Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 596 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rozwiązła - Jarosław Kamiński

Dobiegająca czterdziestki Zofia Rogala, pracująca w filmie i reklamie wizażystka, atrakcyjna kobieta „po przejściach", nawiązuje romans z młodszym o osiemnaście lat Adamem Zarembą, studentem warszawskiej ASP. Decydują się zamieszkać razem, jednak Adam ukrywa swój związek przed rodziną. Zofia nie musi niczego ukrywać - wychowała się w domu dziecka, nigdy też nie zgłębiała tajemnicy własnej tożsamości.
Nadchodzi jednak moment ujawnienia się - Adam jedzie z Zofią do mazurskiej wsi, by tam, na rodzinnej daczy, przedstawić narzeczoną rodzicom i dziadkowi, Edwardowi Czerskiemu, niegdyś wpływowemu intelektualiście. Przy obiedzie dochodzi do awantury. Widać, że rodzina Czerskich pulsuje od tajemnic i skrywanych krzywd, których źródło tkwi w głębokim PRL-u. Zofia nie podejrzewa jednak, że to ona stanie się centralną postacią tych prywatnych wojen.
Ambitna, szeroko zakrojona, świetnie napisana proza. Debiut powieściowy Jarosława Kamińskiego to książka, której nie wolno przeoczyć.

Kamiński pisze jak rasowy prozaik, z doskonałym wyczuciem sceny, sytuacji, tła, kontekstu. A w dodatku umie opowiadać o współczesnej Polsce w tonacji dotychczas prawie niespotykanej: bez (prawicowych czy lewicowych) klisz i stereotypów, bez ferowania wyroków, z czułością i zrozumieniem dla poplątanych ludzkich losów, z odrobiną kostycznego poczucia humoru.
Piotr Kofta

Opinie o ebooku Rozwiązła - Jarosław Kamiński

Fragment ebooka Rozwiązła - Jarosław Kamiński

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Redaktor serii: Dariusz Sośnicki Redakcja: Anna Adamiak Korekta: Małgorzata Denys, Magdalena Stajewska Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Jacek Szewczyk Fotografia wykorzystania na I stronie okładki: © PhotoAlto / PhotoAlto Agency RF / Getty Images / Flash Press Media Fotografia autora: © Andrzej Georgiew

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka, Żółkiewskiego 7a, Piaseczno

Wydawnictwo W.A.B. 02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5 tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11wab@wab.com.plwww.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-341-2

Wydanie I Warszawa 2012

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Rodzicom, z miłością

…jesteście świadkami i przytakujecie uczynkom waszych ojców, gdyż oni ich pomordowali, a wy im wznosicie grobowce.

Biblia Tysiąclecia, Łk. 11,48

1

Z tego będą same kłopoty, stwierdza w myślach Zofia, ledwie niefrasobliwie zgodziła się na odwiedziny u rodziców Adama, którzy spędzają długi majowy weekend w rodzinnej daczy na mazurskiej wsi. Co prawda pojedzie tam wcale nie z powodu uroczystego spotkania, na którym poznaje się rodzinę ukochanego, czy precyzyjnie mówiąc, uroczystego obiadu; Zofia zgadza się ostatecznie tylko na obiad, wieczorem chce wracać do Warszawy. Chodzi o dziadka, tłumaczy Adam, muszę go zobaczyć, ma problemy, opowiadałem ci, nadciśnienie, zawał, matka szaleje, uciekł z miasta półżywy, zaszył się na wsi, nawet nie zdążyłem go odwiedzić w szpitalu. Dobrze, jedziemy, przecież jedziemy, irytuje się Zofia, zresztą, ile lat można się ukrywać, tłumaczy sobie własną decyzję. Tylko uprzedź ich, dodaje, na wszelki wypadek, żeby nie próbowali nas zatrzymać, nie chcę zostawać na noc.

I tak zamiast oglądania filmów, czytania książek, a choćby nawet nudzenia się we dwoje, ubrana skromnie, chociaż efektownie, czarne tenisówki, czarna spódnica, czarna koszula, czarna przepaska na włosy, jedzie ćwiczyć cnotę pokory.

Na daczę docierają po trzeciej, z dwugodzinnym opóźnieniem, oficjalnie z powodu korków przy wyjeździe z Warszawy, w rzeczywistości z osłabnięcia entuzjazmu Zofii do pomysłu rodzinnego spotkania; tego dnia ubiera się z trudem i powoli, jeszcze wolniej odrywa od oglądania kolejny raz amerykańskiego serialu na DVD, w czasie drogi zmusza Adama do długiego postoju na kawę.

Oficjalnej prezentacji rodziny dokonuje z plastikowym uśmiechem na twarzy matka Adama: Alicja Zaremba, dzień dobry, mój mąż, mój ojciec. Dzień dobry, rewanżuje się Zofia i przedstawia się z nazwiska: Rogala. Jak, jak, dopytuje się dziadek, Edward Czerski. Zofia Rogala, powtarza Zofia powoli i wyraźnie, tak, aby każdy dobrze usłyszał imię i nazwisko; już dawno przyzwyczaiła się, że nazwisko budzi zabawne skojarzenia; Rogala – Rogal – Rogalik; wyobraźnia językowa może sobie poużywać z seksualno-skatologicznymi metaforami. Czerski rumieni się i wpatruje w gościa jakby z niedowierzaniem, marszcząc groźnie brwi; z pewnością przeżywa wielkie rozczarowanie narzeczoną wnuka, starszą od niego o osiemnaście lat; co prawda Zofia trzyma się świetnie, niemal czterdziestka, a dają jej zwykle dziesięć lat mniej, różnicę wieku między Adamem a Zofią widać jedynie z powodu szczylowatej urody chłopaka.

Wielki stół w salonie dociska siedzących przy nim gości do wysokich aż po sufit regałów wypełnionych książkami, albumami, rocznikami starych gazet i magazynów.

Początkowo obiad przebiega w miłej atmosferze, o ile stypę po śmierci wyobrażeń na temat narzeczonej jedynego syna można określić miłą. Banalne rozmowy o ruchu na drodze i przewidywanej pogodzie na resztę weekendu angażują wszystkich bez reszty. Sąd rodzinnej inkwizycji obraduje nieustannie, w milczeniu, między kolejnymi przystawkami, sędziowie nadziewają na widelce marynowane grzybki, połykają pasztet z dzika, obtoczony w świeżym chrzanie, popijają ciężkie wina w kieliszkach z czeskiego kryształu z lat sześćdziesiątych i przyglądają się cały czas Zofii, jakby nie potrafili uwierzyć w jej istnienie. Wpatrują się we mnie z intensywnością jubilera badającego rysy na szlachetnym kamieniu, stwierdza podsądna, cała sytuacja zaczyna ją bawić, łapie pod stołem Adama za rękę, przyciska do swojego nagiego uda, jego dłoń najpierw stawia opór, potem zaciska się i rozluźnia na nodze, palce delikatne muskają skórę, powoli wędrują w stronę krocza, które robi się wilgotne. Z pewnością liczą zmarszczki na moim czole, szukają siwych włosów, zastanawiają się, czy mają naturalny kolor, czy je farbuję, szczególnie na specjalne okazje, na przykład przed obiadem, w czasie którego rodzina ma poznać wielką miłość potomka.

Dziadek Edward gapi się na Zofię z ostentacyjną natarczywością, jakby nikt inny poza nią nie siedział przy stole. Pan Czerski, mistrz krytycznej analizy dzieła filmowego, mistrz analizy ludzkiej duszy. Pisze świetne eseje, o Antonionim, Bergmanie, Hassie, trzeba kiedyś je przeczytać, podobno warto, nawet dzisiaj, gdy zmienił się świat, ustrój kraju, kino, dawno zniknęła cenzura, Zofia przypomina sobie informacje zdobyte z internetu i z rozmów z Adamem. Szczyt jego krytycznej świetności przypada na lata siedemdziesiąte, tłumaczył wnuk, szczyt narodowego konformizmu, szczyt wiary w pseudocud gospodarczy PRL-u, niewiele z tamtych czasów przetrwa próbę elementarnej uczciwości, jego teksty na pewno. Ciekawe, na czym polega literacki patent Czerskiego, pyta siebie Zofia, jak to ujął kiedyś Adam zakochany w dziadku aż po bezkrytyczną akceptację mrocznej strony biografii Edwarda. Analizując film, nie szuka w nim sprzeczności albo luk, nie zarzuca na niego sieci podchwytliwych pytań, byle obnażyć słabość intelektualną twórcy, przeciwnie, dysponuje wyjątkową umiejętnością bezpośredniego przeniknięcia do świadomości autora, dlatego jego eseje w tak wyjątkowy i osobisty sposób oświetlają dzieła sztuki.

Zgrabna formułka, pewnie i teraz usiłuje przeniknąć moją świadomość, vecchio trombone, stary piernik, ciekawe, co w niej znajdzie.

Nie uwierzę, że wyjechał na wieś, aby nabrać sił po ostatnich wstrząsach, stwierdza Zofia, wygląda na okaz zdrowia i siły, przeżyje nas wszystkich, mnie na pewno; jeśli tak trzymają się siedemdziesięcioparolatkowie po zawale, zawał wkrótce stanie się najmodniejszą kuracją odmładzającą. Wysoki, potężnie zbudowany, choć nie otyły, głowa piękna, przypominająca popiersia starożytnych filozofów, krzaczaste brwi, spod których Czerski zapuszcza w człowieka sondę, bystre spojrzenie, długie i zgrabne, choć grube, palce, na jednej dłoni prosty sygnet z ciemnozielonym kamieniem, na drugiej obrączka, stale ją nosi, chociaż owdowiał przed pięcioma laty, babci nie kochał, zdradzał ją, biedna, więcej nałykała się relanium, niż zjadła ziaren ryżu w swoim życiu, wspominał Adam.

Kiedy opowiadał tak dużo o dziadkach, właśnie tu, na daczy: ich pierwszy wspólny wyjazd, mnóstwo wina i poważne wyznania; słodkie wspomnienia, na myśl o których Zofia uśmiecha się, co matka Adama tłumaczy po swojemu i pyta, smaczna galaretka, prawda, na szczęście nie wymaga potwierdzenia, z pretensją w głosie podsuwa mężowi talerz, też mógłbyś spróbować, nie otruję cię, jeszcze nie tym razem.

Rodzice Adama, państwo Alicja i Krzysztof Zarembowie, zadbani, kulturalni pięćdziesięciolatkowie, ratują się przed szokiem wywołanym obecnością Zofii realnej, a nie z ich zmyślenia, wmawiając sobie, że ich syna i tę panią łączy wyłącznie przyjaźń, najsłabszy rodzaj przyjaźni, zrodzonej nie w dzieciństwie albo ze wspólnie przeżywanych pasji, a jedynie dzięki znajomości w pracy. Pracujecie razem, nie, mamo, macie w planach współpracę, mamo, o czym ty mówisz, ach, rozumiem, poznaliście się na studiach, pani Alicja łapie już, że przesadza, postanawia podnieść rangę znajomości Adama z Zofią o jeden szczebel, pani wykłada na ASP czy robi doktorat, czy robi się w ogóle doktoraty na uczelni artystycznej, zastanawia się na głos gospodyni, tak, mamo, robi się, ale Zofia nie pisze żadnego doktoratu, Adam nieustępliwie dąży do uznania przez rodzinę jego związku, zresztą nie w tym rzecz, mieszkamy razem od roku, dobrze wiesz, Adam się stara, naprawdę stara się nie pozostawiać im cienia szansy na złudzenia; w takich chwilach, gdy czuje, że ryzykuje dla niej reputację, Zofia kocha go jeszcze bardziej.

Zaremba z oczami wbitymi w stół, w milczeniu, z nerwową natarczywością rozlewa alkohol, ledwo ktoś opróżni kieliszek, natychmiast stoi przed nim pełny, Zofia nie odmawia, Adam prowadzi. Pani Alicja zachęca nieustannie do jedzenia wędlin i sałatek, obserwuje ukochaną syna ukradkiem, gdy ta sięga po kolejny kawałek mięsa albo chleba, gdy gryzie, przełyka, gdy pije wodę mineralną.

Żonie chodziło, do rozmowy włącza się nieśmiało pan Krzysztof, o to, że syn, że opowiadał kiedyś, z tego co pamiętam, że pani też, że maluje. Owszem, Zofia nie kryje lekko ironicznego uśmiechu, maluję, ludzkie twarze, czasem dłonie i w ogóle nagie ciała, taki styl, tematyka, dopytuje się w dobrej wierze ojciec Adama. Nie, nie, robię po prostu makijaże, jestem makijażystką; pan Krzysztof wpada w nieszczery zachwyt nad zawodem, którego istoty właściwie do końca nie rozumie, coraz lepiej się czuje w roli osoby dominującej przy stole, przynajmniej pozornie, z jego talerza wędlina znika błyskawicznie, dokłada kolejne plasterki kiełbasy i polędwicy i zajada się nimi z nieoczekiwaną nadpobudliwością, zaciska zęby na kawałku mięsa i rozgryza go niczym kapsułkę z lekiem, skąd pomysł na makijaż, ciągnie rozmowę ojciec Adama, mimo widocznego braku entuzjazmu ze strony Zofii, och, to długa historia, proszę opowiedzieć, uwielbiamy długie historie, prawda, pan Krzysztof na potwierdzenie swoich słów omiata całą rodzinę zachęcającym spojrzeniem, które ma z dziadka i córki wydobyć entuzjazm dla długich historii. Pani Alicja przytakuje kiwnięciem głowy, z całkowitą obojętnością, po czym wychodzi do kuchni po pieczonego kurczaka i ziemniaki. Zofia wciąż broni się przed opowiadaniem, cóż, nic specjalnego, dla nas taka opowieść z pewnością okaże się niesamowita, bryluje starszy Zaremba, w rozpiętej o jeden guzik za nisko koszuli, odsłaniającej posiwiałe owłosienie na klatce piersiowej, z krótko przyciętą brodą, w ładnie dobranych oprawkach okularów, pasujących do owalu twarzy i zaczesanych do tyłu włosów; perorując z taką swadą przy stole, robi wrażenie, pozorne, wyłącznie pozorne, kogoś, kto rządzi tym towarzystwem, gdyby się odważył, złudzenia przemieniłyby się z łatwością w rzeczywistość, analizuje potencjalnego teścia Zofia.

Proszę sobie nakładać, proponuje pani domu, nad ziemniakami unoszą się kłęby pary, na moment rozmowa zamiera, wszyscy zajmują się gorliwie kurczakami na półmisku.

Czerski zaciska coraz mocniej usta, chrząka, trudno powiedzieć, czy znacząco, czy czyści gardło po jedzeniu, proszę opowiedzieć o sobie, przypomina Krzysztof Zaremba, och, naprawdę nic nadzwyczajnego, wychowałam się w domu dziecka, Rogala robi pauzę, aby wiadomość dotarła do wszystkich i zrobiła odpowiednie wrażenie, i tak się dzieje, dziadek niemal się krztusi własną, wychrząkiwaną śliną, matka aż wstrzymuje na wysokości ust dłoń z nadzianym na widelec kawałkiem kurczaka, pan Krzysztof odwraca od Zofii zawstydzone spojrzenie, nie wytrzymałam w kraju, uciekłam najpierw do Berlina Zachodniego, potem do Włoch, pracowałam w pizzerii, poznałam ludzi zajmujących się fotografią, mnie się wydawali amatorami, a okazało się.

Zofia nie wchodzi w szczegóły, nie mówi, że ma na myśli przede wszystkim jedną osobę, Marco Silvestriego, z którym żyła trzy lata; poznali się, gdy undergroundowy podówczas artysta klepał biedę, wpadał do kultowej pizzerii na Trastevere, aby coś zjeść albo wypić karafkę vino della casa, a przy okazji popatrzeć na pewną kelnerkę. Marco bardzo powoli przedostawał się do mainstreamu, zdobywając coraz więcej coraz lepszych zamówień z modnych pism, w tym „The Face”. Jego prace szokowały bezlitośnie szczerym wizerunkiem ludzkiej seksualności, graniczącym z fotografią medyczną, ocierającym się o pornografię wizerunkiem piękna i zepsucia jako etapów procesu umierania. Zofia pomagała fotografowi na jedyny dostępny jej wtedy sposób: oszukując szefa, nie doliczała do rachunku klienta wina albo kawy albo brała pieniądze za wodę, pomijając zapłatę za pizzę. Potem, gdy się już poznali bliżej, zaczęła robić makijaże jego modelkom, aby artysta zaoszczędził na profesjonalnej mejkapistce, i tak zawodu wyuczyła się przez przypadek. Z czasem coraz lepiej poznawała Marco, sposób jego pracy, podejście do zamówień, obraz z pizzerii wymazywał się, a jego miejsce stopniowo zajmował wizerunek wybitnego twórcy.

Niestety, Zofia przyznała się do tego błędu dużo, dużo później, im bardziej kochała, tym bardziej stawała się zaborcza; Marco nie dawał jej żadnych powodów do zazdrości, a mimo to nie potrafiła się powstrzymać; urządzała sceny na wernisażach, po sesjach zdjęciowych, w domu, w restauracji, robiła się nieznośna, z pełną świadomością, że robi się nieznośna. Burzliwy romans skończył się pobiciem jej przez impulsywnego artystę z tak błahego powodu, jak podarcie i spalenie przez Zofię materiałów na jego najnowszą wystawę. Z zazdrości. O autora oczywiście, nie o sztukę.

Pomagałam im przy sesjach, kontynuuje grzeczną wersję historii, za darmo, dla zabawy, oni nagle okazali się sławami, głównie od reklamy, czasami zajmowali się fotografią artystyczną, aktami, Włosi lubią akty, wiadomo, wzdycha rozmarzony pan Krzysztof, tak to się zaczęło, zdjęcia, modele, modelki, piękne modelki, to musi być ciekawa praca, Zaremba kontynuuje zachwyty nad zawodem narzeczonej syna, niezbyt ciekawa, Zofia odpowiada zimno, wręcz nieprzyjemnie, za to dość lekka, da się zarobić i nie narobić.

Pan Krzysztof milknie, trochę kurczy się w sobie, pani Alicja chrząka i mruczy niby do siebie, ale tak, żeby wszyscy słyszeli, co za imponujący etos pracy, Adam czerwienieje, zaraz wpadnie w szał, Rogala doskonale odczytuje emocje ukochanego, kolejny raz żałuje decyzji przyjazdu na obiad, za wcześnie, za wcześnie i w złym momencie, mają kłopoty z dziadkiem, drażni ich byle co. Dlatego Zofia nie komentuje uwagi tej wysokiej, kościstej blondynki o zaciętym wyrazie twarzy, szklistych, jakby wiecznie zapłakanych oczach i niepasujących do tej urody, do tej osobowości, dużych, zmysłowych ustach, ubierającej się wprawdzie elegancko, lecz nieodpowiednio do uroczystości, na przykład dzisiaj w białą koszulę i perły, chyba sztuczne, zastanawia się Rogala, idealne na pogrzeb albo chrzciny.

A po co w ogóle pani wróciła, Alicja nie zmienia napastliwego tonu, skoro w tych Włoszech tak pięknie; rzeczywiście pięknie, odpowiada łagodnie Zofia, ale rynek się popsuł, zaczął się kryzys, okazało się, że w biednej Polsce jest więcej pracy niż w bogatych Włoszech. Hm, patriotyzm pieniądza, komentuje sarkastycznie matka Adama, nie wyjaśniając, co dokładnie ma na myśli; czyli powinnam zostać w Rzymie, pyta niewinnie Zofia, Alicja zacina się i nie odpowiada, spogląda tylko wyzywająco na męża swoimi zapłakanymi oczami, jakby chcąc powiedzieć, jak długo jeszcze pozwolisz tej kobiecie mnie obrażać.

Rogala intensywnie trenuje cnotę pokory, wbija paznokcie w fałdy skóry, chociaż wewnętrzny głos nakazuje bunt, roznieść jednym ruchem ręki nakrycie stołu, wgnieść w podłogę mrugające do niej z wielkiej patery rybie oczy, zastygłe w galarecie. Mięśnie zaciskają się wokół szyi, jakby chciały zgnieść tchawicę, oplatają cały kręgosłup zastygającą na beton wstęgą, nerwy, nerwy, nerwy, szepcze, nie na tyle cicho, by Adam nie słyszał, słyszy. Spogląda na Zofię pytająco, ona tego nie zauważa, zajęta badaniem łusek na skórze rybiej głowy. Udany obiad, nie ma co, podsumowuje w myślach, zaraz puszczę bąka, może to ich rozluźni.

Czy to są dziary, rzuca nieoczekiwanie Alicja, wszyscy przy stole przestają jeść, dziary, co za dziary, dziwi się Krzysztof, o czym ty mówisz, kochanie. Wtedy pani Zaremba wskazuje palcem tatuaż, który ukazuje się na lewym przedramieniu Zofii, gdy sięga po miseczkę z ogórkami kiszonymi, trójkąt z topornie wykonanym okiem w środku, znak wszechwiedzącego Boga, tyle że zamiast Jahwe ma wpisane w wolne pole skrót Hbrt, pani była w więzieniu, dopytuje się Alicja, w jej skrzeczącym głosie pełnym pretensji zawiera się już odpowiedź; zgorszona więziennym epizodem kochanki syna matka posyła Adamowi oskarżycielskie spojrzenie; dlaczego nas o tym nie uprzedziłeś. Ależ skąd, Rogala udaje, że nie rozumie min gospodyni, pokornie bagatelizuje sytuację, zrobiłam go ku czci mojej pierwszej miłości, widzi pani, o, Zofia delikatnie przesuwa palcem po literach, jakby w ten sposób czerpała z nich energię, Hubert, opiekował się mną jak nikt inny, ani wcześniej, ani później. Zresztą mam jeszcze jeden, Rogala podwija rękaw czarnej jedwabnej koszuli i pokazuje umieszczony na wewnętrznej stronie prawego przedramienia tatuaż, wypracowany w każdym detalu, przedstawiający postać nieokreślonej płci, przypominającą anioła, o gęstych włosach, spadających na plecy, ubraną w lekką i zwiewną tunikę. Mimo miecza, który unosi w górę, jej twarzy nie znaczy gniew, raczej melancholijna determinacja w walce, której sensu się nie widzi. Ten też po jakiejś miłości, Alicja udaje życzliwie zainteresowaną, chyba sporo tego było. Nie, Zofia kiwa głową, przynajmniej sądząc po liczbie tatuaży, to znaczy, Zaremba nie przestaje być podejrzliwa, jej twarz marszczy się nieprzyjemnie, głowa przechyla się w stronę lewego ramienia, jakby z tej perspektywy lepiej było widać kolejne rysy na portrecie narzeczonej syna, to znaczy, że mam tylko dwie, jak to pani nazwała, dziary, Zofia uśmiecha się łagodnie, wydyma przy tym lekko usta, cały czas powtarzając w myślach mantrę na dziś, pokora, tylko pokora.

Daj jej spokój, co to, przesłuchanie, wykrzykuje histerycznie Adam, ku oburzeniu obojga rodziców chwyta obiema dłońmi obrus i jeśli padnie niewłaściwe słowo, jeśli ktokolwiek zareaguje nie po jego myśli, zerwie go ze stołu, ależ on jeszcze dzieciak, stwierdza w myślach Rogala, obserwując zachowanie ukochanego; Zofia często dziwi się, że żyje z osiemnaście lat młodszym od siebie mężczyzną; co właściwie w nim widzi, wyjątek, widzi wyjątek; Adam definitywnie jest wyjątkiem; miłość zawsze dotyczy wyjątków. Właściwie wolę starych ludzi, nawet schorowani i zdziecinniali, wciąż emanują rodzajem wzniosłości, niezależnym od nich samych, ich mądrości, osiągnięć, stanu umysłu. Wzniosłość rzeźby stworzonej z lichego materiału; materiał się nie liczy; Zofia natychmiast oddala wątpliwości; liczy się przekaz; brakuje tego dzieciakom i tym zadowolonym z siebie ludziom w wieku średnim; tylko dlatego, że odnieśli sukces zawodowy, wydaje im się, że rozumieją coś z życia.

Mięśnie ramion Adama pod granatową koszulką polo napinają się, obrus powoli spływa w stronę Zofii, salaterki, misy, kieliszki, sztućce, butelki i talerze drżą, jakby na Mazurach zatrzęsła się ziemia, zaraz będzie zabawnie, zauważa w myślach Zofia.

Wybawienie przychodzi od Czerskiego, który dość obcesowo zmienia temat, przechodzi na politykę: co nowego w rządzie, nadal majstrujecie przy demokracji, nadal marzy wam się dyktatura, narodowa w treści, kapitalistyczna w formie, złośliwość kieruje w stronę Alicji, która również z ulgą, jakby nigdy nic, zamiast wszczynać kłótnię z ojcem, poprawia obrus puszczony w końcu przez syna, ustawia na miejsce dwa przewrócone kieliszki i salaterki, które zjechały jedna na drugą. Czy kręgi rządowe nadal chcą nas uszczęśliwiać na siłę i zamieniać kraj w fermę rozpłodową produkującą miernych, za to wiernych katolików, których tak potrzebuje Europa do nieskomplikowanych prac na budowie i w gastronomii, ciągnie Czerski z rosnącą irytacją, robiąc aluzję do konfliktu wokół rządowego projektu całkowitego zakazu aborcji.

Wszystko ci się miesza, tato, odpowiada spokojnie Alicja; czyżby, niemal odszczekuje stary; zaślepia cię władza, pozór władzy, i tyle. Pani Zaremba, przypomina sobie Zofia, pracuje, zdaje się, w kancelarii premiera, a mąż jako doradca któregoś z ministrów.

Alicja nie wytrzymuje, wybucha, nie kryjąc pogardy dla ojca i wściekłości, wreszcie mamy rząd, który dba o polskie interesy, wreszcie rząd coś robi dla Polaków, dla obywateli, nie wysługuje się obcym interesom, kapitał, dla kapitału, pod kapitał, w imię kapitału, co robili wasi czerwoni lordowie. Co się dla nich do czegoś nadawało, sprzedali za bezcen albo rozkradli, co się nie nadawało, zrujnowali do reszty, czerwona zaraza, zaraza, krzyczy pani Alicja ochrypłym głosem. Pieprzysz, kochana córko, brutalnie odcina się Czerski, w tym kraju nie ma żadnych czerwonych, tu zostali tylko narodowi katolicy, jak możesz tak się do mnie odzywać, protestuje obrażona Alicja, bo głupol z ciebie, wyjaśnia spokojnie Czerski; ale po co takie ostre słowa, Zaremba staje w obronie żony, przecież to twoja córka, wiem, że to moja córka, chociaż dziękuję ci, Krzysiu, za przypomnienie tego faktu, który niewątpliwie zobowiązuje ją, żeby od czasu do czasu używała mózgu, stary całkowicie ignoruje zszargane uczucia Alicji, kontynuując, ci twoi klechici są z tej samej gliny ulepieni, co czerwoni lordowie, jak nazywasz tych nomenklaturowych szczęśliwców, przecież tak samo potomków miejskiego i wiejskiego lumpenproletariatu, przedwojennych bezrolnych albo bezrobotnych, jedynej zwartej siły narodu, która nietknięta przeżyła wojnę, rdzeń tego narodu, tej ziemi, kochanie, wskazujący palec starego dźga biały obrus, za każdym razem z większym impetem.

Rogala chwyta nadgarstek Adama, prowadzi jego dłoń wzdłuż uda, spódnica zwija się pod same biodra, palce Adama wchodzą głęboko w Zofię, młody uśmiecha się, gdy słyszy tłumione westchnienia ukochanej, widzisz nawet nasz gość ma już dosyć twojego gadania, lodowatym tonem karci ojca pani Zaremba, nie widząc, co się dzieje pod osłoną ogromnego lnianego obrusa.

Będę mówił, co myślę, czy się to komuś podoba czy nie, irytuje się Czerski. To przynajmniej nie porównuj, reaguje niemal histerycznym krzykiem matka Adama, tych, co walczyli za Polskę, z tymi, co walczyli za partię komunistyczną. Gówno prawda, żadnego paradoksu w tym nie ma, że twoich klechitów i partyjnych notabli łączy ta sama tradycja, jedyna żywa polska tradycja, która nazywa się nacjonalizm; Edward, przestań ciągle nazywać poświęcenie dla ojczyzny nacjonalizmem, wtrąca się ojciec Adama z jakąś dziwną flegmą, sztucznym opanowaniem, pod którym łatwo wyczuć gotujące się emocje. Nazywam nim ten rodzaj miłości, który kwitnie tu od stu lat, i jeśli ktoś się wyłamał z tej tradycji, to jedynie rewizjoniści, tak, tak, stwierdza dobitnie stary, gdy na jego słowa własna córka, a nawet zdominowany przez nią zięć reagują parsknięciem śmiechu, rewizjoniści marksistowscy lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, Czerski aż delektuje się swoją precyzją w określeniu czasu, dysydenci ideowi, którzy odrzucili po równo nacjonalkomunizm i prawicowy fetysz narodu; oni, właśnie oni, więcej zrobili dla odmiany tego kraju niż ten słynny duch, duch narodu katolickiego, co miał zstąpić i odmienić oblicze tej ziemi, lecz nic nie odmienił, poza ustrojem, ustroje się zmieniają, duch narodu pozostaje ten sam, duch jest emanacją samego rdzenia, Czerski nie kończy, przerywa mu zirytowana córka, łatwo krytykować społeczeństwo, wyciągać brudy i obrażać cały naród.

Łatwo, to sama spróbuj, broni się Czerski, zresztą oni nie obrażali, oni tylko obnażali. Prawdziwe oblicze kraju, duchowy analfabetyzm, zapiekłą nienawiść do wszystkiego, co obce i inne, i lepsze, przegrali, zgadza się, nikt tak dobrze, tak bez złudzeń nie przyjrzał się Polakom jak oni, ciekawe jedynie, twarz pani Alicji blednie, oczy zwężają się, rzuca wściekłe spojrzenia na Czerskiego, ciekawe tylko, kiedy przyjrzysz się sobie samemu, siebie poddasz równie wnikliwej krytyce, o co ci chodzi, o co masz do mnie ciągle pretensje, stary też już nie wytrzymuje, widać, że go aż trzęsie, wali pięścią w stół, podskakują salaterki, talerze, sztućce, szklanki, kieliszki do wódki przewracają się, wokół ich wraków tworzą się plamki wilgoci, o to, co zawsze, czemu ich zdradziłeś; nikogo nie zdradziłem; zdradziłeś, upiera się Alicja; pieprzysz, gówniaro.

Czerski unosi się nad stół, wyciąga rękę w stronę córki, nie wiadomo, czy zamierza ją uderzyć, czy tylko ponoszą go emocje, Alicja bez cienia strachu wpatruje się prosto w oczy ojca, którego nagle opuszczają siły, ciągle masz pretensje o to, Czerski mówi ciszej i z trudem, że zdradziłemtwoją matkę, powtarzam ci kolejny raz, nie zdradziłem. Nie zdradziłem, nie zdradziłem, przedrzeźnia ojca pani Alicja, co za hipokryta z ciebie, po tylu latach, po tym wszystkim, co wiemy o tobie, mówi z przekonaniem matka Adama, jej mina wyraża niemożność zrozumienia braku zrozumienia Czerskiego, dosyć tych bzdur, krzyczy stary, wytrwałem przy niej do końca, córka nie ustępuje, przez ciebie zachorowała, przez ciebie umarła, nie przeze mnie, przez raka i nikogo nie zdradziłem, tylko siebie, może. Stary, cały czerwony, wstaje od stołu i wychodzi z pokoju.

Rogala dobrze pamięta, co Adam mówił o babci; ubierała się elegancko, nawet z fantazją, pachniała modnymi perfumami, robiła doskonałą szarlotkę i fenomenalne gołąbki, od dziecka obdarzała wnuka tysiącem pocałunków, gdy dorastał, wciskała mu ukradkiem pieniądze, żeby mógł się czuć swobodnie nawet wśród zamożnych przyjaciół, których zresztą Adam zbyt wielu nie miał, pocieszała w najtrudniejszych momentach, na przykład gdy jego praca nie wygrała w szkolnym konkursie na najlepszą fotografię z wakacji, ciepła, kochająca kobieta, szkoda jej, szkoda jej życia na takiego faceta, Adam nie ma złudzeń co do dziadka, mimo że go uwielbia, tyle że za inne cechy niż wierność.

Mogłaś sobie darować, włącza się ojciec Adama, stary jest niezdrowy i w gruncie rzeczy przegrany, nic ci nie da zwycięstwo nad nim, matka układa na talerzu widelec i nóż tak, aby leżały idealnie równolegle, ciągle coś psuje jej harmonię, poprawia sztućce, bezskutecznie; kiwa głową, zgadzając się z mężem, i zaraz dodaje, nie rozumiem, nie rozumiem, dlaczego nie potrafi przyznać nam racji i przeprosić, przecież wybaczylibyśmy, prawda, wybaczyli, i koniec. Ojciec po prostu wariuje, niespodziewanie córka tłumaczy Czerskiego, a my razem z nim, przytakuje Krzysztof, co razem z nim, Alicja nie rozumie uwagi męża, my wariujemy razem z nim, wyjaśnia Zaremba.

Zofia płonie. Niewidoczne ogniki skaczą po jej rekach, piersiach, wplątują się we włosy, popiół zwęglonej skóry rozsypuje po całym stole, rozwiany jej westchnieniami, osiada na ścianach, firankach, na ubraniach obojga Zarembów. Zofia przytrzymuje dłoń Adama w sobie i wypuszcza, dopiero gdy wstrząsa nią tłumiony spazm.

Na deser są lody, kto życzy sobie lody, rzuca Alicja, z nieoczekiwanie młodzieńczym wdziękiem, nikt nie reaguje.

Krzysztof Zaremba próbuje zbagatelizować konflikt, niezdarnie przeprasza Zofię za przypadkowe wmieszanie w sprawy cudzej rodziny; ona stała się częścią naszej rodziny, Adam szybko ucina ojcowską retorykę, równocześnie wyciera ukradkiem wilgotne palce w obrus, starając się nie pokazać niczego po sobie. Zofia chowa twarz w dłoniach, udając, że masuje skronie, z trudem panuje nad sobą, aby nie wybuchnąć śmiechem; seks na oczach kłócącej się o jakieś stare grzeszki rodziny, czegoś takiego jeszcze nie doświadczyła. Zofia i Adam patrzą na siebie z rozbawieniem, Rogala zaczyna lepiej rozumieć ucieczkę młodego z domu, niechęć do matki, sympatie dla dziadka, pogardę dla Krzysztofa, stłamszonego przez kłótliwy tandem ojca i córki, popierdolona rodzina, w sumie nie wiem, czy chcę być jej częścią, podsumowuje swoje wrażenia Zofia. Może Adam wygląda na dziecko, ale dojrzałością przerasta tych państwa, stwierdza z zadowoleniem; kim są właściwie ci rewizjoniści, o których poszło w dyskusji, pyta niezbyt zainteresowana tematem, najchętniej położyłaby się teraz na kocu w ogrodzie i zasnęła, och, nieudana próba ratowania skompromitowanych idei, natychmiast odpowiada Zaremba, byle zachować władzę i na nowo uwierzytelnić się w oczach społeczeństwa, które odrzucało komunizm. Bredzisz, zięciu, chodziło o coś więcej, o wydobycie kraju z totalitarnego szamba, niestety krajowi spodobały się kąpiele w gównie, dopowiada z drugiego pokoju Czerski, stary ma niezły słuch, myśli Zofia. Bo mieliśmy tu ruskie dywizje i ludzi, którzy z nimi współpracowali, replikuje Krzysztof, stary nie reaguje, słychać tylko huk zatrzaskiwanych drzwi. Adam po cichu komentuje kłótnię rodzinną, oni teraz tak ciągle.

Alicja przynosi kawę i herbatę, Edward wraca pół godziny później, musiałem obejrzeć wiadomości w telewizji, wyjaśnia, nie wiadomo po co kłamiąc, i dalej w milczeniu przypatruje się Zofii.

Jak właściwie się czujesz, Edward, pyta Adam, dobrze, pada zdawkowa odpowiedź. Przecież widzisz, dodaje po długiej pauzie Czerski; kilka drgnień mięśni twarzy dziadka i, jak w odbiciu, wnuka, Zofia przysięgłaby, że to z trudem skrywany uśmiech, konspiracyjne porozumienie dwóch pokoleń rodziny.

Kiedy wychodzą na spacer po obiedzie, Alicja przytrzymuje w drzwiach Zofię, przyciąga do siebie i syczy do ucha, zachciało ci się smarkacza, proszę bardzo, bierz sobie, tylko innego, ten tu jest moim synem, nie oddam ci go tak łatwo. Potem z uśmiechem macha do niej i Adama, gdy idą drogą w stronę jeziora, nikt się nie orientuje, co zaszło między dwiema kobietami, dwiema rywalkami, nawet sama Zofia nie ma pewności, czy nie przesłyszała się lub czegoś źle nie zrozumiała, zmęczona spotkaniem.

W drodze mijają parę emerytów wolno i majestatycznie wracających ze spaceru po lesie. Na stare lata różnice wieku się wyrównują, mówi Adam, jak ludzie wytrzymują tyle ze sobą, zastanawia się Zofia i wyznaje z ulgą, nie, znowu nie, u twoich rodziców raczej furory nie zrobiłam. Dlaczego, myślę, że się spodobałaś, tylko wstydzili się powiedzieć. Odnotowałaś chyba, że dziadek nie odrywał od ciebie wzroku, ojciec pierwszy raz bajerował jakąś kobietę poza żoną, a matka… Daj spokój, przerywa mu Zofia, zauważyłam jej mroczne spojrzenie, spojrzenie kogoś, komu odebrano ukochaną zabawkę; chodzi o mnie, Adam udaje zdziwienie i jeszcze wskazuje na siebie palcem dla podkreślenia wątpliwości; tak, ciebie, żartujesz; ciebie, ciebie. Zofia głaszcze go po głowie i mruży oczy, oślepiona czerwonożółtym światłem zachodzącego słońca, odbitym od tafli jeziora.

Gdy przytuleni do siebie stoją na molo i wpatrują się w przeciwległy, obrośnięty tatarakiem brzeg jeziora, Zofia zastanawia się, czy powiedzieć Adamowi o rozmowie z jego matką, w końcu rezygnuje i tylko mówi rozkazującym tonem, jedźmy stąd wreszcie i nigdy tu nie wracajmy, i natychmiast zapomina o obietnicy.

2

W samochodzie Zofia przymyka oczy i próbuje się wyciszyć; szum silnika uspokaja, lekkie kołysanie samochodu na pagórkowatej drodze usypia. Zofia zapada w krótką drzemkę, potem się budzi, ale nie otwiera oczu, udaje, że śpi. Analizuje pytania, które pojawiły się w czasie spotkania rodzinnego. Czy na pewno pasuje do Adama, do jego rodziny; czy on pasuje do niej; jakim cudem właściwie dwoje ludzi takich jak oni zeszło się i trwa w szczęśliwym związku.

Dwa lata wcześniej Zofia pracowała przy sesji mody zamówionej przez pismo kobiece.

Rosa błękitnego światła osiada lepkim plastrem na ścianach studia, na meblach, na twarzach fotografa, modeli, asystenta ustawiającego światła, stylisty, szefowej agencji modelek, która wpadła na plan sprawdzić profesjonalizm swoich podopiecznych, redaktorki pisma kobiecego, sponsorów. Przesuń tego murzyna bahdziej na lewo, czy ja ci, kuhwa, płacę za pogaduszki z ciocią Khysią, zniewieściały, lecz ostry i władczy głos fotografa wybija bezwzględnie asystenta z rozmowy ze stylistą. Chłopak szybko podbiega do wielkiego, czarnego ekranu, który wyłapuje nadmiar światła z lamp; fotograf z miną zadowolonego z siebie dyktatora wraca do ustawiania kadru; majstruje coś przy aparacie osadzonym na statywie pośrodku pomieszczenia; co chwila unosi głowę i porównuje obraz z aparatu z rzeczywistym. Studio mieści się w starym fabrycznym budynku z czerwonej cegły przy Burakowskiej na Woli, odnowionym i zamienionym na kilka olbrzymich atelier projektantów, architektów, fotografów. Wielkie przeszklone okna wyglądają na bujną zieleń cmentarza Powązkowskiego i kopułę kościoła świętego Karola Boromeusza.

Zofia maluje – najpierw dziewczynę, która w karmazynowej halce, znudzona i obojętna, kiwając się na rozpadającym się krześle, bada jego wytrzymałość. Przystojny brunet, następny w kolejności, za każdym razem, gdy tylko krzyżuje spojrzenie ze stylistą, wyraża paroma grymasami dezaprobatę dla pracy makijażystki, do Zofii uśmiecha się sztucznie, ukrywa niezadowolenie, żeby nie narazić się osobie z branży, w której dopiero stawia pierwsze kroki, nie zna jeszcze układów, nie wie, kto może pomóc, kto zaszkodzić. Otrzymuje pracę tylko dlatego, że z powodów budżetowych pismo woli zatrudnić tanich, niedoświadczonych modeli i przerzucić na fotografa całą troskę o jakość zdjęć. Stylista, mężczyzna ledwie po trzydziestce, chociaż już z kilkoma smugami siwych włosów na skroniach, ubrany z dyskretną elegancją na czarno, zna finansowe kulisy sesji, nie odpowiada na miny modela, owszem, flirtuje, uśmiecha się dyskretnie i tajemniczo, równie dobrze może zgadzać się z chłopakiem, co obśmiewać go, nie tracąc jego sympatii. Cały czas wykonuje przy tym, irytującą szefową agencji modelek, gimnastykę dłoni: strzyka palcami, napina je i luzuje. Zofia dostrzega ukryte napięcia, które towarzyszą zdjęciom, nie reaguje na nie, uważa, że jest za stara na to, by żałosna gra małych ambicji i rozdętych ego robiła na niej wrażenie.

Co pewien czas dzwoni czyjaś komórka; rozmówca odchodzi wtedy w kąt studia, wtula się w aparat i szeptem załatwia sprawy; co pewien czas fotograf wrzeszczy, wyłączcie swoje buhaki, dobrze, wasze ciotki nie mogą wytrzymać bez was nawet chwili, zazdhosne, czy jak, tu się ciężko phacuje, żeby te dahmozjady miały za co się sthoić. Jacek Drożdż, fotograf, słynie z uznawania wszystkich mężczyzn za prawdziwe bądź ukryte cioty, kobiet za lesby.

Gdy plan zostaje w końcu przygotowany, prosi modeli na stanowisko. Chłopak, ustawiany w rozmaitych pozach, ma zawsze grać rolę podnóżka dla stóp dziewczyny, w pierwszym wariancie siada na krześle, modelka opiera się na jednej nodze, drugą wsuwa partnerowi między uda. Mocniej, fotograf rzuca z furią, nie odrywając oka od wizjera w aparacie fotograficznym; dziewczyna delikatnie wciska stopę w krocze modela; zbędna delikatność denerwuje Drożdża, mocniej, do kuhwy nędzy, jeszcze mocniej, doskonale; tylko nie zhób mu jajecznicy w majtach. Flesz rozbija serią białych rozbłysków błękit studia, dźwięk migawki obija się echem od ścian. Fotograf co pewien czas odrywa się od aparatu i zerka w stronę asystenta, jeśli przyłapuje go na rozmowie ze stylistą, natychmiast goni do roboty, do przestawiania ekranów regulujących ilość światła na planie lub zmiany obiektywów, niekiedy zwyczajnie musztruje go: nie płacę mojej niesfohnej dzidzi za gaworzenie z ciotami – błędnie rozpoznając zagrożenie dla swojego związku.

W studiu, nic zaskakującego u Jacka Drożdża, o czym Zofia wie z branżowych plotek, panuje atmosfera zimnej wojny, wiecznej pyskówki, stałego zagrożenia, pretensji bez powodu. Żeby rozładować napięcie, producent zarządza krótką przerwę, od razu robi się harmider, jedni jedzą kanapki, drudzy wychodzą na kawę do bistro na parterze budynku, jeszcze inni wydzwaniają do znajomych i zleceniodawców w sprawie kolejnych kontraktów. Ktoś skręca jointa, inni dołączają się do palenia, słodki dym wypełnia studio. Podaj wino, mój chłopcze, fotograf nie prosi, nakazuje asystentowi; następnie rzuca w obecności modeli: wheszcie tchnąłem thochę życia w te woskowe figuhy; trzeba to uczcić, niephawdaż.

Drożdż wzywa Zofię kilka razy do poprawiania włosów albo pudrowania twarzy, dogryza jej uwagami na temat smutnego życia starych lesb. Rogala, zgodnie ze swoim podejściem do spraw nieistotnych, ignoruje złośliwości, prawdziwej zemsty dokona nieco później. Tego dnia poznaje Adama, który miota się od dłuższego czasu w dziwnym związku z Jackiem, w wolnych chwilach asystuje mu przy sesjach, ponadto robi laskę i podbiera rozmaite albumy z fotografią, wahając się, czy wybrać studia fotograficzne w łódzkiej Filmówce, czy malarskie na warszawskiej ASP. Ma niecałe dziewiętnaście lat; parę dni później pierwszy raz się tnie; na szczęście niegroźnie; wkrótce potem przeżywa swój pierwszy seks z kobietą, z Zofią, wówczas trzydziestosześcioletnią, wciąż piękną, o skórze delikatnej, choć z kilkoma zbędnymi fałdami na brzuchu, i dość mocno posiwiałą, co ukrywa od wielu lat, farbując włosy, dla ozdoby pozostawia jedno bądź dwa pasemka siwizny na grzywce. Adam i Zofia prawie nie rozmawiają ze sobą w trakcie sesji, ale rzucają w swoim kierunku ukradkowe spojrzenia, śledzą swoje ruchy, badają relacje z innymi. Adam dłużej niż zwykle odkręca motylkową śrubę przy jednym ze statywów na blendę, przygląda się ze zdumieniem Zofii, nie potrafi powiedzieć, co go w niej tak pociąga, przeczuwa obecność w niej czegoś, czego brakuje mu w człowieku, któremu oddaje się seksualnie; nie wie, czym jest to coś, w każdym razie musi być silne, jasne i czyste, skoro go przyciąga, uwodzi, rozkochuje.

Z jego punktu widzenia: w niemal przejrzewającej już kobiecie.

Z punktu widzenia Zofii romans z kilkanaście lat młodszym homoseksualistą, którego ewentualnie uda się przerobić na parę nocy w biseksualistę, nie wygląda na niebezpieczną aferę, co najwyżej wymaga subtelnego, choć stanowczego działania; chłopaczyna ma przecież opiekuna; Zofia stuka pantoflem w kufer z kosmetykami i niby od niechcenia obserwuje młodziutkiego asystenta. Wiszące na biodrach dżinsy, bawełniana koszulka z krótkimi, podwiniętymi do barków rękawami, włosy blond poplątane, posklejane, rozwichrzone. To niesprawiedliwe, żeby taki buc posuwał takie ciacho, podniecenie u Zofii wywołuje nie tyle perspektywa seksu z Adamem, zapowiadającym się na dość głupkowate popychadło, co odbicia obiektu erotycznej eksploatacji „gwiazdorzącemu” fotografowi.

Zofia rozpoczyna intrygę; najpierw musi mocniej zaistnieć w polu widzenia młodego; zaznaczyć swoją obecność, wręcz zasugerować, czym mogłaby być na tym planie, gdyby tylko chciała. Zaczepia szefową pisma, rozmawiają o estetyce sesji. Niby od niechcenia Zofia wtrąca uwagę, że robi się wtórna wobec bliżej nieokreślonych współczesnych trendów. Rogala i Kawczyńska znają się od lat i mają podobny gust. Obie łapią przedstawiciela sponsora i dzielą się swoimi wątpliwościami. Mirecki panikuje, że w takim razie sesja idzie w złym kierunku. Zofia podchodzi do Drożdża, który czaruje modela, bierze fotografa na bok i rzuca pozornie od niechcenia, jednak na tyle głośno, że stojący obok asystent wszystko słyszy: powinieneś dodać pieprzu tej sesji, inaczej nawet mój makijaż nie wystarczy, żeby zadowolić sponsora; o co chodzi temu pehwehtowi, pyta fotograf; o nic, tyle że marudzi niezadowolony. Naphawdę, zdumienie fotografa wydaje się szczere; więcej krwi, Jacku, więcej krwi, Zofia nie przestaje delikatnie motywować artystę; doooobrze – fotografa ogarnia entuzjazm. Zahaz go rozbawimy – dodaje i odchodzi do modeli; bierze ich na stronę i coś tłumaczy; oni wpatrują się w niego spłoszeni. Potem pan Jacek wraca rozluźniony, z natchnioną miną kogoś zanurzonego w boskiej wizji, więcej khwi, phoszę państwa, khew jest negatywem spehmy, dlatego ją lubię. Klaszcze w dłonie trzy razy z okrzykiem: na plan, na plan, ciotki, będziecie się migdalić po zdjęciach. Na koniec, piskliwym głosem, zwraca się bezpośrednio do modela: widzisz, ile phoblemów, kiedy biohą do hoboty takie siódme nieszczęście.

Ostry ton skutkuje, chłopak truchta na plan; modelka rusza za nim, zblazowana i obojętna na wszystko; w szpilkach porusza się niezgrabnie; przypomina cyrkiel, którym odmierza się odległość na mapie. Pracownicy techniczni wciągają na scenę łóżko, na którym kładzie się model, ręce swobodnie rozrzuca na pościeli, nogi opadają na podłogę, między nimi staje dziewczyna. Opiera stopę na klatce piersiowej partnera, ten początkowo broni się przed rolą upokorzonego, robi gniewne, obrażone albo triumfujące miny i niespecjalnie przejmuje się scenariuszem sesji, dziewczyna waha się między zimną obojętnością a autentyczną tremą, powodowaną niecodziennym zadaniem, stara się nie zranić kolegi obcasem, uważa, by unosić podeszwę buta odrobinę ponad jego ciałem, w najgorszym razie, by je tylko delikatnie muskać. W takiej pozycji z trudem utrzymuje równowagę, szybko drętwieje jej noga, fotograf kilkakrotnie sprawdza światło, błyskają flesze. Drożdż irytuje się, rzuca kilka obelżywych uwag, które nie zmieniają gry modeli, w końcu podchodzi do dziewczyny, łapie ją za łydkę i brutalnie wciska obcas w pierś chłopaka, ten podskakuje z bólu i zaraz opanowuje się, nie śmiejąc protestować. Unosi się z wrażenia, wywraca przy tym białka oczu i stara się nie pokazać po sobie cierpienia, jego mina łączy w sobie ból, ekstazę i kicz. Nic dziś się lepiej nie sprzedaje niż ból, ekstaza i kicz, komentuje Zofia, zwracając się do stojącego obok Adama. Dobrze, woła wreszcie szczęśliwy fotograf, znowu błyskają flesze, wypnij piehsi, zwraca się do dziewczyny, zhób coś z ramionami, wygnij się, tak, bahdziej, bahdziej, jeszcze bahdziej, nikt ci tu, kuhwa, nie zehwie tych twoich wisienek.

Zofia delektuje się obrazem, scenka przypomina jej oglądane pod mikroskopem na lekcji biologii jednokomórkowce: plamka łączy się z inną plamką; potem się rozdzielają, bez ładu i składu, przynajmniej dla niej, dwunastolatki zainteresowanej sposobami rozmnażania się dużo bardziej rozwiniętych form życia, o czym wspomina koleżance, Marcie; wybuchają razem nieopanowanym śmiechem; nauczycielka wyrzuca je za drzwi; rozbawione lądują w toalecie dla dziewcząt, gdzie kontynuują rozważania, uszczegółowiając je o opis członka piętnastoletniego Roberta, którego Marta podglądała kiedyś, gdy ten się onanizował, wpatrując się w obnażone krocze puszczalskiej Ewki z ich klasy.

Znowu ciągi skojarzeń, które prowadzą w tamto miejsce, myśli Zofia, hozluźnijcie się thochę, tehaz pehfekt, jedziemy, pokrzykuje fotograf.

Race fleszy kroją przestrzeń studia na nieuchwytne dla oka strzępy wrażeń, które w komputerze zastygają w czytelne płaszczyzny fotografii; Zofia szuka wzrokiem Adama. Nie zauważa, że sama jest cały czas obserwowana: z ciebie musi być prawdziwy drapieżnik, nieźle namieszałaś w sesji Drożdżowi. Adam. Przenikliwe spojrzenie. Ironiczny uśmiech.

Zaczynają rozmowę, która trwa, z przerwami na pracę, aż do rana. Żadnego przerabiania geja na hetero, żadnej zabawy w matkę i syna, w starszą siostrę i brata, zwyczajna rozmowa. Najpierw o malarstwie: zauważyłeś, że fotografia tylko pozoruje rzeczywistość, stwierdza prowokacyjnie Zofia; pozoruje prawdę i pozoruje chwilę, będąc wystudiowanym kłamstwem. Wielkie malarstwo oddaje kwintesencję sceny, chwili, czasu, Adam coś chce odpowiedzieć, korzystając z arsenału argumentów usłyszanych od Jacka. Milknie, uświadamia sobie, że w gruncie rzeczy zgadza się z opinią Zofii. A ona odkrywa w nim wrażliwość, znacznie większą niż jej własna.

Potem rozmawiają o ludziach: szukają w sobie traum niczym dziur w serze, twierdzi Adam, a dziurą się nie najesz. Masz rację, przyznaje Zofia, zaskoczona trafnością uwagi swojego rozmówcy, niespodziewane porozumienie szczerze ją cieszy. Masz rację, ludzie nie potrafią żyć bez traum, jakby brakowało im powodów do istnienia, jakby tylko brak nadawał sens życiu; pełnia już nie potrafi. Z czasem, wymęczeni sesją, wpadają w głupawkę, bawią się pozami fotografa, stylisty, modeli; nie potrafią oderwać się od rozmowy, Adam ustawia kadr i wraca do Zofii, ona kilkoma maźnięciami gąbki z pudrem wygładza coraz bardziej zsiniałą skórę modelki i wraca do Adama. Palą papierosy, komentują graffiti namalowane na murze otaczającym fabryczne zabudowania, znów wpadają w głupawkę, Jacek to musi ssać dużo jajek z rana, żeby piszczeć takim wysokim głosem przez cały dzień, znowu prowokuje Zofia; jakie jajka masz na myśli, udając podejrzliwość, pyta Adam i oboje wybuchają śmiechem; a ten kolo, który jest modelem, podobno zaczynał karierę w pokazach mody w hipermarkecie, i dlaczego tam nie został, na kasie zrobiłby furorę, tak, w nagrodę za duże zakupy klientki miałyby prawo odcisnąć mu obcas na klacie; widać, że lubi takie zabawy; od dzisiaj będzie proponował odcisk obcasa po każdym wybitnym seksie; powstanie mu na piersiach taka mała aleja gwiazd. Znów śmiech; żarty plączą się z chwilami autentycznej refleksji, sens z bezsensem. Oboje mają pewność, że powinni znów się spotkać.

Bardzo szybko, tuż po tym, gdy zalicza pierwszy semestr na Akademii Sztuk Pięknych, Adam zaczyna pomieszkiwać u Zofii, najpierw niby przypadkiem: robi się późno, poza tym fajnie pospać dłużej po seksie, coś wspólnie ugotować i zjeść, i obejrzeć film, i w ogóle być razem, dotykać się, pieścić, całować, niespodzianie, bez powodu, nieustannie. Po dwóch miesiącach sytuacja się odwraca i Adam tylko wyjątkowo nie nocuje u Zofii. Co na to twoi rodzice, dopytuje się często Rogala. Nic. Kupili opcję, że wynajmuję na mieście pracownię, pada odpowiedź, tylko dziadek się czegoś domyśla, Zofia słyszy po raz pierwszy o Czerskim, kumaty gość, konstatuje, pewnie stary playboy z doświadczeniem życiowym, podpowiada intuicja.

Zmieniają często adres, nie potrafią się nadziwić, że trudniej docierają się z mieszkaniami niż ze sobą. Włochy, ulica Kleszczowa: wieczny korek, jazgot samochodów nakłuwający głowę jak kleszcze, spaliny oblepiające ciało, wlewające się we wszystkie pory jak płynny beton, potem tężejący, coraz bardziej, aż do rozerwania skóry.

Uciekają.

Wola, ulica Górczewska, wieczny plac budowy, biurowce, markety, nocne sklepy z alkoholem na każdym kroku, podpici, niedopici, upici, spici, dookoła, nachalnie, dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Uciekają.

Blokowiska Chomiczówki: nie znoszą mieszkania, w jednym z kurhanów-sypialni rzuconych między kępy drzew i krzaków, piaskownice, asfaltowe boiska do koszykówki i wielkie płachty parkingów. Renesansowa, ulica, która nie ma w sobie nic z ducha odrodzenia, dla nich go ma. Ileż na niej czuli pogańskiej radości życia: anonimowe mrówkowce, anonimowi sąsiedzi, zatopienie w masie ludzkiej; i tylko ten klimat wojny wszystkich ze wszystkimi, przygniatający, przytłaczający; konieczność sprawnego przemykania się do klatki schodowej, byle nie dać się namierzyć rozchichotanym smarkaczom, którym nigdy nie wiadomo co strzeli do łysych łbów: gaszenie resztek petów w koszach pełnych śmieci, które chwilę potem wybuchają wysokimi płomieniami, skrojenie nieznajomych mieszkańców bloku albo coś naprawdę ekstremalnego. Do tego dochodziło jeszcze znoszenie regularnych bitew rodzinnych po sąsiedzku, szczekaniny psów o świcie, smrodu szczyn po kotach i pijakach w korytarzach i piwnicach.

Uciekają.

Zofia zastanawia się czasami, przed czym właściwie uciekają, przed zapachem wymiotów roznoszących się po całej klatce schodowej w sobotni poranek czy przed ostateczną decyzją, że zostają razem i oficjalnie ogłaszają dobrą nowinę wszystkim znajomym, nawet rodzicom Adama, którzy do tej pory mają ogólnikową wiedzę o Zofii i jeśli w czasie odwiedzin u syna natykają się na jej osobiste rzeczy, są zbywani głupkowatymi wyjaśnieniami o przypadkowych dziewczynach z Akademii, które zapominają zabrać majtki, staniki, buty, płaszcze, szaliki lub czapki.

Musimy gdzieś osiąść, trzeba mieć coś swojego, szkoda tyle płacić tym wyzyskiwaczom właścicielom, trzeba kupić mieszkanie, decyduje Zofia.

Kamienica przy Ursynowskiej, administracyjnie należąca do Mokotowa, leży właściwie w centrum, tyle że na uboczu; ulica odchodzi od Puławskiej w jej najlepszej części, dorobkiewiczowskiej, bezpiecznej, z paroma emerytami, jedynie paru narkomanów kręcących się po okolicznych skwerkach przypomina, że łatwo potknąć się o własną słabość, wrażliwość, lenistwo, próżność, nadzieję, miłość, nienawiść, zachłanność, głupotę, mądrość, że nie zawsze kończy się tak, jak się planuje, bo plany bywają i po to, by tylko drażniły jak seksualne niespełnienie.

Ursynowska, Ursynowska.

Drogo, szefie, osiem tysięcy za metr, drogo, nie dałoby się taniej, pan widzi, że artysta, ja też nie maklerka giełdowa. Właściciel, tłustawy pan w spodniach na szelkach i białej koszuli z wysokim kołnierzykiem przypominającym ortopedyczny, kręci się po mieszkaniu, stęka, rozmyśla, sapie, poci się, pomagając sobie rozpaczliwym machaniem rąk i nerwowym poprawianiem dawno już rozczochranej fryzury; wyrzuca z siebie, niemal wbrew sobie, zgadzam się, siedem pięćset, ani grosza mniej, nie da rady mniej, żona by zabiła, mam pięciu chętnych na wasze miejsce, wy tu najbardziej pasujecie, zgadzam się, siedem pięćset i koniec, żona zabije, i tak zabije, ze swoich jej oddam, żeby nie męczyła.

Ursynowska: wyobraźnia ma nad czym pracować. Wprawdzie secesyjny front budynku zniszczyli w czasach powojennej odbudowy fanatycy socrealizmu, ale na szczęście zachowała się piękna klatka z marmurowymi stopniami schodów, abstrakcyjne witraże w wewnętrznych drzwiach bramy i szczątki ceramiki z trytonami. O przedwojennych mieszkańcach krążą nadal legendy: bokser spod ósemki uwielbiał szampańskie zabawy z dziwkami, szczególnie po zwycięskim meczu, potrafił na masce swojego auta odbyć stosunek seksualny, i to o świcie, i to na Marszałkowskiej, i to na oczach szofera, jak inaczej; bokser zginął w czasie powstania; o dziwkach i szoferze nic nie wiadomo. Pułkownikowa spod szesnastki romansowała z kamerdynerem męża; mąż tak kochał żonę, że kiedy kobieta umarła, wyskoczył z okna.

W mieszkaniu Zofii i Adama mieszkał do 1939 roku iluzjonista, podobno świetny; plotka głosi, że należał do tajnego bractwa mistyków zafascynowanych filozofią Wschodu; zbierał hinduską sztukę; odbył nawet w latach trzydziestych podróż po Indiach, którą opisał później jego towarzysz, Ferdynand Goetel, w jednej z klasycznych polskich „travel writings” – Poróży do Indyj. Nic dziwnego, że iluzjonista w czasie wojny gdzieś się rozpłynął, chociaż należy podejrzewać, że w sposób najpowszedniejszy w latach okupacji; na przykład na sierpień i wrzesień 1939 miał zakontraktowane występy we wschodniej Polsce: Równe, Łuck, Brody, Lwów. Siedemnastego września armia sowiecka zastała go w Łucku, obecnie Ukraina; trafił do więzienia; uznany za szpiega, co z tego, że we własnym kraju, przeszedł serię ciężkich przesłuchań; zesłany na Syberię, przeżył gułag, bawiąc więźniów i nadzór fenomenalnymi sztuczkami; zginął w czasie wielkiej ucieczki armii Andersa ze Związku Radzieckiego albo w Palestynie, albo pod Monte Casino, albo po bójce, zrozpaczony i zapijaczony, pod jednym z barów polskiego Londynu.

Ursynowska, Ursynowska.

Żeby nie brać kolejnego kredytu, tym razem na remont, sami odmalowali ściany, dokupili niezbędne meble i wprowadzili się do mieszkania. W pamięci Zofii pojawiają się sceny fotografie, sceny klucze do jej związku z Adamem, zimowy wieczór, sofa, on zwija się jak kot w kulkę, kładzie głowę na jej kolanach, obejmuje w biodrach, szepcze, pogłaszcz mnie, Zofia głaszcze go, kot-Adam, Adam-świat pręży się łagodnie, całkowicie bezbronny i wzdycha z rozkoszy, popołudnie. Zofia smaży na patelni cukinię, Adam zachodzi ją od tyłu, pieści pośladki, całuje w szyję, krąg po kręgu schodzi w dół kręgosłupa; przestań, au, krzyczy Zofia, rozbawiona i podniecona; zaraz wyleję na siebie gorący olej; Adam nie przestaje całować Zofii; unosi jej kraciastą spódnicę, zsuwa majtki, całuje ją między pośladkami. Reszta na deser, żartuje. Poranna kawa: nago, piją w milczeniu, szczęśliwi, na stole stoi misa z niedojedzonym popcornem po wieczornym seansie kina domowego; zaczynają się nim obrzucać, jak dzieci śnieżkami. Piąta rano, Zofia wraca z planu po przedłużających się niemal w nieskończoność zdjęciach, zmęczona, zmarznięta; zamiast ciemnego, uśpionego mieszkania – niespodzianka. Adam czeka z kolacją i grzanym winem.

Więc o co chodziło, myśli Zofia, kiedy stoją w gigantycznym korku tuż przed Pułtuskiem. Seks, moja ambicja, żeby odbić bufonowi jego zabawkę, dlatego jadę teraz z tym chłopcem, przecież przy mnie Adam to dzieciak. A może jednak coś więcej, wrażliwość, ja retuszuję słabe punkty ludzi, on je w swoim malarstwie uwzniośla. Czułość, tak, przede wszystkim czułość, i ciepło, z tym kojarzy się jej Adam, tak, zmysłowa czułość, przecież nie wmawiam sobie tego, przecież tak było. Ursynowska, mój pierwszy prawdziwy dom, przyznaje po długim namyśle Zofia. Otwiera oczy, gładzi Adama po udzie, on odwraca się do niej i całuje, smak śliny i dotyk języka sprawiają, że Zofię ogarnia pożądanie, które oszałamia, niemal odbiera oddech, jak będziemy jechać przez las, zjedź na jakiś parking. Szkoda, że nie mam wąsów i bejsbolówki, zabawilibyśmy się w tirówkę i kierowcę TIR-a, mówi Adam, starając się zachować powagę, długo nie wytrzymuje, wybucha śmiechem, śmiejąc się, wypatruje leśnej drogi albo parkingu.

3

Słoneczny dzień, Ursynowska o tej porze robi wrażenie opustoszałej, z daleka dobiegają hałasy bawiących się dzieci, a od Puławskiej szum samochodów, Zofia wyładowuje zakupy z bagażnika, gdy ktoś staje za jej plecami. Rogala wyczuwa obecność obcego, odwraca się powoli, czujna, ale nie spięta; promienie słoneczne oślepiają, Zofia mruży oczy, ciemny zarys postaci wyraźnieje, Czerski.

Adam wyjechał na plener ze swoim rokiem, informuje Zofia, zakładając, że odwiedziny dotyczą wnuka, wiem, nie przyszedłem tutaj zobaczyć się z Adamem, czekałem na ciebie. Czerski zwraca się do Rogali na ty, co jej nie przeszkadza, zresztą być może już tak mówił na daczy. Na mnie, tak, chciałem porozmawiać o tobie i Adamie, zapraszam, Zofia wskazuje na dom. Nie, nie, może się przejdziemy, Czerski rusza w stronę parku, nie czekając na zgodę, Zofia ponownie wkłada zakupy do bagażnika i przyciskiem w kluczyku zamyka go, niemal musi biec, aby dogonić starego, który zatrzymuje się dopiero przy furtce, pozwala Zofii wejść pierwszej, obejmuje ją i popycha lekko dłonią.

Spacerują wąskimi alejkami, ocierając się o siebie, Zofia czuje umięśnione ramię Edwarda, Czerski ubiera się elegancko, koszula w prążki zawinięta do łokcia i białe spodnie. Gdy zakłada modne przeciwsłoneczne okulary, upodabnia się do playboyów, jakich wielu widziała i poznała we Włoszech; dokładnie tak go sobie wyobrażałam w akcji, myśli Zofia.

Na początek chciałbym cię prosić o dyskrecję, niech ta rozmowa zostanie między nami, tylko między nami. Nie ma co w nią mieszać Adama, Czerski mówi niskim, ciepłym głosem; nie czeka na potwierdzenie ze strony Zofii, jakby nawet na nie nie liczył, Alicja poprosiła mnie, abym porozmawiał z tobą, bo sama czuje się niezręcznie, jako matka. Wiesz, jacy są rodzice. Nie wiem. Nie znasz rodziców, już chyba mówiłam, wychowałam się w domu dziecka, ale co, nie dowiadywałaś się nawet, kim są, kim byli, nie. Ojca nie znam nawet z nazwiska, ile właściwie masz lat, prawie trzydzieści dziewięć, hm…, mruczy Czerski, no tak, Adam dwadzieścia jeden. Nie mam nic przeciwko różnicy wieku, ogólnie rzecz biorąc, chociaż Alicja uważa inaczej, wiesz, jakie są matki, znałaś swoją matkę, już mówiłam, nie. Powiedziałaś tylko, że nie znasz ojca, z nazwiska nie znam, matki też nie, nazwisko jest po niej. A dowiadywałaś się o nią w ogóle, nie, po co, i nikt z rodziny się nigdy z tobą nie kontaktował, nie. Czerski kiwa głową, nie mogąc uwierzyć w słowa Zofii, naprawdę nie chciało ci się poszukać jakichś śladów, ile razy będzie pan mnie o to pytał, złości się Zofia, poprawiając siwą grzywkę, która opada jej na oczy. No tak, sklerotyk jestem, w każdym razie szkoda, teraz byłoby prościej, dlaczego, rozumiałabyś, co czuje Alicja.

Obcas w klapkach Zofii klinuje się w szczelinie asfaltu, Rogala potyka się, w ostatnim momencie Czerski chwyta ją pod ramię i pomaga złapać równowagę, siądźmy tutaj, dziadek Adama wskazuje na ławeczkę. Gdy już siedzą, rozgląda się, wyczekuje, aż minie ich młoda matka pchająca wielki wózek z tłustym, pochlipującym niemowlakiem.

Alicja uważa związek syna z blisko dwadzieścia lat starszą kobietą za niewłaściwy, i co proponuje, zastanawia się na głos Zofia, znając dobrze odpowiedź, nic konkretnego, chociaż na pewno byłaby spokojniejsza, gdybyście zamieszkali oddzielnie, Czerski wzdycha, gdyby to od niej zależało, zakończyłaby ten związek w pięć minut, ja uważam, że nic na siłę, jesteś mądrą, odpowiedzialną kobietą, sama potrafisz podjąć właściwą decyzję.

Czego właściwie się boi pani Zaremba.

Twojej przeszłości, mojej przeszłości, przy tobie Adam to czysta, niezapisana karta, Zofia nie ma ochoty wyprowadzać dziadka z błędu.

Mnie się wydaje, że ja mam więcej powodów do obaw, to znaczy, Czerski nie łapie, co Zofia ma na myśli. No, przyszłość z dużo młodszym mężczyzną, spore ryzyko, małżeństwo, dzieci, chcesz mieć dzieci, Czerski aż krzywi się na myśl o potomkach Zofii i Adama, nie, nie, spokojnie, mnie na tym nie zależy, naprawdę, Czerski nie dowierza prostym oświadczeniom, wszystkie kobiety pragną macierzyństwa, powiedzmy, że mam na tym punkcie uraz.

Czerski kiwa głową, nie wiadomo, zadowolony czy posmutniały, przecież istnieją inne formy znajomości, stwierdza niemal melancholijnie, miłość przemija, jeśli coś zostaje, to przyjaźń, czasem nawet lepiej od razu przejść na ten wyższy poziom relacji, przynajmniej oszczędza się sobie rozczarowań. Wystarczy, Zofia ledwie panuje nad gniewem, dziękuję za propozycję, przecież możecie się spotykać, tyle że powinniście trochę zluzować, Czerski nie odpuszcza, zluzować, to znaczy co, rozstać się, irytuje się Zofia, tak, tak byłoby lepiej dla wszystkich, naprawdę. Dzięki za radę, nie skorzystam, Zofia, rozedrgana wewnętrznie, wyciąga rękę do Edwarda, potrząsa nią mechanicznie i odchodzi w stronę swojej kamienicy, Czerski wykrzykuje za nią jeszcze raz prośbę o dyskrecję, Rogala już go nie słucha, zabiera z samochodu torby z zakupami i szybko znika w drzwiach domu, nie zwracając uwagi, że z dziurawej torby foliowej wypadają jej na chodnik dwa jabłka.

Dopiero kilka dni później, już po powrocie Adama z pleneru, opowiada o wizycie Czerskiego, młody nawet się nie jeży, raczej dziwi; Edward zrobił taką akcję na życzenie matki, nie wierzę, dla niej nie zaryzykowałby tego, że zerwę z nim kontakty, porozmawiam z Edwardem, musiało mu chodzić o coś innego.

4

Zofia robi w reklamie sosów charakteryzację aktora na latynoskiego kucharza, gdy odbiera telefon od Edwarda Czerskiego. Adam się zatruł, nie wiadomo czym, żyje, spokojnie, żyje, żyje, szpital na Wolskiej, tak, OIOM. Jadąc na Wolę, Zofia zastanawia się, skąd Czerski bierze jej telefon, pewnie przeszukując komórkę wnuka, odkrywa ją w spisie numerów pod mało romantyczną nazwą Rozwiązła Zofia, nietrudno się domyślić, o kogo chodzi. Czerski wychodzi po nią przed bramę kliniki, przygnębiony i zgarbiony wygląda staro, wita się z Zofią chłodno, idą wąskim chodnikiem między rozłożystymi drzewami, które tłumią szum ruchu ulicznego. Edward nie wytrzymuje, coś ty mu nagadała, wybucha. Miałaś zatrzymać naszą rozmowę dla siebie, bo co, bo fajnie być ukochanym dziadziuniem, który zawsze rozumie wnuczka i staje po jego stronie, ironizuje Zofia. Nie dlatego, odpowiada Czerski, bo taka była nasza umowa. Pana, nie moja. Poza tym niczego nie nagadałam, jedynie streściłam naszą rozmowę.

Im dalej w głąb terenu szpitalnego, tym ciszej, tylko rytmiczne stukanie dzięcioła w pień starej lipy zakłóca idyllę, a może właśnie ją tworzy, Zofia sama już nie wie. Wchodzą do Pawilonu II, tłum ludzi kręci się to w jedną, to w drugą stronę, siostry przepychają wózki z półżywymi staruszkami, między oszołomioną masą chorych i ich rodzin, młody lekarz w rozwianym w pędzie fartuchu niemal frunie ponad głowami petentów, panoptikum, małe piekło, myśli Zofia, o co tutaj chodzi, spogląda pytająco na Czerskiego, który nic nie odpowiada, jego oczy wyrażają skrywaną nieudolnie pretensję.

Na widok Zofii w izolatce, gdzie umieszczono Adama, Alicja najpierw pyta męża, co ona tu robi. Potem, nie czekając na odpowiedź, rzuca się na Zofię z krzykiem, przez ciebie, przez ciebie, sama powinnaś zdechnąć. Po spuchniętej od płaczu twarzy matki płyną łzy; pan Krzysztof czule obejmuje żonę, usadawia z powrotem na krześle, głaszcze po głowie, szepcze uspokajająco, pewnie zjadł coś przeterminowanego, wiesz, z czego robią to wietnamskie jedzenie, zabraknie wieprzowiny w hurtowni, to i pies się nada. Albo kot, albo szczur, kto wie. Zamknij się, syczy Alicja. Krzysztof milknie, zajmuje się wyłącznie żoną, syn mniej go interesuje. Adam śpi, nie reaguje na odgłosy rodzinnej kłótni, biedny, blady, z zapadłymi oczami, w plątaninie rurek przypomina pająka, który rozsnuł pajęczynę i nieporuszony czeka na tłustą ofiarę, tak długo i bezskutecznie, aż sam ginie z głodu.

Zofia zbywa milczeniem pretensje Alicji; kobieta w szoku, nie można wymagać od niej sprawiedliwej oceny sytuacji, poza tym pokora, znowu pokora. Zofia czuje, jak wielka żelazna łapa zaciska się na niej i stopniowo zgniata, bezlitośnie, musi uporać się z bólem, musi uporać się sama ze sobą. Matka Adama krzyczy, hałas wybudza chorego, unosi się z obłędem w oczach i coś mamrocze, na ustach pojawia się piana, szarpnięcie ręką, igła wylatuje z weflonu, opatrunek nasiąka krwią. Czerski wzywa pielęgniarkę, Krzysztof otacza ramieniem Alicję, która niemal wgryza się w jego skórę, salowa wpada bez powitania, nie zwraca uwagi na obecnych na sali, zakłada od nowa kroplówkę i wychodzi bez słowa.

Po krótkiej przepychance Alicji z Zofią, komu przysługuje prawo do czuwania przy łóżku chorego, jakby obecność jednej kobiety wykluczała automatycznie obecność drugiej, rodzina Zarembów opuszcza szpital. Cisza izolatki działa kojąco; Zofia parokrotnie zapada w krótką drzemkę; żeby się rozruszać, wychodzi do kiosku po banany i wodę mineralną, połowę butelki wypija, jeszcze wlokąc się korytarzem, zdziera skórkę z owocu i natychmiast wyrzuca go do kosza, myśl o jedzeniu wywołuje w niej obrzydzenie, niemal wymioty.

Rankiem sytuacja wygląda na opanowaną, lekarze w czasie obchodu żartują z pacjenta, który myli śmietnik z żołądkiem i połyka nadmierną ilość leków nasennych. Dokonaliśmy cudu, proszę pani, doktor Górecki, przystojny szatyn, wyglądający na nie więcej niż trzydzieści lat, lekarz, który prowadzi Adama, wyjaśnia Zofii na korytarzu, płukanie żołądka oraz flumazenil, co takiego, przerywa Zofia lekarzowi, flumazenil, och, uśmiecha się lekarz, dziwnie zadowolony, jakby opowiedział świetny dowcip, flumazenil, dobrze dobrany antagonista, to oraz płukanie żołądka dokonało cudu, dlaczego zaraz cudu, pyta Zofia, dlatego że w tych sprawach najczęściej wszystko dzieje się za późno.

Górecki wypytuje, czy chory bierze na stałe leki nasenne, halcion, lorafen, jakieś uspokajające, xanax na przykład, czy te nazwy coś pani mówią, lexotan, lekarz przywołuje nazwę kolejnego leku, może je odstawił, jak się zachowuje w ostatnim czasie, stany depresyjne, omamy, koszmary senne, bezsenność. Czemu pan pyta, to ważne dla diagnozy, wyjaśnia lekarz, brał nasenne, ale to tylko nasenne, sama czasem korzystam, irytuje się Zofia, choć wie, że lekarz chce zrozumieć przyczynę zatrucia. Widzi pani, Górecki gładzi się po brodzie, zwija usta w trąbkę i cmoka. Albo miał jakieś poważne problemy i tak je próbował rozwiązać, więc uwaga, jeśli ich nie rozwiąże, sprawa do nas wróci, albo, doktor zawiesza głos, istnieje stwierdzony klinicznie przewlekły zespół odstawienia, warto się w tej sprawie skonsultować z psychiatrą albo lekarzem, który przepisał mu leki, powinien zastanowić się nad sytuacją, nad dalszym leczeniem. Adam nigdzie się nie leczy, w każdym razie Zofii nic na ten temat nie wiadomo, chociaż różnych leków ma sporo, pochowanych po szafkach i szufladach. Obawiam się, że świadomie przedawkował, mamy sporo takich przypadków; czyli jednak samobójstwo, dopowiada Zofia za nagle dyskretnego lekarza, który kiwa głową z zaciśniętymi ustami i współczującą mimiką twarzy. Tego bym się obawiał i czegoś jeszcze gorszego, powtórki. Zofię przechodzą lodowate dreszcze, proszę szczerze porozmawiać z mężem, sugeruje Górecki i odchodzi poproszony gdzieś w innej sprawie.

Adam milczy, nie ma szans na rozmowę o motywach jego czynu, mimo wszystko Zofia wychodzi ze szpitala spokojniejsza. Następnego dnia rodzice już przed południem przyjeżdżają na Wolską, aby zabrać syna do domu, rodzinnego domu, nie tego, który dzieli z Zofią, czyli starym rogalem, jak ją ostro określa pani Zaremba. Adam ubiega ich, wypisując się ze szpitala o dziewiątej, tuż po obchodzie, Alicja zarządza zajazd na Ursynowską, szturmuje drzwi; syn nie poddaje się namowom matki, nie wpuszcza nikogo do środka, nakazuje rodzicom, aby dali mu spokój, Zarembowie nie respektują prośby, próbują się włamać, nieskutecznie, sąsiedzi wzywają policję, rodzice nie mają już żadnego prawa do pełnoletniego syna, związek ze starszą kobietą nie stanowi przestępstwa według kodeksu karnego, wyjaśnia dowódca patrolu.

Zofia i Adam próbują ochłonąć po rodzinnej wizycie przy butelce białego wina; młody leży na sofie, Rogala siedzi w jego nogach na podłodze. Co on ci nagadał, Zofia nie potrafi już dłużej panować nad nerwami, kto, Edward. Dwa dni po rozmowie, a ty, Zofia nie kończy, Adam poczerwieniały tłumaczy się, jąkając, on, on, to w ogóle nie miało z nim nic wspólnego. Rozmawialiśmy o życiu, i tyle, po prostu zachciało mi się malować, coś na maksa, pomyślałem, że powinienem się rozluźnić, wiesz, jak to jest po rozmowach z rodziną. Nie wiem, ale widzę, że jednak chodziło o rozmowę z dziadkiem, nie, nie, w ogóle nie chodziło, nie czepiaj się słówek. Niedoszły samobójca tłumaczy się niezbyt logicznie, choć z przekonaniem; więc żeby się zrelaksować, a właściwie mieć energię do malowania. Po takich rozmowach traci się siłę, to sobie poeksperymentowałem, wiesz, żeby pobudzić wyobraźnię do malowania, i w ogóle. Tak eksperymentowałem, że przeeksperymentowałem; co ze mnie za samobójca; samobójstwo, bzdura; przecież nie zostawiłem nawet żadnego listu, porządny samobójca napisałby chociaż parę słów: proszę podlewać kwiatki wyłącznie wodą mineralną, rybka lubi suszone komary, ktokolwiek zostanie jej właścicielem i nie zapewni zwierzakowi odpowiedniego pożywienia, odpowie moralnie za jej zgon.

Śmieją się z profesjonalnego listu profesjonalnego samobójcy.

Zofia widzi Adama na wylot i wstydzi się za niego, że ma odwagę sprzedawać jej takie bzdury, nadrabia podniesionym głosem, nadgorliwym potępianiem swojej głupoty, przesadziłem z prochami, ale ze mnie idiota, niestety, w sztuce często input musi być przesadzony, byle output trzymał równowagę formy i treści, wyjaśnia pokrętnie i wmawia bezwstydnie Zofii własną wersję wydarzeń, ona w końcu decyduje się udawać, że wierzy, wolałaby wierzyć, pragnęłaby wierzyć.

Uwierzysz, gdy zobaczysz moje nowe prace, przekonuje Adam, mam milion pomysłów. Zofia niezbyt przekonująco wyraża entuzjazm i zastanawia się, co wykombinował ten stary dziad, Czerski, że Adam aż musiał się naćpać prochów.

Potem Rogala kolejny raz od przebudzenia Adama w szpitalu relacjonuje mu historię jego ocalenia; wyłącznie cudownym zbiegiem okoliczności należy tłumaczyć obecność sąsiadki na klatce schodowej, kobieta wchodzi do ich mieszkania, gdy zauważa niedomknięte drzwi, zamierza ostrzec Zofię i Adama przed napadem, gwałtem, kto wie, nawet morderstwem, a przynajmniej zwrócić uwagę na potencjalne zainteresowanie się lokalem o niedomkniętych drzwiach złodziei, domokrążców, oszustów i rozmaitych przedstawicieli handlowych, którzy w rzeczywistości także czyhają na mienie mieszkańców z ulicy Ursynowskiej. Zauważa Adama leżącego na ziemi, początkowo sądzi, że czegoś szuka, ciało jest skręcone tak naturalnie, jakby wypatrywał zguby w szczecinie dywanu lub pod sofą, Adam oczywiście niczego nie szuka, chyba że jakiegoś puzzla z życiowej układanki, on po prostu kona i teraz, odratowany, komentuje rozbawiony, co za szczęśliwy przypadek, nawet cudowny, podkreśla Zofia, pomimo połknięcia przez pacjenta co najmniej kilkunastu tabletek xanaksu, chyba tak nazywa się lek, którego przedawkowanie doktor Górecki uznaje za przyczynę zapaści.

Halcion, xanax, stare dobre relanium, jakie dziwne nazwy mają te leki na sen i spokój wieczny, niczym świątynie antycznych bogów, Rzymian, Majów albo wikingów.

Wiesz, opowiada później wieczorem Adam, z całego pobytu w szpitalu pamiętam jeden sen. Dziwny. Chyba od tych prochów. Przyjechałem do Częstochowy, nie wiem dlaczego; nigdy mnie tam nie ciągnęło; czekałem na spowiedź; w kolejce stało mnóstwo ludzi; tłum napierał; jedni przeciskali się przez drugich. Nie udało mi się tego dnia dopchać do konfesjonału; musiałem zostać na noc; spałem w środku sanktuarium razem z pielgrzymami. Mrok kaplicy rozświetlała tylko czerwona lampka nad tabernakulum, panowała uspokajająca cisza; oczekiwanie na spowiedź ma w sobie coś z czekania w poczekalni dentystycznej albo na castingu do reklamy, od razu wiedziałem, że to bez sensu; w ogóle nie powinienem się zgodzić na udział w tym castingu, szkoda nerwów. To było pół roku temu, teraz skup się na śnie, ponagla Adama Zofia, która stoi zniecierpliwiona w drzwiach pokoju, bo oderwała się tylko na moment od smażenia kalmarów. Z kuchni dolatuje ich skwierczenie na patelni; całe mieszkanie nasiąka zapachem tłuszczu i świeżej pietruszki.