Wydawca: Psychoskok Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

RPGranda, czyli świat po drugiej stronie ebook

Dawid Czaja

1.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 328 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka RPGranda, czyli świat po drugiej stronie - Dawid Czaja

Powieść RPGranda, czyli świat po drugiej stronie posiada niezwykle wartką akcję i cięty humor przebijający się przez narrację, co pozwala czytelnikowi nie tylko prawić kąśliwe uwagi na temat wszystkiego, lecz wymieniać się nimi z samą historią. To jest ten dialog dzieła z odbiorcą, którego tak naprawdę wszystkim potrzeba raz na jakiś czas. Losy Jacka i jego Oddziału 2. wciągają wręcz demonicznie. Choć z pozoru mogą wydawać się błahe, pozór jest tutaj głównym elementem operacyjnym fabuły. Lektura stawia ogromną ilość pytań i w pewien pokrętny sposób na nie odpowiada. No, może poza pytaniem o to, kiedy rektor będzie mieć wszystkiego dosyć i kopnie doktora Franco w sto diabłów. Ale to nie o nim ta historia. Raczej o tych stu diabłach, mówiąc w przybliżeniu, bo olbrzymie demoniczne armie i demony wewnętrzne bohaterów, ogólnie rzecz ujmując, są liczbą nieco większą. Jack i jego ekipa mieli znaleźć się w świecie gry komputerowej, ale zamiast trafić do RPG, wylądowali w środku wojny zdecydowanie bardziej „Massie multiplayer”, wcale niebędącej też online. Grą jednakże okazało się wszystko to, co toczy się wokół nich, a skala rozgrywki ostatecznie wykracza poza galaktykę.

Opinie o ebooku RPGranda, czyli świat po drugiej stronie - Dawid Czaja

Fragment ebooka RPGranda, czyli świat po drugiej stronie - Dawid Czaja

Dawid Czaja "RPGranda, czyli świat po drugiej stronie"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2014 Copyright © by Dawid Czaja, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki © Jarosław Grudziński - Fotolia.com Zdjęcie okładki © eugenesergeev - Fotolia.com

ISBN: 978-83-7900-171-2

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl

Dawid Czaja
RPGranda
czyli świat po drugiej stronie
Wydawnictwo

Część I

CZYLI O TYM,

JAK WSZYSTKO SIĘ ZACZĘŁO

Prolog

Często wydaje się nam, że wiemy już wszystko. Podejrzewamy, że jako ludzkość jesteśmy nieśmiertelni, niepokonani, potrafimy ujarzmić naturę. Jednak w końcu przychodzi taki moment, w ciągu którego uświadamy sobie, jak małą iskierką we wszechświecie jest nasza cywilizacja. Na co dzień nie myślimy dużo. Nastawieni jesteśmy jedynie na te kilka rzeczy do zrobienia. Zapominamy tylko o samych sobie. To my zaskakujemy siebie najbardziej. Zmiany, które zachodzą w człowieku, zaskakują. I chociaż w technologii dążymy do doskonałości, to gdzieś daleko za plecami pozostawiliśmy własne Ja. Świat okryty cierpieniem, maską.

Właśnie w takim, pozornie sielankowym świecie znalazł się Jack. Jedna decyzja zaważyła na całym jego dalszym życiu. Czy okaże się negatywne? Tego Wam nie zdradzę, bo sami powinniście odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jedno jest pewne, nic nie będzie już takie, jakie się wydaje.

Prototyp

Cała historia zawiązuje się w laboratorium, gdzie doktor Franco i jego asystent opracowują nowy wynalazek. Wynalazca Franco sprawiał wrażenie szalonego naukowca. Jego włosy zawsze były w nieładzie. Z reguły chodził w białym kitlu. Było widać na nim wszelkie plamy po różnych doświadczeniach. Doktor z natury był spokojnym, miłym oraz ambitnym człowiekiem, dlatego nie lubił prowadzić wszelakich sporów.

Laboratorium było takie jak on, inne. Trochę odstające od reguły. Ogromne, jasne pomieszczenie, w którym znajdowało się wiele przeróżnych rzeczy. Zacznijmy od wejścia. Nie było w nim niczego specjalnego oprócz znaczka przedstawiającego czaszkę ze skrzyżowanymi piszczelami. Znajdował się on na środku dębowych drzwi. Po wejściu każdy gość był pełen zachwytu. Pierwsze wrażenie było pozytywne, lecz po paru wizytach można było dostrzec wszystkie niedoskonałości. Między innymi odpadający tynk, zacieki. O takim laboratorium mówiło się, że jest z prawdziwego zdarzenia. Po prawej stronie znajdowały się szafy z dokumentami. Nic nie miało tam swojego miejsca. Po lewej zaś były komputery oraz stoły pełne wykorzystanych probówek.

Doktor Franco właśnie zaczynał poranną kawę, gdy zawitał do niego rektor uniwersytetu. Był on nieco łysawy. Często ubierał się w beżową marynarkę, wytarte jeansy oraz czarne lakierki. Dzisiaj, jednak coś się zmieniło. Nie wiadomo, dlaczego rektor z ponurego starca zamienił się w zadowolonego z życia człowieka. Dlatego pewnie założył coś, co całkiem nie pasowało do niego. Ubrał kolorową koszulę w kwiaty oraz krótkie białe spodenki. Jak zawsze na nosie miał duże i grube okulary. Nie lubił Franco. Zazdrościł mu jego naukowej kariery. W swoim życiu Franco otrzymywał wiele nagród z różnych dziedzin nauki. Była to fizyka, chemia, technologia, itd. Teraz dzięki wynalezionemu niedawno urządzeniu znowu wzbije się na wyżyny. Jego celem jest zdobycie Nagrody Nobla. Najbardziej prestiżowego wyróżnienia na całym świecie. Rektor, fakt, że nie został wybitnym wynalazcą przypisywał Franco'wi, lecz tak naprawdę zgubiły go pieniądze. Jego konkurent miał całkowicie inne priorytety. Wolał żyć w biedzie i zostać docenionym później niż na odwrót.

Rektor ucieszył się więc z zamknięcia laboratorium swojego rywala:

– Dzień dobry, Franco. Widzę, że ci się powodzi. Przypominam, że bankrutujemy i twoje laboratorium zostanie zamknięte jako pierwsze. Chyba, że cudem wynajdziesz coś pożytecznego. Co oczywiście obaj dobrze wiemy, nie jest możliwe.

Doktor Franco ożywiony wstał z fotela.

– Dzień dobry! Miałem właśnie panu powiedzieć. Właśnie szedłem by powiedzieć, że razem z moim asystentem skonstruowaliśmy wynalazek, który zrewolucjonizuje rynek komputerowy. Wszystko się zmieni.

– Ach tak! Ciekawe, co to takiego stworzyliście. Czyżby znowu coś, co można wyrzucić do kosza po pierwszym użyciu?

– Zapewniam pana, rektorze, że jestem w 100% pewien żywotności mojego prototypu. Jest to maszyna mogąca przenosić ludzi do gier video i pozwalająca im uczestniczyć w fabule – opowiadał dumny Franco.

– Nie jestem co do tego przekonany, ale brzmi ciekawie. Gry video? Jest to aby na pewno do końca bezpieczne? –pyta rektor.

– No... – odpowiadał niepewnie Franco. Doktor wahał się odpowiedzieć cokolwiek.

– Czy ktoś już to wypróbował? – ponownie zadał pytanie rektor z lekkim oburzeniem.

– No jeszcze nie, ale zbieram kandydatów – dopowiadał szybko.

– Mam nadzieję, że tylko nie naszych studentów.

– No niestety, studentów – odpowiadał zniesmaczony doktor.

– Nie podoba mi się to. Narażasz naszych! Pamiętaj, jesteś za nich odpowiedzialny! – krzyczał rektor.

– Niech pan się nie boi. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Nic nie może się stać. Absolutnie nic.

– No właśnie. Pewnie jak zwykle nic się nie stanie. Chcę, żebyś wiedział, że taki pomysł bardzo mi się nie podoba. No, ale dobrze. Od razu mówię ci, że to ty odpowiesz, jeżeli im się coś stanie i wylecisz stąd na bruk.

– Oczywiście.

– Za tydzień o 14:00 przyjdę tu do pana. Wszystko ma być już gotowe. Jeżeli jest tak jak mówisz, zarobimy na tym i nie będziemy musieli zamykać połowy uniwersytetu albo nawet całego. Nie będę w końcu musiał siedzieć tu i tylko pouczać profesorów.

Rektor wyszedł. Doktor Franco ciężko westchnął i powrócił do porannej kawy. Chwilę później zjawił się asystent. Doktor opowiedział o zdarzeniu. Leo, bo właśnie tak miał na imię asystent, czym prędzej wywiesił ogłoszenie, w którym informuje o eksperymencie.

– Doktorze i co teraz?

– Teraz możemy tylko czekać.

Po tych słowach Franco pogrążył się w rozmyślaniach. Niedługo siedział bezczynnie. Po paru minutach wezwano go do pewnego wcześniejszego wynalazku. To robot-kelner. Niezbyt udany wynalazek, ponieważ ciągle coś się przegrzewało pękało lub coś takiego. Tym razem robot zamiast podawać jedzenie klientom, zaczął nim rzucać oraz atakować wszystkich napotkanych ludzi. Geniusz ze śrubokrętem i młotkiem w ręku wpadł do baru. Polecił kucharzowi, aby pomógł mu w złapaniu rozszalałego robota. Plan był taki:

– Zwróć uwagę robota na siebie i wyzwij go na pojedynek. Później cofaj się powoli. Ja zajdę go od tyłu i przekręcę śrubę wyłączającą zasilanie – zaproponował naukowiec.

– Dobrze. Zgadzam się. Zrobię wszystko dla mojego baru – odrzekł kucharz.

– Dziwne – pomyślał wynalazca – Masz to – mówił, podając pracownikowi młotek.. – Jak będziesz musiał się już bronić, użyj tego.

– Oj! Czy on jest aż tak niebezpieczny? – pytał kucharz.

Nie odpowiadając na zadane mu pytanie, naukowiec zaczął podkradać się do urządzenia. Kucharz wiedział, że nieznany mu wynalazca rozpoczął wdrażać swój plan w życie. Pracownik zaczął się rzucać na robota, co zmusiło maszynę do czynnej obrony. Wtedy zza zasłony wyskoczył Franco i nim urządzenie zrozumiało, że to był podstęp, doktor wyłączył go. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

Zepsuty robot został zabrany do laboratorium przez naukowca w celu ustalenia co znowu się popsuło. Kucharz mógł wrócić do swojej pracy. Niestety bar wyglądał jak pobojowisko, przez co on i jego pracownicy musieli zacząć sprzątać. Pozostali klienci byli zmuszeni opuścić pomieszczenie.

– Eh... ile razy musi się to jeszcze wydarzyć, by w końcu zrozumiano, że ten robot powinien być zniszczony – narzekał kucharz.

Tymczasem w laboratorium, Franco stara się ustalić, co stało się z jego wynalazkiem.

– No i znowu się zepsułeś – mówił do siebie. – Ile razy mam cię jeszcze naprawiać? Zobaczmy – Szaleniec zagląda do prowizorycznej szyi urządzenia i znajduje rozwiązanie – Arrrr... tak, przewód się przepalił.

Po głębszym zastanowieniu doktor postanowił, że wymieni całą płytę główną, ponieważ możliwe, że tam również doszło do zwarcia i przez to wszystko się psuje. Po znalezieniu odpowiedniej części i zainstalowaniu jej Franco wpada na genialny pomysł. Uruchomił swój komputer i zajął się pisaniem programu. Praca była żmudna. Utopił się w liczbach. Nie lubił matematyki, ale musiał ją umieć. Gdy wreszcie skończył, wybiła północ.

Następne minuty spędził na wgrywaniu programu do pamięci robota i testowaniu go. Polegał on na tym, że w chwili przepalenia się przewodu lub uszkodzenia mechanizmu, wynalazek po prostu się wyłącza. Teraz w końcu doktor mógł zapobiec przerażeniu klientów oraz niemiłemu sprzątaniu po całej akcji. Dumny naukowiec odstawił robota do magazynu i przykleił na nim kartkę z napisem „Zaprowadzić do Baru IV”. Po udanym dniu doktor wrócił do mieszkania. Nie miał żony, ani dzieci, ani też nie posiadał rodziny blisko siebie, nawet psa. Jego ojciec oraz matka mieszkają na drugim końcu kraju. Kiedy naukowiec wszedł do mieszkania, spojrzał na kalendarz i udał się w kierunku kuchni:

– No, Franco, za niedługo będziesz już miał 42 lata, a nadal nikogo nie znalazłeś. Obiecuję sobie, że po ukończeniu projektu założę rodzinę.

Po przygotowaniu oraz zjedzeniu kolacji z kuchni francuskiej, ponieważ taką naukowiec preferował, udał się spać. Usnął, mając nadzieję na poprawę w swoim życiu.

Przed podróżą

Wstał poranek, a uniwersytet zapełnił się studentami.

Przechodzący uczeń zauważył ogłoszenie o eksperymencie. Ktoś obiecywał oczywiście nagrodę pieniężną oraz poprawę ocen dla ochotników. Skusiło to Jacka. Był on zwyczajnym studentem. Nie wyróżniał się spośród tłumu. To jego pierwszy rok na uniwersytecie i nie potrafił się odnaleźć wśród rówieśników. Miał jedynie dwóch kolegów, z którymi przyjechał studiować. Od razu pomyślał, że razem ze swoimi przyjaciółmi mogliby wziąć udział w doświadczeniu. Bez zastanowienia wybiegł z uczelni i ruszył w kierunku domu. Wpadł do mieszkania podniecony.

Mieszkanie było małe. Były w nim trzy normalne pokoje, kuchnia oraz łazienka. Można powiedzieć, że było zadbane. Grupy nie było stać na lepsze. Ledwo nadążali z płaceniem czynszu. Chłopak wszedł do pokoju, a ten nie był niezwykły. Był tam telewizor, kanapa, parę krzeseł, a pośrodku stał stół. Pomieszczenie nijak było ozdobione, przez co od razu można rozpoznać, że mieszkają tam przedstawiciele płci męskiej.

Jack od razu zaczął mówić o co chodzi.

– Hej! Cześć! Znalazłem bardzo fajne ogłoszenie – mówił podniecony Jack.

– Ale jakie? O co chodzi? Wolniej – odparł Mike.

– Znalazłem ogłoszenie wystawione przez jakiegoś doktora Franco. Pisze w nim, że potrzebuje ochotników do udziału w eksperymencie. Nie mówi jaki to rodzaj eksperymentu, ale może być zabawnie. Co wy na to?

– Jak dla mnie to w porządku – odezwał się Louis.

– No, ja nie jestem pewien – powiedział Mike.

– No chodź! Będzie zajebiście. W końcu przerwiemy tę nudę – nakłaniał Jack.

– Niech ci będzie. Zawsze musisz postawić na swoim. Kiedy mamy przyjść? – spytał Mike.

– Pisze, że za tydzień we wtorek – odpowiedział Jack.

– Mamy jeszcze dużo czasu – powiedział Louis.

Na tym skończyła się rozmowa. Wszyscy zabrali się do nauki lub raczej udawali, że coś robią. Tydzień przebiegł niepostrzeżenie szybko. Nie wydarzyło się nic szczególnego. Mogę jedynie wspomnieć o tym, że przyjaciele kilka razy byli na jakiś dziwnych imprezach, ale nic z tego nie wyniknęło. Chłopcy coraz bardziej się niecierpliwili, lecz gdy nadszedł upragniony dzień, trochę się przestraszyli. Zaczęli znowu rozmawiać między sobą. Czuli się trochę niepewnie. W końcu poszli. Zdawało się, że podróż z domu do miejsca spotkania, ciągnęła się wieki.

Gdy weszli do laboratorium, przywitał ich doktor Franco. W jego oczach widać było zadowolenie. Oprócz nich znajdowały się tam również dwie przyjaciółki. Jedna z nich od razu wpadła Jackowi w oko. Była to brunetka o ciemnych oczach. Miała na imię Alice. Jej koleżanka, Katherine, była blondynką z niebieskimi oczami. Doktor Franco przedstawił ich sobie po czym wytłumaczył szczegóły projektu. Wszyscy nieco się podenerwowali. Plan był taki, aby wejść do gry i prędko wyjść.

Nagle przez drzwi wszedł rektor. Widać było, że mu się śpieszyło.

– No i jak Franco znalazłeś kogoś? – spytał profesor,

– Tak oczywiście. Oto oni Jack, Alice, Louis, Mike i Katherine.

– Witam! A więc zapoznaliście się już ze szczegółami planu.

– Tak, ale niepokoi nas powrót – odezwała się Katherine,

– Nie obawiajcie się. Wszystko będzie kontrolowane stąd – wtrącił się doktor,

– A więc wszystko załatwione. Nic tu po mnie – odparł rektor i wyszedł. Pewnie miał na głowie jakieś ważniejsze... ”rektorskie” sprawy.

– Ok, wyszedł teraz powiem wam coś. Nie wyślę was dziś. Dopiero pojutrze. Jutro spotykamy się tutaj o 17:00. Wszyscy pójdziemy do sklepu. Nie będzie to zwyczajny sklep. Późnym popołudniem otwierają coś w rodzaju hipermarketu, lecz z samymi wynalazkami ostatnich lat. Niewykluczone, że przyda wam się jakaś pomoc. Rozumiecie?

– No, jasne – odpowiedzieli bez entuzjazmu.

– A więc do jutra! – powiedział doktor i opuścił laboratorium.

Nazajutrz prawie wszyscy zebrali się o ustalonej porze. Musieli oni czekać na wiecznie spóźniającego się Mike'a. Kiedy w końcu przyszedł wybrali się do „sklepu”.

Kiedy tylko weszli do budynku, poczuli się jakby we śnie. Wszystko tam było nowe, rewolucyjne. Większość sklepu było poniżej poziomu ulicy. Znajdowała się tam woda po to, by od razu wypróbować i dostosować produkt do swoich potrzeb. Doktor Franco miał tylko jeden cel. Mianowicie kupić wszystkim śmiesznie wyglądające czapki. W rzeczywistości zmieniały one człowieka w określone zwierzę. Każdy z ochotników miał wybrać jedną dla siebie. Czapki wyglądały trochę jak zwyczajne czepki do pływania. Chyba każdemu trudno było uwierzyć w istnienie czegoś takiego. No, ale cóż... magia opowiadań.

– Tak, moi kochani, wybierzcie jedną, wypróbujcie i znikamy. Co wy na to? – przemówił Franco.

– No dobrze – odparli chórem, bez przekonania po raz kolejny. Co oni tak tym chórem odpowiadają? Jakieś zegarki synchronizujące?

Jack jako pierwszy porwał pierwszą lepszą czapkę i wskoczył do wody. Za nim weszła reszta. Nagle całej piątce zakręciło się w głowie, ciśnienie zaczęło zatykać uszy. Spojrzeli na siebie i przerazili się. Alice oraz Katherine zmieniły się w coś podobnego do syren. Mike i Louis w małe stworzonka. Przypominali trochę pływające koralowce. Jack natomiast w coś przeraźliwego. Trudno było powiedzieć, kim jest. Przypominało to krzyżówkę rekina oraz węgorza elektrycznego. Zaczął on szaleć, pływać w tę i z powrotem, ciesząc się z ogromnej prędkości. Reszta podążała za nim. Cały czas zwiedzali świat podwodny. Było tam wiele ryb oraz różnych dziwadeł. W głębinach pływały stworzenia fluorescencyjne (czyli takie, które świecą). Pełno było małych rybek mieniących się coraz to rozmaitszymi kolorami. Pływające w ławicach dawały naprawę świetne pokazy świetlne. Znakomicie upodabniały się do innych większych od nich ryb oraz budowli. Mike pomyślał, że chcą nam w ten sposób coś powiedzieć, lecz nikt z grupy nie był w stanie słuchać jakiegoś gościa o wątpliwej zdolności umysłowej. Jack złapał jedną z nich i okazało się, że są to małe roboty. Nagle zafascynowanie nimi spadło. Następnie pod wodą widzieli matronice. Przebrzydłą rybę ze światełkiem zwisającym z przodu. Widok był ohydny. Gdy w końcu zmęczyli się ciągłym pływaniem za pseudo zwierzętami, postanowili wrócić do doktora Franco.

Po wypróbowaniu wyszli wszyscy z wody. Na brzegu czekał naukowiec. Kiedy zdjęli "czepki". Znowu poczuli się tak samo jak na początku, gdy je zakładali. Franco wytłumaczył im, że to przez tą dziwną czapkę. Zmiana postaci była nowością dla organizmu, dlatego mózg wywołał ból głowy, a aparat pomagający w utrzymaniu równowagi, patrz: błędnik, kręcenie. Doktor poinformował ich, że to nic nadzwyczajnego. Powiedział również o tym, że z biegiem czasu i używania tego ustrojstwa, organizm przyzwyczai się i nie będą zauważali różnicy.

Po udanych zakupach udali się w stronę wyjścia, aby wrócić do laboratorium. Zdziwili się, że uniwersytet był przepełniony:

– O, zobaczcie, ile tu ludzi. Ostatnio tylu uczniów widziałem na rozpoczęciu roku – odezwał się Louis.

– To przez koncert, który ma się odbyć na sali głównej – odpowiedział Mike.

– Ooo! Wspaniale! – krzyknęła Katherine.

– Przykro mi. Wy nie możecie iść – powiedział doktor.

– Jak to? – spytał Mike.

– Musicie być wypoczęci, ponieważ nie wiecie, co was czeka.

– Ależ doktorze.. – marudziła Alice.

– Nie ma mowy. Już skończyliśmy ten temat. Koniec i kropka.

Ale dają sobą rządzić. Zadziwiające.

Po dojściu do laboratorium naukowiec przekazał im ostatnie wskazówki i nakazał, aby przyszli znowu jutro o 10:00.

– A więc plan nie jest wcale skomplikowany teraz idziecie do domów i kładziecie spać jak grzeczne dzieci – zachichotał Franco. – Musicie dobrze wypocząć. Jutro ciężki dzień – dodał wynalazca. Co on ma z tymi “planami”?

Wyszli i wrócili do domów. Kładli się do łóżek z myślą, że następny dzień przyniesie całkowitą zmianę w ich życiu.

Następnego dnia Jack i jego znajomi wstali dość wcześnie bo około 7:00 rano. Przygotowani do "podróży", czekali.

– No cóż, powiem wam, że trochę strach mnie obleciał – przerwał milczenie Louis.

– Też muszę się do tego przyznać – wtrącił Mike.

– Wszyscy się boimy – dodał Jack.

– A co będzie, jak tam zostaniemy na zawsze? – spytał Mike.

– Nie mów tak. Myśl pozytywnie – odrzekł jak zwykle opanowany Jack.

– Spokojnie tchórzu, przeżyjemy – zadrwił z Mike'a Louis.

Po rozmowie włączyli telewizor i zaczęli „skakać po programach”. Gdy w końcu wybrali interesujący ich program, zapomnieli o zmartwieniach. Później ponownie zapadła cisza.

W mieszkaniu Alice i Katherine panowały podobne nastroje. Ich mieszkanie również było małe, ale przytulne. Po wejściu do ich zakątka czuło się trochę, jak w rodzinnym domu. Na pierwszy rzut oka widać było, że mieszkają tam kobiety. Mieszkanie było dobrze zadbane oraz ozdobione. Można powiedzieć, iż stanowiło przeciwność mieszkania Mike'a, Louisa oraz Jacka. Po chwili zaczęła się rozmowa.

– Wiesz, Alice, przeraża mnie trochę ta cała "podróż". Jak myślisz dobrze zrobiłyśmy, że się zgodziłyśmy na to?

– Nie myśl o tym. Zdaje mi się, że w końcu skosztujemy smaku przygody.

W końcu wybiła ta magiczna godzina. Wszyscy weszli do laboratorium doktor Franco, jego asystent Leo i rektor już na nich czekali. Rektor z nerwów, co chwilę przecierał okulary. Leo wprowadził urządzenie przenoszące.

Wyglądało ono jak jakieś działko laserowe z Gwiezdnych Wojen. Było tak, ponieważ konstruktorzy, czyli doktor i Leo, byli ich fanami. Profesor ujrzawszy dany wynalazek prawie zaśmiał się szyderczo. W ostatniej chwili się powstrzymał. Gdy tylko ochotnicy urządzenie zobaczyli, mieli mieszane przeczucia. Mike zaczął nerwowo przełykać ślinę.

– A więc od teraz nazywacie się Oddział 2. Co wy na to? – powiedział Franco.

– Oddział 2? Co stało się z jedynką? – szybko wtrąciła się Katherine.

– Wolelibyście nie wiedzieć – odpowiedział doktor. Ta odpowiedz jeszcze bardziej zdenerwowała uczestników.

– Aha – wydusił Louis.

– Więc zaczynajmy. Leo czyń honory.

Pomocnik wycelował maszynę w grupę.

– Powodzenia! – krzyknął Franco.

Asystent nacisnął wielki zielony przycisk. Urządzenie zaczęło w sobie kumulować jakieś dziwne światło. Naprawdę przypominało pozaziemskie... coś. Maszyna wystrzeliła czerwony promień w kierunku grupy. Wszyscy odruchowo się zakryli oraz momentalnie zniknęli. W maszynie zaczęły przepalać się wszystkie przewody. Rozpoczął się pożar. Franco przestraszony rzucił się w stronę komputera. Natomiast Leo chwycił za gaśnicę i zaczął gasić płonący prototyp. Gdy Franco włączył grę, w której miał znaleźć się Odział 2 zobaczył wszystkich jego członków. Byli nieco oszołomieni. Doktor mógł z nimi rozmawiać jak przez telefon.

– Słuchajcie, nie jest dobrze.

– Super! – krzyknął Jack

– Jest problem z maszyną. Nie możemy was przesłać z powrotem, ponieważ popsuła się.

– Co? – spytał oszołomiony Mike.

– No, naprawa potrwa jakieś dwa miesiące.

– I co my mamy tu robić? – spytała Alice.

– Nie denerwujcie się. Jest inny sposób na wyjście. Musicie znaleźć tajne przejście na jednej z gór wulkanicznych.

– Co? Nie mamy nawet mapy – zaczął panikować Mike.

Po chwili milczenia, Jack powiedział:

– Dobrze postaramy się, ale wy w tym czasie naprawiajcie maszynę.

– Odwróćcie się. Za wami powinny znajdować się dzidy, mapa oraz coś w rodzaju poradnika. Przyda się to wam. A teraz słuchajcie mnie uważnie. Dżungla, w której się znajdujecie to niemiłe miejsce. Pełno tam różnych stworzeń. Leo ma bujną wyobraźnię. Nie ufajcie nikomu ani niczemu. A więc powodzenia, Oddziale 2.

– Pięknie. Doktorek nas zostawił. Do tego dał nam dzidy, jakby nie mógł broni palnej. Nie lepiej jakieś prymitywne narzędzie. Co ja tym mam zrobić? Oko sobie wydłubać!? – odezwała się zbulwersowana Katherine.

– Jack, ty jesteś od myślenia, co powinniśmy zrobić najpierw? – spytał Louis.

– Od kiedy to „jestem od myślenia”? Najpierw powinniśmy znaleźć jakąś kryjówkę. Najlepiej niezamieszkałą grotę.

– Od teraz. Właśnie cię mianowaliśmy. A więc do dzieła – odpowiedział Louis.

Po tych słowach ruszyli przed siebie. Szybko, bo już po 15 minutach znaleźli grotę i to w pobliżu rzeki. Jack musiał postawić sprawę jasno, kto gdzie ma iść. Teraz stał się liderem grupy. Wszyscy na niego liczyli.

– Mike i Katherine, pójdziecie po suche drewno.

– Robi się – odparli.

– Alice, Louis, wy idźcie sprawdzić rzekę.

– Jasne – zgodzili się.

On zaś zrobił prowizoryczną pochodnię i ruszył w stronę groty. Zapalił ją i wszedł do środka. W jej wnętrzu panowała egipska ciemność. Zbadał ją całą i nic nie znalazł albo raczej nikogo. Zadowolony wyszedł i począł robić więcej pochodni. Gdy było ich wystarczająco tyle, by oświetlić grotę, poszedł poszukać czegoś, co mogłoby posłużyć jako drzwi. Drzewa wielkością przypominały te z czasów dinozaurów. Wpadł na pomysł, by drzwi zrobić z ich kory. Właśnie nadeszła reszta grupy. Wszyscy pomagali Jackowi. Gdy drzwi były już gotowe, zapadał zmrok. Wszyscy ukryli się w grocie.

– Jak na razie nie spotkaliśmy żadnych niebezpiecznych zwierząt – powiedziała Alice.

– Mieliśmy szczęście – uśmiechnął się Jack.

– Co ty nie powiesz, Alice? A ja myślałem, że rozszarpały nas niedźwiedzie, a na naszych truchłach zatańczyły walczyka – dopowiedział Louis, lecz nikt już na to nie zareagował. Byli zajęci czymś innym.

Alice zarumieniła się, ponieważ Jack mówiąc to, spojrzał na nią miłosnym wzrokiem. Wiedziała ona już, że Jack też coś czuje do niej. Postanowiła sobie zbliżyć się do niego.

– Jack, co piszą w poradniku? – spytał Mike.

– Piszą tylko o tym jak przejść grę i opisują parę zwierząt, które możemy tu spotkać.

– A więc jak przejść grę? – spytał Louis.

– Przeczytam: Aby wygrać rozgrywkę trzeba zdobyć Graala oraz wypić z niego zawartość. Graal jest zamknięty w skrzyni. Nie wiadomo, gdzie się ona znajduje. By otworzyć skrzynię, potrzebny jest klucz. Żeby go znaleźć, potrzebujemy mapy. Mapę dostaje się na początku razem z włócznią.

– Typowy RPG. Tylko szkoda, że my mamy to gdzieś! Pewnie gdybym w to grał, a nie walczył o życie, właśnie podniecałbym się ze “złożoności” rozgrywki. Przydałaby się wskazówka, GDZIE JEST WYJŚCIE! Zaraz zerknę na mapę – odrzekł nerwowo Louis.

Po chwili.

– Tak, klucz, ten o którym wspominałeś, znajduje się w wulkanie. Może to ten, na który musimy się dostać? W każdym razie przyda się on do dalszej wędrówki. Kto wie, co nas spotka. Później okaże się, że w pewnym momencie będzie nam potrzebny, a my go nie będziemy posiadać.

– Dobra, kładziemy się spać jutro wielki i ciężki dzień – zarządził Jack.

Noc przebiegła spokojnie. Tylko Alice śniło się coś strasznego. W tym śnie był Jack goniony przez jakąś turkusową panterę.

Gdy wstała rano nie opowiadała tego nikomu. Zlekceważyła to.

Pierwszy dzień w nieznanej krainie

Mike wstał pierwszy i zaczął wszystkich budzić. Wstali bardzo głodni, więc zaczęli omawiać, kto czym się zajmie.

– Myślę, że możemy zacząć od połowu ryb – podzielił się myślą Louis.

– To dobry pomysł – potwierdził Jack.

Wybrali się więc nieopodal nad rzekę. Zabrali ze sobą włócznie i poczęli ciskać nimi w wodę, by złapać ryby. Chłopcy pomyśleli, że to oni powinni coś złapać. Chcieli zaimponować dziewczynom. Jednak było inaczej. Podczas, gdy oni bezwładnie oraz bez żadnych skutków rzucali włóczniami w wodę, obie dziewczyny wyciągały jedną rybę za drugą.

– Haha... i następna patrzcie, jak się to robi – wrzasnęła Katherine.

– I ja też coś tam mam – odezwała się Alice.

– I co głupio wam, co nie? – spytała Katherine.

– Trochę – odpowiedzieli niepocieszeni mężczyźni.

Później cała piątka rozpaliła ognisko, upiekła ryby i odeszła w kierunku wulkanu.

– Nic tu po nas. Musimy już iść – powiedział Jack.

Po godzinie wędrówki ścieżką, droga skończyła się. Grupa stanęła przed wyborem: czy wejść do podejrzanie wyglądającego lasu pełnego mchów, komarów i kto wie czego jeszcze, czy może przejść przez niepozornie wyglądającą polanę.

Tymczasem w laboratorium Leo i Franco modlili się, aby wybrali oni to pierwsze miejsce, ponieważ Leo specjalnie wybrał takie kontrasty, by ludzie wpadali w pułapkę.         Niestety, Odział 2 wybrał polanę. Zaczęli oni wchodzić między trawy. Z początku nic nie podejrzewali, lecz po chwili zza drzew wyłonił się wielki pterodaktyl. Zaczął on szybko lecieć w kierunku grupy. Wszyscy zaczęli panikować. Rzucili się do ucieczki. Pterodaktyl wleciał nad nich i porwał Alice. Ona przerażona zaczęła wzywać pomocy. W tym czasie z traw wyskoczyły Maniraptory. Katherine zaczęła uciekać w kierunku lasu. Na chłopców rzuciły się dinozaury. Czym prędzej pochwycili oni dzidy i zaczęli się bronić. Telereceptory zwierząt zmusiły ich do tego, aby stanęli w kole. Chłopcy odważnie bronili swoich pozycji, lecz koło coraz bardziej się zacieśniało.

Nagle zabrzmiał dziwny dźwięk. Dinozaury przestały atakować i uciekły.

– Tak, uciekajcie tchórze! Z nami nie macie szans! – krzyknął za nimi Louis.

– Myślę, że to ten dźwięk zawołał ich do siebie – powiedział Jack.

– Tak czy owak ,nie ma ich. Zwyciężyliśmy! Ha! – odrzekł Mike

– Dobra, musimy się rozdzielić – powiedział Jack.

– Ale jak to? – spytał Mike.

– Tak to. Musimy znaleźć dziewczyny. Wy idźcie poszukać Katherine, a ja pójdę szukać Alice. Jak już ją znajdziecie, to za tym lasem znajduje się drzewo. W poradniku jest napisane, że to kryjówka. Pójdźcie tam i gdyby mnie tam nie było, ani nie przyszedłbym do wschodu, kontynuujcie grę – odparł Jack.

– Wierze, że przyjdziesz – powiedział Louis spokojnym tonem.

Ileż heroizmu!

Po tej rozmowie rozdzielili się. Mike i Louis poszli w kierunku lasu, a Jack w kierunku Góry Przeznaczenia. Jack, ponieważ dobrze radził sobie w terenie, zaczął biec tak szybko, że po chwili jego oczy były załzawione. Z dzidą w ręce biegł i biegł, i biegł. A góra zamiast coraz bliżej wydawała się coraz dalej. Komiczny widok.

Aż w końcu spotkał Maniraptora. Właśnie urządzał sobie ucztę z czegoś podobnego do kozy. Gdy tylko spostrzegł Jacka, zaatakował go swoimi długimi i ostrymi jak brzytwa pazurami. Jack powiedział sobie, że musi uratować koleżankę i ten gad mu w tym nie przeszkodzi. Walka była ciężka. Walczył ostatnimi siłami. Na całym ciele miał już ślady działalności pazura dinozaura. Gdy Jack zniszczył mu jeden z pazurów, ten wpadł we wściekłość. Chłopak szybko wskoczył na drzewo. Tak szybko jak wszedł, tak szybko zeskoczył na grzbiet gada i pochwyciwszy go za szyję, począł go bić pięściami w łeb. Nic to nie dawało. Maniraptor nadal skakał jak opętany. W końcu Jack chwycił za włócznię i z całej siły przebił dinozaurowi mózg. Zeskoczył z niego i dinozaur po paru sekundach upadł, uderzając martwym cielskiem o ziemię. W nagrodę za ten wyczyn chłopak wziął od Maniraptora pazur, wcześniej złamany. Bohaterowi pozostało już niewiele sił, lecz myślał pozytywnie, przy czym było to głupie, lecz jednak to dodawało mu motywacji. Więc może nie było tak bardzo złe?

Tymczasem po drugiej stronie polany, Mike i Louis szukali Katherine. Gdy przechodzili przez bagna, Louis potknął się o korzeń i wpadł cały do wody. Kiedy wyszedł, Mike śmiał się z niego na cały głos.

– Hahaha...! Ale z ciebie oferma – zaśmiał się Mike.

– Hahaha... Bardzo śmieszne. Zobacz, dalej nie ma już lądu myślę, że te dziwne czapki mogą się nam przydać – stwierdził Louis.

– Ale z ciebie ciapa! – powiedział Mike nadal śmiejąc się z przyjaciela.

– Przestań! – wrzasnął Louis.

– No, dobra dobra już, wchodzimy.

Weszli do wody i zamienili się w koralowce. Zaczęli płynąć przed siebie. Woda była paskudna. Śmierdziała, pełno było tam zdechłych ryb oraz ogromnych zielonych glonów. Przez to woda była ohydna. Można było to raczej nazwać ogromną ilością gnoju, wymieszanego ze ściółką leśną, gdzie woda była jedynie jednym ze skromniejszych składników.

Podczas gdy płynęli, czuli się niepewnie, nerwowo rozglądając się co chwilę. Mike płynął z tyłu. Zobaczył on coś wypływającego zza głazu. Ze strachu chwycił za nogę Louisa. Okazało się, że był to wielki sum. Jego wąsy były dłuższe chyba niż większość glonów. Potwór zaciekawiony płynął za nimi. Zdenerwowani chłopcy przyśpieszyli. W końcu ryba ich zostawiła. Gdy wyszli, poczuli się obserwowani. Zza krzaków wyłoniły się dziwne postaci. Przypominały jakby nimfy. Były one całe niebieskie i w około nich latały motyle. Na głowie miały wianki z różnych kolorowych kwiatów. Dookoła nich połyskiwała żółta łuna. Widok był przepiękny. Chłopcy od razu zakochali się i chcieli patrzeć cały czas na nie, lecz coś je przestraszyło i uciekły.

– Hej! Czekajcie! Dokąd idziecie? – krzyknął Mike.

Kiedy chłopcy się odwrócili, zauważyli małych ludzików. Domyślili się, że były to krasnoludy. Miały na sobie stalowe hełmy, tarcze z przepiękną fontanną, kolczugi, a w rękach niektórzy trzymali miecze. Niektórzy też i łuki. Najbardziej zdziwiło chłopców, że jeden z nich posiadający na hełmie coś na kształt rogów przemówił do nich.

– Szukacie niebieskookiej dziewczyny? – przemówił przywódca krasnoludów.

– Tak – odrzekł niepewnym głosem Louis.

– A więc chodźcie, zaprowadzę was.

Chłopcy ruszyli za nimi. Droga była długa i męcząca. Po drodze mijali wielki biały dąb. Przy nim stała kapliczka. Przechodząc, zauważyli modlących się w środku krasnoludów. Nagle Louis odrzekł:

– Mike, zapamiętaj to miejsce, bo nie jestem zbyt pewny, co do tych krasnoludów.

– Dlaczego? – spytał Mike.

– Nie pamiętasz już, co mówił doktor Franco? Przypomnę ci powiedział: ”Nie ufajcie żadnemu stworzeniu” – przypomniał Louis.

– No pamiętam, ale sądzisz, że te miłe krasnoludy mogłyby nam coś zrobić? – ponownie zapytał Mike.

– Nie wiem, co myśleć o nich. Lepiej mieć się na baczność – odparł Louis.

– Ja wszystko słyszę. Krasnoludy mają bardzo dobry słuch i węch, lecz wzrok już nie. W każdym razie, kiedy mówicie tak głośno, nawet zmarły by się obudził – odezwał się Przywódca Krasnoludów.

– My tylko się... tylko upewniamy – powiedział Mike.

– Zapewniam, że jesteśmy waszymi przyjaciółmi.

Na tym skończyła się rozmowa. Po paru minutach od przejścia obok kapliczki, dotarli do osady Krasnoludów. Była to ogromna forteca. Otoczona dookoła fosą. Kiedy tylko weszli przez most zwodzony, ujrzeli przepiękne miasto. Ten ułamek cywilizacji był pełny małych, słodkich domków. Przypominały trochę małe repliki kamieniczek z XV wieku. Wszędzie było widać, że Krasnoludy dbają o swoje środowisko. Pełno przeróżnych drzew, krzewów, kwiatów ozdabiało rynek. Najbardziej rzucał się w oczy Pałac, pewnie króla Krasnoludów. Znajdowało się one na wzniesieniu. Poniżej na "Rynku Głównym" znajdowała się fontanna. Wyrzeźbione z kamienia były drzewa, a pośrodku stał wielki Krasnolud. Dumny, męski i odważny. Była to ta sama fontanna, która wybita została na tarczach krasnoludów.

– A teraz udamy się na audiencję do naszego króla – powiedział Przywódca.

– Dobrze – zgodził się Mike.

U Króla

Wejście do Pałacu było ogromne. Każdy element zdobiony złotem, srebrem i innymi drogocennymi materiałami. Gdy weszli do sali odpraw, na pierwszym planie ujrzeli złoty tron, na którym zasiadał Król. Był młodym krasnoludem, jednak jak każdy przykładny obywatel, posiadał długą brodę. Ta akurat była ruda, ale można było spotkać również inne odcienie. Problem był jeden, gdyż nie tylko mężczyźni posiadali brody. Z tego powodu elfy żartowały, że ich niżsi „przyjaciele” są wyłącznie jednej płci.

Na głowie Króla leżała korona. Jak to zwykle bywa. No chyba, że zarządzono by detronizację, ale raczej nie powinienem się nad tym rozwodzić. Promienie światła padały na nią, odbijając tym samym światło prosto w oczy naszych bohaterów. Po obu stronach tronu stali doradcy. Przed chłopcami wyrośli z podziemi halabardnicy.

– Wpuśćcie ich – odrzekł zachrypłym głosem Król do pilnującej straży.

Przywódca Krasnoludów ukłonił się i powiedział:

– Oto oni, panie. Jak kazałeś.

– Witam was serdecznie, moi przybysze – powiedział do Król do Mike'a i Louisa.

– Witam, Królu – odparł Mike.

– Czy wiesz, gdzie jest nasza przyjaciółka Katherine? Po ataku dinozaurów uciekła gdzieś do lasu i twój sługa powiedział, że znajduje się gdzieś tutaj.

– Tak, jest tutaj – odpowiedział Król. – Wprowadzić ją – wrzasnął despota.

Po chwili do sali audiencyjnej weszła Katherine uradowana widokiem kolegów.

– Chłopaki, jak ja się cieszę, że was widzę.

– Musimy porozmawiać o pewnych ważnych sprawach niecierpiących zwłoki – odezwał się Król.

Po czym zabrał troje nastolatków oraz Przywódcę wojsk i poszli w kierunku ogrodu. W końcu gdy byli już sami, zaczął mówić:

– Na pewno nie wiecie, co tu robicie? Co ja mam z tym wspólnego? Posłuchajcie, zasiadłem na tronie niedawno, gdy mój ojciec zabity przez orków i ich dinozaury, zostawił mi całe królestwo. Tylko popatrzcie, jakie jest ono piękne – mówiąc to wskazał na ogród znajdujący się dokładnie przed nimi. – Niestety, Demony szykują najazd na tą piękną krainę. Demony to nieboskie stworzenia. Plugawe i odrażające wręcz. Zostali stworzeni w piekle przez samego Diabła. Powstali z magmy. Wyglądają paskudnie. Proszę sobie wyobrazić najpaskudniejszą rzecz jaką widzieliście w życiu. One są sto razy gorsze. Z głów wyrastają im rogi, włosów nie mają, nos i uszy mają przebite kolczykami. Zawsze chodzą w zbrojach. Ich pancerze są praktycznie nie do przebicia. Na to jednak nasi kowale znaleźli sposób, wynaleźli stop, który przebija się przez ich tarcze i zbroje. W końcu to my, a nie kto inny, słyniemy z najlepszych ciężkich zbroi. Wszystkie demony po śmierci okropnie cuchną – kontynuował. – Ich martwe ciała musimy wrzucać do wulkanu, ponieważ Matka Ziemia nie rozkłada ich. A im są starsi, tym gorzej śmierdzą. Krew mają czarną. Zostali stworzeni tylko do jednego celu. Zniszczyć wszystko, co dobre i piękne. Ich wódz, Wielki Demon, ma duże ambicje podbicia całej krainy. Nie możemy mu pozwolić na to. Po to wy tutaj jesteście. Zauważyłem, że brakuje dwóch osób. W naszej świętej księdze zapisane jest, iż pięcioro nastolatków zaprowadzi moje królestwo do zwycięstwa. Zrobiliśmy Wam specjalne zbroje. Wiszą one niedaleko stąd. Będą wam potrzebne do walki...

– Do walki? Ale jakiej? – spytał przestraszony Mike.

– Walka miedzy nami, a demonami. Rozstrzygnie ona o losach waszych i naszych. A więc gdzie znajdują się wasi przyjaciele?

– Jack, jeden z nas pobiegł szukać Alice na Górę Przeznaczenia. Została ona pojmana przez Pterodaktyla, czy coś takiego – odrzekł Louis.

– A więc wyślę moje orły ku Górze Przeznaczenia i oni sprowadzą ich do nas. A wy tymczasem najedzcie się, napijcie i przygotujcie do bitwy. Moi słudzy dadzą wam zbroje, wszystkie potrzebne rzeczy i pokażą komnaty. Teraz są na wasze rozkazy.

– Tak, Królu – odparli chórem i udali się w kierunku wyznaczonych komnat.  Zadziwiające, w jak szybkim czasie godzili się na wszystko, co ledwie poznana osoba im przykazała. Jeszcze dobę temu leżeli sobie spokojnie w łóżkach, a teraz przygotowują się do bitwy. Nie mogą się oprzeć słowom Króla. Coś tutaj nie pasuje.

W tym samym czasie z drugiej strony krainy Jack zmaga się z burzą i wspina się po stromej górze na szczyt. Wspina się ostatkiem sił. Nie wiedział czy to ze zmęczenia jego zmysły przestały działać, czy naprawdę czuje wanilię. Postanowił, że nie zwróci na to większej uwagi. Rany odniesione w potyczce z Maniraptorem coraz bardziej bolą i krwawią. Jack nie miał sił myśleć o pięknym zapachu rośliny. Cały czas dążył do znalezienia jego koleżanki. W zdobywaniu szczytu pomaga mu świadomość, że na samej górze znajduje się Alice i przerażona czeka na niego. Niby znali się chwilę, a już coś do niej czuł. Zupełnie tak, jakby uwiodła go jakąś nieznaną mocą magią. Zakochiwał się już wiele razy, ale tym razem został oplątany stalowymi lianami. W końcu dotarł. Gdy uniósł wzrok, zobaczył ogromne gniazdo, a nad nim latającego dinozaura. Ukradkiem prześlizgnął się do gniazda. W środku były dwa olbrzymie jaja, a w kącie zauważył leżącą kochankę. Czym prędzej podbiegł do niej. Cała drżała z zimna i przerażenia. Gdy zauważyła Jacka, jej oczy rozpromieniły się. Ostatnimi siłami uścisnęła go. Po czym powiedziała:

– Jak się cieszę, że po mnie przyszedłeś.

– Nie mógłbym cię zostawić. A teraz chodź, uciekamy stąd – odpowiedział Jack.

– Uważaj! – ostrzegła Alice Jacka ostatkiem sił.

Po tych słowach Jack wziął na ręce dziewczynę i czym prędzej chciał się wydostać z gniazda. Rozzłoszczony Pterodaktyl zauważył to. Zleciał na dół z ogromną prędkością. Wyrwał Jackowi dziewczynę, położył z powrotem na miejsce i zaatakował chłopaka. On zaś resztkami sił unikał jego ciosów. Zwierzę bawiło się z nim. Po chwili ptak (a właściwie gad) chwycił go za nogę, uniósł do góry i puścił. Z impetem uderzył o ziemię. Mozolnie tracił świadomość. Jedyne, co zdążył zauważyć przed omdleniem to to, że wielki orzeł stanął w jego obronie, po czym nie wiadomo skąd, pojawili się mali ludzie i zabrali jego oraz osobę, o której nie potrafił przestać myśleć. Zajmowała mu miejsce w pamięci. Nie potrafił przypomnieć sobie sytuacji sprzed poznania jej.

Lecieli w kierunku twierdzy ich nowych sojuszników.

Po przebudzeniu się Jack ujrzał miły oraz przytulny pokój. Naprzeciwko łóżka znajdował się kominek. Palił się w nim jasny płomień. Biło od niego przenikające i miłe ciepło. Pokój był ozdobiony przepięknie. Wiele wykończeń było ze złota. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające krasnoludowych wojowników. Jeden z nich był wyjątkowy. Był “powieszony” na honorowym miejscu nad kominkiem. Rama była zrobiona z czystego złota, co sprawiało, że obraz rzucał się w oczy. Oprócz tego był konkretnie powyginany, bo jak wiadomo, złoto to metal miękki. Przedstawiał on zwycięski pojedynek. Możliwe, że króla Krasnoludów nad przebrzydłym rogatym Demonem. W dolinie była wioska oraz duży gaj. Jack pomyślał, że to właśnie to miejsce, w którym teraz się znajduje. Obok łóżka na wieszaku wisiała zbroja. Jack wstał, aby jej dotknąć. Swoim wyglądem przerażała. Była cała czarna ze złotymi wykończeniami. Doskonale pasowała do otoczenia, w którym się znajduje. Nagle bohater usłyszał jakieś głosy i czym prędzej z powrotem usiadł na łóżko. Byli to Alice, Mike, Louis i Katherine. Gdy tylko otworzył oczy ich twarze rozpromieniły się.

– Jack! No w końcu się obudziłeś! – krzyknął Mike.

– Ile spałem? – zapytał Jack,

– Krótko, jakieś 2 miesiące – zażartował Louis.

– Nie no, spałeś jakieś parę godzin – odpowiedziała Alice.

– Dobra, chłopcy. Wyjazd. Oni muszą porozmawiać – rzekła Katherine, pokazała na przyjaciółkę oraz Jacka i wyszła razem z resztą.

Ta też jest jakaś... niepokojąca.

Alice usiadła obok Jacka i zaczęła mówić:

– Dziękuję, że po mnie wróciłeś. Myślałam, że ten ptak mnie zje – powiedziała Alice.

– Nie ma sprawy. Zachowałem się tak, jak każdy by się zachował – odpowiedział spokojnie uśmiechając się, jednak jego myśli były jakby zamroczone. Nie umiał ułożyć innego składnego zdania, które nie wyrażałoby aprobaty dla siedzącej obok kobiety. To nie miłość. Teraz wiedział już to na pewno.

– Nie, nikt czegoś takiego by nie zrobił – zaprotestowała Alice.

W tej chwili wszedł krasnoludowy halabardzista i powiedział, że Król ich wzywa do siebie. Sprawiał on wrażenie przyjemnego ludzika. Wyszli z pokoju, przeszli obok kuchni i skręcili w lewo. Na wprost znajdowały się ogromne wierzbowe drzwi. Z niezwykłą łatwością uchylili je, a później weszli do środka. Długi czerwony dywan prowadził wprost przed oblicze Króla.

– Witajcie! Dobrze jest widzieć was całych i zdrowych – powitał gości Król.

– Po co po nas posłałeś Królu? – spytał Jack.

– Musicie uczestniczyć w naszych obradach – po czym wstał z tronu i udał się w kierunku ogrodu. Poszli za nim.

Gdy doszli na miejsce, ujrzeli wielki okrągły stół, przy którym zasiadało wielu wodzów Krasnoludów oraz Mike, Katherine i Louis. Reszta usiadła obok nich. Panował chaos. Po chwili Król wstał i zapadła cisza. Zaczął mówić:

– Jak zapewne wiecie, zjawili się w naszych szeregach długo oczekiwani wybrańcy. Oto oni – wskazał na pięciorga przyjaciół i kontynuował

– Teraz, w końcu, po tylu latach wojny z demonami as jest po naszej stronie. Musimy to bezlitośnie wykorzystać. Zbieramy wojska i ruszamy do walki.

– Wojna! – zaczęli krzyczeć dowódcy wojsk.

– Sposobić się do bitwy! – zakrzyknął Król i wyszedł.

Głupie spotkanie. Gorszego wymyślić nie potrafiłbym nawet ja. Zebrało się kwadryliard dowódców, wybrańcy, herosi z odległych krain, a on ma do powiedzenia tylko klasyczne: „Idziemy na bitwę”? Obrady, jakich wiele w dzisiejszej „światowej” polityce.

Jack siedział na łóżku i ciężko wzdychał. Myślał o tym, co ma się stać za parę godzin. Przemknęła mu również przez umysł myśl by uciec, lecz nie była to forma godna wybrańca. Przecież musiał pokazać jakim to jest genialnym wojem i jeszcze lepszym dowódcą. A po drugie, Jack wolał umrzeć, niż do końca życia być pośmiewiskiem. To już szybciej można zrozumieć. Chociaż kto wie? Włożył zbroję i wyszedł na rynek.

Przy fontannie siedzieli już jego przyjaciele również w rynsztunkach. Usiadł obok nich i został w milczeniu. Nie myślał o niczym, tylko o ładnej koleżance. „Niemożliwe. Wyleć z głowy!” – mówił do siebie. Siedzieli bezczynnie i nikt z nich nie odważył się wykrztusić ani słowa. Pewnie dlatego, że nikt nie miał nic do powiedzenia. Nie mieli też pomysłu, w jaki sposób usprawiedliwić swoją głupotę w godzeniu się na wszystko. W końcu przyszedł posłaniec po nich. Po zaprowadzeniu ich do Króla, sam wielmożny posilał się obiadem, bo w końcu, co jest ważniejsze od dobrze zjedzonego posiłku przed przyszłym wysiłkiem?

– Dobrze, że jesteście. Musicie znać cały plan tej bitwy. A więc tak – powiedział Król i wyciągnął mapę

– Wojska Demonów ustawiają się na Polach Elizejskich. My przyjdziemy stąd i jutro rano uderzymy w nich. Jeżeli wygramy, oni cofną się do grodu, a wy będziecie mieli otwarty dostęp do wulkanu – pokazał na piątkę nastolatków.

– Nie mieli tutaj lepszych nazw – pomyślał główny bohater. – Całkowity brak weny twórczej, czy co? Góra Przeznaczenia i Pola Elizejskie. Oklepane terminy, których teraz należało się wystrzegać w nadawaniu nazw miejscom. Ale kto Królowi zabroni? – dodał w myślach – A kiedy wyruszamy? – spytał jedyny przytomny Jack.

– Za jakąś godzinę. A więc weźcie prowiant i szykujcie się psychicznie – powiedział z uśmieszkiem Król.

– Wy natomiast zbierajcie wojska i rozbijcie obóz ja razem z moimi oddziałami dołączymy do was – zarządził Król.

– Tak jest – odpowiedzieli zgodnie mężni wojownicy.

No, to nie ma co. „Ja do was zaraz dołączę”. „Za godzinę bitwa”. To może od razu popełnijmy honorowe samobójstwo. Jak zwykli, szarzy ludzie, mają wziąć broń i stanąć przeciwko większym i groźniejszym przeciwnikom? Ot tak, po prostu?

Bitwa

Dowódcy rozbijają obóz na Polach zwanych Azteckimi. Też mi nazwa. Niedługo po tym widzą, jak Król wraz ze swoją armią zmierza w ich kierunku, zarządza, aby wszyscy wypoczęli dobrze, ponieważ jutro nadejdzie dzień sądu. To w końcu dziś, czy jutro ta bitwa? Wstaje świt. Jack i jego przyjaciele siedzą na łące i patrzą na wschód Słońca. Każdy z nich przechodzi załamanie na duszy. Wtem rozbrzmiewa róg. Nie jest to róg demonów.

– Panie, panie, pomoc nadlatuje – krzyczał do Króla jeden z jego sług.

Na niebie ujrzeli wielkie Orły, Sokoły i Jastrzębie. Było ich strasznie dużo. Wylądowały wśród armii Krasnoludów. Jeden z nich przemówił do Króla.

– Chcemy wam pomóc. Kiedyś w odległych już czasach walczyliśmy i ginęliśmy ramię w ramię. Później osobne poglądy nas rozdzieliły. Teraz wracamy. Chcemy znów stanąć do walki z wami i wybić wszystkie demony z naszej krainy.

– Chwila, chwila. Gdzieś już słyszałem tę gadkę – powiedział do siebie Louis i szybko podzielił się swoimi przemyśleniami z kolegami, którym wydawało się to samo.

– Dobrze więc – zgodził się Król.

Zaraz po tym zdarzeniu wszystkie oddziały pojawiły się na Polach. Miały one spłynąć krwią. Cała armia czekała w milczeniu. Nagle na horyzoncie pojawiły się demony. Było ich przynajmniej dwa razy więcej niż zjednoczonych armii Ptaków i Krasnoludów. Jack przeraził się. Demony ruszyły do walki. W Jacku coś się odezwało i nagle nabrał wielkiej odwagi. Jego serce przepełniło się gniewem i nienawiścią. Wyciągnął swój miecz i zaczął wzbudzać do walki armię. Najważniejsze to podnieść morale.

Po chwili wszyscy żołnierze śpiewali wojenną pieśń, której oczywiście nasi bohaterowie nie znali i stali jak tępe kołki. Czuli się dokładnie tak samo jak ty, podczas gdy część rodziny śpiewa „Sto lat!” dla ciebie.

Nagle rozzłoszczona armia Króla Krasnoludów zerwała się jakby z uwięzi. Adrenalina wzbudzała w Jacku coraz więcej sił i gniewu. Nie odczuwał zmęczenia i bólu z zadanych ran. Zabijał demony coraz szybciej i szybciej. Każdy kolejny zabity demon wzbudzał w nim większą chęć do walki. W swoim świecie nawet muchy zabić nie potrafił, a teraz?

Jego przyjaciele też sobie niezłe radzili. Katherine i Alice stanęły na wzniesieniu i stamtąd strzelały z łuków do przeciwników. Szczęściary. Jeżeli chodzi o Mike'a i Louisa to też byli postrachem. We wszystkich bohaterach dusza do walki i ochrony wspaniałej, lecz obcej krainy wzbudzała więcej sił. W normalnych warunkach nie wiadomo, czy stanęliby w obronie własnego kraju. A tutaj... Coś było na rzeczy. Bitwa była okrutna i bezlitosna.

 Dowódca demonów zauważył wojownika i rzucił się w jego kierunku. Kiedy Jack tylko go zobaczył, jego odwaga spadła. Był przynajmniej dwukrotnie większy od naszego herosa, a rany na jego ciele oraz wściekła twarz przestraszyłaby nawet najwaleczniejszego rycerza, którym wcześniej wspomniany kamrat nie był. Zaczął się z uporem bronić. Wreszcie całkowicie bezsilny wpadł na pomysł zgładzenia przeciwnika. Zauważył linę leżącą na ziemi i obwiązywał nogi olbrzyma. Sprytne, ale oklepane. Godziny spędzone przed telewizorem na oglądaniu filmów, nie poszły na marne. W końcu śmierdzący przeciwnik nie mógł się ruszyć i upadł na ziemię. Pełen dumy i podziwu dla siebie, bohater podniósł miecz i zabił wroga.

Wystraszone potwory rzuciły się do ucieczki. Ruszyły w kierunku warowni. Po chwili armia zaczęła krzyczeć "Zwycięstwo".

Szybko poszło.

Kolejna próba

Zaraz