Rozgrywka - Bartek Marcinkowski - ebook
Opis

Jest rok 1985. Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak wiedzą już, że system komunistyczny nie utrzyma się w Polsce, a nie mogą w żaden sposób liczyć na bratnią pomoc ze strony pogrążonej w chaosie Rosji Radzieckiej. Muszą wymyślić plan, który pozwoli im zachować wpływy w demokratycznej Polsce, angażując po swojej stronie działaczy opozycji. Kiszczak wpada na pomysł, który okazuje się być równie ohydny, co skuteczny. Książka nie tylko przez cały czas trzyma w napięciu, ale też ukazuje realistyczne tło historyczne, sposoby działania opozycji, jak również stopień inwigilacji oraz metody łamania przeciwników systemu przez bezpiekę. Okrasą wszystkiego są żywe, realistyczne dialogi i zadziwiające sploty losów poszczególnych bohaterów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ROZDZIAŁ I

Czwartek, 24 października 1985 roku

 

Chociaż zegar wskazywał osiemnastą, Czesław Kiszczak nadal pracował w swoim ogromnym gabinecie położonym na trzecim poziomie sześciopiętrowego gmachu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Cenił tę porę dnia, kiedy większość pracowników ministerstwa była już poza firmą i mógł w spokoju przeglądać i redagować przygotowane przez podwładnych dokumenty. Mógł też – i to było najważniejsze – spokojnie myśleć, analizować informacje i planować przyszłość. Rakowiecka była jego drugim – a według współpracowników pierwszym – domem. Lubił ten klimat, szerokie korytarze z jasnoszarymi ścianami, wszechobecną farbą olejną i podłogą z lastriko. Mocne, grube drzwi pokoi miały tworzyć klimat surowości i tajemniczości, który wiązał się ze wszystkim, co działo się pod tym adresem. Takie właśnie drzwi strzegły wejścia do pokoju Ministra Spraw Wewnętrznych, szefa Służby Bezpieczeństwa – w Polsce Ludowej najpotężniejszego człowieka po pierwszym sekretarzu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Gdyby nie wartownik strzegący brązowych wrót do sekretariatu, miejsce to nie różniłoby się od innych. Minister nie lubił rzucać się w oczy, nie miał celebryckiej natury, zawsze uważał się za człowieka służb, działającego z cienia. Zajmowane stanowisko skutecznie uniemożliwiało mu nierzucanie się w oczy, pomimo tego starał się uchodzić za osobę skromną, urzędnika nastawionego na realizację zadań postawionych przed nim przez aparat partyjny. Na przestrzeni lat stał się jednym z najbardziej znanych Polaków. Prawie każdy znał go z imienia i nazwiska, wielu wydawało się, że wiedzą, jaki jest. Nikt nie wiedział jednak, co naprawdę myśli i planuje. Sfera jego działania pozostawała w cieniu. Niewielu zdawało sobie z tego sprawę.

Odłożył na chwilę dokumenty i sięgnął po paczkę miękkich Marlboro. Pudełko zapałek produkowanych w sianowskiej fabryce było puste. Podniósł słuchawkę telefonu, żeby poprosić sekretarkę i w tym momencie przypomniał sobie, że Alicja wyszła dzisiaj wcześniej. Przyjeżdżała do niej matka, której nie widziała od kilku tygodni, od śmierci ojca, który zginął po wybuchu metanu w sosnowieckiej kopalni w lutym 1985 roku. Alicja była wdzięczna szefowi za wyrozumiałość w tamtym czasie, za pomoc w błyskawicznym załatwieniu renty górniczej dla matki. Lubiła go też za to, że był zwyczajnie miłym, ciepłym człowiekiem, którego stać było na wyrozumiałość i uśmiech w sytuacjach, gdy inni się denerwują i są nieprzyjemni. Pomimo tego, że był od niej znacznie starszy, uważała go za bardzo przystojnego i atrakcyjnego mężczyznę. Koleżanki śmiały się z niej czasami, że podkochuje się w szefie. Udawała wtedy obrażoną i czerwieniła się. Rumieniła się też przy szefie, kiedy żartował, że spędza z nią więcej czasu niż z własną żoną albo gdy pytał, czy jej chłopak nie jest zazdrosny o godziny przepracowane ze starym generałem. Nigdy nie uważała go za starego, szczerze się oburzała, gdy tak określali go podwładni. Potrafiła zganić za to nawet dyrektorów departamentów, którzy przychodząc do sekretariatu, pytali o humor „starego”.

Skoro Alicja była poza biurem, pozostało – w nadziei, że chłopak pali – zwrócić się do wartownika.

– Ma pan zapałki? – spytał minister, otwierając drzwi.

– Tak jest – odpowiedział wartownik i wyprostował się. Zapominając, że czapka leży na biurku, zasalutował.

– Do pustej głowy, sierżancie? – uśmiechnął się.

– Tak, towarzyszu generale… to znaczy, mam zapałki. Proszę – odpowiedział zmieszany i wyjął z prawej kieszeni spodni niewielkie tekturowe pudełko.

– Tylko jedną – minister wyjął zapałkę, wsunął do kieszeni koszuli i oddał resztę wartownikowi. Bez słowa zamknął drzwi i wrócił do gabinetu.

Haftowane ręcznie godło było jedynym kolorowym elementem pomieszczenia. Białe ściany i brązowa wykładzina dywanowa sprowadzona z Węgier początkowo go irytowały. Z czasem przywykł i machnął na to ręką. Ważne, że biurko i fotel, które odziedziczył jeszcze po Mirosławie Milewskim, były wygodne. Nie przepadał za poprzednim lokatorem gabinetu – bez przeszłości wojskowej, całe życie w kontrwywiadzie, na miejscu, bez narażania się na cokolwiek. Jego pomysł z „Żelazem” wydawał mu się prymitywny i szkodliwy, oficerowie wywiadu nie zaangażowaliby się w coś takiego. Do tego jeszcze obciążające zeznanie Piotrowskiego o inspirowaniu porwania księdza. Myśląc o tym, czuł niesmak.

Generał zaciągnął zasłony i usiadł za biurkiem. Wyjął z szuflady ostatnią na dzisiaj teczkę. Zawierała informacje, które miał rano przedstawić Jaruzelskiemu. Po przeczytaniu materiałów wiedział, od czego zacznie: na początek ponarzeka na Gorbaczowa i pierwsze efekty ogłoszonej latem pierestrojki. Znał zwierzęcy strach sekretarza przed rosyjskimi towarzyszami. Od wielu lat skutecznie grał tą kartą i nie zamierzał zmieniać przyjętej taktyki. Taka niepewność na początku rozmowy wyzwalała w generale potrzebę bratania się i szukania wsparcia u ludzi, których postrzegał jako silnych i lojalnych. Takim właśnie widział swojego przyjaciela i wieloletniego sojusznika. Kiszczak nie pokazywał, że zna słabość Jaruzelskiego. Dzięki temu mógł na przestrzeni lat budować swoją pozycję przy Wojciechu, niezależnie od mniejszych i większych wpadek, a co najważniejsze od swoich sukcesów. To bowiem nie brak kompetencji złamał kariery wielu oficerów, a spektakularne sukcesy, które w połączeniu z najmniejszym podejrzeniem braku lojalności stawały się prawdziwym zagrożeniem.

Zniesmaczony posunięciami Gorbaczowa, Jaruzelski nie będzie miał chęci, a może też czasu na rozmowę o sytuacji w kraju, która dostarczała ministrowi coraz więcej zmartwień. Solidarność okrzepła i choć nadal była słaba, zaczynała powoli podnosić głowę. Wałęsa awanturował się w komisji wyborczej, za co trzeba było go ukarać. Głodował ten architekt z Warszawy – Bielecki. Pomimo zatrzymania podejrzanych fizyków, w Toruniu na częstotliwości państwowej telewizji nadal ktoś emitował programy opozycyjne. W dodatku w jego firmie bałagan; znów znaleziono dwóch kretów współpracujących z opozycją. Jakby idioci nie wiedzieli, że tam na trzech ludzi przypada jeden agent bezpieki i sprawa musi się wydać. Na koniec śmierć Antonowicza, która według informacji od tajnej agentury ma zostać wykorzystana do wielkiej demonstracji przeciwko władzy ludowej. Coś trzeba będzie z tym wszystkim zrobić, bo dalsze udawanie, że nic się nie dzieje, nie przyniesie niczego dobrego. To wymaga nowego podejścia. Wiedział o tym, umiał dostrzegać to, co dla innych pozostawało niewidoczne. Czy wystarczy zmiana taktyki, czy potrzebna będzie nowa strategia – tego jeszcze nie odkrył. Trzy hasła ogłoszone przez Gorbaczowa: przebudowa, jawność i przyspieszenie – znane jako pierestrojka, głasnost i uskorienie – zapowiadały zmianę kursu. Czy same hasła mogą być przeciwwagą dla Zachodu, postępującej integracji i rozwoju gospodarczego? Z jednej strony deklaracje, z drugiej układ Schengen znoszący kontrole graniczne na Zachodzie. Jak to ma się obronić w kraju, gdzie paszport jest przywilejem dla wybranych?

Minister znów spojrzał na stojący na biurku zegarek. Była dziewiętnasta trzydzieści. Trzeba kończyć pracę. Był przygotowany do rozmowy z Wojciechem, choć nie miał żadnych dobrych wiadomości. W domu czekała żona. Jeżeli zdąży przed dwudziestą, nie będzie wymówek i pytań, dlaczego tak późno. Powrót na kolację był kompromisowym rozwiązaniem, które pozwalało Marysi czuć, że cokolwiek od niej zależy i życie rodzinne jest ważne dla męża doceniającego jej oddanie, wyrozumiałość i nieskończoną cierpliwość. Dla niego poświęciła karierę naukową. Nie zrezygnowała z niej całkowicie, ale mogła rozwijać się znacznie lepiej. Dlatego tak bardzo dotknęły ją romanse męża z Tyszkiewicz i Osiecką. Gdyby chodziło o zwykłe dziewczyny, takie z pracy, nie bolałoby tak mocno. Ale fakt, że były to Tyszkiewicz i Osiecka, pokazywał, że szukał w kobietach czegoś, z czym ona nie może się identyfikować.

Podejrzewała, że to nie była kwestia jego próżności, ale niezaspokojonych pragnień. Dobrze, że wszystkiego się wyparł, to oznaczało wyrzuty sumienia. Nie wiadomo, czy dlatego, ale na pewno właśnie wtedy zaczęła pisać – to było jak terapia dla jej złamanego serca. Pozwalało na wewnętrzną emigrację do myśli i światów, w których nikt nie mógł jej zranić, zdradzić, a zakończenie – zawsze pozytywne – zależało od niej, od jej marzeń.

– Panie Jarku, za pięć minut przed wejściem. Zejdę od Rakowieckiej – zaordynował do telefonu, po czym wstał, zabrał spakowane w skórzaną teczkę dokumenty i opuścił gabinet.

Droga z Rakowieckiej na Oszczepników zajęła jak zwykle siedem minut. Generał znów zmierzył czas, w jakim jego kierowca pokonał trasę. To niegroźne natręctwo zostało mu z okresu młodości, kiedy w Londynie przygotowywał dla polskich szpiegów trasy sprawdzeniowe pozwalające wykrywać obserwację angielskiego kontrwywiadu. Drogę, którą później pokonywali komunistyczni agenci, wykonując tajne zadania w Londynie, określał dokładnie – liczbą kroków i czasem potrzebnym do pokonania. Ci z przeszłością wojskową, o wyćwiczonej długości kroku i prędkości marszu, cenili jego opracowania. Były niezwykle szczegółowe i dokładne. Pozwalały na precyzyjne wykonanie misji, podjęcie czy przekazanie materiałów szpiegowskich albo wyglądające na naturalne i przypadkowe wyjście spod obserwacji śledzących oficerów MI-5.

Przed furtką stał młody milicjant, który zamiast zasalutować, uśmiechnął się do wjeżdżającego na posesję pojazdu ministra. Z reguły generał sam prowadził peugeota 204. Najpewniej pił dzisiaj i usłyszy wyrzuty od żony, może nawet słychać będzie jakiś wrzask. Zdziwił się, gdy generał podszedł, żeby się przywitać, i nie wyczuł od niego woni alkoholu.

– Nie to, co pan myśli, panie Tomku. Auto musi jeszcze dzisiaj pojechać na Samochodową, czeka je wymiana oleju – uśmiechnął się, widząc zdziwionego strażnika.

– Tak właśnie myślałem, obywatelu generale – odpowiedział i poczuł, że właśnie przyznał się do winy, niesłusznie podejrzewając ministra.

– Poza tym, jutro spotykam się z kimś, kto nie lubi alkoholu jeszcze bardziej niż pani Marysia, i z kim liczę się w tym samym stopniu – dokończył, wchodząc po schodach prowadzących do drzwi.

Położony na starym Mokotowie dwupiętrowy dom generała na pozór nie wyróżniał się niczym specjalnym. Z zewnątrz wyglądał jak pozostałe cztery domy na tej niewielkiej uliczce. Jedynym, co go wyróżniało, był specyficzny tynk, sprawiający wrażenie obłożenia murów płytami. Ten sposób wykończenia elewacji nie budził generalskiego entuzjazmu, ale wobec kobiecego uporu postanowił ulec, w zamian uzyskując zgodę na urządzenie na piętrze pokoju myśliwskiego.

Kiedy pokonał ósmy, ostatni stopień, dostrzegł żonę patrzącą przez okno tarasu na piętrze; dochodziła dwudziesta, najwyższy czas. Uśmiechając się, nacisnął klamkę i wszedł do przedsionka.

– Myślałem, że nie zdążę – rzucił od wejścia, dla podkreślenia swojego poświęcenia i dbałości o ognisko domowe.

– Cóż miałoby cię zatrzymać, jeśli nie ty sam – Maria patrzyła na niego, schodząc z piętra do salonu.

– Polska. Moja droga Polska – podniósł głowę z uśmiechem.

– Nie Polska, tylko wasze samcze ambicje.

– Tym razem to może być naprawdę Polska – powiesił płaszcz na wieszaku stojącym w przedsionku i zsunął buty, nie rozsznurowując ich – rano jadę do generała.

– Coś poważnego?

– Z nim zawsze jest poważnie.

– Wiem, ale czy tym razem będzie tak na serio poważnie? – spytała zatroskana.

– Nie wiem, obawiam się, że tak. Czuję to prawie tak samo jak w osiemdziesiątym pierwszym.

Zjedli kolację zanim czwartkowe wydanie Kobry w pierwszym programie państwowej telewizji dobiegło końca. Henryk Talar jako Stone wypowiadał najważniejsze kwestie Potrójnego Nelsona, gdy Marysia podeszła do generała. Prawą ręką objęła jego ramię, pocałowała go w policzek i podała mu niewielki pakunek.

– Proszę – powiedziała. – Dzisiaj przysłali z Państwowego Instytutu Wydawniczego.

– „Spiska 14: aresztowanie generała «Grota» – Stefana Roweckiego, Andrzej Chmielarz, Andrzej Krzysztof Kunert” – odczytał na głos tytuł z bordowej obwoluty wykonanej z kartonu.

– Spodoba ci się – usłyszał – zobaczysz. Tylko nie chwal się w pracy, bo Pożoga gotów napisać donos.

– Dobrze, przeczytam – pogładził policzek żony – zawsze miałaś rękę do literatury i mężczyzn.

– Z tym drugim bywało różnie, chociaż we wczesnej młodości, zanim cię jeszcze poznałam, było nieźle.

– Przemilczę to – odburknął niby obrażony.

– I może tak lepiej – uśmiechnęła się. Wciąż, pomimo upływu lat nie straciła urody. – A wiesz, spotkałam dzisiaj Hanię Mostowiak.

– Hanię? – podniósł do góry brwi, zdradzając, że nie wie, o kim mówi żona.

– Jej syn, Mateusz, chodził z naszym Jarkiem do liceum. Mieszkają przy Gimnastycznej.

– Już kojarzę – skłamał.

– Zaprosiła mnie na kawę.

– Dobrze im się powodzi w kraju trzeciego świata.

– Przestań – strofowała męża – mają prawdziwy kłopot, prawie cały czas płakała.

– Jeżeli mogę jakoś pomóc, to daj znać – poważnie zwrócił się do Marii.

– Raczej nie – nieoczekiwanie się zaśmiała – chodzi o to, że tydzień temu wróciła z pracy wcześniej i…

– Czekał na nią mąż z kochanką?

– Nie, gdyby o to chodziło, pewnie by się ucieszyła.

– Robi się ciekawie.

– Daj mi skończyć. W domu był Mateusz, ten z klasy Jarka.

– No i…?

– I był z chłopakiem… to znaczy – zawahała się – tak jakby był z dziewczyną.

– Tylko że bez dziewczyny – generał zaprezentował pełne uzębienie w szczerym uśmiechu.

– No właśnie. To jej jedyny syn i okazało się, że jest homoseksualistą.

– W życiu zdarzają się gorsze rzeczy, uwierz mi.

– Tak jej też powiedziałam, ale nie wiem, czy ją to pocieszyło. Boi się, że nie będzie mieć wnuków, i że jak ludzie się dowiedzą, to będzie czarną owcą.

– I dlatego ona o tym wszystkim opowiada – generała nie opuszczał dobry humor.

– Powiedziała mi przecież w tajemnicy.

– A ty mężowi też w tajemnicy, ja komuś innemu. I za tydzień połowa Warszawy będzie o tym wiedzieć – w tajemnicy oczywiście.

– Chyba masz rację z tą tajemnicą – skrzywiła się. – Mieć kogoś takiego w rodzinie, jeszcze to AIDS.

– Dobrze, że nas to nie dotknęło, zawsze może chłopak pójść do seminarium, zrobi karierę, i mama nie będzie się martwić o to, że nie ma wnuków.

– Wygłupiasz się – spojrzała z wyrzutem.

– Nie, wręcz przeciwnie – przekonywał – mam wielu przyjaciół w Kościele i znam to środowisko dosyć dobrze. Pederaści funkcjonują tam bez zarzutu, są nawet wśród hierarchów.

– Naprawdę? – podniosła głowę. – Którzy?

– A tego, to już nie mogę. Gdybyś chciała pocieszać Mostowiakową, kusiłoby cię.

– Możliwe – przyznała bez wstydu. – Chodźmy lepiej spać – zaordynowała – jak myślę o tym, że ona widziała swojego syna z innym mężczyzną, niedobrze mi trochę.

Zasypiając, mieli przed oczami swojego syna, idącego ulicą z dziewczyną. Teraz jego sprężysty krok wydawał im się dumny, był powodem do podziwu i naśladownictwa. Taka oczywista historia: kolejna przyjaciółka Jarka. Nie będą więcej narzekać, że nie chciał się ustatkować, spoważnieć i pozostać z jedną na dłużej.

ROZDZIAŁ II

Piątek, 25 października 1985 roku

 

Pokonanie odległości z domu do ulicy Belwederskiej, gdzie dzisiejszego ranka był umówiony Minister Spraw Wewnętrznych, powinno zająć pięć minut. Uruchamiając służbowego peugeota 204, spojrzał na zegarek, zaczął odliczać czas. Mijając Rakowiecką, przypomniał sobie wczorajsze wytyczne i przygotowaną taktykę rozmowy z Prezesem Rady Ministrów. Dojeżdżając na miejsce, z zadowoleniem spojrzał na zegarek – upłynęło pięć minut.

Borowcy dobrze znali samochód ministra i jego zamiłowanie do samodzielnego prowadzenia. Zasalutowali, otwierając bramę, pokiwali ciągnącej się z tyłu załodze poloneza wiozącego zupełnie niedyskretną obstawę generała.

Wchodząc do Belwederu, zdjął czapkę i rękawiczki. W sekretariacie stanął z płaszczem przewieszonym przez lewe ramię.

– Dzień dobry – ubiegła go sekretarka. – Proszę, odwieszę płaszcz pana ministra.

– Dzień dobry i dziękuję, pani Aniu, jestem umówiony z szefem.

– Tak, oczywiście – potwierdziła kiwnięciem głowy – generał już czeka, proszę wchodzić.

Po otwarciu drzwi do gabinetu premiera, który niegdyś zajmował marszałek Piłsudski, Czesław Kiszczak zobaczył generała Jaruzelskiego siedzącego przed potężnym mahoniowym biurkiem – pamiątce po Naczelniku Państwa. Wyglądał na zmartwionego, jakby przytłoczonego. Był zapatrzony w przedwojenną mapę Polski.

– Wszystko się zmienia – podniósł wzrok i skinął głową, co miało oznaczać aprobatę dla przybyłego gościa. – Witaj, Czesławie.

– Nie da się zaprzeczyć, tylko my wciąż młodzi – rzucił, podchodząc do biurka. – Witaj, generale.

Jaruzelski wstał i uścisnął wyciągniętą dłoń, pokiwał głową i mruknął:

– Wciąż młodzi… – Kontynuował już na głos: – Zmienia się, zmienia. Weźmy ten budynek; belweder, czyli piękny widok. Tylu lokatorów już go podziwiało od wewnątrz. Stanisław August, Konstanty – brat Cara Aleksandra I, Piłsudski, Narutowicz, Bierut. Nawet Hans Frank, wiedziałeś o tym?

– Nie – odparł prostodusznie.

– To nie koniec – ciągnął wykład. – W trzydziestym dziewiątym był tu nawet Hitler, a wcześniej koncerty grał Szopen. Szopen i Hitler w jednym miejscu. Czyż to nie paradoks?

– A teraz rezyduje tu premier i przyszły przewodniczący Rady Państwa Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej – skomentował.

– Strach pomyśleć, kto jeszcze tu będzie gościł – powiedział poważnie. – Nie dlatego jednak cię poprosiłem, żeby zanudzać historią starej willi, której o mało nie byłoby na mapie. Gdyby nie przypadek, w czterdziestym piątym Niemcy wysadziliby ją w powietrze.

– To nie było nudne. Nie wiedziałem o tych rzeczach, choć byłem tutaj setki razy. Zresztą – kontynuował – zawsze można kazać przerobić to na muzeum. Generał Jaruzelski byłby zapamiętany jako ostatni lokator Belwederu. Zawsze coś – uśmiechnął się.

– A wiesz, sam pomysł jest niezły, chociaż niewłaściwie osadzony w czasie. Jeszcze na to za wcześnie. – Generał wstał i zrobił dwa kroki w kierunku drzwi prowadzących do sąsiedniego pomieszczenia. – Chodźmy do saloniku, musimy porozmawiać – na chwilę zawahał się, a za moment dokończył – o naszej Polsce.

Mężczyźni przeszli do małego salonu, zanurzyli się w skórzanych fotelach ustawionych przy okrągłym stoliku, na którym leżała pusta, nigdy nieużywana popielniczka. Na przyściennym stoliku stała butelka koniaku Martell i dwa kieliszki. Ciszę przerwał Jaruzelski. Wstał i napełnił oba naczynia, czym zaskoczył swojego gościa. Był znanym wrogiem alkoholu, nawet w symbolicznych ilościach. Kiszczak zdawał sobie sprawę, że tym gestem generał chce dodać powagi temu, o czym za chwilę będzie mówił. Poczuł się nieswojo, trochę jak w sierpniu osiemdziesiątego roku, gdy ustalali strategię unieszkodliwienia opozycji. Zrozumiał, że omówienie bieżących spraw to tylko pretekst do rozmowy. Tak naprawdę generał ma jakiś problem, który chce z nim przedyskutować. Wyczuł też, że sprawa jest poważna i zmienił decyzję o przyjęciu określonej taktyki rozmowy. Zrezygnował z tego i postanowił, że będzie odpowiadał na pytania, które za chwilę zada przyjaciel.

– Zanim przejdę do sedna, załatwmy obowiązki – odezwał się premier. – Masz coś dla mnie?

– Z istotnych spraw krajowych na szczęście niewiele. O awanturze Wałęsy w komisji wyborczej było głośno w mediach. Problem będzie załatwiony przez kolegium do spraw wykroczeń. Ze spraw, które mogą leżeć w kręgu zainteresowań zachodniej prasy mamy głodującego Bieleckiego i śmierć studenta w Olsztynie. W związku z tym szykuje się duża demonstracja podczas pogrzebu. Pion wewnętrzny zdemaskował dwóch oficerów współpracujących z Solidarnością. Planuję ekspresowe skazanie, żeby zamknąć sprawę i do niej nie wracać. Poza tym nic wielkiego. Od strony politycznej. Gospodarczo jest chyba gorzej niż myśleliśmy. Zaopatrzenie sklepów jest na tragicznym poziomie. Nastroje jeszcze się nie radykalizują, ale to tylko kwestia czasu.

– Oceniasz to jako realne zagrożenie?

– Nie na dzisiaj, ale za kilka, najdalej kilkanaście miesięcy może dojść do protestów – Kiszczak mówił bez ogródek, tego oczekiwał od niego generał. – Coś trzeba będzie z tym zrobić, bo dalsze udawanie, że nic się nie dzieje, nie przyniesie niczego dobrego.

– Cenię naszą przyjaźń, wiesz o tym, zwłaszcza za to, że zawsze mówimy sobie prawdę – Jaruzelski zdjął na chwilę okulary i zwrócił się twarzą do ministra. – Ale czy tym razem nie przesadzasz? Przecież Solidarność jest bardzo słaba. Znacznie słabsza niż w osiemdziesiątym pierwszym.

– To prawda, masz rację, generale. Należy jednak dodać, że my też nie jesteśmy tak silni, jak wtedy. W ostatnich latach wiele się wydarzyło poza naszymi granicami. Nasza słabość ma swoje źródło w Moskwie – Kiszczak przerwał i obserwował reakcję swojego rozmówcy. Ten pokiwał głową.

– Michaił Gorbaczow.

– Michaił Gorbaczow – powtórzył Kiszczak. – Afganistan pokazał bezsilność radzieckich.

– Ta wojna nie podważyła pozycji Związku Radzieckiego, tak jak Wietnam nie zepchnął ze sceny Stanów Zjednoczonych.

– Wojna nie podcięła radzieckim skrzydeł – podtrzymywał kurs – tylko wzmożenie zbrojeń przez Amerykanów, które było reakcją na Afganistan. To ono zaprowadziło ich na skraj urwiska. Przez Ronalda Reagana, czterdziestego prezydenta Stanów Zjednoczonych, dawne imperium jest tylko iluzją i wspomnieniem.

– Ja to widzę inaczej – wtrącił zmieszany Jaruzelski.

– Król jest nagi. Naszą przewagą jest to, że wie o tym niewielu po tej stronie kurtyny – minister przerwał na chwilę i wziął niewielki łyk koniaku. – …I powiem szczerze, ta sytuacja bardzo mnie smuci.

– Że niewielu o tym wie?

– Nie. Zawsze mieliśmy oparcie w królu. A teraz… – nie dokończył. Machnął ręką i skrzywił usta. Jego twarz na ułamek sekundy zmieniła się, ukazując brzydki, pełen rysującej się na niej pogardy wizerunek.

– Na pomoc gospodarczą też nie liczę.

– Na wojskową tym bardziej. Na Kremlu panuje przekonanie, że drugim, najważniejszym czynnikiem, który wpłynął na wyścig zbrojeń, był stan wojenny w Polsce.

– Dlaczego?

– Podobno Reagan polecił rozpoczęcie prac nad gwiezdnymi wojnami po wprowadzeniu stanu wojennego. Po Afganistanie zaledwie udupił… przepraszam – poprawił się – uśmiercił porozumienie SALT II.

– Radzieccy mają nam to za złe?

– Z pewnością. Mówią, że przecież nie naciskali.

– Czy w takim razie bez oparcia w radzieckich według ciebie nie zapanujemy nad opozycją?

– Zapanujemy – odpowiedział spokojnie minister – to nie jest problem. Chociaż nie mamy już Kuklińskiego, możemy wykorzystać stworzony przez niego plan „Wrzos”. Naniesiemy kilka poprawek i wprowadzimy kolejny stan wojenny, choćby za sześć do siedmiu tygodni. To mogłoby wypaść w rocznicę poprzedniego.

– Nie wiem, czy to dobry temat do żartów – zganił go.

– Przepraszam – rzucił bez skruchy – chcę tylko pokazać, że nie jest problemem pacyfikacja kraju. Możemy to zrobić, tylko co po tym? System koreański? Nie w tej części Europy. Sytuacja wymaga nowego podejścia.

– Jakiego?

– Jestem analitykiem i wykonawcą, co najwyżej taktykiem. Strategiem jesteś ty, generale – zakończył z przekonaniem.

Premier wyprostował się w fotelu i wstał, wyginając lędźwie.

– Kłopoty z kręgosłupem nie mijają?

– To nie przejdzie, pamiątka z Bijska. Wyrąb lasu dla dwudziestolatka jest zbyt twardym kawałkiem chleba. W tajdze wysiadły mi nie tylko oczy.

– Przetrwałeś.

– Przetrwałem.

– To powód do dumy.

– Dla ciebie. Dla innych do pogardy.

Kiszczak nic nie odpowiedział. Znał rozterki Jaruzelskiego, jego nieustanne dążenie do akceptacji, do bycia wzorem nieskazitelności. Pragnienie, które towarzyszyło mu przez całe życie, uczyniło z niego człowieka sztywnego i surowego, żyjącego według scenariusza, który – choć napisał go sam – czynił go nieszczęśliwym. Być może dlatego, że bycie wzorem było mu potrzebne jak lustro, w którym nieustannie się przeglądał. To nie było dążenie zrodzone w sercu przyjaciela i z niego wypływające. To było raczej źródło, które musiało napływać z zewnątrz, by zasilać serce. Jak światło słoneczne roślinom, jemu życie dawał blask odbity w lustrze.

– Jak dzieci, Marysia? – zmienił temat gospodarz.

– W porządku, a twoja jedynaczka?

– Sam wiesz… – generał nie dokończył. Przeszedł kilka kroków po pomieszczeniu i usiadł w fotelu, który przed chwilą opuścił. Wziął do ręki kieliszek i przystawił do ust.

Kiszczak miał wrażenie, że tylko je zwilżył, bez zamiaru wypicia choćby kropli.

– Czesławie – odezwał się po krótkiej chwili – słuchałem cię z dużym zaciekawieniem. Poznałem twoje poglądy. Chciałbym, żebyś teraz poznał moje. Jesteś pierwszą i jedyną osobą, której je wyjawiam. Powiem to jako żołnierz i po żołniersku – ku zdziwieniu ministra premier podniósł kieliszek i wychylił go duszkiem, jakby pił wódkę. Odstawił go na stół i zaczął mówić. – Związek Radziecki, Czesławie, to gnijący trup, który płynie z nurtem rzeki nazywanej potocznie historią. Unosi się na powierzchni wody pod wpływem ciśnienia wytworzonego przez trzewia, ale to trup. I chociaż udaje mistrza olimpijskiego w pływaniu, nie żyje. Każdy, kto stanie blisko rzeki, poczuje ten zapach.

– Aż tak? – wydusił z siebie – jedyne, na co było go w tej chwili stać.

– Michaił rozpoczął operację, której skutków prawdopodobnie nie rozumie. Jego pierestrojka i głasnost przyniosą zmiany, nad którymi nikt nie zapanuje. Urynkowienie gospodarki, swoboda i jawność sprawią, że ludzie dowiedzą się, na jakim poziomie żyje Zachód, zaczną żądać tego samego. Będą się bogacić i poprawiać swój los nie dlatego, że budują komunizm, ale dlatego, że są inteligentni, operatywni, pomysłowi jako jednostki. To doprowadzi do przeobrażeń ustrojowych, zmieni nie tylko gospodarkę, ale przede wszystkim politykę i cały system wartości. Obywatele zapragną najpierw wolności, a potem władzy. A jemu się zdaje, że w otwartych wyborach miałby szanse.

– Raczej nie uda nam się tego zatrzymać.

– Na pewno nie ma takiej siły, która potrafi do tego nie dopuścić.

– Jeżeli u naszego wielkiego brata system się skruszy, my będziemy następni.

– Na to nie możemy sobie pozwolić, musimy ich wyprzedzić. System musi runąć najpierw u nas. Będziemy przed nimi; jeżeli mamy wyjść z tego cało i nie szukać na starość schronienia w Argentynie.

– Dobrze, że zaczęliśmy ostatnio rozmawiać z Żydami – zaśmiał się. – Może nie pomogą nas szukać.

– Żarty lubię, ale tylko dobre – powiedział sztywno, a wypowiadane słowa uderzały jak kroki defilady. – Nie doprowadzimy do tego, żeby żyć na łasce naszych wrogów. Wystarczająco dużo kosztuje łaska naszych przyjaciół.

– Nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, jak to zrobić. Przy jakiejkolwiek zmianie ustrojowej Solidarność będzie chciała rządzić krajem, żądać stanowisk, władzy.

– I my im tę władzę przekażemy, a wyrażając się precyzyjnie, opowiemy im, że tę władzę dostali. Naprawdę zaofiarujemy im współodpowiedzialność i przekonanie o panowaniu. Musimy to zrobić tak, aby nadal dzierżyć stery w rękach. Stojąc w cieniu, oczywiście.

– Nadal nie wiem, jak chcesz to osiągnąć – minister patrzył z niedowierzaniem na swojego przyjaciela. Jego pomysł wydał mu się tyleż genialny, ile karkołomny i nierealny, niczym sen wariata. – Wyklaruj to, generale.

– Jak to osiągnąć? Dobre pytanie – Jaruzelski obrócił się w fotelu i patrząc teraz prosto w oczy ministra, beznamiętnie kontynuował: – Pytanie, na które ty musisz odpowiedzieć. Ja, jak sam powiedziałeś, jestem strategiem, ja wymyślam, co zrobić, jakie cele osiągnąć, ty wskazujesz sposób. Raz już ci się udało, w osiemdziesiątym pierwszym. Gdybym nie miał wtedy ciebie, nic by z tego nie wyszło. Operacja „Wrzos” by się nie powiodła. Wiem, jak ważna była twoja rola i jak wiele ci zawdzięczamy.

– To, czego oczekujesz, wydaje się niemożliwe do zrealizowania. Stan wojenny stanowił większy manewr, a ty proponujesz kampanię napoleońską – Kiszczak z rezygnacją pokiwał głową. – W dodatku ujawnienie planu spowoduje bunt w armii i milicji. Z całym szacunkiem, to jest nierealne, prawie żadnych szans na sukces.

– Nie proponuję kampanii napoleońskiej, nie proponuję klęski. Proponuję bitwę warszawską. Rozmawiamy w salonie, w którym pracował Piłsudski. Jemu się udało, bo miał szczęście. Nam się uda, bo mamy wiedzę i cel, musimy tylko ułożyć odpowiedni plan.

– Nadal pytam, jak – nie ustępował minister. – Będziesz chyba musiał mnie zwolnić, bo nie podołam temu zadaniu.

– Wskażę kierunek i dam kilka dni do namysłu – Jaruzelski nieoczekiwanie się uśmiechnął.

Po plecach ministra przeszły ciarki, miał wrażenie, że jego rozmówca oszalał. Zaczął się zastanawiać, czy kieliszek Martella mógł odebrać premierowi władzę umysłową.

– Zatem słucham – rzucił zrezygnowany.

– Wyobrażam sobie taką drogę: rozpoczynamy rozmowy z Kościołem o potrzebie liberalizacji i gotowości wykorzystania łagodności Kremla. Kościół jest kluczem, będzie gwarantem umów. Umów, które łaskawie zawrzemy z opozycją. Powoli uwalniamy rynek, pozwalamy na rozwój prywatnej inicjatywy. Negocjujemy z Solidarnością zmianę relacji z rządem i możliwość legalnego działania. Pozwalamy ludziom podróżować na Zachód, liberalizujemy dostęp do mediów. Niech sobie kupią anteny satelitarne i oglądają, jak tam jest dobrze. Potem dokręcamy śrubę, podwyżki, może jakieś aresztowania. To w efekcie doprowadzi do protestów i strajków płacowych. Wtedy usiądziemy do rozmów i oddamy władzę polityczną oraz odpowiedzialność, zatrzymując instrumenty. Zostawimy sobie cichą kontrolę nad rynkami finansowymi, mediami, przedsiębiorstwami państwowymi. Część majątku państwowego przekażemy obywatelom, oczywiście odpowiednio dobranym. Na koniec wszystko to zepniemy klamrą kontroli. I teraz już rozumiesz, że mój plan jest realny. Niezbędny jednak jest ktoś taki jak ty, Czesławie.

– Klamra kontroli – Kiszczak kiwnął z uznaniem. Był pełen podziwu dla szalonego planu premiera. – Teraz rozumiem, do czego zmierzasz i jaka ma być w tym moja rola.

– Nie ma innego wyjścia. Zadłużenie zagraniczne i sankcje za chwilę nas zaduszą. To jedyne rozwiązanie.

– W jaki sposób chcesz zachować nadzór nad armią i milicją?

– Będziemy mieli tam swoich ludzi jeszcze przez całe pokolenie. Wychowamy nowych, którzy przejmą od nich pałeczkę. Armia za kilkanaście lat, jeżeli zafunkcjonuje ta ich demokracja, nie będzie odgrywać żadnej roli politycznej. Tak samo milicja. To nie będzie klucz.

– Kluczem będą służby specjalne – przerwał Kiszczak.

– Klamra. Musimy mieć służby, wojskowe i resortowe. Za wszelką cenę.

– Rozumiem. Rozumiem i zgadzam się z tobą, Wojciechu. Bez tego stracimy wpływy.

– Cieszę się, że wymyślisz, jak to wszystko zorganizować, żeby działało nawet za dwadzieścia, trzydzieści lat.

– A do Argentyny pojedziemy najwyżej na wycieczkę – puknął ręką w oparcie i wygodnie rozparł się w fotelu, pokazując, że kontroluje sytuację i nie boi się nowego wyzwania. Spojrzał na zegarek. Śniadanie zjadł przed siódmą i właśnie poczuł pierwszy głód. Wiedział, że Jaruzelski nie wypuści go, dopóki nie omówi wszystkiego w szczegółach. Nie czekając, zagadnął więc: – Tymczasem musimy przyjąć jakiś harmonogram.

– Spotkamy się w przyszłym tygodniu. Wtedy przedstawisz swoje rekomendacje. Kilka dni do namysłu musi wystarczyć – spojrzał na Kiszczaka, który uniósł brwi, a następnie dla potwierdzenia lekko opuścił wzrok. – Co do spraw bieżących, wszystko poukładałem. Za kilka dni ogłoszę amnestię. Rozmawiałem z Dobraczyńskim, PRON wystąpi o zwolnienie dwustu więźniów politycznych, a Rada Państwa się zgodzi.

– Mamy takich? – przerwał. – Politycznych?

– Precyzyjnie mówiąc: nie kryminalnych. Od listopada zniesiemy kartki na cukier. To wszystko powinno przynieść uspokojenie nastrojów. Na początku miesiąca przejmę formalnie Radę Państwa, a tekę premiera przekażę Messnerowi. Będę miał więcej czasu.

– Jeżeli będziesz miał więcej czasu, nie nadążę za tobą, nikomu się nie uda. – Kiszczak znał słabość Jaruzelskiego do pochlebstw. Wojciech zawsze chciał uchodzić za męża stanu i wielkiego polityka. Potwierdzanie tego było narzędziem nader często wykorzystywanym przez ministra do budowania relacji ze starym przyjacielem.

– To przecież drobiazgi, nie przesadzaj.

– Drobiazgi, dobre sobie – uśmiechnął się trochę sztucznie. Chciał już mieć za sobą tę rozmowę. Nie wiedział, jak sprowokować premiera do wypowiedzenia słów: „Jeżeli nie mamy nic więcej do załatwienia, to chciałbym się pożegnać”. Patrzył więc obojętnie w ścianę, zmuszając się do niemyślenia o tym, co dzisiaj usłyszał.

Jeszcze kilka godzin temu nie przypuszczałby, że Wojciech jest zdolny do działania choćby tylko w tajemnicy przed Moskwą, a co dopiero wbrew władzom Związku Radzieckiego. Swoisty strach, jaki Jaruzelski odczuwał przed siłą imperium, nie pozwalał dotychczas jego umysłowi na projektowanie takich przedsięwzięć. Znali się od tylu lat, a tak mało o nim wiedział.

– Wydaje się, że na dzisiaj starczy. Jeżeli nie mamy nic więcej do załatwienia, to nie będę cię dłużej zatrzymywał – przerwał jego mimowolne rozmyślania premier. – Spotkamy się w przyszłym tygodniu. Może wtorek?

– Oczywiście – odpowiedział – na wtorek będę gotowy.

– Dziękuję, będę czekał – Jaruzelski wstał z fotela. – Twój organizacyjny geniusz jest ponownie potrzebny, Czesławie. Liczę na ciebie.

– Wiem, generale. Rozumiem powagę sytuacji.

– No cóż – spojrzał bardzo poważnie – ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom ulega ruinie. – Kończąc zdanie ze swojego przemówienia ogłaszającego wprowadzenie stanu wojennego, roześmiał się w głos szczerym, pełnym radości, cynicznie rubasznym rechotem. Po chwili dodał: – Obowiązkiem moim jest wziąć tę odpowiedzialność, chodzi o przyszłość Polski.

– Tak jest, towarzyszu generale! – zawtórował rozbawiony, choć nieco skonfundowany Kiszczak, po czym uścisnął dłoń swojego rozmówcy, obrócił się i opuścił pokój. Zamknął za sobą drzwi, przeszedł przez sekretariat i udał się wprost do zaparkowanego przed Belwederem peugeota, model 204.

Wracając do domu, nie przestawał myśleć o rozmowie z Jaruzelskim. Nie był pewien, czy jego plan to dzieło wizjonera czy szaleńca. Wariata od geniusza dzieliła zwykle cienka linia, dla niektórych niedostrzegalna. Bał się, że przyjaciel stał się starym, oderwanym od rzeczywistości satrapą, przekonanym o swoim fenomenie – powoli zapadającym się w bagnie złudzeń i nicości. Czy były jakiekolwiek szanse, by scenariusz z tyloma zmiennymi i niewiadomymi mógł zostać zrealizowany? Pomimo przenikającego lęku, jaki odczuwał, tak czy inaczej zamierzał trwać u boku Wojciecha, bez względu na cenę, jaką przyjdzie za to zapłacić.

Ich losy zostały splecione – by nie powiedzieć zespolone – już dawno. Gdy się poznali, polubili się od samego początku. Jeszcze w latach pięćdziesiątych, kiedy Jaruzelski był słuchaczem w Akademii Sztabu Generalnego, Kiszczak był oficerem obiektowym, odpowiedzialnym za ochronę kontrwywiadowczą uczelni. W tłumaczeniu na język cywilny, szukał wszystkich dostępnych informacji na temat żołnierzy i pracowników szkoły. Mógł zaszkodzić i pomóc, miał władzę wynikającą z konieczności uzyskania aprobaty kontrwywiadu dla awansów, wyróżnień. Minister był wówczas człowiekiem, który raczej nikomu nie pomagał, starał sie też nie szkodzić, chyba że ktoś wszedł mu w drogę i stawał się zagrożeniem. Potrafił być bezwzględny. Tak się stało, gdy jeden z wykładowców, młody i inteligentny podpułkownik, rywalizował z Jaruzelskim o stanowisko szefa Oddziału Akademii Wojskowych w Głównym Zarządzie Wyszkolenia Bojowego. Wojciechowi bardzo zależało na objęciu tego stanowiska, o czym Kiszczak wiedział. W awansie Jaruzelskiego i rozwoju jego kariery widział szansę także dla siebie. Bez wahania utrącił więc kandydaturę podpułkownika, zarzucając mu sympatię dla działającego w czasie drugiej wojny światowej prawicowego Związku Jaszczurczego. Choć oskarżeń formalnie nigdy nie potwierdzono, wywołane zamieszanie skutecznie i trwale odsunęło ambitnego oficera na boczny tor kariery wojskowej.

Drugi raz pomógł mu, gdy szef Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego generał Kazimierz Witaszewski zażądał zwolnienia Jaruzelskiego z armii ze względu na burżuazyjne pochodzenie. Kiszczak – ryzykując własną karierą – postarał się o odpowiednie dowody na nadzwyczaj pozytywną postawę i nastawienie towarzysza Wojciecha do państwa i armii. Od tego czasu Jaruzelski już zawsze czuł wdzięczność wobec przyjaciela. Miał też poczucie niespłacenia długu. Poczucie, które miało go nie opuścić do ostatnich dni. Kiszczak dbał, by ten stan się nie zmienił. Pielęgnował wzajemną relację. Nie zapominał o niczym; życzeniach imieninowych, gratulacjach kolejnych awansów, pochlebstwach. Wykorzystywał też zamiłowanie Jaruzelskiego do luksusowych drobiazgów przywożonych z Zachodu przez podległych mu oficerów wywiadu.

Generałowie wspierali się wzajemnie na każdym kroku – w dużych i małych sprawach. Przyjaźń wzmacniała wzajemna sympatia pań Jaruzelskiej i Kiszczakowej. Ich mokotowskie domy dzieliły zaledwie trzy kilometry. Obie odwiedzały się regularnie, wspólnie piły herbatę i spacerowały. Kilka razy odwiedziły tor łyżwiarski na Stegnach, oddając się wspólnej pasji z dzieciństwa.

Ukoronowaniem wspólnej drogi oficerów był skutecznie dokonany zamach stanu; przygotowany, zorganizowany i perfekcyjnie przeprowadzony przez Kiszczaka, na polecenie Jaruzelskiego.

Trwająca od trzydziestu trzech lat znajomość wielokrotnie była wystawiana na próby. Żaden z nich nigdy się nie zawahał. I choć zdrada była im znana – doświadczali jej na własnej skórze, ale też i sami zdradzali – nigdy nie zgrzeszyli wobec siebie brakiem lojalności, a Kiszczak, mający zwyczaj zbierania informacji o każdym współpracowniku, na temat Jaruzelskiego nigdy nie zgromadził choćby wersu. Istniejące, jeśli wpadały w jego ręce, niszczył, jak wtedy, gdy po ulokowaniu go przez Wojciecha na stanowisku szefa Wojskowej Służby Wewnętrznej, czyli wojskowej służby specjalnej, skutecznie wyczyścił wszystkie ślady po współpracy przyjaciela ze stalinowską informacją wojskową.

ROZDZIAŁ III

Sobota, 26 października 1985 roku

 

Służby cywilizowanego świata posługują się bardzo podobnymi metodami. Niezależnie od szerokości geograficznej, wysokości PKB, preferencji politycznych obywateli, czy też innych zmiennych. Do ich najważniejszego arsenału pozwalającego na zbieranie informacji należą podsłuch, obserwacja, korzystanie z siatek informatorów ulokowanych wokół obiektów (czytaj: osób, instytucji, spółek) i wiele innych metod, jak choćby analiza danych powszechnie dostępnych (np. prasowych) oraz tych dostępnych tylko wybranym instytucjom: bankom, operatorom telekomunikacyjnym, dostawcom – prądu, gazu, poczty czy nawet pizzy.

Gromadzenie informacji jest rządom potrzebne, aby skutecznie zarządzać państwem, przewidywać zagrożenia i im przeciwdziałać. Służby są też wykorzystywane do rozwiązywania problemów, których nie zidentyfikowano na czas i które zaskoczyły władzę, szkodząc jej interesom. Chęć poznania tego, co tajemne i nieodkryte dla innych, jest naturalnym dążeniem większej części ludzkości, w stu procentach dotyczy zaś sprawujących władzę. Pozwala bowiem na uzyskiwanie wiedzy o prawdziwych poglądach, motywacjach, zamiarach, ale też słabościach osobistych innych, w szczególności rywali, wrogów oraz – co wydaje się kluczowe w polityce – o słabościach przyjaciół.

Dlatego każda władza musi dysponować aparatem specjalnym, pozyskującym dla niej wiedzę powszechnie niedostępną dla innych, odkrywającą to, co ukryte i niewidoczne.

By wypełnić to zadanie, służby specjalne muszą posiadać odpowiednie środki. Do podsłuchiwania i podglądania wystarczy odpowiedni sprzęt, taki jak mikrofony i kamery. Mogą one być ukryte w sposób uniemożliwiający ich dostrzeżenie: w guzikach, doniczkach, długopisach i innych miejscach, w zależności od fantazji funkcjonariusza montującego sprzęt inwigilacyjny. Mogą one być widoczne dla wszystkich, jak kamery, tak powszechne dzisiaj przed bankami czy instytucjami użyteczności publicznej, że nie zwracamy na nie uwagi. Do obsługi tych urządzeń służby mogą wyznaczyć własnych funkcjonariuszy, bez angażowania osób trzecich.

Korzystanie z informacji, jakimi dysponują operatorzy telekomunikacyjni, dostawcy poczty, gazu i innych usług, z których dzisiejszy homo sapiens korzysta bezrefleksyjnie, służby – poprzez rządzących – zapewniły sobie odpowiednimi przepisami prawa, nakazującymi udzielania żądanej pomocy.

Nie to jednak jest przedmiotem głównych zainteresowań i wysiłków funkcjonariuszy tajnych organizacji. O ile dane te mogą być narzędziem, środkiem do celu, nie są nigdy celem samym w sobie. Celem jest zawsze człowiek, wiedza, którą dysponuje i możliwość wpływania na jego zachowania. To dlatego tajni oficerowie werbują rzesze agentów – współpracowników udzielających im pomocy, wykradających tajne dane, donoszących na innych, w tym na przyjaciół i własne rodziny, oraz realizujących wszystko, co pomaga w wykonaniu zadania. Tylko poprzez kontrolowaną kooperację z określonymi osobami można wpływać na rzeczywistość i realizować wytyczne władzy.

Zasadniczo dąży się do tego, aby współpraca była oparta o nawiązanie przyjaznych relacji. Żaden niewolnik nie jest na dłuższą metę dobrym pracownikiem. Umiejętnie wykorzystujący pozory przyjaźni oficer uzależni od siebie współpracującego z nim konfidenta, wytwarzając wzajemną, koleżeńską relację, załatwiając dla niego różne sprawy, wręczając drobne prezenty lub gotówkę, pomagając w karierze, niszcząc jego przeciwników. To sytuacja modelowa, najczęściej mają z nią do czynienia konfidenci, którzy wpadną w tryby maszyny zwanej tajnymi służbami. Żaden szanujący swój warsztat oficer nie będzie się opierał wyłącznie na dobrej woli potencjalnego źródła informacji. Nie może sobie pozwolić, by być na jego łasce. Może stwarzać takie pozory, ale powinien zawsze mieć w zanadrzu propozycję nie do odrzucenia i w razie zaistnienia niepożądanych okoliczności posłużyć się szantażem, manipulacją czy intrygą. Manipulacja lub intryga może doprowadzić do ponownego związania konfidenta z oficerem w taki sposób, że nie będzie on świadomy dwuznacznej roli tajnych służb, może nawet odczuwać wdzięczność, przeświadczony o dobroczynnej roli oficera i ogromnym szczęściu ze spotkania człowieka, który przyczynił się do pozytywnego zakończenia specjalnie wykreowanej historii. W tym arsenale szantaż należy określić jako broń atomową, można jej użyć tylko jeden raz. Przyniesie skutek i złamie opór, niszcząc też psychikę szantażowanego. Jej efektem zawsze będzie kapitulacja, ale też dozgonna utrata przyjaźni i życzliwości, dozgonna niechęć lub nawet nienawiść.

Skoro służby całego świata są do siebie tak podobne, to na czym polega różnica pomiędzy tymi, które działają w krajach demokratycznych i niedemokratycznych? Podstawową i najważniejszą jest ta, że służby demokratyczne nie likwidują (czytaj: zabijają) swoich obywateli. Mogą rujnować im życie prywatne i zawodowe, doprowadzać do upadłości ich firmy, co w efekcie prowadzi niekiedy do samobójstwa, ale świadomie i w sposób celowy nie dążą do fizycznej eliminacji swoich pobratymców.

Zgoła inaczej wygląda to w państwach niedemokratycznych, gdzie zmiany władzy nie dokonuje się przy urnie wyborczej. Tam służby – jako filar władzy pomagający w jej utrzymaniu uzurpatorowi lub grupie uzurpatorów – skupiają się na zagrożeniu ze strony obywateli dążących do zmiany ustroju, a tym samym i ekipy rządzącej. Zmiana taka zwykle oznacza rozformowanie tajnych organizacji policyjno-wojskowych. Strach przed rewolucją znakomicie cementuje związek pomiędzy władzą a tajniakami. W takich właśnie krajach obywateli działających przeciw władzy określa się mianem agentów obcego wywiadu realizujących wrogie interesy. To otwiera drogę do akceptacji dla fizycznej likwidacji, którą na polecenie uzurpatora realizują wierni oficerowie. Nie potrzeba wydawać zleceń czy rozkazów. Dowodzący służbą powinien być człowiekiem domyślnym, to pozwala zachować czyste ręce decydentom. Ze strony szefa musi wystarczyć sugestia, słowo zawieszone między innymi wyrazami, uśmiech, a nawet skinienie głową.

Wieloletnie związki przywódców rządów z szefami służb są powszechne jak choroby weneryczne w burdelach państw trzeciego świata. I to porównanie najlepiej oddaje istotę relacji. Dowodzenie armiami tajnych oficerów powierza się tylko ludziom zaufanym, sprawdzonym wcześniej w działaniu, niekoniecznie związanym przedtem z niejawną profesją. Historia odnotowuje – i to nie rzadko – odwrócenie ról, kiedy służby kreują i promują pewnych ludzi, swoich współpracowników, do objęcia najważniejszych stanowisk w państwie. Zarówno w krajach demokratycznych, jak i niedemokratycznych zdarza się, że były kierownik organizacji wywiadowczej zostaje prezydentem lub premierem. W tych drugich nie jest to jednak preferowane, o wiele częściej bywa tak, że władzę obejmuje tajny informator służb. Człowiek taki nadal – choć w subtelniejszy sposób – jest kontrolowany przez swoich mocodawców. Spektakularną karierę robi wówczas jego oficer prowadzący, choć może się zdarzyć i tak, że biedak dokona żywota, zapadłszy na jakąś tajemniczą chorobę lub w wyniku zderzenia z ciężarówką albo ataku seryjnego samobójcy.

Czesław Kiszczak i Wojciech Jaruzelski nie byli wyjątkowi – w każdym razie nie na tyle, aby uwolnić się od tych zależności. Zresztą nigdy im na tym nie zależało. Wpisywali się w istniejące mechanizmy, kreowali je i powielali. Korzystali z siły, jaką daje niewidoczne dla innych współdziałanie. Osiągany efekt synergii zadziwił ich samych, windując na najwyższe stanowiska w komunistycznej PRL.