy ona wreszcie skończy? Wspomagają ją dwaj policjanci, którzy brali udział w śledztwie. Obok nich siedzą adwokaci rodzin ofiar, którzy będą się domagać odszkodowania. Na stole przed nimi leży stos segregatorów, który przypomina małą biblioteczkę. Na ścianach wiszą dwa wielkoformatowe ekrany – jeden za mną, drugi za nimi. Na razie widać na nich mnóstwo ikon i nieporządek. Wygląda to jak źle przygotowany wykład z wiedzy o społeczeństwie.

Rodzicom Amandy nie wolno siedzieć przy stoliku pani prokurator. To samo dotyczy pozostałych krewnych, którzy zajęli miejsca wśród publiczności. Tak mi się przynajmniej wydaje. A może siedzą w sali obok, gdzie rozprawę można obserwować na wielkim ekranie? Chyba nie chcą przebywać w tym samym pomieszczeniu co ja.

Sander wyjaśnił mi, że zadanie pani prokurator polega na tym, aby wyjaśnić, dlaczego tu jesteśmy.

– Ze względu na twój wiek nie powinni cię skazać na więcej niż dziesięć lat.

Zgodnie z prawem osoby, która nie ma ukończonych dwudziestu jeden lat, nie wolno skazać na dożywocie. Ale jak mi dadzą czternaście, w dniu wyjścia na wolność będę miała trzydzieści dwa lata. Naleśnik wspominał o ludziach, którzy dzwonią i piszą do niego i do Sandera (po jego głosie znać było, że jest dumny, iż listy dostaje nie tylko Sander, ale i on). Opowiadał mi też o ludziach, którzy nocami podchodzą pod nasz dom i brudzą ekskrementami drzwi wejściowe. I potem rodzice, zanim rano wyjdą do pracy, muszą to czyścić przy użyciu myjki ciśnieniowej. Naleśnik zdradził mi to, gdy nie było przy nas Sandera…

Ja i tak swoje wiem. Wszyscy podatnicy, którzy składają się na pensję dla pani prokurator – to znaczy ogólnie rzecz biorąc wszyscy, z wyjątkiem Sandera i być może moich rodziców – uważają, że dziesięć albo czternaście lat to nie jest sprawiedliwy wyrok. Myślę, że nawet dożywocie uznaliby za niewystarczające. Nie zadowoli ich, że zniszczą mi życie. Oni chcą mojej śmierci.

Sander powiedział, że dzisiaj niewiele się zdarzy. Kiedy jednak pani prokurator wyczytuje nazwiska ofiar, słyszę czyjś płacz.

Nie jestem na to przygotowana. Płacz słychać na długo przed końcem jej wystąpienia. Płacz przechodzi stopniowo w wycie. Czy to mama Amandy? Chyba nie, to nie jej głos. Może znaleźli mamę albo babkę Dennisa? Może ją tu przywieźli, żeby siedziała jak jakaś Queen Latifah na Gali Noblowskiej?

Ton głosu pani prokurator przypomina lament zawodowych płaczek – wariatek w czarnym szalu na głowie, które na wieść o tym, że ktoś wysadził się w powietrze w autobusie pełnym dzieci, wyrzucają ręce w górę i wznoszą wzrok do nieba, a potem ustawiają się przed kamerą telewizyjną i wykrzykują do obiektywu jakieś słowa. Czy to jedna z takich kobiet? Jak to możliwe, że przeszła przez kontrolę bezpieczeństwa?

Jedna rzecz jest pewna: dziennikarze sprzedadzą ten płacz swoim redakcjom już w czasie najbliższej przerwy. Poinformują o nim na czacie albo na Twitterze. W stu czterdziestu znakach opiszą, jak wygląda i brzmi. Potem wszystkie moje szkolne koleżanki przekażą ten news przez swoje tweety, być może dodadzą własny komentarz i emotikon symbolizujący płacz, aby pokazać, że ta sprawa ma dla nich – właśnie dla nich – bardzo osobisty charakter. Ciekawe, ile spośród osób zgromadzonych na sali czekało godzinami w kolejce, żeby zdobyć miejsce i uporządkować wspomnienia o tym, co nie przytrafiło się im.

Nie chcę tego teraz słuchać, ale nie mam innego wyjścia. Siedzę i przyciskam dłonie do blatu stołu. Pani prokurator ciągle gada. Mam nadzieję, że wreszcie skończy. Wspomina o Amandzie, o Samirze, Dennisie, Christerze, Sebastianie i jego ojcu. Sędzia wygląda na podenerwowanego, dotyka dłonią młotka leżącego na stole i wbija swój świdrujący wzrok w jednego ze strażników.

Mimo płaczu dobiegającego z sali pani prokurator nie przestaje mówić. Klika w klawiaturę i wyświetla na ekranach szkolne zdjęcia. Tymczasem wycie przechodzi w inny rodzaj dźwięku. Widocznie strażnik powiedział kobiecie, żeby się uciszyła. Czuję drapanie w gardle, przykładam dłoń do ust, żeby czegoś nagle nie palnąć. Pani prokurator powinna się nauczyć bardziej stanowczych i ostrych form wystąpienia. Na razie nie wypowiedziała ani jednego zdania, które byłoby na tyle krótkie, żeby można je było zacytować na Twitterze. Jej mowa to zaledwie skrócona wersja tego, za co jej zdaniem powinnam zostać ukarana. Proces potrwa prawdopodobnie trzy tygodnie. Kiedy Sander mi o tym powiedział, pomyślałam, że to cholernie długo. Jednak biorąc pod uwagę fakt, jak długie jest owo krótkie streszczenie, może się okazać, że trzy tygodnie to i tak za mało.

Nadal siedzę ze spuszczonym wzrokiem, tyłem do publiczności. Myślę, że dziennikarze też o tym poinformują. Napiszą, że wysłuchałam imion i nazwisk zabitych i rannych osób, że słyszałam tamten pieprzony płacz i nie okazałam żadnych uczuć. Dla nich to dobrze, że jestem taka lodowato zimna i nieludzka.

Prawda jest taka, że nie tylko dlatego stanowię problem dla moich adwokatów. Nie chodzi też o to, że zdaniem Naleśnika wyglądam na starszą, niż jestem w rzeczywistości. Jego zdaniem jestem za wysoka i za mocna, mam zbyt duży biust, zbyt długie włosy i zdrowe zęby, a na dodatek noszę drogie dżinsy. Krótko mówiąc: nie jestem już dzieckiem.

Na dzisiejszą rozprawę nie zabrałam ani zegarka, ani biżuterii. Zresztą wcale ich nie potrzebuję. Ślady tego, kim byłam, zanim trafiłam do aresztu, są tak samo widoczne jak białe obwódki wokół oczu na opalonej twarzy po tygodniu spędzonym w Alpach. Kiedy pani prokurator zakończy swoje wystąpienie? Przydałaby się przerwa, bo muszę się przebrać. Powinnam włożyć coś innego niż tę zbyt ciasną bluzkę. Sander powiedział, że będzie wnioskował przynajmniej o jedną przerwę co dwie godziny. Chyba już pora. Chciałabym pójść do jakiegoś pokoju, w którym będzie tylko nasza czwórka, a Ferdinand spyta, czy mam ochotę napić się kawy. Zawsze ta kawa. Jestem już na tyle dorosła, że przyprowadzono mnie do tej sali, a przecież wszyscy dorośli piją kawę. Oczywiście z wyjątkiem Naleśnika. Jest jedyną znaną mi osobą w wieku powyżej piętnastu lat, która pije ciepłą czekoladę – nawet tę z automatu w areszcie śledczym. Naleśnik cmoka i siorbie napój swoimi czerwonymi wargami, a potem grzebie palcem na dnie kubka, gdzie zostały resztki czekoladowego osadu.

Muszę stąd jak najprędzej wyjść. W głowie mam pustkę.

Przypomina mi się moje ostatnie śniadanie w domu. Staram się myśleć o czymkolwiek, żeby tylko niczego nie słyszeć. Tamtego dnia zeszłam jak zwykle do kuchni. Rodzice już tam byli. Tata czytał gazetę, mama popijała na stojąco zieloną breję, którą się odżywia. Wyciska sok z zielonej kapusty, szpinaku i zielonych jabłek i miesza z awokado. Robi to w specjalnym blenderze do świeżo wyciskanego soku za prawie dziewięć tysięcy koron. Zanim zainteresowała się tą mieszanką, przyrządzała sobie pewien gatunek herbaty, który kupowała w internetowym sklepie należącym do jakiejś amerykańskiej firmy handlującej zdrową żywnością. Każdego ranka piła ją do omleta z czterech białek. Żółtka – dwadzieścia osiem sztuk tygodniowo – Tanja wrzucała do zamrażalnika, żeby tam stężały.

– Nie jestem w stanie ich przełknąć – mawiała żartobliwie mama i wybuchała śmiechem, zupełnie jakby Tanja ją rozumiała. – Tanju, a może ty je zjesz?

Kiedy mama z nią rozmawia, za każdym razem używa tej samej barwy głosu. Przemawia w sposób rozwlekły, jak do upartego dziecka. Z tą tylko różnicą, że na pewno nie rozmawiałaby w ten sposób z moją młodszą siostrą Liną ani z żadnym innym dzieckiem. Inaczej rozmawia się z dziećmi, inaczej z pomocą domową. Tak niewinna rzecz jak zbiorowe morderstwo nie powinna zmienić w tym względzie zbyt wiele. Głowa do góry, nogi w dół. Wańka-wstańka z ołowianą kulką od spodu. Właśnie taka jest moja mama.

Udaje, że Tanja jest jej dobrą przyjaciółką, a przynajmniej koleżanką. To pewnie dlatego przez cały czas ją pyta, czy nie ma ochoty czegoś zjeść. Nigdy nie widziałam, żeby Tanja coś jadła. A jak już piła, to tylko pół szklanki wody. Wypijała ją jednym haustem oparta o zlewozmywak. Nigdy też nie wdziałam, żeby szła do toalety. Może się załatwia na nasze grządki albo sika do zielonego soku, który pije mama? Może się wstrzymuje i robi to dopiero po powrocie do siebie? Ciekawe, czy mama wie, co Tanja robi z tymi żółtkami. Może je pochłania jak Rocky przed ważną walką bokserską? Albo zabiera je do domu i przygotowuje z nich kogel-mogel dla swoich cherlawych dzieciaków? Nigdy ich nie widziałam, za to mama nauczyła się ich imion na pamięć. Zrobiła to z tej samej przyczyny, dla której pozdrawia żebraków. „Co słychać u Elwiry? Jak Sasza radzi sobie w szkole?”.

Tamtego ranka na kuchennym stole obok szklanki wyciśniętego soku (tym razem z pomarańczy) leżały ser, masło, plasterki pomidora i ogórek. Pachniało kawą i chyba jajecznicą. Wprawdzie jej nie widziałam, ale to chyba była jajecznica. Nasze śniadanie przypominało jakąś rytualną czynność, na przykład ofiarowanie. Tata wyciągał z radia kabel i kładł go na zlewozmywaku. Kabel leżał tam obok deski do krojenia jak odcięta kończyna. Oznaczało to, że szykuje się jakaś poważna rozmowa. „Czyżby ktoś do nich dzwonił i o wszystkim opowiedział? Czy ktoś zadzwonił na policję?”. Nie chciałam z nimi rozmawiać. Mama spojrzała na mnie bez słowa, a ja odwróciłam w milczeniu wzrok. W tym momencie zadzwonił mój telefon. Sebastian.

Wcześniej mu obiecałam, że pójdziemy razem do szkoły. Bardzo na to nalegał. Odpowiedziałam mu, że nie chcę. To samo powtórzyłam, gdy zadzwonił. Ale w domu też już nie chciałam dłużej czekać. Kto to wszystko zje, pomyślałam, męcząc się z butami. Wzięłam klucze leżące na stoliku w przedpokoju. Może Tanja owinie resztę jedzenia w folię i włoży je do zamrażalnika? Ale przecież ona nie pracuje w piątki, tego dnia ma wolne. Policja zdążyła przeszukać dom, zanim Tanja wróciła do pracy.

– Jestem spóźniona – zawołałam do rodziców. – Porozmawiamy wieczorem.

Wcale nie miałam takiego zamiaru. Nigdy więcej. I tak by niczego nie zrozumieli. Na to było już za późno.

Prokurator Lena Pärsson bez przerwy gada, ja zaś jeszcze ani razu się nie odwróciłam, żeby spojrzeć na publiczność. Wolę nie ryzykować, a nuż zobaczę mamę Amandy albo kogoś, kto chętnie by mnie skazał na dożywocie, a najlepiej na śmierć, albo przynajmniej chciałby mnie zamknąć na klucz i potem go wyrzucić. Z jakiej racji miałby ich zainteresować wywód Sandera w sprawie dowodów, przebiegu zdarzeń, strzelaniny, działania z premedytacją i całej reszty? Nawet mnie to nie interesuje.

Nie chcę też patrzeć na dziennikarzy. Rozumiem, po co tu przyszli: zamierzają opisać moje czyny, pokazać, że coś było tak albo tak, rozpisywać się o moim dzieciństwie i stosunkach z rodzicami, informować o tym, że było mi źle, za dużo piłam, paliłam nie te papierosy, co trzeba, słuchałam niewłaściwej muzyki, przebywałam w towarzystwie niewłaściwych ludzi i nie byłam zwykłą dziewczyną. Jedne rzeczy sobie wmawiałam, innych nie rozumiałam.

Nie interesuje ich, co się wydarzyło, bo chcą mnie zmieścić w jak najwęższych ramach. Dzięki temu łatwiej im będzie mnie potępić. Chcą być pewni, że nic ich ze mną nie łączy, bo tylko wtedy będą mogli spokojnie spać po nocach z nadzieją, że to, co mi się zdarzyło, nigdy, ale to nigdy nie zdarzy się im.

Pani prokurator („Mów mi Lena”, zaproponowała na jednym z przesłuchań) ze swoimi tandetnymi kolczykami (oryginalne egzemplarze sprzedawane są w obecności uzbrojonych ochroniarzy), nierówną grzywką i brwiami, które sobie chyba dorysowuje kredką, ciągle gada. Nagle zaczyna mi szumieć w głowie, więc znowu przykładam dłoń do ust. Swędzi mnie pod pachami, ciekawe, czy widać, że mam tam kółka od potu. Pärsson klika nerwowo na któryś plik i wyświetla na ekranie kolejny dokument. Koordynacja czynności, dzięki którym obraz ukaże się na ekranie, wydaje się dla niej ponadludzkim wysiłkiem. W końcu udaje jej się ustawić kursor na jednym ze zdjęć i prosi mnie, żebym na nie spojrzała.

Sander nie wspominał, że będą mi pokazywać jakieś zdjęcia. Pani prokurator wyświetla je już teraz, chociaż wygłasza dopiero mowę wstępną. Jak długo trwa taka mowa? Czy nigdy się nie skończy? Muszę się stąd jak najszybciej wydostać. Zerkam na Sandera, ale on na mnie nie patrzy. Pani prokurator otwiera kolejny plik, który zawiera mapę szkoły. Prawdziwy labirynt korytarzy i klas, a do tego jeszcze aula i wyjścia ewakuacyjne. Na mapie nie widać, jak niskie są szkolne korytarze. Nie widać też, jak bardzo jest na nich ciemno, nawet w słoneczny ranek pod koniec maja.

Pani prokurator wyświetla zdjęcie mojej szkolnej szafki, w której policja znalazła jedną z toreb Sebastiana. Pokazuje drzwi, przez które wychodzi się z klasy na dziedziniec szkolny. Tamtego dnia były zamknięte na klucz. Pani prokurator robi to chyba tylko po to, żeby wytłumaczyć, dlaczego policjanci nie skorzystali z tego wejścia (skrytykowały ich za to media), chociaż to i tak nie miałoby żadnego znaczenia. W chwili gdy ktoś zadzwonił na policję, było już po wszystkim. Pani prokurator wskazuje drzwi prowadzące na szkolny korytarz. One też były zamknięte, ale nie na klucz. Mimo to otworzono je dopiero wówczas, gdy na jakąkolwiek interwencję było już za późno. Czy mógł to zrobić ktokolwiek inny niż policja? Niby kto? Na ekranie widać plan klasy. Zamykam oczy. Jak długo trwa to wystąpienie? Wydaje mi się, że od wielu godzin.

Pani prokurator nie pomija żadnego szczegółu. Zapoznałam się z aktami śledztwa, przynajmniej z dużą ich częścią, i doszłam do wniosku, że starała się mnie zdyskredytować. Pocięła mnie na kawałki, rozebrała na części, wyrwała mi wnętrzności i zajrzała nawet do odbytnicy, żeby powąchać, jak tam śmierdzi. Od miesięcy zwołuje konferencje prasowe. Ich główną bohaterką jestem ja. Robi to co tydzień, czasem kilka razy. Kazała nawet oddać do ekspertyzy moje majtki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki