Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 277 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rublowka - Walerij Paniuszkin

Podmoskiewski park narodowy milionerów nazywa się Rublowka. Poruszamy się tu powoli, a naprzeciwko nas suną samochody klasy luks: mercedes, mercedes, maybach, mercedes, bentley, volkswagen (ups, to służba pojechała), mercedes, mercedes, maybach, mercedes... Wokół nas rozpościera się dziewiczy las. Na jego skraju reklamy zachęcają do kupna pierścionka w cenie niewielkiej posiadłości, posiadłości w cenie niewielkiego kraju, łódki w cenie niewielkiego lotniskowca... Bogaci i sławni żyją tu za wysokimi płotami, a my, po drugiej stronie, chcemy wiedzieć, co jedzą, w co wierzą, czego się boją, na co mają nadzieję...
I – a niech ich czort!
– skąd mają tyle pieniędzy?

Jeśli chcesz poczuć przedsmak życia, które toczy się w podmoskiewskiej Rublowce – tam, gdzie rosyjscy milionerzy rozgrywają partie, bynajmniej nie szachowe, o władzę, pozycję i wpływy na Kremlu, pobierz darmowy fragment reportażu w formacie mp3 i wysłuchaj go w dogodnym dla Ciebie czasie.

Opinie o ebooku Rublowka - Walerij Paniuszkin

Fragment ebooka Rublowka - Walerij Paniuszkin

KOREKTA

Bartosz Choroszewski

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI

Magdalena Mamajek-Mich

OPRACOWANIE GRAFICZNE

Elżbieta Wastkowska

REDAKTOR NACZELNY

Paweł Goźliński

PRODUCENCI WYDAWNICZY

Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak

KOORDYNACJA PROJEKTU

Magdalena Kosińska

© Copyright by Agora SA 2013

© 2013 by Valery Panyushkin

Wszelkie prawa zastrzeżone

WSTĘP

Każda metropolia na Ziemi ma swoje dzielnice albo przedmieścia milionerów. Beverly Hills w Los Angeles, Asc ot w Londynie, w Paryżu Neuilly-sur-Seine, w Berlinie Grunewald. Piękne, duże wille, zadbane ogrody, drogie samochody, zero imigrantów, wytworne towarzystwo i dyżurny zestaw legend o wytwornym życiu wytwornego towarzystwa, które przewodnik opowiada wycieczkom prowincjuszy rozpłaszczających nosy na szybach autobusów i wlepiających oczy w wille bogaczy. Właścicieli tych domów od uczestników wycieczki dzieli przepaść. Finansowa.

Pod Moskwą taki park narodowy milionerów nazywa się Rublowka. A żeby być precyzyjnym: szosa Rublowo-Uspieńska, wzdłuż której znajdują się osiedla dla ryb grubych i grubszych, wśród nich najbardziej luksusowe: Barwicha i Żukowka. Ale tu wycieczek się nie przywozi. Zresztą willi ukrytych za wysokim ogrodzeniem i tak nie da się zobaczyć. A przepaść między właścicielami domów i resztą populacji jest tu nie tylko finansowa, ale i – by tak rzec – kulturowa. Gdy Iwan Groźny jeździł Rublowką na polowania z sokołami, gdy pielgrzymowali po tej „carskiej” drodze do monastyru Sawwino-Storożewskiego[1] pierwsi carowie z dynastii Romanowów, różnice między bogatymi a biednymi były wyłącznie ekonomiczne i klasowe. To się zmieniło w czasach Piotra Wielkiego. Zaczęto inaczej tu mieszkać, co innego jeść i pić co innego, inaczej spędzać czas wolny, a nawet mówić różnymi językami. Gdy po Piotrze I przy Rublowce osiedliło się szesnaście rodów bojarskich i książęcych, wśród nich trzęsący Rosją Jusupowowie, Szuwałowowie i Golicynowie, różnica między bogactwem i biedą miała już w Rosji charakter nie tylko ilościowy. Nie chodziło tylko o sumy pieniędzy i liczbę dusz wykazanych w rewizskich skazkach[2]. W grę wchodziło też samo życie i jego kształt. Tak jest do dzisiaj. Bogaci i biedni to w Rosji dwa społeczeństwa. Mają różne kultury. Nawet różne religie.

Przykład? Bardzo proszę. Francuski arystokrata je na kolację ser i wino, czyli mniej więcej to samo, co francuski chłop. Droższe wino i droższy ser, rzecz jasna. Najpewniej jednak każdy zwykły Francuz zapytany o to, jakie jest ulubione danie milionera, bez wahania udzieli odpowiedzi. Zwykły Rosjanin, gdyby znalazł się w restauracji na Rublowce, nie zrozumiałby połowy nazw z menu. Co to takiego turbot? A ceviche? Trufla – czy to na pewno grzyb, a nie cukierek? Czym różni się belona od fin de claire? I jak to w ogóle można jeść?

W XIX wieku, gdy na Rublowce mieszkała arystokracja oraz członkowie rodziny carskiej, w domach rozmawiało się po francusku albo po angielsku. Tylko służba posługiwała się językiem rosyjskim, którego jaśnie państwo często w ogóle nie rozumiało. Na początku XX wieku w rublowskich domach mieszkali wykształceni w otoczeniu niewykształconych. W drugiej połowie XX wieku – syci w otoczeniu głodnych, ci, którzy mieli prawo do wyjazdu za granicę, w otoczeniu tych, którzy tego prawa nie mieli. Jednak każdy okres rublowskiej prosperity niezmiennie kończył się katastrofą dla tych wybrańców, właścicieli rublowskich domów, którzy jeszcze chwilę wcześniej byli obiektami powszechnej zawiści.

Jak się zdaje, kolejny złoty wiek Rublowki zbliża się do swojego kresu. Bogaci i sławni zaczynają porzucać to błogosławione miejsce. Lecz my, po drugiej stronie wysokich płotów, do dziś nie wiemy, co to za ludzie. Co jedzą, co piją, w co wierzą, ku czemu dążą, czego się boją, na co mają nadzieję...

I – a niech ich czort! – skąd mają tyle pieniędzy?

CZĘŚĆ PIERWSZA
RANEK
Wprowadzenie do Gry

1. SAMOCHODY NA OBWODNICY Moskwy (czyli MKAD, co jest skrótem od Moskowskaja Kolcewaja Awtomobilnaja Doroga) podobne są do kropli wody w klepsydrze: co chwila kolejne wpadają w wąskie gardło Rublowki i tam zaczynają powoli płynąć przed siebie. Jakby swoim ruchem odmierzały upływ czasu – gęstszego i jakoś bardziej istotnego niż czas zwykłych ludzi. Pan Bóg w mundurze drogówki doskonale to rozumie, gdy każe nam się zatrzymać i potem, gdy pozwoli łaskawie ruszyć dalej. Na razie jednak długi sznur samochodów potulnie czeka w korku, a kierowcy dzwonią z komórek, żeby uprzedzić kogo trzeba, że się spóźnią. Ja też dzwonię:

– San Sanycz, przepraszam, pewnie się spóźnię! Tu ruchem kieruje jakiś idiota. On chyba robi wszystko, żeby nikt nigdzie nie zdążył na czas!

W słuchawce zamiast odpowiedzi słyszę śmiech: – Walerij, tu nie chodzi o to, żeby zdążyć. Drogówka ma tu inne zadanie. Właśnie przygotowuje trasę na przejazd konwoju rządowego, więc jej działania są całkiem racjonalne i profesjonalne. Proszę się nie spieszyć. Poczekam.

Więc przestaję się spieszyć. Zresztą i tak nie mam wyjścia.

Po wjechaniu na Rublowkę samochody – jeśli w ogóle się poruszają, poruszają się z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, ani wolniej, ani szybciej. I rzecz nawet nie w tym, że nie można nikogo wyprzedzić. I nie w tym, że droga na całej długości ma dwa pasy rozdzielone podwójną ciągłą linią. I nawet nie w tym, że nie można przyspieszyć, bo na każdej wiorście stoi policjant. Tu działają jakieś czary.

– Niby codziennie stoisz w korku – opowiada Derk Sauer, jeden z pierwszych obcokrajowców, którzy zamieszkali na Rublowce – niby musisz odczekać czterdzieści minut, aż w końcu przejedzie konwój rządowych aut, ale wystarczy, że przetnę na Rublowce granicę Moskwy, a już jakbym był w domu. Spieszyć się odechciewa, jakoś tak przytulnie się robi...

Na Rublowce każdy przeżywa ten stan szczególnego błogostanu. Poruszamy się powoli, a naprzeciwko nas równie powoli suną samochody klasy luks: mercedes, mercedes, maybach, mercedes, bentley, volkswagen (ups, to służba pojechała), mercedes, mercedes, maybach, mercedes...

Poruszamy się powoli, a wokół nas rozpościera się dziewiczy las. Na jego skraju reklamy zachęcają do kupna pierścionka w cenie niewielkiej posiadłości, posiadłość w cenie niewielkiego kraju, łódki w cenie niewielkiego lotniskowca albo... Możemy też wynająć pokojówkę z Filipin, która się zawsze uśmiecha, zamiata do czysta i nie wiadomo, gdzie znika na noc: pewnie sama siebie wstawia do szafy z mopami.

Tu zawsze tak było: szczególny czas, szczególna przestrzeń. Posiadłości carskiej rodziny w wieku XIX, dacze i sanatoria dla dygnitarzy partii komunistycznej w XX, pałace oligarchów w XXI. Nic się nie zmienia na tej nieobwiedzionej żadnymi granicami wyspie pomyślności zwanej Rublowką.

Gdyby poprosić zawodowego pośrednika w handlu (drogimi) nieruchomościami o wyznaczenie na mapie granic Rublowki, narysowałby ogórek. Mniej więcej. Prestiżowa część Rublowki zaczyna się nie zaraz za moskiewską obwodnicą, ale mniej więcej na wysokości Romaszkowa. A kończy na Nikolinej Górze. Więc w linii prostej to zaledwie jakieś dwadzieścia kilometrów. Szerokość ogórka to pięć-siedem kilometrów na prawo i lewo od szosy. Spójrzcie na mapę. Poniżej willowego osiedla Ilinskoje – Rublowka. Jest prestiżowo. Za Ilinskoje już prestiżowo nie jest, to szosa Noworyska. Na północ od Łajkowa – prestiżowo, za to na południe już nie bardzo, tam już nie ma Rublowki, tylko szosa Mińska.

Jakkolwiek długo przesłuchiwać by pośrednika, dlaczego właśnie tak układają się granice prestiżu, w odpowiedzi dostaniemy tylko wzruszenie ramion: tak się jakoś złożyło. Niby te same sosnowe lasy rosną też w Nowej Rydze, ta sama rzeka Moskwa płynie również za Nikoliną Górą. Ale już nie jest to Ziemia Święta. Ona rozciąga się tylko tu, po obydwu stronach szosy Rublowo-Uspieńskiej.

Granice prestiżu w Rublowce można też wyznaczyć w inny sposób. Wystarczy wpisać do Google map „szosa Rublowo-Uspieńska cmentarze”. Okaże się, że cmentarze leżą akurat na granicach wyznaczonych przez naszego speca od nieruchomości. W Romaszkowie bliżej Moskwy nie wypada mieszkać – bo w Romaszkowie jest cmentarz. Na południe od Łajkowa też mieszkać nie należy – w Łajkowie też jest cmentarz. Na północ od Ilinskoje – odpada. Cmentarz. I dalej niż w Nikolinej Górze też się osiedlać nie powinno, ponieważ w Aksininie za Nikoliną Górą jest cmentarz.

A na Rublowce nie ma cmentarzy. Czytaj – nie ma śmierci. A w każdym razie nie ma jej naocznych przejawów. Jedziemy więc powoli po tej świętej i nieznającej śmierci ziemi, tak jak 19 stycznia 2011 roku skromnym oplem astra jechała dwudziestotrzyletnia Jelena Jarosz. Można podejrzewać, że jechała z tym znanym nam już uczuciem błogostanu, gdy z naprzeciwka wyleciało czarne bmw przedstawiciela prezydenta w Dumie Państwowej (to niższa izba parlamentu Federacji Rosyjskiej) Garriego Mincha i – łup, zderzenie czołowe. Kierowca Mincha zginął na miejscu, Jelena Jarosz trafiła do szpitala z licznymi złamaniami oraz wstrząsem mózgu. A Minch? Nic mu się nie stało.

Wygląda więc na to, że na Rublowce mieszkają nieśmiertelni. Ale nie wszystkich to dotyczy. Jak w grze komputerowej: tylko nieliczni posiadają magiczną zbroję, dodatkowe życia, nadludzkie umiejętności takie jak te, które pozwoliły Garriemu Minchowi wyjść bez jednego zadrapania z czołowego zderzenia oraz wpłynąć na sąd, by ten nie uznał roszczeń poszkodowanej w wypadku Jeleny Jarosz.

Nawiasem mówiąc, nawet wszechmocny Garri Minch, któremu pozwolono jeździć po Rublowce pod prąd i któremu niegroźne są wypadki samochodowe, na znak policyjnej pałki bez szemrania zjechałby na pobocze i zatrzymał się jak każdy z nas. Mercedesy, maybachy, bentleye – wszystkie tulą się do pobocza, wszystkie zamierają jak wystraszone chrząszcze, jakby nas tu wcale nie było. Stoimy cicho, nie otwieramy okien, nie wychodzimy z samochodów, nie naciskamy klaksonów. Wszystko dlatego, że za czterdzieści minut przemknie obok nas konwój Pierwszej Osoby. Dla tej jednej chwili szosa całkowicie zamiera. I nawet jeśli jesteś jakimś kolejnym Garrim Minchem, nawet jeśli masz w zapasie ileś tam bonusowych żyć, konwój Pierwszej Osoby pozbawi cię ich za jednym zamachem. Jego moc podobna jest do tej, jaką posiada elf osiemdziesiątego stopnia z „Warcrafta” (taka gra komputerowa o wojnie orków i ludzi, znacie ją przecież), który niszczy przeciwników jednym zaklęciem. Stoimy więc cicho w swoich samochodach klasy luks, bo nie ma wśród nas idiotów, którzy chcieliby sprawdzić, co by się stało, gdyby tak na przykład wyjechać teraz na drogę albo, nie daj Boże, zatrąbić klaksonem. Stoimy. I będziemy tak stać jeszcze ze czterdzieści minut.

Obcokrajowcy, którzy po raz pierwszy znaleźli się na Rublowce, nie mogą pojąć: dlaczego z powodu przejazdu prezydenta albo premiera trzeba zatrzymać ruch na całe czterdzieści minut? Dlaczego nie na pięć? Ale my, uzależnieni od gry „Rublowka” – tak jak dzieciaki wciągnięte na amen do świata gier typu „Warcraft”, „Morrowind” czy „Oblivion” – wszystko doskonale rozumiemy.

– Po co aż czterdzieści minut? – nie może pojąć Derk Sauer. To znaczy, że przez dwadzieścia lat życia tutaj poważany wydawca gazety „Na Rublowce” nie przyjął do wiadomości elementarnych zasad funkcjonowania tej okolicy. Przecież prezydent Putin jedzie z Usowa. A z Usowa do Moskwy jest siedemnaście kilometrów. Oficer ochrony prezydenta, odpowiedzialny za pustą w tej chwili drogę, przejedzie całą trasę tam i z powrotem właśnie w czterdzieści minut. Sprawdzi osobiście, czy ruch na drodze jest wstrzymany na dobre, czy wszystkie, ale to wszystkie samochody zostały spędzone na pobocze, czy nie wychodzimy przypadkiem z samochodów, nie trąbimy. A jeśli Derk Sauer zapyta, dlaczego rozstawieni co kilometr policjanci nie mogliby przez radio zameldować dowódcy ochrony, że szosa absolutnie stoi, wychodzi na to, że szanowny wydawca wciąż nic nie rozumie. Przecież gdyby dowódca prezydenckiej obstawy poprzestał na meldunkach przez radio, oznaczałoby to, że dzieli z policjantami zarówno odpowiedzialność za los prezydenta, jak i władzę. A jeśli osobiście sprawdza drogę, to zarówno cała odpowiedzialność, jak i cała władza należą do niego. Jest niezastąpiony, a co za tym idzie, jego pozycja jest niepodważalna. Więc dopóki Pierwsza Osoba powierza mu zabezpieczenie drogi, dopóty jeździ z Usowa do Moskwy i z powrotem, a cała droga stoi. Delegowanie odpowiedzialności byłoby nawet nie tyle wbrew regułom, co wbrew duchowi Gry, w którą świadomie czy nieświadomie, z własnej woli lub nie, na Rublowce grają wszyscy – z wyjątkiem dzieci karmionych piersią.

2. A JAK ZNALEŹĆ SIĘ W GRZE? Jak zmienić swój społeczny status? Jak z człowieka w rodzaju „Jelena Jarosz” zmienić się w człowieka typu „Garri Minch”?

Oto, co opowiedziała mi Wiera Kriczewska:

– Status społeczny? On się wcale nie zmienił. Właściwie nic się nie zmieniło od chwili, gdy zamieszkałam na Rublowce. Pracuję tak, jak pracowałam, i przyjaźnię się z tymi samymi ludźmi, z którymi przyjaźniłam się wcześniej.

Ale nie o status społeczny toczy się rublowska Gra. Chodzi w niej wyłącznie o udział: albo jesteś w Grze, albo cię nie ma. Najważniejsze jest, by nie dać się z niej wykluczyć.

Wiera Kriczewska miała szczęście, trafiła do Gry. Jak? Miała dwadzieścia pięć lat, już siedem lat pracowała jako dziennikarka. Zwróciła na siebie uwagę jeszcze jako uczennica, gdy chodziła w Leningradzie na wiece z żądaniem, by gazeta „Smiena”, z którą współpracowała, przestała podlegać Leningradzkiemu Miejskiemu Komitetowi Komsomołu. Sławna stała się w sierpniu 1991 roku, w czasie puczu Janajewa. W leningradzkim radiu czytała reportaże, które dyktował jej przyjaciel tkwiący wraz z Borysem Jelcynem i jego zwolennikami w oblężonym przez twardogłowych puczystów Białym Domu, siedzibie rosyjskiego parlamentu. Gdy miała dwadzieścia pięć lat, pracowała już jako reżyserka i producentka w telewizji NTW i robiła błyskotliwą karierę: dobrze zarabiała, tworzyła własne programy, o których mówiło się: „Ech ty, super!”. Cieszyła się szacunkiem kolegów i kierownictwa. Ale wciąż nie była w Grze. Ciągle była jedną z tych, którzy przeprowadzają wywiady, a nie z tych, z którymi się je przeprowadza. Aż nagle coś się zmieniło.

Pewnego dnia do Wiery zadzwonił właściciel stacji NTW Władimir Gusiński i zaprosił na naradę do swojego biura. Ją? Bezpośredni zwierzchnicy Wiery nie mieli pojęcia, co to mogło znaczyć. Tak ponad nimi? Dwudziestopięcioletnią dziewczynę – reżyserkę? Do gabinetu Gusińskiego? A do tego Wiera jeszcze się spóźniła. Ze wszystkich sił naciskała pedał gazu w swojej najzwyklejszej ładzie, ale wydawało się jej, że samochód stoi w miejscu. Samochód, z którego Wiera jeszcze poprzedniego dnia była dumna, ponieważ kupiła go za własne pieniądze, nagle okazał się nieprzydatnym gratem.

Wiera spóźniła się pół godziny. Gdy podchodziła do recepcji, myślała, że teraz to już na pewno ją zabiją, zjedzą albo w najlepszym wypadku zwolnią. Ale na szczęście Gusiński spóźnił się jeszcze bardziej. W jego gabinecie czekali już ludzie, których Wiera traktowała, no, jeśli nie jak bogów, to jak półbogów na pewno. Podejść do nich? Zapytać? To wymagało od niej nadludzkiego wysiłku.

– Olegu Borysowiczu – to do ówczesnego wiceprezesa NTW Olega Dobrodiejewa. – Nie wie pan przypadkiem, dlaczego wezwano mnie na naradę?

– Nie mam pojęcia – Dobrodiejew wzruszył ramionami. – Ale niech się pani nie niepokoi. Gdyby co, jakoś pani pomożemy.

– Jewgieniju Aleksijewiczu – to do drugiego wiceprezesa i prowadzącego program „Itogi” Jewgienija Kisielewa. – Nie wie pan, za co mnie...?

– Wiera, nie można tak od razu wpadać w rozpacz!

Ale ona była bliska załamania. Prawie zemdlała.

– Igorze Jewgieniewiczu – to już w zupełnej rozpaczy do prezesa i dyrektora generalnego Igora Małaszenki. – Co ja takiego zrobiłam?

Więc ona prawie mdlała ze strachu, a Gusińskiego ciągle nie było. Godzinę go nie było. Półtorej godziny. Pod koniec drugiej godziny oczekiwania w końcu się zjawił. Gusiński. Głośny, szybki, masywny. Uściskał wszystkim ręce i od razu przystąpił do rzeczy. Poinformował zgromadzonych, że telewizja NTW otworzy filię w Petersburgu. I że budżet tego nowego petersburskiego oddziału oraz skład osobowy będzie porównywalny z budżetem oraz zespołem moskiewskim. A do tego, że terminy gonią, że to ogromna odpowiedzialność i że projektem pokieruje Wiera Kriczewska, która siedzi tu przed wami, proszę ją poważać i cenić. Wszyscy obecni w gabinecie bosowie NTW o mało nie podusili się z wrażenia. Nie od razu udało im się przetrawić wiadomość, że dwudziestopięcioletnia dziewczyna stała się nagle jedną z nich. Owszem, po chwili zaczęli dodawać jej otuchy, obiecywać pomoc, mówić, że w nią wierzą, ale wciąż nie mogli zrozumieć, dlaczego. Dlaczego właśnie ona? Przecież musi być jakaś przyczyna. Przecież to błogosławieństwo musiało jakoś spłynąć na jej rudą głowę. Może jest kochanką Gusińskiego? Ale nie, na kochanki bierze się sekretarki i załatwia im jakąś ciepłą posadkę. Ale nie wciąga się do Gry. Nawet żon się nie bierze – ekstremalne odstępstwa od reguły rzecz jasna tylko ją potwierdzają.

Sama Wiera nie miała najmniejszego pojęcia o tym, gdzie, kiedy i jak spadło na nią to błogosławieństwo. Za co? Wiedziała tylko, że jeśli straci tę szansę, drugiej nie będzie. Wróciła więc do rodzinnego Petersburga, zatrudniła ludzi, przygotowała infrastrukturę, wprowadziła drakońskie porządki oraz pańskie przywileje dla swoich dziennikarzy i po kilku miesiącach wszystkich tych zdziwionych prezesów i wiceprezesów NTW, na czele z samym Gusińskim, zaprosiła na triumfalne otwarcie filii. Przylecieli, nadal zdziwieni, samolotem szefa. Gdy stało się jasne, że wszyscy są zadowoleni z osiągnięć Wiery i że nie straciła swojej szansy, podeszła do Siemiona Lewina, który należał do kręgu najbliższych znajomych Gusińskiego, i zapytała: – Siemionie Miendielewiczu – obcy zwracali się do niego per Siemion Michajłowicz, Wiera zaś Siemion Miendielewicz, podkreślając, że jest swoja – nie wie pan przypadkiem, dlaczego właśnie mnie Gusiński wybrał na szefa tego projektu?

Lewin obiecał to wyjaśnić i po kilku godzinach wyjaśnił. Okazało się, że Gusiński zauważył Wierę podczas nagrania „Noworocznej iskry”, świątecznego show telewizji NTW. Estrada, artyści, stoliki, szampan, świece... Wiera była reżyserką i producentką programu. Gusiński niespodziewanie zjawił się na nagraniu. Przyszedł z żoną, nikogo nie uprzedziwszy, więc nie było dla nich stolika. Jeden z asystentów przekazał Wierze, że gdzieś na sali jest Gusiński z żoną i że nie ma dla niego miejsca. Wiera wiedziała oczywiście, że to on jest właścicielem NTW, ale z jego fizjonomią dotąd nie miała przyjemności. Krzyknęła więc na asystenta:

– O tu, w tym miejscu, za trzydzieści sekund ma stać stół!

– Nie ma przecież więcej stołów... – asystent przestępował z nogi na nogę.

– To go znajdź, kurwa! – krzyczała inteligentna dziewczyna z porządnej petersburskiej rodziny. – Dwadzieścia sekund! Stół, obrus, świece, naczynia i sztućce! Bie-giem!

Gusiński tymczasem stał obok, zachwycał się Wierą, a w końcu założył się sam ze sobą: jeśli zaraz zjawi się tu stół, wciągnie dziewczynę do Gry.

Stół się pojawił. A Wiera znalazła się w Grze.

Zdobycie przez nią atrybutów stosownych dla gracza – chociażby domu na Rublowce – było już teraz tylko kwestią czasu. Ma się rozumieć, Wiera dostawała je na szczególnych warunkach albo za pół ceny. Dom w osadzie Czygasowo kupiła, gdy Gusiński wypadł z łaski Kremla i nastały dla niego gorsze czasy. Wyprzedawał wtedy po kawałku osiedle swoich marzeń, w którym sam mieszkał i w którym instalował swoich zastępców, osadzał oswojonych przez siebie polityków, prawników i działaczy społecznych. Kiedy miał jeszcze nadzieję na powrót do łask, wyprzedawał kolejne domy. Oczywiście tylko swoim ludziom, znajomym, bliskim – z ogromnymi zniżkami. Więc Wiera kupiła.

Rozdział pierwszy
GRA SIĘ ZACZYNA

3. NIKT Z MIESZKAŃCÓW nie powie wam wprost, jaki jest cel Gry zatytułowanej „Rublowka”. Zresztą rzadko który tubylec świadomie formułuje swoje życiowe cele. Tak jest bezpieczniej. Bo jeśli jakiś postronny pojmie, do czego tak naprawdę dążysz, będzie w stanie ci przeszkodzić. Lepiej więc o celach milczeć.

– No skąd, Walerij – mówi mi Piotr Awien, nalewając szampana do kieliszków. – Nawet w firmie. Trzech, maksymalnie czterech ludzi rozumie, co chcemy osiągnąć. Reszta nie ma pojęcia. Bo i po co to im?

Pusty dom. Późny wieczór. Trzech uzbrojonych ochroniarzy z należącego do Awiena i jego współpracowników Alfa-Banku obserwuje teren. A ja siedzę w fotelu i przeżuwam swoją porażkę: za nic w świecie, za żadne skarby Piotr Olegowicz nie zdradzi mi, o co właściwie gra. Zresztą, faktycznie, po co mi ta wiedza. To zwykła ciekawość, po prostu. Ciekawość, która nigdy nie zostanie zaspokojona. Ciekawość, która każe pytać na przykład, dlaczego w ogóle ludzie przeprowadzają się na Rublowkę? Dlaczego dają się wciągnąć w tę Grę?

Taki Lew Trocki. Dlaczego zaraz po zwycięstwie rewolucji październikowej w 1917 roku zajął Pałac Jusupowski?[3] Żeby zaspokoić kompleks niepełnowartościowego żydowskiego chłopca, którego dziesięć lat wcześniej nie wpuszczono by nawet w okolice pałacu? Czy może, żeby wzmocnić swój status proletariackiego wodza, bo proletariacki to on był, za to pałac czynił go bardziej wodzowskim? A może na złość Stalinowi, którego zazdrość (może rzeczywiście poszło o ten pałac) skróciła życie Trockiemu za pomocą ciosu czekanem?

Albo Lenin. Dlaczego (według świadectwa Adriana Rudomino, autora książki „Legendarna Barwicha”) w 1918 roku pisał o konieczności otwarcia w Barwisze wzorcowego sanatorium dla członków KC i wydania na ten cel sporej kupki dewiz? W kraju głód, widmo wojny, waluty nie starcza na import zboża – dlaczego więc sanatorium na Rublowce? Naprawdę nie można było się bez niego obejść? A może Lenin musiał się utwierdzić w przekonaniu, że głodujący naród kocha go tak niesamowitą miłością, że wybaczy mu nawet sanatorium za dewizy?

A jeszcze Marjasin. Po co (według świadectwa tegoż samego Rudomino) ten radziecki minister finansów na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku buduje w swojej rublowskiej daczy ogromne stajnie dla koni wyścigowych? A parę lat później zakochuje się nieszczęśliwie w jednej ze swoich amazonek i próbuje się powiesić w stajni z powodu tej nieszczęśliwej miłości? Czy to nie za te stajnie pod koniec lat trzydziestych rozstrzelają Marjasina?

Jeśli myślicie, że celem przeprowadzki do jednego z prestiżowych osiedli Rublowki jest spokojne życie blisko natury, jesteście w błędzie. Z tego punktu widzenia działania mieszkańców Rublowki sprawiają wrażenie kompletnie pozbawionych logiki. Na odwrót – celem jest właśnie życie niespokojne. No bo jak inaczej zrozumieć, po co wielki wiolonczelista Mścisław Rostropowicz osiedlił się na daczy w Żukowce? Przypuśćmy, że mogło to być dowodem przynależności wiolonczelisty do sowieckiej elity artystycznej. Jeśli tak, to po kiego diabła zaprosił na swoją daczę będącego w niełasce pisarza Sołżenicyna, by mógł w spokoju pracować? Zbudował mu nawet osobną oficynę. Dając schronienie Sołżenicynowi, sam popadł w niełaskę, utracił możliwość koncertowania, występów zagranicznych, odebrano mu ukochaną orkiestrę. Dlaczego Rostropowicz to zrobił? Czyżby po to, by nie być już dłużej muzykiem obsypywanym przez władzę względami, a zamiast tego muzykiem, z którym władza radziecka ma kłopot?

Wyobraźmy sobie: oto Aleksander Sołżenicyn przechadza się po lesie w Żukowce i obmyśla swoje antysowieckie dzieła, mijając na trasie swojego spaceru czołowych radzieckich polityków. Oto naprzeciw wychodzi mu inny mieszkaniec Rublowki, czołowy ideolog i partyjny „opiekun” kultury Michaił Susłow. Albo sam Breżniew. Czemu nie? Niemal się sobie kłaniają.

A prezydent Jelcyn? Dlaczego w niespokojnym roku 1993 nie mieszka na Kremlu, gdzie w zasięgu ręki miałby rządową łączność i gdzie łatwiej byłoby mu trzymać rękę na pulsie rodzącego się buntu wysadzonych z siodła politruków? Dlaczego mieszka na Rublowce? Sam przecież pisze we wspomnieniach, że gdyby na czas nie przyleciał po niego helikopter, straciłby władzę, a pucz Janajewa zakończyłby się sukcesem. Dlaczego od jednego pilota zależała cała przyszłość Jelcyna? A może nie byłaby świętą władzą, gdyby prezydent się bał, że pilot go zdradzi?

A prezydent Putin? Dlaczego mieszka na Rublowce i codziennie rano i wieczorem zatrzymuje całą rublowską szosę na całych czterdzieści minut? Przecież go za to nienawidzą. A może w tym właśnie rzecz, że go nienawidzą, ale przy tym milczą, bojąc się go i znosząc jego fanaberie?

Dlaczego w końcu kupuje tu dom „zwyczajny” mieszkaniec Rublowki? Zdaje sobie przecież sprawę, że diamentowe kolie żony będzie musiał trzymać w sejfie w moskiewskim banku, a nie w domu, bo tu grasują nad podziw roztropni, sprytni i ryzykanccy rublowscy złodzieje. Wie też, że będzie płacił za wszystko trzy razy drożej niż poza granicami Rublowki: za filiżankę herbaty w restauracji Przystań, za bilety na koncert w ekskluzywnym centrum handlowym Barvikha Luxury Village, za światło, za gaz, za wodę (a i tak ilekolwiek by za nią płacił, zdarzać się będą przerwy w dostawie). Zdaje sobie sprawę, że do miasta, żeby załatwić najprostsze sprawy, będzie jechał bite dwie godziny. Wie również, że sąsiedzi albo powycinają sosny, albo postawią siedmiometrowej wysokości płoty, zasłaniając mu cały boży świat. Zdaje sobie z tego sprawę, ale i tak kupuje dom po cenie, za którą można kupić praktycznie każdą willę nad praktycznie każdym morzem, praktycznie każdy górski dom w praktycznie w każdych górach, dowolne mieszkanie w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie... Albo w Moskwie. Mógłby też wynajmować apartamenty w hotelach i mieszkać tak całe życie, nie przejmując się domem, podatkami, remontami, służbą. Wyjdzie taniej. Ale nasz bohater mimo to kupuje dom na Rublowce. A kto nie ma pieniędzy na dom, i tak ciągnie na Rublowkę, choć na jeden wieczór, choć na kilka dni. Pozwolę sobie zasugerować, że nie po to, by się wyciszyć. Wręcz przeciwnie: żeby znaleźć się w sytuacji ostrej selekcji, konkurencyjnej walki wszystkich ze wszystkimi. Albo go to zabije, albo wzmocni.

4. FORMUŁOWANIE CELU Gry to zabawa dla początkujących. Dla słabiutkich graczy, którzy więcej myślą, niż robią.

Bankier Piotr Awien nie formułuje swojego celu: – Niech się pan zlituje, Walerij...

Inny bankier, Michaił Fridman, formułuje go w sposób dość wymijający: – Wie pan, podczas kryzysu wszyscy tracą. Ale w pewnych okolicznościach można tracić mniej niż cała reszta...

Z kolei autorka kroniki towarzyskiej Rublowki Bożena Rynska formułuje go bez ogródek: – Wygrać w konkurencji „życie”!

A więc mieszka się na Rublowce nie po to, żeby rozkoszować się luksusem, kochać i być kochaną, wychowywać dzieci, realizować się w pracy, seksie, sportowych pasjach, mizdrzyć się w pięknych strojach, smacznie jeść, spacerować na świeżym powietrzu... Nic z tych rzeczy! Chodzi o to, żeby wygrać w konkurencji „życie”! Wywyższyć się ponad nasze otoczenie. Albo to otoczenie poniżyć. Na jedno wychodzi. W lata tłuste zarabiać więcej niż konkurencja. W czasie kryzysu mniej niż konkurencja tracić.

Ale po co aż tyle zarabiać? Dlaczegóż nie mielibyśmy czegoś tracić? Czy to nie normalna kolej rzeczy?

Nie zadawajcie głupich pytań! Bo kiedy będziecie się zastanawiać nad sensem egzystencji, tylko patrzeć, jak konkurencja was przeskoczy. I to wasi konkurenci, a nie wy, zwyciężą w konkurencji „życie”.

Wróćmy do Aleksandra Sołżenicyna. Siedział więc sobie u Rostropowicza, pisał swoje dysydenckie książki, ale i tak wydawało się, że w całości, razem ze swoimi bebechami, jest we władaniu członków Komitetu Centralnego, mieszkających tuż obok. To szef KGB, który leczył nerki w sanatorium w Barwisze, aresztował rękopisy pisarza, również „Archipelagu Gułag”. Inni nie pozwalali publikować jego książek, a w końcu zmusił Sołżenicyna do opuszczenia kraju. Ale lata minęły i gdzie są ci członkowie KC? Gdzie jest teraz szef KGB, prześladowca Sołżenicyna? Nie ma ich. Zostały tylko kamienne płyty w ścianie Kremla. A tymczasem Sołżenicyn otrzymał literacką Nagrodę Nobla, przeżył emigrację i wrócił triumfalnie do kraju. Prezydent Putin (bądź co bądź spadkobierca szefa KGB) przyjeżdżał do niego, by oddać mu hołd. Prezydent Miedwiediew (spadkobierca członków KC) przyjeżdżał oddać hołd jego grobowi. Pewnie to właśnie Bożena Rynska nazywa zwycięstwem w konkurencji „życie”. Bo to, że pisarz może pisać w innym celu niż ten, by poniżyć władcę i wynieść się ponad zwykłych śmiertelników, nie mieści się w rublowskiej logice. Służyć literaturze? Rozmyślać nad losem Ojczyzny? Badać ludzką duszę? To jakieś brednie! Za to wygrać w konkurencji „życie” – to jest cel. Innych nie ma.

Dowód? Michaił Chodorkowski. W ciągu zaledwie kilku lat stworzył bank, kupił i postawił na nogi koncern naftowy, stał się najbogatszym człowiekiem w kraju. Ale gdy osiągnął szczyt sukcesu, nie uchronił się przed więzieniem i nie ocalił koncernu przed zniszczeniem. Czy to znaczy, że przegrał w konkurencji „życie”? Owszem. Ale warto przy tym pamiętać, że w końcu kiedyś wróci z zesłania. I zemści się za wszystko.

Strategie prowadzące do ostatecznego zwycięstwa bywają przecież różne. Niektóre z nich bywają dość nieoczekiwane i – trzeba przyznać – zaskakujące.

Bożena Rynska na swoim blogu pisze, jak wielkie poczucie komfortu odczuwa w czasie swoich podróży po Europie. Nie do wytrzymania jest tylko jedno: inwalidzi. Przez całą noc pod oknem luksusowego hotelu Bożeny piszczy sygnalizacja świetlna dla niewidomych. I w żaden sposób jej nie wyłączysz, nawet gdybyś wynajął apartament prezydencki.

Przed samochodem Bożeny zatrzymuje się autobus i nieznośnie długo ładują do niego niepełnosprawnego na wózku. A ty, piękna, zdrowa i bogata kobieta sukcesu, nic nie możesz zrobić, siedzisz i czekasz. Na parkingu dla bardzo drogiego samochodu Bożeny może w ogóle nie starczyć miejsca, za to najwygodniejsze prostokąty placu, te przeznaczone dla inwalidów, prawie zawsze są puste. To jest nieuczciwe!

Kierując się logiką Bożeny, trzeba przyznać, że w konkurencji „życie” nie da się wygrać z inwalidami. Dostają po prostu zbyt duże fory. Nie można ich ograć, pozbawić przywilejów ani zdobyć tego samego zestawu przywilejów co oni. No, może gdyby odciąć sobie nogę...

Bożenie wydaje się, że cała ta historia z niepełnosprawnymi toczy się wbrew regułom. Wbrew regułom europejskie kaleki ograły ją, mądrą i piękną rosyjską kobietę sukcesu. Jakby w Grze w ogóle istniały jakiekolwiek reguły...

[...]

PRZYPISY
[1] Zespół klasztorny w Zwienigrodzie założony w 1399 roku. W Zwienigrodzie znajduje się m.in. słynny Sobór Uspieński z freskami Andrieja Rublowa [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].
[2] Spis ludności Rosji w XVIII oraz XIX wieku, na wsi obejmował pana i jego rodzinę oraz liczbę poddanych mu chłopów.
[3] Klasycystyczny petersburski pałac, od 1830 roku siedziba jednego z najbogatszych w Rosji, książęcego rodu Jusupowów. Przed rewolucją było w nim zgromadzonych 40 tys. dzieł sztuki, m.in. obrazy Rembrandta. Tu w grudniu 1916 roku miał miejsce zamach na Rasputina.