Rozważna i romantyczna - Jane Austen - ebook

Rozważna i romantyczna ebook

AUSTEN JANE

4,1

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Ekskluzywna edycja oprawiona w delikatną gładką tkaninę o właściwościach jedwabiu.

Po śmierci męża pani Dashwood wraz z dziećmi opuściła ukochany dom i zamieszkała w posiadłości Barton. Dwie z jej córek - panny na wydaniu - choć różne pod względem charakterów, tak samo szukają szczęścia i miłości. Uczuciowa, impulsywna Marianna marzy o mężczyźnie szarmanckim, wrażliwym, lubiącym te same lektury co ona. Łagodna i rozważna Eleonora odda serce jedynie człowiekowi spokojnemu i odpowiedzialnemu. Niestety świat, którym - zamiast prawdziwych uczuć - rządzi pozycja społeczna i pieniądz, może boleśnie rozczarować te pełne uroku, ufne kobiety…

Jane Austen (1775-1817) - autorka utworów poświęconych życiu codziennemu angielskiej ziemiańskiej prowincji XIX wieku. Jej najbardziej znane powieści to: Rozważna i romantyczna, Duma i uprzedzenie, Emma oraz Mansfield Park. Celne obserwacje ówczesnego społeczeństwa i wnikliwe portrety psychologiczne kobiet sprawiają, że utwory Austen, chętnie ekranizowane, do dziś cieszą się popularnością.

W serii Angielski Ogród dotychczas ukazały się: Duma i uprzedzenie, Opactwo Northanger, Rozważna i romantyczna Jane Austen oraz Panie z Cranford, Północ i Południe, Żony i córki Elizabeth Gaskell. Kolejne tytuły już wkrótce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (10 ocen)
4
4
1
1
0

Popularność




ROZ­DZIAŁ I

Dash­wo­odo­wie byli rodziną od dawna osia­dłą w hrab­stwie Sus­sex. Mieli tam duży mają­tek ziem­ski i dwór Nor­land Park, ich gniazdo rodzinne, gdzie od wielu poko­leń żyli godzi­wie, zysku­jąc sobie w oko­licz­nym sąsiedz­twie powszechny sza­cu­nek. Zmarły wła­ści­ciel majątku, stary kawa­ler, który dożył póź­nego wieku, przez wiele lat miał w swo­jej sio­strze nie­od­stępną towa­rzyszkę, jak rów­nież gospo­dy­nię. Śmierć jej, na dzie­sięć lat przed jego śmier­cią, wpro­wa­dziła duże zmiany we dwo­rze. Chcąc bowiem mieć przy sobie kogoś w miej­sce sio­stry, pan Dash­wood zapro­sił na stałe do Nor­land Park swego bra­tanka z rodziną, pra­wo­wi­tego dzie­dzica majęt­no­ści, któ­remu zresztą sam chciał majęt­ność zapi­sać. Dni sta­rego pana pły­nęły spo­koj­nie i dostat­nio w towa­rzy­stwie bra­tanka, jego żony i dzieci, do któ­rych się coraz moc­niej przy­wią­zy­wał. Nie­ustanna dba­łość pana Henry’ego Dash­wooda i jego żony o to, by stryj miał wszystko, czego tylko zapra­gnie, dba­łość pły­nąca nie tylko z poczu­cia inte­resu, ale i z dobroci serca, pozwo­liła star­cowi zaznać wsze­la­kich wygód potrzeb­nych w jego wieku, weso­łość zaś dzieci opro­mie­niała rado­ścią jego dni powsze­dnie.

Pan Henry Dash­wood miał z pierw­szego mał­żeń­stwa syna jedy­naka, z dru­giego mał­żeń­stwa – trzy córki. Syn, poważny, sza­cowny młody czło­wiek, żył w dostatku, gdyż z chwilą doj­ścia do peł­no­let­no­ści otrzy­mał był po matce połowę jej pokaź­nej for­tuny. Mał­żeń­stwo, które zawarł w nie­długi czas póź­niej, poważ­nie zwięk­szyło jego mają­tek. Dzie­dzi­cze­nie majęt­no­ści Nor­land nie było więc dla niego sprawą tak istotną, jak dla jego sióstr, któ­rych for­tuna, gdyby nie liczyć na spa­dek po sta­rym panu Dash­woodzie, byłaby bar­dzo skrom­niutka. Matka ich nie posia­dała nic, a ojciec miał tylko sie­dem tysięcy fun­tów w swej dys­po­zy­cji, gdyż pozo­stała część majątku jego pierw­szej żony rów­nież została zapi­sana synowi, a ojciec otrzy­my­wał z niej tylko doży­wotni pro­cent.

Stary pan Dash­wood umarł: odczy­tano jego testa­ment, który, jak nie­mal każdy testa­ment, przy­niósł tyle samo roz­cza­ro­wa­nia, co rado­ści. Zmarły nie oka­zał się na tyle nie­spra­wie­dliwy czy nie­wdzięczny, by zosta­wić mają­tek komu innemu niż bra­tan­kowi, ale zosta­wił go na warun­kach, które odej­mo­wały spad­kowi połowę war­to­ści. Pan Henry Dash­wood pra­gnął tego dzie­dzic­twa bar­dziej przez wzgląd na żonę i córki niż na sie­bie i swego syna. Zostało jed­nak ono zagwa­ran­to­wane temu wła­śnie synowi oraz synowi tego syna, czte­ro­let­niemu zale­d­wie dziecku, i to w spo­sób, który nie pozo­sta­wiał obec­nemu gospo­da­rzowi żad­nej moż­li­wo­ści zabez­pie­cze­nia losu swoim naj­bliż­szym, bar­dziej tego potrze­bu­ją­cym – czy to przez zacią­gnię­cie długu na majęt­ność, czy też sprze­da­nie cen­nych lasów. Całość została zamro­żona dla przy­szłej korzy­ści owego dziecka, które pod­czas skła­da­nych od czasu do czasu z rodzi­cami w Nor­land wizyt zdo­było sobie silne uczu­cie stry­jecz­nego pra­dziada wdzię­kami nie­rzad­kimi u dwu- czy trzy­let­nich dzieci: dzie­cinną wymową, upar­tym dąże­niem do sta­wia­nia na swoim, róż­nymi spryt­nymi figlami i ogromną hała­śli­wo­ścią, co, widać, zdolne było prze­wa­żyć oka­zy­waną przez tyle lat tro­skli­wość żony bra­tanka i jej córek. Stary pan Dash­wood nie chciał się jed­nak oka­zać nie­wdzięczny i w dowód swego przy­wią­za­nia do dziew­cząt zosta­wił po tysiąc fun­tów każ­dej.

Pan Henry Dash­wood był z początku gorzko roz­cza­ro­wany, ale że uspo­so­bie­nie miał z natury pogodne i opty­mi­styczne, mógł nie bez pod­staw przy­pusz­czać, iż pożyje jesz­cze wiele lat, a oszczę­dza­jąc na wydat­kach, odłoży sporą sumę z docho­dów majątku już i tak dużych, a zdol­nych wkrótce wzro­snąć. Ale for­tuna, która tak późno przy­szła, pozo­stała w jego rękach zale­d­wie rok. Tyle tylko prze­żył swego stryja; dla wdowy zaś i córek pozo­stało wszyst­kiego dzie­sięć tysięcy fun­tów, wli­czyw­szy już ostatni zapis stry­jow­ski.

Gdy zorien­to­wano się, jak groźny jest stan cho­rego, natych­miast posłano po syna. Jego to pie­czy powie­rzył umie­ra­jący z całą mocą i żar­li­wo­ścią, jakie potrafi wzbu­dzić cho­roba, dobro maco­chy i sióstr.

Pan John Dash­wood nie był czło­wie­kiem rów­nie uczu­cio­wym, jak reszta jego rodziny, prze­jął się jed­nak ojcow­skim pole­ce­niem danym w tak waż­nym momen­cie i obie­cał, że uczyni wszystko, co w jego mocy, by paniom niczego nie zabra­kło. Sły­sząc to zapew­nie­nie, ojciec odczuł widoczną ulgę, a pan John Dash­wood mógł się teraz do woli zasta­na­wiać, ile może dać maco­sze i sio­strom, zacho­wu­jąc roz­są­dek i roz­wagę.

Nie był to czło­wiek z natury zły, chyba żeby tą nazwą okre­ślić pewną oschłość serca i samo­lub­stwo; ogól­nie bio­rąc, sza­no­wano go, wywią­zy­wał się bowiem jak należy ze swych powsze­dnich obo­wiąz­ków. Gdyby się oże­nił z mil­szą osobą, stałby się może czło­wiekiem jesz­cze bar­dziej sza­no­wa­nym, ba, może nawet sam mógłby się stać miły, był bowiem bar­dzo młody i bar­dzo zako­chany, kiedy się żenił. Lecz żona jego, pani Fanny Dash­wood, jako osoba o wiele bar­dziej ogra­ni­czona i samo­lubna sta­no­wiła jego żywą kary­ka­turę.

Kiedy skła­dał ojcu obiet­nicę, roz­wa­żał ewen­tu­al­ność powięk­sze­nia majątku każ­dej z sióstr o tysiąc fun­tów. W owej chwili uwa­żał się za zdol­nego do takiego gestu. Wizja czte­rech tysięcy rocz­nie jako dodatku do dotych­cza­so­wych docho­dów, nie mówiąc już o dru­giej poło­wie majątku matki, roz­cie­pliła mu serce i uczy­niła zdol­nym do hoj­no­ści. Tak, da im trzy tysiące fun­tów; będzie to ładny i szczo­dry gest. Wystar­czy im na cał­kiem dostat­nie życie. Trzy tysiące fun­tów! Może im dać tę pokaźną sumkę bez szcze­gól­nych trud­no­ści. Roz­my­ślał o tym przez cały dzień, potem przez wiele następ­nych i nie żało­wał.

Wkrótce po pogrze­bie żona pana Johna Dash­wo­oda zje­chała do dworu z dziec­kiem i służbą, nie uprze­dza­jąc teścio­wej o swoim przy­jeź­dzie. Nikt nie mógł kwe­stio­no­wać jej praw do tego przy­jazdu – z chwilą śmierci teścia dom stał się wła­sno­ścią jej męża – tym bar­dziej jed­nak nie­de­li­kat­nie postą­piła. Gdyby nawet wdowa była osobą prze­cięt­nie wraż­liwą, musia­łaby się poczuć bar­dzo dotknięta, lecz star­sza pani Dash­wood była tak czuła na punk­cie honoru i tak roman­tycz­nie wraż­liwa, że tego rodzaju prze­wi­nie­nie, bez względu na to, kto je popeł­nił i w sto­sunku do kogo, musiało w niej obu­dzić naj­wyż­szą odrazę. Żona pana Johna Dash­wo­oda ni­gdy nie cie­szyła się sym­pa­tią rodziny zmar­łego, dotych­czas jed­nak nie miała spo­sob­no­ści dowieść, jak lek­ce­wa­żąco umie potrak­to­wać cudze uczu­cia, jeśli się nadaży oka­zja.

Pani Dash­wood tak bole­śnie odczuła nie­de­li­kat­ność tego postępku i tak głę­boką powzięła urazę do syno­wej, że w pierw­szej chwili chciała opu­ścić dom na zawsze i uczy­ni­łaby to, gdyby bła­ga­nia naj­star­szej córki nie kazały jej się jed­nak zasta­no­wić chwilę i gdyby naj­czul­sza miłość dla wszyst­kich trzech córek nie skło­niła jej po namy­śle do pozo­sta­nia, by nie zry­wać ich sto­sun­ków z bra­tem.

Ele­onora, naj­star­sza, któ­rej wsta­wien­nic­two wywarło taki sku­tek, obda­rzona była zdol­no­ścią spo­koj­nego rozu­mo­wa­nia i chłod­nego osądu, które to cechy, choć miała zale­d­wie dzie­więt­na­ście lat, pozwa­lały jej być dorad­czy­nią matki i powścią­gać – ku pożyt­kowi wszyst­kich czte­rech pań – mat­czyną popę­dli­wość wio­dącą na ogół do nie­roz­waż­nych postęp­ków. Była to panna obda­rzona naj­zac­niej­szym ser­cem – uspo­so­bie­nie miała czułe, a uczu­cia silne, umiała jed­nak nad nimi pano­wać. Tej umie­jęt­no­ści nie nabyła jesz­cze jej matka, jedna z sióstr zaś posta­no­wiła nie naby­wać ni­gdy.

Zalety Marianny dorów­ny­wały pod wie­loma wzglę­dami zale­tom star­szej sio­stry. Była wraż­liwa i inte­li­gentna, lecz we wszyst­kim nad­mier­nie popę­dliwa – jej smutki i rado­ści nie znały umiar­ko­wa­nia. Była osobą wiel­ko­duszną, miłą, inte­re­su­jącą, bra­ko­wało jej jedy­nie roz­trop­no­ści. Ude­rza­jąco przy­po­mi­nała swą matkę.

Ele­onora patrzyła z tro­ską na tę nad­mierną uczu­cio­wość sio­stry, matka jed­nak bar­dzo ją lubiła i ceniła. Teraz wza­jem­nie pod­sy­cały w sobie gwał­towną roz­pacz. Strasz­liwy ból, jaki je w pierw­szej chwili przej­mo­wał, był teraz wła­sno­wol­nie roz­bu­dzany, pod­trzy­my­wany, wyglą­dany. Pogrą­żyły się ze wszyst­kim w swym cier­pie­niu, szu­ka­jąc oka­zji do roz­dra­py­wa­nia ran w każ­dej uwa­dze, jaka by temu celowi mogła posłu­żyć, zde­cy­do­wane ni­gdy już w niczym nie zna­leźć pocie­chy. Ele­onora była rów­nie zbo­lała, zdolna jed­nak do wysiłku, do sta­rań. Potra­fiła nara­dzać się z bra­tem, przy­jąć bra­tową, która wła­śnie zje­chała, i oka­zać jej należne względy, potra­fiła rów­nież nakła­niać matkę, by spró­bo­wała się otrzą­snąć, uczy­niła podobny wysi­łek i zdo­była się na podobną wyro­zu­mia­łość.

Trze­cia sio­stra, Mał­go­rzata, była pogodną, uczynną dziew­czynką, ale przy­swo­iła już sobie od Marianny jej skłon­ność do roman­tycz­no­ści, bra­ko­wało jej nato­miast roz­sądku sio­stry. Nie zapo­wia­dała w czter­na­stym roku życia, iż dorówna swym sio­strom w póź­niej­szych latach.

ROZ­DZIAŁ II

Pani Fanny Dash­wood roz­go­ściła się teraz w Nor­land jako pani tego domu, a jej teściowa i sio­stry męża zostały zde­gra­do­wane do roli gości. Jako takie były jed­nak przez nią trak­to­wane ze spo­kojną uprzej­mo­ścią, przez męża jej zaś z taką dobro­cią, na jaką go było stać w sto­sunku do kogo­kol­wiek, kto nie był nim samym, jego żoną czy synem. Nale­gał nawet, by uwa­żały Nor­land za swój dom, a zapro­sze­nie zostało przy­jęte, gdyż pani Dash­wood nie pozo­sta­wało nic innego, jak pozo­stać we dwo­rze, póki nie znaj­dzie w oko­licy odpo­wied­niego domu dla sie­bie.

Rada by naj­chęt­niej pozo­stać w tych stro­nach, gdzie wszystko przy­po­mi­nało jej o minio­nym szczę­ściu. W pogod­nych cza­sach nikt nie mógł być bar­dziej pogodny niż ona czy też ufniej i z więk­szą pew­no­ścią wyglą­dać nad­cho­dzą­cego szczę­ścia, co już jest szczę­ściem samym w sobie. W bólu jed­nak dawała się tak samo pono­sić wyobraźni i nic nie mogło umniej­szyć jej smutku, tak jak poprzed­nio nic nie mogło umniej­szyć jej rado­ści.

Pani Fanny Dash­wood nie pochwa­lała tego, co jej mąż zamie­rzał uczy­nić dla swo­ich sióstr. Prze­cież odjąć trzy tysiące fun­tów od majątku ich naj­droż­szego synka to tyle, co zubo­żyć go naj­okrut­niej. Pro­siła, by mąż ponow­nie prze­my­ślał sprawę. Jakże będzie się czuł w swoim sumie­niu, jeśli obe­drze dziecko, swoje jedyne dziecko, z takich pie­nię­dzy? I jakież prawo do podob­nej hoj­no­ści mogą sobie rościć panny Dash­wood, zwią­zane z nim pokre­wień­stwem przez zale­d­wie jedno z rodzi­ców, co jej zda­niem nie jest w ogóle żad­nym pokre­wień­stwem? Powszech­nie prze­cież wia­domo, że trudno szu­kać uczu­cia pomię­dzy dziećmi tego samego męż­czy­zny z dwóch mał­żeństw. Czemu by więc miał ruj­no­wać sie­bie i malut­kiego synka, bie­daczka, odda­jąc wszyst­kie pie­nią­dze swoim przy­rod­nim sio­strom?

– Ostat­nią wolą mego ojca – odparł jej mąż – było, aże­bym pomógł wdo­wie i cór­kom.

– Na pewno nie wie­dział, co mówi. Jestem prze­ko­nana, że już wtedy maja­czył. Gdyby był przy zdro­wych zmy­słach, ni­gdy by mu do głowy nie przy­szło, żeby cię pro­sić o odda­nie połowy majątku two­jego dziecka.

– Nie żądał żad­nej okre­ślo­nej sumy, moja droga, pro­sił mnie tylko ogól­nie, żebym je wspie­rał i pomógł żyć bez trosk, czego sam nie był w sta­nie im zapew­nić. Może byłoby dobrze, gdyby mi w tym zaufał bez przy­po­mi­na­nia. Nie mógł prze­cież wąt­pić, że nie opusz­czę ich w potrze­bie. Ale że pro­sił o przy­rze­cze­nie, musia­łem mu je dać, tak przy­naj­mniej mi się wów­czas wyda­wało. Obiet­nica została zło­żona i musi być dotrzy­mana. Trzeba coś dla nich zro­bić, kiedy wyjadą z Nor­land i urzą­dzą się w nowym domu.

– No więc dobrze, niech będzie, coś trzeba zro­bić, ale czemu to ma być trzy tysiące fun­tów? Zważ – dodała – że jak się raz roz­sta­niesz z pie­niędzmi, ni­gdy już ich wię­cej nie zoba­czysz. Sio­stry twoje wyjdą za mąż i pie­nią­dze prze­padną. Gdyby mogły kie­dy­kol­wiek wró­cić do naszego synka, bie­daczka…

– No cóż – powie­dział z powagą jej mąż – w isto­cie, wów­czas sprawa wyglą­da­łaby zupeł­nie ina­czej. Może przyjść czas, kiedy Harry będzie żało­wał, iż roz­sta­li­śmy się z taką znaczną sumą. Gdyby, na przy­kład, miał dużo dzieci, suma taka bar­dzo by mu się przy­dała.

– Co do tego nie ma wąt­pli­wo­ści.

– Może więc, wziąw­szy wszystko pod roz­wagę, lepiej będzie zmniej­szyć tę sumę do połowy. Pięć­set fun­tów to i tak ogromna róż­nica w ich majątku.

– Nie do wyobra­że­nia! Jaki brat na świe­cie zro­biłby choć połowę tego dla swo­ich sióstr, nawet rodzo­nych sióstr. A to prze­cież tylko przy­rod­nie. Taki jesteś hojny!

– Nie chciał­bym postą­pić mało­dusz­nie. W podob­nym wypadku czło­wiek powi­nien dać raczej wię­cej niż mniej. Tak przy­naj­mniej nikt nie będzie mógł powie­dzieć, że nie zro­bi­łem, co do mnie nale­żało. Tak, nawet one same nie mogą się wię­cej spo­dzie­wać.

– Trudno powie­dzieć, czego one się mogą spo­dzie­wać – rze­kła dama – ale nie nad tym musimy się zasta­na­wiać. Pyta­nie: na ile cię stać?

– Oczy­wi­sta, i sądzę, że stać mnie na to, by każ­dej z nich dać pięć­set fun­tów. Obec­nie, bez żad­nych dodat­ków z mojej strony, każda z nich będzie miała po śmierci matki ponad trzy tysiące fun­tów, a to wcale ładna sumka dla mło­dej kobiety.

– Nie­wąt­pli­wie ładna. I doprawdy myślę teraz, że nie trzeba im nic wię­cej. Prze­cież będą miały do podziału dzie­sięć tysięcy fun­tów. Jeśli wyjdą za mąż, to na pewno będzie im się dobrze powo­dziło, a jak nie wyjdą, to mogą zupeł­nie przy­zwo­icie żyć we trzy z pro­cen­tów od dzie­się­ciu tysięcy.

– Szczera prawda, wobec tego nie wiem, czy, wszystko razem wziąw­szy, nie postą­pię roz­sąd­niej, poma­ga­jąc ich matce, póki żyje. Może jakieś doży­wo­cie. Moje sio­stry odniosą z tego tyle samo korzy­ści, co ona. Sto fun­tów rocz­nie pozwoli im wszyst­kim żyć cał­kiem dostat­nio.

Żona jego zawa­hała się jed­nak przed wyra­że­niem zgody na ten plan.

– Nie­wąt­pli­wie – powie­działa – lep­sze to, niż roz­sta­wać się z tysią­cem fun­tów naraz. Ale pomyśl, jeśli pani Dash­wood pożyje pięt­na­ście lat, to zosta­niemy oszu­kani.

– Pięt­na­ście lat! Droga moja! Prze­cież ona nie pożyje i sied­miu!

– Zapewne, ale zważ, że ludzie, któ­rzy mają doży­wo­cie, zawsze żyją w nie­skoń­czo­ność, a ona jest krzepka, zdrowa i ma led­wie czter­dzie­ści lat. Doży­wo­cie to sprawa bar­dzo poważna – trzeba je wypła­cać rok w rok i nie spo­sób z tym skoń­czyć. Sam nie wiesz, na co się nara­żasz. Widzia­łam na wła­sne oczy, ile z tym kło­po­tów, bo moja matka miała ręce zwią­zane trzema doży­wot­nimi zapi­sami dla sta­rych, zgrzy­bia­łych sług – ojciec tak posta­no­wił w testa­men­cie i aż dziw, ile z tym miała amba­rasu i przy­kro­ści. Trzeba było wypła­cać pie­nią­dze dwa razy w roku i jesz­cze je zawo­zić. Kie­dyś powie­dziano nam, że jedna ze sług umarła, a potem oka­zało się, że nic podob­nego. Matka miała tego ser­decz­nie dość. Powia­dała, że nie czuje się panią wła­snych przy­cho­dów z takimi obcią­że­niami, a tym gorzej to świad­czy o ojcu, bo gdyby nie te zapisy, mia­łaby pie­nią­dze w swo­jej dys­po­zy­cji, bez żad­nych ogra­ni­czeń. Tak mi to obrzy­dziło wszel­kie doży­wo­cia, że za żadne skarby świata nie zobo­wią­za­ła­bym się do cze­goś podob­nego.

– Przy­kra to rzecz, w isto­cie – przy­znał jej mał­żo­nek – mieć taki coroczny wyłom w docho­dach. Jak to twoja matka słusz­nie okre­śliła, czło­wiek prze­staje być panem wła­snego majątku. Zwią­zać się koniecz­no­ścią regu­lar­nego uisz­cza­nia takiej sumy z tenuty dzier­żaw­nej to doprawdy bar­dzo przy­kre, odbiera czło­wiekowi poczu­cie nie­za­leż­no­ści.

– Bez wąt­pie­nia, a na doda­tek ona ci za to nie podzię­kuje. Będzie uwa­żała, że ma byt zabez­pie­czony, a ty robisz to, co zupeł­nie oczy­wi­ste, więc nie ma za co być wdzięczna. Na twoim miej­scu kie­ro­wa­ła­bym się wła­snym rozu­mem i nie wią­za­ła­bym się żad­nymi sta­łymi zobo­wią­za­niami. Może przyjść rok, kiedy będzie ci bar­dzo trudno zaosz­czę­dzić sto czy nawet pięć­dzie­siąt fun­tów ze swo­ich docho­dów.

– Wydaje mi się, że masz rację, moja duszko. Lepiej nie usta­lać w tym wypadku żad­nego doży­wo­cia, żad­nych corocz­nych zobo­wią­zań. Każda sumka, ofia­ro­wana od czasu do czasu, będzie im więk­szą pomocą niż coroczna pen­sja, gdyby bowiem miały zapew­niony wyż­szy dochód, zaczę­łyby tylko żyć na wyż­szej sto­pie i z koń­cem roku nie byłyby bogat­sze nawet o sześć pen­sów. Doprawdy, tak będzie naj­le­piej. Pre­zent w postaci pięć­dzie­się­ciu fun­tów ofia­ro­wa­nych od czasu do czasu nie pozwoli im ni­gdy kło­po­tać się o gotówkę i, jak sądzę, będzie rze­tel­nym speł­nie­niem danego ojcu zobo­wią­za­nia.

– Oczy­wi­sta! Cho­ciaż pewna jestem, że twój ojciec w ogóle nie miał na myśli żad­nej daro­wi­zny pie­nięż­nej. Powie­dzia­ła­bym raczej, że mówiąc o pomocy, miał na myśli to, co było samo przez się zro­zu­miałe, na przy­kład, żebyś im zna­lazł jakiś mały wygodny domek, dopo­mógł w prze­pro­wadzce i posy­łał pre­zenty – ryby czy dzi­czy­znę, czy co się aku­rat nada­rzy. Dała­bym głowę, że nic innego nie miał na myśli… Byłoby dziwne i nie­roz­sądne, gdyby miał. Zważ tylko, drogi mój mężu, jak nie­zwy­kle wygodne życie może wieść twoja maco­cha i sio­stry z pro­cen­tów od sied­miu tysięcy fun­tów, nie mówiąc już o tym tysiącu, który ma każda z dziew­cząt, a który przy­nie­sie każ­dej pięć­dzie­siąt fun­tów rocz­nie, co nie­wąt­pli­wie dadzą matce na życie. Sumu­jąc to wszystko, będą miały na sie­bie pięć­set fun­tów rocz­nie, a cze­góż wię­cej mogłyby chcieć cztery kobiety? Prze­cież tak się taniutko urzą­dzą. Życie nie będzie ich pra­wie nic kosz­to­wać. Nie będą trzy­mały powozu, koni czy licz­nej służby, nie będą utrzy­my­wały sto­sun­ków towa­rzy­skich i nie mogą mieć żad­nych wydat­ków. Pomyśl tylko, jak im będzie dobrze. Pięć­set fun­tów rocz­nie! Powia­dam ci, trudno sobie wyobra­zić, jak one zdo­łają wydać choćby połowę tej sumy, a już myśleć, żebyś im dawał wię­cej, to czy­sta bzdura! Prę­dzej one mogą ci coś dać!

– Doprawdy – przy­tak­nął pan Dash­wood – masz naj­zu­peł­niej­szą rację. Z pew­no­ścią ojciec nie co innego miał na myśli, kiedy zwra­cał się do mnie z tą prośbą. Jasno to teraz poj­muję i naj­skru­pu­lat­niej wypeł­nię obiet­nicę, świad­cząc im pomoc i oka­zu­jąc dobroć tak wła­śnie, jak powie­dzia­łaś. Kiedy maco­cha moja się prze­pro­wa­dzi, będę jej naj­chęt­niej słu­żył pomocą przy prze­no­si­nach. Nada­rzy się wów­czas oka­zja na jakiś mebe­lek w pre­zen­cie.

– Nie­wąt­pli­wie – przy­tak­nęła pani Dash­wood. – Jedną sprawę należy wziąć pod uwagę. Kiedy twój ojciec z żoną prze­pro­wa­dzali się do Nor­land, to cho­ciaż sprze­dali ume­blo­wa­nie Stan­hill, zatrzy­mali całą por­ce­lanę, sre­bro sto­łowe, bie­li­znę poście­lową i sto­łową. To wszystko pozo­staje teraz dla two­jej maco­chy. Dla­tego więc z chwilą prze­pro­wadzki będzie miała nowy dom nie­mal cał­ko­wi­cie urzą­dzony.

– To jest ważki argu­ment, nie­wąt­pli­wie. Bar­dzo cenny spa­dek, rzecz jasna. Trzeba przy­znać, że nie­które z tych sre­ber byłyby zna­ko­mi­tym uzu­peł­nie­niem naszej wła­snej zastawy.

– Tak, a kom­plet śnia­da­niowy jest o wiele ład­niej­szy niż zastawa z Nor­land. O wiele za ładny, w moim prze­ko­na­niu, na taki dom, na jaki one będą mogły sobie pozwo­lić. No, ale trudno. Tak już jest. Twój ojciec myślał tylko o nich. I jedno muszę powie­dzieć: nie masz mu znowu tak bar­dzo za co być wdzięczny i tak się tro­skać o speł­nie­nie jego pra­gnień, bo wiemy dosko­nale, że gdyby tylko mógł, zapi­sałby wszystko im.

Był to argu­ment nie do odpar­cia, argu­ment o takiej mocy, że to, co dotych­czas było zamia­rem, stało się decy­zją i pan Dash­wood doszedł do osta­tecz­nego wnio­sku, że nie tylko nie jest konieczne, ale w naj­wyż­szym stop­niu nie­sto­sowne, by miał dla wdowy i sie­rot po swym ojcu robić cokol­wiek nad wska­zane mu przez żonę sąsiedz­kie przy­sługi.

ROZ­DZIAŁ III

Wdowa z cór­kami pozo­sta­wała jesz­cze w Nor­land przez kilka mie­sięcy. Nie wypły­wało to z nie­chęci do prze­pro­wadzki, kiedy bowiem wszyst­kie dobrze znane zakątki prze­stały budzić gwał­towne wzru­sze­nie, kiedy roz­pacz przy­ci­chła, a myśli nie zaprzą­tała już wyłącz­nie chęć pod­sy­ca­nia smutku wspo­mnie­niami, wdowa zapra­gnęła jak naj­szyb­ciej wyje­chać i nie­stru­dze­nie pro­wa­dziła poszu­ki­wa­nia odpo­wied­niego domu w oko­licy, gdyż zamiesz­ka­nie z dala od uko­cha­nego miej­sca wyda­wało się nie­moż­liwe. Nie zna­la­zła jed­nak żad­nego domu, który zaspo­ka­jałby jej wyma­ga­nia co do kom­fortu i wygód, a jed­no­cze­śnie odpo­wia­dał roz­trop­nym warun­kom posta­wio­nym przez jej naj­star­szą córkę. Ta, wie­dziona roz­wagą i roz­sąd­kiem, odrzu­ciła już była kilka domów, które uznała za zbyt oka­załe na ich moż­li­wo­ści, choć matka uwa­żała je za odpo­wied­nie.

Mąż przed śmier­cią powia­do­mił ją o uro­czy­stej obiet­nicy zło­żo­nej przez syna, obiet­nicy, która przy­nio­sła mu spo­kój w ostat­nich chwi­lach na ziemi. Wdowa wie­rzyła w rze­tel­ność tej obiet­nicy rów­nie mocno jak zmarły mał­żo­nek i cie­szyła się nią z myślą o cór­kach, bo jeśli cho­dzi o nią samą, uwa­żała, że mogłaby dostat­nio wyżyć nawet ze skrom­niej­szego dochodu niż pro­centy od sied­miu tysięcy fun­tów. Cie­szyła ją ta obiet­nica rów­nież ze względu na pasierba oraz wła­sne do niego uczu­cia, wyrzu­cała też sobie, iż go dotych­czas nie­spra­wie­dli­wie sądziła, uwa­ża­jąc za nie­zdol­nego do hoj­no­ści. Teraz widząc, jak tro­skli­wie i miło odnosi się do niej samej i córek, uwie­rzyła, że ich pomyśl­ność żywo go obcho­dzi, i przez dłuż­szy czas ufała jego szla­chet­nej obiet­nicy.

Nie­chęć, jaką czuła do syno­wej od początku zna­jo­mo­ści, teraz przy bliż­szym pozna­niu, pod­czas pół­rocz­nego pobytu pod wspól­nym dachem, wzro­sła ogrom­nie i, być może, prze­wa­ży­łaby względy uprzej­mo­ści i miło­ści mat­czy­nej, unie­moż­li­wia­jąc obu paniom dłuż­sze prze­by­wa­nie w jed­nym domu, gdyby nie pewna nowa oko­licz­ność, która, zda­niem wdowy, prze­ma­wiała za pozo­sta­niem jej córek jesz­cze przez pewien czas w Nor­land.

Oko­licz­no­ścią tą było rosnące uczu­cie pomię­dzy naj­star­szą jej córką a bra­tem pani Fanny Dash­wood, czło­wie­kiem miłym i dżen­tel­me­nem, który przy­je­chał do sio­stry wkrótce po obję­ciu przez nią Nor­land i odtąd spę­dzał tu więk­szość czasu.

Nie­które matki pod­sy­ca­łyby tę wza­jemną skłon­ność mło­dych z inte­re­sow­nych wzglę­dów, Edward Fer­rars bowiem był naj­star­szym synem czło­wieka, który umarł bar­dzo bogato; inne mogłyby ją tłu­mić przez wzgląd na roz­trop­ność, cała jego for­tuna bowiem, z wyjąt­kiem jakiejś sumki, uza­leż­niona była od woli matki. Pani Dash­wood dale­kie były obie te racje. Wystar­czyło, że młody czło­wiek wyda­wał się bar­dzo miły, że kochał jej córkę i miał jej wza­jem­ność. To, by róż­nica mająt­kowa mogła stać się przy­czyną roz­dzie­le­nia dwojga mło­dych, któ­rych łączy podo­bień­stwo uspo­so­bień, było sprzeczne z wszyst­kimi jej zasa­dami, a nie przy­pusz­czała, żeby ktoś, kto znał Ele­onorę, mógł się na niej nie poznać.

Edward Fer­rars nie zaskar­bił sobie jej życz­li­wo­ści szcze­gól­nym uro­kiem oso­bi­stym czy ujmu­ją­cym zacho­wa­niem. Nie odzna­czał się ude­rza­jącą urodą i wyma­gał bliż­szego pozna­nia, by zyskać sym­pa­tię. Był zbyt nie­śmiały, by umieć się awan­ta­żow­nie poka­zać, i dopiero po prze­ła­ma­niu pierw­szych lodów dawał się poznać jako czło­wiek o gorą­cym i otwar­tym sercu, który wro­dzone zdol­no­ści pogłę­bił rze­telną nauką. Lecz ani jego rozum, ani skłon­no­ści nie zaspo­ka­jały ambi­cji matki i sio­stry, które pra­gnęły, by został wybitną oso­bi­sto­ścią – tylko nie bar­dzo wie­działy, jaką mia­no­wi­cie. Miał być po pro­stu ważną figurą w tej czy innej dzie­dzi­nie. Matka chciała, by zain­te­re­so­wał się poli­tyką, został posłem do par­la­mentu albo zwią­zał się z jakimś wiel­kim współ­cze­snym mężem stanu. Pani Fanny Dash­wood miała podobne pra­gnie­nia, tym­cza­sem jed­nak, póki się nie zre­ali­zują, brat zaspo­ko­iłby jej ambi­cję, powo­żąc jakimś ele­ganc­kim ekwi­pa­żem. Edward nie miał jed­nak naj­mniej­szego upodo­ba­nia ani do wiel­kich ludzi, ani do ekwi­paży. Wszyst­kie jego marze­nia sku­piały się wokół domo­wych roz­ko­szy i spo­koj­nego rodzin­nego życia. Na szczę­ście miał o wiele bar­dziej obie­cu­ją­cego młod­szego brata.

Edward spę­dził we dwo­rze kilka tygo­dni, nim wdowa zwró­ciła na niego uwagę, gdyż w owym cza­sie pogrą­żona była w roz­pa­czy, która uczy­niła ją obo­jętną na cały ota­cza­jący świat. Zauwa­żyła tylko, że jest spo­kojny, że się nie narzuca, i lubiła go za to. Nie mącił jej żało­ści, pró­bu­jąc nie­wcze­snych roz­mów. Po raz pierw­szy spoj­rzała na niego z życz­liwą uwagą, gdy Ele­onora wspo­mniała, jak bar­dzo brat różny jest od sio­stry. Była to naj­lep­sza reko­men­da­cja.

– Wystar­czy – powie­działa pani Dash­wood – że jest inny niż Fanny. Świad­czy to wyłącz­nie na jego korzyść. Już go kocham.

– Sądzę, że go mama polubi, kiedy go bli­żej pozna – pod­su­nęła Ele­onora.

– Polubi? – uśmiech­nęła się matka. – Nie znam innego uczu­cia jak miłość dla kogoś, komu jestem przy­chylna.

– Może go mamu­sia sza­no­wać.

– Ni­gdy się jesz­cze nie nauczy­łam oddzie­lać miło­ści od sza­cunku.

Pani Dash­wood sta­rała się od tej chwili lepiej go poznać. Miała ujmu­jący spo­sób bycia i szybko prze­ła­mała jego nie­śmia­łość. W lot pojęła, ile ma zalet – może prze­ko­na­nie o uczu­ciu, jakim darzył Ele­onorę, wzmo­gło nieco jej prze­ni­kli­wość, tak czy ina­czej, naprawdę pewna była, że to czło­wiek zacny, i teraz już nawet jego powścią­gli­wość, sprzeczna z wszyst­kimi jej wyobra­że­niami o tym, jak mło­dzie­niec winien ema­blo­wać damę – nawet owa powścią­gli­wość stra­ciła cechy pro­za­icz­no­ści, kiedy wdowa wie­działa już, że Edward ma serce gorące, a uspo­so­bie­nie czułe.

Kiedy zauwa­żyła u niego pierw­sze oznaki uczu­cia dla Ele­onory, natych­miast uznała ich wza­jemną miłość za rzecz pewną i wyglą­dała ślubu w nie­dłu­gim cza­sie.

Za kilka mie­sięcy, córeczko – zwró­ciła się do Marianny – Ele­onora wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa roz­pocz­nie wła­sne życie. Zabrak­nie nam jej, to pewne, ale ona będzie szczę­śliwa.

– Och, mamo, cóż my bez niej poczniemy!

– Droga moja, prze­cież to żadna roz­łąka. Będziemy miesz­kać od sie­bie o kilka mil zale­d­wie i widy­wać się co dzień. Ty zyskasz brata, praw­dzi­wie kocha­ją­cego brata. Mam naj­lep­sze w świe­cie zda­nie o sercu Edwarda. Ale zro­bi­łaś taką poważną minę, Marianno, czyż­byś nie pochwa­lała wyboru, jakiego doko­nała twoja sio­stra?

– Może – odparła Marianna – był dla mnie pew­nym zasko­cze­niem. Edward jest bar­dzo miły i kocham go czule. Lecz nie jest to prze­cież taki młody czło­wiek… Cze­goś mu brak… Jego postać nie przy­kuwa wzroku, nie ma tego wdzięku, jakiego ocze­ki­wa­ła­bym u męż­czy­zny, który poważ­nie zain­te­re­so­wał moją sio­strę. W oczach jego brak ognia, ani­mu­szu, które świad­czą razem o cno­cie i inte­li­gen­cji. A poza tym oba­wiam się, mamo, że on nie ma gustu. Wydaje się, że muzyka nie pociąga go zbyt­nio, i cho­ciaż ogrom­nie się zachwyca rysun­kami Ele­onory, nie jest to zachwyt czło­wieka, który by rozu­miał ich war­tość. Mimo iż poświęca Ele­ono­rze wiele uwagi, gdy ona maluje, widać prze­cież, że w isto­cie nie zna się wcale na rze­czy. To jest uwiel­bie­nie czło­wieka zako­cha­nego, a nie znawcy przed­miotu. Mnie mogłoby zado­wo­lić tylko jedno i dru­gie. Nie mogła­bym zaznać szczę­ścia z czło­wiekiem, któ­rego upodo­ba­nia nie byłyby wier­nym odbi­ciem moich. Musi umieć wnik­nąć we wszyst­kie moje uczu­cia – te same książki, ta sama muzyka winna zachwy­cać nas oboje. Och, mamo, jak mdło, jak bez polotu czy­tał nam Edward wczo­raj wie­czo­rem! Z całego serca współ­czu­łam mojej sio­strze! A jed­nak zno­siła to z takim opa­no­wa­niem! Jakby tego zupeł­nie nie zauwa­żała! Ledwo zdo­ła­łam usie­dzieć w miej­scu! Słu­chać tych cudow­nych strof, które tak czę­sto wpro­wa­dzały mnie w unie­sie­nie, czy­ta­nych z takim nie­po­ru­szo­nym spo­ko­jem, z taką potworną obo­jęt­no­ścią…

– Z pew­no­ścią pro­sta i ele­gancka proza lepiej brzmia­łaby w jego ustach, lecz ty upar­łaś się przy Cow­pe­rze.

– Ależ mamo, skoro nawet Cow­per nie mógł go oży­wić! Zresztą trzeba pamię­tać, że różne bywają upodo­ba­nia. Ele­onora nie jest tak uczu­ciowa jak ja, może więc nie przy­wią­zy­wać do tego wagi i być szczę­śliwa. Ale gdy­bym ja go kochała, serce by mi pękło po takim czy­ta­niu bez czu­cia. Mamo, im bar­dziej poznaję świat, tym wię­cej nabie­ram pew­no­ści, że ni­gdy nie spo­tkam męż­czy­zny, któ­rego bym naprawdę zdolna była poko­chać. Tak wiele żądam! Musi mieć wszyst­kie zalety Edwarda, a nadto pewien urok w wyglą­dzie i obej­ściu, który zdo­biłby jego dobroć.

– Pamię­taj, moje serce, że nie masz jesz­cze sie­dem­na­stu lat! Za wcze­śnie, byś tra­ciła nadzieję na zna­le­zie­nie szczę­ścia. Czemu los nie miałby być dla cie­bie rów­nie łaskawy, jak dla two­jej matki? Niech­że twoje życie pod jed­nym tylko wzglę­dem różni się od tego, co jej przy­pa­dło w udziale.

ROZ­DZIAŁ IV

– Jaka to szkoda, Ele­onoro – ode­zwała się Marianna – że Edward nie gustuje w rysunku.

– Nie gustuje w rysunku? – zdzi­wiła się Ele­onora. – A czemu tak uwa­żasz? Sam nie rysuje, to prawda, ale przy­glą­da­nie się, jak ktoś rysuje, spra­wia mu wiele przy­jem­no­ści i zapew­niam cię, że nie brak mu wro­dzo­nego smaku, cho­ciaż nie miał spo­sob­no­ści go dosko­na­lić. Gdyby kie­dy­kol­wiek uczył się rysunku, z pew­no­ścią szłoby mu bar­dzo dobrze. Nie jest pewny wła­snych sądów, i to do tego stop­nia, że nie­chęt­nie wyraża swoje zda­nie w tej mate­rii, ma jed­nak z natury dobry gust i upodo­ba­nie do pro­stoty, co wie­dzie go we wła­ści­wym kie­runku.

Marianna oba­wiała się ura­zić sio­strę, nie prze­cią­gała więc roz­mowy na ten temat, lecz opi­sany przez Ele­onorę rodzaj apro­baty dla cudzych rysun­ków był bar­dzo daleki od entu­zja­stycz­nych zachwy­tów, jedy­nych, jej zda­niem, jakie mogły być świa­dec­twem dobrego gustu. Uśmie­chała się w duszy, sły­sząc tak mylne poglądy, lecz miała przy tym sza­cu­nek dla sio­stry za ową ślepą stron­ni­czość, która te poglądy zro­dziła.

– Mam nadzieję, Marianno – cią­gnęła Ele­onora – że nie uwa­żasz go za czło­wieka bez gustu. To chyba nie­moż­liwe, bo taka jesteś dla niego ser­deczna, a wiem, że gdy­byś miała o nim takie zda­nie, nie zdo­by­ła­byś się wobec niego na uprzej­mość.

Marianna nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Za żadne skarby nie chciała ura­zić sio­stry, a prze­cież nie mogła powie­dzieć cze­goś, w co nie wie­rzyła. Odparła wresz­cie:

– Nie miej do mnie urazy, Ele­onoro, jeśli moje uzna­nie dla niego nie we wszyst­kim dorów­nuje two­jemu prze­ko­na­niu o jego zale­tach. Mia­łam nie­wiele oka­zji, by poznać tak dokład­nie jak ty wszyst­kie cechy jego umy­sło­wo­ści, smaku i upodo­bań, mam jed­nak naj­wyż­szą opi­nię o jego dobroci i rozu­mie i uwa­żam go za naj­zac­niej­szego i naj­mil­szego czło­wieka pod słoń­cem.

– Sądzę – uśmiech­nęła się Ele­onora – że ta ocena musia­łaby zado­wo­lić nawet jego naj­bliż­szych przy­ja­ciół.

Marianna ucie­szyła się, widząc, jak łatwo jej przy­szło zado­wo­lić sio­strę.

– Sądzę – cią­gnęła Ele­onora – że nikt, kto widuje go na tyle czę­sto, by z nim szcze­rze roz­ma­wiać, nie może wąt­pić w jego roz­są­dek i dobroć. Jest to czło­wiek wybor­nego umy­słu i zasad, prze­sło­nię­tych tylko ową nie­śmia­ło­ścią, która zbyt czę­sto każe mu mil­czeć. Ty znasz go dosta­tecz­nie dobrze, by oddać mu rze­telną spra­wie­dli­wość, lecz oko­licz­no­ści spra­wiły, że, jak to powie­dzia­łaś, pewne cechy jego umy­sło­wo­ści są ci mniej znane niż mnie. Otóż mia­łam ostat­nio wiele oka­zji do roz­mowy z nim, pod­czas gdy ty, powo­do­wana naj­czul­szymi wzglę­dami, byłaś bez reszty zajęta matką. Widy­wa­łam go bar­dzo czę­sto, słu­cha­łam jego wypo­wie­dzi i uwag na temat lite­ra­tury oraz upodo­bań, i wszystko razem wziąw­szy, mam pod­stawy twier­dzić, że jest wykształ­cony, że lek­tura spra­wia mu wielką przy­jem­ność, że wyobraź­nię ma żywą, spo­strze­że­nia słuszne i trafne, a gust wyro­biony i dobry. Przy bliż­szym pozna­niu ujaw­niają się zalety jego umy­słu, zyskuje też obej­ście i wygląd. Z początku nie zwraca uwagi ani zacho­wa­niem, ani urodą, bo trudno go nazwać przy­stoj­nym, póki się nie dostrzeże wyrazu jego oczu, przy­znasz, wyjąt­kowo pięk­nych, i sło­dy­czy obli­cza. Teraz znam go tak dobrze, że uwa­żam doprawdy za przy­stoj­nego męż­czy­znę albo przy­naj­mniej nie­mal przy­stoj­nego. Co ty na to, Marianno?

– Myślę, że ani się obej­rzę, jak zacznę go uwa­żać za przy­stoj­nego. Kiedy mi powiesz, że mam go kochać jak brata, prze­stanę zauwa­żać nie­do­statki jego urody, tak jak dzi­siaj nie widzę nie­do­stat­ków jego serca.

Ele­onora drgnęła na te słowa i poża­ło­wała oka­za­nego prze­ję­cia. Miała o Edwar­dzie bar­dzo wyso­kie mnie­ma­nie. Ufała, iż jej uczu­cie jest wza­jemne, lecz musia­łaby mieć o wiele więk­szą pew­ność, by ucie­szyło ją prze­ko­na­nie Marianny o łączą­cym ich sen­ty­men­cie. Wie­działa, że u Marianny i matki od przy­pusz­czeń do pew­no­ści jest jeden krok, że pra­gnąć – to dla nich zna­czy tyle, co żywić nadzieję, a nadzieja równa się ocze­ki­wa­niu. Pró­bo­wała więc wyja­śnić sio­strze, jak się ma rzecz naprawdę.

– Nie pró­buję prze­czyć – powie­działa – że mam o nim wyso­kie mnie­ma­nie… że go ogrom­nie cenię, że go lubię…

Tu Marianna wybuch­nęła obu­rze­niem.

– Cenisz go! Lubisz go! Och, ty dziew­czyno bez serca! Ty się tego serca wsty­dzisz! Jeśli jesz­cze raz uży­jesz podob­nych słów, natych­miast wyjdę z pokoju.

Ele­onora musiała się roze­śmiać.

– Wybacz – powie­działa – i uwierz, że nie chcia­łam cię ura­zić, mówiąc o moich uczu­ciach w spo­sób tak powścią­gliwy. Przyj­mij, że są sil­niej­sze, niż powie­działam. Krótko mówiąc, przyj­mij, że są takie, jakie można roz­waż­nie i rze­tel­nie uza­sad­nić, zna­jąc jego zalety i przy­pusz­cza­jąc… licząc na jego dla mnie afekt. Ale niczego wię­cej nie wolno ci zakła­dać. Nie otrzy­ma­łam żad­nych zapew­nień o jego uczu­ciu. Są chwile, kiedy w nie wąt­pię, a nie możesz się dzi­wić, że póki nie będę znała jego sen­ty­men­tów, póty nie będę chciała pod­sy­cać wła­snych, myśląc czy mówiąc, że są czymś wię­cej, niż są. W głębi serca nie mam wiel­kich, wła­ści­wie nie mam żad­nych wąt­pli­wo­ści co do jego afektu. Ale oprócz jego skłon­no­ści są jesz­cze inne pro­blemy. On nie jest nie­za­leżny mate­rial­nie. Daleko mu do tego. Nie wiemy, jaka jest w grun­cie rze­czy jego matka, lecz z przy­pad­ko­wych uwag Fanny o jej postęp­kach i prze­ko­na­niach odnio­sły­śmy wra­że­nie, że nie jest osobą miłą, i chyba się nie mylę, sądząc, że Edward zdaje sobie sprawę z ogrom­nych trud­no­ści, jakie by napo­tkał, pra­gnąc poślu­bić kobietę mier­nej for­tuny i nie­wy­so­kiego rodu.

Marianna słu­chała ze zdu­mie­niem, jak bar­dzo jej wyobraź­nia i wyobraź­nia matki wyprze­dziły rze­czy­wi­stość.

– A więc ty naprawdę nie jesteś z nim zarę­czona! – zawo­łała. – No, ale to się prze­cież wkrótce sta­nie. A z tej zwłoki będą dwie korzy­ści: ja cię nie stracę tak szybko, a Edward będzie miał więk­szą spo­sob­ność dosko­na­le­nia swego wro­dzo­nego smaku w two­jej ulu­bio­nej dzie­dzi­nie, co jest nie­odzowne dla waszego przy­szłego szczę­ścia. Och, gdyby też twój talent tak go zachę­cił, by sam się wziął do rysunku! Jakież by to było cudowne!

Ele­onora powie­działa sio­strze prawdę. Nie mogła uwa­żać, by Edward odwza­jem­niał się jej uczu­ciem, któ­rego dopa­try­wała się Marianna. Młody czło­wiek popa­dał od czasu do czasu w nastrój przy­gnę­bie­nia, które świad­czyło, jeśli nie o zupeł­nej obo­jęt­no­ści, to o czymś rów­nie mało obie­cu­ją­cym. Prze­cież gdyby miał wąt­pli­wo­ści co do jej sen­ty­men­tów, byłby naj­wy­żej nie­spo­kojny. Skąd więc ta melan­cho­lia, która go tak czę­sto nacho­dziła? Wyda­wało się bar­dziej praw­do­po­dobne, iż jej przy­czyną jest zależ­ność mate­rialna, która unie­moż­li­wiała mu fol­go­wa­nie wła­snym uczu­ciom. Wie­działa, że matka Edwarda nie ma zamiaru pozwo­lić mu na zało­że­nie w przy­szło­ści wła­snej rodziny, jeśli się nie zasto­suje we wszyst­kim do jej życzeń i nie zrobi kariery. Wie­dząc tyle, nie mogła zaznać spo­koju. Wcale nie była pewna, że skłon­ność Edwarda do niej dopro­wa­dzi do tego, co jej matka i sio­stra uwa­żały za oczy­wi­ste. Wręcz prze­ciw­nie, im dłu­żej prze­by­wała z Edwar­dem, tym bar­dziej wąt­piła w naturę jego wzglę­dów i cza­sami przez kilka przy­krych chwil sądziła, że nie jest to nic wię­cej nad przy­jaźń.

Względy te jed­nak, choćby nawet nie­wiel­kie, oka­zy­wał dosta­tecz­nie jaw­nie, by zanie­po­koić wła­sną sio­strę i pro­wo­ko­wać ją do coraz więk­szej nie­grzecz­no­ści. Przy pierw­szej spo­sob­no­ści obra­ziła świe­krę, mówiąc jej bez osło­nek o wiel­kich ocze­ki­wa­niach, jakie ma jej brat, o nie­wzru­szo­nym posta­no­wie­niu pani Fer­rars, że obaj jej syno­wie dobrze się oże­nią, i o nie­bez­pie­czeń­stwie, na jakie nara­zi­łaby się każda młoda osoba, która by usi­ło­wała go zła­pać. Pani Dash­wood nie mogła uda­wać, że nie wie, o co cho­dzi, nie potra­fiła też zacho­wać spo­koju. Odpo­wie­działa, nie ukry­wa­jąc wzgardy, i natych­miast wyszła z bawialni, posta­no­wiw­szy, że bez względu na trud­no­ści i koszta nagłej prze­pro­wadzki nie pozwoli, by jej uko­chana Ele­onora zno­siła podobne insy­nu­acje.

W takim wła­śnie nastroju otrzy­mała pocztą list z pro­po­zy­cją nie­zwy­kle na cza­sie. Była to oferta wyna­ję­cia na bar­dzo dobrych warun­kach małego domku nale­żą­cego do jej krew­niaka, zamoż­nego wła­ści­ciela ziem­skiego w hrab­stwie Devon. List pisany był przez niego ze szczerą, przy­ja­zną chę­cią nie­sie­nia pomocy. Sły­szał, że kuzynka szuka miesz­ka­nia, a cho­ciaż mógł jej ofia­ro­wać tylko pokaź­nych roz­mia­rów domek far­mer­ski, zapew­niał panią Dash­wood, że jeśli jej się miej­sce spodoba, dokona w budynku wszel­kich prze­ró­bek, jakie ona uzna za nie­odzowne. Poda­wał szcze­góły tyczące domu i ogrodu i usil­nie nale­gał, by przy­je­chała z cór­kami do Bar­ton Park, jego dworu, gdzie oso­bi­ście stwier­dzi, czy pro­po­no­wany jej Bar­ton Cot­tage, leżący w tej samej para­fii, będzie jej odpo­wia­dał po sto­sow­nych prze­rób­kach. Cały list tchnął ogromną życz­li­wo­ścią czło­wieka, któ­remu szcze­rze zależy na przy­jeź­dzie pań, co było na pewno miłe adre­satce, zwłasz­cza w momen­cie, kiedy została zra­niona zim­nym i nie­czu­łym zacho­wa­niem bliż­szej rodziny. Nie tra­ciła czasu na namy­sły czy szu­ka­nie bliż­szych infor­ma­cji. W miarę czy­ta­nia krze­pło w niej posta­no­wie­nie. Naj­waż­niej­szym argu­men­tem była teraz odle­głość dzie­ląca Bar­ton w hrab­stwie Devon od Sus­sex, odle­głość, która jesz­cze przed kilku godzi­nami prze­wa­ży­łaby wszel­kie zalety pro­po­no­wa­nego domku. Wyjazd z oko­lic Nor­land nie był już teraz złem, wręcz prze­ciw­nie, był pożą­dany, był dobro­dziej­stwem w porów­na­niu z koniecz­no­ścią pozo­sta­wa­nia w gości­nie u syno­wej. Mniej będzie bole­sne poże­gna­nie na zawsze uko­cha­nego miej­sca niż miesz­ka­nie w nim czy odwie­dza­nie go, jak długo ta kobieta będzie tu panią. Natych­miast napi­sała do sir Johna Mid­dle­tona, dzię­ku­jąc mu za uprzej­mość i przyj­mu­jąc pro­po­zy­cję, po czym pośpie­szyła do dziew­cząt, by poka­zać im oba listy i uzy­skać apro­batę swo­jej decy­zji przed wysła­niem odpo­wie­dzi.

Ele­onora zawsze uwa­żała, że roz­sąd­niej będzie osie­dlić się nieco dalej od Nor­land, a nie w bez­po­śred­nim sąsiedz­twie, nie mogła więc opie­rać się pro­jek­towi matki, szer­mu­jąc argu­men­tem odle­gło­ści, jaka dzie­liła Devon od Sus­sex. Nadto, sądząc z opisu sir Johna, dom był taki skromny, a czynsz tak nie­zwy­kle umiar­ko­wany, że i tu nie znaj­do­wała powo­dów do sprze­ciwu. Tak więc, choć pro­jekt nie zawie­rał niczego, co byłoby jej w smak, choć było to prze­nie­sie­nie dalej od Nor­land, niżby sobie życzyła, nie pró­bo­wała nawet odwo­dzić matki od wysła­nia listu ze zgodą na pro­po­zy­cję sir Johna.

ROZ­DZIAŁ V

Natych­miast po wysła­niu odpo­wie­dzi pani Dash­wood zro­biła sobie przy­jem­ność i poin­for­mo­wała pasierba i jego żonę, że zna­la­zła już dom i będzie korzy­stać z ich uprzej­mo­ści tylko do chwili, kiedy prze­pro­wadzka sta­nie się moż­liwa. Słu­chali jej ze zdu­mie­niem. Młod­sza pani Dash­wood nie ode­zwała się ani sło­wem, ale jej mąż wyra­ził uprzejmą nadzieję, że maco­cha nie zamieszka daleko od Nor­land. Z ogromną satys­fak­cją odparła, że prze­nosi się do hrab­stwa Devon. Sły­sząc to, Edward obró­cił się ku niej spiesz­nie i gło­sem peł­nym zdu­mie­nia i prze­ję­cia, cał­ko­wi­cie dla niej zro­zu­mia­łego, powtó­rzył:

– Do hrab­stwa Devon! To tak daleko! A do któ­rej czę­ści?

Wyja­śniła, gdzie leży jej nowy dom. Cztery mile na pół­noc od Exe­ter.

– To tylko mały dome­czek – cią­gnęła – mam jed­nak nadzieję, że ujrzę w nim wielu moich przy­ja­ciół. Bez trudu będzie można tam dobu­do­wać jeden czy dwa pokoje. A jeśli tak daleka podróż nie okaże się ponad siły moich przy­ja­ciół, to ja na pewno znajdę spo­sób, by ich ulo­ko­wać pod moim dachem.

Zakoń­czyła uprzej­mym zapro­sze­niem pań­stwa Dash­wood do zło­że­nia jej wizyty w Bar­ton, a jesz­cze ser­decz­niej zwró­ciła się osobno z takim samym zapro­sze­niem do Edwarda. Choć ostat­nia roz­mowa z synową kazała wdo­wie pod­jąć decy­zję, że nie zosta­nie w Nor­land dłu­żej niż to nie­unik­nione, nie wpły­nęła w żad­nym stop­niu na sprawę, o którą w roz­mo­wie cho­dziło. Matce nawet w gło­wie nie postało roz­dzie­lać Ele­onorę i Edwarda, a zwra­ca­jąc się do niego z wyraź­nym zapro­sze­niem, pra­gnęła poka­zać syno­wej, że jej dez­apro­bata dla tego związku nie ma naj­mniej­szego zna­cze­nia.

Pan John Dash­wood kil­ka­krot­nie powtó­rzył, jak bar­dzo mu przy­kro, że wyna­jęła sobie dom w odle­gło­ści, która unie­moż­liwi mu pomoc w prze­wie­zie­niu rze­czy. W isto­cie spra­wiło mu to praw­dziwą przy­krość; decy­zja maco­chy bowiem nie pozwa­lała mu zro­bić nawet tej drob­nej uprzej­mo­ści, do jakiej spro­wa­dził daną ojcu obiet­nicę. Rze­czy zostały wysłane drogą mor­ską. Skła­dały się na nie bie­li­zna sto­łowa i poście­lowa, zastawa, por­ce­lana, książki i zgrabne pia­nino Marianny. Pani Fanny Dash­wood żegnała odjeż­dża­jące skrzy­nie z wes­tchnie­niem – bole­śnie odczu­wała fakt, że maco­cha męża, choć ma w porów­na­niu z nimi tak skromne przy­chody, będzie w posia­da­niu takich ład­nych rze­czy.

Pani Dash­wood wyna­jęła dom na rok; był już ume­blo­wany, mogła się więc natych­miast wpro­wa­dzić. Ponie­waż z umową nie było naj­mniej­szych kło­po­tów, wdowa musiała jedy­nie pozbyć się resz­tek rucho­mo­ści z Nor­land i usta­lić liczbę przy­szłej służby, nim wyru­szy na zachód, a że wszystko, co miało dla niej zna­cze­nie, robiła bar­dzo szybko, więc i teraz uwi­nęła się z tymi spra­wami. Konie, które zosta­wił jej mąż, sprze­dała wkrótce po jego śmierci, a że nada­rzyła się teraz spo­sob­ność sprze­da­nia powozu, zgo­dziła się i na to pod silną pre­sją star­szej córki. Gdyby ule­gła wła­snym chę­ciom, zacho­wa­łaby powóz dla wygody córek, ale roz­są­dek Ele­onory zwy­cię­żył. Rów­nież dzięki jej roz­trop­no­ści ogra­ni­czono liczbę służby do trzech osób, dwóch poko­jo­wych i słu­żą­cego, któ­rzy zostali szybko wybrani spo­śród daw­nej służby dwor­skiej.

Słu­żący i jedna z poko­jo­wych natych­miast poje­chali przo­dem do hrab­stwa Devon, by przy­go­to­wać wszystko na przy­jazd dam, pani Dash­wood bowiem, która nie znała lady Mid­dle­ton, wolała osiąść od razu w nowym domu, zamiast miesz­kać z początku jako gość we dwo­rze. Tak cał­ko­wi­cie zaufała opi­sowi domu, jaki prze­słał jej sir John, że wcale nie chciała go oglą­dać, nim wej­dzie tam pod swój dach. Wyraźne ukon­ten­to­wa­nie syno­wej ze zbli­ża­ją­cego się wyjazdu pań kazało jej nie­cier­pli­wie wyglą­dać tej daty, zwłasz­cza że pani Fanny Dash­wood pró­bo­wała nie­zręcz­nie ukryć swe zado­wo­le­nie, pro­sząc chłodno o odsu­nię­cie daty wyjazdu. Nade­szła chwila, kiedy pasierb mógł speł­nić daną ojcu obiet­nicę. Ponie­waż zanie­dbał to w chwili wej­ścia w posia­da­nie majątku, wyda­wało się, że następ­nym odpo­wied­nim momen­tem będzie wyjazd maco­chy z Nor­land. Pani Dash­wood jed­nak dawno już stra­ciła wszel­kie na to nadzieje i wycią­gnęła z ogól­nego tonu jego wypo­wie­dzi wnio­sek, że pomoc ta nie wykro­czy poza pół­roczne żywie­nie ich w Nor­land. Tak czę­sto mówił o wzra­sta­ją­cych kosz­tach utrzy­ma­nia i o ludziach, co nie­ustan­nie się­gają do jego sakiewki, na co wciąż nara­żony jest czło­wiek o pew­nej pozy­cji w świe­cie, że wyda­wało się, iż to nie on powi­nien dawać, tylko jemu nale­ża­łoby raczej coś dać.

Kilka tygo­dni po otrzy­ma­niu listu od sir Johna Mid­dle­tona wszystko było już na tyle przy­go­to­wane w ich nowym domu, by panie mogły ruszyć w drogę.

Wiele łez wylały, żegna­jąc się po raz ostatni z miej­scem tak bar­dzo przez nie kocha­nym.

– Dro­gie, dro­gie Nor­land! – łkała Marianna, błą­ka­jąc się samot­nie przed dwo­rem ostat­niego wie­czoru. – Kie­dyż prze­stanę żało­wać, żem cię utra­ciła… Kie­dyż to będę mogła gdzie indziej poczuć się jak w domu! O, szczę­śliwy ty dwo­rze, żebyś wie­dział, co cier­pię, patrząc teraz na cie­bie, z tego miej­sca, z któ­rego pewno już ni­gdy cię oglą­dać nie będę. I wy, zna­jome drzewa! Lecz wy pozo­sta­nie­cie zawsze takie same! Żaden wasz liść nie zwięd­nie przez to, że nas tu zabrak­nie, żadna gałąź nie znie­ru­cho­mieje, choć nam nie będzie już dany wasz widok! Tak, wy się ni­gdy nie zmie­ni­cie. Nie­świa­dome rado­ści czy smutku, jakich jeste­ście przy­czyną, nie­świa­dome zmiany, jaka się doko­nała w tych, co spa­ce­rują w waszym cie­niu. Lecz któż tu pozo­sta­nie, by się wami rado­wać?

ROZ­DZIAŁ VI

Pierw­sza część podróży upły­nęła w zbyt melan­cho­lij­nym nastroju, by mogła się nie dłu­żyć i nie uprzy­krzyć. Gdy jed­nak zaczęły się zbli­żać do kresu drogi, cie­ka­wość, jak też wygląda oko­lica, w któ­rej zamiesz­kają, prze­mo­gła przy­gnę­bie­nie, widok zaś roz­wie­ra­ją­cej się przed nimi doliny Bar­ton nastroił panie pogod­nie. Była to żyzna, ładna dolina pokryta lasem i łąkami. Krętą drogą uje­chały prze­szło milę i wresz­cie sta­nęły przed wła­snym domem. Od frontu przy­le­gał do niego jedy­nie spła­che­tek zie­leni zamknięty zgrabną fur­teczką.

Bar­ton Cot­tage jako dom, wygodny i pojemny, choć mały, nie przy­po­mi­nał typo­wej far­mer­skiej chaty, gdyż był syme­tryczny, kryty dachówką, okien­nic nie miał poma­lo­wa­nych na zie­lono ani ścian ople­cio­nych kapry­fo­lium. Wąski kory­tarz pro­wa­dził przez śro­dek domu pro­sto do drzwi wio­dą­cych do ogródka od tyłu. Od frontu, na prawo i na lewo z kory­tarza, wcho­dziło się do nie­wiel­kich kwa­dra­to­wych pokoi bawial­nych, dalej leżały pomiesz­cze­nia gospo­dar­cze i schody. Na pię­trze mie­ściły się cztery sypial­nie, a na man­sar­dzie dwa poko­iki. Dom nie był stary i znaj­do­wał się w dobrym sta­nie. W porów­na­niu z dwo­rem Nor­land wyda­wał się istot­nie ubogi i mały, lecz łzy, jakie napły­nęły damom do oczu na wspo­mnie­nie rodzin­nego gniazda, szybko wyschły po wej­ściu do środka. Radość służby na ich widok przy­nio­sła im pocie­sze­nie i każda z pań posta­no­wiła robić dobrą minę ze względu na pozo­stałe. Był począ­tek wrze­śnia, piękna jesień, dom oglą­dały po raz pierw­szy przy korzyst­nej, ład­nej pogo­dzie, toteż odnio­sły miłe wra­że­nie, które było pod­wa­liną przy­szłego przy­wią­za­nia.

Dom był dobrze poło­żony. Wyso­kie wzgó­rza osła­niały go bez­po­śred­nio od tyłu oraz w nie­wiel­kiej odle­gło­ści po obu bokach. Nie­które wzgó­rza były nagie, niczym nie poro­słe, inne uprawne lub pokryte lasem. Wio­ska Bar­ton leżała na jed­nym z nich; roz­ta­czał się na nią piękny widok z okien domu. Od frontu otwie­rała się roz­le­glej­sza per­spek­tywa na całą dolinę i hen, daleko. Ota­cza­jące domek wzgó­rza zamy­kały dolinę; tu się ona koń­czyła, a jej ramię pro­wa­dziło mię­dzy dwoma naj­bar­dziej stro­mymi zbo­czami w innym kie­runku i miało inną nazwę.

Wszystko razem wziąw­szy, pani Dash­wood była zado­wo­lona z roz­mia­rów i wypo­sa­że­nia domu. Choć dotych­cza­sowy styl życia wyma­gał, by doku­piła sprzę­tów, znaj­do­wała przy­jem­ność w ulep­sza­niu i uzu­peł­nia­niu, a miała dość gotówki, by kupić wszystko, co nie­zbędne dla pod­nie­sie­nia ele­gan­cji wnę­trza.

– Jeśli idzie o sam dom – stwier­dziła – cóż, oczy­wi­sta, za mały jest na naszą rodzinę, ale tym­cza­sem urzą­dzimy się jakoś cał­kiem zno­śnie, bo za późno już w tym roku zaczy­nać prze­bu­dowę. Może na wio­snę, jeśli, jak się spo­dzie­wam, będę miała dużo pie­nię­dzy, pomy­ślimy o tym. Obie bawial­nie są za małe, by pomie­ścić naszych przy­ja­ciół, któ­rych mam nadzieję czę­sto tutaj widy­wać, i tak sobie myślę, żeby połą­czyć kory­tarz z jedną i może jesz­cze zabrać kawa­łek dru­giej, a z reszty tej dru­giej zro­bić wej­ście, no i łatwo będzie dobu­do­wać nowy salo­nik, a nad nim sypial­nię i man­sardę i już będziemy miały bar­dzo przy­tulną cha­tynkę. Jak­że­bym chciała, żeby schody były ład­niej­sze. Ale nie można chcieć wszyst­kiego, cho­ciaż, tak mi się zdaje, wcale nie byłoby trudno je posze­rzyć. Zoba­czymy na wio­snę, jakie zro­bię oszczęd­no­ści, i od tego uza­leż­nimy nasze pro­jekty prze­bu­dowy.

Tym­cza­sem, póki nie zdo­łają doko­nać tych wszyst­kich prze­ró­bek z oszczęd­no­ści osoby posia­da­ją­cej pięć­set fun­tów rocz­nie, która, na domiar złego, ni­gdy w życiu nie oszczę­dzała, posta­no­wiły roz­trop­nie zado­wo­lić się takim domem, jaki zastały, i każda zajęła się pil­nie porząd­ko­wa­niem tego, na czym jej naj­bar­dziej zale­żało, a ukła­da­jąc swoje książki i inne dro­bia­zgi, sta­rała się stwo­rzyć wokół sie­bie domową atmos­ferę. Wypa­ko­wano i usta­wiono pia­nino Marianny, a rysunki Ele­onory przy­ozdo­biły ściany bawialni.

Takie zaję­cia prze­rwała im następ­nego dnia zaraz po śnia­da­niu wizyta wła­ści­ciela majęt­no­ści, który przy­szedł powi­tać je w Bar­ton i ofia­ro­wać wszystko, czym jego ogród i dom może słu­żyć, a czego w ich domu i ogro­dzie tym­cza­sem jesz­cze brak. Sir John Mid­dle­ton był przy­stoj­nym męż­czy­zną około czter­dziestki. Zło­żył już kie­dyś wizytę w Stan­hill, lecz było to zbyt dawno, by młode kuzy­neczki mogły go pamię­tać. Miał zacną twarz, a obej­ście rów­nie ujmu­jące i życz­liwe, jak jego list. Ich przy­jazd spra­wił mu wyraź­nie wielką przy­jem­ność, a ich wygoda była przed­mio­tem jego szcze­rej tro­ski. Pod­kre­ślał wie­lo­krot­nie, że gorąco pra­gnie nawią­za­nia naj­ści­ślej­szych sto­sun­ków mię­dzy oby­dwoma domami i nale­gał ser­decz­nie, by jadały obiad we dwo­rze codzien­nie, póki się nie zado­mo­wią w nowym miesz­ka­niu. Cho­ciaż te prośby swoją natar­czy­wo­ścią prze­kra­czały gra­nice uprzej­mo­ści, nie spo­sób było się na nie obra­zić. Dobroć jego nie ogra­ni­czała się do słów. Godzinę po jego wyj­ściu przy­słano ze dworu wielki kosz pełen jarzyn i owo­ców, a pod wie­czór przy­szedł pre­zent w postaci upo­lo­wa­nej zwie­rzyny. Pan domu nale­gał rów­nież, by mu pozwo­liły odwo­zić i przy­wo­zić z poczty całą kore­spon­den­cję, i nie chciał odmó­wić sobie przy­jem­no­ści przy­sy­ła­nia im codzien­nie swo­jej gazety.

Lady Mid­dle­ton prze­ka­zała przez męża uprzejme pozdro­wie­nia, zgła­sza­jąc chęć zło­że­nia wizyty pani Dash­wood natych­miast, gdy się dowie, iż nie przy­spo­rzy tym kuzynce kło­potu. Otrzy­mała na to rów­nie uprzejmą odpo­wiedź, wsku­tek czego zło­żyła im wizytę następ­nego dnia.

Bar­dzo, rzecz jasna, cie­kawe były osoby, od któ­rej w dużej mie­rze zale­żało, jak im się tutaj życie ułoży, a lady Mid­dle­ton nie zawio­dła ich ocze­ki­wań pod wzglę­dem dobrych manier. Nie mogła mieć wię­cej nad dwa­dzie­ścia sześć czy sie­dem lat, była ładna, wysoka, o ude­rza­jąco zgrab­nej figu­rze i wdzięcz­nym obej­ściu. W zacho­wa­niu odzna­czała się ele­gan­cją, jakiej bra­ko­wało jej mężowi, mogłoby ono jed­nak wiele zyskać na odro­bi­nie otwar­to­ści i cie­pła. Wizyta trwała dosta­tecz­nie długo, by pierw­szy zachwyt dam nieco osłabł, lady Mid­dle­ton bowiem poka­zała, że choć dosko­nale wycho­wana, jest rów­nież chłodna, zamknięta w sobie i że nie ma nic do powie­dze­nia oprócz banal­nych uwag czy pytań.

Roz­mowa jed­nak toczyła się wartko, gdyż sir John był bar­dzo roz­mowny, a lady Mid­dle­ton zabrała z sobą prze­zor­nie naj­star­sze dziecko, ład­nego sze­ścio­let­niego chłop­czyka; zawsze można się było uciec do niego w potrze­bie, zapy­tać o imię i wiek, zachwy­cać się jego urodą i zada­wać mu pyta­nia, na które odpo­wia­dała za niego matka, gdy on, ucze­piony jej sukni, stał ze spusz­czoną główką ku ogrom­nemu zdzi­wie­niu lady Mid­dle­ton, która nie mogła pojąć, jak też może być taki nie­śmiały w towa­rzy­stwie, kiedy w domu robi tyle hałasu. Pod­czas każ­dej ofi­cjal­nej wizyty powinno być obecne dziecko jako zapa­sowy temat roz­mowy. W opi­sa­nej sytu­acji trzeba było dzie­się­ciu minut, by usta­lić, czy chło­piec jest bar­dziej podobny do matki, czy do ojca i co po kim wziął, w któ­rych to punk­tach, rzecz jasna, wszy­scy się róż­nili i każdy się dzi­wił zda­niu poprzed­nika.

Natych­miast też ofia­ro­wano paniom Dash­wood spo­sob­ność dys­puty na temat pozo­sta­łych dzieci, ponie­waż sir John nie chciał wyjść z domu, nie otrzy­maw­szy wprzódy obiet­nicy, że następ­nego dnia zje­dzą obiad we dwo­rze.

ROZ­DZIAŁ VII

Dwór leżał o pół mili od ich domu. Panie, jadąc doliną, minęły go z bli­ska, lecz nie mogły go doj­rzeć z wła­snych okien, gdyż zasło­nięty był wynio­sło­ścią wzgó­rza. Dwór był duży i ładny, a pań­stwo Mid­dle­ton pro­wa­dzili dom otwarty i ele­gancki. Pierw­sze było potrzebą pana domu, dru­gie – pani. Rzadko się zda­rzało, by nie mieli u sie­bie gościa na stałe, a przyj­mo­wali czę­ściej niż kto­kol­wiek w sąsiedz­twie. Obojgu było to nie­odzowne do szczę­ścia; choć bowiem róż­nili się ogrom­nie uspo­so­bie­niem i spo­so­bem bycia, mieli jedno wiel­kie podo­bień­stwo: zupełny brak gustu i przy­ro­dzo­nych talen­tów, co bar­dzo ogra­ni­czało wybór ich zajęć nie­zwią­za­nych z przyj­mo­wa­niem i bywa­niem. Sir John był myśli­wym. Lady Mid­dle­ton – matką. On strze­lał i polo­wał, ona doga­dzała dzie­ciom i na tym koniec. Lady Mid­dle­ton miała tę prze­wagę, że mogła psuć dzieci przez okrą­gły rok, pod­czas gdy sir John miał tylko połowę tego czasu na swoje roz­rywki. Lecz cią­głe zaję­cia towa­rzy­skie w domu czy poza domem wyrów­ny­wały wszel­kie nie­do­statki natury i wykształ­ce­nia, pod­trzy­my­wały dobry nastrój sir Johna i dawały pole do popisu dobremu wycho­wa­niu jego żony.

Lady Mid­dle­ton szczy­ciła się ele­gan­cją swego stołu i domu, a zaspo­ka­ja­nie tej próż­no­ści na wyda­wa­nych u sie­bie przy­ję­ciach spra­wiało jej naj­więk­szą przy­jem­ność. Lecz sir John szcze­rzej się cie­szył z kom­pa­nii – był ogrom­nie rad, kiedy mógł zebrać wokół sie­bie tyle mło­dzieży, że dom nie­mal pękał, i im było gło­śniej, tym więk­szą odczu­wał przy­jem­ność. Oko­liczna mło­dzież miała w nim praw­dzi­wego dobro­czyńcę, w lecie bowiem urzą­dzał pik­niki na świe­żym powie­trzu, a w zimie przy­ję­cia u sie­bie w domu tak czę­sto, że mogły zaspo­koić wyma­ga­nia każ­dej mło­dej damy, chyba że była to pięt­na­sto­let­nia panna o nie­na­sy­co­nym ape­ty­cie.

Poja­wie­nie się nowych sąsia­dów w oko­licy zawsze spra­wiało mu wielką radość, a miesz­kan­kami, które zdo­był dla Bar­ton Cot­tage, był wprost zachwy­cony. Panny Dash­wood były młode, ładne i natu­ralne. To wystar­czyło, by powziął o nich naj­lep­sze mnie­ma­nie, ład­nej dziew­czy­nie bowiem potrzeba tylko natu­ral­no­ści, by umysł jej był rów­nie urze­ka­jący jak uroda. Wro­dzona życz­li­wość dla ludzi spra­wiała, że cie­szył się, mogąc zro­bić przy­sługę tym, któ­rych obecna sytu­acja w porów­na­niu z prze­szłą mogła się wydać przy­kra i ciężka. Jed­nym sło­wem, oka­zu­jąc dobroć kuzyn­kom, odczu­wał praw­dziwą przy­jem­ność zacnego czło­wieka, a osa­dza­jąc w domeczku rodzinę zło­żoną wyłącz­nie z kobiet, odczu­wał rów­nież przy­jem­ność jako myśliwy, ten bowiem, choć spo­śród męż­czyzn sza­nuje jedy­nie myśli­wych, rzadko jest skłonny zaspo­ka­jać ich myśliw­skie ape­tyty zapro­sze­niem na swoje tereny.

Sir John wyszedł na próg domu, by naj­szcze­rzej powi­tać panią Dash­wood i jej córki w Bar­ton Park, a wio­dąc je do salonu, powta­rzał mło­dym damom to samo, co mówił im już poprzed­niego dnia, mia­no­wi­cie, jak mu przy­kro, że nie zdo­łał dla nich zapro­sić żad­nego mło­dego czło­wieka. Zoba­czą, powie­dział, prócz niego tylko jed­nego dżen­tel­mena, bli­skiego przy­ja­ciela, który gości teraz u nich, lecz który ani nie jest bar­dzo młody, ani wesoły. Miał nadzieję, że wyba­czą mu szczu­płość zebra­nego grona, i zapew­niał, że to się już wię­cej nie powtó­rzy. Odwie­dził był tego przed­po­łu­dnia kilka oko­licz­nych rodzin w nadziei, że uda mu się kogoś zapro­sić, ale była wła­śnie peł­nia1 i wszy­scy mieli już wiele zobo­wią­zań. Na szczę­ście w ostat­niej godzi­nie zje­chała do Bar­ton matka lady Mid­dle­ton – miła, pogodna kobieta, przy­pusz­cza więc, że nie będzie tak nudno, jak panny mogłyby sobie wyobra­żać. Panny, podob­nie jak ich matka, uwa­żały, że dwie zupeł­nie obce osoby to cał­kiem dla nich dość, i by­naj­mniej nie pra­gnęły wię­cej.

Pani Jen­nings, matka lady Mid­dle­ton, była wesołą, dobro­duszną star­szą panią, która dużo mówiła i spra­wiała wra­że­nie osoby bar­dzo z sie­bie zado­wo­lo­nej i dosyć pospo­li­tej. Śmiała się i żar­to­wała nie­ustan­nie, a pod koniec obiadu zdą­żyła już powie­dzieć masę dow­cip­nych rze­czy na temat mężów i faty­gan­tów. Wyra­ziła nadzieję, że panny nie zosta­wiły serc w hrab­stwie Sus­sex, i uda­wała, że dostrzega rumieńce na ich policz­kach. Gnie­wało to Mariannę, z powodu sio­stry, zwró­ciła też na nią oczy, by zoba­czyć, jak to znosi, a powaga jej spoj­rze­nia o wiele bar­dziej zabo­lała Ele­onorę niż nie­wy­bredne kpinki pani Jen­nings.

Sądząc po spo­so­bie bycia, przy­ja­ciel sir Johna, puł­kow­nik Bran­don, tyle się nada­wał na jego przy­ja­ciela, ile lady Mid­dle­ton na jego żonę, a pani Jen­nings – na matkę lady Mid­dle­ton. Był mil­czący i poważny. Powierz­chow­ność miał miłą, cho­ciaż, zda­niem Marianny i Mał­go­rzaty, wyglą­dał na zatwar­dzia­łego sta­rego kawa­lera, prze­kro­czył już bowiem trzy­dzie­sty piąty rok życia. Choć nie odzna­czał się urodą, miał rozumną twarz i obej­ście dżen­tel­mena.

Żadna z zebra­nych osób nie miała w sobie nic, co by mogło zain­te­re­so­wać panie Dash­wood, lecz chłód i bez­barw­ność lady Mid­dle­ton spra­wiały szcze­gól­nie przy­kre wra­że­nie; w porów­na­niu z tym powaga puł­kow­nika Bran­dona i nawet gło­śna weso­łość sir Johna i jego teścio­wej były pocią­ga­jące. Dopiero wej­ście po obie­dzie czworga hała­śli­wych dzieci zdo­łało roz­bu­dzić radość pani domu, one zaś szar­pały ją, cią­gnęły jej suk­nię i nie pozwa­lały mówić o niczym, co nie tyczyło ich samych.

Wie­czo­rem, kiedy towa­rzy­stwo dowie­działo się, iż Marianna lubi muzykę, zasa­dzono ją do pia­nina. Instru­ment został otwo­rzony z klu­cza, każdy chęt­nie nad­sta­wił ucha, gotów wyra­żać zachwyt, a Marianna, która bar­dzo dobrze śpie­wała, wyko­nała na prośbę zebra­nych nie­mal wszyst­kie pio­senki, któ­rych nuty lady Mid­dle­ton przy­wio­zła do Bar­ton po ślu­bie. Leżały zapewne nie­ru­szone od tam­tej chwili, gdyż uczciła swe zamąż­pój­ście zarzu­ce­niem gry i śpiewu, choć, jak twier­dziła jej matka, jako panna grała bar­dzo dobrze i chęt­nie.

Wszy­scy gorąco okla­ski­wali występ Marianny. Sir John gło­śno wyra­żał swój zachwyt po każ­dej pio­sence i rów­nie gło­śno pro­wa­dził roz­mowy w cza­sie śpiewu. Lady Mid­dle­ton kil­ka­krot­nie przy­wo­ły­wała go do porządku, dzi­wiła się, jak czło­wiek może choćby na chwilę ode­rwać się myślą od muzyki – po czym popro­siła o odśpie­wa­nie pew­nej pio­senki, którą Marianna wła­śnie była skoń­czyła. Jeden puł­kow­nik Bran­don słu­chał jej bez unie­sień. Zło­żył jej tylko kom­ple­ment swoją uwagą, za co ona poczuła dla niego sza­cu­nek, któ­rym, rzecz jasna, nie mogła obda­rzyć pozo­sta­łych, tak bez­wstyd­nie wyzby­tych smaku. Choć przy­jem­ność, jaką czer­pał z muzyki, nie była owym eks­ta­tycz­nym zachwy­tem, który mógłby ją zado­wo­lić, zasłu­gi­wała na uzna­nie przez kon­trast z okropną nie­wraż­li­wo­ścią pozo­sta­łych; a prze­cież, rozu­mo­wała, męż­czy­zna trzy­dzie­sto­pię­cio­letni mógł był już ze szczę­tem postra­dać wszelką wraż­li­wość uczuć i wszelką zdol­ność prze­ży­wa­nia rado­ści. Była pełna naj­lep­szej woli i posta­no­wiła w swo­ich oce­nach wiel­ko­dusz­nie uwzględ­niać pode­szły wiek puł­kow­nika.

ROZ­DZIAŁ VIII

Pani Jen­nings była wdową posia­da­jącą bar­dzo dostat­nie doży­wo­cie. Miała tylko dwie córki, które wydała dobrze za mąż, i teraz nie pozo­sta­wało jej do roboty nic innego, jak swa­tać resztę świata. Temu celowi poświę­cała wszyst­kie swoje siły i zdol­no­ści i ni­gdy nie tra­ciła oka­zji, by zapo­wia­dać wesela zna­jo­mej mło­dzieży. Z nie­by­wałą prze­ni­kli­wo­ścią odkry­wała łączące mło­dych uczu­cia, rada, gdy mogła wywo­łać rumie­niec czy wznie­cić próż­ność panny, któ­rej wma­wiała, iż ma jakie­goś mło­dzieńca u swo­ich stóp. Taka wła­śnie wni­kli­wość pozwo­liła jej wkrótce po przy­jeź­dzie do Bar­ton dojść do zde­cy­do­wa­nego wnio­sku, że puł­kow­nik Bran­don zako­chał się w Marian­nie Dash­wood. Prawdę mówiąc, podej­rze­wała to już od pierw­szego wspól­nie spę­dzo­nego wie­czoru, widząc, jak pil­nie puł­kow­nik słu­cha śpiewu panny, kiedy zaś Mid­dle­to­no­wie przy­szli z rewi­zytą na obiad do domku pań, wszystko się potwier­dziło, gdyż puł­kow­nik znowu słu­chał. A więc to na pewno prawda. Nie miała już naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Zna­ko­mity mariaż, on bowiem jest bogaty, a ona ładna. Odkąd zwią­zek z sir Joh­nem pozwo­lił pani Jen­nings zawrzeć zna­jo­mość z puł­kow­nikiem, zaczęła się trosz­czyć o jego dobry oże­nek, zresztą i bez tego zawsze się sta­rała każ­dej ład­nej pan­nie zdo­być dobrego męża.

Nie nale­żało też lek­ce­wa­żyć korzy­ści, jakie sama z tego odno­siła, dawało jej to bowiem temat do nie­ustan­nych żar­tów. We dwo­rze śmiała się z puł­kow­nika, w domku – z Marianny. Kpinki te, jeśli tyczyły tylko jego samego, były zapewne obo­jętne puł­kow­ni­kowi, Marianna jed­nak z początku nie mogła pojąć, o co cho­dzi, a kiedy zro­zu­miała, nie bar­dzo wie­działa, czy ma się śmiać z ich nie­do­rzecz­no­ści, czy gnie­wać za zuchwal­stwo, widząc w tym bez­duszną drwinę z pode­szłego wieku puł­kow­nika i jego sta­ro­ka­wa­ler­stwa.

Pani Dash­wood nie mogła uwa­żać męż­czy­zny młod­szego od niej o pięć lat za tak zgrzy­bia­łego, jakim go widziały mło­dzień­cze oczy córki, toteż pró­bo­wała uspra­wie­dli­wić panią Jen­nings.

– Ale to już musi mama przy­znać, że podobne przy­pusz­cze­nie jest bred­nią, nawet jeśli nie uznać go za zamie­rzoną zło­śli­wość. Puł­kow­nik Bran­don jest z pew­no­ścią młod­szy od pani Jen­nings, ale dosta­tecz­nie stary na to, by być moim ojcem, i jeśli w ogóle miał kie­dyś w sobie dosyć życia, żeby się zako­chać, to już dzi­siaj nie zostało z tego ni dymu, ni popiołu. To prze­cież śmieszne! Kiedy czło­wiek może się czuć bez­pieczny od takich dow­ci­pów, jeśli nie chroni go przed nimi ani wiek, ani znie­do­łęż­nie­nie?

– Znie­do­łęż­nie­nie? – zdzi­wiła się Ele­onora. – Nazy­wasz puł­kow­nika nie­do­łęż­nym? Łatwo mogę zro­zu­mieć, że jego wiek wydaje ci się o wiele bar­dziej sędziwy niż mamie, ale prze­cież nie możesz w sie­bie wma­wiać, że ten czło­wiek utra­cił wła­dzę w człon­kach.

– Nie sły­sza­łaś, jak skar­żył się mamie na reu­ma­tyzm? A czy to nie jest naj­po­spo­lit­sza dole­gli­wość u schyłku życia?

– Naj­droż­sza moja – roze­śmiała się matka. – Wobec tego musisz być w usta­wicz­nym stra­chu o moje gasnące życie i pewno uwa­żasz za cud, że doszłam do tak pode­szłych lat jak czter­dziestka.

– Nie chce mnie mama zro­zu­mieć! Wiem dosko­nale, że puł­kow­nik Bran­don nie jest w takim wieku, by jego przy­ja­ciele oba­wiali się, iż go utracą natu­ral­nym bie­giem rze­czy. Może jesz­cze pożyje ze dwa­dzie­ścia lat. Ale cóż ma wspól­nego z mał­żeń­stwem trzy­dzie­sto­pię­cio­letni męż­czy­zna?

– Może – powie­działa Ele­onora – trzy­dzie­ści pięć i sie­dem­na­ście lat razem wzięte nie powinny mieć nic wspól­nego z mał­żeń­stwem. Ale gdyby przy­pad­kiem jakaś kobieta pozo­stała nie­za­mężną do dwu­dzie­stego siód­mego roku życia, nie sądzę, by trzy­dzie­ści pięć lat puł­kow­nika Bran­dona było wów­czas prze­szkodą w mał­żeń­stwie.

– Dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nia kobieta – powie­działa Marianna po chwili zasta­no­wie­nia – nie sądzi chyba, że może wzbu­dzić miłość czy sama ją odczu­wać, a jeśli w domu jej źle czy też for­tunkę ma nie­wielką, skłonna jest pewno przy­stać na rolę pie­lę­gniarki ze względu na zabez­pie­cze­nie mate­rialne i pew­ność bytu, jakie daje mał­żeń­stwo. Gdyby się więc oże­nił z taką kobietą, nie byłoby w tym nic nie­sto­sow­nego. Zawar­liby ugodę dla obo­pól­nej korzy­ści i wszy­scy byliby zado­wo­leni. W moich oczach nie byłoby to w ogóle mał­żeń­stwo, ale to nie ma zna­cze­nia. Dla mnie byłaby to tylko han­dlowa wymiana, na któ­rej jedno chcia­łoby sko­rzy­stać kosz­tem dru­giego.

– Wiem, że to nie­moż­liwe – zwró­ciła się do niej star­sza sio­stra – prze­ko­nać cię, że dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nia kobieta mogłaby odczu­wać do trzy­dzie­sto­pię­cio­let­niego męż­czy­zny coś tak podob­nego do miło­ści, by go pra­gnąć na męża i towa­rzy­sza. Muszę jed­nak sta­now­czo zapro­te­sto­wać prze­ciwko ska­zy­wa­niu puł­kow­nika Bran­dona i jego żony na nie­ustanne łoże bole­ści tylko dla­tego, że narze­kał przy­pad­kiem wczo­raj (nota­bene dzień był zimny i dżdży­sty) na lekki ból reu­ma­tyczny w ramie­niu.

– Ale on mówił o kami­zel­kach fla­ne­lo­wych! – krzyk­nęła Marianna – a dla mnie fla­ne­lowa kami­zelka łączy się nie­ro­ze­rwal­nie z bólem, skur­czami, reu­ma­ty­zmem i wszel­kimi cho­ro­bami zwią­za­nymi ze sła­bo­ścią star­czego wieku.

– Gdyby tylko dostał sza­lo­nej gorączki, nie trak­to­wa­ła­byś go tak lek­ce­wa­żąco. Powiedz, Marianno, czy nie pocią­gają cię cza­sem wypieki, zapad­nięte oczy i przy­spie­szony puls?

Po wyj­ściu Ele­onory z pokoju Marianna zwró­ciła się do matki:

– Kiedy mowa o cho­ro­bach, zaczy­nam się nie­po­koić i nie będę tego przed mamą ukry­wać. Moim zda­niem Edward Fer­rars nie może być zdrów. Jeste­śmy tu już pra­wie dwa tygo­dnie, a on nie przy­jeż­dża. Prze­cież tylko praw­dziwa dole­gli­wość może być przy­czyną takiej nie­by­wa­łej zwłoki. Cóż innego może go zatrzy­my­wać w Nor­land?

– A ty się go spo­dzie­wa­łaś tak prędko? Bo ja nie. Wprost prze­ciw­nie, jeśli odczu­wam jakiś nie­po­kój w tym wzglę­dzie, to wów­czas, gdy wspo­mi­nam roz­mowy z nim o przy­jeź­dzie do Bar­ton. Oka­zy­wał jakby brak chęci do przy­ję­cia mojego zapro­sze­nia. Czy Ele­onora się go spo­dziewa?

– Ni­gdy z nią na ten temat nie mówi­łam, ale na pewno tak.

– Sądzę, że się mylisz, wczo­raj roz­ma­wia­łam z nią o koniecz­no­ści zro­bie­nia nowego rusztu w kominku pokoju gościn­nego, a ona powie­działa, że nie ma pośpie­chu, bo jest mało praw­do­po­dobne, by ten pokój był nam potrzebny w naj­bliż­szym cza­sie.

– Jakież to dziwne! Cóż to może zna­czyć? Ale całe ich zacho­wa­nie jest takie nie­zro­zu­miałe. Jakież zimne, jakież spo­kojne było ich poże­gna­nie! Jakaż ospała ich roz­mowa w ostatni wspólny wie­czór! Edward żegnał się z Ele­onorą tak samo jak ze mną, bez żad­nej róż­nicy. Były to naj­lep­sze życze­nia kocha­ją­cego brata – dla jed­nej i dru­giej. Ostat­niego poranka zosta­wi­łam ich umyśl­nie dwa razy samych i za każ­dym razem Edward z nie­po­ję­tych przy­czyn wycho­dził za mną. A Ele­onora, opusz­cza­jąc Nor­land i Edwarda, nie pła­kała tak jak ja. Nawet teraz jest wciąż opa­no­wana. Kiedy to widzia­ły­śmy ją smutną i melan­cho­lijną? Kiedy to sta­rała się uni­kać towa­rzy­stwa, kiedy to, będąc z nim, spra­wiała wra­że­nie niespo­kojnej i nie­za­do­wo­lo­nej?

ROZ­DZIAŁ IX

Panie były już teraz cał­kiem wygod­nie urzą­dzone w Bar­ton. Ogród, dom i wszyst­kie ota­cza­jące przed­mioty stały się dobrze zna­jome, a codzienne zaję­cia, które sta­no­wiły połowę uroku Nor­land, pod­jęte zostały z o wiele więk­szą przy­jem­no­ścią, niż można jej było zaznać w daw­nym domu po śmierci ojca. Sir John Mid­dle­ton, który przez pierw­sze dwa tygo­dnie skła­dał im codzienne wizyty i który nie­czę­sto widy­wał wła­sną rodzinę przy jakim­kol­wiek zaję­ciu, nie potra­fił ukryć zdu­mie­nia, zasta­jąc panie zawsze przy pracy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Życie towa­rzy­skie w leżą­cych od sie­bie daleko dwo­rach oży­wiało się pod­czas pełni, kiedy łatwiej było podró­żo­wać przy świe­tle księ­życa (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]