Rozstańmy się na rok - Taylor Jenkins Reid - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Zakochać się to najłatwiejsza część związku…

 

Przedtem:

11 lat temu Lauren i Ryan zakochali się bez pamięci.

9 lat temu pierwszy raz się pokłócili…

6 lat temu wzięli ślub.

A potem? Potem zaczyna być coraz gorzej…

 

Teraz:

Działają sobie na nerwy. Nie wytrzymują już ze sobą. Kłócą się. Nie ufają sobie. Oskarżają się o wszystko. Są coraz bardziej dalecy, osobni.

Co się z nimi stało? Czy po prostu przestali się kochać?

Wtedy Ryan proponuje, żeby rozstali się na rok. „Zobaczymy, jak to jest być bez siebie… Może rozłąka pozwoli nam spróbować znowu…”

Jest tylko jeden warunek: nie mogą się ze sobą kontaktować. Poza tym wolno im wszystko…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Barbara Cywińska

Bożena Hałuszczyńska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© ifong/Shutterstock

Tytuł oryginału

After I Do

AFTER I DO.

Copyright © 2014 by Taylor Jenkins Reid.

Published by arrangement with the Author.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5472-2

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. (22) 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

juras@evbox.pl

Mindy Jenkins i Jake’owi Jenkinsowi

(oby

rażące (przym.):

Kiedy

I. Gdzie się podziewa dobro?[1]

Jesteśmy na parkingu Stadionu Dodgersów, a Ryan jak zwykle zapomniał, gdzie zostawiliśmy samochód. W kółko powtarzam, że w sektorze C, ale on mi nie wierzy.

– Nie – upiera się po raz dziesiąty. – Dokładnie pamiętam, że jak przyjechaliśmy, to skręciłem w prawo, a nie w lewo.

Ciemno choć oko wykol, dróżkę przed nami oświetlają tylko latarnie w kształcie wielkich piłek bejsbolowych. Kiedy parkowaliśmy, spojrzałam na oznakowanie.

– To źle pamiętasz – mówię cierpkim, poirytowanym tonem. Zbyt długo już tu jesteśmy, a ja nie znoszę stadionowego chaosu. Choć tyle dobrze, że jest ciepła letnia noc, ale już po dziesiątej i z trybun wylewają się kibice, a my przedzieramy się przez morze błękitno-białych klubowych koszulek. I to już od dwudziestu minut.

– Dobrze pamiętam – odcina się, ruszając przed siebie i nawet nie zadaje sobie trudu, żeby się za mną obejrzeć, gdy mówi. – To ty masz kiepską pamięć, nie ja.

– Ach, rozumiem – cedzę z drwiną. – Tylko dlatego, że zgubiłam dziś rano klucze, od razu jestem idiotką?

Odwraca się i patrzy na mnie, a ja wykorzystuję ten moment, żeby spróbować go dogonić. Parking jest stromy, pagórkowaty. Nie daję rady.

– Jasne, Lauren, dokładnie tak powiedziałem. Że jesteś idiotką.

– Owszem, powiedziałeś. Powiedziałeś, że wiesz, co mówisz, znaczy, że ja nie wiem.

– Lepiej pomóż mi znaleźć ten cholerny samochód, żebyśmy mogli wreszcie pojechać do domu.

Nie odpowiadam. Po prostu idę za nim, gdy oddala się coraz bardziej od sektora C. Dlaczego chce jechać do domu, pozostaje dla mnie zagadką. W domu nie będzie lepiej. Od miesięcy nie jest.

Zatacza rozległe koło po wzniesieniach i obniżeniach parkingu Stadionu Dodgersów. Ja za nim. Czekam wraz z nim na przejściach dla pieszych, znowu ruszam w jego tempie. Milczymy. Myślę o tym, że miałabym straszną ochotę na niego nawrzeszczeć. Myślę o tym, że wczoraj wieczorem też miałam ochotę na niego nawrzeszczeć. Myślę o tym, że pewnie i jutro będę miała ochotę na niego nawrzeszczeć. Założę się, że on myśli o tym samym. Mimo to atmosfera między nami jest doskonale nieruchoma, niezakłócona ani jedną z naszych myśli. Jakże często w ostatnich czasach nasze wieczory i weekendy to jedno nieustające napięcie, któremu kres kładzie wyłącznie „pa” albo „dobranoc”.

Pierwsza fala ludzi się przewaliła i teraz znacznie łatwiej się zorientować, gdzie jesteśmy i gdzie zaparkowaliśmy.

– Jest – mówi Ryan, nie fatygując się, by mnie lepiej oświecić i wskazać palcem. Idę za jego wzrokiem. Jest. Nasza mała czarna honda.

Dokładnie w sektorze C.

Uśmiecham się do niego. Nie jest to miły uśmiech.

On też się do mnie uśmiecha. Jego uśmiech też nie jest miły.

Jedenaście i pół roku temu

Było to w połowie drugiego roku studiów. Na pierwszym roku byłam dość samotna. Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles okazał się nie tak przyjazny, jak sobie wyobrażałam, starając się o przyjęcie. Trudno mi było poznawać nowych ludzi. Często jeździłam na weekend do domu, żeby się zobaczyć z rodziną. Właściwie to głównie żeby się zobaczyć z młodszą siostrą, Rachel. Mama i mały braciszek, Charlie, byli na drugim miejscu. To z Rachel mówiłam o wszystkim. To Rachel mi brakowało, kiedy siedziałam sama przy stołówkowym obiedzie, a siedziałam sama przy stołówkowym obiedzie częściej, niż miałabym ochotę przyznać.

W wieku lat dziewiętnastu byłam o wiele bardziej nieśmiała, niż gdy mając siedemnaście, kończyłam liceum jako jedna z najlepszych w klasie, a ręka bolała mnie od podpisywania niezliczonych ksiąg pamiątkowych. Przez pierwszy rok studiów mama wciąż mnie pytała, czy nie mam ochoty zmienić kierunku. Mówiła, że nieźle byłoby rozejrzeć się za czymś innym, ale ja nie chciałam. Lubiłam moje zajęcia. „Po prostu jeszcze nie złapałam rytmu” – odpowiadałam za każdym razem. „Ale złapię. Zobaczysz”.

Zaczęłam go łapać, kiedy podjęłam pracę w dziale pocztowym. Wieczorami było nas przeważnie dwoje czy troje i wtedy rozkwitałam. Dobrze sobie radziłam w małych grupach. Kiedy nie musiałam walczyć o to, żeby mnie słyszano, błyszczałam. Po paru miesiącach pracy na zmiany znałam już mnóstwo ludzi. Niektórych naprawdę polubiłam. A niektórzy z nich naprawdę polubili mnie. Kiedy rozjechaliśmy się tego roku na ferie świąteczne, z radością myślałam, że w styczniu znowu się zobaczymy. Brakowało mi moich przyjaciół.

Kiedy wznowiono zajęcia, okazało się, że mam nowy grafik i że odbywają się one w paru budynkach, gdzie nigdy dotąd nie byłam. Ponieważ zaliczyłam już większość przedmiotów ogólnych, zaczęłam chodzić na zajęcia z psychologii. I gdziekolwiek w ramach tego nowego grafiku poszłam, wszędzie wpadałam na tego samego chłopaka. Klub fitness, księgarnia, windy w gmachu Franza Halla.

Był wysoki i barczysty. Miał silne ramiona z wyraźnie zaznaczonymi bicepsami, ledwie mieszczącymi się w rękawach koszuli. Był jasnym szatynem, a policzki i szczękę często pokrywała mu szczecina krótkiego zarostu. Zawsze się uśmiechał i zawsze z kimś rozmawiał. Nawet gdy szedł sam, miał wygląd człowieka, który ma do spełnienia jakąś misję.

Kiedyśmy się wreszcie do siebie odezwali, stałam w kolejce do stołówki. Miałam na sobie szary T-shirt, który nosiłam poprzedniego dnia, i kiedy spostrzegłam go w kolejce, wydało mi się, że to zauważył.

Przy wejściu podał do sprawdzenia swój identyfikator, po czym zostawił kolegów i wdał się w rozmowę z chłopakiem obsługującym czytnik. Kiedy znalazłam się z przodu kolejki, przerwał rozmowę i spojrzał na mnie.

– Śledzisz mnie czy co? – powiedział, patrząc mi z uśmiechem w oczy.

Z miejsca się speszyłam i chyba to zauważył.

– Sorry, głupi żart. Po prostu wciąż cię ostatnio spotykam. – Wzięłam z powrotem identyfikator, a on dodał: – Mogę iść z tobą?

– Tak – odparłam. Miałam się spotkać ze znajomymi z działu pocztowego, ale i tak ich jeszcze nie było. A facet był niezły. Wystarczyło, żeby zawrócić mi w głowie. Był niezły.

– Gdzie idziemy? – spytał. – Która kolejka?

– Do grilla. To znaczy, jeśli masz zamiar stanąć w kolejce razem ze mną.

– Super. Mam straszną ochotę na hamburgera z cebulą i serem.

– W takim razie do grilla.

Stanęliśmy w kolejce. Przez chwilę było cicho, ale on bardzo starał się podtrzymać rozmowę.

– Nazywam się Ryan – oznajmił, wyciągając rękę. Ujęłam ją. Uścisk był mocny. Miałam dziwne wrażenie, że gdyby nie chciał go zakończyć, nic bym na to nie mogła poradzić. Tak silna była jego dłoń.

– Lauren – powiedziałam. Puścił.

Wydał mi się opanowany, rezolutny i czarusiowaty, i taki był, do pewnego stopnia. Ale w miarę jak rozmawialiśmy, zaczął się troszkę jąkać, jakby niepewny, czy mówi to, co trzeba. Ten przystojniak, który wydawał się o wiele bardziej pewny siebie, niż ja kiedykolwiek mogłabym marzyć, okazał się całkiem ludzki. Był po prostu człowiekiem atrakcyjnym, zabawnym i na tyle dobrze się czującym we własnej skórze, że sprawiał wrażenie, jakby rozumiał świat lepiej niż inni. Ale tak nie było. Był dokładnie taki jak ja. I to nagle sprawiło, że ja stałam się taka jak on w znacznie większym stopniu, niż zdawałam sobie sprawę. I się zdenerwowałam. W brzuchu zatrzepotały mi motylki. Spociły mi się dłonie.

– No dobra, możesz się przyznać – zaczęłam, siląc się na dowcip. – Tak naprawdę to ty mnie śledzisz.

– Przyznaję się – odparł, po czym szybko zmienił wersję. – Nie! Oczywiście że nie. Ale zauważyłaś to, prawda? Tak jakby nagle zaczęło cię być wszędzie pełno.

– To ciebie nagle zaczęło być wszędzie pełno – powiedziałam, przesuwając się wraz z kolejką do przodu. – Ja po prostu bywam tam, gdzie zawsze.

– Chcesz powiedzieć: tam, gdzie ja bywam zawsze.

– Może po prostu łączy nas kosmiczna więź – zadrwiłam. – Albo mamy podobny grafik. Pierwszy raz zobaczyłam cię chyba na quadzie. A ja tam wtedy zabijałam czas pomiędzy wprowadzeniem do psychologii a statystyką. Więc chyba musiałeś wybrać zajęcia na Kampusie Południowym mniej więcej w tym samym czasie, zgadza się?

– Niechcący ujawniłaś mi dwie rzeczy, Lauren – zauważył Ryan z uśmiechem.

– Tak?

– A jakże. Mniej ważna to to, że wiem teraz, że twój główny kierunek to psychologia. I znam dwa zajęcia, na które chodzisz. Gdybym cię śledził, byłaby to żyła złota.

– Jasne – skinęłam głową. – Chociaż gdybyś był porządnym prześladowcą, to już byś o tym wiedział.

– Tak czy siak, prześladowca to prześladowca.

Wreszcie przyszła nasza kolej, ale Ryan zdawał się bardziej interesować mną niż tym, że czas coś zamówić. Odwróciłam na moment głowę i błyskawicznie złożyłam zamówienie.

– Poproszę grillowany ser.

– A dla pana? – zwróciła się kucharka do Ryana.

– Hamburger z serem i cebulą, podwójny ser – rzucił, nachylając się, i przy okazji bezwiednie musnął rękawem moje ramię. Poczułam leciutkie uderzenie prądu.

– A ta druga rzecz? – spytałam.

– Hm? – Znowu na mnie spojrzał, najwyraźniej już myślami gdzie indziej.

– Powiedziałeś, że ujawniłam dwie rzeczy.

– A! – Uśmiechnął się, przysuwając tacę do mojej na kontuarze. – Mówiłaś, że zauważyłaś mnie na dziedzińcu przed Wydziałem Nauk Przyrodniczych.

– Zgadza się.

– Ale ja cię wtedy nie widziałem.

– No to co? – Nie było dla mnie jasne, o co mu chodzi.

– Czyli że, technicznie rzecz biorąc, ty zauważyłaś mnie pierwsza.

Uśmiechnęłam się.

– Trafiony, zatopiony.

Kucharka podała mi mój grillowany ser, a Ryanowi jego hamburgera. Wzięliśmy tace i ruszyliśmy do automatu z wodą sodową.

– A więc, skoro to ty jesteś prześladowczynią, to chyba będziesz chciała za jakiś czas mnie odpytać.

– Co takiego? – spytałam, na pół w szoku, na pół upokorzona.

– Posłuchaj – powiedział, ignorując mnie. – Mogę być bardzo cierpliwy. Wiem, że musisz zebrać odwagę, musisz wymyślić jakiś sposób, żeby do mnie zagadać, musisz się postarać, żeby to wyglądało na przypadkowe.

– Aha – odparłam. Sięgnęłam po szklankę i wsunęłam ją pod automat do lodu. Automat zawarczał i wypuścił raptem trzy mizerne kostki. Ryan podszedł i walnął go pięścią w bok. Do szklanki sypnęła się lawina lodowych kostek. Podziękowałam mu.

– Nie ma sprawy. To co? – ciągnął. – Może poczekam do jutra, na przykład do szóstej wieczorem? Spotkamy się w holu auli Hendricka. Zabiorę cię na burgera i może na jakieś lody? Pogadamy. A ty będziesz mogła mnie odpytać.

Uśmiechnęłam się do niego.

– Tylko tak będzie sprawiedliwie – powiedział. – To ty zauważyłaś mnie pierwsza.

Miał masę wdzięku. I wiedział o tym.

– Okej – odparłam. – Ale mam pytanie: w tamtej kolejce… – wskazałam chłopaka obsługującego czytnik – o czym z nim rozmawiałeś? – Byłam pewna, że znam odpowiedź, i chciałam usłyszeć, jak to mówi.

– Z tym facetem od czytnika? – spytał z uśmiechem Ryan, wiedząc, że go przyłapałam.

– No. Po prostu ciekawa jestem, co to było.

Ryan spojrzał mi prosto w oczy.

– Powiedziałem do niego: udawaj, że ze sobą rozmawiamy. Muszę poczekać, dopóki nie podejdzie tamta dziewczyna w szarym podkoszulku.

Prąd, który przeszedł mnie parę chwil temu, teraz spalił mnie żywym ogniem. Rozświetlił mnie. Spłynął aż do koniuszków palców u rąk i nóg.

– Czyli aula Hendricka, jutro o szóstej – odparłam, potwierdzając, że przyjdę. Myślę jednak, że oboje wiedzieliśmy, że nie mogę się doczekać tej chwili. Życie bym dała, żeby „tam” i „wtedy” zmieniło się w „tu” i „teraz”.

– Nie spóźnij się – rzekł z uśmiechem i odszedł w swoją stronę.

Postawiłam szklankę z wodą na tacy i niedbale ruszyłam do stolika. Usiadłam sama, jeszcze niegotowa na spotkanie ze znajomymi. Mój uśmiech był zbyt szeroki, zbyt wyrazisty, zbyt promienny.

W holu auli Hendricka byłam za pięć szósta.

Kręciłam się przez parę minut tu i tam, usiłując nie pokazywać po sobie, że nie mogę się wprost doczekać czyjegoś przyjścia.

To była randka. Prawdziwa randka. Nie jak wtedy, gdy jakiś chłopak zaprasza cię, żebyś poszła z nim i jego znajomymi na piątkową imprezę, bo słyszał, że ktoś urządza. Nie jak wtedy, kiedy w liceum chłopak, który podobał ci się od ósmej klasy, w końcu cię pocałował.

To była randka.

O czym ja z nim będę rozmawiać? Prawie go nie znam! A jak będę miała nieświeży oddech albo powiem coś głupiego? A jak tusz mi się rozmaże i przez cały wieczór, nie wiedząc o tym, będę wyglądała jak szop pracz?

W panice usiłowałam się przejrzeć w szybie, ale zaledwie mi się to udało, do holu wszedł Ryan.

– Ożeż – powiedział na mój widok.

I w tej chwili przestałam się martwić, że może jestem w jakiś sposób niedoskonała. Nie przejmowałam się moimi guzowatymi dłońmi czy zbyt cienkimi wargami. Zamiast tego pomyślałam o blasku moich ciemnych włosów i o szarawym odcieniu niebieskich oczu. Pomyślałam o moich długich nogach, bo zobaczyłam, że powędrował ku nim wzrok Ryana. Jak to dobrze, że zdecydowałam się je wyeksponować, wkładając krótką czarną dzianinową sukienkę i bluzę na zamek!

– Wyglądasz super – ciągnął. – Chyba ci się naprawdę podobam.

Roześmiałam się, a on się uśmiechnął. Miał na sobie dżinsy i podkoszulek, plus polar z nazwą uniwersytetu: UCLA.

– A ty chyba się naprawdę bardzo starałeś, żeby nie pokazać, że ja ci się podobam – powiedziałam.

Uśmiechnął się do mnie i był to inny uśmiech niż poprzednio. Nie uśmiechał się, żeby mnie oczarować. To on był mną oczarowany.

Dobrze było to poczuć. Naprawdę dobrze.

Przy burgerach opowiadaliśmy sobie o tym, skąd pochodzimy i co chcemy w życiu robić. Rozmawialiśmy o zajęciach. Okazało się, że w zeszłym roku mieliśmy na zajęciach z retoryki tego samego wykładowcę.

– Profesor Hunt! – powiedział Ryan niemal z nostalgią w głosie.

– Nie mów mi o profesorze Huncie! – zawołałam. Nikt nie lubił tego starca. Był równie interesujący jak kartonowe pudło.

– A co jest nie tak z gościem, żeby go nie lubić? Jest sympatyczny. Uprzejmy. To jeden z niewielu przedmiotów, z którego miałem A w tamtym semestrze!

Co za ironia. Retoryka była jedynym przedmiotem, z którego miałam w tamtym semestrze B. Ale wydawało mi się to zbyt okropne, żeby to ujawnić.

– Dla mnie to jeden z najgorszych przedmiotów – powiedziałam. – Publiczne zabieranie głosu nie jest moją mocną stroną. Lepsza jestem w badaniach terenowych, dokumentacji, testach wielokrotnego wyboru. Nie jestem zbyt dobra w sprawach oralnych.

Spojrzałam na niego i poczułam, że zapłonęły mi policzki. Co za niezręczne zdanie! Na pierwszej randce z chłopakiem, którego prawie nie znałam! Zlękłam się, że ze mnie zadrwi. Ale nie zadrwił. Udał, że niczego nie zauważył.

– Wyglądasz na dziewczynę, która ma wyłącznie A – powiedział. Co za ulga… Jakoś potrafił zapanować nad tą chwilą niezręczności i obrócić ją na moją korzyść.

Znowu się zaczerwieniłam. Tym razem z innego powodu.

– No, idzie mi dość możliwie – odparłam. – Ale jestem pod wrażeniem, że ty z retoryki dostałeś A. Naprawdę niełatwo je zdobyć.

Ryan wzruszył ramionami.

– Chyba po prostu należę do tych, którzy potrafią publicznie zabierać głos. W sensie, że nie boję się tłumu. Mogę przemawiać w sali pełnej ludzi i w najmniejszym stopniu mnie to nie peszy. To rozmowa w cztery oczy jest dla mnie trudna.

Zdałam sobie sprawę, że przechylam głowę na bok, co było fizycznym wskaźnikiem mojego zaskoczenia.

– Nie wyglądasz na faceta, który denerwowałby się w dowolnej sytuacji. Bez względu na to, ile jest przy tym osób.

Dokończył swojego burgera i się uśmiechnął.

– Nie daj się zwieść pozorom nonszalancji – powiedział. – Wiem, że jestem przystojny jak diabli i w życiu nie znałaś tak uroczego faceta jak ja, ale to właśnie jest powód, dla którego tak długo nie potrafiłem się zdobyć na to, żeby do ciebie zagadać.

Ten facet… Ten facet, który wydawał się takim luzakiem… JA mu się podobałam! JA go peszyłam!

Nie wiem, czy jest uczucie porównywalne z tym, co czujesz, odkrywając, że onieśmielasz kogoś, kto cię onieśmiela.

Człowiek robi się wtedy odważny. Pewny siebie. Wydaje mu się, że nie ma na świecie takiej rzeczy, której by nie potrafił.

Przechyliłam się nad stołem i go pocałowałam. Pocałowałam go przy ludziach, w burgerowni, niechcący zanurzając rękaw bluzy w pojemniku z ketchupem. Nie wycelowałam najlepiej, swoją drogą. Nie trafiłam dokładnie w same usta. Tak jakby troszeczkę z boku. I jasne było, że go zaskoczyłam, bo zamarł i dopiero po chwili rozluźnił się i włączył do pocałunku. Smakował słono.

Kiedy się cofnęłam, dotarło do mnie, co zrobiłam. Nigdy dotąd nikogo nie pocałowałam! Zawsze chłopak całował mnie pierwszy. I dopiero wtedy włączałam się do pocałunku.

Ryan spojrzał na mnie zmieszany.

– Myślałem, że to ja powinienem to zrobić.

Poczułam się potwornie upokorzona. O czymś takim czytywałam jako dziewczątko w rubryce „Kłopotliwe momenty” w „YM Magazine”.

– Wiem… Przepraszam! Sama nie wiem, jak mogłam…

– Co? – Wyraźnie był w szoku. – Ależ nie przepraszaj! To była chyba najwspanialsza chwila w moim życiu.

Z mimowolnym uśmiechem podniosłam na niego wzrok.

– Wszystkie dziewczyny powinny tak całować – powiedział. – Wszystkie dziewczyny powinny być dokładnie takie jak ty.

W drodze powrotnej wciąż na nowo wciągał mnie we framugi drzwi i załomy murów, żeby się całować. Im bliżej byliśmy mojego pokoju, tym dłuższe stawały się pocałunki. Wreszcie, przed samym wejściem do budynku, pocałunek zdawał się trwać wieki. Do tego czasu zdążyło się już ochłodzić, słońce dawno zaszło parę godzin temu. Zimno mi było w gołe nogi. Nie czułam jednak nic, tylko jego ręce na moim ciele, jego usta na moich ustach. Nie byłam w stanie myśleć o niczym, tylko o jego dłoniach na moim karku, o jego zapachu: świeżo upranej bielizny i piżma.

Kiedy przyszła pora, by zrobić kolejny krok albo się pożegnać, oderwałam się od niego, pozostawiając jednak dłoń w jego dłoni. Widziałam po jego oczach, że czekał, że zaproszę go do mojego pokoju. Ale nie zaprosiłam.

– Zobaczymy się jutro? – spytałam.

– Jasne.

– Wstąpisz po mnie rano i pójdziemy razem na śniadanie?

– Jasne.

– To cześć – powiedziałam i pocałowałam go w policzek.

Wysunęłam dłoń z jego dłoni, odwróciłam się i ruszyłam przed siebie. Miałam straszną ochotę się zatrzymać i powiedzieć, żeby poszedł ze mną. Wciąż chciałam go dotykać, słyszeć jego głos, czekać, co teraz powie. Ale się nie zatrzymałam. Szłam dalej.

Wiedziałam, że wpadłam totalnie, po uszy. Wiedziałam, że oddam mu się cała, że obnażę przed nim duszę, że pozwolę, żeby złamał mi serce, jeśli tak właśnie ułożą się sprawy.

W takim razie nie ma się co śpieszyć, powiedziałam sobie, wchodząc do pustej windy.

W pokoju od razu zadzwoniłam do Rachel. Musiałam jej o wszystkim opowiedzieć. Jaki jest przystojny, jaki jest miły. Co mówił, jak na mnie patrzył. Musiałam powierzyć to komuś, kto zrozumie, jakie to wszystko było podniecające.

I Rachel rozumiała. Wszystko.

– To kiedy masz zamiar pójść z nim do łóżka? Oto jest pytanie. Bo wygląda na to, że było między wami dosyć gorąco – zauważyła. – Wiesz co, a może powinnaś wyznaczyć sobie jakiś termin? Na przykład, że dopiero po tylu a tylu tygodniach czy dniach, czy miesiącach. – Roześmiała się. – Czy latach, jeśli tak zechcesz to rozegrać.

Powiedziałam, że poczekam, aż to się stanie w sposób naturalny.

– Fatalny pomysł – odparła. – Powinnaś mieć jakiś plan. A jeśli prześpisz się z nim za wcześnie albo za późno?

Ale dla mnie nie istniało żadne za wcześnie czy za późno. Byłam taka pewna Ryana, siebie, że każde posunięcie wydawało się właściwe. Tak jakbym już wtedy potrafiła przewidzieć, że jest nam razem tak dobrze, że nie zdołamy tego zepsuć, choćbyśmy nawet próbowali.

I to zarazem wprawiało mnie w radosne podniecenie i zsyłało głęboki spokój.

Kiedy to się stało, byliśmy u Ryana w pokoju. Jego współlokator wyjechał na weekend. Nie powiedzieliśmy sobie dotąd, że się kochamy, ale było oczywiste, że tak.

Upajało mnie, że tak dobrze rozumie moje ciało. Nie musiałam mu mówić, czego pragnę. Wiedział. Wiedział, jak mnie całować. Wiedział, gdzie kłaść ręce, gdzie dotykać, jak dotykać.

Nigdy dotąd nie rozumiałam, o co chodzi z tą fizyczną miłością. Wydawało się to głupie i trochę śmieszne. Ale wtedy zrozumiałam. Chodzi nie tylko o poruszanie się. Chodzi o to, że serce nabrzmiewa ci uczuciem. Że oddech staje się gorący jak ogień. Że mózg się wyłącza, a władzę przejmuje serce.

Nie obchodziło mnie nic poza jego ciałem pod moimi dłońmi, jego zapachem, jego smakiem. Chciałam go więcej i więcej.

Później leżeliśmy obok siebie, obnażeni i bezbronni, ale bynajmniej tak się nie czuliśmy. Ryan wziął mnie za rękę.

– Jestem gotów ci coś powiedzieć, ale nie chcę, żebyś pomyślała, że to z powodu tego, co się przed chwilą stało.

Wiedziałam, co ma na myśli. Oboje wiedzieliśmy.

– To powiedz później – odparłam.

Moja odpowiedź chyba go rozczarowała, więc dodałam:

– Jak to powiesz, ja powiem to samo.

Uśmiechnął się i przez dłuższą chwilę milczał. Myślałam, że zasnął. Po chwili jednak się odezwał:

– To było dobre, prawda?

Odwróciłam się do niego.

– O, tak.

– Nie – odparł. – To nie było dobre, to było… fantastyczne. Kiedyś powinniśmy się pobrać.

Pomyślałam o moich dziadkach, jedynej parze małżeńskiej, jaką znałam. Pomyślałam o tym, jak babcia kroiła dziadkowi jedzenie, kiedy był już zbyt słaby, żeby pokroić samemu.

– Jasne – powiedziałam. – Kiedyś.

Mieliśmy po dziewiętnaście lat.

Jedenaście lat temu

Na wakacje Ryan pojechał do domu, do Kansas. Codziennie ze sobą rozmawialiśmy. Wymienialiśmy mejle z szybkością karabinu maszynowego, nie mogąc się doczekać na odpowiedź. Siadywałam na łóżku, czekając, aż wróci z praktyki i zadzwoni. Wkrótce po raz pierwszy go odwiedziłam i poznałam jego rodziców i siostrę. Chyba się polubiliśmy. Przez ten tydzień, który tam spędziłam, spijaliśmy sobie z ust każde słowo, a Ryan co noc zakradał się do pokoju gościnnego, gdzie mnie ulokowano. Kiedy odwiózł mnie na lotnisko i odprowadził aż do bramki ochrony, miałam wrażenie, że ktoś wyrywa mi serce z piersi. Jak ja go zostawię? Jak wsiądę do samolotu, by odlecieć tak daleko od drugiej połówki mojej duszy?

Próbowałam to wytłumaczyć Rachel, która po pierwszym roku na Kalifornijskim Uniwersytecie Stanowym też przyjechała na lato do domu. Opowiadałam jej, jak strasznie za nim tęsknię. Przywoływałam go w rozmowie nawet wtedy, kiedy rozmawiałyśmy zupełnie o czym innym. W głowie miałam tylko jedno. Na te miłosne akty strzeliste Rachel przeważnie odpowiadała: „To cudownie. Cieszę się twoim szczęściem”, po czym udawała, że wymiotuje.

Mój brat Charlie skończył właśnie wtedy czternaście lat i po wakacjach miał iść do szkoły średniej, toteż nie chciał mieć nic wspólnego z Rachel czy ze mną. Nawet nie udawał, że słucha tego, co miałam tego lata do powiedzenia. Ledwie otwierałam usta, wkładał słuchawki albo włączał telewizję.

Po paru tygodniach od mojej wizyty Ryan uparł się, że teraz on mnie odwiedzi. Nie liczyło się, że bilety są drogie ani że sam jeszcze nie zarabia. Powiedział, że to bez znaczenia. Musi mnie zobaczyć i już.

Czekałam na niego na lotnisku LAX. Patrzyłam, jak wraz z resztą pasażerów zjeżdża ruchomymi schodami, jak wpatruje się w tłum, szukając mojej twarzy. Zarejestrowałam moment, gdy na mój widok na jego twarzy pojawiła się ogromna ulga. I dostrzegłam w tej chwili, jak bardzo jestem kochana. Potrafiłam rozpoznać te wszystkie uczucia, bo i ja czułam to samo wobec niego.

Rzucił się ku mnie, upuścił torbę, porwał mnie w objęcia, uniósł i okręcił, tuląc do siebie tak mocno, jak nigdy dotąd. Parę tygodni temu, żegnając się z nim, byłam totalnie zdruzgotana; teraz równie wielka była moja radość.

Postawił mnie na ziemi, chwycił moją twarz w dłonie i zaczął całować. Kiedy w końcu otworzyłam oczy, zobaczyłam, że obserwuje nas starsza kobieta z dziećmi. Przypadkiem uchwyciłam jej wzrok, a ona uśmiechnęła się do mnie i dyskretnie odwróciła spojrzenie. Wyraz jej twarzy mówił jasno, że była kiedyś mną.

W tym momencie dołączyła do nas moja rodzina, której udało się wreszcie zaparkować. Upierali się, że też przyjadą, chyba trochę dlatego, że jasne było, że tego nie chcę.

Ryan otarł spoconą dłoń o tył dżinsów i wyciągnął rękę do matki.

– Dzień dobry, pani Spencer – powiedział. – Cieszę się, że znowu panią widzę. – Już raz się przelotnie spotkali, kiedy mama przyjechała mi pomóc w wyprowadzce z akademika.

– Mówiłam ci, Ryan, żebyś mówił mi Leslie – zaśmiała się mama.

Ryan skinął głową i zwrócił się do Rachel i Charliego.

– Rachel, Charlie, miło was poznać. Słyszałem o was dużo dobrych rzeczy.

– Właściwie to wolimy, żeby zwracać się do nas per pan i panna Spencer – odparł Charlie.

Ryan postanowił potraktować go serio.

– Proszę mi wybaczyć, panie Spencer. Mój błąd. Panno Spencer – zwrócił się do Rachel, unosząc nieistniejący kapelusz i zginając się w ukłonie, po czym uścisnął dłoń Charliego.

I być może dlatego, że ktoś potraktował go poważnie, Charlie uznał za właściwe się rozjaśnić.

– Dobra, w porządku. Możesz mi mówić Charles.

– Możesz mu mówić Charlie – wtrąciła Rachel.

Ruszyliśmy wszyscy po odbiór bagażu. I choć Charliemu bardzo zależało, żeby nam popsuć zabawę, nie mogłam nie zauważyć, że przez całą drogę do domu szeptał coś Ryanowi na ucho.

Dziewięć i pół roku temu

Na ostatnim roku postanowiliśmy z Ryanem, że podczas przerwy wiosennej zostaniemy oboje w Los Angeles. W ostatniej chwili jednak mamie wpadły w oko loty do Cabo San Lucas i postanowiła się szarpnąć. I tak oto cała nasza piątka, mama, Rachel, Charlie, Ryan i ja znaleźliśmy się w samolocie do Meksyku.

Dziwne, ale to chyba Charlie najbardziej się podniecał tym pomysłem. Kiedy zajęliśmy miejsca, mama, Ryan i ja po jednej stronie przejścia, a Rachel i Charlie z jakimś dziwnym łysym facetem po drugiej, Charlie bez przerwy przypominał mamie, że granica wieku w przypadku picia alkoholu to osiemnaście lat.

– Fajnie, kochanie – odparła. – Co nie zmienia faktu, że na razie masz szesnaście.

– Ale tam to będzie mniej nielegalne – powiedział, zapinając pas. W przejściach pojawiły się stewardesy. – Jak się upiję w Meksyku, to będzie mniej nielegalne niż tutaj.

– No nie wiem, czy nielegalność jest stopniowalna – zauważyła Rachel, kurcząc się w fotelu, by broń Boże nie dotykać łysego. Już spał.

– Wydaje mi się jednak, że prostytucja jest w Meksyku legalna – wtrąciłam. – Tak? Jest?

– Nie dla nieletnich – powiedział Ryan. – Przykro mi, Charlie.

Charlie wzruszył ramionami.

– Wyglądam na więcej niż szesnaście.

– A trawka jest legalna w Meksyku? – spytała Rachel.

– No wybaczcie! – zawołała mama z irytacją. – To są wakacje rodzinne! Nie wiozę was do Meksyku, żebyście ćpali i chodzili na dziwki!

I, rzecz jasna, wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Bo to wszystko były żarty. Przynajmniej ja myślałam, że to wszystko żarty.

– Aleś ty łatwowierna, mamo! – powiedziała Rachel.

– Wygłupialiśmy się – dodałam.

– Mów za siebie! – odął się Charlie. – Ja mówiłem serio. Naprawdę mogą mi tu podać alkohol.

Ryan parsknął śmiechem.

Uderzyło mnie wtedy, że Charlie jest zupełnie inny niż Rachel i ja. Nie chodziło tylko o sprawy powierzchowne, jak różnica między bratem a siostrą, uczniem liceum a studentką. On naprawdę bardzo się od nas różnił.

Rachel i mnie dzieliło niewiele ponad rok różnicy wieku. Przeżywałyśmy wszystko wspólnie, patrząc przez te same okulary. Kiedy tato odszedł, miałam niecałe cztery i pół roku, a Rachel właśnie skończyła trzy. Charlie jeszcze się wtedy nie urodził. My z Rachel, nawet jeśli nie pamiętałyśmy ojca zbyt dobrze, to spędziłyśmy z nim trochę czasu. Znałyśmy jego głos. Charlie przyszedł na świat, mając wyłącznie matkę.

Czasem się zastanawiałam, czy przypadkiem to, że jesteśmy z Rachel tak blisko, że jesteśmy dla siebie takie ważne, nie sprawiło, że nie dopuszczałyśmy do tej komitywy Charliego. Kiedy przyszedł na świat, miałyśmy już swój własny język, swój własny świat. Ale prawda jest taka, że Charlie po prostu się nami nie interesował. Jako maluch robił swoje, bawił się we własne zabawy. Nie chciał zajmować się tym, czym zajmowałyśmy się my z Rachel. Nie chciał rozmawiać o tym, o czym myśmy rozmawiały. Zawsze szedł własną drogą, odrzucając tę, którą myśmy dla niego wytyczyły.

Ale pomimo wszelkich różnic wprost powalające było, jak bardzo wszyscy troje staliśmy się z czasem podobni fizycznie. Nawet jeśli Charlie miał inny temperament i osobowość niż my z Rachel, nie byłby w stanie wyprzeć się nas w sensie genetycznym.

Wszyscy mieliśmy takie same wyraziste kości policzkowe. Wszyscy dostaliśmy w spadku po mamie ciemne włosy i niebieskie oczy. Charlie był wysoki i tyczkowaty, Rachel mała i filigranowa, ja – mocniej zbudowana, z krągłościami. Mimo to byliśmy z jednego pnia, to było jasne.

Samolot wystartował i zaczęliśmy mówić o czym innym. Kiedy zniknął symbol wzywający do zapięcia pasów, mama wstała i poszła do łazienki. I wtedy właśnie zobaczyłam, że Ryan przechyla się ku Charliemu, siedzącemu po drugiej stronie przejścia, i szepcze mu coś na ucho. Charlie z uśmiechem skinął głową.

– Co mu powiedziałeś? – spytałam. Ryan uśmiechnął się szeroko i milczał. – Nie powiesz mi?

– To sprawa pomiędzy Charliem a mną – odparł.

– Właśnie – włączył się Charlie. – To sprawa pomiędzy nami.

– Nie możesz kupić mu tutaj alkoholu – ostrzegłam. – Czy to o tym rozmawialiście? Jeśli tak, to nie możesz – mówiłam tonem członkini brygady antynarkotykowej.

– Czy ktoś tu mówił o kupowaniu komuś alkoholu? – spytał Ryan, może odrobinę zbyt niewinnie.

– To czemu nie mogę się dowiedzieć, o czym rozmawialiście?

– Pewne sprawy cię nie dotyczą, Lauren – drażnił się ze mną Charlie.

– Ty mówiłeś! – W jakiś sposób udało mi się krzyczeć i szeptać zarazem. – Chcesz upić mojego brata!

W końcu Rachel miała tego dość.

– Ojejku, Lauren, przestań. Ryan nachylił się do Charliego i powiedział: „Zobaczymy, czy uda mi się sprowokować twoją siostrę, tak żeby zaczęła robić z igły widły”.

Spojrzałam na niego pytająco. Roześmiał się. Charlie też.

– Słowo daję – powiedziała Rachel – jesteś tak samo łatwowierna jak mama.

Nieco ponad dziewięć lat temu

Skończyłam studia z wynikiem magna cum laude. Dosłownie ciut-ciut zabrakło mi do summa cum laude, ale Ryan powtarzał, żebym się tym nie przejmowała.

– A ja po prostu skończyłem, bez żadnych łacińskich słówek. I uważam, że wszystko będzie dobrze. Więc z tobą będzie lepiej niż dobrze.

Nie mogłam się spierać co do moich perspektyw. Już miałam pracę. Przyjęłam posadę w Wydziale Absolwentów UCLA. Nie byłam pewna, co chcę robić z moim dyplomem psychologa, ale sądziłam, że to przyjdzie z czasem. Wydział Absolwentów wydawał się dogodnym, pewnym miejscem, żeby wystartować.

W dniu rozdania dyplomów siedzieliśmy z Ryanem na przeciwległych krańcach audytorium, więc rozmawialiśmy ze sobą tylko rano, a podczas ceremonii robiliśmy do siebie miny. Na widowni zauważyłam mamę z jej wielkim aparatem fotograficznym, a obok Rachel i Charliego. Rachel pomachała mi i podniosła kciuk. Parę rzędów dalej zobaczyłam rodziców i siostrę Ryana.

Kiedy siedziałam i czekałam, aż wywołają moje nazwisko, zdałam sobie sprawę, że to koniec mnóstwa rozmaitych rzeczy, a co więcej – początek dorosłego życia.

Wynajęliśmy z Ryanem kawalerkę w Hollywood. Mieliśmy się przeprowadzić za tydzień, pierwszego następnego miesiąca. Była brzydka, ciemna i ciasna. Ale nasza.

Poprzedniego wieczoru pokłóciliśmy się o to, jakie kupić meble. Ryan uważał, że jedyne, czego potrzebujemy, to materac na podłogę. Ja sądziłam, że skoro jesteśmy dorośli, powinniśmy mieć do niego ramę. Ryan był zdania, że wystarczy nam parę kartonowych pudeł na rzeczy; ja upierałam się, że potrzebne są nam szafy. Wściekłam się. Powiedziałam, że ma tandetny gust i nie rozumie, co to znaczy być dorosłym. On powiedział, że zachowuję się jak rozpuszczony dzieciak, który wyobraża sobie, że pieniądze rosną na drzewach. Zrobiło mi się tak przykro, że się popłakałam; on rozzłościł się tak, że się cały zaczerwienił.

I nagle, nie wiadomo jak i kiedy, już oboje przyznawaliśmy, że nie mamy racji, i z pasją, jakiej nie znaliśmy od czasu ostatniej kłótni, błagaliśmy się nawzajem o wybaczenie. Zawsze tak z nami było. „Kocham cię”, „Wybacz”, „Nigdy więcej tego nie zrobię” i „Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła” zawsze przyćmiewały sprawę, o którą się pokłóciliśmy.

Rano obudziliśmy się uśmiechnięci, objęci ciasnym uściskiem. Razem zjedliśmy śniadanie. Razem się ubraliśmy. Pomogliśmy sobie nawzajem włożyć togi i birety.

Startowaliśmy w życie. Byliśmy dorośli.

Wstałam wraz z moim rzędem i ruszyłam za innymi na podium.

– Lauren Spencer.

Podeszłam, uścisnęłam dłoń rektora i odebrałam mój dyplom. Kątem oka dostrzegłam Ryana. Trzymał w rękach plakacik tak mały, że tylko ja go widziałam. Było na nim napisane: „Kocham cię”.

I w tej chwili poczułam, że dorosłość będzie czymś wspaniałym.

Siedem i pół roku temu

W czwartą rocznicę poznania wybraliśmy się z Ryanem na wędrówkę po parku narodowym Yosemite.

Od ukończenia przez nas studiów upłynęło półtora roku. W Wydziale Absolwentów zarabiałam całkiem przyzwoite pieniądze. Ryanowi też dobrze szło. Zaczęliśmy właśnie coś niecoś oszczędzać i zdecydowaliśmy, że wyprawa do Yosemite nie nadszarpnie aż tak bardzo naszych rezerw. Sprzęt turystyczny pożyczyliśmy od mamy, a jedzenie przygotowaliśmy sami.

Dotarliśmy na miejsce w piątek przed wieczorem i rozbiliśmy namiot. Kiedy wszystko było gotowe, zachodziło już słońce i zaczynało być zimno, więc poszliśmy spać. Nazajutrz po przebudzeniu postanowiliśmy, że pójdziemy trasą wzdłuż wodospadu Vernal Fall. W przewodniku napisano, że to trudny szlak, ale widok z góry to coś, czego nie sposób sobie wyobrazić. „Jestem w nastroju, żeby zobaczyć coś, czego nie potrafię sobie wyobrazić” – orzekł Ryan. Włożyliśmy więc turystyczne buty i wsiedliśmy do auta.

Wiedziałam, że na tydzień przed wyprawą dzwonił do mojej matki i prosił ją o błogosławieństwo. Wiedziałam, że jej powiedział, że już wybrał pierścionek. W mojej rodzinie nikt nie potrafi utrzymać sekretu. Staramy się, ale zanadto jesteśmy podekscytowani, żeby zatrzymać dobrą wiadomość tylko dla siebie. Wytryska to z nas, wypływa jak z pękniętej rury. Tak że w pewnym sensie oczekiwałam, że po dotarciu na szczyt Vernal Fall Ryan padnie na kolana.

Przewodnik nie powiedział jednak prawdy. Szlak wzdłuż Vernal Fall nie był trudny. Był po prostu niemożliwy do pokonania. Wciąż myślałam, że niedługo się skończy, że szczyt już blisko. Ale ścieżka pięła się w górę, pojawiał się kolejny zakręt… i człowiek zdawał sobie sprawę, że przed nim jeszcze całe godziny wspinaczki. Zdarzały się zdradzieckie nierówności, skalne stromizny, nie sposób było spocząć choćby na chwilę. W pewnej chwili głęboko rozcięłam sobie kolano o skalny występ. Krew spływała mi do skarpetki, ale nic nie mogłam zrobić. Musiałam iść nadal.

A jednak przez cały czas przed nami i za nami były grupki ludzi, którzy zdawali się radzić sobie zupełnie dobrze. Byli nawet tacy, co schodzili w dół z uśmiechem na twarzy, dumni, że dali radę wejść na sam szczyt. Miałam ochotę złapać któreś z nich za koszulkę i zażądać, żeby mi powiedzieli, jak jest tam wyżej. Ale po co? Może jeśli nie będę wiedziała, co mnie czeka, to się nie poddam.

Po dwóch godzinach wspinaczki staliśmy z Ryanem na wbudowanych w zbocze schodach, tak rozklekotanych i stromych, że z trudem dało się postawić na nich stopę. Wodospad był blisko, ale ja, pamiętam, pomyślałam: „Jest piękny, ale w nosie to mam. Jestem skonana”. Wydawało mi się, że nigdy nie wejdziemy na ten szczyt, z którego widoku podobno nie sposób sobie wyobrazić, a zresztą nie miałam już ochoty czegokolwiek sobie wyobrażać. Włosy przylepiły mi się do czoła. Koszulkę można było wyżąć, tak przesiąkła potem. Twarz miałam czerwoną jak pomidor. To nie warunki, żeby się zaręczać… Zresztą nawet nie byłam pewna, czy Ryan ma taki zamiar. Zaczęło mi się wydawać, że może i nie.

Pomyślałam, że spytam Ryana, czy ma ochotę zawrócić. Jeśli powie „tak”, to raczej i tak niczego nie popsuję. A jeśli powie „nie”, to pójdę dalej i ja. Wejdę z nim na ten szczyt i zobaczę, co dalej.

– Chcesz zawrócić? – spytałam. – Bo nie wiem, czy dam radę.

Ryan ledwie łapał dech. Był o parę stopni za mną. Miał lepszą formę niż ja, ale uparł się, że będzie szedł z tyłu, żeby mnie złapać, gdybym się obsunęła.

– Dobra – powiedział. – Jasne.

W jednej chwili uszło ze mnie powietrze. Nie zdawałam sobie sprawy, jak czekam na jego oświadczyny, dopóki nie powiedział, że możemy zawrócić. To tak jak wtedy, kiedy nie jesteś pewna, co chcesz na obiad, ktoś proponuje ci chińszczyznę i dopiero wtedy do ciebie dociera, że masz megaochotę na burgera.

– Ach tak. No dobrze – powiedziałam, odwracając się powoli i zdejmując nogę ze stopnia. Ta chwila była dla mnie porażką z dwóch powodów. Pomyślałam o wszystkich tych ludziach, których widziałam, jak schodzą. Wyglądali zwycięsko. I gdy sama zaczęłam schodzić, wiedziałam, że w oczach tych, których mijam, też być może tak wyglądam. Jak podobnie mogą wyglądać sukces i porażka… Czasem tylko my wiemy, jaka jest prawda.

– Ej, poczekaj! – zawołał Ryan. Schylił się, żeby poprawić plecak, a mnie zdjął strach. Był niebezpiecznie blisko krawędzi schodów i wyglądało, jakby lada moment mógł się osunąć do wodospadu.

Ale się nie osunął. Wyciągnął rękę i ostrożnie przyklęknął na chwiejnym schodku na jedno kolano. Spojrzał na mnie.

– Lauren, kocham cię. Nikogo w życiu nie kochałem tak jak ciebie. To ty jesteś racją, dla której pojawiłem się na tym świecie. Nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy, jak z tobą. Nie potrafię bez ciebie żyć. – Mówił to z uśmiechem, ale nagle kąciki ust mu opadły, a wargi zaczęły drżeć. Głos stracił pewność. Zauważyłam, że kilkoro ludzi przed nami się odwróciło. Grupka dzieciaków za Ryanem zatrzymała się i czekała.

– Lauren – przemówił znowu, z trudem panując nad wzruszeniem. – Wyjdziesz za mnie?

Nagle wodospad stał się najpiękniejszym wodospadem, jaki w życiu widziałam. Zbiegłam parę stopni i szepnęłam Ryanowi na ucho: „Tak”. Nie było choćby chwili wahania. Nie istniało nic poza moim absolutnym i nieodwołalnym „tak”. Tak! Tak! Tak! Zwariowałeś? Tak!!!

Porwał mnie w objęcia, a ja zaszlochałam. I nagle poczułam w sobie energię dziesięciu chłopa. Wiedziałam, że jeśli ruszymy dalej, dam radę. Pokonam te schody. Wejdę na tę przeklętą górę!

Ryan odwrócił się i wrzasnął na całe gardło: „Powiedziała: tak!” Zaczęto klaskać. Słyszałam, jak głos Ryana odbija się echem w kanionie. Jakaś kobieta zawołała: „Wszystkiego najlepszego!” Słowo daję, czułam się tak, jakby uczestniczył w tym cały park Yosemite.

Ruszyliśmy naprzód i w godzinę byliśmy na szczycie. Wodospad Vernal Fall był tak wspaniały, że przekraczało to jakąkolwiek wyobraźnię. Posiedzieliśmy tam z Ryanem, pobrodziliśmy w potoku, pozwalając, by spływająca woda spłukała z nas pot i znużenie, pogapiliśmy się na wiewiórki łuskające orzechy, na śmigające nam nad głową ptaki. Jedząc kanapki, które zabraliśmy na drogę, rozmawialiśmy o przyszłości. O możliwym terminie ślubu, o tym, czy będziemy mieli dzieci, czy kupimy dom. Ustaliliśmy, że ślub może być mniej więcej za rok. Dzieci mogą poczekać do trzydziestki. A o domu pomyślimy, jak przyjdzie pora. Nie wiem, czy to dlatego, że byłam w obłokach, dosłownie czy w przenośni, ale wydawało mi się, że słońce świeci tego dnia jaśniej, że cały świat mam w zasięgu ręki. Przyszłość wydawała się taka łatwa.

Kiedy w końcu ruszyliśmy z powrotem, zrobiliśmy to z ciężkim sercem. To, co mi się wydawało niemożliwe, to, co było niewarte zachodu, zaczęłam odczuwać jako jedyną ważną rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłam.

Nieco ponad sześć lat temu

Na dwa miesiące przed ślubem poszliśmy wybrać nowe łóżko. Zamierzaliśmy kupić podwójne, ale nie z tych największych. Było tańsze, a to się liczyło, biorąc pod uwagę, że należało kupić materac, podkładkę sprężynową, ramę i pościel. I było praktyczne. Kiedy jednak weszliśmy do sklepu z materacami, zaczęło nas kusić, żeby pójść na całość. Patrzyliśmy na dwa umieszczone obok siebie materace, zwykły podwójny i megaduży. Ryan stał za mną, obejmując mnie ramionami. „Weźmy ten wielki” – szepnął mi na ucho. „Będziemy mieli seks jak w hotelu”. Zarumieniona, z trzepoczącym w piersi sercem powiedziałam sprzedawcy, że bierzemy łóżko-gigant.

Sześć lat temu

Ślub wzięliśmy w lipcu. Wesele odbyło się pod gołym niebem, na rozległym hotelowym trawniku tuż pod Los Angeles. Miałam białą suknię. Rzuciłam bukietem. Tańczyliśmy całą noc. Ryan wirował ze mną, tulił, chełpił się mną. Nazajutrz po zakończeniu uroczystości wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy w podróż poślubną. Przymierzaliśmy się do takich miejsc jak Kostaryka czy Paryż, a może rejs wzdłuż włoskiej Riwiery, ale prawdę mówiąc, nie dysponowaliśmy takimi pieniędzmi. Postanowiliśmy się nie przejmować. Pojedziemy na Big Sur[2] i zamieszkamy w drewnianym domku w lesie, gdzie nikt nas nie odnajdzie przez tydzień. Ogień w kominku i piękny widok – innych luksusów tego świata nie potrzebowaliśmy.

Wyjechaliśmy wczesnym rankiem, w nadziei że uda nam się uniknąć korków i sprawnie dotrzeć na miejsce. Zatrzymaliśmy się po drodze na śniadanie, a potem na lunch. Graliśmy w dwadzieścia pytań, bawiłam się radiem, łapiąc kolejno lokalne stacje. Byliśmy zakochani, świeżo po ślubie, upojeni nowością tej sytuacji. Słowa „mąż” i „żona” zdawały się świecić własnym blaskiem. Fajniej było je wymawiać niż jakiekolwiek inne znane nam słowa.

Od Big Sur dzieliły nas dwie godziny drogi, gdy strzeliła nam opona. Głośny huk w jednej chwili wyrwał nas z miłego poślubnego oszołomienia. Ryan szybko zjechał na pobocze. Wyskoczyłam pierwsza, Ryan za mną.

– Szlag!

– Spokojnie – powiedziałam. – To nic takiego. Musimy tylko zadzwonić do AAA[3]. Przyjadą i załatwią sprawę.

– Nie możemy zadzwonić do AAA.

– Ależ możemy. Mam w portfelu wizytówkę. Czekaj, zaraz wyjmę.

– Nie – pokręcił głową i zrezygnowanym gestem założył ręce na karku. – Zapomniałem zapłacić składkę.

– O – powiedziałam. Z wyraźnym rozczarowaniem w głosie.

– Przyszło pismo w zeszłym miesiącu. Było napisane, że mamy zapłacić do piętnastego, ale… no wiesz, wesele i w pracy tyle się działo… – Wzruszył ramionami, a w jego głosie pojawiła się nuta obronna. – Po prostu zapomniałem. Jasne? Przykro mi. Zapomniałem.

Nie byłam na niego wściekła. Zwykły błąd. Ale martwiłam się, co teraz z tym zrobimy. Byłam zła, że znalazłam się w takiej sytuacji. Skoro nie można zadzwonić do AAA, to jak wymienić oponę? Nie byliśmy z tych, co potrafią zrobić to sami. Byliśmy z tych, którzy potrzebują pomocy AAA. Nie podobało mi się to w tej chwili, o nie. Prawdę mówiąc, przyszło mi do głowy, że jesteśmy parą beznadziejnych idiotów na poboczu drogi.

– Nie potrafisz wymienić opony, prawda? – spytałam. Wiedziałam, że nie. Nie powinnam była pytać.

– Nie – odparł. – Nie potrafię. Dzięki, że to podkreśliłaś.

– Szlag by to. – Otoczka uprzejmości w moim głosie zniknęła, ujawniając ukrytą pod nią irytację. – I co teraz?

– A