Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 306 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 7 min Lektor: Janusz Zadura

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 7 min Lektor: Janusz Zadura

Opis ebooka Róże cmentarne - Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

Nadkomisarz Jarosław Pater przygotowuje się do wakacyjnego wyjazdu z atrakcyjną kobietą, kiedy dostaje wezwanie do zbadania dziwnej sprawy: W tartaku pod Wejherowem znaleziono zmumifikowane zwłoki nieznanego mężczyzny. Co gorsza, równocześnie okazuje się, że nad morzem przebywa najprawdopodobniej seryjny morderca, który powtarza zbrodnie sprzed lat. Po ostatnim zabójstwie napisał do policji, że jedzie „pooddychać jodem”… Pater rozpoczyna śledztwo, w którym przyjdzie mu opuścić rodzinne Trójmiasto i odnaleźć się w układach i układzikach rządzących małymi miejscowościami wypoczynkowymi. Zapracowany nadkomisarz musi zwodzić obietnicami rozdrażnioną towarzyszkę. Okazuje się bowiem, że odkryta właśnie zbrodnia przypomina zabójstwo, którego sprawcy nie zatrzymał kilka lat temu. Czy tatuaż, który miały wszystkie ofiary, będzie kluczem do rozwiązania tej zagadki?

Opinie o ebooku Róże cmentarne - Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

Fragment ebooka Róże cmentarne - Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

MAREK

KRAJEWSKI

MARIUSZ

CZUBAJ

RÓŻE CMENTARNE

Copyright © by Marek Krajewski, Mariusz Czubaj, 2009

Wydanie I

Warszawa 2009

Chcemy wrócić przed czwartą i pójść nad morze po południu, kiedy słońce słabiej grzeje, a na plaży jest mniej ludzi. W końcu mamy teraz najdłuższe dni w roku…

Kazimierz Kwaśniewski, Zbrodniarz i panna

Prolog

Są zdarzenia, które trafiają niczym precyzyjny cios boksera.

Mówiąc językiem boksu: Kazimierz Ziętek został „napoczęty” w poprzedniej rundzie. Jego przeciwnikiem był alkohol, którego nadmiar spożył dzień wcześniej.

Zaczęło się od tego, że poszedł na imieniny do kolegi z tartaku, Jana Gawrona, zwanego „Wkrętakiem”. Solenizant nie przepuścił żadnej okazji, by zrobić butelkę z kolegami, a zapach wódki wyczuwał z dużej odległości – niczym sejsmograf tąpnięcia gdzieś w strefie Mórz Południowych. Wkrętak opanował sztukę alkoholowego public relations do perfekcji: o swoich urodzinach i imieninach opowiadał z miesięcznym wyprzedzeniem, powtarzając tę informację nieustannie w ostatnim tygodniu przed – jak mawiał – „godziną zero”. Jeśli dzień imienin, urodzin lub jakiejś innej okoliczności towarzyskiej wypadał w środku tygodnia, urządzał przyjęcie w tymże dniu i nigdy go nie przesuwał na najbliższy weekend, który wykorzystywał zwykle na „poprawiny” odpowiedniej „imprezy”. Solenizant pochodził spod Krakowa i zapewne z powodu galicyjskich korzeni był wyjątkowym sknerą. To właśnie natura skąpca sprawiła, że z czasem Gawron, uwielbiający prezenty i alkohol, zaczął świętować także – chociaż był wdowcem od ponad dziesięciu lat – rocznicę ślubu. Nikomu z biesiadników nie przeszkadzało to w najmniejszym stopniu.

Wkrętak nie był wybredny. Życie nauczyło go, że spieniężyć można wszystko, zapraszał zatem na swe uroczystości kogo tylko mógł i przyjmował każdy prezent. Podczas ostatniego spotkania, z okazji rocznicy ślubu, trafił się prawdziwy rarytas, gdy jeden z gości przyniósł kilka kilogramów miedzi z elektromagnesów służących do samoczynnego hamowania pociągu. Wkrętak upłynnił cenny prezent w niedużej fabryce gwoździ koło Pucka.

Wszystkie imprezy organizowane przez Gawrona kończyły się tak samo. Zawsze na koniec ci, którym podzielność uwagi pozwalała jeszcze na picie i słuchanie opowieści, musieli wysłuchać, jak to przed prawie trzydziestu laty Wkrętak pracował na wydziale K-1 Stoczni Gdańskiej. Na tym wydziale, który jako pierwszy, o szóstej rano 14 sierpnia 1980 roku, rozpoczął historyczny strajk. Wkrętak opowiadał też, że na własne oczy widział, jak wąsaty elektryk przeskakiwał przez mur, by poprowadzić potem strajkujących do zwycięstwa. „Gdybym go powstrzymał, gdyby wtedy nie skoczył przez mur, byłoby inaczej… Lepiej”, dopowiadał cicho, ale bełkotliwy szept mieszał się już wtedy z pijacką czkawką.

Kazimierz Ziętek słyszał wielokrotnie puentę tej opowieści i też miał prawo myśleć, co by było, gdyby… Kilka godzin później zastanawiał się na przykład, co by było, gdyby nie poszedł na imieniny do Wkrętaka i spędził wieczór ze swoją konkubiną. Albo gdyby pamiętał, że sknera Gawron kupuje wódkę najgorszą i upadlającą oraz najtańsze, wzmacniane spirytusem piwo na dobicie. Ale to było kilka godzin później. Teraz w jego głowie kłębiły się tkliwe myśli, erotyczne tęsknoty i niebezpieczne żołądkowe zapowiedzi.

Gdy Kazimierz Ziętek otworzył drzwi klatki schodowej przy ulicy Morskiej w Gdyni, poczuł, że za chwilę eksplodują mu trzewia i głowa. Marzył już tylko o jednym: by wtulić się w Złotko, w jej biodra rozłożyste niczym wachlarz, i przespać się chociaż ze trzy godziny.

Wieloletnia partnerka życiowa Ziętka nazywana była „Złotkiem” nie z czułości, ale ze względu na swą rzadko spotykaną posturę. Miała sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, co – w oczach wielu mężczyzn – upodabniało ją do polskich siatkarek. „Tylko nie pozwólcie jej skakać”, Ziętek mówił do kolegów, gdy był pewien, że Złotko nie słyszy. „Jej podskoki spowodowałyby wstrząsy tektoniczne. Jak w tych japońskich filmach o Godzilli”.

Była druga w nocy i alkohol w jego głowie i brzuchu buzował jak gejzer. Pech go nie opuszczał. Najpierw bez skutku szukał kluczy, a potem zaczął walić pięściami do drzwi. Złotko ani myślała otworzyć. Można by rzec, że ustawiła szczelny blok. Ziętek wytoczył się przed czteropiętrowy budynek i postanowił wejść przez balkon, ale kraty mieszkania na parterze były zamknięte, podobnie jak i okno, choć noc była parna; jedna z ostatnich w czerwcu, jedna z tych, które zapowiadają tłumy turystów na Wybrzeżu i udane wakacje. Nie pozostawało nic innego jak warować przy wycieraczce, znosić drwiące spojrzenia zapóźnionych sąsiadów i czekać, aż Złotko się zlituje i raczy otworzyć. O czwartej nad ranem Ziętka minął pan Tadek nazywany przez chłopaków z podstawówki „Czerwononosym”. Przeszedł obojętnie obok, tak jak przechodzi się koło niegroźnego widma. Alkoholowe bestiarium sprawiało, że Czerwononosy często nie mógł zasnąć. Bał się koszmarów dopadających w godzinach najgłębszego snu. O czwartej rano pan Tadek krążył więc między blokami i szukał kompana, z którym mógłby chlapnąć. Tak na uspokojenie.

O piątej niektórzy sąsiedzi zaczęli wyprowadzać psy. Jeden z czworonogów omal nie obsikał mężczyzny drzemiącego na wycieraczce. O szóstej trzydzieści Ziętek dał za wygraną. Ze Złotkiem porozmawia sobie później. I w koszuli przesiąkniętej potem, który trącił – podobnie jak oddech – niestrawioną wódką, pojechał do tartaku pociągiem, nie wiadomo dlaczego zwanym „autobusem szynowym”.

Przez następne dni Ziętek wielokrotnie myślał, co by było, gdyby jednak wziął wtedy „dzień wolny na żądanie”. Niepotrzebnie przejmował się tym, co wciąż powtarzał im szef. „Robota jest, to i ludzie się znajdą. I to lepsi od was”, te zdania brzmiały jak refren, który wbił mu się w głowę. Rzeczywiście, tartak MGM między Wejherowem i Krokową, największy w okolicy, pracował na pełnych obrotach. Jeszcze niedawno tartakom groziła zapaść, gdy wszyscy sprowadzali drewno tanie jak barszcz z Bułgarii i Rumunii. Wszystko zmieniło się, gdy kraje te wstąpiły do Unii Europejskiej i podniosły ceny surowców.

Ziętek założył robocze ubranie i wypił lurowatą kawę, po której znów zaczęło go mdlić.

– Co tak siedzisz? – usłyszał. – Długo tak będziesz się modlił?

Pięćdziesięcioletni siwy mężczyzna, który stał nad nim, trzymał w ręku wilgotnościomierz młotkowy.

– Wkrętaka nie będzie, wziął dzień wolny na żądanie. Rury mu pękły w mieszkaniu czy coś takiego…

„Akurat”, pomyślał Ziętek i poczuł, że za chwilę wyleje się z niego niestrawiona wódka. Widomy dowód zbrodni popełnionej wczoraj z Wkrętakiem. Wstał ciężko. W głowie mu wirowało.

– A jak nie ma Wkrętaka, to masz. – Mężczyzna wręczył mu przyrząd służący do pomiaru wilgotności drewna. – No, ruszaj się!

Była ósma trzydzieści, gdy otworzyli drzwi suszarni. Ziętek wbijał wilgotnościomierz w tarcicę, a siwy zapisywał wyniki pomiaru.

– Wiesz co? – Ziętek odwrócił się w jego stronę. – Zrobimy pomiar, a potem pójdę do kanciapy, kimnę się z godzinkę, co? – Uderzył w kolejną partię tarcicy. – Zostanę dziś dłużej, co?

Mężczyzna milczał.

„Coś jest nie tak”, pomyślał Ziętek, „ten ciul chce mi dopiec, że niby jestem trochę zaprawiony, i nie zgodzi się”.

Nagle zrozumiał, co sprawiło, że jego gderliwy szef nie odpowiada.

Dźwięk. Inny dźwięk.

Wilgotnościomierz wbijany w tarcicę wydaje inny dźwięk. Ten był podobny do przytłumionego klaśnięcia.

Coś się nie zgadzało. I skąd taka wysoka wilgotność? Powinna być o wiele mniejsza. Uderzył młotkiem raz jeszcze.

Siwy wyciągnął rękę i gwałtownie, z okrzykiem obrzydzenia, ją cofnął. Zaczął się trząść.

– To nie tarcica… – wykrztusił. – To człowiek… Trup…. Wysuszyło go na wiór.

Cios doszedł celu. Zanim Ziętka oblał zimny pot, zanim poczuł kwaśną kluskę w gardle, zanim zobaczył wirujące czarne plamy przed oczami, zanim to wszystko poczuł i ujrzał, dostrzegł strzępy granatowej dżinsowej kurtki. Mięśnie jego nóg zamieniły się w watę.

Nieprzytomny zwalił się na ziemię.

1

Dźwięki trąbki Milesa Davisa przebiły się przez szum prysznica i warkot wiertarki u sąsiada z góry. Motyw z filmu Windą na szafot powtórzył się raz jeszcze, tym razem głośniej. Jarosław Pater przypomniał sobie, że telefon zostawił w kuchni na stole. Postawił mokrą stopę na nowe, przed miesiącem wymienione kafelki.

Nie spodziewał się, że kiedyś polubi „falowce”, gigantyczne blokowiska w Gdańsku-Przymorzu, wymysł architektów z czasów Edwarda Gierka, którym pofalowało mózg. Nie sądził, że przestanie przeszkadzać mu oznaczająca jego klatkę odrapana litera „H”, do której ktoś dopisał dwie inne litery: „uj”. Że spojrzy inaczej na balkony, żyjące w rytmie sezonowej mody. Wiosną balkony zapełniały się rowerami, latem i wczesną jesienią pojawiały się taborety i niewielkie grille, późną jesienią zostawały tylko sznury z praniem. Nie irytowało go już i to, że kwadrat, którego granice wyznaczał falowiec i czteropiętrowy, ustawiony do niego równolegle, równie długi tasiemiec, żyje własnym życiem, zaludniony mężczyznami popijającymi na ławce piwo i godzinami grającymi w karty. Depresji nie wywołało w Paterze wykopalisko, które wyglądało, jakby w ziemię koło falowca uderzył meteoryt. Wykopalisko przeznaczone było pod budowę hipermarketu, który miał stać się konkurencją dla pobliskiego „Reala” i „Biedronki”. Nadkomisarzowi żal było jedynie niewielkiego domku, stojącego do niedawna na terenie budowy, w którym hodowca gołębi trzymał swoje stado. Pewnego dnia mężczyzna i jego chatka znikli. Jakby zapadli się w otchłani wykopanej przez maszyny budowlane.

Pod koniec maja Paterowi udało się dokończyć remont ciągnący się długimi tygodniami. Wymianę płytek ceramicznych na podłodze zaczynała ekipa, która po kilku dniach zrezygnowała i przeniosła się do Wielkiej Brytanii, pozostawiając nadkomisarza ze stosem materiałów budowlanych w małym przedpokoju. Z drugą ekipą było podobnie. Dopiero trzecia uporządkowała wszystko po poprzednikach, w czym niemałą zasługę miał aspirant Wieloch. Widząc nadkomisarza na skraju załamania nerwowego, postanowił zastosować – jak sam to określił – „czynnik perswazyjny”.

Pewnego dnia wszedł do mieszkania w falowcu na Przymorzu. W milczeniu przypatrywał się postępowi prac, po czym wyjął wódkę „Wyborową” i zaproponował robotnikom po kolejce z gwinta. Gdy wypił i otarł usta wierzchem dłoni, wyjął pistolet P-99. W ciszy, która zapadła w mieszkaniu, słychać było, jak sąsiedzi piętro niżej kłócą się, gdzie mają jechać na weekend.

– No więc jest tak – zaczął Wieloch, przeładowując broń – żeśmy się napili wódki. A po kielichu jesteśmy już kumplami, nie? A kumplom – teraz zdawało się, że waży pistolet w ręce – opowiada się o sobie. Opowiem wam, do czego to – podniósł P-99 do góry – często mi służy. Pokazuję to ludziom, którzy nie dotrzymują słowa.

I Wieloch roztoczył opowieść o tym – tak się wyraził – kogo ma na rozkładzie. I jak nienawidzi partaczy. I o tym, jak ceni zawodowców. I że nigdy jeszcze przed nim nikt nie uciekł.

– Więc, chłopaki, mam nadzieję, że też jesteście zawodowcami i że ten remont zrobicie szybko. I – zakończył przemowę – że ta wódka z wami nie była pomyłką. Że jesteśmy kumplami. Ja mogę pomylić się nie raz i nie dwa, ale mój przyjaciel – zawiesił głos i czule przejechał palcem po lufie pistoletu – nie myli się nigdy.

Klepnął oniemiałego Patera w ramię i wyszedł, zostawiając „chłopakom” napoczętą butelkę. W drzwiach jeszcze szepnął:

– Niech pan się nie martwi, szefie. Zobaczy pan, jak działa taki doping.

Wieloch nie pomylił się. W ekipę wstąpił nowy duch. Pracowali bez wytchnienia także w soboty i w niedziele, a efektem wysiłku na miarę przodowników pracy była lśniąca nowością i czystością łazienka oraz wyremontowana kuchnia. Łazienka i kuchnia, których nadkomisarz nie musiał się już wstydzić. W życiu Patera zaszły także inne zmiany. Aspirant Kulesza ze zdumieniem zauważył, że przełożony zaczął używać szamponu koloryzującego, by przykryć coraz bardziej widoczną siwiznę. Zdawało się, że mgiełka złośliwości i apatii, unosząca się nad Paterem, przerzedziła się w ostatnich miesiącach. Dwie pasje nadkomisarza pozostały niezmienne: obstawianie zakładów sportowych oraz poker, chociaż przy stoliku w „Mandarynie” pokazywał się rzadziej niż kiedyś.

Ostatnio pomyślał nawet, że dwa hazardowe nałogi uzupełniały się niczym piasek przesypujący się w klepsydrze. Podczas gdy zakłady bukmacherskie zapewniały mu środki do życia, niekiedy przewyższające policyjną pensję, premię otrzymywaną od święta lub honorarium za konsultacje do jednego z seriali, poker odkrywał dionizyjską naturę Patera – naturę utracjusza i człowieka, dla którego ryzyko było tym, czym dla innych kreska koksu. O ile zawsze szczycił się tym, że wieloletnia miłość do Lechii Gdańsk nigdy nie pozbawiła go rozsądku w salonie zakładów, o tyle kolejne rozkłady kart na masywnym stoliku potrafiły osłabić w nim instynkt samozachowawczy.

Dźwięk trąbki rozległ się jeszcze głośniej. Filmowy motyw Pater przypisał w telefonie tylko do dwóch numerów. Jeden należał do naczelnika Cichowskiego, drugi do niej. Z naczelnikiem zawarł umowę, że przed urlopem uporządkuje już tylko papiery. Że żadnych nowych spraw nie weźmie. Cichowski nie miałby po co dzwonić. To mogła być tylko ona.

Mokra stopa przywykła do dawnych wybrzuszeń, ceramicznych wynaturzeń i chropowatości wykonała ślizg godny łyżwiarza figurowego. Pater poczuł, że traci równowagę. Uderzył całym ciężarem ciała w umywalkę firmy „Koło” i runął wraz z nią na podłogę. Rozległ się łoskot, zadudniło w kaloryferze i rurach centralnego ogrzewania, pokrytych świeżą, białą farbą. Wiertarka na górze ucichła. Na podłodze leżała nowa umywalka wśród twardych grudek cementu.

Pater z sykiem, trzymając się za żebra, wstał z podłogi. Telefon znalazł w kuchni na nowym stole, którego blat pokryty był melaminą, podobno odporną na wilgoć i zarysowania. Zanim spojrzał na numer, już wiedział. To jednak nie mogła być ona. Nie miała tyle cierpliwości. Jego rozumowanie było słuszne. Na ekraniku migotało „Żarówa”. Nie wróżyło to nic dobrego. Ten pseudonim szef Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, inspektor Cichowski, zawdzięczał swojej łysej i jakby wypolerowanej czaszce. Żarówa dzwonił do Patera ze swojej prywatnej komórki po raz czwarty w historii ich współpracy.

Wiesz, co to jest MGM? – Cichowski zaczął bez wstępów.

– Ryczący lew.

Zapadła cisza.

– Metro-Goldwyn-Mayer. Taka stara wytwórnia filmowa. Ta z ryczącym lwem.

– Widzę, że humor ci przed urlopem dopisuje. MGM to Markowski-Gumowski-Misiak. Tartak koło Wejherowa, wiesz który?

Wiedział. Był tam kiedyś.

– Dwie godziny temu znaleźli tam zwłoki – ciągnął Cichowski.

– Co ja mam do tego? Przecież obiecał mi pan…

– Wiem, co obiecywałem – przerwał naczelnik. – Na miejscu są już ludzie z Wejherowa, ale poprosili nas o pomoc. Sprawa może być nietypowa… Wiesz, że nie mam kogo posłać. – Cichowski zaczął się nagle tłumaczyć. – Twój partner Światło jest na urlopie, inni zawaleni robotą. Zobacz, o co chodzi, najwyżej dowalimy komuś jeszcze jedną sprawę albo zepchniemy na Wejherowo.

Obaj milczeli. Na górze zaczęła się kolejna część koncertu na wiertarkę.

– Co to znaczy, że sprawa może być nietypowa? Kogoś pochlastali piłą? Wejherowska masakra piłą mechaniczną? – Pater poczuł pulsowanie w okolicach żeber. Dotknął bolącego miejsca i skrzywił się. – Czy jest tam już lekarz?

– Ma być Kwieciński. A co do pierwszego pytania: zwłoki znaleziono w suszarni drewna. To podobno mało ciekawy widok.

– Ale co nam do tego? – Pater nie ustępował. – Jakiś pijak wlazł do środka, zasnął i stało się.

– Zgoda – głos Cichowskiego lekko zadrgał. – Tylko nie każdy ma zgruchotaną czaszkę z tyłu głowy. Mało kto potrafi się sam tak urządzić. Znam tylko wstępne ustalenia, to oczywiście jeszcze nic, ale jedź tam, dopilnuj kwitów. A potem przyjemnego urlopu. Zgodnie z umową.

Żebra bolały coraz bardziej. Dobrze, że na miejscu ma być Kwieciński. Pater z trudem założył koszulę z krótkim rękawem. Przed falowcem podniósł rękę i pozdrowił znajomego taksówkarza. Sąsiad stał przy samochodzie. Wszystkie drzwi i bagażnik były otwarte. „Pewnie znów wiózł swojego sąsiada, gastronoma Wietnamczyka, i teraz musi wywietrzyć samochód z zapachu kota w pięciu smakach”, pomyślał Pater i wsiadł do toyoty. Niecałą godzinę później był na miejscu.

2

Tartak kojarzył się zawsze Paterowi z zapachem tarcicy, ciągłym hałasem maszyn i nie najlepszymi wspomnieniami. Kiedyś nadkomisarz został tam wezwany na miejsce wypadku. Ofiara wpadła pod trak pionowy. Przypomniał sobie, że patrzył na rozbryzgi krwi jak z filmów Wesa Cravena, porozrzucane kawałki mięsa i nieubłaganą maszynerię, wykonującą sto pięćdziesiąt cięć na minutę. Nie wiedzieć czemu rytmiczny dźwięk wydawany przez piłę przypomniał mu wtedy perkusistów grających na dwie stopy hydrauliczne. Jak w ekstremalnych odmianach heavy metalu.

Tym razem było inaczej. W tartaku panowała zaskakująca cisza. Pracownicy snuli się między trzema policyjnymi wozami. Pater zauważył Kwiecińskiego i pomachał mu ręką. Tą, którą mógł podnieść.

Podeszło dwóch mężczyzn.

– Dziś nie pracujemy, mamy tu taką specjalną sytuację… – powiedział jeden z nich. – Nagranie do programu policyjnego… Zapraszamy innego dnia.

Pater spojrzał na czterdziestolatka z wypiekami na twarzy.

– Nazywam się Jarosław Pater. Komenda Wojewódzka. Pan jest właścicielem?

Mężczyzna poczerwieniał jeszcze bardziej i skinął głową.

– Nazywam się Krzysztof Markowski, a to mój wspólnik, Rafał Misiak.

Nadkomisarz przypatrywał się mężczyznom. Misiak nieco cofnął się za wspólnika.

– Nagranie do programu policyjnego… Dobre… Mam nadzieję – Nadkomisarz dodał cicho – że to ostatnie kłamstwo dzisiaj.

Misiak cofnął się jeszcze bardziej. Najchętniej zapadłby się pod ziemię.

– Myśleliśmy – Markowski zaczął ciężko oddychać – że pan jest klientem. Rozumie pan, musimy dbać o pijar.

Nagle Markowski zmienił temat, jakby wstąpiły w niego nowe siły.

– Ofiarę znaleźli w suszarni Ziętek i Koniarek. Ziętek źle się poczuł i pojechał do domu. Wie pan, wymiotował jak kot.

– Nie mówi się „wymiotował jak kot”, tylko „rzygał jak kot”. Albo „puścił pawia”, pozostając przy substandardowej odmianie naszego pięknego języka – Pater cedził słowa powoli. – Chyba że chodzi panu znów o odpowiedni pijar. zresztą nieważne… Dlaczego – popatrzył na Markowskiego – powiedział pan „ofiara”?

– No przecież policjanci mówili, że ktoś rozbił mu głowę. Zresztą nie mogło być inaczej, my tu, widzi pan, musimy przestrzegać zasad BHP i w zasadzie wypadki się u nas nie zdarzają…

– W zasadzie?

– Wie pan, to tartak – po raz pierwszy odezwał się Misiak. – Raz na jakiś czas czyjś palec musi polecieć. Taka robota. Zna pan dowcip o ręce drwala?

Pater przytaknął.

– Proszę być na miejscu. Nie wykluczam, że będę chciał z panami porozmawiać.

Znowu poczuł ból. Rozejrzał się. Kwieciński, gdzie jest Kwieciński?

– Aha, jeszcze jedno – krzyknął za odchodzącymi mężczyznami. – MGM to trzy litery. A panów jest dwóch. Gdzie jest trzeci wspólnik?

Markowski i Misiak odwrócili się, jakby wykonywali zsynchronizowany zwrot podczas musztry.

– Jest nas trzech. Gumowski jest na urlopie. Chyba we Francji.

Pater zobaczył medyka sądowego. Ruszył w jego kierunku. „Ładne rzeczy tu się dzieją”, pomyślał. „Nie potrafią trzymać języka za zębami i wszyscy już wiedzą, że trup ma ranę na głowie. I nie potrafią przytrzymać na miejscu człowieka, który znalazł ciało”. Pater wiedział, że taka bezmyślność we wstępnej fazie śledztwa bardzo często jest już nie do naprawienia. Jak trzy bramki w plecy na dziesięć minut przed końcem meczu. Partacze. Przypomniał mu się Wieloch, ekipa remontowa i przyjaciel P-99.

Przywitali się.

– Chodź, coś ci pokażę. – Kwieciński ruszył szybko w stronę niedużego jasnego budynku, składającego się z dwóch części. Medyk pogwizdywał coś pod nosem. Nadkomisarz przyspieszył kroku i rozpoznał melodyjkę. My Favorite Things. Banalna piosenka, z której geniusz saksofonu, John Coltrane, uczynił jedno ze swoich arcydzieł.

– Chodź, coś ci pokażę. – W głosie medyka sądowego pobrzmiewała rzadka u tego człowieka ekscytacja. Pater zauważył, że w stronę budynku prowadzą szyny.

– Nie, zaczekaj, to ja ci coś pokażę. – Pater podniósł koszulę.

My Favorite Things urwało się w pół taktu.

– Przewróciłem się w łazience. Moje żebra miały spotkanie trzeciego stopnia z umywalką.

Kwieciński przyjrzał się opuchliźnie.

– Rozległe zasinienie. Jak tu skończysz, jedź od razu na prześwietlenie. Po drodze zatrzymasz się w aptece i kupisz sobie środki przeciwbólowe. A na razie dam ci ze swojego zestawu podręcznego. – Sięgnął do torby. – Noszę ze sobą, tak na wszelki wypadek. Dobra… Żywi mają pierwszeństwo przed umarłymi. To powiedział chyba jakiś filozof… A teraz chodź.

Pater połknął dwie duże zielone kapsułki. Przywitał się z miejscowymi policjantami i wszedł do suszarni.

Popatrzył na zwłoki i zrobiło mu się niedobrze.

– Uważaj – powiedział Kwieciński – tu wszędzie jest narzygane. Ktoś haftował paprykarzem szczecińskim albo czymś równie apetycznym.

Przed Paterem leżało coś, co skojarzyło mu się z filmami o UFO. Z kosmitą na stole laboratoryjnym w amerykańskiej bazie w Roswell. To coś nie przypominało człowieka. Leżące przed nim ciało było dziwnie pomarszczone i skurczone, policzki zapadły się, jakby gigantycznymi strzykawkami wyssano tłuszcz z twarzy. Dłonie przypominały zdjęcie rentgenowskie z ukazanym w detalach układem kości.

– To rzadko spotykany widok – powiedział Kwieciński. – Z takim przypadkiem, w takim miejscu – medyk zatoczył koło dłonią – spotykam się po raz pierwszy, a przecież wiesz, że niejedno widziałem…

Zamilkł. Pater zamknął oczy. Nie chciał, by Kwieciński zaczął opowiadać teraz, co takiego widział w swoim bez wątpienia pracowitym życiu.

– Pamiętaj, że w około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu procentach nasze ciało składa się z wody, a my jesteśmy w suszarni. Znasz też powiedzenia: „usychać z miłości”, „uschnąć z rozpaczy”… Człowiek schnie jak drzewo, ale nie aż tak. – Popatrzył na ciało. – Dla ciebie ciekawsze będzie jednak to. – Medyk lekko przechylił głowę denata. – Rozległa rana z tyłu głowy, odniesiona wskutek uderzenia.

– Czy on… to jest w ogóle mężczyzna? – Pater wolał się upewnić.

Kwieciński skinął głową.

– Czy on mógł sam się uderzyć? Tak jak ja dzisiaj w żebra? Stracił przytomność i wtedy…

– Ta rana jest za wysoko. – Kwieciński przerwał. – Musiałby podskoczyć, odchylić głowę i wyrżnąć w coś z całej siły. Powiem ci, co wiem, jak będę miał delikwenta na stole, ale raczej nie jest możliwe, by samemu się tak urządzić. Najpewniej najpierw ktoś go skutecznie znieczulił, potem tu zaciągnął. Mówiłem, że to robota dla ciebie.

Kwieciński wyszedł przed suszarnię. „Nie dla mnie. Dla nich”, pomyślał Pater, patrząc na miejscowych policjantów. „Ja tylko wypełnię papiery dla Cichowskiego”.

– Jak długo on tu leży?

– To musiało trochę potrwać. Ale ile? Więcej będę wiedział, jak go dostanę do wyłącznej dyspozycji.

Pater, zanim odjechał, porozmawiał jeszcze z Zenonem Koniarkiem, siwym mężczyzną, który razem z Kazimierzem Ziętkiem znalazł ciało. Dowiedział się, że stare suszarnie typu „Hajnówka” zostały w tartaku zastąpione nowymi, komorowymi. I że drewno suszy się przy wilgotności osiemdziesiąt procent i w temperaturze dziewięćdziesięciu stopni. Wyobraził sobie uwięzionego w środku mężczyznę, cierpienie i śmierć. Suszarnia wyciągnęła z niego wodę jak strzykawka, pozostawiając gorące kości z przyklejonymi płatami skóry. Jak bolą płuca skwierczące pod wpływem wdychanego powietrza? Jak boleśnie kurczą się nerki, kiedy wysysa się im ich wilgoć? Można było tylko mieć nadzieję, że facet już nie żył, gdy zaciągnięto go do środka.

Jak długo tam leżał? Kwieciński nie wiedział. Okazało się, że suszarnia nie jest otwierana codziennie. Nie ma takiej potrzeby. Raz na jakiś czas pracownik tartaku sprawdza wilgotność i temperaturę, porównując odczyty z dwóch termometrów widocznych przez szybkę. Pater dowiedział się, że termometry te działają na zasadzie podobnej do psychometru Assmanna. Raz na jakiś czas podkręca się grzejniki działające na parę nasyconą suchą. To także nie wymaga wchodzenia do komory suszarni. Niekiedy otwiera się drzwi, by wpuścić powietrze. Ale i wtedy nie ma powodu, by wchodzić do środka.

– Słowem, gdyby nie dzisiejszy pomiar – Koniarek pokazał wilgotnościomierz młotkowy – gość mógłby tam jeszcze poleżeć niezauważony. W ciszy, w ciepełku…

Gdy Pater odjeżdżał, zamienił kilka zdań z policjantem z Wejherowa. Zwłoki przeszukano. Nie znaleziono żadnych dokumentów. Żadnego śladu, który umożliwiłby identyfikację. Trzeba będzie szukać dalej i przejrzeć rejestry zaginionych. Ale tę robotę zostawi innym.

Prześwietlenie wykazało silne stłuczenie dwóch żeber. Pater popatrzył na zdjęcie. Przypomniał sobie wysuszoną dłoń mężczyzny. Jak długo tam leżał? „W ciszy, w ciepełku”.

Cisza i ciepło. Słońce. Nie myślał już o tartaku między Wejherowem a Krokową.

Myślał o Grecji.

3

Pater przyglądał się samochodom stojącym na parkingu naprzeciw Starego Ratusza w Gdańsku. Wypatrywał miejsca, w którym mógłby zaparkować swoją starą corollę. Jego wzrok padł na wystający tył potężnego land rovera. Nie był pewien, czy nikły odblask w światłach cofania to znak manewru, czy też skutek działania lipcowego słońca. Zaufał jednak swojemu instynktowi i zatrzymał się. Aby ośmielić kierowcę topornego auta, przypominającego mały autobus, mrugnął dwukrotnie światłami. Tamten gwałtownie wyjechał tyłem i zatrzymał się nie więcej niż dziesięć centymetrów od maski toyoty, omal jej nie taranując. Potem ruszył z piskiem opon, pokazując Paterowi ogolony na łyso tył swojej głowy, na której widniał jakiś tatuaż, chyba pająk na sieci. Butny impet, z jakim land rover wyjechał ze zwartego szeregu aut, świadczył o tym, że mruganie światłami było ze strony Patera zbyteczną i zupełnie niedocenioną uprzejmością. Może kiedy indziej nadkomisarz zapisałby numery land rovera i poprosił kolegów z drogówki, aby przetrzepali auto w poszukiwaniu przeterminowanej gaśnicy, za co wlepiliby łysemu bucowi najwyższy możliwy mandat, może pojechałby za nim i śledził go, szukając okazji do rewanżu. Ale nie dzisiaj, nie teraz. Jeśli dobrego humoru nie zepsuł mu zasuszony trup w tartaku, podobny do ufoludka, to tym bardziej nie mógł tego uczynić jakiś łysy ABS.

Pater, parkując, parsknął śmiechem, bo przypomniał sobie, jak jego siedemnastoletnia siostrzenica Agata wyjaśniła mu niedawno skrót ABS jako „absolutny brak szyi” i jako synonim rzeczownika „karkonosz”. Rozbawiła go wtedy dwuznaczność skrótowca i używał go ostatnio dość często. Wcześniej może by i zganił sam siebie za operowanie slangiem. Ale ostatnio był wyrozumiały dla siebie i świata.

Wysiadł z samochodu i poszedł Szeroką w stronę biura podróży pośredniczącego w sprzedaży biletów lotniczych. W połowie drogi uśmiechnął się i zawrócił. Zapomniał o bilecie parkingowym. Jeszcze kilka dni temu wściekłby się na swoje roztargnienie. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj idzie odebrać dwa bilety do Salonik i jest to wystarczający powód do radości, aby nie przejmować się łysym osiłkiem w land roverze, i upałem, który przykleił nadkomisarzowi koszulę do pleców, i roztargnieniem, a może i parkometrem, który – jak Pater założył – nie będzie działał.

Ale to przewidywanie nie sprawdziło się i Pater umieścił wydrukowany bilet za przednią szybą swojego auta. Po kilku minutach znalazł się w biurze podróży. W nieklimatyzowanym wnętrzu, zalepionym ofertami last minute i zalanym przez południowe słońce, klientów obsługiwały dwie młode kobiety, z plakietkami „Aneta” i „Ania” przypiętymi do bluzek. „Powinno być «Anna», Anią to ona może być dla swojego kochanka”, pomyślał z lekką irytacją, która szybko przerodziła się w łagodną wyrozumiałość. „Może tej dziewczynie brakuje ciepła, może nikt nie zwraca się do niej pieszczotliwie, może w ten sposób chce zyskać przychylność ludzi? Moją życzliwość już zyskała. Powiem do niej «Pani Aniu»”.

Swojego pomysłu nie mógł na razie zrealizować. Pani Ania była zajęta. Siedziała przed nią chuda i wysoka kobieta, we fryzurze bardzo popularnej wśród serialowych aktorek i prezenterek, którą jego podwładny Kulesza nazywał „hełmofonem Magdy M…”. Przed Anetą natomiast rozpierał się wygodnie w fotelu starszy pan w krótkich spodenkach, z których wystawały dwie chude i blade łydki. Pater, przysłuchując się wściekłym posapywaniom kobiety w hełmofonie i rozwlekłym wyjaśnieniom mężczyzny w krótkich spodenkach, wiedział, że poczeka na swoją kolej. Nie sposób było wyobrazić sobie, że pretensje klientki, która domagała się odszkodowania od biura pośrednictwa za jakieś kłopoty z odzyskaniem bagażu na lotnisku w Dominikanie, będą krótsze albo że niezdecydowany klient w końcu wyłuszczy, czego oczekuje po pobycie w Egipcie. Kiedy indziej Pater – dla skrócenia sobie oczekiwania – zanurzyłby wzrok w dekolcie Ani lub Anety albo usiadłby i rozpoczął kontemplowanie ich szczupłych nóg, widocznych spod biurek. Dzisiaj jednak tego nie zrobił. Dziś wiedział, jak skrócić sobie czas, i miał przy sobie coś, co skutecznie odciągało go od obu, skądinąd atrakcyjnych, pracownic biura.

Tym czymś był jego nowy telefon komórkowy. W nowiutkiej nokii, którą przed tygodniem kupił za ćwierć ceny w ramach programu zatrzymania stałych abonentów, zachował kilka starych wiadomości, których, był tego pewien, nigdy nie usunie i które umożliwiały mu spokojne przeczekanie takich chwil jak ta, kiedy w dusznym biurze musi wysłuchiwać jazgotu i marudzenia.

Pater usiadł na jedynym wolnym foteliku i połączył się ze swoją skrzynką pocztową. Przeglądał listele. Przed oczami migały mu różne frazy autorstwa tej samej kobiety.

Skąd Pan ma mój mejl? Pytam dla porządku, bo wcale się nie gniewam. Nie wyjechałam do Anglii, nie mam odwagi zaczynać nowego życia. Jestem Panu bardzo wdzięczna za rozwiązanie sprawy tych pogróżek […]. Ależ oczywiście mogę Panu podać mój numer telefonu […].

Pater przypomniał sobie chwilę, kiedy wystukiwał po raz pierwszy jej numer. Nie mogła odebrać. Jej głos poprosił go o pozostawienie wiadomości w poczcie głosowej. Nie zostawił żadnej wiadomości, ale dzwonił kilkakrotnie. Słuchał jej głosu i wyobrażał sobie, jak składa usta, kiedy lekko sepleni przy spółgłoskach szumiących. Ta prawie niewyczuwalna wada wymowy wydała mu się ekscytująca, kiedy uświadomił sobie, że jej powodem może być zbyt długi język.

Wie pan, mieszkam w Darłowie… Jeśli chciałby się Pan ze mną spotkać, to zapraszam do mojego uroczego miasta. Jest tutaj kilka miejsc, w których można by spokojnie porozmawiać […]. Jest Pan bardzo staromodny w tej swojej niechęci do telefonowania, a przy tym bardzo miły, kiedy Pan pisze, że mejle (listele – osobliwa nazwa, czy to połączenie początku wyrazów list i elektroniczny?) zostawiają mój ślad, który jest Panu tak bliski. Ja sama bardzo lubię godzinami rozmawiać przez telefon.

Pater pamiętał wzburzone ciemne morze, które podziwiał, siedząc na oszklonym tarasie darłowskiego hotelu „Apollo”, i smak kawy, którą pił wraz z miłośniczką długich rozmów przez telefon. Po szybach płynęły krople deszczu. Najpierw spędzali czas rozdzieleni kwadratowym stolikiem. W pewnym momencie pod pretekstem uzyskania lepszego widoku na morze usiadł koło niej. Dotknęła go nieznacznie kolanem i poprosiła z uśmiechem, żeby nie udawał nieśmiałego nastolatka i nie szukał wymówek, by koło niej usiąść. Widok morza poprzez zalaną szybę i tak jest kiepski, niezależnie od tego, gdzie się siedzi.

Ja też przyjemnie wspominam nasze spotkanie w Darłowie. Jesteś miłym facetem, choć zanadto skrytym. To zresztą jest dość zabawne i trochę intrygujące. Wiesz, Twoja propozycja wspólnego wakacyjnego wyjazdu do Grecji nieco mnie zdumiała. Nie wiem, jak na nią zareagować. Muszę to przemyśleć. Nie jestem jeszcze gotowa na takie propozycje. Nie jestem pewna, co masz na myśli, pisząc „romantyczny wyjazd”. Ja zresztą jestem rozważna i nieromantyczna.

Pater otworzył w komórce kolejny listel i przeczytał go bardzo szybko. Nie delektował się nim tak jak poprzednimi, choć „rozważna i nieromantyczna” wyrażała w nim zgodę na wspólny wyjazd. Pod jednym wszakże warunkiem. To właśnie ten warunek sprawiał, że Pater ostatnią wiadomość czytał w pośpiechu i niechętnie.

Drogi Jarku, sprawdzałam w necie, co to za wyspa ta Folegandros. Jej zdjęcia urzekły mnie. A więc zgadzam się, ale pod jednym warunkiem. Jedziemy jako para przyjaciół i będziemy mieli osobne sypialnie.

Pater tak zafrasował się tymi słowami, że nie słyszał, jak wściekła kobieta w hełmofonie opuściła biuro, trzasnąwszy z całej siły drzwiami. Myślał o pierwszym spotkaniu w ekskluzywnym domu seniora i o jej zapachu. Miał bardzo blade pojęcie o damskich perfumach, ale wiedział jedno: te, którymi skropiła śnieżnobiały fartuch mogły być turecką podróbką, a i tak dla niego były powabniejsze niż wszelkie aromaty Arabii.

Pracownica Ania dwukrotnie zaprosiła go do swojego biurka. Zareagował dopiero wtedy, kiedy wstała.

– Panie Jarku, udało się zarezerwować te dwa bilety do Salonik. – Dziewczyna uśmiechnęła się. – Dla pana i dla pani Joanny Rodowicz. Bardzo dobre połączenie. Lufthansą.

W duchotę biura podróży wdarł się obsesyjny motyw z filmu Windą na szafot. Na ekraniku znów migotało „Żarówa”. Pater stracił swój dobry humor i przestał być wyrozumiały dla świata.

– Proszę pani – powiedział sucho i nie odbierał, a inwazyjna, coraz głośniejsza muzyka z komórki wdzierała się w uszy. – Pani, która udaje się ze mną na Folegandros, nie nazywa się Rodowicz, lecz Radziewicz. I nigdy nie śpiewała piosenek o futbolu i Małgośce.

Pater patrzył z satysfakcją na coraz szerzej otwarte oczy dziewczyny.

– Proszę nie przekręcać cudzego nazwiska. A poza tym chyba tak dobrze się nie znamy, żeby zwracała się pani do mnie per „panie Jarku”?

Urzędująca w biurze Ania miała nadzieję, że dziś nie trafi się jej żaden gorszy klient od jędzy, która utyskiwała na cały świat z powodu zaginięcia walizki na lotnisku w Santo Domingo. Jednak w tamten upalny lipcowy dzień nadzieja była matką naiwnych.

4

Świat zwraca ci to, co sam mu dasz.

Nadkomisarz wpatrywał się bezradnie w toyotę, która zakaszlała, jakby wydawała ostatnie tchnienie, a następnie rozkraczyła się na środku ulicy.

„Może powinienem być trochę milszy dla tej dziewczyny w biurze podróży”, pomyślał Pater. A później przypomniał sobie wyświetlacz telefonu, napis: „Żarówa”, i przysłowie, że nieszczęścia lubią chodzić parami. Miał złe przeczucia, a zarazem wiedział, że jest sam sobie winien. Tak. Może powinien być lepszy dla świata, i wtedy świat byłby łaskawszy dla niego.

Zostawił samochód na poboczu niedaleko redakcji „Dziennika Bałtyckiego”. Na klawiaturze telefonu wystukał numer znajomego mechanika. Umówili się, że Pater zostawi kluczyki do toyoty w komendzie. Ostatni kilometr do Komendy Wojewódzkiej pokonał pieszo.

Nie spieszył się. Zatrzymał się przy witrynie prezentującej pierwsze strony gazety z Wybrzeża. Przypatrywał się tytułom i zdjęciom, jakby widział je pierwszy raz w życiu. Śmierć Józefa Stalina. Porozumienia sierpniowe komunistów z „Solidarnością”. Wizyta papieża na Westerplatte w 1987 roku. Triumf Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich. Katastrofa promu „Heweliusz”.

W gabinecie Cichowskiego pragnął znaleźć się jak najpóźniej. Wszedł do baru „Istambuł” i zjadł kebab. Po raz pierwszy od wielu lat patrzył na Gdańsk jak na obce miasto. Tak jakby przybył w to miejsce z daleka. Na przykład z greckich wysp. W oddali mignęła mu wojewódzka biblioteka. Przypomniał sobie, że kilka lat temu podczas remontu znaleziono w tym budynku, który w czasie wojny był szpitalem, zamurowane zwłoki. Tożsamości mężczyzny pogrzebanego dziesiątki lat temu nie udało się ustalić. Nagle wrócił myślami do ufoludka z tartaku. I poczuł się tak, jakby nigdy nie opuszczał Wybrzeża i nigdy nie miał już tego zrobić.

W przejściu podziemnym, prowadzącym wprost na teren komendy, spojrzał na graffiti przedstawiające parę w namiętnym pocałunku. Minął ponury gmach z ciemnoczerwonej cegły, należący do ABW i kojarzący się z kazamatami. Schody komendy ozdobione były betonowymi kulami, które Wielochowi zawsze przypominały kształt głowy naczelnika Cichowskiego.

Pater wszedł do sekretariatu szefa i spojrzał na panią Marzenkę, sekretarkę, która słynęła ze swoich min, jakimi opisywała wchodzącym aktualny nastrój szefa. Widząc Patera, pani Marzenka podniosła w górę oczy, odsłoniła zęby, a kąciki jej warg zjechały ku brodzie. Miało to chyba znaczyć: „Stary jest wściekły i zdumiony”. Nadkomisarz prychnął pogardliwie. Był zdania, że nawet kobiety występujące w filmach porno mają więcej talentu aktorskiego niż sekretarka szefa. Bez pukania wszedł do gabinetu Cichowskiego i głośno – zbyt głośno! – wyrzucił z siebie słowa powitania.

Nikt na nie nie zareagował. Żarówa wydawał pani Marzence przez starożytny interkom polecenie pełnej blokady swojego gabinetu. Jakaś tęga kobieta w wyciągniętym T-shircie biła opuszkami po klawiszach potężnego telefonu komórkowego. Szczupły szpakowaty mężczyzna z bródką a la Jerzy Dudek przeglądał leżące przed nim zadrukowane kartki. Sześćdziesięcioletni – chyba farbowany – brunet pił gorącą herbatę z lekkim świstem. Pater stanął zdumiony. Ludzi tych widział po raz pierwszy w życiu.

– Siadaj, Jarek – mruknął Cichowski. – Kawa? Herbata?

Pater usiadł. Przypomniał sobie smak „Ekspresowej” w woreczkach i cienkiej kawy, po której musiał wydłubywać sobie z zębów kawałki zmielonych ziaren.

– Dziękuję – odparł – za kawę i za herbatę. Czy mógłbym prosić o szklankę wody? – Cichowski posunął w jego stronę kubek z napisem „Kochaj swoją policję” i potężną czaszką odruchowo wskazał plastikową butlę, która spoczywała w wysokim drewnianym stojaku.

Pater nalał sobie wody, lecz jej nie wypił. Brunatna obwódka w niedomytym kubku pomogła mu skutecznie na pragnienie. Wpatrywał się w nią uparcie, prawie nie słysząc, jak komendant przedstawiał zebranym jego osobę. Dotarł do niego jednak komplement: „mój najlepszy oficer śledczy”. Następnie Cichowski krótko przedstawił zebranych.

– Pani profesor Artemida Prociw-Bury jest językoznawcą z Uniwersytetu Gdańskiego, pan komisarz Jacek Aleksandrowski jest panu chyba znany, a pan nadkomisarz Zygfryd Marks jest policyjnym psychologiem z Komendy Głównej.

W głowie Patera zapanował mętlik. Poczuł coś w rodzaju przesytu. Artemida Prociw-Bury, Zygfryd Marks. „Za dużo tych osobliwych nazwisk naraz”, pomyślał. Spojrzał najpierw na krótko ostrzyżoną siwą panią profesor. Wyciągnięty i sprany T-shirt mocno kontrastował z modnymi okularami o potężnych oprawkach, które zasłaniały jej pół twarzy. Spod spódnicy wystawały stopy w sandałach i w kraciastych podkolanówkach. Zygfryd Marks spojrzał na Patera z powagą spod farbowanych na czarno brwi, na które składały się liczne, długie i poskręcane włosy. Pater odwrócił się do Jacka Aleksandrowskiego i już miał zapytać, gdzie i kiedy się poznali, kiedy ten uprzedził jego pytanie.

– Jestem członkiem kolegium redakcyjnego „Przeglądu Policyjnego”. – Musnął swoją bródkę kciukiem i palcem wskazującym. – A pan kiedyś opublikował u nas swój artykuł… Ale w realu widzimy się po raz pierwszy.

Pater postanowił zapytać swoją siostrzenicę o znaczenie wyrazu „real”, który jemu samemu kojarzył się z przepłacanymi, narcystycznymi i metroseksualnymi piłkarzami ze stolicy Hiszpanii.

– Zaczynamy. – Cichowski podrapał się po błyszczącym czole. – Komu w drogę, temu trampki parują, jak ja to mówię. Nadkomisarzu Marks, bardzo proszę!

– Tak. – Marks wyjął paczkę papierosów, pokręcił nią po stole i schował z powrotem do kieszeni, widząc surowe spojrzenie pani profesor Prociw-Bury. – Ulica Sobieskiego w Krakowie, drugiego lipca, godzina szósta rano. W przechodniej bramie znaleziono zwłoki dziewczyny. Andżelika Janas, lat siedemnaście, kilkanaście ran nożem. Ostatni raz widziano ją, jak wychodzi z dyskoteki „Afera”, aby porozmawiać z kimś przez telefon. Dyskoteka ta jest oddalona o dziesięć minut drogi od miejsca znalezienia zwłok. Na Sobieskiego nikt niczego nie widział. Brak motywu seksualnego. Czy to się panu z czymś kojarzy? – zwrócił się do Patera.

– Mnie się kojarzy dzisiejszy dzień jedynie z piłką nożną – powiedział lekko poirytowany Pater. – Pańskie nazwisko ze świetnym napastnikiem Ruchu Chorzów, Joachimem Marksem, a nazwisko tej zamordowanej z byłym trenerem naszej reprezentacji…

– Achim Marks to mój kuzyn ze strony ojca – rozpromienił się czarnobrewy. – Ale pan jest za młody, nie może go pan pamiętać… A zresztą, po co mamy sobie „panować”, jeśli mamy razem pracować. Mnie jest Zyga, a jak tobie?

– Jarosław – mruknął Pater, w najwyższym stopniu zaniepokojony zapowiedzią jakiegoś wspólnego działania.

– Ciekawa burza mózgów, panowie – przerwała im pani profesor – ale ja nie mam czasu ani na burzę mózgów, ani na panów bruderszafty.

– Komisarzu Aleksandrowski, bardzo proszę – powiedział Cichowski – panu to na pewno się z czymś kojarzy.

– Tego samego dnia, kiedy znaleziono tę licealistkę – redaktor znów pomasował wypielęgnowaną bródkę – jeden z mieszkańców kamienicy, tej z przechodnią bramą, przypomniał naszym krakowskim kolegom, że w tym samym miejscu przed laty Karol Kot zaatakował jedną ze swoich ofiar. To też była młoda dziewczyna. Wtedy zwrócono się do mnie jako eksperta…

– Komisarz Aleksandrowski – Cichowski wszedł mu w słowo, widząc pytające spojrzenie Prociw-Bury – jest jednym z najlepszych znawców historii polskiej kryminalistyki.