Rubieże imperium. Tom 2. Żar tajemnicy - Rafał Dębski - ebook + audiobook
Opis

Kapitan Aidan Samuels nigdy nie był i raczej nie będzie ulubieńcem możnych tego świata. O nagrodach, zaszczytach, spokojnym życiu, łasce cesarza i jego urzędników może spokojnie zapomnieć. Zamiast odpocząć, zostanie wysłany w kolejną misję, która ma pomóc wyjaśnić, czym są tajemnicze zjawiska pojawiające się w kosmosie.

Wyprawa badawcza czterech niszczycieli przekształca się w bezpardonową łomotaninę z flotą piratów, a Aidan Samuels i inni kapitanowie muszą wykazać się po raz kolejny hartem ducha i zimną krwią. Do tego dochodzą knowania i intrygi, wojny cesarskich buldogów pod dywanem oraz zmagania wpływowych koterii. Nawet don Sebastian Lerma, wielki inkwizytor i zaufany człowiek cesarza, nie może czuć się bezpiecznie w tym wrzącym kotle. Jakby tego było mało, Samuels ma na pokładzie zepsute arystokratyczne jajo, potomka wielkiego rodu, który pała do kapitana szczerą, absolutnie niepozbawioną podstaw nienawiścią.

Czy „Sirene” i jej niepokorny oraz cokolwiek szalony dowódca poradzą sobie z nowym wyzwaniem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 14 min

Lektor: Roch Siemianowski

Popularność


Rafał Dębski

ŻAR TAJEMNICY

Warszawa 2015

Copyright © by Rafał Dębski, 2015

All rights reserved

Copyright © by Drageus Publishing House Sp. z o.o.,

Warszawa 2015

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Maciej Garbacz

Redakcja: Agnieszka Pawlikowska

Korekta: Magdalena Byrska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:[email protected]

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-64030-59-8

ISBN MOBI: 978-83-64030-60-4

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

1 Na ostrzu szpady

Aidan ze smutkiem i rozdrażnieniem patrzył na krzątających się po całym okręcie naukowców, techników i robotników. Dosłownie rozbierali „Sirene” kawałek po kawałku, starając się odnaleźć jakiekolwiek ślady oddziaływania tajemniczej bariery, a części, które nie dawały się rozmontować, były skrupulatnie prześwietlane każdym dostępnym rodzajem promieniowania – oczywiście w widmach, które nie działały destrukcyjnie na konkretne struktury. Ten sam los spotkał zresztą również niszczyciele „Greese” i „Fitzcarraldo”.

Kapitan codziennie przychodził na pokład i patrzył na ręce technikom. Nie potrafił cieszyć się przymusowym urlopem, kiedy grzebano w trzewiach jego ukochanego okrętu. I trzeba przyznać, że jego obecność czasem się bardzo przydawała. Tak jak w tej chwili.

– I co chcesz z tym zrobić?! – krzyknął na młodego chłopaka w charakterystycznej czapce z symbolem zębatego koła.

– Jak to co? – zdziwił się technik. – Prześwietlić…

– Drukarkę przestrzenną chcesz prześwietlać, baranie? Czym? Może promieniami twardymi?

– A czym? Nic innego nie przejdzie…

– I co spodziewasz się tam znaleźć? Królową kosmosu malującą złote gwiazdki? To delikatny sprzęt, jak ruszysz substancję aktywną promieniowaniem, zrobi się z niej kisiel i cały ten interes będzie można spokojnie wypieprzyć za burtę! Ty zapłacisz za straty czy twój kierownik zmiany?

Chłopak zawahał się. Aidanowi zrobiło się go trochę żal. Dostał polecenie od jakiegoś przełożonego, który nie pomyślał, że wysyła do pracy dyletanta, a teraz ten tępy dyletant był w kropce.

– Dobra – westchnął kapitan. – Nie masz pojęcia, jak się za to zabrać, prawda? Jeśli chcesz prześwietlać taki powielacz, musisz najpierw wyjąć zasobnik z substancją aktywną.

– Ale kiedy starszy technik powiedział, że tym przyrządem mogę…

– Ten przyrząd mogę ci wepchnąć prosto w dupę. A potem twojemu starszemu technikowi – przerwał mu Aidan. – Drukarki na okręcie nie na darmo umieszcza się w najlepiej ekranowanych pomieszczeniach. To nie jest zwykła maszyna w zakładzie spożywczym, to powielacz przestrzenny pełną gębą. W nim nie robi się byle części w stylu sprężynek do utrzymywania fiuta w pionie. Czego się śmiejesz? Niektórzy potrzebują takich udogodnień. Spytaj tego swojego kierownika, powinien mieć doświadczenie. To, co próbowałeś zepsuć, działa na nieco innych zasadach niż zwykła drukarka. Użycie kosztuje masę energii, ale za to możesz otrzymać części z hartowanej stali, a nawet plastmetale różnych typów. Jednak substancja aktywna jest nie do końca stabilna, szczególnie jeśli się na nią bezpośrednio oddziałuje jakimiś tam promieniami.

– To co mam robić? – Młodziutki technik był coraz bardziej zagubiony.

Aidan bez słowa zwolnił magnetyczne zatrzaski, przesunął dźwignię i wydobył kasetę z substancją aktywną.

– Teraz trzeba oczyścić dysze i przewody – mruknął, włączając program autoserwisu. Po kilkunastu sekundach zapraszającym gestem wskazał maszynę. – Teraz ją sobie prześwietlaj nawet magicznym okiem inkwizytora. Co więcej, możesz ją poddać przesłuchaniu pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia przy pomocy wielkiego śledczego jezuitów. Wytrzyma.

Chłopak rzucił mu szybkie, czujne spojrzenie. Nie przywykł, aby ktoś tak lekko wyrażał się o najwyższych urzędnikach cesarskich, a ten kapitan zdawał się nie czuć respektu przed ludźmi, o których powiadano, że posiadają niesamowite zdolności. Widząc zmieszanie technika, Aidan roześmiał się.

– Bez obawy, żaden inkwizytor nas nie słyszy. A gdyby nawet, to ja mówię, a ty tylko słuchasz.

– Takich rzeczy nawet słuchać niebezpiecznie – wymamrotał chłopak, włączając pośpiesznie skaner.

– To w razie czego powiesz, żeś zatkał uszy, a ja potwierdzę.

Aidan patrzył na lekko przygarbione plecy technika i kręcił w duchu głową z mimowolnym podziwem.

„Ale też potrafią przygiąć ludziom karki” – pomyślał. „Przecież szczeniak na samo wspomnienie o tych funkcjonariuszach mało nie popuścił w spodnie. Nie wiem, czy sztuka rządzenia jest najtrudniejszą ze sztuk, ale że najbrudniejszą, to stuprocentowo pewne”.

Zanosiło się na to, że badanie drukarki potrwa, bo pracownik ledwie sobie radził nawet z mało skomplikowanym interfejsem skanera. Kapitan podszedł do drabinki i wspiął się na wyższy poziom, gdzie pracowała reszta ekipy, badając tablice kontroli sekcji wysokiego napięcia. Aidan nie miał pojęcia, czego szukają, ale pocieszał się, że naukowcy, którzy zlecili te badania, również nie wiedzieli. Po prostu zaszło coś, co wymykało się człowieczemu poznaniu, a wtedy rasa ludzka zawsze popada w panikę i zaczyna się miotać, udając, że wie, o co chodzi. Inna rzecz, że nieznane naprawdę potrafi być groźne.

– Który z was przysłał mi tego baranka? – spytał Aidan, podchodząc do trzech inżynierów, skupionych wokół trójwymiarowego wyświetlacza. Przypominał ekran taktyczny, tyle że zamiast własnych i wrogich jednostek wypełniały go ikony zupełnie kapitanowi nieznane.

– Jakiego baranka? – zmarszczył brwi siwy mężczyzna, odwracając się od holoekranu.

– Do badania powielacza przestrzennego.

– Co? – wytrzeszczył oczy inżynier. – Wysłałem tam starszego technika.

– A starszy technik postanowił sobie zrobić godzinę wolnego i delegował tego nieogarniętego biedaka.

– Moment…

Siwy przyłożył dłoń do ucha, uruchamiając komunikator.

– Kogo posłałeś do powielacza? – spytał. – Jak to sam przy nim jesteś? Przyszedł tutaj kapitan Samuels…

Spojrzał na Aidana i uśmiechnął się kwaśno.

– Z takimi właśnie kretynami muszę pracować – powiedział. – Wyobraża pan sobie?

– Wyobrażam – odparł Aidan. – W końcu jestem oficerem Floty Kosmicznej Jego Cesarskiej Wysokości. Uważa pan, że na ogół mam do czynienia z myślicielami?

Inżynier roześmiał się.

– Trafna uwaga. Proszę się nie martwić. Starszy technik Santorio jest może ostatnim leniem i alkoholikiem, ale tę robotę na pewno wykona jak należy. I będzie się starał nie podpaść jeszcze przez całe pół godziny po jej zakończeniu.

Aidan wrócił na dół. Chłopaka już nie było, a przy skanerze krzątał się zażywny gość po pięćdziesiątce. Na widok kapitana poczerwieniał i zaczął coś dukać, ale Samuels go nie słuchał.

– Zrób, co do ciebie należy, i spieprzaj – warknął. – A następnym razem jak zechcesz się wyręczać najgłupszym uczniem, dostaniesz po mordzie.

Technik jeszcze bardziej poczerwieniał, nadął się i syknął:

– Jestem pracownikiem stacji i podlegam bezpośrednio gubernatorowi! Pan nie ma prawa…

– A może chcesz dostać po mordzie już teraz? – zainteresował się uprzejmie Aidan, podchodząc bliżej. – Myślisz, że gubernator zechce się za tobą wstawić?

Mężczyzna wybełkotał coś jeszcze, ale odwrócił wzrok i zajął się obsługą urządzenia.

Kapitan westchnął ciężko i poszedł w stronę mostka. Żałował, że ten gość jednak się nie postawił, bo chętnie by się trochę poruszał.

Inna rzecz, że na mostku czekała na niego wiadomość, która pozwoliła zapomnieć o leniwym pracowniku.

Martinez siedział rozwalony swobodnie w fotelu dowódcy. Na widok Aidana wstał nieśpiesznie.

– Co jest, Diego? – spytał kapitan. – Nie powinieneś się teraz zabawiać w jakimś przytulnym burdelu?

– Powinienem, panie kapitanie – odparł z powagą podporucznik. – I nawet się zabawiałem, grzejąc też i dla pana miejsce. Ale dostałem wiadomość. Chyba niezbyt przyjemną.

– Wal.

– Pamięta pan kapitana Ruiza Guillerma Vesana?

– Pewnie, że pamiętam – prychnął Aidan. – Byłem przecież przy jego aresztowaniu.

Martinez uśmiechnął się krzywo.

– O ile sobie przypominam, panie szyper, to był pan przy tym, bo nie kto inny jak pan założył mu obrączki, a przedtem przyłapał typa na gorącym uczynku.

Aidan pokiwał głową. Wolałby o tym nie pamiętać. Jeden oficer marynarki cesarskiej skuwający kajdankami drugiego… To nie było wspomnienie, które by pielęgnował.

– Należało mu się. – Wzruszył ramionami.

– Pewnie, że mu się należało – przyświadczył podporucznik. – Handlować nielegalnie wodą na pustynnej planecie? To gorzej niż zbrodnia. Wiem, bo sam się chowałem na suchym świecie. Gdyby go schwytał jakiś oficer z takiego miejsca, rozstrzelałby go bez jakiegoś tam sądu.

– I ja żałuję, że mu nie rozwaliłem łba – mruknął Aidan.

Przez chwilę panowało milczenie. Martinez widział, że kapitan pogrążył się we wspomnieniach, więc nie przeszkadzał. Wreszcie Samuels ocknął się.

– No dobra, ale co jest? Czemu opowiadasz mi o tym kajdaniarzu?

– Właśnie wyszedł z pierdla – oznajmił Diego.

Aidan zmarszczył brwi.

– Jak to wyszedł? Dostał dziesięć lat, a nie minęły jeszcze dwa. Nawet za dobre sprawowanie by go nie wypuścili.

– Ale wypuścili, panie szyper. Podobno składał apelacje, pisał, do kogo tylko się dało, i wreszcie dopiął swego. Tak w każdym razie powiedział Shaderowi jeden klawisz z miejscowego ancla.

– I co z tego… – zaczął Aidan, ale w tej chwili do niego dotarło. – Chcesz powiedzieć, że Vesano siedział właśnie tutaj?

– Na to wychodzi – przytaknął Martinez. – I właśnie wczoraj go wypuścili.

Aidan patrzył przez chwilę na podporucznika.

– No dobrze, jeśli nawet, co to ma ze mną wspólnego?

– Dowiedział się, że tutaj jesteś – doleciał od strony włazu wejściowego głęboki głos Roberta Shadera. – Nie dziw się, że tak szybko, bo stałeś się ostatnio bardziej popularny niż gwiazdy holowizji, a poza tym różnych życzliwych nigdzie nie brakuje. Chce cię wyzwać na pojedynek, tak jak obiecał przy aresztowaniu.

– Przy aresztowaniu obiecywał, że mnie zwyczajnie zajebie, że zacytuję jego słowa.

– Widać się ucywilizował w mamrze – uśmiechnął się Shader – bo teraz opowiada o pojedynku.

Aidan zastanawiał się przez chwilę. Do tej pory nie miał pojęcia, gdzie trzymają Vesana, i w ogóle go to nie obchodziło. Ale tak, przecież stacja kosmiczna Saratoga dysponowała sporym więzieniem. Musiała, w końcu znajdowała się w pobliżu skupiska kolonii graniczących z dominium Republiki, a to oznaczało, że ruch zarówno cywilny, jak i wojskowy był tu mocno natężony. Dlatego też i zakład karny został podzielony na część armijną i drugą, pozostającą w dyspozycji magistratu. Vesano miał szczęście, bo stanął ostatecznie przed sądem cywilnym. Jak tego dokonał jego adwokat, Aidan nie miał pojęcia. A może raczej miał – przecież Ruiz był arystokratycznym krezusem i synem arystokratycznego krezusa. Za nielegalny handel wodą w pustynnych koloniach według paragrafów Kodeksu wojskowego należała się kula w łeb, a nawet wyjazd żywcem przez śluzę, jeśli odbywałby się kapitański proces w warunkach bojowych. Kwota, jaką tatuś hrabiątka musiał wywalić na łapówki, była z pewnością olbrzymia, na pewno większa niż roczny dochód dobrze prosperującej kolonii. Lecz – jak powiadało stare przysłowie – dla człowieka wpływowego i zamożnego prawo ma nos z wosku, a tenże człowiek trzyma je za ten nos żelazną ręką.

Nic zatem dziwnego, że Ruiz Guillermo Rodrigo Santiago Ochoya y Gressio Rossario Vesano, potomek hrabiego i zarazem honorowego szambelana dworu, był traktowany inaczej niż zwykły oficer. Lecz przewinienie okazało się na tyle poważne, że nawet ustawiony sąd musiał wymierzyć mu dziesięć lat, tyle że nie ciężkich robót lub obostrzonego rygoru, ale zwykłego mamra. No i od wyroków sądu cywilnego można się było odwoływać w zasadzie w nieskończoność, w tym przypadku zaś dosypywane ustawicznie kwoty zmiękczyłyby nawet delikatne sumienie świętego, a co dopiero urzędników cesarskich.

Aidan bardzo szybko zapomniał o aresztowanym kapitanie, bo spadły na niego niedługo potem spore kłopoty. Te, przez które sam trafił do więzienia, a wyszedł stamtąd ze statusem niewolnika.

– No dobra. – Samuels przyjął już do wiadomości najświeższe nowiny. – Ale jak on chce się ze mną pojedynkować? Przecież został zdegradowany.

– Chodzi właśnie o to, że przywrócono mu również stopień – rzekł Shader. Na jego smagłej twarzy nie gościł w tej chwili zwykły ironiczny uśmieszek, doprowadzający do szału praktycznie wszystkich, którzy nie znali go bliżej, ale malował się zwyczajny niesmak. – Został, jak to się mówi, zrehabilitowany.

– Pieniądze mogą wszystko – mruknął Aidan.

– Tylko rozumu za bardzo nie przysparzają – dorzucił Robert. – Ale ludziom z takim majątkiem jak panowie Vesano rozum jest do niczego niepotrzebny.

– No dobra – powiedział Aidan. – Hrabiątko wyszło i chce się pojedynkować. Czy hrabiątko wie, że mamy stan wojny i pojedynki są zabronione?

– Hrabiątko wie. – Shader pokiwał głową. – Ale hrabiątko ma forsę i wpływy. Przypuszczam, że niedługo odwiedzą cię jego sekundanci.

– O niczym innym nie marzę – burknął Aidan. – Sekundanci… Może jeszcze księdza mi podeśle?

– Nie byłbym zdziwiony. Klawisz mi mówił, że jest bardzo pewny siebie. Pewnie sporo ćwiczył pod celą.

* * *

Inkwizytor Sebastian Lerma przeglądał meldunki, które napłynęły w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Musiał nadrobić zaległości, gdyż poprzednie dwa dni spędził na okręcie lecącym z prędkością nadświetlną, na którym w dodatku nie zamontowano radiostacji splątaniowej.

Doskonale rozumiał rozgoryczenie kapitana Samuelsa, który po powrocie z rozpoznania w Układzie Regora klął w cały świat. Człowiek podróżujący jednostką o napędzie zakrzywiającym czasoprzestrzeń ma wrażenie, że jest ślepy i głuchy, czuje się, jakby w każdej chwili miał się rozbić o jakąś przeszkodę. Rzecz jasna, łączność kwantowa nie gwarantowała bezpieczeństwa podróży, ale możliwość rozmowy z bazą zawsze stanowiła pewien komfort. A poza tym w przypadku inkwizytora każdy dzień, a nawet każda godzina bez bieżących informacji były czasem nie tylko straconym i zmarnowanym, ale mogły się okazać brzemienne w skutki.

– Po to wydają miliony na szkolenie naszych umysłów, żeby potem marnować ten wkład – mruknął i ugryzł się w język. Skąd u niego takie myśli? Czyżby zbyt wiele czasu spędził ostatnio w towarzystwie Aidana i jego kompanów?

Zaśmiał się w duchu na tę myśl i wrócił do analiz. Na trójwymiarowym ekranie przesuwały się dane, które wyćwiczony mózg don Sebastiana natychmiast układał we właściwych miejscach, tworząc obraz całości. Gorzej, że ów obraz zupełnie się Lermie nie podobał.

– Egberto – wywołał osobistego sekretarza. Po chwili na holoekranie pojawiła się młoda, lecz zmęczona twarz. – Egberto, widziałeś najnowsze raporty?

– Chodzi panu o te, które napłynęły z rejonu sigmy Errani, don Sebastianie? – spytał sekretarz.

– Właśnie o te. Dlaczego od razu mi ich nie podsunąłeś? Przez bite trzy godziny czytałem nic niewarte sprawozdania, przeglądałem meldunki z miejsc, w których największym wydarzeniem okazał się skandal związany z tajemniczą ciążą córki wicegubernatora!

– Kiedy pan zawsze chce wiedzieć wszystko – wymamrotał zaskoczony sekretarz. – Do tej pory nie segregowałem spraw wedle innych priorytetów niż czas wpływania i obszar, z którego nadchodzą… A sigma Errani to przecież strefa wpływów piratów.

Lerma patrzył długo na podwładnego. Egberto kulił się pod wpływem tego spojrzenia. Na doskonałym technicznie przekazie widać było bardzo wyraźnie, jak na czoło nieszczęśnika występują kropelki potu.

– Drogi bracie – rzekł wreszcie inkwizytor głosem tak spokojnym i łagodnym, że sekretarza przeszły dreszcze – widzę, że zaniedbałem cokolwiek twoją edukację. A może to ty po prostu idziesz na łatwiznę, nie próbując zmieniać modus operandi w swojej pracy? Czy uważasz raz przyjęty paradygmat działania za absolutnie niezmienny? I czy doprawdy nie wiesz, co w ostatnim czasie jest najważniejsze i co zaprząta uwagę nie tylko służb wywiadowczych i kontrwywiadowczych, ale także, a może nawet przede wszystkim, umysły naukowców? Muszę ci to tłumaczyć? I muszę podkreślać, że dla mnie osobiście zawsze i wszędzie najważniejsze są kwestie związane z wszelakimi odkryciami, a nie informacje o schwytaniu tu czy tam republikańskiego szpiega? Bo jeśli tak, niezwłocznie udasz się na placówkę w jakichś odległych rejonach imperium.

Odetchnął głęboko, opanowując rozdrażnienie. Egberto był dobrym, posłusznym współpracownikiem, tyle że brakowało mu wyobraźni. Lecz czy to grzech? Zapewne w przypadku poety, malarza czy innego artysty – tak, ale urzędnik ze zbyt wybujałą wyobraźnią mógłby stanowić nie lada zagrożenie. Inna rzecz, że młody człowiek powinien się nauczyć myśleć. Długa i ciernista droga przez kolejne poziomy edukacji w systemie szkolnictwa imperium potrafiła wprawdzie zdławić indywidualizm, szczególnie jeśli nie miało się twardego charakteru. A sekretarz inkwizytora stanowił właśnie doskonały produkt tego procesu. Minister edukacji, odpowiedzialny za reformy, które przyniosły takie rezultaty, nie używał zresztą na określenie uczniów innego terminu niż „masa kształceniowa”. Odpowiedni procent miał otrzymać wykształcenie wyższe, odpowiedni pozostać na etapie średnim, a największa liczba młodych ludzi powinna zdobywać konkretne zawody, i to najlepiej w bardzo wąskich specjalizacjach.

Rzeczywiście, w interesie Cesarstwa leżało tworzenie społeczeństwa przypominającego mrowisko o wyraźnej hierarchii, w którym każdy zna swoje miejsce. Wówczas państwo mogło działać jak mechanizm. Tyle że to by była utopia, bo w rzeczywistości dynamika grupowa wyzwalała więcej napięć, niż ktokolwiek mógłby ogarnąć umysłem. Nie da się zaprogramować społeczeństwa, a przynajmniej w pewnym momencie programowanie staje się zawodne.

I kiedy zaczynają się niepożądane fluktuacje, wkracza inkwizytor. Właśnie ostatnie wydarzenia sprawiły, że trzeba było zrewidować poglądy na niektóre sprawy, lecz z pewnością nie na samo funkcjonowanie imperium. Ono powinno pozostać niewzruszone, przynajmniej do czasu, kiedy kolejne reformy okażą się niezbędne, aby uniknąć rozpadu.

– Dobrze, Egberto – powiedział Lerma. – Ponieważ wykazałeś się brakiem refleksji, zgrzeszyłeś wręcz, bo kto rozumu nie używa w sposób należyty, popełnia grzech, wymyślisz sobie adekwatną karę. Ma być dostatecznie dotkliwa, aby mnie zadowolić.

Sekretarz pochylił głowę.

– Dziękuję za upomnienie i możliwość zadośćuczynienia…

Lerma miał ochotę warknąć „daruj sobie”, ale w porę ugryzł się w język. Egberto nie był przecież krnąbrnym oficerem marynarki, jego słowa płynęły z głębi serca, a przynajmniej z przekonania, nie były jednym z objawów złośliwości, do jakich ostatnio inkwizytor przywykł.

Przerwał połączenie i odetchnął. Wreszcie był u siebie – wprawdzie na stacji kosmicznej, a nie w siedzibie zakonu – ale otaczali go absolutnie posłuszni mu ludzie. W chwili, kiedy to sobie uświadomił, miał wrażenie, że owiał go podmuch świeżego, kojącego i pachnącego igliwiem powietrza. Miał dość dusznych pomieszczeń i krętych korytarzy okrętów, dość wojskowego żargonu i szorstkich obyczajów marynarzy. Nawet msze, jakie odprawiał na pancerniku, były inne od tych, które mógł celebrować w okazałej kaplicy stacji. To całe wojskowe towarzystwo stawało się mocno religijne, owszem, ale tylko w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia, kiedy właściwie na jakiekolwiek obrzędy nie było czasu.

Don Sebastian wcale się nie dziwił, że duża część kapelanów okrętowych wpadała w alkoholizm. Sam miał ochotę parę razy napić się czegoś mocniejszego w czasie podróży i zmagań z siłami Republiki. A przecież miał co robić, na jego barkach spoczywała wielka odpowiedzialność. A te nieszczęsne katabasy musiały siedzieć bezczynnie, ewentualnie spowiadając tych marynarzy, którzy znaleźli dość czasu, aby im zawracać głowę. Takich zaś nie było zazwyczaj zbyt wielu.

Inkwizytor wrócił do przeglądania danych z sigmy Errani. To, co wynikało z wykresów i analiz, mogło oznaczać tylko jedno…

– Egberto – znów wywołał sekretarza.

– Tak, Wasza Ekscelencjo? – Młody duchowny zgłosił się natychmiast. Widać było, że jest pełen obaw i spodziewa się kolejnej połajanki.

– Znajdziesz mi kapitana Samuelsa, dowódcę „Sirene”, kapitan Amandę Berger, dowodzącą „Greese’em”, oraz kapitana Edgara Guardada, szypra „Fitzcarralda”.

– Tak jest, Ekscelencjo.

– Mają się jak najszybciej zgłosić do mojego biura. Tylko nie pojedynczo! Razem! Nie mam ochoty użerać się z każdym z osobna.

Przerwał połączenie, nie czekając na służbiste „tak jest” sekretarza.

– Tak, stanowczo wolę mieć rozmowę z nimi załatwioną hurtem – mruknął do siebie. – Mam tylko jedno zdrowie. Chociaż Bóg jeden wie, ile tak czy inaczej będzie mnie to kosztowało…

* * *

Aidan z niedowierzaniem patrzył na dwóch ubranych w galowe mundury oficerów. Obu znał z widzenia, ale chyba nie zamienił z nimi nigdy słowa. I nic dziwnego, bo należeli do innego świata – świata palladowych lub irydowych rodowych pierścieni, świata, w którym nikt nie pyta, czy człowieka stać na to czy tamto, lecz każdy po prostu kupuje, co mu akurat wpadnie w oko. Świata pełnego pięknych kobiet, które jeśli nawet nie urodziły się pięknymi, dostały urodę w prezencie, mając na usługach najnowsze zdobycze medycyny i nauki w ogóle.

Kapitan stał przed tymi eleganckimi mężczyznami i czuł się jak zwyczajny łachmaniarz w swoim uniformie, który może by się nawet mógł wydać komuś elegancki, ale ten ktoś musiałby cierpieć na bardzo poważną wadę wzroku. Zresztą kwatera Samuelsa również daleka była od standardów obowiązujących wśród arystokratycznej części korpusu oficerskiego Floty Kosmicznej Jego Cesarskiej Wysokości.

– Capitán de Navío Pedro Rodriguez de la Hoya – przedstawił się starszy stopniem – a mój towarzysz to Capitán de Fragata Pablo Sonnoro Guillermo de Hernante.

„Kurwa, rasowi jak spaniele gryzące się o kość pod cesarskim stołem” – pomyślał Aidan. „Piotr i Paweł. Razem ich tatusiowie zrobili? Bo wyglądają, jakby zeszli z jednej matrycy”.

Nie cierpiał serdecznie hiszpańskiej tytulatury. Wychował się w kolonii, w której posługiwano się nazewnictwem przyjętym w większości języków używanych na terenach zarówno Cesarstwa, jak i Republiki. Grubo ponad połowa poddanych cesarza nie mówiła zresztą ani po hiszpańsku, ani tym bardziej po portugalsku.

– Kapitan Aidan Samuels – odpowiedział. – Czym mogę panom służyć?

– Nam, rzecz jasna, niczym – oświadczył ten równy mu stopniem. Mówił przez nos i miał minę, jakby mu coś śmierdziało. – Lecz nasz przyjaciel, którego doskonale pan zna, kapitanie, to znaczy Capitán de Navío Ruiz Guillermo Rodrigo Santiago Ochoya y Gressio Rossario Vesano, pragnie zaszczycić pana, wyzywając go na pojedynek w związku ze sprawą, która jest wam obu doskonale znana.

„Płacą ci za wygadywanie takich pierdół?” – miał ochotę zapytać Aidan, ale zamiast tego odparł:

– To bardzo interesujące, albowiem Ruiz Guillermo i tak dalej Vesano został osądzony i skazany w związku z defraudacją. O ile się orientuję, złodziejom i oszustom nie przysługuje prawo honorowe.

De la Hoya poczerwieniał ze złości, ale Aidan zauważył, że po twarzy tego niższego stopniem przemknął najwyraźniej niechciany grymas przypominający uśmiech. „Nie odbito ich jednak na jednej prasie” – stwierdził Samuels.

– Nie wiem, czy panu wiadomo – rzekł wyniośle Pedro Rodriguez – ale nasz przyjaciel został uwolniony z więzienia i oczyszczony z zarzutów.

– Tak, że go wypuścili, już słyszałem, lecz jakże można oczyścić z zarzutów człowieka, którego przyłapano na gorącym uczynku, co zostało sfilmowane i udokumentowane dźwiękowo?

– Widocznie sąd dopatrzył się jakichś nieprawidłowości albo materiał dowodowy przedstawiał się zbyt mizernie. – De la Hoya zadarł nos jeszcze wyżej.

Aidan uśmiechnął się krzywo.

– To tak, jakbyś pan, drogi kapitanie, został, nie przymierzając, zdjęty z gwałconej właśnie niewiasty, w dodatku przy świadkach, ze sterczącym przyrodzeniem. A potem wystarczyłoby podciągnąć ci gacie, aby orzec, że nic się nie wydarzyło.

– Paralela niezbyt udana – skrzywił się de la Hoya, ale mina jego kolegi świadczyła o czymś wręcz przeciwnym.

Capitán de Navío zgromił wzrokiem kompana, a tamten tylko lekko wzruszył ramionami, a potem odezwał się po raz pierwszy:

– Obawiam się, kapitanie Samuels, że nie wykpi się pan od pojedynku. Wcale się nie dziwię, że ma pan na to ochotę.

Aidan westchnął ciężko.

– Przecież jesteśmy w stanie wojny. Przebywamy na stacji kosmicznej, na której obowiązuje nieustający alarm trzeciego stopnia. Prawo nie zezwala na pojedynkowanie się. A poza tym czy hrabiątku nie przeszkadza różnica urodzenia?

– Zarówno gubernator Saratogi, jak i wiceinkwizytor wyrazili już zgodę na tę walkę – powiedział z wyraźnym zadowoleniem de la Hoya. – Mamy wszelkie niezbędne dokumenty, jeśli zechce je pan zobaczyć, prześlę pakiet na pański osobisty komputer.

– Nie potrzeba – mruknął Samuels. Jak widać, panowie arystokraci pomyśleli o wszystkim. Pozostał mu tylko jeden argument. – A czy panicz Vesano ma świadomość, jaki w tej chwili mam status?

– Nie rozumiem. – De la Hoya potrząsnął głową.

– Od czasu, kiedy go zapakowałem do kicia, sporo się wydarzyło. Sam również wylądowałem za kratkami. Zostałem wypuszczony, ale pozostaję wciąż w randze niewolnika.

Byli przygotowani i na to.

– Ruiz Guillermo zdaje sobie z tego sprawę. Lecz kodeks honorowy nie ogranicza niewolnikowi wojskowemu prawa do pojedynków. Co innego, gdyby miał pan status niewolnika w jakiejś kopalni, gdyby został pan aresztowany za przestępstwa kryminalne lub zbrodnię. Lecz pan dopuścił się czynnego znieważenia urzędnika cesarskiego, a to nie jest w rozumieniu kodeksu w ogóle przestępstwo, jeśli nie idzie za tym zamiar rabunkowy.

Aidan westchnął ciężko.

– Z tego wynika, że w żaden sposób nie uniknę tego kretyńskiego pojedynku? Gdybym to przewidział, podpieprzyłbym przynajmniej portfel tamtemu gubernatorkowi na Minerve…

– Obawiam się, że nie uniknie pan – uśmiechnął się de Hernante. – Hrabia Vesano jest bardzo zdeterminowany.

– Potrzebne mi to jak dodatkowa dziura w dupie – burknął Samuels. – Ale skoro pan hrabia tak bardzo chce… niech będzie.

Oficerowie zgodnie skinęli głowami.

– W takim razie pozostaje nam uzgodnić szczegóły pojedynku. Przypominam, że jako wyzwanemu przysługuje panu prawo wyboru broni, choć strona przeciwna może tutaj również negocjować. Pan Vesano proponuje szpady corrina. Rzecz jasna, nasz przyjaciel zdaje sobie sprawę, że nie może pan dysponować tak kosztowną bronią, więc gwarantuje dostarczenie doskonałego, sprawdzonego egzemplarza w dniu i na miejscu pojedynku.

– Muszę się zastanowić – odparł Aidan. – O ile się orientuję w zapisach kodeksu, takie sprawy omawia się podczas spotkania sekundantów.

– Oczywiście. Może pan jednak już teraz wysunąć propozycje. – De la Hoya uśmiechnął się kpiąco. – Przypuszczam, że szpady corrina niezbyt panu odpowiadają, gdyż to broń niezmiernie rzadko stosowana w korpusie oficerskim, zarezerwowana zasadniczo…

– Zarezerwowana zasadniczo dla wysoko urodzonych i najbogatszych – wpadł mu w słowo Aidan. – Wiem, wiem. Byle cham nie dotyka drogocennej rękojeści wykańczanej skórą jaszczurki Lacertae corrinae. Może pan sobie darować złośliwości i sarkazm, które miały mnie sprowokować do wyboru właśnie tej broni. Powiedziałem, że się zastanowię, i tak właśnie zamierzam zrobić.

De la Hoya miał minę, jakby właśnie doleciał do niego jakiś przykry zapach. Za to de Hernante zdawał się spoglądać na Samuelsa z coraz większą sympatią.

– Czy możemy wiedzieć, kogo pan wyznaczy, aby reprezentował pańskie stanowisko? – spytał.

– Porucznika Shadera i podporucznika Martineza.

De Hernante zmarszczył brwi.

– Obaj są członkami pańskiej załogi, o ile się nie mylę?

– Tak jest.

– Przypominam panu, że w przypadku pojedynku dowódcy okrętu przynajmniej jeden z sekundantów musi być zarówno oficerem dowodzącym jednostką, jak i równym mu lub wyższym stopniem. Najlepiej, jeśli obaj sekundanci spełniają te warunki. Nie wiedział pan o tym?

– Zapomniałem – mruknął Aidan. – Nie pojedynkowałem się od długiego czasu. Poza tym nikt nie robił nigdy takich ceregieli. Cóż, skoro tak, na drugiego reprezentanta wyznaczam kapitan Amandę Esterę Berger, dowódcę niszczyciela „Greese”.

De la Hoya dopiero teraz zaprezentował, co znaczy zniesmaczenie arystokraty.

– Kobietę? – wycedził. Aidan nie przypuszczał, że można zadrzeć nos tak wysoko, a jednocześnie widzieć coś więcej niż sufit.

– Kobietę – potwierdził spokojnie. – Ma pan coś przeciwko temu? Jakiś uraz z dzieciństwa?

Widział, że de Hernante znów z trudem tłumi chichot, a de la Hoya pobladł ze złości, lecz nie raczył opuścić nosa.

– Kobiety powinny siedzieć w domu – arystokrata cedził pogardliwie słowa. – A ta podobno w dodatku nie jest nawet kobietą, o której można tak w pełni powiedzieć…

Zamilkł na widok wykrzywionej wściekłością twarzy Aidana. Kapitan podszedł do oficera na pół kroku, spojrzał mu prosto w twarz, co nie było trudne, nawet gdy tamten tak mocno zadzierał głowę, bo był od niego sporo wyższy.

– Chcesz dostać po ryju teraz i zaraz, bez zbędnych ceremonii i sekundantów? – wysyczał. – Powiedz jeszcze słowo o kapitan Berger, a wylądujesz w lazarecie. Może stać cię na doskonałe implanty zębów, ale będą to tylko implanty!

Drgnął, kiedy na jego ramieniu spoczęła ręka drugiego z sekundantów.

– Niech się pan uspokoi, kapitanie Samuels – powiedział pojednawczo de Hernante. – Mój znakomity towarzysz na pewno nie chciał powiedzieć nic złego.

Aidan opanował się, odstąpił, ale nadal patrzył drapieżnie na de la Hoyę.

– Wiesz, panie kapitanie de nawio – celowo wymówił to zupełnie bez akcentu, a wręcz wypluł nazwę stopnia z pogardą – za co zostałem swego czasu aresztowany? Dlaczego pobiłem samego gubernatora stacji kosmicznej Minerve? Otóż w mojej obecności raczył się wyrazić nieładnie o kapitan Berger. Bardzo proszę o tym pamiętać na przyszłość.

– Pan mi grozi? – De la Hoya już się opanował.

– A według pana brzmiało to może jak niewymuszona uprzejmość? – odpowiedział pytaniem Aidan.

– Obawiam się w takim razie, że… – zaczął arystokrata, ale towarzysz mu przerwał.

– Pedro! – rzucił ostrzegawczo. – Pan Samuels ma prawo do swojego zdania na temat kapitan Amandy Berger, co więcej, skoro to jego przyjaciółka, ma również prawo bronić jej honoru w dowolny dostępny mu sposób.

Spojrzał na Aidana, przymrużył prawe oko, co Samuels odczytał jako prośbę o milczenie. Nie odezwał się więc.

– Obu was przed chwilą poniosło – ciągnął de Hernante. – Ty, de la Hoya, nie powinieneś się wyrażać w ten sposób o kobiecie, a pan kapitan nie powinien może reagować z tak wielką ostrością. Oczywiście, jeśli chcecie, możecie się o to pojedynkować, chociaż nie wiem, czy gubernator wraz z wiceinkwizytorem wydadzą zgodę na drugą walkę w ciągu tak krótkiego czasu.

De la Hoya odetchnął głęboko, wypuścił powietrze, wydymając mocno policzki.

– Dobrze – powiedział zduszonym głosem. – Odłóżmy tę sprawę. Ale, Bóg mi świadkiem, kapitanie Samuels, lepiej dla pana będzie, jeśli nie zechce mi pan nigdy wejść w drogę. Oświadczam to panu uroczyście i przy świadku.

– Dziękuję za to cenne oświadczenie. – Aidan skłonił się drwiąco. – Nie umiem odpowiedzieć równie kwieciście, niech więc panu wystarczy moje krótkie, za to serdecznie szczere „nawzajem”. A teraz wybaczą panowie, muszę się skontaktować z moimi sekundantami.

Oficerowie bez słowa kiwnęli głowami, po czym skierowali się do drzwi.

– Chwileczkę – zatrzymał ich kapitan. Kiedy się odwrócili, oznajmił: – Dobrze, zgadzam się na warunki Vesana. Szpady corrina. Mój warunek jest tylko jeden. Walka ma się odbyć w stanie nieważkości.

– Przekażemy propozycję hrabiemu – rzekł de Hernante.

Po chwili Aidan został sam. Zaklął i splunął. Natychmiast spod szczeliny obok drzwi łazienki wyjechał mały automat sprzątający. Kapitan miał ochotę kopnąć urządzenie, żeby wyładować złość, ale powstrzymał się. Lepiej zachować agresję na nadchodzącą walkę. Psucie sprzętu wydało mu się zresztą równie bezsensowne, jak i ten cholerny pojedynek.

* * *

Don Sebastian Lerma przechadzał się przed trójką kapitanów, stojących na baczność. Wzrok mieli zgodnie utkwiony w ścianie.

– Pana nie winię, Edgarze – zatrzymał się przed Guardadem – bo nawet nie wiedział pan o tym szaleństwie. Ale pani, Amando? Miałem cię za rozsądniejszą. Nasz drogi Aidan, rzecz jasna, nie przepuściłby okazji, jeśli tylko można narobić bałaganu. Pojedynków mu się zachciało!

– Mnie?! – Samuels porzucił obojętną maskę, wytrzeszczył oczy na inkwizytora. – Zostałem wyzwany! Co miałem zrobić?

– Odmówić – odparł spokojnie Lerma. – Jest pan cesarskim oficerem, a nie jakimś piratem, który może sobie robić, co mu się podoba.

– Pan by oczywiście odmówił, Ekscelencjo? – spytał Aidan, starając się powstrzymać ton sarkazmu w głosie.

Lerma skrzywił się. Zdawał sobie sprawę, że wszyscy obecni wiedzą o jego pełnej pojedynków młodości.

– Nie rozmawiamy teraz o mnie – rzekł. – Ale powinien pan wiedzieć, że mając status niewolnika, nie może pan decydować samodzielnie o takich sprawach!

– Proszę wybaczyć – odparł chłodno Aidan – lecz nie przyszło mi to do głowy. Ale mogę dać oficerskie słowo honoru, że próbowałem zniechęcić sekundantów Vesana do ich misji.

– W to akurat wierzę – odparł Lerma. – Nie jest pan aż taki głupi, żeby bez potrzeby ryzykować życie. Ale trzeba było po prostu skontaktować się ze mną.

– Byłem pewien, że kto jak kto, ale wielki inkwizytor Jego Cesarskiej Mości został poinformowany o tym, co dzieje się pod jego bokiem. Wszak wiceinkwizytor stacji wydał zgodę.

Lerma, który przed chwilą znów podjął marsz, teraz stanął przed Samuelsem i zmrużył oczy. Aidan doskonale znał ten ich wyraz – groźba zmieszana z ledwie tłumioną wściekłością. Tyle że teraz akurat ta wściekłość i groźba nie dotyczyły wyjątkowo samego kapitana.

– Gdybym wiedział, pierwszy bym uciął łeb sprawie – warknął. – I uciąłbym ten łeb, nawet gdyby trzeba było wsadzić hrabiego Vesana do aresztu pod byle pretekstem. Jesteście mi potrzebni, do cholery! Cała trójka, i to w stanie nienaruszonym!

Guardado spojrzał zaskoczony na don Sebastiana.

– Coś się stało?

– Stało się, stało. Muszę wysłać was w drogę, w dodatku najszybciej, jak się da.

– Przecież nasze okręty zostały zupełnie wybebeszone – zauważyła Amanda.

Lerma podszedł do biurka, oparł się o nie tyłem i skrzyżował ręce na piersi.

– Właśnie je składają do kupy. Skoro do tej pory nic nie znaleźli, to pewnie już nie znajdą. Ta sprawa jest pilniejsza niż niespełnione ambicje panów profesorów. Co więcej, otrzymacie skanery tachionowe najnowszej generacji. Wasi oficerowie z odpowiednich sekcji powinni się już z nimi zapoznawać.

Kapitanowie wymienili spojrzenia.

– No to sprawa musi być rzeczywiście ważna – zauważyła Amanda. – Słyszałam o tym sprzęcie, ale przypuszczałam, że dostaniemy go najwcześniej za…

– Dostaniecie go natychmiast – przerwał jej inkwizytor. – Podobnie zresztą jak wszystkie jednostki, które w najbliższym czasie przejdą jakiekolwiek prace remontowe.

– Z tego wnoszę, iż okręty Republiki zostały już wyposażone w takie urządzenia – zauważył Aidan z kwaśnym uśmieszkiem. – Bo inaczej czekalibyśmy pewnie parę lat na takie cuda.

Lerma skrzywił się z niechęcią, ale odpowiedział zupełnie spokojnie:

– To także. Ale podejrzewam, a nawet mam pewność, iż piraci również dysponują czymś podobnym. Nie stać ich, rzecz jasna, aby montować skanery na każdym większym okręcie, ale ich kolonie, stacje i duże jednostki mogą już używać precyzyjnych czytników tachionowych.

– Można za ich pomocą o wiele dokładniej identyfikować okręty, które wychodzą z nadprzestrzeni, prawda? – spytała Amanda.

– Tak – odparł don Sebastian. – Włącznie z sygnaturami. No i na pewnym dystansie określają dokładnie rejon pojawienia się jednostek, a nie tylko informują, że coś się gdzieś tam wydarzyło w pewnym kierunku. Wiele jeszcze trzeba będzie w nich ulepszyć, ale na potrzeby waszej wyprawy powinny wystarczyć z naddatkiem.

– Powie pan wreszcie, o co właściwie w tym chodzi, Ekscelencjo? – spytał Guardado.

– Powiem, kiedy przyjdzie czas. – Lerma obdarzył Samuelsa ciężkim spojrzeniem. – Na razie nasz drogi Aidan musi odbyć pojedynek. To ma być jutro?

Aidan kiwnął głową.

– Z tego, co wiem, zgodził się pan na warunki Vesana?

Kapitan znów potwierdził.

– Czy pan oszalał?!

– Też mu to mówiłam, ale się uparł – wtrąciła Amanda. – Chciałam iść negocjować zmianę broni, ale mi nie dał. Szpada corrina – prychnęła. – Przecież tym nie da się walczyć!

– Właśnie – podjął Lerma. – Szpada corrina. Ma pan pojęcie, mój drogi Samuelsie, że to broń niezwykle trudna w użyciu dla kogoś, kto nie ma z nią doświadczenia?

– Wiem, Ekscelencjo – odparł Aidan, wzruszając lekko ramionami. – Jednak nie chciałem wyjść na tchórza.

– Popatrzcie! Nie chciał wyjść na tchórza! – Inkwizytor wzniósł oczy. – Ale na trupa nie obawia się pan wyjść?

– Pewnie się zagalopowałem – burknął Aidan. – Teraz jest już za późno.

– Tak, z pewnością się pan zagalopował – odparł Lerma i nagle zmarszczył brwi, spojrzał badawczo na dowódcę „Sirene”. – Moment, moment. Zagalopował się nasz kapitan czy nie? Jest pan typem, który w obliczu zagrożenia potrafi zachować zimną, by nie rzec lodowatą krew. Coś mi się… Zaraz… Muszę jedną rzecz sprawdzić.

Obszedł biurko, uruchomił panel małego, osobistego komputera. Aidan wiedział, że inkwizytor rangi Lermy posiada dostęp do każdej informacji, nawet tych najtajniejszych. Dlatego też to urządzenie nie posiadało zakończenia w postaci holoekranu, ale zwyczajny płaski wyświetlacz. Dane były przeznaczone wyłącznie dla oczu dostojnika.

– Kapitan Aidan Samuels, urodzony siódmego czerwca czterysta sześćdziesiątego dziewiątego roku w Gerango, na planecie Rigma, w szpitalu centralnym kolonii Olbania – powiedział po chwili Lerma. – Od jedenastego do piętnastego roku życia zamieszkiwał u krewnych na planecie Sargema. Na planecie Sargema – powtórzył w zamyśleniu, a potem spojrzał uważnie na Aidana. – No tak, powinienem wcześniej się domyślić. Ma pan w ogóle dostęp do szpady corrina?

Samuels potrząsnął głową.

– Nie. W arsenale stacji również nie ma nawet jednego nędznego egzemplarza.

– I nic dziwnego. Po co trzymać w zbrojowni taką sztukę, o wartości dorównującej porządnemu działu laserowemu, skoro można w to miejsce zakupić sporo innego sprzętu? A zatem dostanie pan do ręki szpadę dopiero na ubitej ziemi?

– Raczej w ubitym powietrzu – odparł Aidan. – Vesano wyraził zgodę na pojedynek w stanie nieważkości.

Lerma pokiwał głową.

– A jednak nie zgłupiał pan tak dokumentnie, jak sądziłem – rzekł. – Tyle że zetrze się pan z przeciwnikiem, który zna szpadę doskonale. Naprawdę dziwię się, że nie zażądał pan szabel.

– Będzie, co ma być – odparł Aidan. Miał dość tej rozmowy. Sam żałował, że w przypływie ambicji zgodził się na te przeklęte rożny, choć w tamtej chwili zdawało mu się, że wykazał się sprytem. Lecz było już doprawdy za późno.

– Dobrze. – Lerma rozparł się wygodniej w fotelu. – W takim razie do sprawy związanej z waszą misją wrócimy od razu po pojedynku. Jeśli Samuels zginie, będę musiał wprowadzić w sprawy kogoś innego, a sami wiecie, że nie cierpię zmieniać planów bez potrzeby. Możecie odejść. To znaczy pan może, Edgarze, i Amanda. Mój ulubieniec zostanie. Mam mu coś jeszcze do przekazania.

Aidan skrzywił się. Domyślał się, co inkwizytor chce mu powiedzieć. Kolejna połajanka… W dodatku w głębi ducha przyznawał dostojnikowi rację. Mógł przecież zwrócić się do niego o interwencję i uniknąć tej głupiej konfrontacji.

Ale przecież wówczas nie byłby sobą.

– Drogi kapitanie – rzekł Lerma, gdy zostali sami – znów się pan wpakował w kłopoty. Nie dalej niż dwie godziny temu miałem niewątpliwą przyjemność rozmawiać z hrabią Silvanem Vesanem, tatusiem twojego wielbiciela Ruiza.

– I co powiedział tatuś? – spytał kwaśnym tonem Aidan.

– O tym za chwilę. Na razie rzeczywiście chciałbym przekazać ci coś bardziej konkretnego.

* * *

W sali treningowej uczyniło się nieco ciasno. Gdyby zjawili się tylko zainteresowani, to znaczy pojedynkowicze i ich sekundanci, nie byłoby problemu z miejscem, jednak na walkę przyszedł popatrzeć zarówno gubernator stacji, jak i wiceinkwizytor. Temu ostatniemu towarzyszył osobisty sekretarz oraz siwy mężczyzna, którego ani Aidan, ani jego towarzysze nie znali. Lecz kiedy kapitan przyjrzał się bliżej, zauważył w rysach twarzy starszego pana podobieństwo do swojego przeciwnika. A zatem ojczulek przyszedł zobaczyć, jak też sobie poradzi jego latorośl.

– No to mamy tutaj niezły zlot – mruknął Shader. Stali w kącie przeciwległym do zajmowanego przez arystokratów, przyglądając się wytwornym hidalgom i grandom. – Czekamy jeszcze tylko na lekarza, tak? Kurde, żeby na mój pogrzeb przyszło tylu ludzi, w dodatku wysoko urodzonych…

– Na twój pogrzeb nikt nie przyjdzie – odezwała się Amanda. – Skonasz samotnie w jakimś orbitalnym burdelu, a twojego trupa wykidajło wyrzuci w przestrzeń, żeby uniknąć pytań. Których i tak nikt by nie zadawał.

– To