Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 542 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rozgrywka - Lena Najdecka

Bezwzględny karierowicz z prowincji dzięki mafijnym układom dostaje tekę ministra, a wraz z nią zadanie ustawienia przetargu na autostradę. Pierwsze przestępstwo wywołuje efekt domina –bagno wielkiej polityki zaczyna go wciągać.

Korupcja, zastraszanie i seks – w ten sposób zdobywa niemal nieograniczoną władzę i manipuluje aparatem państwa. Na drodze staje mu jednak mecenas Paweł Wencel, niewygodny znajomy z przeszłości. Wencel zna mroczny sekret skorumpowanego polityka, ale wie, że jeśli go ujawni, ściągnie na swoją rodzinę śmiertelne niebezpieczeństwo.

Czy  Wencel jest gotowy stanąć do walki z całym systemem?

 

Rozgrywka to thriller polityczny opowiadający o szaleństwie człowieka, który korzystając ze zdobytej władzy, nie cofnie się przed niczym, by chronić swój mroczny sekret.

Opinie o ebooku Rozgrywka - Lena Najdecka

Fragment ebooka Rozgrywka - Lena Najdecka

Okładka

Strona tytułowa

Ten wytwór piekieł nie miał w sobie nic ludzkiego, żyły w nim tylko nienawiść i strach.

R. L. Stevenson, Doktor Jekyll i pan Hyde

Strona redakcyjna

Copyright for Polish Edition © 2017 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2017 Lena Najdecka

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73)

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Opieka redakcyjna: Agnieszka Jeż

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Elżbieta Rago

Koncepcja graficzna: Marzena Madej

Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka Izbicka

Zdjęcie na okładce: Vladimir Badaev/Bigstock.com

Skład: Perpetuum

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8117-028-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Iskra w beczce­ prochu

Zaaferowany Mirosław Kwaśniak biegł w dół schodami gmachu Telewizji Polskiej przy Woronicza. Dopiero co zszedł z wizji, pośpiesznie opuścił gwarne studio i próbował w samotności uładzić kłębiące się w nim emocje.

Załatwił oponentów, znokautował. Powiedział wszystko, co zaplanował – nie za mało, nie za dużo. Nad mimiką panował perfekcyjnie, a przynajmniej takie miał wrażenie. Nawet przy niewygodnych pytaniach zachował niewzruszony spokój, umiejętnie kluczył, lawirował, gładko zmieniał kierunek rozmowy.

Dyskusję miała moderować Jaceniuk, antypeenowska kosa, ale znów mu się poszczęściło. Rozchorowała się. Musiała ją zastąpić ta mamałyga. Naprawdę miał nad sobą potężnych bogów. „Jest z nami wzięty radca prawny, Mirosław Kwaśniak” – przedstawiła go telewidzom, a następnie zwróciła się bezpośrednio do niego: „Czy to prawda, że przeciwnicy sądowi nazywają pana bogiem wojny?”.

Najwyraźniej zassała wzmiankę prasową z zeszłego miesiąca. Podchwycono sformułowanie, które ukuli razem z Beatą. Aż przystanął, gdy to sobie uzmysłowił. W studiu był niemal jak w transie, dopiero teraz przypominał sobie istotne szczegóły rozmowy. Schodziło z niego napięcie, presja, pod którą znajdował się w trakcie programu. To korzystne, że wymieniła to określenie, teraz przylgnie do niego na stałe. Miał ochotę roześmiać się w głos.

Trzeci raz w ciągu miesiąca zaliczył szkło jako ekspert, i to na żywo. Rozpierała go radość, pobudzając dodatkowy dopływ adrenaliny, dodatkową falę unoszącej go energii. Nikt by nie odgadł, jaka burza szalała teraz w jego sercu, tak do­skonale maskował podniecenie; maskował je skrzętnie, choć jedynym świadkiem tej sceny był znudzony ochroniarz, obojętnie wyglądający ze szklanej budki obok wyjścia, niczym żółw ze skorupy.

Cóż to? Nie ukłonił się? Nie rozpoznał go, czy po prostu nikt go jeszcze moresu nie nauczył? Teraz o pracę niełatwo… Kwaśniak zwolnił kroku, nim wszedł w prowadzące na zewnątrz obrotowe drzwi, i uparcie zezował do wnętrza kanciapy ochroniarza, omiatając wzrokiem jej wnętrze. Grał telewizor, leciał program pierwszy – tamten musiał go przed chwilą oglądać na ekranie. Jednak zawiść ludzka nie ma granic.

Tymczasem on, Kwaśniak, pomału stawał się rozpoznawalny, niewątpliwie był osobą medialną. „Najseksowniejszy polityk, do tego wzięty prawnik” – głosił nagłówek „Super Expressu”. Beata to załatwiła. Potem poszło po całym necie jak lawina, od jednego portalu do drugiego. W rankingu młodych wilków polskiej polityki „Fakt” uplasował go na drugim miejscu. I jeszcze slogan w opisie – „Ares, bóg wojny”. Spreparowali to tak, że niby bliski znajomy zdradził brukowcom, iż przeciwnicy w sądzie nazywają go Aresem, bo tak się go boją. Dobra taktyka na wypracowanie pozycji na rynku prawniczym. Teraz, kiedy wreszcie jest na swoim, weźmie rynek migiem. Przystojny polityk, wzięty prawnik. To się będzie nieść, a jak już ta etykietka do niego przylgnie, stanie się rzeczywistością, ponieważ dziś nie ma innej rzeczywistości niż medialna. Kwaśniak to wiedział, naczytał się o tym, ściągał na ten temat różne publikacje.

Często łapał się na tym, że gdziekolwiek wchodził, czepiał się wzrokiem ludzkich oczu, chcąc sprawdzić, czy go poznają. I głowę dałby sobie uciąć, że większość ludzi już go kojarzyła. Wszędzie przyciągał spojrzenia. W końcu był człowiekiem z telewizji, z portali internetowych! Wschodzącą gwiazdą palestry, a nadto ekspertem PN-u[1] do spraw prawniczych! Swój wizerunek cyzelował ze starannością i pieczołowitością, o którą wcześniej sam by się nie podejrzewał. Dbał o najdrobniejsze szczegóły – wycięte skórki paznokci, wydepilowane włosy z nosa, nie mówiąc już o najświeższych krojach garniturów. Do dziś nie zapomniał przezwiska, które ponoć nadał mu Wencel, a które dotarło do niego niby przypadkiem – Wiejski Elegant.

– Dobranoc – z naciskiem rzucił w stronę ochroniarza i wyszedł w ciemną listopadową noc na opustoszały parking, gdzie zimny wiatr niemal odarł go z cienkiego płaszcza i ulizał mu włosy na gładko.

Osłaniał głowę teczką i pomału parł w stronę samotnie stojącego auta. W radiu nadawano ostrzeżenie o silnym wietrze. I rzeczywiście, nawet potężne topole gięły się jak widmowe stwory w upiornym tańcu. Brrr… Względnie już opanowany, ostudzony rzeczywistością, pogmerał w kieszeni płaszcza i wyjął kluczyki. Samochód szczęknął, rozjarzył się jak dyskoteka. Kwaśniak wsiadł i głęboko odetchnął, opierając się o zagłówek. Cholera, która to godzina? Zdąży jeszcze podjechać po wino, umówili się dopiero na dziewiątą. Tydzień temu Beatrix ruszyła w Polskę z kampanią, miała jechać do kilku pipidówek, ale urwie się dzień wcześniej, ponieważ zastąpi ją Bożymski, a ten pary z ust nie puści, bo o niczym nie wie. I się nie dowie, choćby robili to pod jego nosem. Choćby obściskiwali się pod stołem, z Bożymskim siedzącym naprzeciwko, jak ostatnio w Tłuszczu. Śmiali się z tego jak opętani. Nocowali w tamtejszym hotelu, bo mieli się spotkać z pielęgniarkami wcześnie rano, ale wieczorem tak się skuli, że Beata wracała do pokoju na czworakach. Szczęście, że Bożymski ulotnił się znacznie wcześniej i już tego nie oglądał. Rano, podczas śniadania, zerkał wprawdzie zza okularów nieco podejrzliwie, ale tylko dlatego, że Kwaśniak i Beata znów chichotali jak wariaci. Chyba jedynie kelnerka coś zauważyła, więc na odjezdnym wcisnął jej stówkę do kieszeni. Na wszelki słuczaj.

Z Woronicza skręcił w lewo i pomału sunął aleją Niepodległości w stronę centrum. Miał niewielki apartament w Józefosławiu, ale kiedy spotykali się z Beatrix, zawsze wynajmowali pokój w Westinie. To był najbardziej anonimowy z warszawskich hoteli o pełnych zakamarków, zacisznych korytarzach. W razie nieoczekiwanego spotkania można się było schować za pierwszy lepszy róg, a zresztą nocowali tam tylko jacyś cudzoziemscy biznesmeni, a na dole nie było żadnych atrakcyjnych barów, w których mogliby się natknąć na kogoś znajomego. Peenowscy partyjniacy korzystali z  hotelu poselskiego albo jechali prosto do domów, kombinując, jak się dało z przysługującymi im dietami. On i Beata też kombinowali z dietami, nigdy nie płacili z własnej kieszeni, ale byli w swoich machinacjach znacznie bardziej przebiegli. Nie w ciemię bity Kwaśniak wgryzł się w regulamin i dobrze wiedział, co Beatrix przysługuje, a jeśli nie przysługiwało, umiał to obejść. Naprawdę miał głowę na karku. Nic dziwnego, że ona coraz bardziej się od niego uzależniała.

Jeszcze pół roku temu przechodził autentyczne załamanie nerwowe po tym wszystkim, co się stało. Najgorsze było, że dusił to w sobie, bo po wpadce z kaleką w ogóle w Pabianicach nie bywał, wolał nie kusić licha. Nie oznaczało to wcale, że w Warszawie czuł się swobodnie – początkowy okres był ciężki. Najgorszy był kwiecień, nie lepszy maj. Miewał wtedy ze sobą kłopoty. Stany lękowe nasilały się do tego stopnia, że nie był w stanie chodzić do pracy, bał się wyjść z domu. Tylko dzięki Beacie odbił się od dna.

Naturalnie, nie wspomniał jej ani słowem o powodach swojej nerwicy. Utrzymywał, że wypaliła go praca w korporacji, francuskiej sieciówce Guy & Chardon. Po licznych naradach, koncyliacyjnie, za porozumieniem stron opuścił przyjazne skądinąd progi Guya, rozwiązał umowę pod koniec czerwca i wreszcie był na swoim. Kariera – własna praktyka prawnicza – nabierała rozpędu dzięki intensywnemu pijarowi i ekspertyzom dla PN-u, załatwianym przez Beatrix. Kokosów jeszcze nie zarabiał, ale mógł się utrzymać, a przy poselskiej diecie Beatki nie miał prawie żadnych kosztów własnych.

W życiu nie podejrzewał, że związek z kobietą o piętnaście lat starszą może mieć rację bytu, jednak im większego doświadczenia nabierał, im bardziej dochodził do rozumu, tym wyżej oceniał walory takiej relacji. Interesującym było, że inni mężczyźni w jego wieku (Kwaśniak miał trzydzieści dwa lata) kompletnie nie rozumieli, czym się je życie. On wierzył, że posiadł doświadczenie i spryt mężczyzny sześćdziesięcioletniego, będąc u szczytu sił psychofizycznych. W przeciwieństwie do rówieśników cenił macierzyńską opiekuńczość dojrzalszej kobiety, jej koneksje, mądrość. Nie chciała od niego małżeństwa i dzieci, wystarczyło, żeby z nią był.

Doszedł do wniosku, że było to najszczęśliwsze rozwiązanie z możliwych. Najpierw się dorobić, a potem się zobaczy. Do takiej wiedzy mężczyźni dochodzili dopiero w średnim wieku, kiedy życie dało im w kość, a egoizm święcił triumfy nad idealizmem młodości. On był jednym z nielicznych, wybranych, którzy postanowili jednak uczyć się od starszyzny, a nie gardzić jej radami.

Niby każdy to wiedział, ale nikt tak nie postępował, nikt oprócz niego. Litował się nad naiwnością rówieśników harujących jak woły, ale niezdolnych do tego, by się wybić, bo objuczonych bagażem zobowiązań.

On dojdzie do tego samego, ale na skróty. Od eksperta prawnego do polityka wcale nie jest tak daleko, są różne struktury, które stają otworem, ale najpierw trzeba się odkuć finansowo, w coś się wkręcić, tylko pomału, spokojnie, bez paniki. Beata nie pozwoli, aby minęła go lukratywna okazja, są w idealnej symbiozie, a brak środków byłby czynnikiem zakłócającym ich harmonię.

Mąż Beatrix, stary ramol, zdaje się, jakiś aktorzyna ze spalonego teatru jest kompletnie od niej uzależniony i nawet nie miauknie, jak Beata znika na kilka nocy pod rząd. Ma na głowie opiekę nad dziećmi, więc nie waży się zburzyć tego układu. A i Beacie nie zależy na zmianach, za bardzo ceni sobie rodzinę, by miała zakusy na coś więcej niż regularny romans. Wilk więc syty i owca cała.

Zaparkował pod sklepem z winami. Ekspedientka rozpoznała go; był tam stałym bywalcem, w pełni świadomie wkalkulował to w ogólny plan. Prawnik i polityk, a do tego koneser win.

Zaopatrzony, pojechał z powrotem ulicą Jana Pawła w stronę hotelu. Zazwyczaj zostawiał samochod w podziemnym parkingu, w budynku sąsiadującym z Westinem. Płacił taniej i miał mniejszą szansę napatoczenia się na kogokolwiek. Choć i to było dmuchaniem na zimne, gdyż nigdy nie wchodzili razem do hotelu, a do niedawna brali osobne pokoje. Dopiero ostatnio, gdy ich związek okrzepł, zwracali na to mniejszą uwagę.

Skręcił w Ciepłą i ostrożnie zjechał w dół do skąpo oświetlonego parkingu. Na pierwszym poziomie stało kilka samochodów. Nie wiedzieć czemu, chwilę się zawahał. Zdawało mu się, że usłyszał za sobą odgłos, jakby ktoś najechał na ogranicznik ruchu. Ściszył muzykę, przyhamował, auto ledwo się toczyło. Musiało mu się jednak tylko zdawać, uznał w duchu, bo oprócz cichej pracy silnika niczego nie słyszał. W garażu nie było żywej duszy.

Skąd więc to uczucie, że ktoś mu się przygląda? Wyłączył radio, zatrzymał wóz i czujnie wodził oczami od jednego wstecznego lusterka do drugiego. Był w połowie drogi do zjazdu na niższy poziom. We wstecznym widział kilka aut, w tym wielkiego czarnego SUV-a. Czy to w nim dostrzegł jakiś ruch? Skupił wzrok na lusterku i zastygł, by w razie gdyby faktycznie ktoś go obserwował, nie odgadł, że Kwaśniak się zorientował.

Siedział bez ruchu dłuższą chwilę, wsłuchując się w przyspieszone bicie własnego serca. Wyglądało na to, że auta były puste. Pewnie kątem oka zobaczył mijany słup, stąd wrażenie ruchu. Inna sprawa, że był przemęczony, podenerwowany występem w telewizji, no i wciąż spodziewał się… Czego, do jasnej cholery? Przecież dotrzymał umowy, a to, co się stało, nijak nie mogło wpłynąć na majątek, sytuację finansową czy bezpieczeństwo pana Wędzichy. Zresztą, nie będzie roztrząsał tej sprawy w ciemnym garażu. Gdyby mieli jakieś wątpliwości, zgłosiliby się do niego pół roku temu. Już oni by go znaleźli, nie darowaliby. Dobraliby się do niego, jak dobrali się do tamtych...

Gwałtownie wcisnął pedał gazu i zjechał na poziom minus dwa. Było tam jaśniej, parkowało mniej aut. Faktycznie, prawie nikogo. Jeden rzęch i pełen ogląd sytuacji. Stanął jak najbliżej wyjścia, by mieć tylko dwa susy do drzwi prowadzących na klatkę schodową. Wysiadł i znów ogarnęło go dziwne, mrożące krew w żyłach uczucie paniki. Poczucie, że nie jest tu sam.

Spokojnie, tylko spokojnie, to kolejne złudzenie, efekt spiętrzenia stresów, przecież lekarz mu tłumaczył... Dwa szybkie baczne spojrzenia – najpierw na lewo, potem na prawo. Wokół smętnie, ponuro, widmowo; trupie światła przecinające ciemność. Nikogo poza nim samym. Chyba że ktoś schował się za betonowymi słupami…

Szaleństwo. Uśmiechnął się pod nosem i energicznie, zdecydowanie otworzył bagażnik, ćwierknięcie zamka auto­ma­tycz­nego odbiło się echem w pustej przestrzeni. Zagłębił się w poszukiwaniu toreb z winem i aktówki. Musi naprawić żarówkę, przepaliła się i nic w tym cholernym bagażniku nie wi… Zimny dreszcz przebiegł mu po całym ciele. Czy mu się zdawało? Czy to był szelest kurtki ocierającej się o betonowy słup?

Odwracał się z wysiłkiem, pomału. Pragnął odetchnąć z ulgą, pomyśleć, że znów to tylko wytwór rozpalonej wyobraźni, że to jego płaszcz zaszeleścił, gdy nagle usłyszał tupot. Jak fryga okręcił się na pięcie w porę, by dostrzec dwóch wielkich biegnących ku niemu mężczyzn, będących już o krok.

Okrzyk strachu uwiązł mu w gardle, zamiast tego wydobył z siebie tylko cichy jęk. Nie zdołał nawet podnieść rąk. Momentalnie zarzucili mu coś włochatego na głowę, a następnie poczuł potężny cios w żołądek. Szarpanina, przekleństwa, wrażenie braku powietrza. Zaduszą go! Coś płynęło mu w dół spodni, uczepił się ramienia jednego z mężczyzn, słyszał swoje błagania, ale zdawało mu się, że ktoś inny je wypowiada. Ten dochodzący nie wiadomo skąd głos urwał się znienacka, wraz z potężnym ciosem w tył głowy, zadanym czymś cholernie ciężkim a zaskakująco miękkim.

Kwaśniak ocknął się w poruszającej się ciemności. Nie miał pojęcia, ile czasu upłynęło. Szarpało nim na lewo i prawo, silnik warczał, koła co i raz napotykały koleiny, dziury, przy każdym przeciążeniu w lewo głowa uderzała w coś metalowego, kanciastego. Był w bagażniku. Chciał się rozejrzeć, ale przed oczami widział tylko czerń. Usta miał zakneblowane, na szyi pętlę, głowę obwiązaną workiem.

Ludzie Wędzichy wieźli go do lasu, żeby zabić? Brakowało mu powietrza, usiłował wypluć gałgan, wzmogło się wrażenie duszenia. Szarpał się nerwowo, łapiąc tlen nosem niczym pies idący za górnym wiatrem, potem zawirowało mu w głowie, pochłonęła go ciemność. Odpłynął.

Gdy znów się ocknął, był na zewnątrz. Wlekli go za nogi. Szybko, brutalnie. Głowa, wciąż owinięta w wór zapętlony przy szyi, co i raz podskakiwała mu na nierównościach terenu, płaszcz, a także marynarka, zadarły się do góry i gołymi plecami sunął po ziemi. Zdawało mu się, że oprawców było kilku, słyszał szelest ich buciorów brodzących w opadłych liściach. Przystanęli, nerwowo konferując – uzgadniali coś przytłumionymi głosami. Padła jakaś komenda, wtedy znów ruszyli naprzód. Wlekli go jakiś czas, nie umiał powiedzieć, jak długo.

Ponownie zwolnili, stanęli. Zapadła cisza. Na coś czekali. Kwaśniak słyszał łomot krwi pulsującej mu w skroniach. Wtedy gdzieś z oddali dało się słyszeć przeciągłe wycie – trąbił nadjeżdżający pociąg. Znów rzucili się naprzód, wlokąc go, jak mu się zdawało, w tamtym kierunku. Owładnięty najgorszym przeczuciem, zaczął się szarpać, udało mu się oswobodzić jedną nogę, ale dostał takiego kopniaka w bok, że stracił dech. Pociąg przelatywał gdzieś niedaleko z ogłuszającym hukiem, musieli być bardzo blisko torowiska. Potem głuche dudnienie zaczęło się oddalać, by w końcu rozpłynąć się w dali.

– Myślałeś, że jesteś cwańszy od pana Bogdana, co?! – wykrzyknął ktoś tuż nad głową Kwaśniaka. – Chciałeś go wydymać?!

– Nie chciałem, nie chciałem, nie chciałem – bełkotał Kwaśniak w gałgan przez worek.

Znów schwycili wierzgającą już słabiej wolną nogę i ponownie powlekli go po ziemi. Mimo błagalnych lamentów o możliwość wyjaśnienia sprawy, których i tak nie dało się zrozumieć przez zakneblowane usta, nie zareagowali, nie dali szans. Poczuł na gołych plecach zimną ostrą tarkę. Żużel z torowiska. Głowa łupnęła o coś twardego, jakby metalowy próg. Pokonali szynę. Za chwilę następną i kolejną.

Wrzeszczał, wił się, ale oni nieubłaganie wlekli go głębiej na torowisko, trzymając mu nogi jakby w imadłach. Raptem znów wyczuł lekkie charakterystyczne drgania. Usłyszał brzęk, świst naprężonych metalowych linek. Nie było wątpliwości, zbliżał się kolejny pociąg, ziemia rezonowała rytmicznie, wibracje czuć było w drewnianych podkładach. Adrenalina wzmogła się tak, że nawet nie czuł bólu. Zaczął się miotać jak oszalały, nie bacząc na możliwość bycia ukaranym kopniakiem. Oprawcy chyba biegli, bo głowa Kwaśniaka jeszcze parę razy uderzyła o szynę, tyle że z dużo większą siłą. Nagle puścili go gwałtownie, ich rejteradzie towarzyszył szybko słabnący chrzęst żwiru pod buciskami.

Osamotniony, wiercił się jak opętany. Chcąc zerwać więzy, wykonał kilka nieskładnych ruchów. Okręcił się, położył na brzuchu, usiłował wstać, dłuższą chwilę nie dawał rady. Oparł się brodą o podłoże i uniósł na kolanach do pozycji pionowej. Wtedy poprzez jutowy worek dostrzegł trzy charakterystyczne światła, jedno na górze i dwa na dole, wychodzące z zakrętu, obierające kurs prosto na niego.

Na oślep rzucił się w prawo, kolanami uderzył w szynę, pokonał ją, gramoląc się niezdarnie. Potem pomyślał, że może popełniał błąd. A jeśli wcześniej nie był na torze, po którym jechał pociąg? A nuż chcieli go postraszyć, a tymczasem wskoczył na sąsiedni tor, z którego nie było ucieczki, bo dopiero teraz pociąg pędził na wprost?! Przecież nawet jeśli nie chcieli go zakatrupić, to nie zaryzykują skakania, by go uratować.

Miał parę sekund do namysłu. Sytuacja ukazała mu się z jasnością, o której wcześniej tylko czytał – jasnością wobec zbliżającego się końca. Był na szerokiej magistrali; nie sposób było stwierdzić, którym torem nadjeżdżał pociąg. Przez jutę przeświecały trzy błyskawicznie rosnące oka, sunące prosto na niego. Nie był w stanie podjąć decyzji, tkwił jak struchlały zając w światłach nadciągającego z gigantyczną prędkością potwora. Oszałamiający ryk zagrzmiał mu w uszach, to maszyniści go dostrzegli i trąbili, trąbili jak szaleni. Światła rosły mu w oczach. Teraz już wiedział, że odruch bohaterstwa to gówno prawda. Nie był w stanie podjąć jakiegokolwiek działania, żadnego kaskaderskiego rzutu ciałem w bok, żadnego uniku w ostatniej chwili. Czuł się słaby jak wrażliwa roślina, jak niezborny pająk gramolący się w szklanym słoiku. Zacisnął tylko powieki i zwarł każdy nerw w oczekiwaniu na nieuchronne…

Huk, łoskot i gorący podmuch rzucił go na prawo. Wściekłe dudnienie przelatywało tuż obok jego głowy. Nie wiedział już, gdzie się znajduje, na jakim jest świecie. Ponownie stracił przytomność.

Skulony i skostniały z zimna ocknął się na niewygodnym krześle. A więc żył.

Nie miał pojęcia, ile czasu minęło.

Był w ciemnym pomieszczeniu, przy stole, na którym stała pusta brudna popielniczka oraz na wpół opróżniona butelka taniej wódki. Dopiero potem zobaczył zarysy sylwetek dwóch mężczyzn. Siedzieli po przeciwnej stronie stołu pod światło, więc ich twarze były słabo widoczne.

Oszołomiony, mrugając w ostrym świetle lampy skierowanej prosto w twarz, rozglądał się wokoło. Dostrzegał coraz więcej szczegółów, pomału wracała skołatana świadomość. Chyba byli w piwnicy, w kotłowni. W ciemnościach rysowała się plątanina rur, zawory, bojler.

Tamci przyglądali mu się bez słowa. Gdy oczy nieco oswoiły się z  jaskrawym światłem, zdołał zauważyć, że jeden z mężczyzn był starszy, może koło sześćdziesiątki, drugi młodszy, miał nie więcej niż dwadzieścia lat. Starszy – suchy, kostyczny, żylasty – zdawał się spięty, w pełnej gotowości do działania. Młodszy – bardziej odprężony, rozparty na krześle – na wpół leżał z szeroko rozłożonymi nożyskami. Widząc, że Kwaśniak wraca do siebie, polał mu wódki.

– Pij. Trzęsiesz się jak galareta.

W pierwszej chwili Kwaśniak chciał się wymówić. Po przebytym szoku ręce miał wciąż wiotkie, bał się, że nie zdoła porządnie uchwycić szklanki. Własny język zdawał mu się sztywny, jakby spęczniały. Nie chcąc drażnić tamtych bełkot­liwym tłumaczeniem, usiłował skumulować całą siłę woli, by wziąć się w garść. Zebrał się w sobie, w skupieniu ujął szklankę, ostrożnie przytknął ją do ust. Połowa polała mu się po brodzie, ale reszta trafiła do przełyku. Poczuł rozlewające się gorąco. Po chwili dygot się zmniejszył, napięcie w szczękach zmalało. Jeszcze parę razy łyknął solidnie.

– Domyślasz się pewnie, kim jesteśmy? – odezwał się świszczącym głosem starszy. – Podobno obiecujący z ciebie materiał na polityka, rozumiem więc, że nie trzeba ci tłumaczyć, od kogo masz pozdrowienia?

Rzeczywiście Kwaśniak nie miał wątpliwości, kto ich nasłał. Od miesięcy się tego obawiał. Teraz domyślił się, kim jest starszy. Bez wątpienia miał przed sobą niejakiego Rycembela. W Pabianicach krążyły o nim legendy. Mówiono, że jest prawą ręką Bogdana Wędzichy, specjalistą od mokrej roboty. Gdy podczas porachunków mafijnych odstrzelono Rycembelowi nos, ponoć Wędzicha zrefundował mu rekonstrukcję twarzy w najlepszej klinice w Szwajcarii. Podobno Rycembel miał ogromne obrażenia twarzoczaszki i aby go złożyć, wsadzili mu do gęby rozmaite protezy. A że chorował na astmę i dyszał jak miech kowalski, wszystkie te metalowe rurki grały i rzęziły niczym stado upiorów w wiekowym kominie.

– Gadaj – mówił jakby na wdechu. – Wiesz, od kogo przychodzimy, czy odświeżyć ci pamięć?

– Domyślam się – Kwaśniak złożył ręce jak do modlitwy – ale chciałbym doprecyzować, że musiała zajść pomyłka, hm... przekłamanie. Ja nigdy, przenigdy…

Rycembel ostro szurnął krzesłem, jakby zamierzał poderwać się na równe nogi, lecz ostatecznie zdołał nad sobą za­pa­nować. Wyszarpnął z kieszni marynarki paczkę papierosów, zapalił i pełnym tłumionej złości ruchem odchylił się na oparcie. W zapadłym milczeniu jeszcze wyraźniej słychać było jego dychawiczne sapanie.

Kwaśniak zrozumiał, że popełnił błąd. Nadmierna elokwencja nie robiła na Rycembelu wrażenia – raczej go drażniła. Mimo to, nie mając wyjścia, zaczął tłumaczyć błagalnym, pojednawczym tonem.

– Chciałem przez to powiedzieć, że dopełniłem wszelkich warunków, sprzedałem firmę pana Bogdana i przecież razem ustaliliśmy, że likwidacja kaleki ściągnęłaby podejrzenia. To nie moja wina, że go potem porwali, nie mam pojęcia, jak w ogóle do niego dotarli, ale proszę zapewnić pana Bogdana, że jeśli nawet księgowy coś na pana Bogdana ma, to nigdy nie będzie mógł tego upublicznić, bo ja mam na Wencla…

Tym razem Rycembel nie wytrzymał. Poderwał się tak gwałtownie, że odsunięte przez niego krzesło z łomotem upadło na betonową wylewkę. Kwaśniak poczuł, jak na moment ustało mu serce, a potem znów podjęło pracę nierówno, boleśnie. Tymczasem tamten szybko obszedł stół, pochylił się nad nim, złapał go za koszulę i uniósł z fotela. Oszpecona twarz wreszcie znalazła się w kręgu światła, kilka centymetrów od głowy Kwaśniaka.

Rycembel nie miał brwi, skóra zdawała się pozszywana z różnych fragmentów, nos wyglądał jak kość obciągnięta cienkim pergaminem. Przypominał mumię.

– Zapewnienia, że masz haka na tego czy na innego, to obraza mojej inteligencji – oznajmił, świszcząc i rzężąc, owiewając twarz Kwaśniaka zapachem zepsutego mięsa. – Znam cię nie od dziś! Gdyby nie gołębie serce pana Bogdana i gdyby to zależało tylko ode mnie, byłbyś dziś mokrą plamą, którą zeskrobywaliby z metalowych szyn! Myślisz, że pan Wędzicha to jakiś psi chuj, co będzie zawierzał życie, bezpieczeństwo rodziny i majątek słowom takiego jak ty? Pan Wędzicha wyprowadził z kraju cały majątek i stracił na tym kupę pieniędzy! A to dlatego, że nie potrafiłeś załatwić do końca powierzonej ci prostej sprawy!

– Przecież kontrolowałem sytuację. – Mimo piwnicznego chłodu Kwaśniak poczuł na czole krople potu. – Ludzie, którzy trzymają kalekę, niczego nie wyjawią, bo mam na nich…

Krótki cios wymierzony otwartą dłonią spadł na niego tak niespodziewanie, tak błyskawicznie, że Kwaśniak nie wiedział, co się stało. Opadł na krzesło, w ustach czuł słodkawe ciepło, wytarł twarz rękawem. Widok jaskrawej krwi przeraził go, zemdlił. Popatrzył na Rycembela ze zdumieniem.

Tamten nadal się nad nim pochylał, grając płucami niczym zardzewiała orkiestra dęta.

– Ja naprawdę… – zaczął łamiącym się wysokim, prawie kobiecym głosem Kwaśniak, ale Rycembel znów się zamierzył, tym razem pięścią, jakby chciał go uderzyć mocniej. Kwaśniak skulił się, z gardła wyrwał mu się żałosny szloch.

– Dziewczynka! Mała dziewczynka beczy! – Młody roześmiał się i wygodniej umościł na krześle, dolewając sobie gorzałki, jakby podniecony widowiskiem.

W oczekiwaniu na cios Kwaśniak naprężył wszystkie mięśnie, lecz do uderzenia nie doszło. Zamiast tego ujrzał bezwłosą kościstą dłoń, podsuwającą mu pod nos paczkę papierosów. Wziął jednego, Rycembel mu przypalił. Zaciąg­nął się, lecz pozostał czujny, niespokojnie obserwował stojącego nad nim Rycembela niczym kura bacząca, by uniknąć ścięcia łba.

– Wyprzedając swoje firmy w pośpiechu, pan Wędzicha stracił mnóstwo pieniędzy – kontynuował Rycembel, swoją bliskością utrzymując Kwaśniaka w stanie skrajnego napięcia nerwów. – Tę stratę ty zrekompensujesz. – Na chwilę przerwał, mocno odkaszlnął, potem wyjął z kieszeni marynarki inhalator, zaciągnął się łapczywie. – Jesteś zakotwiczony w PN-ie – ciągnął. – Przyjaźnisz się tam z jedną panią. Wiem, że ona jest w dobrej komitywie z samym ministrem spraw wewnętrznych, mam rację?

Kwaśniak pomału skinął głową, ale jednoczeście przeszedł go zimny dreszcz.

– Ostatnio sektor budowlany pracuje pełną parą, nowe odcinki autostrad rosną jak grzyby po deszczu. Niedługo będą rozstrzygane kolejne wielomilionowe kontrakty rządowe. Jak wiesz, pan Wędzicha ma głowę na karku. Niedawno założył nową spółkę offshore’ową[2], Solarius się teraz nazywa. I żeby pan Bogdan wyszedł na swoje, spółka musi wygrać przetarg na budowę A osiem, nie inny, bo inne są już obstawione. Ty tego dopilnujesz.

W co oni chcieli go wrobić, na Boga?

– Przeceniacie chyba moje możliwości. Nie jestem cudotwórcą. – Kwaśniak był bliski płaczu.

– Pomożemy ci na rozbiegu, damy instrumenty do działania. – Rycembel, patrząc beznamiętnie na Kwaśniaka, przypominał żywego trupa. – Obecnym ministrem infrastruktury, któremu podlega Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, jest Szczepan Sobiepanek. Tak się składa, że znamy ubeka, który prowadził tegoż Sobiepanka od siedemdziesiątego dziewiątego do osiemdziesiątego szóstego. Ten ubek ma na ministra całą kartotekę, trzy grube pliki akt. Szacowny Sobiepanek, polityk PN-u, zadeklarowany patriota, katolik i przykładny ojciec licznej gromadki był normalnym TW. W dodatku kawał wrednego skurwiela z niego był. Pisał donosy nawet na rodzonego brata.

– Co mi to pomoże?

To pytanie najwyraźniej ubawiło Rycembela – głośno się roześmiał. Tchnienie z jego trzewi znów zalało cuchnącą falą nozdrza Kwaśniaka.

– Ano, taki z ciebie orzeł, bóg wojny, czy jak cię tam zwą, a dwa do dwóch nie umiesz dodać? Sobiepanek jest czło­wiekiem Steca, to Stec wciągnął go do rządu. Kim jest Stec, chyba wiesz?

Kwaśniak wiedział. Stec był zagorzałym wrogiem prezesa. Wewnętrzą opozycją PN-u.

– Stec ma wielkie ambicje. Tylko czeka, by przejąć w partii władzę. Kaźmierczak go nie cierpi, to też raczej wiesz.

Kwaśniak z namysłem skinął głową.

– Kaźmierczak najchętniej tętnice by Stecowi poprzegryzał. Jak dostarczysz mu taki materiał na Sobiepanka, będzie cię po dupie całował, bo to woda na jego młyn. Rozumiesz?

Kwaśniak zaczynał pojmować.

– Zażądasz w zamian, by to ciebie zrobił ministrem. Oczywiście, najpierw to z nim ustalisz, a dopiero potem wręczysz mu te akta. Chyba nie muszę ci tego tłumaczyć? To papiery na wagę złota.

Kwaśniak znów kiwnął głową.

Do tej pory Kaźmierczak wzbudzał w nim zabobonny lęk, a ten tutaj Rycembel z taką swadą rozprawiał o paktowaniu z nim, jakby nie brał pod uwagę, że znany z nieposzlakowanej opinii, ponoć nieprzekupny Kaźmierczak może się po prostu nie zgodzić na handel stołkami.

A jednak Rycembel musiał wiedzieć, co mówi…

Nagle Kwaśniak zrozumiał, że ich plan ma szansę powodzenia, zapewne siedzieli w tym wszystkim głębiej, wiedzieli więcej niż on. Pomyślał o meandrach ścieżek wiodących do wielkiej polityki. Pewnie od czasów zamierzchłych, kiedy to władzę zdobywało się gwałtem, do dziś nic się nie zmieniło. Wywierający naciski lokalni biznesmeni rekrutowali się zapewne ze struktur mafijnych. Czyżby to możliwe, żeby w zamian za te akta został ministrem?

W jakie nowe sidła się dostał, tak nieopatrznie, tak niepostrzeżenie? W jakiej cholernej matni siedzi? I to tylko dlatego, że niegdyś przyobiecał szemranemu człowiekowi pośredniczyć w sprzedaży spółki. Zawarł pakt z diabłem czy jak? Czy z tego nie ma wyjścia? Miał być teraz pionkiem w Bóg wie jakich machlojach, z których nic sam dobrego nie zaczerpnie jako cholerna marionetka? Perspektywa tego, w co chcieli go wpakować, spowodowała, że zaczęło mu brakować powietrza.

– A jak już siądziesz na stołek, sam wybierasz ludzi do współpracy, sam za to odpowiadasz. My nie chcemy nic więcej wiedzieć. Już trochę w tym tkwisz, orientujesz się, jak to działa. Obsadzisz na stanowisku szefa Gdaki kogoś zaufanego i przyobiecasz mu konkretną kwotę: milion zielonych. Ale w tym będą już koszty, które on poniesie, ludzie, którym będzie musiał posmarować. Ile z tego wynegocjujesz dla siebie, to twoja rzecz. Za pomyślne załatwienie tej sprawy jeszcze lepiej się obłowisz, dostaniesz półtora. Z naszej strony to by było na tyle. Dokumenty ubeckie na Sobiepanka przywieziemy wam do Pabianic. Któregoś wieczoru wpadniemy do twojego staruszka z wizytą, niech więc będzie czujny i niech nie rygluje bramy na noc. Nie chcemy sterczeć na drodze i zwracać na siebie uwagi. Zrozumiałeś?

Kwaśniak machinalnie skinął głową.

– Dokumenty natychmiast schowa do piwnicy, w sejf. Jak mu je świsną, osobiście mu łeb odrąbię. Potem ma przekazać je tobie, ale dyskretnie. Pieniądze dla tego człowieka i dla ciebie zostaną ci przesłane na nowe konto, którego numer masz tutaj i do którego jesteś upoważniony. Ty i twój człowiek możecie liczyć na przelew dopiero wtedy, gdy na stronie internetowej pojawi się pozytywna decyzja dla Solariusa.

Kwaśniak milczał, był w stanie tylko potakująco kiwać głową. Serce trzepotało mu szybko i nierówno, w ustach czuł przykry posmak żelaza.

– I powiem ci coś jeszcze. Pan Wędzicha rozpłynął się jak duch w kosmosie. Nie znajdą go, zmienił tożsamość i buja na hamaku na ciepłej plaży. Za to ty jesteś jak na widelcu. Niech ci do głowy nie przyjdzie kolejna głupota – mówiąc to, Rycembel zgasił papierosa obcasem, wstał, minął Kwaśniaka i wyszedł z kotłowni. Jego kroki zaczęły się oddalać, miękko chrzęszcząc i mlaszcząc, jakby wspinał się po stopniach zawilgoconej betonowej klatki schodowej.

Najwyraźniej to było wszystko, co miał mu do powie­dzenia.

Kwaśniakowi zaschło w gardle, chciał tamtego wołać, wyjaśniać, jeszcze raz w to wniknąć, by uświadomić Rycembelowi, że to, na co go skazali, było niewykonalne, niemożliwe do przeprowadzenia, ale odgłosy kroków umilkły, gdzieś wyżej zamknęły się drzwi.

Kwaśniak chciał wykręcić głowę, by zobaczyć, którędy tamten odszedł, ale ból żeber uniemożliwiał mu skręt ciała. Zaczął sobie wyrzucać, że był za mało przekonujący, iż powinien był powiedzieć mu to czy tamto, jednak myśli były nieskładne, przypominały sieczkę chlupoczącą w czarnym korycie.

Godzinę później tę samą drogę po schodach do góry, którą wcześniej pokonywał Rycembel, odbył Kwaśniak w znajomym jutowym worze na głowie. Już był spokojny. Potem, wciąż w worze na głowie, wieźli go gdzieś gdzieś samochodem. W czasie jazdy nie odezwali się do niego ani słowem. Po mniej więcej półgodzinie auto zatrzymało się, ktoś wyciągnął go na zewnątrz i pchnął na ziemię. Upadł i leżał bez ruchu. Słyszał, jak zapuścili silnik i odjechali.

Poruszył się ostrożnie, powoli usiadł, pomacał ręką głowę, chwycił za jutę. Gdy zerwał wór, ujrzał, że znajduje się na skraju jakiegoś pola, przy wiejskiej drodze. Świtało, mżyło, było piekielnie zimno. Wstał i ruszył przed siebie wzdłuż tej drogi, szedł bezmyślnie, nie czując już nawet, jak ręce grabieją mu z zimna. Nie wiedział, ile czasu minęło, zanim dobrnął do szosy. Skręcił i szedł wzdłuż niej poboczem. Mijały go samochody, ale nikt się nie zatrzymał. Dopiero gdy niechcący zatoczył się na jezdnię, ktoś zahamował z piskiem opon i auto stanęło na poboczu. Wyskoczył z niego mężczyzna i leciał do Kwaśniaka, jakby chciał go skląć, ale na widok jego twarzy zatrzymał się przerażony, po czym zawołał coś do wyglądającej przez opuszczone okno kobiety, i tamta wyciągnęła komórkę, gdzieś zadzwoniła.

Redaktorowa Gembarska

Zegar wskazywał za kwadrans ósmą, kiedy Mateusz Wencel otworzył drzwi, by wpuścić do środka kolegów z pracy. Chcieli rzucić okiem na świeżo wyremontowane tymczasowe lokum, skromne sto czterdzieści metrów, wychodzące większością weneckich okien na plac Narutowicza. Owo imponujących rozmiarów mieszkanie cechowało surowe w formie, jednak ewidentnie kosztowne wykończenie oraz zupełny brak pragmatyzmu. W tak dużym metrażu mieścił się jedynie salon z wielkim wiktoriańskim kominkiem oraz pojedyncza sypialnia, natomiast garderoba wyposażona w aż dwa rozległe okna, balkon i antresolę, przypominała raczej atelier zniewieściałego stylisty lub projektanta mody.

Oświetlona kryształowym żyrandolem, wykończona egzotycznym czarnym dębem garderoba umiejscowiona była centralnie niczym serce domu między głównym hallem a sypialnią, więc od wejścia przez rozsuwaną szklaną ścianę można było podziwiać imponującą kolekcję garniturów Mateusza. Wrażenie, jakie zbiory te wywoływały na gościach, nieprędko się zacierało, a widok rozmieszczonych kolorystycznie marynarek, koszul, krawatów, spinek, pasków, zegarków i butów na długo zapadał w pamięć.

Była w tym niesmaczna ostentacja, antymieszczański manifest, którego przyczyn znajomi nie mogli rozszyfrować. Epatowanie metroseksualizmem w dobie kryzysu było niepotrzebną nonszalancją, może nawet arogancją. Mati miał w sobie coś ze współczesnego dandysa, bywał w tym nawet zabawny, ale teraz…W zaistniałej sytuacji osobistej… zakrawało to na jakąś chorobę.

Po oględzinach mieszkania trzej mężczyźni, z których jeden był szefem, a dwaj jego podwładnymi, czego jednak nie dało się wywnioskować po pobieżnej obserwacji zachowania tej pozornie sztubacko żartującej trójki, mieli jechać razem do znajomego na tradycyjną warszawską domówkę.

Mateusz, nie licząc wyjazdów służbowych, do tej pory nie bratał się w czasie wolnym od pracy ze swoimi pracownikami. On i Karolina mieli zupełnie inne grono stałych znajomych, z którymi spotykali się w soboty i niedziele. W sytuacji, w której się obecnie znalazł, wszelkie dotychczasowe rela­cje towarzyskie uległy kompletnej wolcie. Znajomi podzielili się na sojuszników i wrogów. Niestety, tych pierwszych było mniej, zwłaszcza jeśli chodziło o pary małżeńskie. Te, na podobieństwo stada krów grupującego się i pokazującego rogi na widok zakradającego się wilka, z zasady odrzucały jednostki samotne, traktując je jak niebezpieczne czy trędowate. Rzeczywistość wokół Mateusza zmieniła się jak piętrowa scena w Teatrze Wielkim. Wciśnięto guzik, wesoła, pełna sympatycznych ludzi i przytulnych rekwizytów scena odjechała w dół, a gdy światło znów się zapaliło, tło było czarną (choć niepozbawioną swoistej elegancji!) pustką, a na środku stał on, rozglądając się dokoła z autentycznym zdumieniem.

Wprawdzie dwóch najstarszych i najlepszych przyjaciół Matiego, jeden jeszcze z Reytana i drugi z Wydziału Marketingu na Uniwersytecie Warszawskim, stanęło za nim murem. Mati nie był człowiekiem, który miałby tylko fałszywych, fasadowych znajomych, co to, to nie. Obaj mieli jednak pracę, rodziny, dzieci, byli więc z natury rzeczy pochłonięci nadmiarem obowiązków, jaki zazwyczaj cechuje zdrowych na ciele i umyśle mężczyzn w sile wieku. Nie mogli w nieskończoność wysiadywać z Matim w klubach przy alkoholu i z wyrozumiałością wysłuchiwać kolejnych posunięć względem Karoliny, zwłaszcza że zwierzenia stale przerywało zagadywanie do dziewcząt, które zarówno Michałowi, jak i Marcinowi zdawały się prawie nieletnie.

Torturą dla Matiego były z kolei zaproszenia wystosowywane przez żonatych przyjaciół. Przychodzili tam sami nudziarze i jego abstrakcyjne dowcipy nie znajdowały poklasku. Wytrącony z roli bawidamka żonatego, stał się bawidamkiem samotnym, więc niebezpiecznym, niepożądanym w salonach, gdzie jego groteskowe poczucie humoru nabierało szaleńczego charakteru, zwłaszcza gdy wypijał o parę szklaneczek za dużo.

Nic więc dziwnego, że tego lata w naturalny sposób zwrócił się do kumpli z pracy. Po pierwsze, znali się jak łyse konie, albowiem nic nie łączyło tak jak wspólna orka w korporacji, a po drugie, obaj znaleźli się w podobnej sytuacji.

Benek był singlem, ale w tym akurat nie było nic specjalnego, jako że był o dziesięć lat młodszy – miał zaledwie dwadzieścia siedem lat. Misiek z kolei, któremu jakiś czas temu, jeszcze zanim u Matich się zawaliło, w domu zaczęło się psuć, poznał pewną czarującą Monikę, dzięki której, jak żarliwie twierdził, znów zaczął się uśmiechać. Czy może było to w odwrotnej kolejności? W każdym razie Misiek też był na rozstaju dróg, na bakier z ogólnie obowiązującą moralnością, co czyniło go pożądanym kompanem dla Mateusza.

Obaj koledzy towarzyszyli mu w wypadach na miasto, ale ciężko im było dotrzymać mu kroku. Mati zachowywał się jak alkoholik, któremu wypruto esperal. Z każdego od­wiedzanego klubu wychodził w towarzystwie i trzeba było przyznać, że nie był wybredny. Niemal każda przyzwoicie prezentująca się warszawianka, przyjezdna czy osiadła w stolicy od pokoleń, mogła znaleźć się chwilowo w centrum jego kapryśnego zainteresowania. Zdawałoby się, że Mati hołdował w ten sposób różnorodności – każdy wieczór był osobnym aktem dziękczynienia. Jak oszalały wampir uganiał się po mieście do późnych godzin nocnych i nigdy nie wracał do domu z pustymi rękami.

Stan ten nie wróżył dobrze i koledzy zaczęli się o niego martwić. Sytuacja zaczęła się dodatkowo komplikować, gdy związek Misia i Moniki pomału przybierał bardziej konkretne kształty. Wszystko zmierzało ku definitywnemu wyjaś­nieniu, ponieważ Monika coraz gwałtowniej domagała się legalizacji swojego niechlubnego statusu, więc Misiek na serio zaczął rozpatrywać definitywne odejście od żony. Nocne rajdy z szefem, które do tej pory były dogodnym alibi dla jego podwójnego życia, pomału przestawały być potrzebne, bo sytuacja wymagała radykalnego cięcia.

Jako dobry kolega, Misiek chciał Matiego widzieć w stabilniejszym stanie emocjonalnym. W październikowy wieczór on i Benek rozsiedli się na przepastnych kanapach w apartamencie Mateusza i dyskretnie rozglądali wokoło.

– Czego się napijecie? – zawołał od kuchni Mati, który zdawał się być w szampańskim nastroju, co zważywszy na okoliczności, wydało się kolegom co najmniej podejrzane.

– Daj whisky.

– Z colą?

– Bez.

Mati wprawnie podzwaniał szczypcami do lodu i po chwili ustawił na stoliku do kawy trzy szklaneczki z whisky. Sam również rozsiadł się wygodnie na kanapie. Wszyscy milczeli. Za oknami deszcz lał na kościół Świętego Jakuba, światła odbijały się w mokrym asfalcie. Plac Narutowicza, widziany z ciepłego zasobnego wnętrza jak na dłoni przez pięć weneckich okien, jawił się bajkowo w tej nostalgicznej jesiennej scenerii.

– Niezły widok.

– Uhm.

– A niech go szlag, Beniamin – usiłował podkpiwać Miś. – Żałujemy go, a on… Cholera, Mateusz, umiesz się ustawić do wiatru. Ty nigdy nie zginiesz.

Wstał z kanapy i z przesadnie demonstrowaną zadumą obchodził salon, po którym śmiało można by jeździć na rowerze. Przy kominku zatrzymał się na moment, z półki podniósł ceramiczną figurkę, którą odwrócił do góry nogami, zagwizdał przeciągle i zawołał, komicznie modulując głos:

– Villeroy i Boch, fiu, fiu, fiu.

Mati wciąż milczał, więc Miś kontynuował oględziny, podnosząc z udawanym wysiłkiem co cięższe ceramiczne elementy dekoracyjne, jakby szukał nalepionych u spodu cen. W końcu lekko odchylił dziwaczny obraz, jakby szukał nazwiska autora, i w końcu z kamienną miną rzucił przez ramię:

– Żmurko?

Mati wybuchnął śmiechem. Przystojna młoda twarz Beniamina wyrażała ironiczne zdystansowanie.

– Oj, młody jesteś – zaatakował go Miś, który zdążył wrócić na miejsce i poklepał go protekcjonalnie po plecach.

– To nie miał być komplement, dobrze zgaduję?

– Zatrudniłeś ignoranta, który nie zna klasyki polskiej kinematografii, w dziale poniekąd związanym z kulturą? – Rozparty na poduchach kanapy, Miś z wyrzutem w oczach skierował to pytanie do Mateusza.

– Z kulturą? Nie schlebiaj sobie.

– Przez te cytaty pływacie jak na kotwicy, panowie. – Benek zagrzechotał niesionym do ust drinkiem. – Wszystko odnosicie do Peerelu i jego twórczości. Nie rozumiecie współczesnego świata.

– To wy nie rozumiecie świata – zaoponował Miś. – Nie macie punktu odniesienia. Nieświadomi zagrożeń, nie widzicie na dwa kroki przed nosem. Obserwując wasze pokolenie, cieszę się, że już nie jestem młody.

– Nie dokuczaj mu, bo nam go spłoszysz – podjął lekkim tonem Mati. – Doskonale wabi dziewczęta, a potem gdy one odkrywają, że nie ma nic do powiedzenia, zwracają się do nas, starych satyrów.

– Dość, proszę – odezwał się Benek tonem molestowanej panny.

Zapadło milczenie. Każdy z nich myślał o dwóch pozostałych i sądząc z wyrazu twarzy, niezbyt przyjacielsko.

– No, panowie, czas na nas! – wykrzyknął nagle Miś, wychylając drinka i zrywając się na równe nogi – Moja pani nie lubi czekać.

– Czyli mamy po nią jechać?

– Nie, ona i jej przyjaciółka jadą prosto na miejsce, ale żadna z nich nie zna gospodarzy, więc elegancko będzie być tam przed nimi!

Młody ochoczo się podniósł, jakby miał dość atmosfery kumpelskiej zażyłości, ale Mati się ociągał. Widząc to wahanie, Miś dodał:

– Mówiłem ci, że nie będzie to typowa impreza sztywniaków, skostniałych parek małżeńskich.

– Dokładnie – wtrącił Beniamin, przeciągając dłonią przez włosy i szukając oczami lustra.

Zobaczył je koło wejścia i już tam zmierzał, poprawiał kołnierzyk, mając przy tym minę tak surową, jakby chciał sprawiać wrażenie, że zajęty jest dużo ważniejszymi sprawami, a o aparycję troszczy się tylko przez wzgląd na innych. Mati, bystry obserwator takich smaczków, którymi raczył się tylko w samotności i nie zwykł dzielić z nikim, co dawało mu poczucie pewnej wyższości nad innymi, omal się nie roześmiał.

– Będzie dużo samotnych wolnych kobitek, tyle że mądrych! U Gembarskich zbiera się elita intelektualna – kontynuował Miś, dyskretnie wodząc wzrokiem po ścianie z surowej cegły, obwieszonej czarno-białymi zdjęciami.

– Tym gorzej!

Zrównali się ze sobą przy drzwiach i stali, obserwując się wzajemnie. Wyglądało to tak, jakby szacowali ceny garderoby oraz potencjalne możliwości zarobkowania, choć na twarzach mieli porozumiewawcze uśmieszki.

– Mati, jesteś przeczulony po swoich traumatycznych doświadczeniach, ale spotykanie się z nieletnimi nie jest rozwiązaniem – orzekł Miś.

Wraz z Benkiem prowadził pod ręce Matiego, zupełnie jakby ten był niepoczytalny, gotowy w każdej chwili rzucić się do ucieczki.

– Musisz otworzyć się na świat – ciągnął Miś. – Będą tam kulturalni ludzie: artyści, pisarze, dziennikarze. Zabawisz się. Gembarscy są kapitalni, znamy się jak łyse konie, przyjaźnię się z nimi od czasów liceum. Genialne małżeństwo świetnie dobranych nietuzinkowych indywidualistów. On – poważany redaktor, ona – temperamentna redaktorka w kanale muzycznym. Prowadzą otwarty dom, skupiają wokół siebie nieszablonowe towarzystwo. Poza tym moja Monika przyprowadza dla ciebie przyjaciółkę, dziewczynę z klasą.

– O, nie. Żadnych trzydziestek dybiących na faceta, tego mam dość.

– Stary, mówisz tak, bo przechodzisz piekło, a ja cię zapewniam, że słońce znów zaświeci dla Mateusza Wencla.

– Dokładnie – wmieszał się Benek. – Pamiętaj o moim kuzynie, tym, co się rozwiódł. Najpierw było na noże, a teraz jeżdżą sobie z dzieciakami, a nawet nowymi partnerami razem na wakacje jako barwna nowoczesna rodzina patchworkowa.

– Właśnie – Miś krótko uciął tę nazbyt już idylliczną wersję Benka.

We trzech ruszyli na spotkanie tego, co wieczór miał im przynieść.

Okazało się, że mieszkanie „świetnie dobranych nietuzinkowych indywidualistów” znajdowało się na osiedlu Za Żelazną Bramą.

Na miłość boską. Ten Gembarski miał być poważanym redaktorem. Tymczasem, zanim Mati zdążył zaprotestować, już wchodzili do ponurego hallu wielkiego bloczydła. Przy gablocie z ogłoszeniami osiedlowymi, pamiętającej świetność Peerelu, stał pijak gmerający sobie koło rozporka, dalej, za wejściem do windy, w pobliżu zamkniętego okienka kiosku z prasą, okratowanego jak Alcatraz, chwiał się drugi pijak.

– Dobry wieczór szanownemu panu – rzucił mu na wszelki wypadek Miś, widząc, jak mierzy ich zaczepnym mętnym wzrokiem.

Próba oswojenia pijaka przyniosła skutek odwrotny od spodziewanego, bo najpierw bełkotał złowrogo pod nosem, a potem obrzucił ich stekiem wyzwisk.

– Milutka okolica, idealna sceneria dla cyganerii artystycznej – zauważył Mati, gdy wjeżdżali rozklekotaną windą, wykończoną powygryzaną miejscami okładziną drewno­podobną. Uważał, żeby nie dotknąć płaszczem do ścianki windy, gdy w milczeniu czytał wyryte napisy. „Boś osrany” – głosił największy, na wysokości jego oczu.

Poczciwy i lojalny Miś ostatnio był mu jedynym wsparciem, ale za grosz nie rozumiał pewnych niuansów. Mati cenił bohemę artystyczną, lecz w odpowiedniej oprawie. Kiedy usłyszał, że Gembarscy to współczesna cyganeria, oczami wyobraźni ujrzał zgoła inny obrazek. Mogli uważać go za małostkowego, ale cóż, własnej natury nie da się zmienić.

Wysiedli z windy i stanęli naprzeciwko drzwi obitych sklejką.

– Chyba niezła impreza. Nie słyszą dzwonka – zachwalał półgębkiem Miś.

Mati potaknął z komiczną werwą, jedynie Benek stał sztywno, jakby kij połknął, nie mając pojęcia, czego może się spodziewać. Od kiedy przyszedł na świat w podwarszawskich Łomiankach jako jedyne dziecko prężnego producenta bram na piloty, nie mógł sobie przypomnieć, by przebywał w takim wnętrzu. Nie chodziło o to, że się tego wystrzegał, po prostu nie miał ku temu okazji. Raz na lotnisku kupił Kuczoka, potem razem z kumplem z liceum jeździli na Jelonki po używany snowboard. Tam, w domu z czerwonej cegły, zetknął się z podobnymi klimatami, ale nie był kolekcjonerem wrażeń na tyle, by dłużej się nad tym zastanawiać.

W końcu drzwi otworzył nieogolony wysoki mężczyzna, noszący okulary w pomarańczowej oprawie. Miał około czterdziestki, ale skrzętnie ukrywał swój wiek pod młodzieżowym przebraniem.

Bluza z kapturem i tęczową pacyfą, czapka z enigmatycznym napisem COMME des FUCKDOWN, legginsy rowerowe, między palcami jednej dłoni dymiący papieros, w drugiej – piwo Żywiec.

Po krótkiej prezentacji okazało się, że Mati ma przed sobą owego osławionego redaktora – z wykształcenia teatrologa, mecenasa podziemnych artystów i pisarzy, przyjaciela Misia z Władysława IV, człowieka niebanalnego i zaciekłego wroga wyrobników z korporacji. Kwestia ta wypłynęła niemal natychmiast, gdy redaktor dojrzał na Matim strój wieczorowy. Już sama marynarka byłaby powodem do drwin, a garnitur wręcz go rozpalił.

Wymuskany laluś z ufryzowanym włosem i w pełnej gali był idealnym tematem do kpin, Gembarski aż poczerwieniał z podekscytowania. Łakomy to kąsek, obiecujący materiał na komiczną postać do nowej powieści. Z własnego wyboru rzadko miał okazję obcować z podobnymi typami – płytkimi, powierzchownymi kabotynami. Wiedział, że palant jest szefem jego kumpla Miśka, i nie wyglądał na zbyt bystrego, co czyniło go gwoździem programu na dzisiejszy wieczór. Wreszcie będzie się z kogo ponabijać. Jak rekin węszący krew zaczął osaczać przykuwającego wzrok gościa, z trudem tylko powstrzymując się od chwycenia za no­tatnik.

Mati zdjął płaszcz, przełożył go przez ramię i w milczeniu słuchał powitalnych pogawędek starych przyjaciół, sam trzymając się nieco na uboczu.

– Rzućcie kapoty na tę stertę! – zachęcił familiarnie Gembarski, otwierając drzwi do sypialni i przy okazji sypiąc popiołem z papierosa po podłodze.

Miś bohatersko poszedł za jego radą, kładąc ostrożnie swoje najlepsze wierzchnie odzienie na stos kurtek, plecaków i czapek, osuwający się z podwójnego łóżka, będącego zapewne małżeńskim łożem Gembarskich. Benek chwilę się wahał, by w końcu umieścić swojego hugo bossa centralnie na wierzchołku palt. Mati bystrym wzrokiem powiódł po korytarzu, poszukując szafy. Znalazł, szybko ulokował tam płaszcz. Zwrócił uwagę na bazgroły widoczne na ścianach wąskiego przedpokoju.

– Macie dzieci – stwierdził, wskazując głową na rysunki i machinalnie odwzajemniając nienaturalnie mocny powitalny uścisk dłoni Gembarskiego.

– No, a jak inaczej?

Mati postanowił zignorować ewidentnie wojowniczą nutę w głosie tego, zdawałoby się, pacyfistycznie i niekonwencjonalnie nastawionego do życia oryginała, choć miał ochotę wziąć nogi za pas. Nie lubił starć na tle światopoglądowym, uważał je za bezbrzeżnie nudne, jałowe, patetyczne, wydumane. Stronił od nich, dopóki pozwalała na to przyzwoitość. Zgodnie ze swoim modus operandi skomplementował malowidła najkrócej, jak potrafił, ale napastliwy luzak atakował dalej.

– Pozwalamy młodej malować na ścianach, bo nie chcemy wtłoczyć jej w stereotypowe myślenie. Pieprzyć konwenanse.

Mati znów skinął głową w sposób najbardziej neutralny i nic nieznaczący w takim stopniu, na jaki mógł się zdobyć.

– Konwenanse bywają zgubne – rzucił na odczepnego, bo oczy redaktora wpijały się w niego natarczywie, najwyraźniej oczekiwał jakiejś reakcji.

– Ludzie często się pytają, czemu pozwalamy jej niszczyć ściany – nie dawał za wygraną Gembarski. – A ja na to: świat nie musi wyglądać tak, jak przekazali nam nasi starzy. Trochę tolerancji!

– To dla ciebie. – Nie dał się sprowokować Mati, wciskając Gembarskiemu do ręki butelkę Moët et Chandon.

Gembarski żachnął się, uśmiechnął ironicznie, obracając butelkę w palcach, zamyślił na sekundę i już chciał coś powiedzieć, być może powrócić do tematu, ale Mati temu zapobiegł, pytając:

– Gdzie kuchnia? Napiłbym się drinka

Gembarski, ewidentnie zniecierpliwiony, jakby palił się do podjęcia dyskusji na nowo, pospiesznie skierował go do małej i potwornie zagraconej kuchni.

– Jak mówiłem, pieprzyć konwenanse, uciekać od tego jak najdalej, nie sądzisz? Na co masz ochotę? Wódeczki?

– Wolałbym whisky z lodem.

– Eee, poczekaj, mam coś lepszego. Doskonały likier domowej roboty, może skosztujesz?

W tej pozornie niewinnej propozycji czaił się ledwo uchwytny haczyk. A więc gospodarz nie dawał za wygraną w tej podskórnej wymianie sprzecznych najwyraźniej światopoglądów.

– Nie gustuję w nalewkach. Lej whisky.

Jak pociesznie musiał wyglądać w czarnym garniturze i grubym złotawym krawacie w scenerii ciemnej kuchni, zawalonej brudnymi garami, popielniczkami pełnymi petów, butlami domowego wina i oddzielonej od pokoju odsuwaną szybą, przywodzącą na myśl okienko bufetowe.

W kuchni przycichło, kilku innych, dziwnie podobnych do redaktora morusów przyglądało się scenie, tłumiąc złośliwe uśmiechy.

– Tak konwencjonalnie? – Gembarski napawał się swoją przewagą, uśmiechając prowokacyjnie, zaczepnie. – Daj się skusić na moją pigwówkę, sam wypalałem.

Struna została napięta do granic możliwości.

Mati również się uśmiechał. Znał ten typ człowieka – szyderczy wobec posiadania i własności, w jakiś sposób peerelowski, zawistny i podły. Tacy ludzie przyczajali się na rozmaitych ciepłych posadkach, najchętniej na kilku naraz, robiąc wokół tak zwanej szeroko pojętej kultury.

Kurwa, zdemaskuję im zaraz tę ich jebaną kulturę, choćby miało mnie to kosztować, przysięgał sobie w głębi duszy, jednocześnie besztając się za tak idiotyczną małostkowość. Ileż to razy obiecywał sobie nie dawać się wciągać w podobne gierki i niepotrzebnie tracić przy tym część swojego pilnie pielęgnowanego dystansu. Ale jak tu nie ulec, kiedy podobne miernoty oceniają go, dyskredytują, ośmieszają!

– Nie znoszę dwóch rzeczy: nalewek domowej produkcji i biwaku – zadeklarował głośno, a potem rozbrajająco uśmiechnął się do obserwujących scenkę gości. Dopiero się rozkręcał.

– To można by cię nazwać, wybacz, że odkurzę stare określenie, klasycznym bananem?

– Ha, ha, kocham, jak Gemba wywali kawę na ławę – odezwał się ze śmiechem brodaty otyły mężczyzna z długimi włosami, w rozwleczonych bojówkach, rolujący na blacie pokrytego okruchami chleba stołu jakiegoś podejrzanego papieroska. Mówiąc to, nawet nie podniósł oczu, dając do zrozumienia, że jest odprężony, ale rejestruje wszystkie bodźce dochodzące z otoczenia.

– Jeśli już mamy trywializować, to bardziej adekwatnym byłoby nazwanie mnie japiszonem. Banan zawdzięczał swoje apanaże rodzicielom, o ile dobrze pamiętam czasy liceum.

– Podczas gdy ty wykułeś swój korporacyjny los we krwi, pocie i łzach bez czyjegokolwiek wsparcia?

– A tak. Jem, piję i baluję za swoje – odparł Mateusz. – Od kiedy wszedłem, kwestia korporacyjnego wyrobnictwa wypływa drugi raz w ciągu piętnastu minut – zauważył. – Najwyraźniej męczy was to bardziej niż mnie, ofiarę tego opresyjnego systemu.

– Cóż… – Gembarski lekko się zadumał, najwyraźniej cios był celny. Polał Mateuszowi whisky, sobie i długowłosemu czystej. – Nie ukrywam, że jest coś upodlającego w systemie współczesnego niewolnictwa, w tych mieszkankach na kredyt, leasingowanych brykach, tych, kurwa, związkach bez miłości, gdzie sfrustrowane parki skaczą sobie do oczu, bo nie stać ich na spłatę następnej raty, ale przed znajomymi udają krezusów. Masz rację, mam z tym problem, mierzi mnie ich los, brzydzą mnie, oj, wstydzę się za nich.

Stuknęli się z długowłosym wielkimi kieliszkami i wypili ich zawartość do dna.

– Gembę rusza ten temat, bo właśnie pisze następną powieść obyczajową – rozległ się kobiecy głos.

Mati szybko obrócił się na pięcie. Wsparta o lodówkę, stała piegowata wysoka, utleniona na platynowo blondynka. Miała na sobie skórzaną kurtkę, uczesana była w kucyki. Rockmanka. Zdecydowanie nie jego typ.

– Ach, tak? Gemba pisze powieść? – Mati uśmiechnął się do niej. Odwzajemniła uśmiech.

Zauważył, że ma śliczne usta i bardzo białe zęby. Jej ręka jakby mimowolnie powędrowała do dekoltu, by poprawić wysuwające się spod skórzanej kurtki ramiączko stanika.

Nadęty kutas pisał powieść. Może nawet o takich jak on, Mati. Pyszne! Cholerny frustrat zamierzał go wyszydzać? Teraz on pokaże mu, gdzie jego miejsce. W duchu ostrzył swój niezawodny oręż, którym władał w sposób niedościgniony. A jednak zabawi się na tej imprezie, choć wcześniej spisał ją na straty.

Odwrócił się tak, by rockowa blondyna też brała udział w konwersacji. Sądząc po wściekłym wzroku Gembarskiego, ewidentnie niezadowolonego, że wypłynęła wiadomość o pisaniu powieści, Mati zrozumiał, że ma przed sobą panią Gembarską. Przyglądał jej się dyskretnie, tak by zdawała sobie z tego sprawę, ale nie dawał się na tym przyłapać. Gdy spoglądała na niego, natychmiast umykał wzrokiem. Ach, to doprawdy bardzo zabawne znów być w tych butach. Nic nie dawało mu podobnej adrenaliny jak poczucie, że kobieta łapie się w jego sidła. Zanęcał, zarzucał wędkę, a resztę robiły same.

Teraz miał dodatkową frajdę, bo tuż obok stał rozjuszony mąż, a dyskusja toczyła się na temat najwyraźniej dla niego trudny. Balansowanie nad przepaścią było tym, co Mati lubił najbardziej.

– To ma być obrazoburcze przedstawienie Polaka antybohatera, przełamujące wszelkie stereotypy – podjęła blondynka śmielej, najwyraźniej intensywność spojrzenia Matiego dodała jej aniumuszu.

Wymienili kolejne uśmiechy, teraz i w jej oczach pojawił się porozumiewaczy błysk.

– Daj spokój, Gocha, jego nie interesuje proza, całe dnie spędza w korporacji – ofuknął ją Gembarski. Stał się czujny i niespokojny, jakby znalazł się na grząskim terenie.

– Mylisz się, i ja lubię poczytać. – Mati rozkwitał, widząc, jak narasta wściekłość Gembarskiego, obwiniającego żonę o ujawnienie sekretu. – A o czym będzie powieść?

Gocha wzięła do ust papierosa, którego Mati natychmiast jej przypalił. Zauważył na jej nosie liczne piegi, które także pokrywały dekolt. Zaciągnęła się, a potem, unikając wzroku męża, wyrzuciła jednym tchem:

– O facecie, który ma w dupie polskość. Gemba chce stworzyć prawdziwego antybohatera, który zdemaskuje wszystkie polskie mity: martyrologię, kult klęski, zaściankowość.

– Gonia, nie zanudzaj naszego gościa szczegółami powieści, zanim ona powstanie. – Gemba był wyraźnie zirytowany, postąpił dwa kroki naprzód, rozdzielając Mateusza i żonę. – Nie chcę, żeby wszyscy znali temat, nim się jeszcze do niego zabrałem!

– A więc redaktora Gembarskiego drażni zarówno ideowość, jak i bezideowość – podjął po chwili milczenia Mati, obracając w dłoni pustą szklankę.

– Skąd takie wnioski? – Białka Gembarskiego rozbłysły gniewnie.

– Irytuje cię filisterstwo, ale i wartości patriotyczne. Jednym słowem, wszystko.

– Jak to rozumiesz?

Dwaj mężczyźni wpatrywali się w siebie niczym nastroszone koguty, gotowe zadziobać się na śmierć.

– Zamierzasz obalić mit Polaka patrioty, ale też irytują cię filistrzy, którzy współczesnie nie są tymi z okresu Młodej Polski. Masz tego świadomość?

– Co ty pieprzysz, za przeproszeniem?! – zezłościł się Gemba.

– Chcesz być następnym Gombrowiczem, ale idea rozłazi ci się w szwach, co? A wiesz dlaczego?

Gembarski nie odpowiedział. W przedłużającym się milczeniu Mati pomału sączył drinka, napawając się skupioną na nim uwagą wszystkich obecnych.

– Bo dziś wszyscy pieprzą wszystko w czambuł. Co ty chcesz obalać? Co rozpierdalać? Biedną klasę średnią, która próbując uformować się od podstaw, miota się jak oszalała, szukając drogowskazów w Google’ach? I co ona komu winna? Chcesz odwieść ich od patriotyzmu, rozprawić się z polskością, podczas gdy oni mają patriotyzm i polskość tak głęboko w dupie, że gdyby teraz ktoś najechał na nieszczęsną ojczyznę, mielibyśmy do czynienia z masowymi dezercjami, a zwłaszcza tych najpotrzebniejszych, tych w wieku poborowym. Spierdoliliby wszyscy do Anglii, nie, Benek? Cóż tu można jeszcze obalić? Już wszystko zostało obalone w ciągu ostatnich paru lat, właśnie wtedy, kiedy szykowałeś się do swojego arcydzieła, czytając dawnych mistrzów. Stary, spóźniłeś się o pięć lat albo może równo o wiek.

Nikt się nie odezwał, więc Mati zajrzał w głąb pustej szklaneczki, a następnie bystro rozejrzał się wokoło.

– A teraz wybaczcie, muszę sobie dolać. Gemba, tylko przypadkiem się nie zamartwiaj, przecież jeszcze nie zacząłeś pisać. Zaraz znajdę ci lepszy temat na powieść, mam do tego talent, niech ci Miś opowie, ile spektakli socjologicznych z puentą reżyserowałem ad hoc. Gosiu?

Mati nalał Gembarskiej szampana, który podczas przemowy skrzętnie odkorkowywał i otwierał z cichutkim jedynie pyknięciem.

Odciągnął ją teraz do pokoju, gdzie było znacznie ciemniej niż w kuchni i zaczął stroić błazeńskie miny. Długo nie chciała się uśmiechnąć, lojalna wobec obrażonego męża, który łypał w ich kierunku przez przeszklone bufetowe okienko.

W końcu pod wpływem komicznej ekspresji Mateusza, a może i chęci odreagowania dawniejszych napięć zaczęli się śmiać, i to coraz głośniej, tracąc kontrolę i nawzajem się uciszając, co wywoływało dalsze, niepohamowane salwy. Trwało to tak długo, że grupki dyskutujących zaczęły im się baczniej przypatrywać.

Widząc, że nie ma wiele czasu, bo redaktor coraz bardziej pąsowiał na twarzy i ewidentnie uwłaczał swym zachowaniem próbującym go rozchmurzyć kompanom, Mati złapał ją za łokieć i odciągnął, stawiając sobie za cel namówić ją na spotkanie sam na sam. Propozycja najwyraźniej zaskoczyła Gembarską. Najpierw nie była pewna, czy Mateusz mówi serio, potem, gdy wreszcie ją przekonał, że nie żartował, spoważniała i usiłowała tę powagę odpowiednio zamas­kować.

W końcu zapętlili się tak, że żadne nie miało pojęcia o intencjach drugiego, a wszelkie słowa, zamiast coś wyjaśniać, coraz bardziej gmatwały to, co chcieli sobie przekazać. Prowadzili niekończącą się wymianę zdań na temat wymiaru i charakteru ewentualnego spotkania, obwarowując się konwencją cynizmu niczym murem obronnym.

– Czemu kobiety są dużo bardziej racjonalne od mężczyzn? – Mati ujął szlufkę w dżinsach, które Gembarska miała na sobie, i delikatnie przyciągnął ją do siebie niczym wytrawny lowelas, jednocześnie zadając sobie w duchu pytanie, czy przypadkiem naprawdę nim nie jest. A jeśli nawet jest, to czy ona byłaby w stanie to dostrzec pod maską, którą niezmiennie nosił?

W odpowiedzi uśmiechnęła się do niego; rzeczywiście miała śliczne usta. Stanęli pod samym oknem wychodzącym na wieżowce przy ulicy Jana Pawła, oddzieleni od łypiącego ponuro Gembarskiego grupkami rozprawiających gości.

– Chyba nie sądzisz, że nabierzesz mnie na takie głodne kawałki?

Znienacka to ironiczne przekomarzanie się wydało się Matiemu niegodne ich wieku. Postanowił zmienić ton rozmowy, ująć ją szczerością.

– Wcale nie żartowałem, mówiąc, że mnie onieśmielasz. Chciałbym pokazać ci się w lepszym świetle niż przed chwilą, kiedy robiłem z siebie kompletnego durnia, bredząc o literaturze. Zresztą gdybyś mnie bliżej poznała, przekonałabyś się, że mówienie o czymś, o czym nie mam pojęcia, jest moją specjalnością. Niestety, tu warunki nie są sprzyjające i zastanawiam się, czy nie rozsądniej byłoby dłużej nie drażnić twojego biednego męża, wymienić numery telefonów i spot­kać się we dwójkę.

– Proponujesz mi randkę?

– Po co od razu używać definiujących i ograniczających nas określeń – odparł Mati, zerkając w stronę kuchni. – Lepiej unikać takich zawężeń, bo mogłoby wyglądać na to, że ja próbuję uwodzić żonę kolegi.

– Podczas gdy tak naprawdę…

– Podczas gdy tak naprawdę chcę rozwinąć parę tematów, które ledwie tknęliśmy, a z nas dwojga ty wydajesz mi się bardziej…

– …bezpośrednia – podsunęła Gocha.

– Więcej. Krygując się, zdradzasz, jak wielką wagę przywiązujesz do naszego spotkania. Jesteś znudzoną mężatką i dziś wieczór niespodziewanie natrafiłaś na interesującego mężczyznę. Stąd twój dylemat. Czy gdybym był jednym z przyjaciół twojego męża i dystrybuował bilety na warszawski festiwal filmowy albo gryzmolił w magazynie kulturalnym lub… Czym jeszcze zajmują się ludzie z waszego grona? Nieważne. Czy wahałabyś się umówić ze mną do jednego z pre­ferowanych przez was lokali? Do Regeneracji, Kulturalnej? Podobam ci się fizycznie i zaciekawiłem cię intelektualnie, stąd twoje opory. Boisz się, że sprawy mogą zajść za daleko.

– Przystojny nieznajomy porywający kobietę z szarej codzienności? Uszczypnij mnie, bo chyba śnię.

Popatrzyła na niego tak, że nie mógł się nie roześmiać. Potem jednak, jakby przyciągnięty magnesem, sam nie wiedząc kiedy, pochylił się lekko w jej stronę. Nagle brutalny okrzyk oderwał ich od siebie.

– Aa, tu jesteście!

Zasłona, za którą się skryli, została gwałtownie szarpnięta na bok, ich oczom ukazał się zadowolony Miś. Za nim stały lekko nadąsane dwie kobiety oraz facet w ciemnym garni­turze. Duża blondynka z trwałą ondulacją była zapewne dziewczyną Misia, a krępa, ufarbowana na kruczoczarno, krótko obcięta, z krzyżem żelaznym na obciskającym szyję rzemyku i patrząca niespokojnym wzrokiem na przyłapaną parę, musiała być tą przeznaczoną dla niego, Matiego. Czemu intelekt tak rzadko chodził w parze z długimi nogami? Na to pytanie Mateusz nie zdążył sobie odpowiedzieć, bo Miś rozpoczął hałaśliwą prezentację.

– Poznaj wreszcie moją Monikę. Moniś, mój szef i zarazem przyjaciel, Mateusz. Nie mamy przed sobą tajemnic.

Mati, który z udawanym ożywieniem ściskał dłonie nowo poznanych, zdążył tylko rzucić Gembarskiej poważne, niejedno mówiące spojrzenie, odbierając jej spokój na resztę wieczoru. Teraz ich jedność rozmyła się w ogólnym gwarze, tamci czworo trajkotali jak najęci, a więc podejrzana dwójka nie mogła dłużej się pławić w hipnotyzującej intymności. Znudzony Mati zupełnie się wyłączył i ani się obejrzał, a został podstępnie wciągnięty w bezdenną otchłań jałowej konwersacji z samotnym mężczyną w garniturze, który przedstawił się jako Michał Bonder.

Osaczony w ciemnym kącie, odcięty od Gembarskiej długą tykowatą sylwetką Bondera, zastanawiał się, jak wydostać się z pułapki, gdy nagle uświadomił sobie, że natręt właśnie opowiada o redaktorze. Słysząc nazwisko Gembarski, dał wyraz zainteresowaniu, wydając z siebie jakąś monosylabę, na co ożywiony Bonder gorliwie podjął temat.

Z lubością wspominał dawne czasy, tym razem odnajdując w Matim uważnego słuchacza. Okazało się, że on, Miś i Gembarski byli razem we Władku. Z opowieści wynikało, że przeklęty Gembarski był nie lada „gierojem” wśród kumpli. Świetnie się uczący, wyróżniający się zwłaszcza z polskiego, był zarazem niepokorny, niejednokrotnie zawieszany w prawach ucznia. Wszyscy zawsze byli przekonani, że zajedzie daleko. We trzech wyczyniali różności, ale to Gemba był inspiratorem wszelkich działań, nigdy nie pękał, był z niego niezły numer, raz nawet pchnął ze schodów pedzia, który uczył u nich muzyki, historia była głośna w całej Warszawie. Czy Mateusz słyszał? Poza tym Gemba wyhaczył najlepszą laskę z całego Władysława Czwartego. Na pewno Mateusz musiał zauważyć urodę Goni? Młodsza od nich o cztery lata, a robiła w liceum furorę. Jako jedyna farbowała włosy na jakiś szalony kolor, popalała w kiblu marychę, ale przy tym jechała na samych piątkach, więc nauczyciele dawali jej spokój i przymykali oko na sposób, w jaki się nosiła. Wszyscy się o nią zabijali, lecz wybrała oczywiście Gembarskiego, który był najinteligentniejszy z nich wszystkich i w dodatku zabójczo przystojny. W czasach szkolnych wciąż się kłócili, a potem schodzili, on był o nią cholernie zazdrosny, ona o niego zresztą też. Teraz także wciąż się kłócą, choć nadal są razem. Bonder miał pewne wątpliwości, czy Gosia jest zadowolona, uważał, że mogła wybrać lepiej. Po tej uwadze na dłuższą chwilę zawiesił głos, patrząc tęsknie za okno, na rozjarzone wieżowce, niezbyt liczne, ale prezentujące się z tej perspektywy niemal jak fragment Nowego Jorku.

– Mogła wybrać ciebie – odezwał się znienacka Mati, dbając o to, by Bonder pomyślał, że mówi bez cienia ironii.

– Na pewno nie jest jej lekko z Gembą. Wieczne kłótnie o forsę, złe warunki mieszkaniowe, no i jego porywczość, nonkonformizm – wyliczał Bonder.

– Całkiem sporo wad ma ten twój serdeczny kumpel.

– Co bawi u kumpla, niekoniecznie musi się podobać u męża.

– Święta prawda, święta prawda. – Skinął głową Mati.

Wreszcie pojawił się Miś i zawołał ich do kuchni, gdzie ponoć przyrządził świetne drinki.

Mati liczył, że po drodze napotka Gochę, ale się rozcza­rował. Ona i przeklęty Gembarski zniknęli w zatłoczonym i poprzewracanym do góry nogami mieszkaniu, jakby zapadli się pod ziemię. Impreza przeniosła się do kuchni, Mati stał w towarzystwie Misia, Bondera, Benka i dwóch pań, co chwila rozglądając się niecierpliwie i nie mogąc się skupić na rozmowie, co wprowadziło nastrój niespokojnej tymczasowości. Bonder wolno mówił o szkolnictwie. Słysząc to, przyłączył się do nich słoniowaty, który, jak się okazało, jest rozwodnikiem samotnie wychowującym syna. Po chwili wślizgnęła się między nich jego młodociana narzeczona, by dorzucać swoje trzy grosze.

Mati dyskretnie zerknął na zegarek, przez myśl przemknęło mu, by ulotnić się i wpaść po drodze do Platinium, gdy znienacka do kuchni wpadł Gemba, natychmiast zasysając ogólną uwagę. Usłyszał, że rozmawiano o dzieciach, więc czym prędzej podjął interesujący go temat.

– Żyła – zwrócił się do słoniowatego – w piątek w klubiku Gochy będą fajne warsztaty psychologiczne dla samotnych rodziców, może ty i Tymek moglibyście wpaść?

Redaktorowa Gembarska prowadziła klubik dla dzieci. No proszę. Z czegoś jednak trzeba było żyć, by redaktor Gembarski mógł należycie wyszydzać polskość.

– A o której się zaczynają? – Żyła i małolata obejmowali się ciasno w pasie, jakby w obawie, że ktoś ich rozłączy.

– Gocha, to w piątek mamy „Trudne tematy wyrażone plastyką”?

Gembarska mignęła Matiemu w przejściu, ale nie zdecydowała się wejść do kuchni. Zagadką pozostawało, czy nie miała na to ochoty, czy po prostu nie dołyszała pytania. Gemba jednak wyskoczył za nią na korytarz. W tym czasie wszyscy w kuchni przycichli, unikając nawzajem swoich spojrzeń. Pod papierowym żyrandolem rzucającym blade światło na tony niepozmywanych naczyń zapadło krępujące milczenie, dzięki czemu mimo panującego w przedpokoju zgiełku zza ściany doskonale słyszalne były oznaki małżeńskiej różnicy zdań. Po chwili do kuchni wrócił Gemba, ciągnąc za sobą Gochę, a następnie mocno ją obłapiając, jakby wbrew jej woli.

Zamierzał przechwalać się posiadaniem jej na własność?

– To co z tą plastyką, kochanie?

– W sobotę jest rumba z nosidełkiem. Kochanie.

Gembarska miała ewidentnie w sobie żyłkę kpiarza, co jej męża zdawało się w tej chwili wyjątkowo irytować. Mati prychnął śmiechem, Gemba nawet nie spojrzał w jego kierunku.

– Salsa! – poprawił ją lekko poirytowany. – Salsa z nosidełkiem!

Przypalił sterczącego z ust papierosa i potoczył dookoła zwycięskim spojrzeniem.

– Co to takiego? – kpiąco spytał Bonder.

– Zajebiście wyluzowuje młode mamy, no i daje megaradochę dzieciakom!

– Może dodajcie taniec na rurze? – dorzucił do kotła Mati. – Z nosidełkiem?

Gembarski nie odniósł się do tej uwagi, tylko lekko potrzasnął obejmowaną ramieniem żoną.

– A potem nie ma warsztatów? Powiedz nam, serio.

Mati z satysfakcją obserwował, jak Gembraska się od tego wykręcała na tyle, na ile pozwalała jej przyzwoitość.

– Potem, skarbie, Doro ma salkę na pół godziny.

– Kurwa, a z jakiej racji! Trudno nawet złotówkę od niej wydębić!

Oczy Matiego i redaktorowej spotkały się na dłuższą chwilę i nie mogły od siebie oderwać.

– Dla nas robi pogadankę – ciągnęła Gocha, z powrotem zwracając wzrok na męża.

– O czym znowu?

– O tym, o czym chciałeś, o psychodynamice laktacji.