Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rozkosze jednej nocy - Tessa Radley

 

 

Młoda Amerykanka, Tiffany Smith, została okradziona w podróży do Hongkongu. By zarobić na powrót, zostaje kelnerką w ekskluzywnym nocnym klubie. Tam jednemu z gości, biznesmenowi o imieniu Rafik, opowiada swą historię. Rafik nie wierzy w opowieść Tiffany bez zastrzeżeń, niemniej pożycza jej pieniądze i zaprasza na drinka do hotelowego apartamentu...

Opinie o ebooku Rozkosze jednej nocy - Tessa Radley

Fragment ebooka Rozkosze jednej nocy - Tessa Radley

Tessa Radley

Rozkosze jednej nocy

Tłumaczenie: Zuzanna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tiffany Smith rozejrzała się po zadymionym wnętrzu i dostrzegła Renate w towarzystwie dwóch mężczyzn. Poczuła ulgę. Ten popularny w Hongkongu klub był bardziej zatłoczony, niż się spodziewała. Ostra pulsująca muzyka i światła wprawiły ją w stan dezorientacji i podrażniły. Z całą mocą wróciły wydarzenia wczorajszego dnia. Ukradziono jej torebkę, w której miała paszport, kartę kredytową, gotówkę.

Chwyciła kartę napojów i zaczęła się przebijać przez tłum w stronę trójki siedzącej przy barze. Starszego z mężczyzn mgliście sobie przypominała, młodszy zaś taksował ją chłodnym krytycznym wzrokiem.

Przyjrzała mu się. Miał na sobie elegancki, ciemny, pasujący do koloru oczu garnitur i sprawiał wrażenie aroganta, może również z powodu wystających kości policzkowych i orlego nosa. Śmiało spojrzała mu w oczy. Niech nie myśli, że poczuje się speszona.

– Nie wiem, na co ma ochotę Rafik, ale sir Julian prosi o dżin z tonikiem – rzuciła Renate na powitanie i uśmiechnęła się do starszego mężczyzny, który był prawie dziesięć centymetrów niższy od niej. – A ja napiję się hot sex z szampanem.

Sir Julian, oczywiście! A bardziej oficjalnie Julian Carling, właściciel sieci hotelowej opatrzonej tym samym nazwiskiem. Jeśli taką klientelę przyciąga Le Club, to muszą mieć niezłe napiwki.

– Jesteś pewna, że nie chcesz czegoś mocniejszego?

Drogiego, dodała w myślach Tiffany i podała mężczyźnie z uśmiechem kartę z koktajlami.

Nie po raz pierwszy dziękowała losowi, że natknęła się na Renate, kiedy musiała przespać się w hostelu za ostatnie dwadzieścia dolarów po powrocie z posterunku policji i ambasady. Tego ranka nowo poznana koleżanka podzieliła się z nią swoim płatkami zbożowymi, a potem namówiła, by poszła do klubu i zarobiła trochę forsy jako hostessa serwująca drinki.

Pokazała Tiffany, gdzie trzymają koktajle z „szampanem”, czyli zwykłą tanią lemoniadę. W sam raz dla hostess. Ich zadaniem było namówienie dzianych facetów na wyszukane i droższe wersje drinków o skandalizujących nazwach, z których Le Club słynął, a także, by byli skłonni przepłacić za lemoniadę dziewczyn. Tiffany pozbyła się skrupułów, w końcu Renate wyświadczyła jej przysługę. A poza tym sir Julian nie wydawał się zakłopotany tym, że mu dopiszą co nieco do rachunku.

To nie jej sprawa, będzie trzymać język za zębami. W końcu chodzi tylko o napiwki. Jeśli dostanie ich dużo, może uśmiechać się do wszystkich, aż ją szczęka rozboli. I właśnie miała posłać jeden z takich reprezentacyjnych uśmiechów młodemu mężczyźnie, którego dostrzegła, wchodząc, ale natknęła się na nieprzeniknione spojrzenie. Nawet w takim tłoku potrafił stworzyć dystans, określić granicę, której nikt nie miał ochoty przekraczać.

Po chwili uznała tę myśl za dziwaczną, uśmiechnęła się i zaproponowała:

– Napijecie się czegoś?

– Zostanę przy dżinie z tonikiem – odpowiedział sir Julian z uśmiechem i oddał kartę z drinkami.

– Zimną coca-colę poproszę. Najlepiej z lodem, jeśli w tym upale coś jeszcze zostało. – Mężczyzna, którego Renate nazwała Rafikiem, uśmiechnął się, co złagodziło jego rysy i przydało tyle uroku, że Tiffany zamarła z podziwu.

Świetny facet.

– Jj…jasne – wyjąkała. – Za moment wracam.

– Będziemy przy tamtym stole – powiedziała Renate.

Tiffany po paru minutach znalazła ich bez trudu. Podała drinka koleżance i sir Julianowi, a następnie Rafikowi.

To imię do niego pasowało. Brzmiało obco, egzotycznie. Mężczyzna w pełnym tego słowa znaczeniu. W milczeniu podała mu colę z lodem, który zabrzęczał w szklance.

Skłonił głowę i podziękował. Omal nie dygnęła przed nim.

– Zrób nam zdjęcie – powiedziała Renate.

Tiffany wzięła komórkę i spojrzała na nią z konsternacją. Sprawdziła ustawienia. Poradzi sobie. Koleżanka tymczasem zdążyła się usadowić na kolanach sir Juliana i przybrała wyczekującą pozę. Tiffany strzeliła im kilka fotek. Blask flesza przywrócił do życia zamroczonego nieco mężczyznę, który zamachał rękami i zakrył twarz.

– Żadnych zdjęć!

– Przepraszam. – Tiffany zaczerwieniła się i upuściła telefon.

– Usunęłaś je? – zapytał Rafik ostrym głosem.

– Tak, tak. – Zatknęła komórkę za skórzany pasek i obiecała sobie, że to sprawdzi, jak następnym razem pójdzie po drinki.

– Grzeczna dziewczynka. – Sir Julian uśmiechnął się z aprobatą. Ulżyło jej. Głupio byłoby stracić robotę przed wypłatą.

– Usiądź koło Rafika, Tiff.

Było tam sporo miejsca z racji tego, że wysoki brunet wyznaczył linię demarkacyjną wokół siebie. Szkoda, że jest taki ponury, inaczej zasługiwałby na miano przystojniaka.

– Lepiej sprawdzę, czy ktoś nie ma ochoty na drinka.

– Siadaj tutaj, Tiffany – rzuciła Renate tonem, który zniechęcał do dyskusji.

Tiffany z rozpaczą spojrzała na sąsiednie stoły. Przy każdym siedziały hostessy i sączyły lipnego szampana. Żadna z nich nie potrzebowała pomocy.

Dała za wygraną. Usadowiła się na krawędzi pokrytej aksamitem kanapy i usiłowała przekonać samą siebie, że mężczyzna nie patrzy na nią z góry, nie ma przecież powodu. To tylko panujący tutaj półmrok nadaje mu wygląd zarozumialca.

– Powinni zainstalować tu jaśniejsze światła – wyrwało się Tiffany.

– Jaśniejsze światła? – zdziwił się Rafik. – Mijałoby się to z celem.

– Jakim celem? – Zmarszczyła brwi.

– Ma być nastrój do rozmowy. – Renate roześmiała się. – To nie pokój przesłuchań.

– Ale przy takiej głośnej muzyce raczej nie da się rozmawiać. – Tiffany zamilkła. Właściwie w kącie, w którym siedzieli, nie było tak hałaśliwie.

Rafik przyjrzał się jej uważnie. Poruszyła się speszona.

– Przyniosę sobie coś do picia.

– Najlepiej koktajl z szampanem, jest świetny. Możesz wziąć też jeden dla mnie. – Renate wskazała na pustą szklankę. – A dla sir Juliana jeszcze raz tonik z dżinem.

Rafik wykrzywił usta w ironicznym znużonym grymasie. Wie. Co dokładnie, nie była pewna, ale wie. Że drinki dla hostess są do niczego? Czy też że to oni będą musieli za nie zapłacić? Coś jej podpowiadało, by postępować z nim ostrożnie.

Wydostała się zza stołu i umknęła tym wszystko widzącym oczom.

Pojawiła się z powrotem po dziesięciu minutach z drinkami na tacy.

– Co tak długo? Julesowi zaschło w gardle – odezwała się Renate.

Julesowi? Oho, zdaje się, że coś jej umknęło. Sir Julian Carling został już Julesem. Renate zaś ulokowała się wygodnie na jego kolanach i tylko brakowało, by zaczęła mruczeć. Tiffany ponownie usiadła obok Rafika i po raz pierwszy cieszyła się, że wieje od niego chłodem jak od góry lodowej. Nie musi się przytulać.

– To nie jest koktajl z szampanem – zauważył.

Spojrzała na niego.

– Racja, to woda.

– Aha, pewnie Perrier. – Uniósł brwi z pozornym zrozumieniem.

– Woda z kranu. – W zasadzie lepiej byłoby wziąć butelkowaną. – Pić mi się chciało.

– Takie byle co? Dlaczego nie wzięłaś szampana? – W jego głosie zabrzmiało niedowierzanie. Zapewne doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się tutaj działo. Nie miała ochoty brać odpowiedzialności za te kanty, więc odrzekła wymijająco:

– Nie piję szampana.

– Czyżby? – I znowu to niedowierzanie.

– Nigdy mi nie smakował.

Powinna raczej powiedzieć, że straciła ochotę na picie po imprezach u rodziców, na których alkohol lał się strumieniami, a rankiem nadciągał nieuchronnie kac.

Zrobiło się jej nagle nie wiedzieć czemu smutno. To wszystko było tak dawno temu. Wczoraj ledwo się pohamowała, by nie wybuchnąć w trakcie rozmowy z mamą, potem zadzwoniła do ojca. Chciała, żeby przesłał jej jakieś pieniądze, chociaż na samą myśl o proszeniu go o cokolwiek robiło się jej niedobrze. Czuła jednak, że musi mu dopiec za to, co zrobił matce.

Ciągłe zdrady były na porządku dziennym, ale to, że odszedł do Imogen, nie mieściło się w schemacie skoku w bok. Imogen współpracowała z nim, zarządzała przez wiele lat jego interesami, nie wyglądała jak bohaterka skandalizującego romansu, nie polowała na rolę w filmie.

Tiffany lubiła tę kobietę. Ufała jej. Przez to, co zrobił, straciła do ojca resztę szacunku. Ale Taylor Smith przepadł bez wieści razem z Imogen. Zaszyli się pewnie gdzieś w jakimś luksusowym kurorcie i udawali, że są w podróży poślubnej.

– Czego jeszcze nie lubisz? – Głos Rafika przerwał te niezbyt przyjemne rozmyślania. Po raz pierwszy sprawiał wrażenie przystępnego, a nawet więcej, rozbawionego.

Co by było, gdyby szczerze oznajmiła, że nie lubi aroganckich i zadowolonych z siebie mężczyzn, którzy uważają, że są darem niebios dla wzdychających do nich biednych kobiet?

Poczuła na sobie ostry wzrok Rafika i zrezygnowała z lekkomyślnego pomysłu, by mu dogryźć. Zamiast tego uśmiechnęła się i z udaną słodyczą zakomunikowała:

– Mało jest rzeczy, których nie lubię.

– Tak sądziłem – odparł i wycofał się na powrót do swojej skorupy.

Czy krył się za tym jakiś przytyk, który przeoczyła? A może doszukuje się czegoś, czego on wcale nie miał na myśli.

Obok sir Julian poprawiał sobie na kolanach szepczącą mu coś do ucha Renate. Tiffany poczuła się zakłopotana, zerknęła na Rafika. On również spoglądał na migdalącą się obok parę z niesmakiem.

Co ta Renate wyprawia, na miłość boską?

Duchota panująca w klubie stawała się nie do zniesienia. Ścisk ciał, widok koleżanki w groteskowej pozie wijącej się wokół sir Juliana powodowały, że Tiffany czuła się coraz niezręczniej. Wypiła resztkę wody i odezwała się z desperacją w głosie:

– Muszę iść do łazienki.

Gdy już tam dotarła, zrosiła twarz zimną wodą. Za sobą usłyszała skrzypnięcie drzwi.

– Przestań! – To Renate pojawiła się obok i złapała ją za ręce. – Rozmażesz sobie makijaż.

– Nie ma strachu – odrzekła, ale tak naprawdę czuła, że sytuacja ją przerasta.

– No i widzisz, będziesz musiała umalować się na nowo – rzuciła Renate poirytowanym głosem.

Tiffany nie miała na to ochoty.

– Tu jest strasznie gorąco, i tak się już lepię. Poza tym nie ma znaczenia, jak wyglądam, nie przyszłam podrywać facetów – powiedziała, akcentując ostanie słowa.

– Przecież potrzebujesz gotówki. – Renate otworzyła kosmetyczkę. – Jules mówi, że robi interesy z Rafikiem, a skoro tak, to znaczy, że facet ma wypchany portfel.

– Wypchany portfel? Co masz na myśli? Mam go okraść?

W Tiffany narastało niedowierzanie. Odwróciła się i spojrzała na nową koleżankę. Chyba zwariowała. Reakcja Rafika będzie natychmiastowa, a kara dotkliwa. Coraz mniej podobała jej się wizja łatwych pieniędzy roztaczana przez Renate.

– Nie zrobię tego.

– Nie bądź kretynką. – Renate przewróciła oczami. – Nie zamierzam nikomu niczego podprowadzać. Nie mam ochoty trafić do pudła za kradzież. Zwłaszcza w tym kraju.

– Ani tu, ani nigdzie – rzekła Tiffany gorączkowo. Mimo trudnej sytuacji, w jakiej się znalazła, nie miała najmniejszego zamiaru trafić do więzienia w Hongkongu. – Wczorajsza wizyta na policji wystarczy mi na zawsze.

Spędziła na posterunku cały dzień, relacjonując okoliczności utraty torebki, a wraz z nią dokumentów i pieniędzy. Potem straciła masę czasu w kolejce do ambasady, gdzie starała się o paszport tymczasowy i pomoc finansową, by jakoś przetrwać weekend. Nadzieje na pieniądze rozwiały się, gdy tylko urzędnicy dowiedzieli się, kim jest jej ojciec. A ten na dodatek zapadł się pod ziemię.

W poniedziałek bank prześle jej nowiutką kartę kredytową i tego dnia odbierze dokumenty niezbędne do podróży powrotnej. Tiffany po kłótni z ojcem, który zakazał córce ryzykownej wyprawy z koleżanką, została pozbawiona dostępu do pieniędzy, co nie przeszkadzało jej aż do wczoraj. To, co zaczęło się jako fascynująca przygoda, przerodziło się w koszmar, a cena, jaką przyszło zapłacić, okazała się niewiarygodnie wysoka.

Biletem na samolot będzie się martwić w poniedziałek, na razie musi dać sobie radę przez dwa najbliższe dni.

I robiła to przy wydatnym udziale Renate. Pominąwszy wygibasy przy klubowym stole, dziewczyna pomogła jej wybrnąć z kłopotów finansowych. Tiffany winna była Renate wdzięczność.

– Po co flirtujesz z sir Julianem? Jest pewnie w wieku twojego ojca.

– Ale ma forsę. – Renate zaczęła grzebać w torebce, tak że nie było widać jej twarzy.

– No co ty? Co to za argument, że jest bogaty? Myślisz, że poprosi cię o rękę? – Troska nakazała Tiffany wyprowadzić koleżankę z błędu. – Na pewno już ma żonę.

– Oczywiście. – Renate spokojnie malowała usta na kolor śliwkowy, potem przyglądała się kontrastowi, jaki tworzyła z bladą cerą i blond włosami.

– Jak to? – Tiffany była zszokowana jej nonszalancją. – Po co więc tracisz na niego czas?

– Jest multimilionerem. Może nawet miliarderem. Poznałam go natychmiast, gdy się tu pojawił. Bywał już w klubie wcześniej, ale dotychczas – zawiesiła głos i zerknęła z ukosa na Tiffany – nie rozmawialiśmy. Teraz obiecał, że w przyszłym tygodniu zabierze mnie na wyścigi.

Tiffany przypomniała sobie ból, jaki usłyszała w głosie matki, kiedy jej powiedziała, że ojciec wyjechał z Imogen.

– Ale przecież on ma żonę. Nie pomyślałaś, co ona może czuć, gdy się dowie?

Renate wzruszyła beztrosko ramionami.

– Pewnie spędza czas z przyjaciółmi z klubu i jest zbyt zajęta, by zauważyć, że męża nie ma. No wiesz, tenis, szampan do śniadania, akcje charytatywne. Dlaczego miałaby się przejmować?

Tiffany była przekonana, że jest inaczej. Wpatrywała się w milczeniu w koleżankę. Ta zaś kontynuowała:

– Ostatnio zafundował dziewczynie wakacje na Phukecie i szafę pełną markowych ciuchów. Uwielbiam takich facetów. – Dostrzegła zniesmaczone spojrzenie Tiffany w lustrze. – Nie schrzań tego. Bardzo możliwe, że Rafik ma również miliony. Może warto uprawiać jego ogródek?

Co za wyrażenie, „uprawiać ogródek”. Przywołała obraz Rafika z tą jego pogardliwą miną. Nie jest w jej typie. Zbyt arogancki, za bardzo zdystansowany i zadowolony z siebie. Nie potrzebowała multimilionera, a zwłaszcza takiego, na którego gdzieś tam czeka żona.

Pragnęła kogoś normalnego. Zwykłego. Mężczyzny, przy którym mogłaby być sobą, bez udawania i masek. Po prostu Tiffany. Kogoś, kto nie potrzebowałby do miłości jakieś specjalnej dramaturgii i efekciarstwa. Chciała prawdziwej rodziny, a nie… dysfunkcyjnej.

– Tiff, przecież potrzebujesz pieniędzy. – Renate chytrze zerknęła na koleżankę znad dozownika z mydłem. – Co złego jest w tym, żebyś poznała Rafika nieco lepiej?

Renate nie miała na myśli przyjacielskiej wymiany zdań. Na dowód tego wetknęła jej coś do ręki. Mimo upału i lepkości Tiffany poczuła, że robi jej się zimno.

– Po co mi prezerwatywa?

– Oj, Tiffany! – Renate zaśmiała się, poprawiając włosy. – Nie bądź takim niewiniątkiem. Spójrz na siebie. Na te aksamitne oczy, na brzoskwiniową cerę, nogi do szyi. Wyglądasz prześlicznie.

– Nie mogłabym…

Renate wzięła koleżankę za ręce.

– Kotku, posłuchaj. Najszybszy sposób na zarobienie gotówki to być miłą dla Rafika. Rób, czego sobie zażyczy, a dostaniesz nagrodę. To bogaty mężczyzna, garnitur, który ma na sobie, musiał kosztować przynajmniej tysiąc dolarów. Przyszedł dzisiaj do Le Club, więc zna zasady.

– Co ty opowiadasz? – Tiffany przestraszyła się.

– Mężczyźni, którzy przychodzą do tego klubu, szukają towarzystwa na całą noc.

– Tylko nie to! – Tiffany wyrwała dłonie z rąk Renate i zakryła nimi twarz. Mogła się domyślić, co kryło się pod życzliwością dziewczyny. „Włóż moją minisukienkę, Tiff, masz takie zgrabne nogi. A usta pomaluj czerwoną szminką, podkreśli twoją kapryśną minkę. Ale bądź miła, dostaniesz więcej napiwków”. Jak mogła nie zwrócić uwagi na te słowa. Idiotka! Taka była wdzięczna za, jak jej się wydawało, bezinteresowną pomoc.

Tiffany opuściła ręce i spojrzała na Renate, której rysy nagle złagodniały.

– Tiff, za pierwszym razem jest najtrudniej, potem już idzie gładko.

– Jakie potem?! – Zrobiło jej się zimno. Ta niby dobroduszna dziewczyna zwiodła ją na manowce. Celowo. Nie zamierzała stawiać powtórnie stopy w tym miejscu. – Nie będzie żadnego następnego razu.

– Nie bądź taka pewna. – Renate schowała prezerwatywę.

– Wychodzę – rzuciła Tiffany, zabierając torebkę, którą okręciła paskiem wokół ręki.

– Pierwsza zmiana kończy się o dziesiątej, jeśli urwiesz się teraz, nie zapłacą ci wcale, a jak zostaniesz na następnej, zarobisz dużo więcej.

Tiffany zerknęła na zegarek. Dziewiąta trzydzieści. Jeszcze tylko pół godziny. Przecież musi zapłacić za hostel. Ale następnej zmiany nie zniesie. Spojrzała na Renate.

– Zastanowię się.

– Przemyśl to. Pamiętaj, tylko pierwszy raz wydaje się trudny. – Przez moment w oczach Reante zamigotało jakby współczucie. – Każda się na to decyduje. Można powiedzieć, że jest spory popyt na zagraniczne turystki. Rafik jest przystojny. Nie będzie źle. Wolisz błąkać się po Hongkongu bez pieniędzy?

– Tak. – Zadrżała. Lekceważenie, jakie okazywał jej mężczyzna, nabrało nagle sensu. Myślał, że ona…

Zastygła z ręką na klamce. Ależ nie, myli się. Ze strony Rafika nic jej nie grozi, nie robił żadnych aluzji. Po prostu serwowała mu drinki.

– W zasadzie nie wydaje się, żeby chciał się ze mną przespać.

– Oczywiście, że chce. – Renate spojrzała na nią z wyższością. – Chociaż przespać się nie jest najlepszym określeniem, mimo to zapłaci ci na pewno dobrze.

– Wolałabym umrzeć z głodu – odparła lodowato.

– Nie musisz, wystarczy, że zrobisz, co zechce.

– Nie! – Tiffany zacisnęła pięści i poczuła w sobie stalową wolę. – I nie umrę z głodu. W końcu za dzisiejszy wieczór jest mi winien napiwek.

Rafik starał się uciszyć Juliana Carlinga, który gromkim głosem okazywał zadowolenie z powrotu dziewczyn.

Tiffany różniła się od bywalczyń klubu. Miała taką niewinną świeżą buzię… dziwny kontrast z czarną, krótką, falbaniastą sukienką i jaskrawoczerwonymi ustami.

Podała mu wodę z lodem, patrząc na niego czujnym wzrokiem. Podziękował. On też poczuł się spięty. Nie przywykł, by kobieta patrzyła na niego nieufnie. Na ogół budził podziw i pożądanie, zarówno on sam, jak i dobra doczesne, którymi dysponował.

Ale twarz Tiffany nie przywoływała znajomych skojarzeń. Z lekka zbladła i miała rozszerzone źrenice. Wreszcie pojął, że się go boi. Jakby ktoś naopowiadał Bóg wie co na jego temat, na przykład że handluje żywym towarem albo gorzej. Zerknął z ukosa na Renate. Czyżby to była jej sprawka?

Posągowa blondynka od razu rozpoznała cieszącego się pewną popularnością w Hongkongu sir Juliana, na szczęście nie zorientowała się, kim był Rafik. Najwyraźniej szejkowie z rodzin królewskich nie są tak znani jak słynni hotelarze. W zasadzie nie planował spędzić tutaj wieczoru, sądził, że wypiją kieliszek czegoś mocniejszego, by uroczyście przypieczętować transakcję: Julian miał wybudować hotel w jego ojczystej Dhaharze. Zaraz potem Rafik zamierzał opuścić Le Club.

Ale wtedy Tiffany zamówiła wodę zamiast „szampana”, co zaintrygowało go na tyle, że postanowił dowiedzieć się czegoś więcej o dziewczynie, której przeszkadzał półmrok panujący w klubie, tak wygodny do nawiązywania bardziej intymnych znajomości.

Stała teraz sztywno, drżał jej podbródek. Co ją tak zaniepokoiło? Przesunął się nieco, robiąc miejsce obok, i zaprosił gestem, aby usiadła. Posłała mu spojrzenie osaczonego przez jastrzębia królika. Uniósł brwi ze zdziwieniem, ale Tiffany tylko przełknęła ślinę.

– Usiądź – mruknął. – Wbrew opinii nie gryzę.

Uciekła wzrokiem od niego. Zastanawiał się, co się z nią dzieje, skąd taka krańcowa reakcja. Spojrzał na Renate, która przesuwała palec po wydatnych ustach Juliana, on zaś pożądliwie kąsał od czasu do czasu jej kciuk. Nie krępując się tym, że Rafik i Tiffany ich obserwują, hotelarz zaczął mocno ssać palec dziewczyny. Rafik zacisnął wargi. Nie dalej jak wczoraj Julian gościł go u siebie na kolacji, przedstawił żonie, o której z dumą mówił, że od trzydziestu lat jest miłością jego życia, a owocem ich związku córka, którą starał się zainteresować Rafika.

– Nie gryzę również kciuków – rzekł cicho do Tiffany. Ku swemu zaskoczeniu dostrzegł w jej oczach ulgę.

I coś jeszcze, złote refleksy. Do tej pory zwrócił uwagę tylko na jej brzoskwiniową cerę. Niby nie miało to znaczenia, nie interesuje się przecież kobietami, które prowadzą się jak Tiffany. Mimo to nie mógł się powstrzymać i zapytał:

– Dlaczego zdecydowałaś się na taką pracę?

– Przyszłam tu dziś pierwszy raz. Renate powiedziała mi, że w ten sposób najłatwiej zarobię trochę pieniędzy.

Słysząc to, cofnął się odruchowo. A więc przyszła tutaj zamienić ciało na gotówkę?

– Aż tak bardzo potrzebne są ci pieniądze?

Gdy milczała, poczuł rozczarowanie.

– Powinnaś stąd iść.

Zaczerwieniła się, opuściła głowę i wodziła palcem wskazującym po białej lnianej serwetce. Rafik spojrzał ponownie na Juliana. Właśnie wsuwał dłoń za dekolt sukienki Renate i zaczynał ugniatać jej pełne piersi. Dziewczyna chichotała. O tym rozmyśla Tiffany?

– Czy na pewno warto to robić? – zapytał ją.

Nie odpowiedziała. Jej uwagę przykuła para siedząca po drugiej stronie stołu. Wyraźnie zbierało jej się na mdłości.

– Pozwoliłabyś, żeby facet publicznie macał cię za pieniądze? – zapytał ostrzej, niż zamierzał. – W pomieszczeniu pełnym obcych ludzi?

– Chyba muszę znowu iść do łazienki.

Wyglądała, jakby miała zwymiotować. I dobrze. Chamska bezpośredniość Rafika nią wstrząsnęła. Skoro to był pierwszy wieczór w tej budzie, może uda mu się przemówić jej do rozumu. Może wciąż jest szansa, by sprowadzić tę dziewczynę z drogi, którą obrała.

Z pogardliwą miną rzucił studolarowy banknot na stół, podniósł się i podążył za nią.