29 osób interesuje się tą książką

Opis

Tatuażysta Brody „Cujo” Matthews nie lubi komplikacji ani w życiu, ani w miłości. Porzucony w dzieciństwie przez matkę, omija szerokim łukiem kobiety, które potencjalnie mogą stać się przyczyną problemów. Udaje mu się to aż do chwili, kiedy poznaje Dreę – przyjaciółkę dziewczyny jego najlepszego kumpla. Drea jest piękna, ale zmęczona życiem; opiekuje się chorą matką, haruje na dwóch etatach, marzy o spokoju i choć chwili wytchnienia. Ich spotkanie, jak zetknięcie plusa z plusem lub minusa z minusem, wywołuje krótkie spięcie, które sprowadza im na głowy wszystko to, czego za wszelką cenę chcieliby uniknąć: zamieszanie, niepewność, chaos – ale także gorącą miłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Fractured Heart

Projekt okładki: Laser

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zofia Kulczycka, Katarzyna Głowińska (Lingventa)

Copyright © 2016 by Scarlett Cole

All rights reserved.

For the cover illustration © FXQuadro/Shutterstock

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Anna Lisowska

ISBN 978-83-287-0792-4

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Tę książkę dedykuję Wam – blogerki i czytelniczki,

które tak wspaniale wspierałyście wydanie serii Tatuaże. Kocham Was!

ROZDZIAŁ 1

Co to, do cholery, było?

Zupełnie jakby wielka donica, stojąca na ganku, runęła ze schodów.

W ciemności Drea Caron wyciągnęła rękę w stronę chybotliwego stolika przy łóżku i poczuła gładką obudowę swojej komórki. Zmusiła się, żeby otworzyć jedno oko, włączyła telefon i sprawdziła, która godzina. Czwarta nad ranem. Ten, co narobił tyle hałasu i wyrwał ją z i tak płytkiego snu, słono za to zapłaci. Umrze powoli w kadzi z gorącą smołą.

No chyba że ktoś się właśnie próbował włamać i rozsądniej byłoby jednak zadzwonić pod 911, po czym zabarykadować się w łazience.

Ciche przekleństwa i duszne powietrze jesieni typowej dla Miami wpadły do sypialni przez uchylone okno. Drei zabrakło tchu.

Początkowy paniczny lęk minął, bo rozpoznała ten poirytowany głos.

Potarła czoło, mrugając zaskoczona, po czym odrzuciła kołdrę.

Wsunęła japonki na stopy, ruszyła w dół schodami, omijając postrzępione kawałki wytartego dywanu.

Salon, gdzie stało łóżko z całą baterią sprzętu medycznego, był pusty. Pompa tlenowa sporadycznie syczała. Krótkie, przerywane salwy, a po nich długie zasysanie tlenu – zupełnie nie przypominało to równomiernego rytmu, w jakim zwykle pracowała. Maska leżała odrzucona na bok, rurki wiły się na podłodze.

Cholera, pomyślała Drea, naprawa albo wymiana będzie zdecydowanie zbyt kosztowna.

Ziewnęła. Drzwi wejściowe były otwarte. Na zewnątrz dało się dostrzec tylko kłęby białego dymu.

– Mamo – krzyknęła, wybiegając. – Co ty wyprawiasz? – Drea zmarszczyła nos, gryzący dym drażnił jej gardło.

Rosa Caron pomachała do niej energicznie, niezdarnie próbując zatrzeć ślady swojego występku.

– Mamo, przecież widzę ten dym. Wiesz dobrze, co mówią lekarze. I skąd ty w ogóle wzięłaś papierosy?

– Nie twoja sprawa – rzuciła Rosa, głęboko się zaciągając. – Potrzebowałam tego.

– Wcale nie. – Drea pochyliła się i zabrała jej papierosa. Rzuciła go na podłogę i zgasiła na szarym betonie. – Twoje płuca tego nie zniosą. Znów zapłaciłaś dzieciakom z ulicy? – Pokręciła głową. – Skąd miałaś pieniądze?

– Dałam im twój medalik od babci.

– Por qué, mamá? – Drea bardzo starała się nie podnosić głosu. – Jak mogłaś? – Nie miało sensu krzyczeć na matkę, już dawno to zrozumiała, ale ten medalik to jedyna pamiątka po cudownej kobiecie, która zmarła, gdy Drea miała dziewięć lat.

– Nie potrzebowałaś go. Poza tym dla ciebie lepiej, żebym szybciej umarła – wysapała. – Przestanę być ciężarem. – Rosa odwróciła wózek inwalidzki i wjechała z powrotem do domu.

Drea musnęła miejsce, w którym wisiorek zawsze dotykał skóry. To było wstrętne, ale w jakimś sensie bardzo pasowało do Rosy, mogła się tego po niej spodziewać. Wróciły wspomnienia, jak babcia bawi się wisiorkiem, czytając bajki. Drea poczuła, że się dusi. Bez tej rodzinnej pamiątki była jeszcze bardziej samotna. Zacisnęła pięść. Koniec z tym, postanowiła w myślach. Choć czuła, że serce jej krwawi po stracie, wiedziała, że nie ma wyboru, nic na to nie poradzi.

Spore kawałki donicy, która jeszcze niedawno zdobiła ganek, walały się po schodach. Matka musiała potrącić ją wózkiem. Na betonowym podjeździe leżała wyschnięta roślina, która wypadła z donicy. Drea obiecała sobie podlewać ogródek, gdy tylko będzie miała wolną chwilę. Wolną chwilę. Zaśmiała się gorzko. Zamknęła oczy i pozwoliła, żeby owiał ją ciepły podmuch wiatru. Wolnych chwil akurat nie miała. Położyła się zaledwie cztery godziny temu, a teraz była już zupełnie rozbudzona.

Ruszyła przez ganek, żeby pozbierać skorupy, uważając na wypaczony, złamany trzeci schodek. Z hukiem wyrzuciła resztki ceramiki do kontenera na śmieci.

Świeżo ufarbowane włosy opadły jej na twarz i załaskotały w nos. Osiągnęła kolejne dno, siadając w fotelu studentki, która prowadzi salon fryzjerski, ale przynajmniej nic za to nie zapłaciła. Nie planowała tylko tych pasemek, a teraz te karmelowe kosmyki przypominały jej, że należy dokładnie czytać to, co jest napisane małym druczkiem. Gdy już minął pierwszy szok, że nie jest brunetką, te pasemka zaczęły się jej właściwie podobać.

Weszła do domu i od razu uderzyła ją fala chłodnego powietrza. Modliła się, żeby wreszcie przyszedł dzień, kiedy będzie mogła schować do garażu ten pożerający energię klimatyzator. I będzie miała jedną rzecz mniej do opłacania.

Pomogła matce się położyć. Charczący oddech przypominał jej o ostatnich wynikach wskaźnika BODE. To jest mój świat, myślała Drea, wyłączając pompę tlenową. Świat, który składa się z samych akronimów. POChP: przewlekła obturacyjna choroba płuc. Wymyślny sposób nazwania tego, że masz rozpieprzone płuca. BODE – depresyjne litery, które określają, że szanse przeżycia kolejnych czterech lat w przypadku jej matki wynoszą zero procent. Czego najlepszym dowodem jest rzężące sapanie. Wszyscy lekarze, do których się zwróciła, mówili to samo. To tylko kwestia czasu.

Rurka drgnęła, nasuwając się na konektor i Drea włączyła z powrotem maszynę. Uspokajający szum znów wypełnił pokój – metronom śmiertelnie chorych.

– Nikt się mną nie przejmuje. Jestem dla wszystkich ciężarem – jęknęła Rosa, odsuwając się, gdy Drea chciała założyć jej maskę. – Celine powiedziała, że zabierze mnie dziś do lekarza. Czemu ty nie możesz ze mną iść? Chcę pójść z tobą.

– Dlatego, mamo – zaczęła Drea, przyzwyczajona do manipulacyjnych zagrywek – że wzięłam dodatkowe godziny w kawiarni. José musi pilnie iść do dentysty. Poprosił, żebym wzięła część jego zmiany, a potrzebujemy pieniędzy. Ciocia Celine chętnie z tobą pójdzie. Proszę, bądź dla niej miła.

Rosa przewróciła oczami i zapatrzyła się w okno.

– Może gdybyś częściej brała nadgodziny, nie musiałabym się męczyć z tym gratem. – Słabą ręką wskazała na pompę.

Drea czym prędzej założyła mamie maskę, żeby uniknąć dalszych uszczypliwości. Utrzymywała je obie i dbała o wszystko, odkąd skończyła siedemnaście lat. Minęła już cała dekada. Ale w ostatnim roku zrobiło się ciężko. Poduszka finansowa dawno już zniknęła, zabierając ze sobą nadzieję, że Drea pójdzie na studia.

Nie miała już po co wracać do łóżka. Na kuchennym zegarze była prawie piąta. Równie dobrze może wcześniej zacząć dzień. Dojazd, wyczerpujące dwie zmiany od dziesiątej do bardzo późna. Ale wcześniej spotkanie z mężczyzną. I to z mężczyzną, którego się obawia. Z drugiej strony miała teraz mnóstwo czasu, żeby zmobilizować cały swój dziewczęcy arsenał. Nawet się nie domyślał, co go czeka.

***

Pracuję na locie do Miami. Pasuje ci dziś wieczór? Buziaki, Becca.

Brody „Cujo” Matthews uśmiechnął się, wysiadając z forda F-150, swojej radości i dumy. W rękach miał komórkę, projekt graficzny dla nowego klienta, nadgryzione burrito z jajecznicą i salsą z czarnej fasoli. Złapał telefon w zęby i otworzył tylne drzwi do Second Circle Tattoos, które prowadził jego najlepszy przyjaciel – Trent Andrews. Tak naprawdę studio w połowie należało do niego, ale woleli trzymać to w tajemnicy.

Rzucił wszystko na regał, w którym stały barwniki, i ruszył ku wejściu, żeby wyłączyć alarm. Wstukując kod, spojrzał na zdjęcie na ścianie tuż obok panelu alarmowego – dzień, kiedy otworzyli studio. Wtedy nosił jeszcze długie włosy. Tydzień po tym, jak zrobiono tę fotkę, ściął je na krótko. Przejechał dłonią po swojej krótkiej czuprynie. Przez kolejne dziesięć lat golił głowę, ale ostatnio jakaś kurduplowata wariatka powiedziała mu, że wygląda jak zbir, i choć nie miał ochoty się zastanawiać, z czego to wynika, ta ocena zaczęła mu przeszkadzać. No, i oto on, w tej idiotycznej fazie zapuszczania włosów. Miał jej już dość.

Studio wydawało się spokojne. Białe ściany, podłogi z ciemnego drewna idealnie kontrastowały z kolorowymi obrazami na ścianach. Cztery krzesła do tatuażu stały równo przy uprzątniętych stolikach. Żadnych śladów tuszu, plam, rękawiczek, plastikowych torebek czy ścierek psujących wizerunek. Nie podobało mu się to. Wydawało się obce. Wolał to miejsce wypakowane po brzegi ludźmi, którzy wierzą, że z tatuaży uczynili prawdziwą sztukę.

Nastawił ekspres z kawą i sięgnął po telefon.

Ty mi zawsze pasujesz. O której?

O 9, to nasza ostatnia okazja. Rzucam tę pracę. Buzi.

To lepiej dobrze ją wykorzystajmy ;-)

Do zobaczenia. Buzi.

Stewardesy dobrych linii to najlepsze rozwiązanie, pomyślał. Może i pracuje dla Virgin, ale z całą pewnością nie jest dziewicą.

Z rozmyślań wyrwało go pukanie. Dzwonek nad drzwiami zabrzęczał i do studia weszło dwóch mężczyzn.

– Otwieramy dopiero za półtorej godziny – poinformował.

– My nie musimy się wcześniej umawiać – stwierdził starszy koleś i, ciągnąc za tandetną złotą sprzączkę od paska, poprawił sobie opadające szare spodnie z poliestru. – Jesteśmy z Funduszu Zdrowia.

A niech to! Zamierzał wykorzystać ten czas, żeby przygotować się na szalony dzień, jaki się szykował. Dzień Patriotów był jednym z dwóch dni w roku, kiedy robili tatuaże gratis. Nie płacili wtedy ci, którzy jako pierwsi reagowali 11 września, a w Dzień Weterana – wojskowi. Taki sposób odwdzięczenia się. Nie umawiali terminu, a czas oczekiwania wynosił najwyżej dwie godziny. Należało się dziś spodziewać sporego ruchu. Do tego Trent wyjechał na wakacje ze swoją dziewczyną Harper, co oznaczało jeszcze więcej roboty.

Cujo zaprosił ich do środka, po szybkiej prezentacji patrzył, jak rozglądają się po studiu. Zastanawiał się, czy zauważyli, jak genialne są ozdabiające ściany obrazy autorstwa jego współpracowników. Pełna życia multimedialna sztuka Lei albo ta eksplozja kolorów u Trenta. A może po prostu szukali wszelkich możliwych odstępstw od przepisów obowiązujących na Florydzie – zwłaszcza zawartych w rozdziale trzysta osiemdziesiątym pierwszym: Zdrowie publiczne, zasady ogólne.

– Panie Matthews, dostaliśmy zgłoszenie, że wytatuowaliście nieletnią. Jej matka złożyła zażalenie. Powiedziała, że chodzi o pana, i dała kopię zdjęcia, które jej koleżanka zamieściła w mediach społecznościowych. Widać, jak to robicie.

Mężczyźni przedstawili się, ale nazwiska mu umknęły, miał ogromną ochotę nazywać ich Eksponat Pierwszy i Eksponat Drugi. Może przez to, że do piątej rano czytał Dr. Seussa swojej trzyletniej bratanicy po tym, jak zrobiła niezły bajzel rzyganiem.

– To jakieś nieporozumienie… – Zaczął trzeć głowę. Eksponat Pierwszy podał mu jakieś wydruki; Cujo rozpoznał klientkę. Zrobił jej zajebiste figury szachowe: białą królową powaloną przez czarną.

Całe szczęście, że Pixie, menedżerka studia, skrupulatnie wszystko księgowała.

– Macie datę i nazwisko? – spytał i ruszył w stronę szafy na dokumenty za ladą. Otworzył ją kluczykiem, który miał na łańcuszku.

– Hilary Franklin, zeszły piątek – poinformował Eksponat Pierwszy.

Cujo przerzucił kilka segregatorów, aż znalazł to, czego szukał.

– Zgodnie z punktem 3b kodeksu nie możemy ponosić odpowiedzialności, jeżeli osoba małoletnia posłuży się nieprawdziwym dowodem tożsamości. Hilary Franklin, Tampa. Pokazała nam dokument, z którego wynikało, że ma dwadzieścia lat.

Eksponat Pierwszy dokładnie przyjrzał się dokumentowi, po czym podał go koledze.

– Mógłby pan nam zrobić kopię, panie Matthews? – zapytał Eksponat Pierwszy.

Wyobraził sobie, jak ten koleś wyglądałby z szaloną rudą czupryną jednej z postaci z Dr. Seussa. Ledwie powstrzymał się od śmiechu.

– Zakładam, że skoro chodzi o zeszły tydzień, będę w stanie dostarczyć wam nagranie, gdzie widać, jak dziewczyna daje nam ten dowód. – Wskazał na czarną kulę pod sufitem. Dopiero niedawno założyli kamery po tym, jak Harper, laska Trenta, została porwana przez swojego walniętego byłego. Należało je założyć zaraz po otwarciu studia.

– Na pewno się przydadzą – zgodził się Eksponat Pierwszy.

Kolejna rzecz do załatwienia. Rzucił okiem na zegar i pod nosem przeklął Trenta za to, że zostawił go z całą robotą w studiu, a sam zabrał Harper na Tahiti, żeby nurkować, czy może raczej pieprzyć się pod wodą.

Dał im kopie nagrań z kamery i ksero dokumentów, po czym się pożegnał.

Poszedł do kuchni i nalał sobie duży kubek aromatycznej kawy, którą sam zmielił. Wysłał wiadomość do swojej szwagierki Elisy, żeby się dowiedzieć, jak się czuje Zeph. Gdy zadzwoniła wyczerpana o czwartej trzydzieści nad ranem, wskoczył w ciuchy i pędem pokonał te kilka przecznic do ich domu. Nigdy w życiu nie widział, żeby tak mała istota tak dużo zwymiotowała. I to akurat tej nocy, kiedy jego brat był na wyjeździe.

Gdyby Elisa nie dała mu tego burrito, kiedy wychodził, padłby już nie tylko ze zmęczenia, ale i z głodu.

Walenie do drzwi. Aż się wzdrygnął. Wrócił do wejścia do studia, które miało być zamknięte jeszcze przez godzinę.

Drea. O kurde, pomyślał.

Wziął łyk kawy, ruszył zasuwę i wpuścił do środka tę kulę ognistą. Mieli się spotkać, żeby zaplanować imprezę zaręczynową Trenta i Harper. Zupełnie zapomniał.

– Witaj, słoneczko – przywitał się, gdy minęła go energicznym krokiem. Boże, ta kobieta zawsze gdzieś pędzi, pomyślał.A przy tym pachniała jak ciepłe ciasteczka cynamonowe. Teraz dopiero poczuł, jak bardzo jest głodny.

– Cześć – odparła Drea, ledwie obrzucając go spojrzeniem, i zanurkowała w swojej wielkiej torbie, z której wydobyła notatnik i długopis. – Szykuje się leniwy dzień? – Zerknęła na papiery rozrzucone na biurku.

To kolejny powód, dla którego nie chciał planować imprezy zaręczynowej ze współpracownicą i najlepszą przyjaciółką Harper.

Ugryzł się w język i udał, że nie musi na to odpowiadać.

– Chcesz kawy? – rzucił zamiast tego.

– Nie, dzięki, wstałam dziś dość wcześnie, zdążyłam zrobić sobie śniadanie. Muszę zaraz lecieć do pracy, przygotowałam listę. – Postukała idealnie wypolerowanym paznokciem w notatnik.

Uśmiechnął się na myśl, że mogłaby się znaleźć na trajektorii wymiotów trzylatki. Była taka ogarnięta.

I te jej cholerne puszyste włosy, zupełnie jak w reklamie szamponu, które tak idealnie okalają twarz. Co ona z nimi zrobiła? – zastanawiał się. Kiedyś były długie i czekoladowobrązowe. Nie przypominał sobie tych pasemek w kolorze stopionego toffi i złotych refleksów. Potarł dłonią czaszkę, śmieszne było dotykać odrastających blond kępek.

Znaczący kaszel przerwał ciszę. Cujo pokręcił głową.

– Zajmiemy się listą? – Drea otworzyła notatnik na stronie ze spisem treści.

Pomyślała, że szykuje się prawdziwa męczarnia.

***

Jeju, jaką miała ochotę na kawę, ale nie zamierzała dać Cujo satysfakcji i prosić. Ślinka jej ciekła, gdy czuła ten orzechowy zapach, i musiała się powstrzymywać, żeby nie gapić się, kiedy koleś podnosi aromatyczny kubek do ust. Perspektywa popołudniowej zmiany za Harper, wyciąganie matki z łóżka i ogarnięcie jej o poranku, wszystko sprawiało, że miała w głowie zamęt.

– Może usiądziemy na zapleczu – zaproponował Cujo, wskazując na biuro.

Drea zebrała swoje rzeczy i ruszyła przez niewielki korytarz. Uwielbiała to biuro. Długa szara sofa była tak kusząca, a poduszki wydawały się wręcz idealne, żeby podłożyć je sobie pod głowę. Pomyślała, że wystarczyłby ułamek sekundy na tym cholerstwie i odpłynęłaby w mgnieniu oka.

Wysunęła jedno z krzeseł spod stolika, który, jak sądziła, służył do przygotowywania szkiców. Krzesło było białe i praktyczne, a co ważniejsze, wystarczająco twarde, żeby na nim nie przysnęła. Rzuciła notatnik na szklany blat i czekała.

Cujo powoli sunął w stronę biura, jakby nigdzie się nie spieszył. Postawił jeden kubek obok jej długopisów.

– Mówiłam, że nie trzeba – rzuciła, zastanawiając się, czy to byłoby niegrzeczne, gdyby wzięła kubek i tylko powąchała zawartość.

– Aż się śliniłaś na widok kawy, doskonale wiem, że ściemniasz – odparł Cujo i uśmiech pojawił się w kąciku jego ust. – Nie wiem, jaką lubisz, więc zrobiłem ci czarną.

Wbiła wzrok w stół, żeby ukryć rozbawienie. Wzięła kilka łyków, mocny zapach pobudził jej kubki smakowe we wszystkich właściwych miejscach.

– Czemu czarna?

– Jakoś mi się z tobą skojarzyła… gorzka, bez cienia słodyczy.

– Jak miło – warknęła, podnosząc wzrok. Z żalem stwierdziła, że cudowna rozkosz, jaką wywołała kawa, zdążyła już wyparować. Odstawiła kubek na stół i otworzyła notatnik. – Podzwoniłam w kilka miejsc i tylko trzy stylowe miejscówki są dostępne w tak krótkim terminie. Znalazłam dwie firmy cateringowe. Musimy im tylko dać namiary i…

– Powoli, spokojnie – przerwał jej Cujo. – To wszystko brzmi jakoś prowincjonalnie.

– Prowincjonalnie? – zdziwiła się Drea. – Nie wiedziałam, że znasz takie długie słowa.

– Bardzo śmieszne. Nie masz pojęcia, czego można nauczyć się z Pięknej i Bestii. Pamiętasz, jak Bella mówi, że musi opuścić swoje prowincjonalne miasteczko? Nie? – Z jego miny było widać, że pomyślał „no jasne, że nie”.

Drea pokręciła głową, zaskoczona nagłym zwrotem w rozmowie, ale jednocześnie bawiło ją, że chłopak zna ten film na tyle dobrze, żeby go cytować.

– To wszystko brzmi tak, jakby Martha Stewart[1] organizowała wesele dla bananowej młodzieży z Connecticut – ciągnął. – To ma być impreza zaręczynowa. Potrzebujemy czegoś fajniejszego, bardziej wyluzowanego.

– Chcesz zrobić imprezę na luzie tylko po to, żeby się nie namęczyć przy organizacji. To się nazywa lenistwo – rzuciła. Jej przyjaciele zasługują na wyjątkową imprezę. Czemu musi ją organizować z kolesiem, który tego nie rozumie?

Cujo walnął się na kanapę. Wyciągnął swoje długie nogi i spojrzał na nią przeciągle, tymi świdrującymi błękitnymi oczami, które przypominały jej kolorem bezchmurne niebo, z którego słynie Floryda. Uśmiechał się ironicznie. Drea zaczęła stukać długopisem w szklany blat.

– Wyluzuj, mała – wycedził. Pochylił się do przodu i oparł łokcie na kolanach. W dłoniach wciąż trzymał kubek.

A niech to! Czemu muszą się mu przy tym tak odznaczać bicepsy? – pomyślała z przerażeniem.Rękawy koszulki opięły jego wyrobione mięśnie. Różnokolorowe tatuaże zdobiły jego rękę od ramienia aż do dłoni. Słowa, liczby, obrazy, wszystko splecione w szalony gąszcz pokrywający każdy centymetr skóry. Na drugiej ręce nie było ani jednego tatuażu.

– Chodzi mi tylko o to, że Harper i Trent dość już przeszli. Na pewno woleliby swobodne spotkanie, a nie jakiś sztywny raut, na którym wszyscy będziemy się kręcić wystrojeni w smokingi i perły, czując się jak kretyni. Nie ma znaczenia, co łatwiej zorganizować. Po prostu wiem, że to nie w ich stylu… przynajmniej po tym, co się stało.

Czy naprawdę minęły już trzy miesiące, odkąd Trent zadzwonił do niej i usłyszała te przerażające słowa?

Drea, on ją znalazł. Nathan znalazł Harper. Lecimy do szpitala. Możesz przyjechać?

Nathan, były mąż Harper, terroryzował ją z więzienia, aż został wypuszczony za dobre sprawowanie i miał idealną okazję, żeby wcielić w życie swoje groźby. Cóż, może należało się tego spodziewać i nie zwalniać wcześniej socjopaty-narkomana, pomyślała.

Na szczęście to tylko wzmocniło więź między Harper a Trentem, a ten oświadczył się na krótko przed wspólnym wyjazdem, który właśnie im miło upływał.

Spojrzała na sofę. Cujo zaczął zapuszczać włosy. Był łysy, gdy po raz pierwszy się spotkali na basenie kilka miesięcy temu. Teraz miał blond włosy, jaśniejsze nawet niż piasek w Miami Beach. Wydawały się takie miękkie. Stracił ten wojskowy sznyt i wydawał się bardziej… Cóż, nie zamierzała się teraz tym zajmować. Wzdrygnęła się z przerażeniem na samo wspomnienie pierwszego wrażenia, jakie musiała na nim zrobić, gdy prosto z mostu powiedziała mu, że wygląda jak zbir.

Wbiła wzrok w notatnik. Równiutkie kolumny wypełnione notatkami i listy spraw do załatwienia pomogły jej zebrać myśli. Kiedy spytała swoją najlepszą przyjaciółkę, czy może zorganizować dla nich tę imprezę, Harper od razu się zgodziła. Drea cieszyła się swoim szczęściem przez całą godzinę, do chwili, gdy okazało się, że Cujo zaproponował to samo Trentowi. Nie mieli więc wyjścia, musieli wypracować kompromis.

– Chyba lepiej znam swoją przyjaciółkę niż ty. Uwielbia wielkomiejski styl: piękne szpilki i urocze sukienki – zauważyła Drea.

– Czy musimy się idiotycznie licytować, kto kogo lepiej zna? – ironizował Cujo. – Z Trentem poznaliśmy się pierwszego dnia w przedszkolu, więc chyba mam kilka dekad przewagi, maleńka.

– Możesz sobie darować te uszczypliwe uwagi o moim wzroście, głupku. Musimy znaleźć jakieś rozwiązanie, i to szybko. – Zerknęła na zegarek. Nie mogła uwierzyć, że dochodzi dziewiąta.Dziś akurat nie mogła się spóźnić. José pewnie już jedzie do dentysty, a Harper wciąż jest na wakacjach. Nie żeby się skarżyła. Dodatkowa kasa za zmiany, które przejęła od przyjaciółki, bardzo się przyda.

Cujo wstał, a Drea znów musiała się powstrzymać, żeby się na niego nie gapić, gdy wygładzał wytarte dżinsy. Korciło ją, żeby przejechać dłonią po tkaninie i sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak miękka, jak się wydaje. Nagle postawił kubek na stole i złapał ją za rękę. Jej ramię przeszył cudowny dreszcz, a serce zaczęło walić jak młotem. Ich stopy były piekielnie blisko. Gdy Drea wstała, ich ciała dzieliły zaledwie milimetry. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że jej usta niemal dotykają jego klaty. Poczuła mrowienie, gdy ciepłe silne ciało przywarło do niej. Cujo położył otwartą dłoń na czubku jej głowy, a kciukiem dotknął swojego torsu. Po czym zrobił krok w tył.

– Sama zobacz – rzucił szorstko, podnosząc wzrok z jej dekoltu. – Jesteś mała.

Drea wyrwała się z jego objęć.

– Niezły widok – stwierdził i puścił do niej oko.

***

– Debil – warknęła, odpychając Cujo.

Drea wydawała się taka miękka, gdy piersiami opierała się o jego ciało. Ten błysk w jej głębokich, orzechowych oczach nieźle go nakręcił. I to jest piękny przykład na to, jak męska głowa i to, co facet ma w spodniach, działają zupełnie niezależnie, bo przecież doprowadzała go do szału.

Chwilowo umknęło mu, czemu właściwie się spierali. Wyparły to wizje tego, co miałby ochotę z nią zrobić. Mógłby na przykład podwyższyć ten fotel do tatuażu, położyć ją na nim, przycisnąć i…

Zastukała paznokciami w szklany blat. Przypomniał sobie, że miało być na poważnie.

– Skupmy się na tym, czego oni by chcieli, a nie, co się tobie podoba – powiedział Cujo, rozpędzając elektryzujące wizje. Trent z całą pewnością nie chciał imprezy, którą właśnie zaproponowała. Był tego pewien. Przecież dla tego kolesia czarne dżinsy to już strój wyjściowy.

– Harper bardzo podobają się budynki w stylu art deco. Milion razy opowiadała mi, że uwielbia swoją drogę do pracy od przystanku autobusowego, bo może sobie przez ten czas marzyć i wymyślać historie, które się rozgrywały w pięknych gmachach, które mija. Możemy wynająć lokal w jednym z tych budynków – przekonywała Drea.

Cujo pochylił się nad nią – jej włosy delikatnie pachniały truskawkami. Wolałby, żeby mu się to nie podobało, żeby ostudziło jego zapał. Ale nie mógł się oprzeć. Naprawdę namieszała mu w głowie. I nie tylko. Złapał flamaster, który leżał w pudełku na stole, i wielką czerwoną linią przekreślił jej pomysły.

W odpowiedzi dała mu po łapach długopisem.

– Auć! – Cofnął rękę.

– Ja pierdzielę – syknął. – Rany, jesteś jak uśmiechnięty płatny zabójca, który opanował tajne ciosy długopisem.

– Czemu skreśliłeś moją listę?

– Bo to ma być zabawa, a nie sztywne party. Maleńka – odgryzł się.

– Przestań tak do mnie mówić! Oficjalnie nie znaczy sztywno – złościła się.

– A właśnie, że tak. Czekaj, sama zobaczysz. – Odchylił się i udawał, że czegoś szuka w telefonie. – O właśnie, definicja. „Oficjalnie, czyli sztywno, staromodnie, pretensjonalnie, potwornie nudno”.

Jęknęła, zamknęła oczy i powoli wzięła wdech.

– Dobra, mądralo, to co proponujesz?

– Coś śmiesznego, fajnego, może luau[2] albo meksykańską fiestę – zaproponował. – Wyobraź to sobie, taco bary serwujące wszystkie zdrowe śmieci, które Harper tak uwielbia. Kurczę, moglibyśmy nawet wynająć kapelę mariachi.

– Super, czyli proponujesz coś, co można zrobić zawsze z każdej okazji? Co w tym będzie wyjątkowego? – Drea odwróciła się, jej twarz znalazła się tuż przy jego.

Poczuł jej oddech na swoich wargach.

– Ty – szepnął.

Gdy tylko to powiedział, zapragnął z powrotem wciągnąć to słowo z oddechem. Nie o to mu chodziło. No dobra, może o to. Może udałoby się w wersji „nieme kino”. Na przykład, gdyby nic nie mówiła, tylko miała ten swój charakterek.

– Co masz na myśli? – Przyglądała mu się uważnie, wachlując tymi cholernie pociągającymi długimi rzęsami.

– No… że ty znajdziesz sposób, żeby coś zwyczajnego zamienić w coś naprawdę wyjątkowego. Podrasujesz coś do niemożliwości albo wynotujesz sobie w kalendarzu – ratował się Cujo.

Chwycił notatnik, który leżał na stole, i niezmywalny flamaster, po czym zaczął coś smarować na plastikowej okładce. Podniósł wzrok i zauważył, że Drea próbuje zajrzeć mu przez ramię. Przesunął się tak, żeby zasłonić sobą notatnik; roześmiał się, gdy westchnęła oburzona.

– Na pewno będziesz wiedziała, jak zrobić z tego coś niesamowitego. Sprawisz, że ta noc będzie wyjątkowa. – W duchu pogratulował sobie tak ładnego doboru słów.

Drea uniosła brew. No dobrze, dobór nie był aż tak idealny, jak mu się wydawało.

– Znowu wracamy do tego, że usiłujesz wymigać się od pracy. Chcesz tylko rzucić pomysł, a ja mam wszystko załatwić – wytknęła mu.

– Boże, przecież ci pomogę. Mogę znaleźć lokal i zamówić napoje – zaoferował.

– Sama nie wiem, Cujo. Luau? Poważnie? – westchnęła Drea. – To raczej pomysł na studencką imprezę, a nie świętowanie zaręczyn. Nie zapominaj, że będą tam też ich rodzice i całe rodziny. Myślę, że powinniśmy…

Drzwi gwałtownie się otwarły. Pixie, młoda menedżerka z bujną fioletową czupryną, wpadła do środka, nucąc jakąś melodię z Broadwayu, co tworzyło razem niezły kontrast.

– O, hej, przepraszam, nie wiedziałam, że tu jesteście. – Spojrzała w górę na głośniki. – Nie ma muzy.

– Tak, było sporo zamieszania dziś rano. – Cujo posłał jej zniewalający uśmiech, obejmując ramieniem Dreę. – Ta szalona kocica uwielbia robić to na biurku między papierami.

Drea zesztywniała, a Pixie wybuchnęła śmiechem.

– To dlatego taki na nim bajzel? A już chciałam robić Li wymówki, że nie posprzątała przed zamknięciem. Powinnam je zdezynfekować? Opowiadaj…

– To dłuższa historia – rzucił Cujo. – Później.

Pixie zabrała kopertę z biurka i wyszła.

Drea wyplątała się z uścisku Cujo.

– Muszę już iść – powiedziała. Wsadziła długopisy do torebki i wyciągnęła rękę po notatnik. Podał go z nadzieją, że Drei spodoba się to, co narysował. Miała rozpalone policzki i cholernie było jej z tym do twarzy. Łagodziło jej charakterek. Zaczął się zastanawiać, jak by wyglądała, gdyby roztopiła się w jego ramionach. Próbował odpędzić tę myśl, gdy patrzył za nią, jak znika za drzwiami. Wiedział, że to może oznaczać tylko kłopoty.

***

Jeszcze dwadzieścia minut do zamknięcia, a Drea była gotowa do wyjścia. W kawiarni José’s już puchy, bo nie ma czegoś takiego jak czwartkowy tłum. Zaczęła zmywać stoliki, bardzo chciała iść do domu. Matka nie odbierała, kiedy Drea dzwoniła w czasie przerwy. To zupełnie nie w jej stylu, więc w głowie Drei zaczęły rodzić się różne niepokojące scenariusze.

Myślała też o Cujo. Musiała przyznać przed sobą, że być może jego pomysły na imprezę nie są takie złe. Harper naprawdę lubi architekturę Miami w stylu art deco, ale może to nie znaczy, że wolałaby zrezygnować z dobrej zabawy tylko po to, żeby mieć imprezę w jednym z takich domów. A Trenta właściwie nie znała. Może jednak warto posłuchać pomysłów Cujo. Przecież cała impreza powinna być fajna, sam lokal nie wystarczy.

Przyglądała się, jak Marco próbuje nasypać cukier do podajnika. Powstrzymała się od śmiechu, gdy rozprysnął mu się na boki.

– Zostaw to mnie. – Wzięła od niego torbę. – Idź do domu albo najlepiej idź się zabawić, przynajmniej niech jedno z nas ma jakieś życie.

– Poważnie? Byłoby super – ucieszył się chłopak. – Tylko przygotuję ci mopa.

Zniknął na zapleczu, a do kawiarni weszła kobieta w dżinsach i różowym sweterku. Koło pięćdziesiątki, oceniła Drea. Nienaganny delikatny makijaż, jasne blond włosy zaczesane w kucyk, małe perełki w uszach. Wyglądała bardzo gustownie.

– Hej, otwarte czy już za późno na kawę? – spytała radośnie.

– Jeszcze dwadzieścia minut – odparła Drea z uśmiechem. – Na co ma pani ochotę?

– Poproszę bezkofeinowe latte na wynos. Jeśli o tej porze wypiłabym coś z kofeiną, nie zmrużyłabym oka – przyznała.

Marco postawił mopa i wiadro przy pustym stoliku. Zdążył zmienić mundurek na bojówki i czarny T-shirt. Szybko się pożegnał.

– Baw się dobrze, Marco – zawołała za nim Drea.

Nasypała do ekspresu ziaren szwajcarskiej kawy bezkofeinowej i ustawiła maszynę tak, żeby przygotowało się espresso.

– To co panią dziś skusiło do wyjścia na miasto? – spytała. Lata pracy w kawiarni sprawiły, że była królową niewymuszonych pogawędek.

– Tylko kawa – powiedziała kobieta ze śmiechem. – Oglądałam film dokumentalny i nagle zdałam sobie sprawę, że zaraz zamykacie, więc zebrałam się i pognałam tu czym prędzej.

– Niełatwo rozgryźć pani akcent – zauważyła Drea, czekając, aż gorąca para podgrzeje mleko.

– Często to słyszę. Dużo jeździłam po kraju, z różnych powodów.

Drea postawiła przed nią kubek z kawą.

– Tak chciałabym pójść do college’u albo chociaż podróżować – westchnęła tęsknym tonem. Miała już te dwadzieścia siedem lat i taki plan nie wydawał się zbyt realistyczny. Długotrwałe opiekowanie się matką nie dało jej szansy, by go zrealizować. Na tym etapie miała już równie poważne długi, co pierwszy lepszy student, tyle że bez żadnych umiejętności, które pozwoliłby jej rzucić tę pracę bez perspektyw.

– Cóż… – Kobieta położyła na ladzie dwudziestodolarowy banknot. – Jeśli mogę ci coś doradzić, spróbuj zrealizować marzenia. Reszty nie trzeba.

Odeszła w głąb kawiarni i usiadła.

Drea spojrzała na zegarek – piętnaście minut. Powinna poprosić Marco, żeby został chwilę; zadzwoniłaby jeszcze raz do mamy. Oby po prostu spała przed telewizorem, w którym leciał akurat jakiś reality show… Oglądała je nałogowo. Ale co, jeśli nie?

Paniusia zajęła się swoim telefonem, nawet nie tknęła kawy. José miał w tej dziedzinie jasną politykę, można zamknąć drzwi, żeby nie wchodzili nowi ludzie, ale nie wolno wyrzucić klienta, dopóki nie skończył swojej kawy. Ale przecież muszę zadzwonić do mamy, pomyślała Drea.

Stukając paznokciami o blat, zastanawiała się, czy nie pójść po telefon. Kobieta wydawała się niegroźna.

– Przepraszam… – Podeszła do jej stolika. – Pójdę tylko na zaplecze po telefon. Zaraz wrócę, dobrze?

– Oczywiście. Masz dziś randkę?

– Gdzie tam – mruknęła Drea. – Moja mama jest ciężko chora.

– Tak mi przykro. To miłe, że chcesz sprawdzić, co u niej. – Klientka westchnęła ciężko.

– Pani ma dzieci? – spytała Drea, zaskoczona tą nagłą zmianą.

Nieznajoma pokręciła głową.

– Ale jeślibym miała, mam nadzieję, że dzwoniłyby do mnie, gdybym zachorowała – odparła.

Drea ruszyła na zaplecze po komórkę.

Pięć minut, nie więcej, obiecała sobie, gdy szła korytarzem, żeby złapać zasięg. W duchu przeprosiła José, że łamie zasady, i wybrała numer matki.

– Halo? – rozległ się głos mamy.

Drea poczuła falę ulgi.

– Hej, mamo, jak tam?

– Wracasz niedługo? Smutno mi tu samej.

Słyszała tę skargę już z milion razy od czasu liceum, gdy ku swemu przerażeniu dowiedziała się o chorobie. Matka robiła się coraz słabsza i sytuacja się pogarszała. Ale w takich chwilach jak ta, gdy stan wydawał się beznadziejny, Drea pocieszała się, że dobrze, że matka jeszcze jest z nią i może sobie ponarzekać.

Rozejrzała się po zapleczu, spojrzała na skrawki papierów, które pokrywały tablicę informacyjną dla pracowników. Zaczynała jako wzorowa uczennica, a skończyła jako pracownica kawiarni. Przypomniała sobie te wieczory, gdy koleżanki proponowały jej wspólne uczenie się, a ona odmawiała, bo musiała iść do pracy. Wtedy też czuła się samotna. Albo te noce, kiedy siadała w pokoju i próbowała w kilka dramatycznych chwil powtórzyć cały materiał, a z ganku unosił się zapach papierosowego dymu. Nawet groźba śmierci nie odstraszała matki od palenia.

– Dziś będę trochę później, muszę jeszcze posprzątać i zamknąć – wyjaśniła.

– Dobrze, ale pospiesz się. I przywieź mi kawałek tortu czekoladowego – zażyczyła sobie matka.

Drea zgodziła się i skończyła rozmowę. Żadnego: „A jak u ciebie? Jak ci minął dzień? Doceniam to, że pracujesz tak długo”. Tylko narzekanie. I jeszcze ten tort. Nie zapomnij o pieprzonym torcie, przedrzeźniała matkę w myślach.

Wrzuciła telefon do kieszeni fartucha i ruszyła przez kuchnię. Właśnie otwierała drzwi do kawiarni, gdy nagle zgasły światła. Kobieta, która siedziała z przodu, przebiegła koło niej na zaplecze, a jakiś wysoki mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce ruszył za nią. Było zbyt ciemno, żeby mu się przyjrzeć, zresztą wszystko działo się tak szybko. Poczuła coś zimnego i twardego na skroni, z trudem zdusiła krzyk przerażenia.

– Słuchaj, ślicznotko, chcemy tylko pogadać z twoją przyjaciółką. Lepiej, żebyś nam pomogła – wycedził mężczyzna.

Lekko zaciągał, musiał być gdzieś z południa. Szeptał jej teraz prosto do prawego ucha. Stał tuż-tuż, ale nie jest głupia, nie zamierzała się odwracać, żeby zobaczyć, kto to.

– Jeśli chcesz nam pomóc, po prostu zapomnij, że mnie widziałaś – poradził.

Serce waliło jej w piersiach jak szalone, oddychała tak szybko, że zaczynało się jej kręcić w głowie.

– Jeśli nie chcesz tego zrobić, to… – Klik. Pistolet. Drea aż podskoczyła, a ktoś za nią się zaśmiał. – Zrozumiałaś. A więc, tak dla pewności, daj mi swoje prawo jazdy – zażądał napastnik.

Ruszyła powoli do przebieralni. Tylne drzwi były otwarte, ani śladu po kobiecie i mężczyźnie, który ją gonił. Drżącymi rękoma otworzyła drzwi do przebieralni i wpadła w ciemności na kosz z praniem. Mała lampa w łazience dawała strzępy światła. Gdy otwierała swoją szafkę, zobaczyła notatnik i przypomniał jej się śliczny obrazek, który Cujo dla niej namalował – była na nim jako Bella z Pięknej i Bestii. Złapała torebkę, wyciągnęła prawo jazdy i podała je przez ramię.

– Cóż, bardzo przepraszamy za to najście, pani Andreo Caron. Cała przyjemność po naszej stronie – rzucił ironicznie facet.

Lufą pistoletu przejechał po jej szczęce. Zadrżała.

Drzwi na zaplecze cicho stuknęły. Osunęła się na kolana, twarda podłoga była niewygodnym, ale jednak znaczącym oparciem. Z głośników leciał Compay Segundo, ale poza tym panowała cisza. Wstała z podłogi, wzięła do ręki komórkę i niepewnym krokiem ruszyła zamknąć tylne wejście. Przestraszyła się cieni przejeżdżających aut, więc rzuciła się na włącznik światła i, wściekle waląc w przełącznik, bezskutecznie próbowała je zapalić.

Biegiem ruszyła do drzwi wejściowych i też je zabezpieczyła. Gdy już wszystko pozamykała, skierowała światło latarki w telefonie w róg kawiarni, jakby oczekując, że jasnowłosa dama wciąż tam będzie. Ale został po niej tylko kubek.

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Osobowość telewizyjna, bizneswoman, kreatorka stylu życia, prowadzenia domu, znawczyni organizacji przyjęć (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).

[2] Tradycyjne hawajskie przyjęcie.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz