Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 327 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rozproszenie - Kimberly McCreight

Druga część Outliersów, opowieści o sekretach, zdradzie i zamkniętym świecie dziewcząt obdarzonych niezwykłą mocą.

Wylie udaje się uciec z obozu w Maine, ale wciąż grozi jej niebezpieczeństwo. Jedynym ratunkiem dla niej jest zrozumienie swojego niespotykanego talentu – umiejętności czytania uczuć. Jednak zatopienie się w cudzych emocjach nie jest łatwe dla kogoś, kto od dzieciństwa ignorował swoje własne.

Jednak nie tylko Wylie ma poważne kłopoty. Od powrotu z Maine Jasper stacza się w otchłań poczucia winy za to, co się stało Cassie. Po tym, co wspólnie przeszli, Wylie i Jasper gotowi są zrobić dla siebie wszystko, ale Wylie nie jest pewna, czy łącząca ich więź jest na tyle silna, by pokonać dręczące ich upiory przeszłości.

Wylie staje przed trudnym wyborem. Dla Cassie mogła zrobić absolutnie wszystko, ale czy będzie potrafiła poświęcić się dla grupy nieznanych dziewcząt? Nawet jeśli są takie same jak ona?

Opinie o ebooku Rozproszenie - Kimberly McCreight

Fragment ebooka Rozproszenie - Kimberly McCreight

OD AUTORKI

Niniejsza książka jest fikcją. Opisane w niej wydarzenia nie miały miejsca. Jeszcze.

PROLOG

Stoję w ciemnościach, bosa i zmarznięta, na krawędzi ostrych skał, i patrzę w dal, ponad długi pas czarnej wody. Zastanawiam się, czy faktycznie dam radę przepłynąć ten cały dystans, ku światełku na przystani po drugiej stronie. Wydaje się tak niemożliwie odległe, a woda tak przerażająco nieruchoma, jakby tylko czekała, aż znajdzie się ktoś na tyle nierozważny, żeby spróbować.

Pływanie nie jest moją silną stroną, w ogóle nie jestem zbyt silna. Nigdy nie pływałam na takich dystansach, tym bardziej nie w ubraniu i po ciemku. Nie znam tego akwenu, a światło w oddali będzie mi płatać figle — to się nie może udać. Ale nie mamy wyboru. Już po nas biegną. A właściwie po mnie. Są tuż, tuż. Ich głosy są coraz wyraźniejsze. Jest tylko kwestią czasu, kiedy mnie dopadną.

Najdziwniejsze jest to, że wbrew okolicznościom naprawdę wierzę, że jestem w stanie przepłynąć te parę kilometrów na drugi brzeg. Wręcz to wiem. I może tylko to się liczy. Bo jeśli ostatnie tygodnie czegokolwiek mnie nauczyły, to tego, że siła jest w gruncie rzeczy synonimem wiary. A prawdziwa odwaga polega na karmieniu nadziei.

Tu i teraz jesteśmy tylko ja i moje wątpliwości nad taflą wody. Wiem, że nie mogę się im poddać, że muszę zaufać swojej intuicji.

Więc biorę ostatni głęboki wdech i patrząc na horyzont, robię krok do przodu. Płynę.

1

Stoję w naszym przedpokoju i patrzę na esemesa od Jaspera. Jedno słowo: Uciekaj.

Trwa to chwilę. Godzinę. Wieczność.

Serce wali mi o żebra, nie podnoszę wzroku. Sześciu agentów coś tam mówi. Przedstawiają się. Agent Klute, agent Johansen i agent Cośtam Jakiśtam. Uciekaj. Nie uciekaj. Uciekaj. Nie uciekaj. Któryś z nich mówi, że są z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego i weryfikują informacje o możliwym zagrożeniu terrorystycznym. Reszta to tylko szum.

Uciekaj. Nie uciekaj. Uciekaj. Nie uciekaj.

Uciekaj.

Odwracam się w stronę schodów. Ściskam telefon w dłoni jak granat. Najpierw ucieknę, potem się zastanowię. Tego mnie nauczył Quentin.

— Wylie?! — woła za mną mój tata. Osłupiały. Zdziwiony. Zmartwiony. — Wylie, co ty…

Głosy za moimi plecami, pędzę w kierunku schodów. Nie oglądaj się. Nie zwalniaj. Do schodów i na górę. Do schodów i na górę. To moje zadanie.

Ale dlaczego na górę? Nie lepiej wybiec przez tylne drzwi? Łazienka na piętrze i pochyła część dachu. Pewnie tam mnie ciągnie. To moja droga ucieczki. Na chwilę tracę grunt pod nogami, więc chwytam się poręczy.

— Panno Lang! — krzyczy jeden z nich.

Jest tak blisko, że prawie czuję na karku jego oddech.

— Stój! Zostaw ją! — woła wściekle mój tata, ledwo poznaję jego głos. Zakrzykują go inni, słyszę dudnienie, walkę. — Nie możecie włazić do naszego domu!

— Panie doktorze, proszę się uspokoić!

— Hej, stój!

To znów ten głos za moimi plecami. Jeszcze bliżej. Na górze przyspieszam kroku.

Łazienka. To mój cel. Skup się. Szybciej. Szybciej. Żeby mnie nie złapał. Drzwi są blisko. A do otwarcia okna i wyjścia na dach wystarczy mi kilku sekund. Potem ześliznę się na ziemię i zrobię to, co ostatnio musiałam robić już nie raz. Rzucę się do szalonej ucieczki.

Biegnę korytarzem, ciężkie kroki dudnią tuż za mną.

— Wylie! — woła agent, ale jakoś sztywno, jakby niechętnie przyznawał, że w ogóle mam imię.

— To nasz dom! — Tata stoi bliżej schodów i nie przestaje protestować.

— Panie doktorze, niech się pan nie rusza!

Wbijam wzrok w drzwi łazienki na końcu korytarza, który przypomina bezdenną otchłań. Muszę zdążyć. Otworzę okno, potem wyskoczę na zewnątrz. Ostrożnie, ale tak szybko, jak tylko się da.

— Wylie! — Znów ten głos, dużo bliżej. Za blisko. Jest spięty. Mógłby mnie dosięgnąć, ale boi się zrobić mi krzywdę. — Daj spokój! Co ty wyprawiasz?

Mijam pierwsze drzwi po prawej. Trzecie będą do łazienki, ale właśnie w tym momencie się potykam. Udaje mi się podnieść ręce do góry, więc o ścianę uderzam dłońmi, a potem barkiem, nie twarzą. Mimo to ostry ból przyprawia mnie o zawroty głowy. Robi mi się niedobrze. Łapię się za łokieć i zginam wpół. Boję się spojrzeć, nie chcę zobaczyć skóry przebitej kością.

— Chryste, nic ci nie jest?

Agent, który mnie gonił, zatrzymuje się przede mną. Widzę teraz, że to ten niższy, z przesadnie umięśnionymi rękami, które odstają sztywno od tułowia. Jest zdenerwowany, tak jak myślałam, ale też wkurzony. Rozgląda się dookoła, jakby sprawdzał, czy ktoś widział mój upadek.

— No widzisz? Mówiłem ci, żebyś się zatrzymała.

Kilka minut później siedzę na oklapłej kanapie w naszym salonie, a tata trzyma torebkę z lodem przy moim nadgarstku. Z bólu aż wibruje mi mózg. Mężczyźni stoją tak, żeby odciąć mi jakąkolwiek drogę ucieczki. Blokują wszystkie możliwe wyjścia. W ciasnym wnętrzu naszego starego wiktoriańskiego domu wydają się jeszcze więksi niż na zewnątrz. Nie mam dokąd biec.

— Chyba nie jest złamana — oznajmia agent Klute, patrząc na moją rękę, choć nie znajduje się dość blisko, by móc to ocenić.

Mój tata, który stoi przede mną, gwałtownie się do niego odwraca i patrzy mu w twarz. Wygląda przy nim jak mały chłopiec.

— Wynoście się z mojego domu — warczy i pokazuje na drzwi. — W tej chwili! Wszyscy, co do jednego.

Wygląda, jakby był gotów usunąć Klute’a siłą, gdyby ten mu się opierał. Furia przesłania mu fakt, że Klute go przerasta, i to bardzo. Widzę wyraźnie, że tata mógłby oddać za mnie życie. Żałuję, że wcześniej tego nie dostrzegałam, choć nie wiem, jak mogłoby to zmienić bieg wydarzeń w obozie. Może jednak wszystko potoczyłoby się inaczej?

— Niestety, nie możemy odejść — mówi Klute — dopóki Wylie nie odpowie na nasze pytania.

Stara się sprawiać wrażenie, że nie jest groźny, mówi niemal przepraszającym tonem, ale mu to nie wychodzi. Zwłaszcza że wcale nie jest mu przykro. Wiem to na pewno. Czytam jego emocje na tyle dobrze, żeby nie mieć najmniejszych wątpliwości. Agent Klute czuje tak niewiele, że jest to aż przerażające. Mój tata podchodzi bliżej, wzbiera w nim gniew.

— Nie możecie włazić do mojego domu i gonić mojej córki — mówi. — Ona jest tu ofiarą. A nawet gdyby złamała prawo, to do wtargnięcia do czyjegoś domu potrzebny jest nakaz. To, co robicie, jest nielegalne. Na waszym miejscu modliłbym się, żeby jej nadgarstek nie był złamany.

— Żeby było jasne, doktorze: pańska córka uciekała przed agentem federalnym. Ma pan pojęcie, jakie to niebezpieczne?

Tata prawie parska śmiechem, po czym przykłada palce do ust, jakby się modlił. Nigdy wcześniej nie widziałam, by był tak wściekły. Gniew zmienił mu rysy twarzy. Ale czuję, że ze wszystkich sił stara się zachować spokój i zrobić to, co należy.

— Wynoście się. Wynoście się — mówi powoli, cicho i miarowo, jakby wybijał rytm. — W tej chwili. Albo nie ręczę…

— Jak już powiedziałem, nie możemy pójść. — Agent Klute zachowuje nieludzką równowagę. — Wylie jest świadkiem wielokrotnego zabójstwa, które może się okazać aktem terroryzmu. Musi z nami pojechać i odpowiedzieć na nasze pytania. To wszystko.

— Ha! — oburza się mój tata. — Dzwonię do mojej prawniczki.

Jakiej prawniczki? — pytam w duchu, kiedy tata bierze do ręki telefon i wybiera numer. Wydaje się taki pewny siebie. Czas się wydłuża i wszyscy czekamy, aż ktoś odbierze, a tata się odezwie. Czuję na sobie wzrok agenta Klute’a. Staram się nie odwzajemniać jego spojrzenia, ale nie umiem się powstrzymać.

Tak jak mi się zdawało, jego zimne czarne oczy są we mnie wpatrzone, a usta lekko rozchylone, więc widzę jego ogromne białe zęby. Wyobrażam sobie, jak się we mnie wgryzają. A jednak nie czuję niechęci, jakiej się po nim spodziewałam — żadnej irytacji czy podejrzliwości. Bije od niego tylko litość, aczkolwiek okazuje się, że ona przeraża mnie znacznie bardziej.

Łapię się oburącz za brzuch, który nagle zaczyna mnie boleć. Może powinnam po prostu odpowiedzieć na ich pytania, bo wtedy wszystko szybciej się skończy? Ale mam silne wrażenie, że cokolwiek im powiem, ich wizyta jest dopiero początkiem problemów.

Oddychaj, przypominam sobie. Oddychaj. Bo pokój jakby się kurczył, a podłoga usuwa mi się spod stóp. To na pewno nie jest dobry moment na utratę przytomności. Wprawdzie od trzydziestu sześciu godzin jestem outliersem, ale to nie znaczy, że nie mogę kompletnie odlecieć.

— Cześć, Rachel. Tu Ben — mówi wreszcie do słuchawki mój tata. — Zadzwoń, jak tylko będziesz mogła. To pilne.

Rachel. No tak, w ogóle mnie nie dziwi, że to do niej zadzwonił. Rachel przyjaźniła się z moją mamą. Kiedyś. Potem na całe lata urwał się im kontakt, a tu niespodziewanie Rachel zjawiła się na pogrzebie mamy. Od tamtej pory jest jak wysypka, której nie jesteśmy w stanie się pozbyć. Twierdzi, że chce nam pomagać. Tata uważa, że Rachel w ten sposób radzi sobie z żalem po odejściu mamy. Moim zdaniem zależy jej wyłącznie na tacie. Tak czy owak, wszystko to jest bardzo dziwne. Ona jest dziwna i ani trochę jej nie ufam.

No, ale jest adwokatem specjalizującym się w prawie karnym, więc z pewnością będzie wiedziała, jak powinniśmy się zachować. Może i jest złym człowiekiem — nigdy się nie dowiedziałam, czemu właściwie ich drogi się rozeszły — ale nawet mama powtarzała nieraz, że gdyby kiedykolwiek wpadła w poważne tarapaty, zadzwoniłaby do niej, bo „Rachel nawet seryjnego mordercę potrafi ocalić przed więzieniem”. I to wcale nie był komplement.

— Panie doktorze, jeśli Wylie nie ma nic do ukrycia, nie powinniście mieć nic przeciwko temu, żebyśmy zadali jej kilka pytań — mówi agent Klute zaraz po tym, jak tata się rozłączył.

— Może nie mielibyśmy nic przeciwko, gdybyście nie powalili mnie na ziemię — ripostuję, bo wydaje mi się, że tata potrzebuje wsparcia.

— Ej, sama upadłaś! — protestuje ten, który mnie gonił. — Nawet cię nie dotknąłem.

Wprawdzie ma rację, ale to bez znaczenia.

Agent Klute rzuca mi srogie spojrzenie. To wszystko nie skończy się dobrze. Jest wkurzony, choć nie jakoś bardzo. Jakby zaplamił sobie koszulę odrobiną zupy.

— Zapewniam pana, doktorze, że mamy nadzwyczaj rozległe uprawnienia, jeśli chodzi o przesłuchiwanie świadków w sprawach związanych z terroryzmem. I niepotrzebny nam nakaz sądowy. Wylie nie jest aresztowana. Przynajmniej jeszcze nie jest.

— Po tym — tata pokazuje na moją rękę — odpowiemy na wasze pytania wyłącznie pod warunkiem, że tak doradzi nam nasz adwokat.

Agent Klute bierze głęboki wdech.

— Dobrze. Kiedy tu będzie?

— Nie wiem — odpowiada tata tonem, który sugeruje, że uważa ten fakt za dowód swojej chwilowej przewagi.

Oczywiście wie, że tak nie jest. Martwi się tym, jak może się rozwinąć ta sytuacja. Czuję to bardzo wyraźnie.

Agent Klute gapi się pustym wzrokiem na tatę.

— Dobrze, zatem zaczekamy na pańskiego adwokata. Aż się nie zjawi.

Przez jakiś czas, może pół godziny, w milczeniu siedzimy z tatą na kanapie. Agenci stoją w rogach pokoju, zastygli jak pomniki. Tylko Klute jest w ruchu, chodzi tam i z powrotem, wysyłając esemesy. Po każdej wiadomości robi się bardziej nerwowy, a nasza drewniana podłoga skrzypi pod jego ciężkimi krokami.

Chciałabym napisać do Jaspera, ale kto wie, co mi odpowie? Poza tym jeśli ci ludzie zabiorą mnie na przesłuchanie, mogą zarekwirować mój telefon. Lepiej poczekać i porozmawiać z Jasperem w cztery oczy, jak już to wszystko się skończy.

Tata jeszcze dwukrotnie dzwoni do Rachel, ale za każdym razem łączy się z pocztą głosową. Więc dalej czekamy. Mija kolejne trzydzieści minut. Potem godzina. Nie mogę się nadziwić, jak niewygodna jest nasza kanapa. Chyba nikt nigdy nie siedział na niej tak długo, a na pewno nie ja. W końcu muszę iść do toalety, ale czuję się nieswojo ze świadomością, że prawie na pewno wyślą kogoś, żeby mnie eskortował.

Już zaczynam się godzić z myślą, że będę się musiała załatwić w obecności któregoś z agentów, ale nagle telefon Klute’a głośno wibruje w jego dłoni.

— Przepraszam, muszę odebrać — mówi i kiwa głową w stronę kolegów, dając im do zrozumienia, że na chwilę przekazuje im dowództwo, po czym wychodzi na zewnątrz.

Kiedy zamyka za sobą drzwi, dzwoni telefon mojego ojca.

— Rachel — odzywa się tata z rozpaczliwą ulgą w głosie. Przez chwilę tylko słucha. — Nie najlepiej, jeśli mam być szczery. Możesz do nas przyjechać? To pilne. Nie, nie. Nic z tych rzeczy.

Robi pauzę, bierze głębszy wdech i wstaje. Ale nigdzie się nie rusza, stoi przed kanapą, trochę niestabilnie, jakby zaczynał się rozpadać na kawałki.

— Mamy tu kilku agentów federalnych, którzy chcą przesłuchać Wylie i jakoś nie wiem… Już i tak sporo przeszła. Wolałbym to przenieść na kiedy indziej. — Znów cisza, tata słucha odpowiedzi Rachel. — Tak zrobiłem. Odmówili. Twierdzą, że to ma związek z terroryzmem, a Wylie nie jest podejrzaną… — Tata przerywa. — Tak, okej. Okej. Dzięki, Rachel.

Czuje się lepiej, wróciła mu nadzieja. Odwraca się w moją stronę, a ja pytam:

— Co powiedziała?

— Że mamy rację — odpowiada. — Mamy na nią poczekać. Zaraz tu będzie.

Tata wciąż trzyma telefon w dłoni, kiedy agent Klute wraca do środka.

— Niedługo się odezwiemy — mówi rzeczowym tonem, jakby to był ciąg dalszy jakiejś naszej wcześniejszej rozmowy. Jakby zostało to już uzgodnione. — Wyznaczymy inny termin przesłuchania.

Ale czemu? Nie wierzę nawet przez chwilę, że agent Klute przestraszył się jakiejś prawniczki, której nigdy w życiu nie widział na oczy. Nawet nie wie, że już oddzwoniła. Klute kiwa głową na swoich ludzi. Nie, nie. Wyraźnie mają swoje powody, żeby się stąd zabrać. Boję się nawet myśleć jakie.

— A wy dokąd? — pytam, choć pewnie lepiej byłoby milczeć, bo przecież nie chcę, żeby tu zostali.

Kiedy Klute na mnie patrzy, znów czuję bijącą od niego litość. Tym razem jeszcze większą. Jest jakaś wyraźna, głęboka.

— Będziemy w kontakcie — rzuca.

Patrzę, jak się zbierają i wychodzą za drzwi. Cała ta sytuacja przypomina mi ten dziwnie spokojny moment, kiedy fale cofają się od brzegu tuż przed uderzeniem tsunami i na chwilę zapada kompletna, przerażająca cisza.

2

Sześć tygodni później

Otwieram oczy w ciemności. Moja sypialnia. Środek nocy. Dzwoni Jasper. Nie muszę nawet sprawdzać; wiem, że to on. Ale nie sięgam po telefon. Czasem rozłącza się już po pierwszym sygnale, a ja dzisiaj, pierwszy raz od dłuższego czasu, chcę tylko spać.

Od naszego powrotu z Maine sześć tygodni temu Jasper dzwoni do mnie każdego wieczoru. Oczywiście z nowego aparatu. Bo to nie on wysłał mi esemesa, który radził mi uciekać, kiedy w moim progu stanęli agenci federalni.

Kiedy tylko agent Klute i jego ludzie sobie poszli, oddzwoniłam do Jaspera. Chciałam się upewnić, że nic mu nie jest, i zapytać, czemu kazał mi wiać. Ale nie odebrał. Po dwóch godzinach dzwonienia i nieskutecznych prób znalezienia jego numeru stacjonarnego uparłam się, wbrew ojcu, żeby do niego pojechać i sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Otworzył nam drzwi cały i zdrowy. Zaspany i trochę zdezorientowany, ale w jednym kawałku. Nie miał swojego telefonu. Nie widział go od momentu, kiedy Quentin mu go skonfiskował.

Moją komórkę lokalni policjanci znaleźli w którejś z chat i oddali mi ją w trakcie jednego z kilku przesłuchań, jakim poddano mnie tamtego ranka na stacji benzynowej. Rozmawiali wtedy z nami oddzielnie i uznałam, że Jasperowi też wszystko zwrócili. A tak naprawdę w ogóle o tym nie myślałam. Tak czy inaczej, okazało się, że Jasper nie odzyskał swojego telefonu.

Ktoś wybrał idealny moment, by podsunąć mi pomysł ucieczki. Mogłam sobie tylko wyobrażać, w jakim niecnym celu próbowano mi to zrobić. Może nadawca wiadomości liczył na to, że próba ucieczki skończy się moją śmiercią?

Jak już się zorientowaliśmy, że esemesa nie wysłał Jasper, mój tata skontaktował się z agentem Klute’em, który obiecał zbadać tę sprawę, a po jakimś czasie nazwał całe zajście głupim żartem. Dopytywaliśmy go o szczegóły, bo jego wytłumaczenie nie miało sensu, ale Klute przestał odbierać nasze telefony. Trudno było mieć do niego o to żal, skoro tak naprawdę sami nie mieliśmy ochoty utrzymywać z nim kontaktu.

Mój telefon ponownie ćwierka, więc tym razem macam po ciemku, żeby go podnieść. Znów myślę, że powinnam zmienić dzwonek na jakiś mniej świdrujący, ale prawda jest taka, że bez względu na to, jaki wybiorę, i tak będę nerwowa.

Dużym sukcesem było samo zaśnięcie. Od powrotu z Maine oboje z Jasperem mamy problemy ze snem. Dręczy nas żal i poczucie winy. Ciągnące się w nieskończoność noce spędzamy, rozmawiając przez telefon o wszystkim i o niczym. Zdarza mi się też leżeć na łóżku i patrzeć na stare zdjęcia wiszące na ścianach mojej sypialni. Myślę wtedy, że powinnam je zdjąć, bo przypominają mi o mamie, ale wiem, że właśnie dlatego nigdy tego nie zrobię.

Staramy się z Jasperem szukać w miarę lekkich tematów do rozmów, żeby odgonić wiszący nam nad głowami mrok, ale rzadko kiedy się to udaje. Tłukące się w naszych głowach wariacje na temat „a gdybyśmy?” — a gdybyśmy, jadąc wtedy na północ, od razu zadzwonili do mamy Cassie? a gdybyśmy zignorowali warunki Cassie i wcześniej pojechali na inny komisariat? — są dużo głośniejsze niż wszystkie tematy zastępcze, jakie tylko jesteśmy w stanie wymyślić. Za to te nocne rozmowy bardzo nas do siebie zbliżyły. Czasem się zastanawiam, jak długo ta bliskość przetrwa i na ile prawdziwa może być przyjaźń zrodzona z takiego koszmaru. Ale bywa też, że w ogóle o tym nie myślę. Niczego nie chcę za bardzo analizować. Jest zbyt wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi.

W swoim charakterystycznym, terapeutycznym stylu doktor Shepard mówi, że nie ma sensu grzebać się w pewnych sprawach, i muszę się z nią zgodzić. Ale Jasper nie może się powstrzymać. Oboje mamy swoje „a gdybyśmy”, ale to on wprost oskarżył Cassie, że to przez nią zostaliśmy uwięzieni w obozie. Ilekroć o tym mówi, odpowiadam mu zawsze tak samo: „Nie, to nie twoja wina. Cassie nie żyje przez Quentina, nie przez ciebie”. I naprawdę tak uważam.

Ale Jasper mi nie wierzy. Czasem, patrząc mu w oczy, odnoszę wrażenie, jakbym spoglądała na kogoś, kto powoli zagładza się na śmierć. A ja stoję tuż obok z rękami pełnymi jedzenia.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ze mną wszystko w porządku. Ciągle miewam koszmary senne i codziennie przynajmniej raz zdarza mi się płakać. Według doktor Shepard to normalne oznaki żalu i traumy. Do tego dochodzą jeszcze moje lęki, które bynajmniej nie zniknęły w momencie, w którym się dowiedziałam, że jestem outliersem.

Muszę jednak przyznać, że zaszła we mnie zmiana na plus. Uczę się odróżniać emocje innych ludzi od swojego niepokoju. Okazuje się, że obu tych odczuć doświadczam nieco inaczej. Mój własny lęk jest zimny i leży głębiej, w okolicy brzucha. Cudzych uczuć doznaję trochę wyżej, blisko klatki piersiowej. Ćwiczenia oddechowe, medytacje i pozytywne myślenie o sobie — metody, których doktor Shepard od początku próbowała mnie uczyć — wreszcie zaczęły przynosić efekty. Pewnie dlatego, że bardziej wierzę w ich skuteczność.

Wreszcie odnajduję dłonią telefon i prawie strącam go na podłogę, ale udaje mi się odebrać.

— Hej — odzywam się zachrypniętym głosem, więc szybko odchrząkuję. — Co tam?

— Cholera, obudziłem cię — mówi Jasper.

Słyszę w jego głosie, że czuje się zraniony, jakbym go zdradziła swoim brakiem bezsenności.

— Nie, nie — kłamię. — Leżę tylko. Co jest? — I nagle sobie przypominam, dlaczego dzwoni tak późno. Bo jest późno, nawet jak na niego. — Czekaj, jadłeś kolację z mamą. Jak poszło?

Jasper miał jej powiedzieć, że nie jest pewien, czy chce grać w hokeja w drużynie Boston College. „Nie jest pewien”, czyli jest absolutnie pewien, że nie chce. Letni obóz dla nowych studentów zaczyna się za kilka dni, ale Jasper nie zamierza na niego jechać. A Boston College nie będzie opłacać jego sportowego stypendium, jeśli nie zapisze się do ich drużyny hokeja. Bez tego go nie przyjmą.

Ale jemu to nie przeszkadza. Ani trochę. Nawet nie wie, czy interesują go studia. Co więcej, w ostatnim czasie wydaje się, że mówienie o niechęci do studiowania na Boston College jest jedyną rzeczą, która sprawia mu jakąkolwiek przyjemność, choć jestem prawie pewna, że rezygnacja z gry w hokeja jest jego formą ukarania się za to, co się stało z Cassie. Wiem, że o ile w dzieciństwie matka zmuszała go do gry, to teraz Jasper naprawdę kocha sport. Zatem odwracając się do niego plecami, celowo zadaje sobie ból.

— Kolacja spoko — odpowiada, ale wydaje się rozkojarzony, jakby dzwonił w innej sprawie.

— Co powiedziała twoja mama? — Wspieram się na łokciach i włączam lampkę nocną.

— Co powiedziała? O czym?

— No, o hokeju — mówię takim tonem, jakby to było oczywiste, bo mam nadzieję, że to go wybudzi z otępienia. — Wszystko w porządku? Jesteś jakiś dziwny.

— Tak, tak, wszystko okej. — Nie brzmi przekonująco. — Kolacja z mamą nie poszła za dobrze. Ale nie łudziłem się, że będzie inaczej.

Nie jest z tego powodu zmartwiony, słyszę obojętność w jego głosie. Czekam, aż powie coś więcej, ale Jasper milczy.

— I pozwoli ci zrezygnować ze studiów? — pytam.

Mój wzrok wędruje ku fotografii starej kobiety z dużą torbą i pokruszonymi krakersami. Tej, którą Jasper nazwał przygnębiającą, kiedy był u mnie pierwszy raz, krótko przed tym, jak pojechaliśmy szukać Cassie. Ciekawe, czy dzisiaj powiedziałby to samo.

— Zależy, co znaczy „pozwoli” — mówi i próbuje się zaśmiać, ale wydaje z siebie tylko pusty świst.

Cała tężeję.

— Jasper, co się stało?

— No wiesz. To, czego się spodziewałem. — Jasper stara się przybrać lekki ton, ale słyszę wysiłek w jego głosie. Czuję go nawet przez telefon. — A nawet gorzej.

— Czemu gorzej?

A może powinnam zmienić temat zamiast wypytywać go o szczegóły? Jak zwykle w ostatnim czasie czuję się w rozmowie z nim jakaś zagubiona.

— Mama powiedziała, że jeśli nie będę grał w hokeja i nie pojadę na obóz, to nie mogę u niej mieszkać. — Robi pauzę i wzdycha. — Słuchaj, przecież nie zmieni się nagle w zupełnie inną osobę tylko dlatego, że prawie zginąłem.

Nie wiem, czy to miał być żart. Napięcie w jego głosie jest czystym smutkiem. Aż mnie samą zaczyna kłuć w klatce piersiowej.

— Okropne — mówię, choć wolałabym mieć coś lepszego do powiedzenia. Ale wszystko inne byłoby kłamstwem, a wiem, jak to jest być okłamywanym. Jasper na to nie zasługuje.

— Może ma rację.

— Czyli w końcu będziesz grał?

W moim głosie jest tyle nadziei. Nic na to nie poradzę. Nie lubię mamy Jaspera, ale zgadzam się z nią, że powinien studiować w Boston College i grać w hokeja. Jest teraz zbyt zagubiony, żeby odcinać się od jedynej rzeczy, która daje mu radość.

— Nie ma mowy — rzuca kategorycznie, jakby to była najgłupsza z możliwych sugestia. — Na pewno nie będę grał.

Serce zaczyna mi szybciej bić. Owszem, czytanie uczuć Jaspera i mój własny lęk to dwie różne sprawy, ale ta granica wciąż jest totalnie zamazana. Jedyne, co wiem na pewno, to że ta rozmowa napełnia mnie niepokojem.

A czy wynika to z moich uczuć, czy z jego, tego nadal nie jestem pewna.

— No proszę, naprawdę jestem w pani gabinecie — powiedziałam do doktor Shepard na początku naszego pierwszego spotkania twarzą w twarz, tydzień po powrocie z obozu w Maine. Tyle cierpienia, a tymczasem bez większego trudu wydostałam się z domu.

Kiwnęła głową i prawie się uśmiechnęła, drobna i śliczna jak zawsze w swoim dużym czerwonym fotelu. Jak skurczona Alicja w Krainie Czarów. Fakt, że się to nie zmieniło, przyniósł mi sporą ulgę.

— Cieszę się, że przyszłaś — odparła.

Spodziewałam się nieco okazalszej ceremonii powitalnej, ale taki już miała styl: nie robić z niczego afery, ani ze złych, ani z dobrych rzeczy. Chciała, żebym miała wobec siebie oczekiwania, ale wyraźnie dawała mi do zrozumienia, że ona ode mnie nie oczekuje absolutnie niczego.

Rozmawiałyśmy przez chwilę o tym, jak spędzam dni, jak wyglądają sprawy w moim domu, ale nie dało się bez końca omijać tematu wydarzeń w Maine.

— Chciałam powiedzieć, że kiedy szukałam Cassie, moje lęki zelżały — powiedziałam, żeby wreszcie wgryźć się w najważniejszą kwestię, choć zabrzmiało to może trochę zbyt agresywnie. — Czy taka sytuacja nie powinna jeszcze bardziej mnie wystraszyć? Trudno mi było wyjść z domu. Przez jakiś czas nawet sądziłam, że nigdy mi się to nie uda.

— Lęk jest zmienną, Wylie. Nie ma dwóch osób, u których manifestuje się w taki sam sposób. Słowo „powinno” w ogóle tu nie pasuje. Nawet u jednego człowieka lęk może ulec zmianie z upływem czasu, chociażby z powodu zdarzeń, jakie zachodzą w jego życiu. Wypadek twojej mamy na pewno spowodował to, że twój lęk wyostrzył się do tego stopnia, iż przez jakiś czas nie byłaś w stanie wyjść z domu. Gwałtowny przypływ adrenaliny, wywołany kłopotami Cassie, mógł go tymczasowo wyciszyć — odparła doktor Shepard. — Ten jeden raz twój wewnętrzny system alarmowy zareagował adekwatnie do zagrożenia. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji lęk zszedł na dalszy plan.

— Czyli to dla mnie nadzieja na wyzdrowienie? Być cały czas w wirze jakichś szalonych wypadków?

Usta doktor Shepard wygięły się w podkówkę. Nigdy nie przepadała za sarkazmem.

— Są ludzie, którzy przechodzą skrajnie stresujące chwile w życiu, i udaje im się je przetrwać. Są też i tacy, u których gorsze i lepsze okresy następują po sobie niemal cyklicznie. W przypadku lęku nie ma żadnych uniwersalnych wyjaśnień czy przepowiedni. Nic nie jest absolutne. To, co nieznane, może nas drażnić, ale czasem daje nam siłę. Jesteś tutaj, może zaczniemy od tego?

— Wierzy pani w tę moją „podwyższoną percepcję emocjonalną”? W to całe bycie „outliersem”? — Zrobiłam palcami cudzysłów w powietrzu i przewróciłam oczami, żeby nie było wątpliwości, czy biorę to wszystko na serio. — I że to jest przyczyna mojej choroby?

Mój tata zadzwonił wcześniej do doktor Shepard, żeby opowiedzieć, co się stało w ośrodku w Maine i jaki to miało związek z jego badaniami. Przy okazji wyjaśnił jej znaczenie świeżo przez siebie ukutego terminu „podwyższona percepcja emocjonalna”, czyli PPE. Moim zdaniem używał tego skrótowca celowo, żeby zapobiec wszelkim porównaniom z ESP1. Powiedział jej też, że jestem outliersem, i wytłumaczył, co to oznacza. Przyjęłam to z ulgą, bo dzięki temu nie muszę wchodzić w szczegóły, zwłaszcza tego, jak to jest być outliersem — co samo w sobie jest dla mnie ekscytujące i niezrozumiałe, ale przede wszystkim przerażające. Czuję się trochę tak, jakbym się dowiedziała, że od dawna mam w żołądku ogromny łagodny nowotwór. Dobra wiadomość była taka, że nie jestem śmiertelnie chora i po usunięciu guza schudnę cztery kilo, ale przeszkadzała mi świadomość, że przez tyle lat w moim ciele żył jakiś obcy organizm, a ja nie miałam o tym zielonego pojęcia.

— Choroby? — zapytała doktor Shepard. — Choroba i zdrowie to nie są właściwe terminy, gdy mówi się o lęku.

— No, przecież pani wie, co mam na myśli — odparłam.

Ale czy faktycznie wiedziała? Ja sama nie byłam do końca pewna, że wiem, o czym mówię. Szukałam odpowiedzi na pewne pytania (jak to naprawdę jest z tym moim lękiem?), ale jednocześnie chciałam uniknąć odpowiedzi na inne (co właściwie oznacza bycie outliersem?). Marzyłam o wyciszeniu swoich lęków, ale bez brania na siebie nowego ciężaru w postaci bycia outliersem. Wolałam dobrać swoją prawdę à la carte.

— Według pani jest możliwe, że tak naprawdę wcale nie jestem lękowa?

Doktor Shepard spojrzała mi prosto w oczy, a ja poczułam z bolesną jaskrawością, że właśnie w tej chwili postanowiła być ze mną absolutnie szczera zamiast zastosować któryś ze sprawdzonych terapeutycznych uników. Ta zdolność przejrzenia kogoś na wylot wcale nie dodawała mi otuchy. Przez nią wszyscy ludzie wydawali mi się słabsi, a ich talenty znacznie bardziej zwyczajne.

— Według mnie świadomość to niezwykle silna broń — odpowiedziała. — Rozumiesz?

Przytaknęłam, ale szybko zmieniłam zdanie.

— Chociaż nie, w ogóle nie rozumiem.

— Ta podwyższona percepcja emocjonalna na pewno mogła podsycić twoje lęki. Całkiem możliwe, że zdarzało ci się mylić cudze uczucia z własnymi. Ale nie sądzę, żeby sam fakt, iż jesteś outliersem, tłumaczył dręczące cię stany lękowe. Pozwól, że cię zapytam: czy teraz jesteś niespokojna?

Spróbowałam nabrać powietrza w płuca, co nie było łatwe. Owszem, poczułam na dnie żołądka znajomy zimny ciężar.

— Tak, jestem.

Ale faktycznie, odkąd nauczyłam się rozpoznawać jego charakterystyczny chłodny dotyk, mój lęk stał się jakby odrębny. Jak gdyby przestał być jednym z moich wewnętrznych narządów i przeniósł się na zewnątrz mojego ciała; porównałabym go do wiszącego na ramionach plecaka.

— Mogę cię zapewnić, że lęk, który teraz odczuwasz, nie jest mój. Chyba najprościej będzie powiedzieć, że tak, jesteś lękowa, i owszem, masz PPE. Ale którędy przebiega granica, to już musisz ocenić sama.

I w tym właśnie tkwił największy problem. W pierwszych godzinach po naszej ucieczce z obozu, kiedy oboje z Jasperem próbowaliśmy dojść do siebie po tym, co się stało z Cassie, świadomość bycia outliersem rzeczywiście wydawała mi się odpowiedzią na wszystkie moje kłopoty. Sekretnym kluczem do wolności. Szybko jednak zamieniła się w bezdenną skrzynię wypełnioną mnożącymi się pytaniami. Na razie postanowiłam szczelnie zamknąć jej wieko i tylko sobie dawałam prawo do tego, żeby ponownie je otworzyć.

Ale to jeszcze nie teraz. Grzecznie odmówiłam tacie udziału w jego „dodatkowych testach”, podziękowałam mu też za kurs, na którym rzekomo miałam się nauczyć, jak „lepiej korzystać” z mojej podwyższonej zdolności odczytywania cudzych emocji. Celowo unikałam informacji o tym, dokąd zmierzają jego badania. Wiedziałam tylko, że interesują go dwa główne aspekty PPE: jaki jest „zakres” percepcji outliersów (do czego bylibyśmy zdolni, gdybyśmy ćwiczyli) i co leży u jej podstaw (skąd się brał nasz talent).

Po przypadkowym odkryciu pierwszej trójki outliersów — czyli mnie i dwóch innych dziewcząt — tata przeprowadził dodatkowe badania na grupie ochotników, ale ich wyniki nie nadawały się do publikacji. Właśnie wtedy zauważył, że outliersami były wyłącznie dziewczyny, w dodatku tylko nastoletnie. Wszystko to miało miejsce przed wydarzeniami w Maine. Ostatnio tata większość czasu poświęcał na składanie wniosków o dofinansowanie rzetelnych badań, które dowiodłyby istnienia outliersów. Dopiero one mogły dać odpowiedź na pytania o główne aspekty PPE. Jak na razie, przynajmniej z punktu widzenia nauki, fakty odkryte przez tatę jakby w ogóle nie istniały.

— A jeśli ja nie chcę być outliersem? — zapytałam doktor Shepard przez nagle zaciśnięte gardło.

— Raczej nie masz wyboru, Wylie. To samo zresztą można powiedzieć o twoich lękach. — Doktor Shepard nachyliła się w moją stronę i spojrzała mi prosto w oczy. — Ale za to możesz zdecydować, jak wykorzystasz to, kim jesteś.

Biorę wdech i liczę do czterech. Uważam, żeby nie wypuścić powietrza prosto w mikrofon telefonu, który przyciskam do ucha.

— Jasper, co to znaczy: „może ma rację”? Z czym?

— Z tym, że nie powinienem z nią mieszkać — wyjaśnia. — Może wyjadę, nie wiem. Rozumiesz, wolność, te rzeczy. Po drodze obmyślę plan.

— Jaki plan? — rzucam nerwowo, bo narasta we mnie strach.

— Ogólnie, na wszystko — mówi Jasper. — Przepraszam, że cię obudziłem. Dobrze, że zasnęłaś. Możemy o wszystkim pogadać później. Albo jutro. Kiedyś tam. Nawet nie po to dzwoniłem. Nie mogłem zasnąć i chciałem cię tylko pozdrowić.

Kłamstwo. Wyczuwam to nawet przez telefon.

— Już nie śpię. Nie musisz się rozłączać.

Przez chwilę oboje milczymy; doprowadza mnie to do szału.

— Miałaś rację — odzywa się w końcu Jasper. — Jak powiedziałaś, że to przeze mnie Cassie się stoczyła.

Cała się wzdrygam. Rzeczywiście tak mówiłam, jeszcze zanim dotarliśmy do Maine, może nawet kilka razy. I to szczerze. Ale teraz trudno mi sobie choćby przypomnieć, jak bardzo go o wszystko obwiniałam.

— Nie miałam racji. Bałam się, że to była moja wina, że zawiodłam Cassie jako przyjaciółka. Żadne z nas nie było odpowiedzialne za jej stan.

— Nawet jeśli taka mi się podobała? — pyta Jasper.

I nagle dociera do mnie, jak głębokie jest jego poczucie winy. Nie musi się obwiniać za to, co się stało w tamtych ostatnich sekundach w domku w Maine, bo i tak czuje się odpowiedzialny za wcześniejsze decyzje Cassie. Uważa, że to on sprowadził ją na złą drogę.

— Dzięki temu mogłem na okrągło zgrywać bohatera, który ją ratuje — mówi.

Aż skręca mnie w żołądku, i są to ewidentnie moje uczucia, nie jego.

— A kto by nie chciał być bohaterem? — odpowiadam, rozpaczliwie szukając właściwej reakcji.

— Fakt — zgadza się Jasper. — Ale rzadko kiedy kończy się to czyjąś śmiercią.

— Może do ciebie przyjadę? — proponuję. — Nie powinieneś być sam.

— Nie, spoko.

— To żaden kłopot. Naprawdę.

Już nawet wstaję z łóżka. Tata zawiezie mnie do Jaspera, nawet jeśli nie będzie mu się to podobało.

— Nie, Wylie — oponuje Jasper, trochę głośniej niż wcześniej. — Mówię serio. Nie chcę, żebyś przyjeżdżała. — Słyszę, że bierze wdech. — Chodzi o moją mamę. Miała podwójny dyżur w szpitalu i właśnie wróciła. Wścieknie się, jeśli coś ją obudzi, a i tak jest już na mnie wkurzona.

— Na pewno? — pytam. — Bo wydaje mi się…

— Tak, na pewno. Jeśli teraz przyjedziesz, tylko pogorszysz sytuację — odpowiada stanowczo Jasper. — Słuchaj, przyjedź rano. Pójdziemy na spacer czy coś. Pogadamy.

Jego głos łagodnieje, jest nieco cieplejszy. Bardziej przekonujący. Tak jakby.

— Spacer, okej — mówię.

— Nic mi nie jest, serio. Po nocnej zmianie mama na ogół śpi do dziesiątej. Wpadniesz wtedy?

— Pod warunkiem, że mi coś obiecasz.

— Co?

— Że nic ci nie będzie.

Wypowiadam te słowa przez zaciśniętą krtań i z trudem przełykam ślinę. Jasper jest rozbity, a to zupełnie do niego nie pasuje. Pomimo porąbanego ojca i matki, która kocha go tylko za to, co według niej mógłby osiągnąć, zawsze był optymistą. To ja jestem tą rozbitą.

— Jasne — mówi, ale ten nagle pogodniejszy ton w jego głosie jest ewidentną przykrywką. Za szybko się ze mną zgodził. — A teraz ty mi coś obiecaj.

— Okej.

— Przed przyjściem najpierw zadzwoń.

3

Otwieram oczy. Wdycham zapach naleśników i smażonego boczku i pozwalam sobie na kilka słodkich sekund amnezji, po których wszystko do mnie wraca: Jasper, u niego w domu, dziesiąta rano. Momentalnie odżywa też wczorajszy niepokój. Odwracam głowę, żeby spojrzeć na zegarek. Nie ma nawet wpół do ósmej. Odpłynięcie w sen byłoby najlepszym wyjściem z sytuacji — nie musiałabym zamartwiać się Jasperem.

Ale po chwili dobiegają mnie głosy z dołu. Gideon i tata. Obaj niezadowoleni. Kładę sobie poduszkę na głowie, żeby ich zagłuszyć. Bez skutku.

Schodzę na dół. Tata stoi przy kuchence. Zaciska i rozluźnia szczęki, jakby chciał zjeść swoje zęby.

— Czyli co, to wszystko? — rzuca gniewnie Gideon i kiwa się na taborecie przy wyspie kuchennej.

Mój brat bliźniak znowu szykuje się na spięcie. Jest głodny walki.

Czuję to jasno i wyraźnie. Wprawdzie nie poddałam się dodatkowym testom i szkoleniu, ale od mojej pierwszej sesji z doktor Shepard po wydarzeniach w Maine zrobiłam spore postępy w doskonaleniu umiejętności outliersa. To był mój talent, mogłam z nim zrobić, co chciałam.

Zaczęłam ćwiczyć w domu, czytając emocje taty i Gideona, dopóki nie doszłam w tym niemalże do perfekcji. Nie było to przyjemne doświadczenie. Gniew Gideona bywa tak toksyczny, że mam czasem wrażenie, jakby palił mi skórę. Za to smutek ojca potrafi mnie aż dusić. I w obu przypadkach były to prawie całkowicie dominujące uczucia. W końcu uznałam, że muszę poszerzyć pole działania. Więcej ludzi, więcej praktyki.

W bibliotece publicznej w Newton nauczyłam się, że trudno jest czytać emocje osób, kiedy mieszają się one z emocjami postaci czytanych przez nich książek. Przerzuciłam się więc na restauracje, bo tam toczy się prawdziwe życie. Ludzie się rozstają, przyznają się do winy, składają obietnice, kłócą się i przepraszają. I siedzą w miejscu na tyle długo, że można obserwować konsekwencje ich zachowań. Właśnie tam poznałam zasadę outliersów nr 1: kontakt wzrokowy pomaga czytać cudze emocje. I zasadę outliersów nr 2: w tłumie trudniej czytać ludzi. Niedługo potem jasna stała się zasada outliersów nr 3: trening czyni mistrza. Bo kiedy zaczynałam ćwiczyć w restauracjach, rozpoznawałam tylko podstawowe uczucia: szczęście, smutek, gniew. Dzisiaj, po pięciu tygodniach praktyki, potrafię odróżnić wstyd od żalu, radość od zadowolenia.

Jednak im lepiej opanowywałam swoje umiejętności, tym bardziej czułam, że powinnam zachować to w tajemnicy. Mocno mnie zdziwiło, że ojciec tak się pilnował, by nie przekroczyć moich granic i do niczego mnie nie przymuszać.

A z drugiej strony wcale nie powinno go dziwić, że chcę do wszystkiego dojść sama, bo przecież w ten sam uparty sposób samodzielnie nauczyłam się pływać. Gideon podbiegł do krawędzi basenu i bez zastanowienia wskoczył do wody. Prawie utonął, zanim tata do niego dołączył i pokazał mu, jak utrzymać się na powierzchni. Tymczasem ja całymi tygodniami brodziłam niepewnie w poprzek płytszej części basenu, bo musiałam nabrać odwagi do wykonania choćby kilku ruchów wpław. W końcu jednak nauczyłam się pływać. Bez niczyjej pomocy.

— Czołem, Wylie — mówi tata, gdy staję w drzwiach, i uśmiecha się z ulgą. — Chcesz naleśników?

Gideon parska, zniesmaczony.

Zniesmaczony tym, że ojciec próbuje zmienić temat. Zniesmaczony moją osobą. Nie, to nie to. Niesmak jest zbyt delikatnym określeniem. Dziś rano Gideon jest na mnie wściekły. Jego furia aż mnie zatrzymuje.

Po części właśnie dlatego wciąż trudno jest mi zaakceptować to całe bycie outliersem. Bo kto chce wiedzieć, co inni naprawdę o nim myślą? Poza tym teraz najbardziej zależy mi na normalności, a zaakceptowanie PPE oznacza pogodzenie się z faktem, że już nigdy nie znajdę sobie miejsca na ziemi.

Tata stawia przede mną wielki talerz naleśników, a ja siadam na taborecie obok Gideona i staram się zignorować bijące od niego fale gniewu. Żałuję, że zeszłam na dół.

— Dobre wieści! Wygląda na to, że NIH sfinansuje oficjalne badania taty nad outliersami! — krzyczy Gideon, jakby to była jego ostateczna riposta w ich długiej kłótni.

Zresztą możliwe, że tak jest. Wyniki testu Gideona okazały się przeciętne. Tata nie mógł tego przed nim ukryć. Oznaczało to, że jego pozawzrokowa i pozasłuchowa percepcja emocjonalna mieściła się w normie, kiedy ograniczenia akustyczne i wizualne testowane były osobno. Czyli — jak zdecydowana większość ludzi — nie ma PPE. Nie jest outliersem. I może byłby w stanie to zaakceptować, gdyby istniała jakaś szansa na zmianę tego stanu rzeczy. Ale tata utrzymuje, że Gideon nie może być outliersem, bo nie jest dziewczyną. Wprawdzie nie umie tego wytłumaczyć, ale nie ma wątpliwości, że tak jest.

Z początku Gideon zwyczajnie nie przyjmował tego do wiadomości. Był przekonany, że tata musiał się pomylić w obliczeniach. Ale jak tylko ojciec uznał, że szkoda mu czasu na potwierdzanie swoich obserwacji, Gideon wpadł w furię. Jakby się oburzał w imieniu wszystkich mężczyzn.

Mam ochotę zwrócić mu uwagę na wszystkie korzyści, jakimi cieszą się w życiu chłopcy, jak na przykład wzrost, szybkość czy możliwość prokreacji bez cierpienia fizycznych tortur podczas porodu. Albo, niech pomyślę, prawie zerowe prawdopodobieństwo padnięcia ofiarą gwałtu, podczas gdy dziewczyny muszą o tym myśleć przy każdym wyjściu z domu.

Wiem jednak, że Gideon odebrałby to wyłącznie jako wypowiedzenie wojny, a kto by się chciał bić z wariatem?

— Odpowiedź NIH-u na nasz wniosek o dofinansowanie była obiecująca — mówi tata. — Ale nic nie jest pewne.

— A reszty jej nie powiesz? — Gideon nie daje za wygraną. — W końcu tu chodzi o jej mózg.

Otwieram szeroko czy.

— Jakiej reszty? — pytam.

Tata bierze głośny wdech i patrzy na mnie z wymuszonym i kompletnie nieprzekonującym uśmiechem.

— Wszystko inne jest na bardzo wczesnym etapie. Ale jest jedna neurolożka z Uniwersytetu Kalifornijskiego, która sądzi, że jest bliska znalezienia odpowiedzi na pytanie o przyczynę PPE. Jej hipoteza brzmi ciekawie, ale to tylko hipoteza.

Serce już zaczęło mi szybciej bić. Oto i jest, szybciej niż myślałam: ostateczna diagnoza. Nie jestem na nią gotowa. Może i przywykłam już do myśli, że jestem outliersem, i już prawie umiem czerpać satysfakcję z doskonalenia tej nowej umiejętności, ale nadal boję się wiedzieć, skąd ona się bierze. Ta informacja wydaje mi się zbyt ostateczna. Mam ochotę zasłonić uszy rękami. Nie robię tego tylko dlatego, że wiem, jaką przyjemność sprawiłabym Gideonowi tym gestem.

— No to powiedz jej, co myśli ta neurolożka — mówi Gideon.

— Jeśli Wylie będzie chciała poznać takie szczegóły, sama mnie zapyta — odpowiada szorstko tata i odwraca się w moją stronę. — Nie musisz się śpieszyć.

— Uprzedzę cię: twój mózg nie jest normalny — syczy mi do ucha Gideon.

— Gideon, nie pomagasz! — krzyczy tata, po czym próbuje się uspokoić. — Poza tym to nieprawda. Słowo „normalny” nic nie znaczy.

— Nic nie znaczy? — krzywi się Gideon, odsuwa swój talerz i wstaje z krzesła. — Aaa, okej. Już rozumiem! Im bardziej Wylie jest pieprznięta, tym lepiej. Ja tu cały czas próbuję robić, co do mnie należy, a tymczasem tobie zależy tylko na takiej dziwaczce jak ona. — Gideon kręci głową. — Ale obaj wiemy, że gdybym to ja był outliersem, to by znaczyło, że jestem zepsuty, nie wyjątkowy.

— Gideon. — Tata zaciska szczęki i wlepia wzrok w blat. — Jesteś wyjątkowy taki, jaki jesteś. — Próbuje, ale jest tak wściekły, że kompletnie mu to nie wychodzi. — Wylie, nie słuchaj go. Jest na mnie zły i wyładowuje to na tobie.

— Chyba że rację ma ten drugi gość, i to jest choroba — mówi Gideon i kładzie rękę na oparciu krzesła, jakby nagle postanowił jednak zostać w kuchni. — Bo wtedy już byśmy wiedzieli, że jednak coś jest z tobą nie tak.

Tata zamyka oczy, a jego nozdrza się rozszerzają. Jest naprawdę zły. Najwyraźniej mimochodem powiedział coś Gideonowi i teraz tego żałuje.

— Jaka choroba? — pytam, bo nie mam wyboru. Mój lęk nie pozwoliłby mi puścić takiej informacji mimo uszu.

— Rozmawiałem z wieloma ekspertami — zaczyna mówić tata, teraz już opanowanym tonem naukowca — i cieszę się, że to zrobiłem, bo dzięki temu mam pełniejszy obraz. Ale jest pewien bardzo uparty immunolog, który usilnie próbuje mnie przekonać, że PPE jest ubocznym efektem infekcji.

— Jak to? Co to znaczy?

— Jest kilka wirusów, które teoretycznie mogą wywoływać objawy psychologiczne. W moim badaniu kilkoro outliersów przejawiało różne zaburzenia nastroju. Poza lękiem zmagali się także z innymi problemami: uzależnieniem, anoreksją, samookaleczaniem się, depresją oraz zachowaniami aspołecznymi czy wręcz kryminalnymi.

— Nareszcie znalazłaś swoje plemię, Wylie — rzuca Gideon, patrząc na resztki moich niedbale ściętych włosów, które już trochę odrosły, ale nie do końca. — Chorzy, chorzy na głowę. A, i ważna rzecz. Ten immunolog, którego tato próbuje zbyć, jest profesorem na Uniwersytecie Cornella.

— Owszem. Doktor Cornelia jest związany z Cornellem i pracuje w szpitalu Metropolitan w Nowym Jorku — mówi tata. — Ale żeby było jasne, jego założenia są mocno podejrzane. Po pierwsze, nie wszyscy outliersi, których badałem, wykazywali zaburzenia psychologiczne czy behawioralne. Tak było w przypadku tych dwóch dziewczyn, które wraz z tobą były pierwszymi osobami z PPE. Żadna z nich nie miała podobnych problemów. Zatem owszem, może istnieć związek między byciem outliersem a jakimiś zaburzeniami nastroju, na przykład lękliwością, ale na pewno nie jest to prosta relacja przyczynowo-skutkowa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Extrasensory perception (ang.) — postrzeganie pozazmysłowe [przyp. tłum.]. [wróć]