Różowa mysz - Wiktor Jerofiejew - ebook
Opis

Marusia ma jedenaście lat i fala zabrała jej rodziców. Dziewczynka wyrusza na Dno, do podziemnego królestwa, którym rządzi Krab–Olbrzym o wyglądzie portu pełnomorskiego z dziesiątkami dźwigów. Marusia chce uratować rodziców od wiecznej śmierci i sprowadzić ich z powrotem na ziemię. Na dnie, jak to na dnie, czekają na nią straszliwe próby i galeria przedziwnych typów oraz baśniowych postaci, od Małego Księcia po Kubusia Puchatka.
Jednak nie daj się zwieść, Drogi Czytelniku. Jeśli Wiktor Jerofiejew pisze baśń, nie będzie to zwyczajna baśń, a już na pewno nie należy jej czytać dzieciom na dobranoc. Nie dość, że Dno jest światem do dna zepsutym i okrutnym, to jeszcze perwersyjnym, a ofiarą owych perwersji padnie nasza dojrzewająca pod wodą w bardzo szybkim tempie bohaterka. Dno to świat na opak, ale przede wszystkim Rosja na opak, jak to u Jerofiejewa opisywana bez złudzeń, za to w groteskowym wyolbrzymieniu. Ale to również fantastyczna literacka gra, której patronuje najbardziej znana spośród literackich podróżniczek po fantasmagorycznych światach, Alicja w krainie czarów Lewisa Carrolla.
Wiktor Jerofiejew, autor m.in. „Rosyjskiej piękności” i „Dobrego Stalina”, uważa, że „Różowa mysz” to jego najlepsza powieść. Czasami warto zaufać autorom...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 466

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:Розовая мышь

Redakcja: Maciej Robert

Korekta: Renata Burlikowska

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcie na okładce: Shutterstock/Inna Ponomareva

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Wiktor Jerofiejew 2019

© copyright by Agora SA 2019

© copyright for Polish translation by Michał B. Jagiełło

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2896-6 (epub), 978-83-268-2897-3 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Poświęcam Katii Jerofiejewej

Nie powiem wam kto, kiedy, skąd, dlaczego,

A także dokąd, po co, gdzie i czemu tak...

(piosenka)

Wszyscyśmy dzieci różowej myszy.

(z rozmowy)

Rozdział 1
ŻEGNAJ, MOJE TYCIE ŻYCIE!

„Ludzie! Ziściło się! Ziemia drży, gromy na niebie, pop... Spełniło się wielkie rosyjskie proroctwo! Pop na kurze gna przed siebie, a popadia idzie pieszo, tyłek swój grzebieniem czesząc. Dokonało się! No i kombinuj teraz, chłopie! We śnie i na jawie cały globus wykrzywił oś, sfiksował, wyleciał z uchwytów. Dokąd pędzisz, Ameryko? Wow, Europa! Rosja już donikąd nie pędzi, za to cofa się rakiem. Muzułmanie, raz-dwa, naprzód marsz! Chiński kraju, daj nam czaju! Po co i za co żyć? W co wierzyć? Ludzie! Runęło wszystko, co mogło runąć, utonęli wszyscy, którzy umieli i nie umieli pływać!”

Tak mówił mój tata. Wymachując rękami.

Tata utonął. Mama też.

Rodzice pewnej małej rosyjskiej dziewczynki utonęli w morzu. Tata i mama. Dziewczynka nieustraszenie wyruszyła na samo dno podwodnego królestwa. Postanowiła uratować rodziców od wiecznej śmierci i sprowadzić ich z powrotem na Ziemię. Przecież bez rodziców została zupełną sierotą!

Na dnie przydarzały się jej rozmaite straszne przygody. Pokonawszy mrok wielu udręk i niedoli, sama dostała się w kleszcze Śmierci, w charakterze której to śmierci pracował na dnie Krab-Olbrzym o wyglądzie portu pełnomorskiego z dziesiątkami dźwigów.

Nie, nie jakiś tam kretyński Kościej Nieśmiertelny z prastarej baśni zaczął dręczyć dziewczynkę, lecz ogromny, potężny wysłannik przyszłości... Miał wiele przydomków. Im straszniejsze plugastwo – tym więcej nazw! Niektórzy mieszkający na dnie Chińczycy ze zgrozą nazywali tego potwora Widmem z Szanghaju.

Krócej mówiąc, tą dziewczynką byłam ja, i łzy rozpaczy trysnęły z moich, a nie czyichś innych oczu.

Jeszcze krócej mówiąc, kiedy Krab-Olbrzym o czerwono-pomarańczowym pancerzu ścisnął mnie mocarnymi szczypcami, tak się przeraziłam, tak się zlękłam, że aż się posikałam! Jednak nawet nie zauważyłam, że się posikałam. Dlatego, że bardzo się zlękłam. A kiedy nagle poczułam, że się posikałam, w ogóle nie było mi wstyd. Bo wy na moim miejscu też byście się posikali...

Z tego przerażenia mignęło mi przed oczami całe moje dotychczasowe maleńkie, tycie życie, od szczęśliwego zarania do samego dna. Stojąc na kosmatych, dygoczących ze złości, ale mimo to mocnych nogach, wytrzeszczywszy oczy-peryskopy, ON zaczął mnie dusić przed wciągnięciem do swojej cuchnącej paszczy.

I oto jestem już w tej cuchnącej paszczy, zaraz mnie pochłonie! Żegnaj, moje maleńkie, tycie życie! Krzyczę ochryple:

– Mamo! AAAAAAA!!!

Już się odłączam, ugasam, już po mnie. A w głowie kołacze:

– Jak to tak? Koniec! Jak to tak?

Rozdział 2
SYYY... GRUDZIEŃ W MOSKWIE

– Syyy... – świsnęła Różowa Mysz. – Aż mnie pot oblał! Ale w tym śnie tylko się posikałaś?

– Co?

– No to, że się nie sfajdałaś!

– Nie, tylko się posikałam.

– Syyy! Czy zauważyłaś, że dla zwierząt, a i dla ludzi też, sikanie to przyjemność, a robienie kupy męka?

– Syyy! – przedrzeźniam Mysz. – Dlaczego jesteś dziś taka ordynarna?

– Nastały ordynarne czasy. Innych się nie przewiduje. Kiedy kończy ci się dzieciństwo? Syyy?

– Sama jesteś Syyy! – Rozzłościłam się.

To „Syyy” działa u niej we wszystkich możliwych przypadkach i trybach: jako wołacz, dopełniacz, tryb rozkazujący – to podstawowy świst-gwizd jej mysiego języka.

– Spójrz na zegarek! – poleciła Różowa Mysz. – Gdzie jest twój stary babciny, ze wskazówkami? Gdzie twój budzik wielkości utuczonego królika? Do końca dzieciństwa zostało ci parę tygodni.

– Jak ja zdążę uporać się ze wszystkim?

– Stoisz na samej krawędzi bajki.

– Krawędź już była. Teraz skoczę w przepaść.

– Jak znalazłaś się na dnie morza?

– Rodzice nie chcieli witać Nowego Roku w Moskwie.

– Syyy! Więcej szczegółów!

Różowa Mysz obwąchuje klawiaturę komputera jak kawałek smakowitego sera:

– Czuję natchnienie! Wiesz? Najbardziej na świecie lubię ser gruyère! Ach, gruyère, gruyère... Syyy! O serze mogę nawijać latami... Kiedy jest mi strasznie albo wesoło, myślę o serze... Gruyère jest lepszy niż muzyka Mozarta! Nawet lepszy niż słońce! Ementaler to też cudo! Bryła ementalera waży średnio siedemdziesiąt pięć kilo!

– A ja... Gdyby to ode mnie zależało, wszystkim ludziom na świecie podarowałabym chomiczka – wtrąciłam.

– Ale chomiczków nie wolno przewozić przez granicę – zauważyła Różowa Mysz. – Zresztą z serami na granicy też bywają kłopoty. A tak z ręką na sercu najbardziej lubię parmezan! Wyobrażasz sobie? Wiesz co, napiszmy książkę!

– O serach? – mruczę. – Widzę, że lubisz parmezan trochę bardziej niż mnie.

– Coś ty! – Mysz się przestraszyła. – Nie nadeptuj mi słowami na łapki! To boli! Nie, książka nie będzie o serach... Będzie o Car--Dnie! O bezkresnym imperium podwodnym!

Mysz momentalnie popadła w zadumę.

Za oknem świeci ubogie styczniowe słońce. Różowa Mysz zaciera łapki:

– Marusiu, zaczynamy?

Mruży oczy, patrzy w okno:

– Temu słońcu chciałoby się dać jałmużnę.

– Fakt, to nie lipiec! – przytakuję.

– Twoi rodzice dają jałmużnę żebrakom?

– Tata owszem, kiedy stoi w korku. A mama klnie, że to nie żebracy, ale mafia!

– Nawet jeśli nie mają nóg?

– Mama mówi, że chowają nogi pod siebie...

– Dlaczego twoi rodzice nie chcieli świętować Nowego Roku w Moskwie?

– O, to cała historia! – Klaskam w dłonie. – Żeby ją poznać, musimy zajrzeć do głowy taty.

Rozdział 3
KREML

Mój tata to Własne Zdanie. Na wszystko-wszyściutko ma swój niezależny pogląd. Każdego ranka, który zaczyna się u niego nie wcześniej niż w porze obiadu, czyta przy stole okropne wiadomości w Internecie, z zadowoleniem zakąszając je jajecznicą z dwóch jaj i pomidorów oraz chrupiącymi grzankami albo kaszą gryczaną z mlekiem.

– Idioci! Barbarzyńcy! Niewolnicy! Bękarty! Sukinsyny! Naiwni ludzie! – słychać jego gniewne komentarze.

Ma się wrażenie, że codziennie ogląda serial przygodowy o Papuasach z Nowej Gwinei. Dawniej, kiedy jeszcze mnie nie było, wyrażał swoje Własne Zdanie wszędzie, gdzie tylko chciał: w telewizji, w radiu, w prasie. Teraz, jak powiada, wolność się skurczyła, ale i tak pozostał panem całej głowy. Niemniej przed sylwestrem nawet w głowie taty powstawał zamęt. Przecież mój tata jest taki mądry, że aż głupi! Do Nowego Roku było ciut ponad tydzień. A tu nie wiadomo, z kim ten Nowy Rok witać.

Jeśli pójdziemy do Iwanowów, roztrząsała tatusiowa głowa, będzie co smacznie zjeść i porządnie wypić, ale Iwanowowie mają kotkę Żuczkę. Tak, Żuczkę! Ona drapie! Poprzednim razem podarła opalizujące rajstopy mojej żony Eleny Pietrowny. Do diabła z Iwanowami!

Z drugiej strony, łamała głowę tatusiowa głowa, jeśli wybrać się do Gonczarowów, to oczywiście będzie u nich wesoło, ale mogą tam podrywać Elenę Pietrownę, jest piękna. Zmuszą ją do palenia na zimnym balkonie, obleją szampanem... W takim przypadku nad ranem będę musiał stchórzyć albo z kimś się bić.

Można, rzecz jasna, pójść do Wodostokowów. Tam jednak czyha pułapka: rozmowa może przypadkiem zejść na pieniądze. Jestem im winien pieniądze. Ile? Dużo! A nie mam. Kto dziś ma pieniądze? I w ogóle to chamstwo z ich strony, żeby w sylwestra wypominać, kto komu i ile jest winien!

Chętnie powitałbym Nowy Rok z Pietruchinem, ale u niego nie da się nie upić i nie otworzyć duszy na oścież. To zaś w dzisiejszych czasach nie jest bezpieczne. A bo to mało ma człowiek w duszy rzeczy niedozwolonych?

Z siódmej strony... Straciłem rachubę! Siódma strona – to marzenie! Wybrać się na sylwestra do profesora Gula! Prestiżowe towarzystwo. Profesorowie, chirurdzy, stomatolodzy, dermatolodzy. Piją różowego szampana. Ale przeważnie nas nie zapraszają!

Zostają Noskowowie... Cóż – żona Noskowa to Ukrainka! No i co z tego? – denerwuje się tatusiowa głowa. Boże, jak zmienił się ten świat! Ze wszystkich szczelin wyłazi wojna!

Mam przyjaciela, generała Pietrowa. Ech, do niego by! Pietrow to człowiek przyszłości. Wszyscy wojskowi łżą, od szeregowego po generała. Ale generałowie łżą pięknie. W przyszłym roku, powiada Pietrow, będziemy pić wódkę nad brzegami pokonanej Tamizy. W tym celu, wyjaśnia, trzeba tylko zabić trzysta tysięcy osób... Oczywiście nie żal mi ich, myśli tatusiowa głowa, po to są żołnierzami, żeby umrzeć za ojczyznę, ale mimo wszystko to duża wojna, a ja nie jestem jeszcze wewnętrznie gotów na taki rozlew krwi.

A moja żona Lena, najeża się tatusiowa głowa, woła z sypialni: pójdziemy powitać Nowy Rok do moich przyjaciółek! To nie Ukrainki! Po prostu nasze ojczyste kretynki!

Możemy jeszcze pójść do liberałów. Ale im nie dogodzisz! Ze wszystkiego są niezadowoleni, z wyjątkiem samych siebie! Wasilij Arkadijewicz pracuje w prywatnym banku i jest bardzo niezadowolony, że w kraju nastąpił totalny krach. Przecież to jest, krzyczy, przestępstwo! Przyjdziesz do niego witać Nowy Rok, a on w kółko: krach! krach! – i będzie straszyć rozpadem państwa... Przy takim krachaniu nawet jego czarny kawior nie sprawi żadnej przyjemności!

W rezerwie pozostają jeszcze krewni, kręci tatusiowa głowa. W najgorszym razie można by do krewnych... Wujek Wołodia wiecznie milczy. Jego syn Kostik jest głęboko religijny i przestrzega postu, w Nowy Rok je kaszę mannę na wodzie. Jego przyjaciel, ojciec Paweł, z niewiadomych powodów uważa mnie za Żyda. I znów całą noc będziemy roztrząsać, czy jestem Żydem, czy Żydem nie jestem!

Ciekawe, zastanawia się tatusiowa głowa, jak spędzi sylwestra mój dawny kolega z roku Maksim Gąsior-Kompotow! Maks znany jest milionom telewidzów ze swej miłości do Prezydenta. Za to o Ameryce mówi jak o wściekłym psie. Też nie jestem specjalnym wielbicielem Ameryki, w ogóle Anglosasi mnie wkurzają, ale nie mam zamiaru z tego powodu pozbywać się amerykańskich dżinsów!

A wczoraj w nocy, konfidencjonalnie westchnęła tatusiowa głowa, w ogóle była jakaś bzdura... Mam sen: dzwoni telefon. Rozwlekając słowa, mówi kobiecym głosem:

– Iwanie Iljiczu, sam Dziadek Mróz zaprasza pana na Kreml, na powitanie Nowego Roku. W wąskim gronie. Będzie dziesięciu najlepszych ludzi w Rosji, w tej liczbie także pan.

– Mnie? Na Kreml? Na choinkę noworoczną? Co to za wygłupy?

– Niechże się pan zlituje!

– Przecież wcale nie jestem najlepszy! No, może nie jestem najgorszy, nie popadajmy w skrajności, ale też nie najlepszy.

– Jest pan oczekiwany na Kremlu!

– No i dlaczego ja przed nimi skapitulowałem?

Milczenie.

– Mam przyjść sam czy z Leną?

Ale kobiecy glos już się rozłączył. Myślałem, myślałem, w końcu postanowiłem pójść z Leną. Lena oczywiście w kosmos nie lata, ale jakże zostawić moją miłość samą w Nowy Rok?

Wystroiliśmy się z Lenką jak mogli, pojechaliśmy trolejbusem na Kreml. Wchodzimy. Wita nas Śnieżynka: rajstopy z wzorkiem w morskie wodorosty.

– Kochani, od razu do Dziadka Mroza!

Pomilczałem przez chwilę, a potem spytałem:

– Kim on dla ciebie jest? Dziadkiem czy co?

– Dlaczego dziadkiem? To mój mąż!

– Jak to „mąż”? – zdziwiła się Lena. – Ile masz lat?

– Osiemnaście i jeden dzień!

– No to w takim razie... – mówię – wszystkiego najlepszego z okazji tych lat minionych!

Wchodzimy do sali. Jest cała ze złota. Powłazili do niej wszyscy z telewizorów. Najbardziej znane twarze z uśmiechami różowych lal. Na przedzie, w wydzielonym boksie – pierwsze gęby. Dalej – pierwsze ryje. A w przegródkach podskakują pierwsze mordy. Zestaw w komplecie. Pierwsze pyski śmieją się i mówią, że miniony rok był najbardziej zwycięski ze wszystkich, że lepszego roku w historii kraju się nie znajdzie, chociaż cała nasza historia to autostrada. Pędzisz nią na oślep, a równocześnie stoisz w miejscu... Już czas, mówi morda, skończyć ze zdrajcami i dolarami.

Energicznie wchodzi Dziadek Mróz:

– Nowy Rok ogłaszam za otwarty!

Rozdaje wszystkim w prezencie po walizce nowiutkich banknotów i po parze zabytkowych zegarków od samego Beaumarchais, o których nawet im się nie śniło, życzy nowego szczęścia. Walizki nie wywierają na nich wrażenia, ale zegarki oglądają z dziecinnym zachwytem. Śnieżynka w wyzywających rajstopach:

– Oboje z Dziadkiem najbardziej kochamy Rosję, właśnie dlatego jesteśmy na Kremlu, my, jedyni prawdziwi, wszyscy inni dziadkowie mrozy i śnieżynki to lipa i podróba!

– To prawda – przytakuje Dziadek Mróz. – Jesteście jedynym krajem, który wciąż jeszcze we mnie wierzy. Niech żyje wasz pierwotno-wojskowy ustrój! – Przywołuje mnie palcem: – Chodźmy, Własne Zdanie, porozmawiać na osobności!

Przechodzimy do sąsiedniego pokoju, zamykamy drzwi na klucz. Ze zdenerwowania od razu zapaliłem biełomora – palę papierosy wyłącznie tej marki przez pamięć o represjonowanych... Tyle że z każdym rokiem coraz trudniej dostać biełomory.

– Chcesz? – Podsuwam paczkę.

Puszczamy dymka. Myślałem, że da mi pieniądze, a on powiada:

– Odpowiadaj w imieniu całego narodu! Jesteś zadowolony z życia?

Obejrzałem się na wszystkie strony.

– Po co pytasz?

– Jeśli naród nie jest zadowolony, zamrożę ich wszystkich!

Oj, myślę sobie, noworoczna prowokacja!

– Jakże ich zamrozisz, skoro jest tam moja miłość, piękna Lena?

– Jak chcesz, to twojej piękności nie zamrożę. A co do reszty sam decyduj.

– Boję się, że jak ich zamrozisz, to przyjdą jeszcze gorsi...

– Tchórz!

– Jaki tchórz! Po prostu znam historię swojego kraju!

– Twój kraj nie ma żadnej historii. – Dziadek Mróz jest niezadowolony. – Wszyscy żyjecie niczym w świecie baśni!

Odwraca się – i do złotych drzwi. Nie wytrzymuję:

– Stój!

Dziadek Mróz wyhamowuje. Odgasza peta o podeszwę.

– A nie chcesz dać mnie i Lenie walizki pieniędzy?

– Po co? – Podejrzliwie mruży oczy.

Spieniłem się:

– Jak to po co, ty mroźna pokrako?!

I widzę przed sobą zaspaną twarz Leny.

– Czemu się tak wydzierasz?

– Jak to czemu? On nie chce nam dać walizki pieniędzy!

– Śpij, przygłupie – mówi moja żona Lena. – Śpij do lepszych czasów! Śpij! Śpij! Śpij!

„Eeee... – myśli z goryczą tatusiowa głowa, przytuliwszy się do Leny w małżeńskim łożu – szkoda, że nie kazałem ich wszystkich zamrozić... Może wtedy dostalibyśmy z Lenką całą walizkę nowiutkich pieniędzy!”

Tata obraził się, że jego, pana całej głowy, pominięto z tą walizką. Rodzice zrozumieli, że na Nowy Rok nie zaświeci im w Moskwie żadne światełko.

– Moja twarz biegnie przede mną. Ludzie rozpoznają mnie w tłumie na ulicy. I co z tego? – oznajmił tata. – Wyjechać z Moskwy, to jest myśl!

Rozdział 4
NOWY ROK W TROPIKACH. PREZENT Z PRZYSZŁOŚCI

Daleko od Moskwy, na tropikalnej wyspie, w noworoczną noc z fajerwerkami dostałam niezwykły podarunek. Zawsze lubiłam prezenty. Ale takiego prezentu nigdy jeszcze nie miałam. Pamiętam samą siebie od dnia narodzin. Pamiętać – to łatwe. Zanurkuj głęboko w siebie, i już. Mama chciała, żebym urodziła się w Paryżu, dlatego że w Paryżu rodzi się bez bólu.

– Moja córka będzie rosyjskim dzieckiem międzynarodowym!

Tata niczego jej nie odmawiał: wsiedliśmy do Aerofłotu, mama przykryła mnie żółtym płaszczem, i poleciałam w jej brzuchu z Moskwy do Paryża na tydzień przed porodem.

Tata siedział na porodówce w Clinique de la Mouette, dosłownie naprzeciwko wieży Eiffla, w białym fartuchu. Fartuch był na niego za duży. Tata przyglądał się, jak wychodzę z mamy. Płonęły mu policzki. Gdy tylko zaczęłam wychodzić, francuski lekarz Philippe Lalau w zielonych żabich rękawiczkach powiedział:

– Po prostu pańska kopia, monsieur!

Dorośli lubią przesadzać... Kiedy mnie i mamie przecięli pępowinę, mocno zacisnęłam palce na kółku uchwytu nożyc. Miałam wrażenie, że mogą mnie upuścić. Albo jeszcze gorzej – wyrzucić! Wszystko jest możliwe!

– Oho, jak chwyta się życia! – Doktor Lalau uniósł zielony palec wskazujący.

– Ma pan rację, doktorze! – Tata mrugnął załzawionym okiem. Zawsze irytował mnie łzawym sentymentalizmem, kiedy chodziło o jego córkę.

– Jak cieszy się dusza naszej dziewczynki! – Uśmiechnął się doktor Lalau. – Kto wie, jak długo czekała na tę chwilę? Przecież naburmuszone dusze cierpią w oczekiwaniu ziemskiego życia. Siedzą, rozumie pan, jak wróble na drutach telegraficznych wzdłuż nieskończonej linii kolejowej w wyblakłej mgle!

– W wyblakłej mgle? Pan jest poetą!

– To fakt medyczny, Iwanie Iljiczu! – powiedział z przekonaniem doktor Lalau, z trudem wymawiając łatwe imię i patronimikum ojca. – Odbieram poród cztery tysiące czterdziesty trzeci raz.

– Nieźle! – Iwan Iljicz zachwycił się skwapliwie, po rosyjsku.

– Bez ani jednego braku! Jakie ma długie paluszki!

– Jak u mnie! – Tata zaprezentował swoją piątkę.

– Ja też mam długie! – odezwała się nagle mama z łóżka porodowego, tuląc moje nowo narodzone ciałko do swoich apetycznych cyców rozmiar dwa i pół.

Mężczyźni odwrócili się do niej jak w filmie.

– Wybraliście już imię dla dziewczynki? – spytał moich rodziców francuski komik, doktor Lalau.

– Marusia! – wykrzyknęli zgodnie mama i tata.

* * *

Prezenty rozmnożyły się. Dzieliły się na długie i krótkie. Krótkie szybko się nudzą. Już na drugi dzień jest z nimi nudno. Na przykład lubię miśki. Mam ich całą kolekcję: małych, brązowych, białych, autorskich, przedrewolucyjnych z wytartym pluszem i oderwanym oczkiem-guzikiem, supernowoczesnych, sportowych, z oczami kręcącymi się jak talerze...

Tata głaszcze je i mówi:

– Miłość do miśków to wielka tajemnica. Z miśkami, Marusiu, człowiek staje się bardziej ludzki.

– Ale, tato – mówię z lekkim oporem – o jednych miśkach szybko zapominam, a z innymi nie mogę się rozstać. Z niebieskim Sierżykiem śpię od dawna i nie wyobrażam sobie, że w ogóle można spać bez niego!

Im więcej dostawałam prezentów, tym były krótsze, a Sierżyk przetrwał. Co w nim jest szczególnego? A nic! Noworoczny prezent z przyszłości obiecał, że będzie długowieczny. Nawet więcej: nie wiadomo, czy to ja dostałam prezent, czy sama stałam się prezentem dla prezentu.

* * *

Zamiast choinki ubraliśmy w salonie młody zgrabny cyprys.

– Kraby! Kraby! – obwieścił tata.

Goście przy długim stole pachnieli odświętnie. Za sprawą upału i wina trochę skleili się ze sobą, jak pielmienie w garnku. Wydali gastronomiczny okrzyk radości. Przy stole siedzieli dorośli różnych narodowości. Spośród Rosjan był jeszcze kolega taty z jednej klasy, Kochanow. W dzieciństwie wspólnie dręczyli dziewczynki i koty. Była na poły posiwiała rodzina Francuzów – producentów wina, był też wesoły Holender, który wypił całe ich wino. Trójka Hiszpanów--fotografów jadła krewetki, głośno mlaszcząc. Przybłąkał się sfiksowany Amerykanin w białej bandanie na głowie. Właściciel baru na plaży dla nudystów. Często chodziliśmy do niego na tę plażę i tam przekonałam się ostatecznie, że ludziom pasuje golizna. Kiedy ludzie są nadzy, stają się o wiele lepsi, nie krzyczą, nie kłócą się, uśmiechają się wstydliwie. Człowiek w ubraniu nigdy nie zaproponuje mi lodów ot tak sobie, po prostu nie jest to przyjęte, a golasy na plaży wręcz prześcigają się, żeby postawić mi lody w barze... Zawsze wybieram te o smaku mango. Są takie smaczne! Obok Amerykanina siedział rudy Polak i obejmował swoją węgierską żonę. Byli pokłóceni i nie rozmawiali ze sobą, ale nie wypuszczali się z objęć.

Przyjaciel taty, Fin-tłumacz, ciut zalatywał pluskwami. Nowy Rok nie był dla niego powodem do umycia się. Drugi bliski przyjaciel taty, Niemiec Uli, tak mocno pachniał wodą kolońską, że wszyscy wokół niego dostawali czkawki. Zarina, dziewczyna-Jakutka z rytualną blizną na twarzy, umiała naśladować kumkanie żab i szum tajgi. Niezidentyfikowany staruszek muczał: zapomniał rosyjskiego, a innych języków się nie nauczył. Kochanow złośliwie nazywał go rosyjskim liberałem.

W najodleglejszym końcu stołu siedział z gitarą w rękach niewysoki, czarnobrewy przystojniak. Nerwowo poruszał nozdrzami. Wypukłe oczy, długie czarne włosy, czarny garnitur, biała koszula.

Dwie dziewczyny z Kijowa siedziały w cielistych kostiumach kąpielowych.

– To nasze kostiumy na maskaradę! – wyjaśniły.

Dzieci nie było, nie było nawet zwierząt domowych, nikogo! Samotna zaglądałam pod cyprys ozdobiony białymi bombkami. Pod cyprysem leżała góra pudełek i pudełeczek.

– Kraby! Kraby! – hałasowali goście.

– Muuuu! – muczał niezidentyfikowany staruszek.

Kraby pachniały gotowaną bielizną. Moja niania Diana w żółtej minispódniczce wniosła srebrny półmisek z długimi odnóżami krabów. Mama spojrzała na nie i zagadkowo prychnęła. Za otwartymi na oścież oknami wzdychało morze. Tata z rozrzewnieniem powiedział do fińskiego przyjaciela: – Tutaj gwiazdy wyglądają inaczej niż na Północy. Nawet Gwiazda Polarna nie wydaje mi się taka polarna!

Fin w odpowiedzi zaczął popluwać.

* * *

– Dlaczego nie jesz? – Tata ostrożnie dotknął ramienia mamy. – Przecież lubisz kraby!

Mama, podpierając dłonią podbródek, patrzyła na kraby wielkimi, zatrwożonymi oczami, Diana obchodziła gości i nalewała im szampana.

– Nalać? – Uśmiechnęła się do mnie.

– Nalać Marusi! – Tata radośnie pomachał rękami. – Już jej wolno!

– Ani mi się waż! – krzyknęła mama.

Diana nerwowo oderwała szyjkę butelki od mojego kieliszka. Kapnęło już do niego kilka syczących kropel.

– Ja też nie lubię krabów! – rozkaprysiłam się. I tak jak mama odsunęłam od siebie talerz gotowanej bielizny.

– Nie, w zasadzie lubię kraby – powiedziała mama z przekonaniem. – Ale nie gotowane!

– A ja lubię z grilla – poparł mamę Francuz-winiarz.

Francuzi siedzieli rumiani i na wpół siwi, i nie wiadomo było, którzy z nich to ojcowie, a którzy – dzieci.

– Krab kamczacki to coś wspaniałego – wyjaśnił tata.

– Oczywiście – przytaknęli Francuzi. – Szczególnie balet rosyjski.

Chrzęst i trzask. Szczypcami ściskali szczypce. Trzej Hiszpanie zaczęli mlaskać krabami.

– Gdzie macie aparaty? – zainteresował się sfiksowany Amerykanin.

– Odpoczywają!

– Krabiki... – Zrobiło mi się żal krabów.

Diana znów nalała tacie szampana. Wypiwszy go do dna, tata powiedział:

– Marusiu! Przestań z tym krabowym humanizmem! Otrzyj łzy! Nie słuchaj nikogo! Są smaczne! Jedz!

Mama spojrzała na niego i zwróciła się do mnie:

– Lubię żywe kraby.

Zmarszczyłam czoło.

– Żywy krab jest lepszy od martwego – zażartowała mama.

– To ja je, kurde, z Moskwy taszczyłem – tata tknął kraby palcem – a wy... Ech, wy!

– Przystojniak z gitarą też nie je krabów – chlipnęłam. – On też nie może patrzeć, jak rozkrawa się kraby.

– To prawda! – przytaknęła mama.

– Widziałam żywego kraba w akwarium na Rynku Dorogomiłowskim – powiedziałam. – Pamiętasz?

– I co?

– Był wstrętny i żałosny!

– Jesteś jeszcze mała.

Mama przestała się mną interesować i zwróciła piękną twarz ku gościom. Lubiła mówić zagadkami.

* * *

W ogrodzie zasyczały fajerwerki. Objęliśmy się z mamą i tatą. Rudy Polak pogodził się z Węgierką. Czas prezentów. Jako pierwszy ruszył pod cyprys muczący staruszek. Dostał żółtą gumową kaczkę. Wypinając pupy, zanurkowały pod cyprys kijowianki: wyciągnęły stamtąd kosztowne albumy o sztuce. Kijowianki okazały się modnymi malarkami!

Ja też zajrzałam pod cyprys.

Szczęście trysnęło mi z oczu nowymi, szczęśliwymi łzami. Jak klaunowi! – przemknęło mi przez głowę. Pod cyprysem znalazłam duże pudło w srebrnym papierze. Przewiązane szeroką czerwoną wstążką, lśniło jak śnieg pod Moskwą. Na śniegu napisane było DLA MARUSI.

– Mogę – spytałam onieśmielona – otworzyć?

– Daffaj! – Tata mrugnął do mnie. W uroczystych chwilach lubiliśmy oboje zniekształcać słowo „dawaj”, nie wiadomo zresztą dlaczego.

Rozwiązywałam wstążkę bez pośpiechu, starając się być cierpliwą. Lubiłam wszystko, co małe. W dzieciństwie lubi się małe rzeczy. Ale tu... Jakie to ma znaczenie, kiedy zaczynasz lubić rzeczy duże? Przede mną w pudełku leżała ONA – ta, o której marzyłam co noc przed zaśnięciem.

Różowa Mysz była zabawkowa i nie zabawkowa, jak przystało na zabawkę przyszłości. Stawała na tylnych łapach, wymachiwała ogonem, odpowiadała na pytania, biegała, a nawet latała po pokoju. W locie zamieniała się nagle w prawdziwe UFO z reflektorami i zielonymi ludzikami, a potem błyskawicznie znów stawała się Myszą. Jadła słodycze, uwielbiała cukierki z orzechami laskowymi. Prowadziła sportowy samochód, karmiła gołębie, umiała udawać zdechłą, robiła szpagat, grała w tenisa, była mańkutem. Trzymając szklankę soku z marchwi w lewej łapie, konwersowała z królami i książętami, była bombardierem, mogła z łatwością wskoczyć do ekranu telewizora i stać się postacią z kreskówki.

– Cześć – powiedziałam do Różowej Myszy. – Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

– Wszystkiego najlepszego, Marusiu! Syyy! Aleś ty piękna! – powiedziała Różowa Mysz, patrząc mi w oczy i nieco grasejując.

– Wiem! Ty też jesteś po mysiemu piękna.

– Piękno jest nieokreślone. – Oczy Różowej Myszy śmiały się. – Łatwo jest opisać brzydotę. Regularne rysy twarzy to jeszcze nie piękno. Ale różnice liczą się w milimetrach. Nos ciut dłuższy, czoło odrobinę niższe i syyy, piękno nie istnieje!

– Czym bajka różni się od życia? – zastanowiłam się głośno. – Zwierzęta zaczynają rozmawiać na mądre tematy.

– Bingo! – powiedziała Różowa Mysz. – Ten rok będzie dla nas niezwykły.

– Nie ma się czego bać! Lubię niezwykłe rzeczy!

– Nie jesteś tchórzem?

– Oczywiście, że jestem – przyznałam się. – Ale jestem najodważniejszym tchórzem ze wszystkich!

* * *

Patrzyłam, jak goście rozpakowują prezenty. Pisarz Kochanow podarował swojej ostrzyżonej na łyso małżonce Daszy żabę z oczami z brylantów, a Jakutka Zarina jak nie krzyknie radośnie:

– To zaczarowana królewna!

– Moja Mysz jest tysiąc razy lepsza od tej ohydnej żaby! – mruknęłam do siebie obrażonym tonem.

Zarina jednak usłyszała, pogroziła mi palcem:

– Zupełnie jak twoja mama...

Zamrugałam rzęsami: co? A ostrzyżona żona Dasza podarowała pisarzowi Kochanowowi zbyt dużą koszulkę z wizerunkiem jakiegoś idola o obnażonym torsie.

– Ale fajny! – Jakutka się rozpromieniła.

Pisarz Kochanow boleśnie chwycił mnie za rękę:

– Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, Marusiu! Do jakiej szkoły chodzisz w Moskwie?

– Do francuskiej.

– Parle-vouz français? – wydukał z potwornym akcentem. – Po co ci to? Francja ginie! Europa idzie na dno!

– Jeżozwierz w gęstej śmietanie! – ryknął na niego tata. – Ty sam idziesz na dno!

Nic nie rozumiałam. Było jednak oczywiste, że tata lubi czasem nienawidzić pisarza Kochanowa.

Francuscy producenci win podarowali sfiksowanemu Amerykaninowi kąpielówki w kolorze flagi Chin ze złotymi gwiazdami. Tata dostał od Francuzów dwie butelki wina i tulił je do piersi jak dwojaczki. Mama podarowała mu antykwaryczne wydanie dzieł Szekspira w dziewięciu tomach, przewiązane sznurkiem. A co dostała od taty? Piękny rower!

– Po co mi rower? – Wzruszyła ramionami.

– Tato! Różowa Mysz mówi ludzkim głosem! – wtrąciłam.

Tata oddalił się ode mnie z powątpiewającą miną.

– Mężczyźni są nieufni. – Różowa Mysz pokręciła głową. – Twój tata wręcz przeciwnie, nie dostrzega rzeczy oczywistych.

* * *

Przepowiednie Różowej Myszy spełniły się. Upłynie całkiem niewiele czasu... I, znalazłszy się w szczypcach Koparki Kroczącej (jeszcze jeden nick), o włos od śmierci, obiecam sobie:

Jeśli cudem się uratuję, zasiądę z Różową Myszą przy biurku. Mysz będzie pisać książkę dla dorosłych, a ja dla dzieci, potem wszystko wymieszamy, a co z tego wyjdzie, nie wiem.

* * *

Impreza noworoczna trwała w najlepsze. Pisarz Kochanow chciał włączyć telewizor, ale tata znów go zbeształ:

– Przestań zatruwać atmosferę!

Zamiast telewizora rozległy się dźwięki gitary. Długowłosy przystojniak w przeciwległym rogu stołu przebierał palcami po strunach.

– Skąd on się wziął? – zdziwił się tata.

– Z mojego dzieciństwa – odpowiedziała mama.

Wymieniliśmy z tatą spojrzenia.

– Z jakiego dzieciństwa? – zdziwiłam się teraz ja.

Mama pogłaskała mnie po policzku:

– Później ci powiem!

– Kim pan jest? – spytał tata, mrużąc oczy.

Gitarzysta zastanowił się przez chwilę.

– Gościem.

– No jasne! Tak myślałem! Niech pan nam coś zaśpiewa. – Tata się uśmiechnął.

Goście nadstawili uszu.

– Od czego zaczyna się kobieta... – zaśpiewał gitarzysta.

Goście uznali, że to żartobliwa piosenka i zachichotali radośnie. Zarina udała żabę. Bardzo realistycznie.

– Jaki ma masywny podbródek! – powiedziała z zachwytem Dasza.

– Jak miotacz. – Ukraińskie malarki się ożywiły.

Gitarzysta śpiewał, nie odrywając oczu od mamy.

– Piosenka zadedykowana jest Elenie Pietrownie. – Przerwał na chwilę śpiew.

Goście zareagowali brawami.

– Dziękuję. – Mama się zmieszała.

Różowa Mysz pisnęła u mnie na rękach:

– Nie podoba mi się ten kudłacz!

– Hej! Co ty tam pisnęłaś? – Gitarzysta uważnie przyjrzał się Różowej Myszy.

Goście zamrugali oczami. Spośród nich tylko gitarzysta domyślił się, że Różowa Mysz umie mówić ludzkim głosem.

– Powiedziałam, że nie podoba mi się, jak grasz.

– Milcz! Co ty się na tym znasz! – uciął gitarzysta.

Poczułam się nieswojo.

* * *

– Iwanie Iljiczu, chce pan kawy? – Diana stała obok taty z dzbankiem.

– Co? Przecież wiesz, że coffee is not my cup of tea! – powiedział tata głośno. Żeby wszyscy słyszeli. Nie pierwszy raz tak mówił i już dawno mi się to znudziło. Ale goście skwapliwie wybuchli śmiechem. A tata dodał:

– Myśleliśmy, że tylko nasza Rosja żyje bez głowy. To był błąd. Teraz i Anglia żyje bez głowy, i Ameryka. Jack, słuchaj – krzyknął nieco podpitym głosem do właściciela plaży dla nudystów – your America has lost its head! Wszystkim urwało głowy! Toniemy! Toniemy! Chodźmy się kąpać!

Goście wesoło pobiegli ku morzu, zrzucając po drodze ubrania. Podążyliśmy za nimi z Różową Myszą. W wodzie wszyscy zamienili się w pływające głowy.

Goły tata i goła mama kłócili się o coś na brzegu (ten rzadki przypadek wzbudził moją czujność: przecież wiem, że ludzie na golasa się nie kłócą!). Rozebrałam się i pociągnęłam ich do wody. Sfiksowany Amerykanin dał nurka w nowych kąpielówkach z chińskimi gwiazdami. Gitarzysta wstydliwie kąpał się z dala od pozostałych. Różowa Mysz odmówiła wejścia do morza. Diana też. Powiedziała, że w pracy się nie kąpie. Kiedy wyszliśmy na brzeg, orzekliśmy, że woda i powietrze na wyspie Plu mają jednakową temperaturę.

– Człowiek nie marznie po wyjściu z wody – zauważył tata, autor swoich uwag.

Różowa Mysz powitała mnie, całą mokrą, ze wzburzeniem.

– On mi kogoś przypomina – powiedziała zatroskanym tonem.

– O kim mówisz? – spytałam, wycierając się ręcznikiem.

– O gitarzyście. Mam wrażenie, że między nogami ukrywa ogon.

Mama postanowiła ze mnie zażartować:

– Z kim rozmawiasz? Z Myszą? I co ona mówi?

– Mówi – powiedziałam cicho – że gitarzysta ściska ogon między nogami.

Mama zachichotała:

– To bardzo możliwe!

* * *

Diana odprowadziła mnie do sypialni, kiedy dorośli zaczęli tańczyć. Rudy Polak tańczył z Jakutką Zariną taniec wyobrażający szum tajgi i Diana powiedziała, że jestem za mała, żeby na to patrzeć.

– Położymy się razem? – spytałam Różową Mysz.

Odsunęłam niebieskiego miśka Sierżyka w najdalszy kąt łóżka. Usiadł tam zgarbiony i zmęczony.

– Przepraszam, kochany Sierżyku... – szepnęłam. – Żegnaj, pluszowe stworzenie!

Z salonu dobiegały głośne wrzaski.

– Sylwester się udał. – Mysz pokiwała głową.

Położyłyśmy się i trochę porozmawiały.

– Twoja cecha szczególna? – spytała Mysz.

– Nie ziewam.

– Jak to? Niczego nie puszczasz mimo uszu, wszystko ciągniesz do swojej norki?

– Nie! Po prostu kiedy chcę spać, nie otwieram ust jak inni.

– Nigdy-nigdy?

– Jeszcze ani razu...

– Moim zdaniem twoi rodzice... To nie moja sprawa, ale czy oni się kochają?

– Też mi pytanie!

– Wydawało mi się... – Różowa Mysz się zamyśliła.

– Powiedz!

– Zrozumiałaś, kim jest gitarzysta? Ten człowiek chce zniszczyć waszą rodzinę.

– Jest taki nieśmiały...

– Nieśmiałość to najgorsze zło!

– Marusiu, dość tego gadania! – zawołała Diana z sąsiedniego pokoju.

Palec na usta i zgasiłam światło. Jeszcze przez chwilę porozmawiałyśmy pod kocem.

– Wiesz – przyznałam się – jeszcze niedawno żyłam w absolutnej bajce. Wokół mnie latały wróżki. Kot w Butach chodził w kapeluszu. Zdejmował kapelusz, a jego spojrzenie stawało się tak potężne, że mógł wzrokiem przesuwać różne rzeczy! Rozmawiałam z nasturcjami jak z żywymi tancerkami. Ale teraz jestem okropnie samotna.

– Dlaczego? – pisnęła Różowa Mysz.

– Zawiesiłam się... Nie chcę dorosnąć! Boję się, że wyrosną mi cycki!

– Syy...! No dobrze, śpij już! – powiedziała Mysz. – A na troszkę polecę do swoich.

– To znaczy do kogo?

– Potem ci opowiem!

Wypełzła spod koca, z powagą powąchała powietrze. Jak wielki trzmiel wyleciała przez okno.

Rozdział 5
KOSĄ DZIEWCZYNKA KOSIŁA NA SKOS

Jeszcze nie zdążyłam zasnąć, kiedy skrzypnęły drzwi. Ktoś zakradł się do mojego pokoju. Myślałam, że to mama. Ale to był on, w czarnej marynarce. Leżałam ni to żywa, ni to martwa. Gitarzysta przycupnął na brzegu łóżka, pogłaskał mnie po ręce. W ciemnościach zamiast oczu mętnie połyskiwały ich białka.

– Chcesz posłuchać piosenki, dziecinko?

Myślałam gorączkowo. Jeśli krzyknę, zawołam Dianę, przepadłam. Udusi mnie. Dlaczego ma takie oczy? Milczałam.

– Milczenie to znak zgody, dziecinko. – Gitarzysta mrugnął białkiem. Zaśpiewał cichutko:

Kosą dziewczynka kosiła na skos...

Nagle mnie to rozbawiło. Zachichotałam.

Gitarzysta przestał śpiewać i roześmiał się jak spiskowiec.

– Chcę cię zabrać ze sobą na dno.

– Na jakie znowu dno? – wyrwało mi się.

– Aha! Odezwałaś się! Jak to na jakie? Na morskie!

– Ja nie chcę...

– Tam jest dobrze... – powiedział gitarzysta aksamitnym głosem. – Zostańmy przyjaciółmi...

Nieśmiało wyciągnął do mnie szczupłą, elegancką dłoń z wieloma srebrnymi pierścieniami. Jakże się oprzeć? Zawsze czuję radość, kiedy ktoś proponuje mi przyjaźń.

– Zgoda. – Uścisnęłam jego miłą rękę. – Żartowałeś o tym dnie?

– Będziemy najlepszymi przyjaciółmi... Nawet sobie nie wyobrażasz, kto proponuje ci przyjaźń... Nie musisz, jestem absolutnie bezinteresowny... Zawrzemy taką przyjaźń, że z pewnością znajdziemy się na dnie.

– Mnie i tu dobrze...

– Tam jest o wiele lepiej. Co jest najważniejsze w życiu? Najważniejsza rzecz w życiu to nie życie, ale śmierć... Gnijąca dziura! Ale ja... Ja przeprowadzę cię obok śmierci... Nawet nie zauważysz...

– Jak to?

– A tak! Będziemy się przyjaźnić przeciwko twojemu tacie...

– Dlaczego?

– Przecież wiesz, jaki jest śmieszny... W gruncie rzeczy to pusty, nikczemny, żałosny człowiek. Twój tata, Własne Zdanie, to kosmata wesz!

– Co? Tata po prostu stracił panowanie nad sobą w ten Nowy Rok, dlatego, że sam gotował kraby... Zdenerwował się... Chciał, żeby wszystkim się podobało...

– Nienawidzę, kiedy gotuje się kraby... Czuję się wtedy tak, jak gdyby to mnie gotowali...

– Jeszcze nikt nie nazywał mojego taty kosmatą wszą... – Wpatrzyłam się w mojego nowego przyjaciela. – Jesteś wilkołakiem!

– To się rozumie samo przez się. – Roześmiał się. – Zabiorę na dno ciebie i twoją mamę. Szaleję za nią!

– Ale mama jest z tatą!

– Mam gdzieś twojego tatę! Powtarzam: to nikczemnik!

– Jak śmiesz...

– Mówię, co chcę i jak chcę! To kosmata wesz!

Z oczu popłynęły mi łzy bezsilności.

– Za to twoja mama to delikatne drzewko cytrynowe! Przesadzę je do swojego pałacu i będę podlewać... Podlewać... I wąchać jego cytryny... Mam pałac wielki jak Kreml w Moskwie!

– Nie chcę! Wynoś się, wilkołaku! – krzyknęłam.

– Milcz! – Gitarzysta wpadł w złość. – Jeszcze słowo i zamienię cię w potworę!

– Guzik mi zrobisz! Nie zamienisz!

Gitarzysta wstał:

– Rano nie zapomnij spojrzeć w lustro, pokrako!

Trzasnął drzwiami. Po chwili do pokoju wbiegła Diana:

– Co z tobą?

Usiadłam na łóżku i gorzko się rozpłakałam.

Rozdział 6
UTRATA TWARZY

Wczesnym rankiem obudziło mnie dzwonienie w uszach. W oknie delikatne niebo. Gwar głosów w jadalni narastał, jak gdyby startował samolot. Kieliszki rozbijały się o podłogę. Tata krzyczał. Mama krzyczała. Brzęk tłuczonych talerzy.

W długiej białej koszuli z Kaczorem Donaldem na piersi pobiegłam boso do jadalni. Uchyliłam drzwi. Świąteczny stół wyglądał jak pobojowisko. Mama w kącie – z talerzem. Tata na środku pokoju – z talerzem. Niebieskie talerze ze złotym szlaczkiem z ich ulubionego serwisu.

– Jak śmiałeś! To mój telefon! To moje. – Mama cisnęła talerzem o podłogę – esemesy!

Tata w odpowiedzi też gruchnął talerzem o podłogę. Oboje sięgnęli po nowe.

– Kto cię zapraszał do siebie? – krzyknął tata. – Kto, pytam?

– Mamo! Tato! Co wy tu robicie? – zawołałam.

– Eeeee... Rzucamy do siebie talerzami! – Tata nawet na mnie nie spojrzał.

– Dlaczego tu leży tyle potłuczonych?

– Bo jeszcze nie nauczyliśmy się łapać! – wyjaśnił tata.

– Jazda spać! – dodała mama.

Udałam, że wychodzę, ale schowałam się za drzwiami i podsłuchiwałam.

W rękach mamy znalazł się dzbanek. Jej ulubiony. Westchnęła i odstawiła go z powrotem na stół.

– Dlaczego grzebałeś w moim telefonie? – spytała zmęczonym głosem.

– Nie było cię w pokoju, a przyszedł esemes. Pomyślałem sobie, że to od któregoś z gości. Patrzę, a tu pełno esemesów! Chamskich! Bezczelnych! Moja najsłodsza dziewczynko... Podpisane: KRAB! – Tata otarł dłonią pot z czoła. – Kto to jest KRAB?

– Nieważne... – powiedziała mama.

Tata obrócił talerz w rękach i jak nie walnie nim o podłogę!

– Przestań tłuc naczynia! – Mama się rozjuszyła.

– Sama zaczęłaś!

– Jeśli będziesz na mnie krzyczeć, to ja... – Mama wdrapała się na parapet.

Zakryłam twarz rękami. Mama wyskoczy przez okno i zabije się! W tym momencie spod stołu wyczołgał się pisarz Kochanow. Chyba spędził tam resztę nocy. Popełzł na czworakach do drzwi i po drodze powiedział:

– Leno, to parter!

– Słusznie – skwitował tata zimno uwagę zajadłego wroga.

– Jak ja mam cię dość! – krzyknęła mama.

Tata rzucił się ku niej. Zamachnął się. Mama objęła go, żeby uniknąć ciosu. Tata zwlókł ją za nogi z parapetu i zaczął szarpać na różne strony. Mama straciła równowagę. Tata spojrzał na nią ze zdziwieniem i obalił na podłogę pokrytą skorupami talerzy. Ze strachu zasłoniłam buzię dłonią: przecież się pokaleczą!

I rzeczywiście; tarzali się po podłodze, jęczeli i brudzili krwią. Na mamie pękła wyjściowa sukienka. Pomyślałam sobie, że tata wyrwie mamie nogi jak lalce. Usłyszałam jęk mamy i zrobiło mi się jej strasznie żal. Ale tata nie miał litości! Tak bardzo nie miał litości, że mama zaczęła krzyczeć, a tata, schylony nad nią, ciężko dyszał i też krzyczał w odpowiedzi.

„To koniec – pomyślałam. – Koniec rodziny!”

– Tato! – wrzasnęłam, wpadając do pokoju. – Przestańcie!

Mama nerwowo obciągnęła sukienkę. Zerwała się na nogi i podbiegła do mnie. Przytuliła. Przyjrzała mi się:

– Co się stało z twoją buzią?

– Co z buzią? – Złapałam się za twarz.

– Iwan! – zawołała mama. – Popatrz na jej buzię!

– Koszmar! – Tata podbiegł do mnie. Zakrył oczy rękami. – Co oni z nią zrobili?

– Co ze mną zrobili? – Wyrwałam się z objęć mamy, uciekłam do łazienki i zamknęłam drzwi.

Spojrzałam w lustro. Zrobiło mi się niedobrze. Patrzyła na mnie moja karykatura. Twarz można było rozpoznać, ale wyglądała kretyńsko. Uszy urosły na boki. Moje piękne czoło stało się niskie i cofnięte. Policzki zapadły się. Nos spuchł. Nozdrza wywinęły się na zewnątrz. Na żółtych, zupełnie nie moich policzkach wyrosły całe połacie pryszczy. Oczy zwęziły się i nieufnie zbliżyły do nosa. Stałam się podobna do małpy.

Rozryczałam się na cały głos. Upadłam na posadzkę. Nie wiem, ile czasu upłynęło... Oprzytomniałam, kiedy mama usiadła obok mnie. Wzięła za rękę. Popatrując na mnie dziwnym wzrokiem, zaprowadziła do sypialni. Położyła do łóżka i przycupnęła na brzegu, chwytając się za głowę.

– Jak to się stało? – Do sypialni wpadł tata. – Kto cię tak oszpecił? Nie, w moim życiu nie ma miejsca na coś takiego!

– Przejdzie jej! – oświadczyła autorytatywnie mama. – Marusia weszła w okres dojrzewania!

Tata zamilkł, kapitulując wobec kobiecych sekretów. Wyszedł z sypialni na palcach.

– Mamo, wiesz, kto przyszedł do mojego pokoju? Gitarzysta!

– Kiedy? – Mama się żachnęła.

– Zanim zasnęłam.

– Niemożliwe! Wyszedł razem z gośćmi.

– Słowo daję!

– I co?

– Zapraszał mnie na dno morza. Mówił, że obie będziemy mieszkać w podwodnym Kremlu! Nazwał cię drzewkiem cytrynowym...

– Naprawdę? – Mama nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– No tak... A kiedy odmówiłam, powiedział: rano popatrz na siebie w lustrze!

– Bredzisz! Przyśnił ci się – orzekła stanowczo mama.

– To on jest tym KRABEM?

Mama przyłożyła palec do ust, pocałowała mnie:

– Nie przeżywaj tego tak bardzo! Wszystko naprawimy! W dzisiejszych czasach kosmetolodzy umieją zrobić każdą twarz – zapewniła i poszła do drzwi.

* * *

W tym momencie do sypialni znów wpadł tata. Był załamany. Rwał sobie włosy z głowy. Mama nie wytrzymała:

– Bardziej kochałeś urodę Marusi niż ją samą! Jest dla ciebie zabawką!

– Przestań! – Tata nawet nie zaczął się z nią kłócić.

– Mówię ci: to problemy okresu dojrzewania. Te różne pryszcze...

– Co tu mają do rzeczy pryszcze!

– I w ogóle... – ciągnęła mama. – Myślałby kto: podobna do małpy! Małpy to miłe stworzenia. I tak będziemy ją kochać.

– Mówisz tak, jakbyś zazdrościła jej urody!

– Bzdura!

– Zazdrościłaś!

– Odczep się!

– Oczywiście buzię jakoś tam odrestaurujemy – powiedział niepocieszony tata. – Uroda jest dla dziewczynki najważniejsza. Ale nasz dzisiejszy wypad nad morze diabli wzięli!

– W żadnym wypadku! – Mama się oburzyła. – Nad morzem buzia Marusi może wrócić do normy.

– Tak myślisz?

– Jestem tego pewna! Chodźmy się kąpać!

– Ja nie idę! – powiedziałam. – Nienawidzę się! Wiem, dokąd pójdę. Pójdę do łazienki, żeby się powiesić!

– Co? Nie rób tego! – krzyknął tata.

– To rozsądna dziewczynka – powiedziała twardo mama. – Nie będzie się wieszać!

– Będę! Będę! Będę!

– Nie wariuj... – wycedziła mama. – Niedługo wrócimy!

Nie zdążyli jeszcze dojść do plaży, gdy do pokoju wleciała Różowa Mysz.

– Boże! To ty czy nie ty?

– Nie wiem... Móżowa Rysz... Tfu... Język mi się plącze... Wariuję.

– Nie może być nic gorszego od tego, co ci się stało! – orzekła bezlitośnie Różowa Mysz.

– Gitarzysta... – Wybuchłam znów płaczem. – Wabił mamę na dno. I mnie też...

– Nie wiedziałam, że Brzdęk-Dźwięk... – Różowa Mysz patrzyła na mnie ze smutkiem.

– Co znowu za Brzdęk-Dźwięk?

– Tak na dnie nazywają gitarzystę ci, którzy boją się go i nienawidzą.... Widzę, że jego władza sięga także Ziemi.

– A kim jest Krab, który pisał miłosne esemesy do mamy?

– Nietrudno zgadnąć...

– Ile imion!

– Jest nieskończonym zjawiskiem...

– Jak to?

– Nie ma końca.

– Nie rozumiem... Nic nie rozumiem... Ten Brzdęk-Dźwięk, czy jak mu tam, oszpecił mnie, zrobił ze mnie małpę, a tatę i mamę zmusił do rzucania naczyniami.

– Naczyniami?

– Rano weszłam do jadalni... Daj chusteczkę... – Wysiąkałam nos. – Tata i mama rzucali w siebie talerzami.

– Dużo potłukli?

– Bardzo!

– A potem?

– Mama weszła na parapet, żeby rzucić się z okna!

– Ojej!

– Nic strasznego! Wtedy pisarz Kochanow wypełzł spod stołu i mówi: „Przecież to parter...”.

– No tak!

– Pisarz wyczołgał się za drzwi, a tata ściągnął mamę z parapetu i zaczął straszyć, że ją uderzy.

– I co?

– Przewrócił mamę na podłogę! Prosto na potłuczone szkło!

– To nie na moje słabe nerwy!

– Zaczęli podrygiwać na podłodze, jak rażeni prądem, a kiedy przestali podrygiwać, razem rozzłościli się na mnie, kiedy zobaczyli, że widzę to, co widzę.

– Talerze potłuczone, ale rodzina cała! Nic strasznego! – Różowa Mysz wzięła się pod boki jak sędzia piłkarski.

Gwizdek jej w łapy!

* * *

Wyszłam do ogrodu z Różową Myszą na rękach:

– Mama powiedziała, że teraz można zrobić sobie dowolną twarz. W tym cała nadzieja!

– Jeśli dziewczynka jest brzydka, powinna przynajmniej rozwijać umysł. To jest ostatnia nadzieja! – Różowa Mysz spoważniała.

– A po co komu mądra brzydula?

– W ogólnym rozrachunku uroda kobieca to przestarzałe pojęcie. – Różowa Mysz postanowiła dodać mi otuchy. – Jest wiele postępowych kobiet, które uważają, że uroda to podły wymysł samców alfa i należy za wszelką cenę unikać bycia piękną: źle wyglądać, wypierać z siebie czar i urok...

– Tak, słyszałam... – Nachmurzyłam się. – Uwierz mi, ta moda szybko minie!

– Nie, potrwa długo. – Uśmiechnęła się Mysz. – Wszystko stanęło na głowie! Kiedyś poeta uważał się za coś lepszego od kucharza, a teraz kucharz uważa, że jest lepszy od poety...

W ogrodzie było pusto. Zrobiło mi się strasznie. Pomyślałam, że rodzice pozabijali się i leżą teraz gdzieś niedaleko, martwi...

– Diano, gdzie są tata i mama?

Przyniosła mi śniadanie do ogrodu.

– Poszli nad morze... Co z twoją buzią? – Diana zamarła.

– Stałam się brzydulą – odpowiedziałam ze łzami w oczach.

– To nie to słowo! – Diana przyłożyła dłoń do policzka.

– Myślisz, że mi przejdzie?

– Biedactwo... – Diana chlipnęła.

– A jak żyją inne, brzydkie? – powiedziałam. – Na przykład ty...

– O przepraszam, ja jestem niezła – zaprotestowała Diana. – Jeden z moich adoratorów nawet się dla mnie zastrzelił. Co prawda przeżył...

Zagryzłam wargi z zastanowieniem. Przecież dopiero co przechodziłam przez salon: nie było żadnego potłuczonego szkła. Wszystko lśniło w słońcu.

– Dziwne...

– Co dziwne? – Diana zmarszczyła brwi.

– Przecież rano obrzucali się talerzami.

– Kto?

– Rodzice.

– Przestań zmyślać!

Diana poszła do kuchni. Różowa Mysz zeskoczyła z moich rąk i zaczęła biegać po trawie.

„Jak szybko wszyscy się uspokoili? – pomyślałam. – No tak, potworą stałam się ja, nie oni. Małpa! A oni mają to gdzieś! Cudze nieszczęście to jak ulotny zapach! Wyjechać! Jak najszybciej wyjechać! Wrócę do Moskwy, podkradnę się na paluszkach do lustra w łazience i stanie się cud: znów będę piękna!”

Do ogrodu wbiegła Diana. Niosła w rękach talerz kaszy gryczanej z mlekiem. Ramieniem przyciskała do ucha komórkę. Błagalne spojrzenie. No tak: rozmowa z adoratorem, tym, który się zastrzelił.

Diana cisnęła talerz na stół i odwróciła się, żeby pobiec z powrotem, ale telefon wyśliznął się jej i chlupnął do kaszy z mlekiem, opryskując moją nową okropną twarz.

– Diano! – dobiegł z talerza rozpaczliwy głos. – Co z tobą? Halo!

Telefon zabulgotał i umilkł.

– Utonął... – Diana osłupiała.

– Kasza gryczana z telefonem! – oznajmiłam.

Różowa Mysz zachichotała na białym krześle ogrodowym. Diana przyjrzała się jej złowrogo:

– Też mi śmieszka!

Wyłowiłam telefon dwoma palcami:

– Jak zdechłą myszkę! Ojej, przepraszam!

Różowa Mysz nie odpowiedziała. Nabzdyczyła się! Podejrzanie mocno się nabzdyczyła... Nie lubię, kiedy ludzie przegrywają... Myszy też... Wtedy jeszcze nie otworzyła się przede mną, nie dokonała swego bolesnego coming outu.

– Diano, nie martw się! Tata kupi ci nowego iPhone’a. – Wytarłam się serwetką i krzepiąco poklepałam Dianę po ramieniu. – Chcę ci pokazać sztuczkę!

Wzięłam plasterek cytryny z talerzyka i włożyłam do ust. Twarz Diany wykrzywiła się, jak gdyby to ona jadła cytrynę bez cukru, jak gdyby nie widziała tej sztuczki sto tysięcy razy. Kiedy byłam zupełnie mała, uwielbiałam jeść cytryny. Bębniłam rączkami o stół: chcę cytrynę! Mama z uśmiechem podawała mi kawałeczek. Tata z zachwytu wygadywał bez sensu:

– Marusia ma zbyt słodko-kwaśne życie!

Mama głaskała tatę po ręce. Przychodzili goście. Mama i tata powtarzali im, że jestem wyjątkowa, niepodobna do nikogo! Pokazywałam sztuczkę. Wszyscy się zachwycali. Tata rozkładał ręce:

– Życie słodko-kwaśne!

* * *

Różowa Mysz zawiązała na szyi białą serwetkę i wraz ze mną zabrała się do kaszy z mlekiem. Przy śniadaniu opowiedziałam jej co nieco o swoim życiu:

– Kiedy się urodziłam, mama i tata bardzo się ucieszyli. Proszę bardzo, mówił tata do przyjaciół, poznajcie się: Marusia Mendelejewa! Takie maleństwo, a już Mendelejewa!

– Mendelejewa! Syy! – przytaknęła Różowa Mysz.

– No tak! I dzwoneczki dzwoniły: Marusia Mendelejewa! Marusia Mendelejewa!

– Wiesz, jak rodzą się ludzie?

– Diana pokazała mi na przykładzie kotów. Mama też urodziła mnie jak kotka! W dwadzieścia minut! To śmieszne, że ludzie ukrywają, jak robią dzieci. Zwierzęta niczego nie ukrywają, a ludzie chowają się po kątach!

– Zwierzęta są lepsze od ludzi! – oznajmiła Różowa Mysz.

– Bez przesady!... To zbyt śmiałe stwierdzenie – ostudziłam jej faunofilstwo. – Wiesz, kiedy byłam zupełnie malutka, tata i mama obejmowali się we śnie. Przybiegniesz do nich rano, wsuniesz się do ich łóżka i jest rozkosznie.

– Rozumiem. – Różowa Mysz się uśmiechnęła.

– A co ty tam rozumiesz! – Przewróciłam oczami, nieco rozdrażniona. – Nigdy nie myślałam, że pewnego razu stanę się uczestniczką strasznej bajki. Zalęgła się w naszym domu jak pająki.

– Pająki... – powiedziała Różowa Mysz w zamyśleniu. – Znam pewien przypadek...

– Poczekaj, daj dokończyć! Oni wtedy też kochali się każde po swojemu. Tata był bardzo zależny od mamy. Od jej kaprysów i nastrojów. A mama kochała tatę ciut złośliwie. Złośliwość przeradzała się w rozdrażnienie. Kiedy rozdrażnienie przekraczało bezpieczne granice, mama przytomniała i zaczynała głaskać tatę po głowie.

– Jesteś spostrzegawcza!

– Niestety. Tępi mają w życiu lżej!

– Nie jestem pewna. Mów dalej.

– Mama wyznawała przy mnie przyjaciółkom (myślała, że nic nie rozumiem), że tata nie jest w jej guście. Nawet kiedy mnie rodzili, na horyzoncie mamy krążyły cienie. Jedne cienie zamieniały się w przyjaciół, inne trzymały się w oddali...

– Czego chcesz, jest okropnie piękna! – Mysz rozłożyła ręce. – Tryskają z niej fontanny pragnień!

– Krótko mówiąc – zmrużyłam oczy – wszystko zaczęło się, kiedy miałam dwa tygodnie. Do Paryża przyjechał jeden z przyjaciół rodziny, moskiewski Hiszpan Juan. Tata urządził awanturę i chciał wyrzucić go z naszego pokoju w hotelu. Ale mama powiedziała, że jeśli to zrobi, roztrzaska moją główkę o podłogę.

Mysz zastygła bez ruchu jak posąg:

– Skąd wiesz?

– Nie wiem... Tata powiedział, że mama tego nie zrobi. Mama zamachnęła się mną jak kijem bejsbolowym. Tata spasował i poddał się... Tata i Juan wozili mnie w zielonym wózku Stokke po Ogrodzie Luksemburskim, który pachniał bukszpanem, oglądali marmurowe pomniki francuskich królowych i porównywali je z tyłu i z przodu z moją mamą...

– A mama?

– Mama czekała w łóżku w różowej nocnej koszulce na Juana, a tata szedł do baru i pił whisky...

– Gdzie teraz jest Juan?

– Nie wiem... Potem, w Moskwie, rodzice zaczęli kłócić się coraz częściej, mama trzaskała drzwiami. W takich chwilach nie dostrzegali, jak strasznie przeżywam te awantury!

– Sadyści! – zapiszczała Różowa Mysz.

– Przez ich kłótnie stałam się bardzo nerwowa, miałam nerwy w strzępach. Nienawidzę, kiedy rodzice okłamują dzieci...

– Ale dzieci lubią bajki – zaprotestowała Różowa Mysz. – To korzeń życia, jest słodki!

– Przez bajki wyrastamy na kaleki. Wierzymy w bajki, a na sąsiedniej ulicy toczy się wojna.

– Jaka wojna? – Różowa Mysz się przeraziła.

– Wszystko widzę! Przez park pełzną czołgi, łamią drzewa... Głośno strzelają! Chowaj się!

Mysz rzuciła się pod łóżko.

– Na ziemi leżą żołnierze... Ale ja jestem jeszcze malutka...

– No nie wiem! – zwątpiła Mysz spod łóżka. – Masz wyobraźnię nieograniczoną niczym bezwymiarowe rajstopy!

– Piszę z błędami... Niczego nie napiszę bez twojej pomocy, Różowa Myszo!

– Możemy mieć różne poglądy na życie.

Mysz wylazła spod łóżka i otrzepała się łapami.

– I co z tego! Nie wykluczam, że nasza książka zostanie zakazana przez dorosłych. Będzie podziemna. Dorośli nie chcą, żebyśmy wiedzieli wszystko o tym, jak jest naprawdę. A sami nie wiedzą, po co żyją!

Różowa Mysz spojrzała na mnie z zainteresowaniem:

– Czy nie żal ci tych ślepych istot?

– Czy nie żal? Uczucia dorosłych są tak płytkie, że nie mają oni prawa nas wychowywać! Nieszczęście polega na tym, że na Ziemi nie ma nikogo oprócz nich!

W ogrodzie pojawiła się Diana. Rzuciłam się jej na szyję:

– Mam nową przyjaciółkę, Różową Mysz. Razem napiszemy zakazaną książkę!

– Po co pisać zakazaną książkę? – Diana się obruszyła. – O czym będzie?

– O tych rzeczach, o których nie wolno rozmawiać!

– Jakie to rzeczy? – spytała Diana podejrzliwie.

– No, na przykład, po co tata kupił ci na Nowy Rok wibrator...

Diana zawyła jak piła benzynowa:

– Szpiegujesz mnie!

Stała czerwona po same uszy.

– A po co mi to – odpowiedziałam obojętnie.

– No i co! – Diana nagle wybuchła. – Ja też jestem żywym człowiekiem! Twój tata bardzo to docenia!

Zeszłam ze śliskiego tematu.

– Różowa Mysz też jest żywa – oznajmiłam jak najniewinniejszym tonem. – Tylko udaje, że jest na baterie!

– A niech cię! – Diana się przeżegnała. – Zachwycasz się jakąś myszką!

Najwyraźniej nie podobało jej się pojawienie Różowej Myszy w naszym domu.

Z niezadowoleniem kręcąc biodrami, poszła w stronę kuchni.

– Dlaczego na świecie jest tak dużo strasznych bajek? – Klasnęłam w dłonie, aż Różowa Mysz drgnęła z zaskoczenia. – Boję się bajek ze złym zakończeniem. Nie lubię, kiedy w bajce zjadają kogoś z apetytem albo ucinają głowę dzielnemu chłopczykowi.

– Większość bajek napisano dawno, dawno temu. – Różowa Mysz podrapała się po głowie. – Ludzie byli wtedy bardzo krwiożerczy.

– A współcześni są lepsi? Męczy mnie bajka o głupiej myszce!

Różowa Mysz cierpiętniczo rozłożyła ręce.

– Ale tata powiedział, że bajka o głupiej myszce jest pożyteczna. Uczy rozumieć, gdzie jest wróg.

– Zgadzam się z twoim tatą. To zapewne inteligent.

– To przestarzałe słowo. Co oznacza?

– No, to taki człowiek, który wierzy, że rozmowy są ważniejsze od rzeczy.

– Czy mój tata jest taki? Chociaż, jak wiesz, to pan całej głowy! Niedobre bajki mnie wykończają. Czuję się po nich jak zwiędły kwiatuszek. Budzi się we mnie niejasna wiara w Babę Jagę. Baba Jaga nie istnieje, ale mimo wszystko jest. Mieszka w mojej głowie. Dziadek Mróz też.

– Wierzysz w niego?

– Do naszego kółka tanecznego przyszedł kiedyś zupełnie fałszywy Dziadek Mróz, ale Śnieżynka była prawdziwa, chociaż wiedzieliśmy, że to córka naszej nauczycielki tańca.

– Ogólnie rzecz biorąc, kultura to rodzaj szczepionki. Im straszniej jest w bajce o Królewnie Śnieżce, tym później łatwiej w życiu! Właśnie to miał na myśli generalissimus Suworow. – Różowa Mysz mentorsko pokiwała głową.

– No tak, strach to nasz obrońca.

– Sama sobie przeczysz. Przeklinasz straszne bajki, ale uważasz strach za obrońcę. Gdzie tu logika?

– Jestem pełna sprzeczności – zgodziłam się. – A życie dlatego jest życiem, bo kipi od sprzeczności, tak jak ja. Strach to wróg i przyjaciel każdej dziewczynki. Jednakże dorośli zapędzają nas do dziecięcego getta, w którym jesteśmy karmione słodkimi cukierkami dobra.

– Dziecięce getto? Słuszna uwaga – przytaknęła Różowa Mysz.

– Kiedy jeszcze byłam zupełnym noworodkiem – opowiedziałam Różowej Myszy – strasznie bałam się kąpać. Raz mama kazała tacie wykąpać mnie w wielkiej wannie. Tata podtrzymywał mnie za tył głowy, a ja wierzgałam nóżkami, żeby mu się przypodobać i pokazać, że nic a nic się nie boję. Krępował się mnie! Bał się patrzeć na moje ciało! A ja ze wszystkich sił patrzyłam mu w oczy i prosiłam spojrzeniem, żeby mnie nie utopił. Bardzo bałam się utopić. Tata też spojrzał mi w oczy i wpadł w popłoch. Ręce zaczęły mu się trząść... „Leno! – wrzasnął spanikowanym głosem. – Ja się jej boję! Marusia prosi mnie, żebym jej nie utopił! Coś takiego!” „Aleś ty u mnie głupi!” – krzyknęła w odpowiedzi mama.

– „Aleś ty u mnie głupi”, jakie to miłe! – westchnęłam i obie z Różową Myszą roztkliwiłyśmy się tymi słowami.

* * *

Wybiegłam na trawnik, żeby Różowa Mysz mogła sobie pobiegać. Zaczęłyśmy się ścigać. Do ogrodu przez tylną furtkę weszli tata i mama w białych płaszczach kąpielowych. Wrócili z plaży. Miałam wrażenie, że znów są szczęśliwi.

– Jestem pewna – szepnęłam do Różowej Myszy, zanim padłam im w objęcia – że tata i mama w końcu się pogodzą!

– No i jak tam żyje twoja Mysz? – spytał tata.

– Rozmawia ze mną o dziecięcych strachach!

– To dopiero! – Mama nie uwierzyła. – Wybrałaś już dla niej imię?

– Nazywa się Różowa Mysz.

– Krótko i węzłowato! – pochwalił tata.

– Pogodziliście się? – spytałam.

– Wcale się nie kłóciliśmy. – Mama i tata wymienili spojrzenia. – Kąpaliśmy się.

– Kłamiecie! – krzyknęłam. – Jak wam nie wstyd! Kto rano rzucał talerzami?

– Talerzami? – zdziwiła się mama. – Jakimi talerzami?

– Niebieskimi. Ze złotym szlaczkiem!

Patrzyłam na nich jak nauczycielka na uczniów, którzy coś przeskrobali.

– No, może potłukł się jakiś jeden talerzyk... – przyznał tata. – Ale to nie my.

– To któryś z gości – dodała mama, uciekając wzrokiem.

– A niech was! – powiedziałam. – Nic sensownego z was nie wyciągnę.

– Idziemy na kawę ze śmietanką i croissanty – powiedział wesoło tata. – Przyłączysz się?

* * *

W ogrodzie rosły palmy i kaktusy. Kwitły oleandry i czerwone róże. Spojrzałam na czerwone róże, które mocno pachniały:

– Niedługo zapomnę, jak wygląda śnieg! Chcę do Sokolnik!

Rodzicom wydłużyły się twarze.

– Prawdziwe księżniczki nigdy nie kapryszą – powiedział łagodnie tata.

– Prawdziwe księżniczki zawsze kapryszą – nie zgodziła się mama. – Jedynie bezduszni ojcowie rozpieszczają swoje dzieci! Żadna z niej księżniczka, tylko uczennica!

– Jestem uczennicą – przyznałam potulnie w obawie, że tata i mama znów się pokłócą. – Co dziś będziemy robić?

– Pewien rosyjski bogacz z pszenicznymi wąsami i kukurydzianą brodą zaprosił nas, żeby popłynąć na bezludną wyspę, na której mieszka tylko jeden człowiek. – Tata zrobił chytrą minę.

– Co za głupoty! – Mama się obruszyła. – Dlaczego nazywasz Jurę bogaczem?

– Zaraz, zaraz! – wmieszałam się. – Jak na bezludnej wyspie może mieszkać choćby jeden człowiek?

– Właśnie to sprawdzimy – powiedział tata. – A co, Jura nie jest bogaty?

– Dla ciebie wszyscy, którzy mają choćby o kopiejkę więcej niż ty, to bogacze! – Mama strząsnęła z płaszcza kąpielowego okruchy croissanta.

– Tato, ale ty przecież jesteś czarodziejem – zaprotestowałam. – Możesz zrobić tak, że nikt nie będzie bogatszy od ciebie!

Mama roześmiała się, wzburzyła tacie włosy i pocałowała w czubek głowy. Zaciągnęła mocniej pasek na białym płaszczu, po czym poszła do domu.

– Dlaczego milczysz? – spytałam tatę. – Czyż nie jesteś czarodziejem?

– No tak. – Tata uśmiechnął się z roztargnieniem. – Czarodziejem!

– Pokaż jakiś czar!

Mama wyjrzała przez okno:

– Zbierajcie się! Już czas!... Iwanie, czy ty zawsze musisz się spóźniać?

Tata wstał od stołu, zostawiając niedopitą kawę.

– A czar?

– Później.

– Nie, teraz!

– No dobrze. Patrz: świeci słońce. Trzeba uważać na oczy. Klaszczemy w dłonie. Raz-dwa-trzy. Wyjmujemy z kieszeni okulary przeciwsłoneczne. Trzymaj!

Od dawna chciałam mieć takie okulary. W czerwonej oprawce!

– Tato! – pisnęłam radośnie.

– Też mi czarodziej! – Mama wyraziła swój podziw z kwaśnym uśmieszkiem. – Te okulary kupiliśmy wczoraj w sklepie na morską wycieczkę!

* * *

Diana komenderuje mną, a ja nią. Udaje, że mnie słucha, a ja udaję, że jej nie słucham. To jak szachy, tyle że w szachy gramy gorzej niż w dziecko i nianię.

Poprzednia niania, Wala, też była Mołdawianką, ale starą i srogą, toteż łączyły nas napięte stosunki. Zawsze mnie poganiała. Z niecierpliwości trzęsły się jej ręce. Rano często płakałam, rodzice myśleli, że jestem beksą, a ja broniłam swoich praw człowieka.

Z Dianą jest mi o niebo lepiej. Budzi mnie z miłym uśmiechem. Mogę też wejść jej na plecy i pojeździć. A co, jeśli została przysłana do naszej rodziny z nieznanym mi zadaniem? Przed snem, wgramoliwszy się na nagie plecy Diany i trzymając się za jej długie czarne włosy, obleciałam z nią różne miejsca. Byłyśmy w jej ojczystej Mołdawii, gdzie jadłyśmy parującą kukurydzę, której ziarna zostają między zębami. Bywałyśmy w Londynie i widziałyśmy z bliska rodzinę królewską, która machała do nas swymi brylantowymi rękami i stroiła niebieskie porcelanowe miny. W Chinach obleciałyśmy nieprawdopodobny Szanghaj, megalopolis 1001 drapaczy chmur i fruwających pociągów. A także nieskończony tam port z mnóstwem kolorowych kontenerów i niezliczonymi dźwigami! I oto ona, Koparka Krocząca, wkroczyła stamtąd do mojej podświadomości. W Ameryce pospacerowałyśmy po Florydzie, widziałyśmy start rakiety, która eksplodowała w powietrzu jak świąteczne fajerwerki, i niewyobrażalnie piękny Disneyland. Ale po drodze dolatywałyśmy do strasznych miejsc, gdzie na stepie leżeli zakrwawieni żołnierze, strzelały czołgi i trwała wojna.

Teraz też wgramoliłam się Dianie na barana i wyszłyśmy na ulicę, do samochodu taty. Miałam na sobie nowe ciemne okulary w czerwonej oprawce i słomkowy kapelusz z rondem. Na białej od słońca ulicy było potwornie gorąco. Tata siedział już za kierownicą. Zobaczył mnie i ucieszył się:

– Witaj, księżniczko!

Mama siedziała obok niego na przednim fotelu i widziałam tylko, jak bez słowa wzruszyła ramionami.

– Już się widzieliśmy – powiedziałam do taty.

Mama zdjęła ciemne okulary:

– Słusznie.

Tata też zdjął ciemne okulary:

– Ludzie dobrze wychowani witają się nawet tysiąc razy!

Mama znów założyła ciemne okulary:

– Po co wzięłaś Różową Mysz? Morze jej szkodzi. Zniszczy się.

– Nie zniszczy. – Obraziłam się w imieniu Myszy.

– Na łodzi jest wiele pułapek na myszy. Wróci bez głowy.

Różowa Mysz pisnęła złowrogo:

– Nie martwcie się o moją głowę!

Stosunki między nią a mamą wyraźnie się nie układały.

– Jest harda! – Mama się naburmuszyła.

– A więc ty też rozumiesz, że ona mówi?

– Dlaczego też?

– Diana rozumie...

– O czym wy tak...? – spytał tata.

– Tato, Różowa Mysz to istota mówiąca!

– Naturalnie! – Tata od razu się zgodził. Zawsze zbyt od razu przyznawał mi rację, cokolwiek bym powiedziała.

– Zostaw mysz w domu! – powiedziała rozkazującym tonem mama. – Może wypaść z łodzi do morza!

Ale tu wtrącił się tata:

– Niech bierze! Najwyżej kupimy jej jeszcze jedną!

– Ale to prezent od Dziadka Mroza! – zawołałam.

– Właśnie! – powiedziała mama.

– Faktycznie, od Dziadka Mroza. – Tata samokrytycznie palnął się w czoło.

Wybroniłam Różową Mysz. Znów staliśmy się zgodną rodziną w okularach przeciwsłonecznych. Diana też miała ogromne ciemne okulary. Na dole prawego szkła widniał dumny napis: Dior.

– Jedziemy! Dobrze wychowani ludzie się nie spóźniają! – ponagliła ostrym tonem mama i znów zaczęłam bać się o naszą rodzinę, ale tata posłusznie włączył silnik.

Jechaliśmy przez malutkie miasteczko z różnokolorowymi domkami.

– Do mariny jedzie się dwadzieścia minut – powiedział tata. – Zdążymy.

– Do mojej nowej przyjaciółki Mariny? – Ucieszyłam się, bo nienawidzę towarzystwa dorosłych. Wielu z nich ma nudne szare włosy. Tata też ma ich sporo, jest starszy od mamy, pewnego razu poprosiłam go, żeby ufarbował sobie te włosy na brązowo, ale mama powiedziała: a może na rudo? I dodała: bez tego też jest przystojny!

– To inna marina... – zaczął tata, ale mama mu przerwała:

– Dziecinko, jedziemy do portu! – zachichotała.

Ten jej chichocik oznaczał, że się mylę. Zrozumiałam, że nie spotkam w porcie swojej przyjaciółki Mariny, i przytuliłam Różową Mysz do policzka. Oto, kto zastąpi mi Marinę! Różowa Mysz była mięciutka i puszysta, ale wyczuwałam policzkiem, że ma żelazny charakter.

– Gratuluję! – szepnęła mi do ucha przytulona do mojego policzka Różowa Mysz.

– Co? – Moje brwi podskoczyły do góry.

Mysz głośno powąchała powietrze:

– Pot! Ostry pot!

– I co z tego?

– Dziecko umarło – powiedziała szeptem Różowa Mysz. – Narodziła się dziewczynka!

[...]