Wydawca: Akurat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 407 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rozdarte serce - Scarlett Cole

Tatuażysta Brody „Cujo” Matthews nie lubi komplikacji ani w życiu, ani w miłości. Porzucony w dzieciństwie przez matkę, omija szerokim łukiem kobiety, które potencjalnie mogą stać się przyczyną problemów. Udaje mu się to aż do chwili, kiedy poznaje Dreę – przyjaciółkę dziewczyny jego najlepszego kumpla. Drea jest piękna, ale zmęczona życiem; opiekuje się chorą matką, haruje na dwóch etatach, marzy o spokoju i choć chwili wytchnienia. Ich spotkanie, jak zetknięcie plusa z plusem lub minusa z minusem, wywołuje krótkie spięcie, które sprowadza im na głowy wszystko to, czego za wszelką cenę chcieliby uniknąć: zamieszanie, niepewność, chaos – ale także gorącą miłość.

Opinie o ebooku Rozdarte serce - Scarlett Cole

Fragment ebooka Rozdarte serce - Scarlett Cole

Tytuł ‌oryginału: ‌The ‌Fractured Heart

Projekt okładki: Laser

Redakcja: ‌Dorota Kielczyk

Redakcja ‌techniczna: Karolina ‌Bendykowska

Skład ‌wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: ‌Zofia Kulczycka, Katarzyna ‌Głowińska ‌(Lingventa)

Copyright ‌© 2016 ‌by ‌Scarlett Cole

All ‌rights reserved.

For the cover ‌illustration © ‌FXQuadro/Shutterstock

© for ‌the ‌Polish edition by MUZA ‌SA, Warszawa ‌2018

© for the Polish ‌translation by Anna ‌Lisowska

ISBN 978-83-287-0792-4

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa ‌2018

Tę książkę dedykuję ‌Wam – blogerki i czytelniczki,

które ‌tak wspaniale wspierałyście ‌wydanie ‌serii Tatuaże. ‌Kocham Was!

ROZDZIAŁ 1

Co to, ‌do cholery, ‌było?

Zupełnie jakby wielka donica, ‌stojąca na ganku, runęła ‌ze schodów.

W ciemności Drea Caron ‌wyciągnęła ‌rękę w stronę chybotliwego stolika ‌przy łóżku i poczuła gładką ‌obudowę ‌swojej komórki. Zmusiła się, ‌żeby otworzyć jedno ‌oko, włączyła ‌telefon i sprawdziła, ‌która ‌godzina. Czwarta ‌nad ‌ranem. ‌Ten, co narobił tyle ‌hałasu i wyrwał ‌ją z i tak płytkiego ‌snu, słono ‌za to zapłaci. Umrze ‌powoli w kadzi z gorącą smołą.

No ‌chyba że ktoś ‌się właśnie próbował ‌włamać ‌i rozsądniej byłoby ‌jednak zadzwonić pod 911, ‌po ‌czym zabarykadować się ‌w łazience.

Ciche przekleństwa ‌i duszne powietrze jesieni ‌typowej dla Miami ‌wpadły do ‌sypialni przez uchylone okno. ‌Drei ‌zabrakło tchu.

Początkowy paniczny lęk ‌minął, bo rozpoznała ten ‌poirytowany głos.

Potarła czoło, mrugając zaskoczona, po czym odrzuciła kołdrę.

Wsunęła japonki na stopy, ruszyła w dół schodami, omijając postrzępione kawałki wytartego dywanu.

Salon, gdzie stało łóżko z całą baterią sprzętu medycznego, był pusty. Pompa tlenowa sporadycznie syczała. Krótkie, przerywane salwy, a po nich długie zasysanie tlenu – zupełnie nie przypominało to równomiernego rytmu, w jakim zwykle pracowała. Maska leżała odrzucona na bok, rurki wiły się na podłodze.

Cholera, pomyślała Drea, naprawa albo wymiana będzie zdecydowanie zbyt kosztowna.

Ziewnęła. Drzwi wejściowe były otwarte. Na zewnątrz dało się dostrzec tylko kłęby białego dymu.

– Mamo – krzyknęła, wybiegając. – Co ty wyprawiasz? – Drea zmarszczyła nos, gryzący dym drażnił jej gardło.

Rosa Caron pomachała do niej energicznie, niezdarnie próbując zatrzeć ślady swojego występku.

– Mamo, przecież widzę ten dym. Wiesz dobrze, co mówią lekarze. I skąd ty w ogóle wzięłaś papierosy?

– Nie twoja sprawa – rzuciła Rosa, głęboko się zaciągając. – Potrzebowałam tego.

– Wcale nie. – Drea pochyliła się i zabrała jej papierosa. Rzuciła go na podłogę i zgasiła na szarym betonie. – Twoje płuca tego nie zniosą. Znów zapłaciłaś dzieciakom z ulicy? – Pokręciła głową. – Skąd miałaś pieniądze?

– Dałam im twój medalik od babci.

– Por qué, mamá? – Drea bardzo starała się nie podnosić głosu. – Jak mogłaś? – Nie miało sensu krzyczeć na matkę, już dawno to zrozumiała, ale ten medalik to jedyna pamiątka po cudownej kobiecie, która zmarła, gdy Drea miała dziewięć lat.

– Nie potrzebowałaś go. Poza tym dla ciebie lepiej, żebym szybciej umarła – wysapała. – Przestanę być ciężarem. – Rosa odwróciła wózek inwalidzki i wjechała z powrotem do domu.

Drea musnęła miejsce, w którym wisiorek zawsze dotykał skóry. To było wstrętne, ale w jakimś sensie bardzo pasowało do Rosy, mogła się tego po niej spodziewać. Wróciły wspomnienia, jak babcia bawi się wisiorkiem, czytając bajki. Drea poczuła, że się dusi. Bez tej rodzinnej pamiątki była jeszcze bardziej samotna. Zacisnęła pięść. Koniec z tym, postanowiła w myślach. Choć czuła, że serce jej krwawi po stracie, wiedziała, że nie ma wyboru, nic na to nie poradzi.

Spore kawałki donicy, która jeszcze niedawno zdobiła ganek, walały się po schodach. Matka musiała potrącić ją wózkiem. Na betonowym podjeździe leżała wyschnięta roślina, która wypadła z donicy. Drea obiecała sobie podlewać ogródek, gdy tylko będzie miała wolną chwilę. Wolną chwilę. Zaśmiała się gorzko. Zamknęła oczy i pozwoliła, żeby owiał ją ciepły podmuch wiatru. Wolnych chwil akurat nie miała. Położyła się zaledwie cztery godziny temu, a teraz była już zupełnie rozbudzona.

Ruszyła przez ganek, żeby pozbierać skorupy, uważając na wypaczony, złamany trzeci schodek. Z hukiem wyrzuciła resztki ceramiki do kontenera na śmieci.

Świeżo ufarbowane włosy opadły jej na twarz i załaskotały w nos. Osiągnęła kolejne dno, siadając w fotelu studentki, która prowadzi salon fryzjerski, ale przynajmniej nic za to nie zapłaciła. Nie planowała tylko tych pasemek, a teraz te karmelowe kosmyki przypominały jej, że należy dokładnie czytać to, co jest napisane małym druczkiem. Gdy już minął pierwszy szok, że nie jest brunetką, te pasemka zaczęły się jej właściwie podobać.

Weszła do domu i od razu uderzyła ją fala chłodnego powietrza. Modliła się, żeby wreszcie przyszedł dzień, kiedy będzie mogła schować do garażu ten pożerający energię klimatyzator. I będzie miała jedną rzecz mniej do opłacania.

Pomogła matce się położyć. Charczący oddech przypominał jej o ostatnich wynikach wskaźnika BODE. To jest mój świat, myślała Drea, wyłączając pompę tlenową. Świat, który składa się z samych akronimów. POChP: przewlekła obturacyjna choroba płuc. Wymyślny sposób nazwania tego, że masz rozpieprzone płuca. BODE – depresyjne litery, które określają, że szanse przeżycia kolejnych czterech lat w przypadku jej matki wynoszą zero procent. Czego najlepszym dowodem jest rzężące sapanie. Wszyscy lekarze, do których się zwróciła, mówili to samo. To tylko kwestia czasu.

Rurka drgnęła, nasuwając się na konektor i Drea włączyła z powrotem maszynę. Uspokajający szum znów wypełnił pokój – metronom śmiertelnie chorych.

– Nikt się mną nie przejmuje. Jestem dla wszystkich ciężarem – jęknęła Rosa, odsuwając się, gdy Drea chciała założyć jej maskę. – Celine powiedziała, że zabierze mnie dziś do lekarza. Czemu ty nie możesz ze mną iść? Chcę pójść z tobą.

– Dlatego, mamo – zaczęła Drea, przyzwyczajona do manipulacyjnych zagrywek – że wzięłam dodatkowe godziny w kawiarni. José musi pilnie iść do dentysty. Poprosił, żebym wzięła część jego zmiany, a potrzebujemy pieniędzy. Ciocia Celine chętnie z tobą pójdzie. Proszę, bądź dla niej miła.

Rosa przewróciła oczami i zapatrzyła się w okno.

– Może gdybyś częściej brała nadgodziny, nie musiałabym się męczyć z tym gratem. – Słabą ręką wskazała na pompę.

Drea czym prędzej założyła mamie maskę, żeby uniknąć dalszych uszczypliwości. Utrzymywała je obie i dbała o wszystko, odkąd skończyła siedemnaście lat. Minęła już cała dekada. Ale w ostatnim roku zrobiło się ciężko. Poduszka finansowa dawno już zniknęła, zabierając ze sobą nadzieję, że Drea pójdzie na studia.

Nie miała już po co wracać do łóżka. Na kuchennym zegarze była prawie piąta. Równie dobrze może wcześniej zacząć dzień. Dojazd, wyczerpujące dwie zmiany od dziesiątej do bardzo późna. Ale wcześniej spotkanie z mężczyzną. I to z mężczyzną, którego się obawia. Z drugiej strony miała teraz mnóstwo czasu, żeby zmobilizować cały swój dziewczęcy arsenał. Nawet się nie domyślał, co go czeka.

***

Pracuję na locie do Miami. Pasuje ci dziś wieczór? Buziaki, Becca.

Brody „Cujo” Matthews uśmiechnął się, wysiadając z forda F-150, swojej radości i dumy. W rękach miał komórkę, projekt graficzny dla nowego klienta, nadgryzione burrito z jajecznicą i salsą z czarnej fasoli. Złapał telefon w zęby i otworzył tylne drzwi do Second Circle Tattoos, które prowadził jego najlepszy przyjaciel – Trent Andrews. Tak naprawdę studio w połowie należało do niego, ale woleli trzymać to w tajemnicy.

Rzucił wszystko na regał, w którym stały barwniki, i ruszył ku wejściu, żeby wyłączyć alarm. Wstukując kod, spojrzał na zdjęcie na ścianie tuż obok panelu alarmowego – dzień, kiedy otworzyli studio. Wtedy nosił jeszcze długie włosy. Tydzień po tym, jak zrobiono tę fotkę, ściął je na krótko. Przejechał dłonią po swojej krótkiej czuprynie. Przez kolejne dziesięć lat golił głowę, ale ostatnio jakaś kurduplowata wariatka powiedziała mu, że wygląda jak zbir, i choć nie miał ochoty się zastanawiać, z czego to wynika, ta ocena zaczęła mu przeszkadzać. No, i oto on, w tej idiotycznej fazie zapuszczania włosów. Miał jej już dość.

Studio wydawało się spokojne. Białe ściany, podłogi z ciemnego drewna idealnie kontrastowały z kolorowymi obrazami na ścianach. Cztery krzesła do tatuażu stały równo przy uprzątniętych stolikach. Żadnych śladów tuszu, plam, rękawiczek, plastikowych torebek czy ścierek psujących wizerunek. Nie podobało mu się to. Wydawało się obce. Wolał to miejsce wypakowane po brzegi ludźmi, którzy wierzą, że z tatuaży uczynili prawdziwą sztukę.

Nastawił ekspres z kawą i sięgnął po telefon.

Ty mi zawsze pasujesz. O której?

O 9, to nasza ostatnia okazja. Rzucam tę pracę. Buzi.

To lepiej dobrze ją wykorzystajmy ;-)

Do zobaczenia. Buzi.

Stewardesy dobrych linii to najlepsze rozwiązanie, pomyślał. Może i pracuje dla Virgin, ale z całą pewnością nie jest dziewicą.

Z rozmyślań wyrwało go pukanie. Dzwonek nad drzwiami zabrzęczał i do studia weszło dwóch mężczyzn.

– Otwieramy dopiero za półtorej godziny – poinformował.

– My nie musimy się wcześniej umawiać – stwierdził starszy koleś i, ciągnąc za tandetną złotą sprzączkę od paska, poprawił sobie opadające szare spodnie z poliestru. – Jesteśmy z Funduszu Zdrowia.

A niech to! Zamierzał wykorzystać ten czas, żeby przygotować się na szalony dzień, jaki się szykował. Dzień Patriotów był jednym z dwóch dni w roku, kiedy robili tatuaże gratis. Nie płacili wtedy ci, którzy jako pierwsi reagowali 11 września, a w Dzień Weterana – wojskowi. Taki sposób odwdzięczenia się. Nie umawiali terminu, a czas oczekiwania wynosił najwyżej dwie godziny. Należało się dziś spodziewać sporego ruchu. Do tego Trent wyjechał na wakacje ze swoją dziewczyną Harper, co oznaczało jeszcze więcej roboty.

Cujo zaprosił ich do środka, po szybkiej prezentacji patrzył, jak rozglądają się po studiu. Zastanawiał się, czy zauważyli, jak genialne są ozdabiające ściany obrazy autorstwa jego współpracowników. Pełna życia multimedialna sztuka Lei albo ta eksplozja kolorów u Trenta. A może po prostu szukali wszelkich możliwych odstępstw od przepisów obowiązujących na Florydzie – zwłaszcza zawartych w rozdziale trzysta osiemdziesiątym pierwszym: Zdrowie publiczne, zasady ogólne.

– Panie Matthews, dostaliśmy zgłoszenie, że wytatuowaliście nieletnią. Jej matka złożyła zażalenie. Powiedziała, że chodzi o pana, i dała kopię zdjęcia, które jej koleżanka zamieściła w mediach społecznościowych. Widać, jak to robicie.

Mężczyźni przedstawili się, ale nazwiska mu umknęły, miał ogromną ochotę nazywać ich Eksponat Pierwszy i Eksponat Drugi. Może przez to, że do piątej rano czytał Dr. Seussa swojej trzyletniej bratanicy po tym, jak zrobiła niezły bajzel rzyganiem.

– To jakieś nieporozumienie… – Zaczął trzeć głowę. Eksponat Pierwszy podał mu jakieś wydruki; Cujo rozpoznał klientkę. Zrobił jej zajebiste figury szachowe: białą królową powaloną przez czarną.

Całe szczęście, że Pixie, menedżerka studia, skrupulatnie wszystko księgowała.

– Macie datę i nazwisko? – spytał i ruszył w stronę szafy na dokumenty za ladą. Otworzył ją kluczykiem, który miał na łańcuszku.

– Hilary Franklin, zeszły piątek – poinformował Eksponat Pierwszy.

Cujo przerzucił kilka segregatorów, aż znalazł to, czego szukał.

– Zgodnie z punktem 3b kodeksu nie możemy ponosić odpowiedzialności, jeżeli osoba małoletnia posłuży się nieprawdziwym dowodem tożsamości. Hilary Franklin, Tampa. Pokazała nam dokument, z którego wynikało, że ma dwadzieścia lat.

Eksponat Pierwszy dokładnie przyjrzał się dokumentowi, po czym podał go koledze.

– Mógłby pan nam zrobić kopię, panie Matthews? – zapytał Eksponat Pierwszy.

Wyobraził sobie, jak ten koleś wyglądałby z szaloną rudą czupryną jednej z postaci z Dr. Seussa. Ledwie powstrzymał się od śmiechu.

– Zakładam, że skoro chodzi o zeszły tydzień, będę w stanie dostarczyć wam nagranie, gdzie widać, jak dziewczyna daje nam ten dowód. – Wskazał na czarną kulę pod sufitem. Dopiero niedawno założyli kamery po tym, jak Harper, laska Trenta, została porwana przez swojego walniętego byłego. Należało je założyć zaraz po otwarciu studia.

– Na pewno się przydadzą – zgodził się Eksponat Pierwszy.

Kolejna rzecz do załatwienia. Rzucił okiem na zegar i pod nosem przeklął Trenta za to, że zostawił go z całą robotą w studiu, a sam zabrał Harper na Tahiti, żeby nurkować, czy może raczej pieprzyć się pod wodą.

Dał im kopie nagrań z kamery i ksero dokumentów, po czym się pożegnał.

Poszedł do kuchni i nalał sobie duży kubek aromatycznej kawy, którą sam zmielił. Wysłał wiadomość do swojej szwagierki Elisy, żeby się dowiedzieć, jak się czuje Zeph. Gdy zadzwoniła wyczerpana o czwartej trzydzieści nad ranem, wskoczył w ciuchy i pędem pokonał te kilka przecznic do ich domu. Nigdy w życiu nie widział, żeby tak mała istota tak dużo zwymiotowała. I to akurat tej nocy, kiedy jego brat był na wyjeździe.

Gdyby Elisa nie dała mu tego burrito, kiedy wychodził, padłby już nie tylko ze zmęczenia, ale i z głodu.

Walenie do drzwi. Aż się wzdrygnął. Wrócił do wejścia do studia, które miało być zamknięte jeszcze przez godzinę.

Drea. O kurde, pomyślał.

Wziął łyk kawy, ruszył zasuwę i wpuścił do środka tę kulę ognistą. Mieli się spotkać, żeby zaplanować imprezę zaręczynową Trenta i Harper. Zupełnie zapomniał.

– Witaj, słoneczko – przywitał się, gdy minęła go energicznym krokiem. Boże, ta kobieta zawsze gdzieś pędzi, pomyślał.A przy tym pachniała jak ciepłe ciasteczka cynamonowe. Teraz dopiero poczuł, jak bardzo jest głodny.

– Cześć – odparła Drea, ledwie obrzucając go spojrzeniem, i zanurkowała w swojej wielkiej torbie, z której wydobyła notatnik i długopis. – Szykuje się leniwy dzień? – Zerknęła na papiery rozrzucone na biurku.

To kolejny powód, dla którego nie chciał planować imprezy zaręczynowej ze współpracownicą i najlepszą przyjaciółką Harper.

Ugryzł się w język i udał, że nie musi na to odpowiadać.

– Chcesz kawy? – rzucił zamiast tego.

– Nie, dzięki, wstałam dziś dość wcześnie, zdążyłam zrobić sobie śniadanie. Muszę zaraz lecieć do pracy, przygotowałam listę. – Postukała idealnie wypolerowanym paznokciem w notatnik.

Uśmiechnął się na myśl, że mogłaby się znaleźć na trajektorii wymiotów trzylatki. Była taka ogarnięta.

I te jej cholerne puszyste włosy, zupełnie jak w reklamie szamponu, które tak idealnie okalają twarz. Co ona z nimi zrobiła? – zastanawiał się. Kiedyś były długie i czekoladowobrązowe. Nie przypominał sobie tych pasemek w kolorze stopionego toffi i złotych refleksów. Potarł dłonią czaszkę, śmieszne było dotykać odrastających blond kępek.

Znaczący kaszel przerwał ciszę. Cujo pokręcił głową.

– Zajmiemy się listą? – Drea otworzyła notatnik na stronie ze spisem treści.

Pomyślała, że szykuje się prawdziwa męczarnia.

***

Jeju, jaką miała ochotę na kawę, ale nie zamierzała dać Cujo satysfakcji i prosić. Ślinka jej ciekła, gdy czuła ten orzechowy zapach, i musiała się powstrzymywać, żeby nie gapić się, kiedy koleś podnosi aromatyczny kubek do ust. Perspektywa popołudniowej zmiany za Harper, wyciąganie matki z łóżka i ogarnięcie jej o poranku, wszystko sprawiało, że miała w głowie zamęt.

– Może usiądziemy na zapleczu – zaproponował Cujo, wskazując na biuro.

Drea zebrała swoje rzeczy i ruszyła przez niewielki korytarz. Uwielbiała to biuro. Długa szara sofa była tak kusząca, a poduszki wydawały się wręcz idealne, żeby podłożyć je sobie pod głowę. Pomyślała, że wystarczyłby ułamek sekundy na tym cholerstwie i odpłynęłaby w mgnieniu oka.

Wysunęła jedno z krzeseł spod stolika, który, jak sądziła, służył do przygotowywania szkiców. Krzesło było białe i praktyczne, a co ważniejsze, wystarczająco twarde, żeby na nim nie przysnęła. Rzuciła notatnik na szklany blat i czekała.

Cujo powoli sunął w stronę biura, jakby nigdzie się nie spieszył. Postawił jeden kubek obok jej długopisów.

– Mówiłam, że nie trzeba – rzuciła, zastanawiając się, czy to byłoby niegrzeczne, gdyby wzięła kubek i tylko powąchała zawartość.

– Aż się śliniłaś na widok kawy, doskonale wiem, że ściemniasz – odparł Cujo i uśmiech pojawił się w kąciku jego ust. – Nie wiem, jaką lubisz, więc zrobiłem ci czarną.

Wbiła wzrok w stół, żeby ukryć rozbawienie. Wzięła kilka łyków, mocny zapach pobudził jej kubki smakowe we wszystkich właściwych miejscach.

– Czemu czarna?

– Jakoś mi się z tobą skojarzyła… gorzka, bez cienia słodyczy.

– Jak miło – warknęła, podnosząc wzrok. Z żalem stwierdziła, że cudowna rozkosz, jaką wywołała kawa, zdążyła już wyparować. Odstawiła kubek na stół i otworzyła notatnik. – Podzwoniłam w kilka miejsc i tylko trzy stylowe miejscówki są dostępne w tak krótkim terminie. Znalazłam dwie firmy cateringowe. Musimy im tylko dać namiary i…

– Powoli, spokojnie – przerwał jej Cujo. – To wszystko brzmi jakoś prowincjonalnie.

– Prowincjonalnie? – zdziwiła się Drea. – Nie wiedziałam, że znasz takie długie słowa.

– Bardzo śmieszne. Nie masz pojęcia, czego można nauczyć się z Pięknej i Bestii. Pamiętasz, jak Bella mówi, że musi opuścić swoje prowincjonalne miasteczko? Nie? – Z jego miny było widać, że pomyślał „no jasne, że nie”.

Drea pokręciła głową, zaskoczona nagłym zwrotem w rozmowie, ale jednocześnie bawiło ją, że chłopak zna ten film na tyle dobrze, żeby go cytować.

– To wszystko brzmi tak, jakby Martha Stewart[1] organizowała wesele dla bananowej młodzieży z Connecticut – ciągnął. – To ma być impreza zaręczynowa. Potrzebujemy czegoś fajniejszego, bardziej wyluzowanego.

– Chcesz zrobić imprezę na luzie tylko po to, żeby się nie namęczyć przy organizacji. To się nazywa lenistwo – rzuciła. Jej przyjaciele zasługują na wyjątkową imprezę. Czemu musi ją organizować z kolesiem, który tego nie rozumie?

Cujo walnął się na kanapę. Wyciągnął swoje długie nogi i spojrzał na nią przeciągle, tymi świdrującymi błękitnymi oczami, które przypominały jej kolorem bezchmurne niebo, z którego słynie Floryda. Uśmiechał się ironicznie. Drea zaczęła stukać długopisem w szklany blat.

– Wyluzuj, mała – wycedził. Pochylił się do przodu i oparł łokcie na kolanach. W dłoniach wciąż trzymał kubek.

A niech to! Czemu muszą się mu przy tym tak odznaczać bicepsy? – pomyślała z przerażeniem.Rękawy koszulki opięły jego wyrobione mięśnie. Różnokolorowe tatuaże zdobiły jego rękę od ramienia aż do dłoni. Słowa, liczby, obrazy, wszystko splecione w szalony gąszcz pokrywający każdy centymetr skóry. Na drugiej ręce nie było ani jednego tatuażu.

– Chodzi mi tylko o to, że Harper i Trent dość już przeszli. Na pewno woleliby swobodne spotkanie, a nie jakiś sztywny raut, na którym wszyscy będziemy się kręcić wystrojeni w smokingi i perły, czując się jak kretyni. Nie ma znaczenia, co łatwiej zorganizować. Po prostu wiem, że to nie w ich stylu… przynajmniej po tym, co się stało.

Czy naprawdę minęły już trzy miesiące, odkąd Trent zadzwonił do niej i usłyszała te przerażające słowa?

Drea, on ją znalazł. Nathan znalazł Harper. Lecimy do szpitala. Możesz przyjechać?

Nathan, były mąż Harper, terroryzował ją z więzienia, aż został wypuszczony za dobre sprawowanie i miał idealną okazję, żeby wcielić w życie swoje groźby. Cóż, może należało się tego spodziewać i nie zwalniać wcześniej socjopaty-narkomana, pomyślała.

Na szczęście to tylko wzmocniło więź między Harper a Trentem, a ten oświadczył się na krótko przed wspólnym wyjazdem, który właśnie im miło upływał.

Spojrzała na sofę. Cujo zaczął zapuszczać włosy. Był łysy, gdy po raz pierwszy się spotkali na basenie kilka miesięcy temu. Teraz miał blond włosy, jaśniejsze nawet niż piasek w Miami Beach. Wydawały się takie miękkie. Stracił ten wojskowy sznyt i wydawał się bardziej… Cóż, nie zamierzała się teraz tym zajmować. Wzdrygnęła się z przerażeniem na samo wspomnienie pierwszego wrażenia, jakie musiała na nim zrobić, gdy prosto z mostu powiedziała mu, że wygląda jak zbir.

Wbiła wzrok w notatnik. Równiutkie kolumny wypełnione notatkami i listy spraw do załatwienia pomogły jej zebrać myśli. Kiedy spytała swoją najlepszą przyjaciółkę, czy może zorganizować dla nich tę imprezę, Harper od razu się zgodziła. Drea cieszyła się swoim szczęściem przez całą godzinę, do chwili, gdy okazało się, że Cujo zaproponował to samo Trentowi. Nie mieli więc wyjścia, musieli wypracować kompromis.

– Chyba lepiej znam swoją przyjaciółkę niż ty. Uwielbia wielkomiejski styl: piękne szpilki i urocze sukienki – zauważyła Drea.

– Czy musimy się idiotycznie licytować, kto kogo lepiej zna? – ironizował Cujo. – Z Trentem poznaliśmy się pierwszego dnia w przedszkolu, więc chyba mam kilka dekad przewagi, maleńka.

– Możesz sobie darować te uszczypliwe uwagi o moim wzroście, głupku. Musimy znaleźć jakieś rozwiązanie, i to szybko. – Zerknęła na zegarek. Nie mogła uwierzyć, że dochodzi dziewiąta.Dziś akurat nie mogła się spóźnić. José pewnie już jedzie do dentysty, a Harper wciąż jest na wakacjach. Nie żeby się skarżyła. Dodatkowa kasa za zmiany, które przejęła od przyjaciółki, bardzo się przyda.

Cujo wstał, a Drea znów musiała się powstrzymać, żeby się na niego nie gapić, gdy wygładzał wytarte dżinsy. Korciło ją, żeby przejechać dłonią po tkaninie i sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak miękka, jak się wydaje. Nagle postawił kubek na stole i złapał ją za rękę. Jej ramię przeszył cudowny dreszcz, a serce zaczęło walić jak młotem. Ich stopy były piekielnie blisko. Gdy Drea wstała, ich ciała dzieliły zaledwie milimetry. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że jej usta niemal dotykają jego klaty. Poczuła mrowienie, gdy ciepłe silne ciało przywarło do niej. Cujo położył otwartą dłoń na czubku jej głowy, a kciukiem dotknął swojego torsu. Po czym zrobił krok w tył.

– Sama zobacz – rzucił szorstko, podnosząc wzrok z jej dekoltu. – Jesteś mała.

Drea wyrwała się z jego objęć.

– Niezły widok – stwierdził i puścił do niej oko.

***

– Debil – warknęła, odpychając Cujo.

Drea wydawała się taka miękka, gdy piersiami opierała się o jego ciało. Ten błysk w jej głębokich, orzechowych oczach nieźle go nakręcił. I to jest piękny przykład na to, jak męska głowa i to, co facet ma w spodniach, działają zupełnie niezależnie, bo przecież doprowadzała go do szału.

Chwilowo umknęło mu, czemu właściwie się spierali. Wyparły to wizje tego, co miałby ochotę z nią zrobić. Mógłby na przykład podwyższyć ten fotel do tatuażu, położyć ją na nim, przycisnąć i…

Zastukała paznokciami w szklany blat. Przypomniał sobie, że miało być na poważnie.

– Skupmy się na tym, czego oni by chcieli, a nie, co się tobie podoba – powiedział Cujo, rozpędzając elektryzujące wizje. Trent z całą pewnością nie chciał imprezy, którą właśnie zaproponowała. Był tego pewien. Przecież dla tego kolesia czarne dżinsy to już strój wyjściowy.

– Harper bardzo podobają się budynki w stylu art deco. Milion razy opowiadała mi, że uwielbia swoją drogę do pracy od przystanku autobusowego, bo może sobie przez ten czas marzyć i wymyślać historie, które się rozgrywały w pięknych gmachach, które mija. Możemy wynająć lokal w jednym z tych budynków – przekonywała Drea.

Cujo pochylił się nad nią – jej włosy delikatnie pachniały truskawkami. Wolałby, żeby mu się to nie podobało, żeby ostudziło jego zapał. Ale nie mógł się oprzeć. Naprawdę namieszała mu w głowie. I nie tylko. Złapał flamaster, który leżał w pudełku na stole, i wielką czerwoną linią przekreślił jej pomysły.

W odpowiedzi dała mu po łapach długopisem.

– Auć! – Cofnął rękę.

– Ja pierdzielę – syknął. – Rany, jesteś jak uśmiechnięty płatny zabójca, który opanował tajne ciosy długopisem.

– Czemu skreśliłeś moją listę?

– Bo to ma być zabawa, a nie sztywne party. Maleńka – odgryzł się.

– Przestań tak do mnie mówić! Oficjalnie nie znaczy sztywno – złościła się.

– A właśnie, że tak. Czekaj, sama zobaczysz. – Odchylił się i udawał, że czegoś szuka w telefonie. – O właśnie, definicja. „Oficjalnie, czyli sztywno, staromodnie, pretensjonalnie, potwornie nudno”.

Jęknęła, zamknęła oczy i powoli wzięła wdech.

– Dobra, mądralo, to co proponujesz?

– Coś śmiesznego, fajnego, może luau[2] albo meksykańską fiestę – zaproponował. – Wyobraź to sobie, taco bary serwujące wszystkie zdrowe śmieci, które Harper tak uwielbia. Kurczę, moglibyśmy nawet wynająć kapelę mariachi.

– Super, czyli proponujesz coś, co można zrobić zawsze z każdej okazji? Co w tym będzie wyjątkowego? – Drea odwróciła się, jej twarz znalazła się tuż przy jego.

Poczuł jej oddech na swoich wargach.

– Ty – szepnął.

Gdy tylko to powiedział, zapragnął z powrotem wciągnąć to słowo z oddechem. Nie o to mu chodziło. No dobra, może o to. Może udałoby się w wersji „nieme kino”. Na przykład, gdyby nic nie mówiła, tylko miała ten swój charakterek.

– Co masz na myśli? – Przyglądała mu się uważnie, wachlując tymi cholernie pociągającymi długimi rzęsami.

– No… że ty znajdziesz sposób, żeby coś zwyczajnego zamienić w coś naprawdę wyjątkowego. Podrasujesz coś do niemożliwości albo wynotujesz sobie w kalendarzu – ratował się Cujo.

Chwycił notatnik, który leżał na stole, i niezmywalny flamaster, po czym zaczął coś smarować na plastikowej okładce. Podniósł wzrok i zauważył, że Drea próbuje zajrzeć mu przez ramię. Przesunął się tak, żeby zasłonić sobą notatnik; roześmiał się, gdy westchnęła oburzona.

– Na pewno będziesz wiedziała, jak zrobić z tego coś niesamowitego. Sprawisz, że ta noc będzie wyjątkowa. – W duchu pogratulował sobie tak ładnego doboru słów.

Drea uniosła brew. No dobrze, dobór nie był aż tak idealny, jak mu się wydawało.

– Znowu wracamy do tego, że usiłujesz wymigać się od pracy. Chcesz tylko rzucić pomysł, a ja mam wszystko załatwić – wytknęła mu.

– Boże, przecież ci pomogę. Mogę znaleźć lokal i zamówić napoje – zaoferował.

– Sama nie wiem, Cujo. Luau? Poważnie? – westchnęła Drea. – To raczej pomysł na studencką imprezę, a nie świętowanie zaręczyn. Nie zapominaj, że będą tam też ich rodzice i całe rodziny. Myślę, że powinniśmy…

Drzwi gwałtownie się otwarły. Pixie, młoda menedżerka z bujną fioletową czupryną, wpadła do środka, nucąc jakąś melodię z Broadwayu, co tworzyło razem niezły kontrast.

– O, hej, przepraszam, nie wiedziałam, że tu jesteście. – Spojrzała w górę na głośniki. – Nie ma muzy.

– Tak, było sporo zamieszania dziś rano. – Cujo posłał jej zniewalający uśmiech, obejmując ramieniem Dreę. – Ta szalona kocica uwielbia robić to na biurku między papierami.

Drea zesztywniała, a Pixie wybuchnęła śmiechem.

– To dlatego taki na nim bajzel? A już chciałam robić Li wymówki, że nie posprzątała przed zamknięciem. Powinnam je zdezynfekować? Opowiadaj…

– To dłuższa historia – rzucił Cujo. – Później.

Pixie zabrała kopertę z biurka i wyszła.

Drea wyplątała się z uścisku Cujo.

– Muszę już iść – powiedziała. Wsadziła długopisy do torebki i wyciągnęła rękę po notatnik. Podał go z nadzieją, że Drei spodoba się to, co narysował. Miała rozpalone policzki i cholernie było jej z tym do twarzy. Łagodziło jej charakterek. Zaczął się zastanawiać, jak by wyglądała, gdyby roztopiła się w jego ramionach. Próbował odpędzić tę myśl, gdy patrzył za nią, jak znika za drzwiami. Wiedział, że to może oznaczać tylko kłopoty.

***

Jeszcze dwadzieścia minut do zamknięcia, a Drea była gotowa do wyjścia. W kawiarni José’s już puchy, bo nie ma czegoś takiego jak czwartkowy tłum. Zaczęła zmywać stoliki, bardzo chciała iść do domu. Matka nie odbierała, kiedy Drea dzwoniła w czasie przerwy. To zupełnie nie w jej stylu, więc w głowie Drei zaczęły rodzić się różne niepokojące scenariusze.

Myślała też o Cujo. Musiała przyznać przed sobą, że być może jego pomysły na imprezę nie są takie złe. Harper naprawdę lubi architekturę Miami w stylu art deco, ale może to nie znaczy, że wolałaby zrezygnować z dobrej zabawy tylko po to, żeby mieć imprezę w jednym z takich domów. A Trenta właściwie nie znała. Może jednak warto posłuchać pomysłów Cujo. Przecież cała impreza powinna być fajna, sam lokal nie wystarczy.

Przyglądała się, jak Marco próbuje nasypać cukier do podajnika. Powstrzymała się od śmiechu, gdy rozprysnął mu się na boki.

– Zostaw to mnie. – Wzięła od niego torbę. – Idź do domu albo najlepiej idź się zabawić, przynajmniej niech jedno z nas ma jakieś życie.

– Poważnie? Byłoby super – ucieszył się chłopak. – Tylko przygotuję ci mopa.

Zniknął na zapleczu, a do kawiarni weszła kobieta w dżinsach i różowym sweterku. Koło pięćdziesiątki, oceniła Drea. Nienaganny delikatny makijaż, jasne blond włosy zaczesane w kucyk, małe perełki w uszach. Wyglądała bardzo gustownie.

– Hej, otwarte czy już za późno na kawę? – spytała radośnie.

– Jeszcze dwadzieścia minut – odparła Drea z uśmiechem. – Na co ma pani ochotę?

– Poproszę bezkofeinowe latte na wynos. Jeśli o tej porze wypiłabym coś z kofeiną, nie zmrużyłabym oka – przyznała.

Marco postawił mopa i wiadro przy pustym stoliku. Zdążył zmienić mundurek na bojówki i czarny T-shirt. Szybko się pożegnał.

– Baw się dobrze, Marco – zawołała za nim Drea.

Nasypała do ekspresu ziaren szwajcarskiej kawy bezkofeinowej i ustawiła maszynę tak, żeby przygotowało się espresso.

– To co panią dziś skusiło do wyjścia na miasto? – spytała. Lata pracy w kawiarni sprawiły, że była królową niewymuszonych pogawędek.

– Tylko kawa – powiedziała kobieta ze śmiechem. – Oglądałam film dokumentalny i nagle zdałam sobie sprawę, że zaraz zamykacie, więc zebrałam się i pognałam tu czym prędzej.

– Niełatwo rozgryźć pani akcent – zauważyła Drea, czekając, aż gorąca para podgrzeje mleko.

– Często to słyszę. Dużo jeździłam po kraju, z różnych powodów.

Drea postawiła przed nią kubek z kawą.

– Tak chciałabym pójść do college’u albo chociaż podróżować – westchnęła tęsknym tonem. Miała już te dwadzieścia siedem lat i taki plan nie wydawał się zbyt realistyczny. Długotrwałe opiekowanie się matką nie dało jej szansy, by go zrealizować. Na tym etapie miała już równie poważne długi, co pierwszy lepszy student, tyle że bez żadnych umiejętności, które pozwoliłby jej rzucić tę pracę bez perspektyw.

– Cóż… – Kobieta położyła na ladzie dwudziestodolarowy banknot. – Jeśli mogę ci coś doradzić, spróbuj zrealizować marzenia. Reszty nie trzeba.

Odeszła w głąb kawiarni i usiadła.

Drea spojrzała na zegarek – piętnaście minut. Powinna poprosić Marco, żeby został chwilę; zadzwoniłaby jeszcze raz do mamy. Oby po prostu spała przed telewizorem, w którym leciał akurat jakiś reality show… Oglądała je nałogowo. Ale co, jeśli nie?

Paniusia zajęła się swoim telefonem, nawet nie tknęła kawy. José miał w tej dziedzinie jasną politykę, można zamknąć drzwi, żeby nie wchodzili nowi ludzie, ale nie wolno wyrzucić klienta, dopóki nie skończył swojej kawy. Ale przecież muszę zadzwonić do mamy, pomyślała Drea.

Stukając paznokciami o blat, zastanawiała się, czy nie pójść po telefon. Kobieta wydawała się niegroźna.

– Przepraszam… – Podeszła do jej stolika. – Pójdę tylko na zaplecze po telefon. Zaraz wrócę, dobrze?

– Oczywiście. Masz dziś randkę?

– Gdzie tam – mruknęła Drea. – Moja mama jest ciężko chora.

– Tak mi przykro. To miłe, że chcesz sprawdzić, co u niej. – Klientka westchnęła ciężko.

– Pani ma dzieci? – spytała Drea, zaskoczona tą nagłą zmianą.

Nieznajoma pokręciła głową.

– Ale jeślibym miała, mam nadzieję, że dzwoniłyby do mnie, gdybym zachorowała – odparła.

Drea ruszyła na zaplecze po komórkę.

Pięć minut, nie więcej, obiecała sobie, gdy szła korytarzem, żeby złapać zasięg. W duchu przeprosiła José, że łamie zasady, i wybrała numer matki.

– Halo? – rozległ się głos mamy.

Drea poczuła falę ulgi.

– Hej, mamo, jak tam?

– Wracasz niedługo? Smutno mi tu samej.

Słyszała tę skargę już z milion razy od czasu liceum, gdy ku swemu przerażeniu dowiedziała się o chorobie. Matka robiła się coraz słabsza i sytuacja się pogarszała. Ale w takich chwilach jak ta, gdy stan wydawał się beznadziejny, Drea pocieszała się, że dobrze, że matka jeszcze jest z nią i może sobie ponarzekać.

Rozejrzała się po zapleczu, spojrzała na skrawki papierów, które pokrywały tablicę informacyjną dla pracowników. Zaczynała jako wzorowa uczennica, a skończyła jako pracownica kawiarni. Przypomniała sobie te wieczory, gdy koleżanki proponowały jej wspólne uczenie się, a ona odmawiała, bo musiała iść do pracy. Wtedy też czuła się samotna. Albo te noce, kiedy siadała w pokoju i próbowała w kilka dramatycznych chwil powtórzyć cały materiał, a z ganku unosił się zapach papierosowego dymu. Nawet groźba śmierci nie odstraszała matki od palenia.

– Dziś będę trochę później, muszę jeszcze posprzątać i zamknąć – wyjaśniła.

– Dobrze, ale pospiesz się. I przywieź mi kawałek tortu czekoladowego – zażyczyła sobie matka.

Drea zgodziła się i skończyła rozmowę. Żadnego: „A jak u ciebie? Jak ci minął dzień? Doceniam to, że pracujesz tak długo”. Tylko narzekanie. I jeszcze ten tort. Nie zapomnij o pieprzonym torcie, przedrzeźniała matkę w myślach.

Wrzuciła telefon do kieszeni fartucha i ruszyła przez kuchnię. Właśnie otwierała drzwi do kawiarni, gdy nagle zgasły światła. Kobieta, która siedziała z przodu, przebiegła koło niej na zaplecze, a jakiś wysoki mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce ruszył za nią. Było zbyt ciemno, żeby mu się przyjrzeć, zresztą wszystko działo się tak szybko. Poczuła coś zimnego i twardego na skroni, z trudem zdusiła krzyk przerażenia.

– Słuchaj, ślicznotko, chcemy tylko pogadać z twoją przyjaciółką. Lepiej, żebyś nam pomogła – wycedził mężczyzna.

Lekko zaciągał, musiał być gdzieś z południa. Szeptał jej teraz prosto do prawego ucha. Stał tuż-tuż, ale nie jest głupia, nie zamierzała się odwracać, żeby zobaczyć, kto to.

– Jeśli chcesz nam pomóc, po prostu zapomnij, że mnie widziałaś – poradził.

Serce waliło jej w piersiach jak szalone, oddychała tak szybko, że zaczynało się jej kręcić w głowie.

– Jeśli nie chcesz tego zrobić, to… – Klik. Pistolet. Drea aż podskoczyła, a ktoś za nią się zaśmiał. – Zrozumiałaś. A więc, tak dla pewności, daj mi swoje prawo jazdy – zażądał napastnik.

Ruszyła powoli do przebieralni. Tylne drzwi były otwarte, ani śladu po kobiecie i mężczyźnie, który ją gonił. Drżącymi rękoma otworzyła drzwi do przebieralni i wpadła w ciemności na kosz z praniem. Mała lampa w łazience dawała strzępy światła. Gdy otwierała swoją szafkę, zobaczyła notatnik i przypomniał jej się śliczny obrazek, który Cujo dla niej namalował – była na nim jako Bella z Pięknej i Bestii. Złapała torebkę, wyciągnęła prawo jazdy i podała je przez ramię.

– Cóż, bardzo przepraszamy za to najście, pani Andreo Caron. Cała przyjemność po naszej stronie – rzucił ironicznie facet.

Lufą pistoletu przejechał po jej szczęce. Zadrżała.

Drzwi na zaplecze cicho stuknęły. Osunęła się na kolana, twarda podłoga była niewygodnym, ale jednak znaczącym oparciem. Z głośników leciał Compay Segundo, ale poza tym panowała cisza. Wstała z podłogi, wzięła do ręki komórkę i niepewnym krokiem ruszyła zamknąć tylne wejście. Przestraszyła się cieni przejeżdżających aut, więc rzuciła się na włącznik światła i, wściekle waląc w przełącznik, bezskutecznie próbowała je zapalić.

Biegiem ruszyła do drzwi wejściowych i też je zabezpieczyła. Gdy już wszystko pozamykała, skierowała światło latarki w telefonie w róg kawiarni, jakby oczekując, że jasnowłosa dama wciąż tam będzie. Ale został po niej tylko kubek.

ROZDZIAŁ 2

– Dziękuję, że przyjechaliście tak szybko. – Drea osłaniała oczy przed oślepiającymi czerwono-niebieskimi światłami dwóch radiowozów. Nie zamierzała się przejmować groźbami. Na pewno lepiej mieć policję po swojej stronie, niż być zdaną tylko na siebie.

A jeśli ją teraz obserwują? – przestraszyła się. Trudno. Niech się walą!

Policjanci wyciągnęli broń.

– Oficer Fletcher. Czy napastnik wciąż tu jest? – spytał pospiesznie młody policjant, idąc w jej stronę z pistoletem wycelowanym w ziemię. Drugi gliniarz stał w takiej samej pozycji.

Drea pokręciła głową.

– Zamknęłam tylne drzwi, gdy tylko wyszli, znaczy uciekli. Wiecie, o co mi chodzi.

Oficer Fletcher wysłał drugą jednostkę na tył budynku. Odciągnął Dreę od kawiarni.

– Proszę poczekać tu z oficerem Sheltonem. Musimy sami sprawdzić lokal.

– Oczywiście – odparła.

– Nie ma prądu? – spytał policjant.

Pokręciła głową.

Fletcher uniósł zapalniczkę na wysokość twarzy. Razem z partnerem weszli do kawiarni. Drea stała za wozem policyjnym i przyglądała się przez okno, jak sprawdzają główną salę, potem idą przez wahadłowe drzwi w kierunku łazienek, kuchni, niedużego biura i zaplecza z szafkami pracowników.

Kawa, pomyślała. Może policjanci chętnie napiliby się kawy? I zjedli trochę ciasta. Czy to tylko stereotyp? Czekaj. Przecież nie ma prądu, tłumaczyła sama sobie. A nie było szans, że siłą woli uruchomi maszynkę do espresso. Nawet jeśli, to ręce trzęsą jej się tak, że na pewno by się poparzyła.

I lepiej nie mówić do siebie jak jakaś wariatka.

Wolno mijały minuty. Chwile ciągnęły się w nieskończoność. Ten potworny skurcz żołądka wreszcie odpuścił. Zaczęła się zastanawiać, czy to bezpieczne tak stać na ulicy, więc nerwowo przysunęła się bliżej drzwi kawiarni.

– Nikogo nie ma – zakomunikował Fletcher, gdy do niej wrócili. – To oficer Tyler. Możemy już razem wejść do środka.

Ciastka. Poczęstuję ich ciastkami, zdecydowała. Przeszła za ladę i stamtąd przyglądała się policjantom. Miała ochotę na te sławne czekoladowe ciasteczka według receptury José. Właściwie to jeszcze większą ochotę miała na podwójnego shota jacka, ale tego akurat nie było na składzie.

Przed kawiarnią zaparkowało kolejne auto.

– To detektyw Carter – wyjaśnił Tyler.

Fletcher i Tyler wyszli z budynku, zamienili kilka zdań z detektywem, po czym wrócili do środka. W tym czasie Drea przygotowała coś do jedzenia, rozłożyła serwetki i wyjęła butelki z wodą.

– Proszę usiąść, panno Caron – zaproponował Fletcher, wskazując na miejsce koło okna, gdzie było trochę jaśniej dzięki światłom ulicznej latarni. – To detektyw Carter – powiedział.

– Andrea – przedstawiła się, patrząc na detektywa. – Wszyscy mówią mi Drea. Proszę, częstujcie się, panowie. – Otworzyła słoik z ciasteczkami. – Na koszt firmy.

– Przykro mi, Drea, że spotykamy się w tak nieprzyjemnych okolicznościach – stwierdził Carter. – Macie tu kamery?

Usiadła.

– Tak. Ale światło zgasło, zanim oni weszli do kawiarni, więc podejrzewam, że odłączyli prąd – wyjaśniła.

– Tyler? – Carter spojrzał na kolegę.

– Zaraz to sprawdzę. Zadzwonię do firmy energetycznej i poproszę, żeby tu kogoś przysłali – odparł.

– Drea! – José wpadł do kawiarni z rozwianym włosem, w jeansach tworzących nietypową całość z wymiętą piżamą, którą miał na sobie. Otwierali o siódmej rano, a José lubił przychodzić na poranną zmianę. Zaczynał piec ciasta o czwartej trzydzieści, więc o dwudziestej był już w łóżku. – Nic ci się nie stało?

– Chwileczkę, proszę pana. Nie może pan tu tak po prostu wejść – zatrzymał go policjant.

– Zabieraj łapy. Ta dziewczyna jest dla mnie jak córka – rzucił José, wyrywając się z uścisku.

Podszedł do Drei i mocno ją przytulił.

– Pytam poważnie. Nic ci się nie stało? – powtórzył, nie wypuszczając jej z objęć.

– José, nie sprawdziłam kasy, nie wiem, co z pieniędzmi – szepnęła. Kasa nie była otwarta, ale to nie znaczyło, że jeszcze coś w niej jest. W ciągu dnia przewinęło się trochę klientów, więc mogli sporo stracić. – Co, jeśli wszystko zabrali? – Już chciała pójść sprawdzić, ale José ją powstrzymał. Złapała go za rękę, próbowała powstrzymać napływające do oczu łzy, mogły przecież zdradzić, jak bardzo się przestraszyła.

– Myślisz, że martwię się o kasę, Drea? Głuptasek. Najważniejsze, że ty jesteś cała i zdrowa – zapewnił José i znów ją do siebie przytulił.

Drea poddała się temu ciepłemu poczuciu bezpieczeństwa. Jej zesztywniałe ciało powoli się rozluźniało. To jedyny mężczyzna, na którego mogła liczyć. Kochała go jak ojca. Gdyby nie praca u niego, razem z matką miałyby dużo więcej problemów.

– Pan jest właścicielem? – odezwał się Carter.

– Tak, ten lokal od dawna należy do mojej rodziny. – José usiadł koło Drei.

– Możesz nam opowiedzieć, co się stało? – Carter zwrócił się teraz do Drei.

– Szykowałam się do zamknięcia. Marco już wyszedł; w kawiarni zostałyśmy tylko ja i jakaś kobieta.

Powoli, z bolesną dokładnością relacjonowała policjantom, co zaszło.

– Więc właściwie nie widziałaś, jak napadli na klientkę? – spytał detektyw.

– Nie. – Dreę złościło, że to prawda. – Rozpoznałam ją po sylwetce, jak przebiegła koło mnie, a zaraz za nią jakaś postać. Założyłam, że to mężczyzna ją goni. Tylne wejście jest na wprost wahadłowych drzwi; u góry wisi podświetlony znak. Pewnie go zobaczyła i rzuciła się w tamtą stronę. Było bardzo ciemno.

– A widziałaś ich później? – spytał Carter i zapisał coś w notatniku.

Pokręciła głową.

– Nie, nie wrócili już do kawiarni – wyjaśniła.

– Rozumiem. Musimy ściągnąć tu więcej ludzi, żeby dokładniej się rozejrzeć. Zabezpieczcie kubek tej kobiety. Czy któreś z was może poczekać, aż przyjedzie ktoś z firmy energetycznej? – poprosił.

– Ja zostanę, Drea. Ty jedź do domu i spróbuj odpocząć – zdecydował José.

Policjant spisał dane kontaktowe, po czym odprowadził ją do zaparkowanego za kawiarnią auta.

Przekręciła kluczyk w stacyjce, silnik zaczął się krztusić i zgasł.

– No, dawaj – mruknęła Drea. Rzuciła okiem w stronę stojącego na chodniku policjanta, który wyraźnie czekał, aż ona odjedzie. Spróbowała jeszcze raz.

Na szczęście silnik zaskoczył.

W domu czekała na nią masa problemów, ale i tak to było najbezpieczniejsze miejsce na świecie.

***

Cujo stał w kolejce i przyglądał się, jak Drea co i rusz zerka na stolik w samym rogu w głębi sali. Młoda rodzina zajadała się słodkim podwieczorkiem; mały chłopiec cały wysmarował się lukrem. Drea zazwyczaj była skupiona na pracy, więc Cujo zaczął się zastanawiać, co takiego rozpraszało jej uwagę.

Mimo późnego wieczoru w kawiarni wciąż było pełno ludzi. W soboty panował największy ruch. Do Miami zjeżdżało mnóstwo weekendowych turystów. Kiedy wychodził z Second Circle, też było tam pełno klientów. Rozważał nawet, czy jeszcze nie zostać, ale to on dziś otwierał i siedział w pracy już od dobrych dziesięciu godzin. Doszedł do początku kolejki. Drea spojrzała na niego i przez chwilę w jej oczach odbiło się ogromne zdziwienie.

– Poproszę gibraltar, Drea. – Uśmiechnął się, zupełnie jakby zamówił najzwyczajniejszą kawę pod słońcem.

– Gibraltar? – spytała, wyraźnie zmieszana. Oczy jej pociemniały i przez moment zastanawiał się dlaczego.

Przecież nie mógł się przyznać, że wyszukał tę nazwę w internecie tylko po to, żeby dziewczynę zaskoczyć. Od dwóch dni się nie widzieli ani ze sobą nie rozmawiali, a przecież trzeba dokończyć planowanie imprezy. Więc jeśli góra nie przyjdzie… czy jakoś tak. A może to słoń miał przyjść…? Wszystko jedno. Po prostu musiał się z nią zobaczyć.

– Na pewno? Wydajesz mi się raczej typem, który pije cortado. Większe niż macchiato, ale mniejsze niż latte. Gibraltar to tylko sto mililitrów, a ty wyglądasz na kolesia, dla którego rozmiar się liczy. Polecałabym jednak cortado.

Stojące za nim blade dziewczyny zaczęły chichotać. Trafiony zatopiony.

– To ty tu jesteś ekspertką, więc chętnie skorzystam z twojej rady – powiedział z uśmiechem.

W oczach zaświeciły się jej wesołe ogniki, a kąciki ust się uniosły.

Zaskoczyło go, że się uśmiechnęła. Spodziewał się ironicznie uniesionych brwi albo przewracania oczami. Ten uśmiech… i w ogóle. Przez chwilę podziwiał, jak pięknie mundurek opina jej kształty. Była drobna, ale miała cudowne krągłości, które wypełniały ten czarny T-shirt z nazwą José’s biegnącą przez sam środek piersi. Irytowała go tylko ta niezbyt dobrze dobrana czcionka.

Drea zaczęła przygotowywać mu kawę, a on sięgnął po croissanta z lady. Nie miał pojęcia, skąd nagle wzięła się ta łyżka, ale aż podskoczył, gdy dostał nią po palcach.

– Ja pierniczę, Drea! – krzyknął. – Najpierw długopis, a teraz łyżka?

Wciąż trzymając ubijacz piany, wolną ręką ujęła jego dłoń i złożyła na niej lekki pocałunek.

– Więcej nie wsadzaj łapy w moje ciasteczka – poprosiła słodko.

Jej usta były delikatne i ciepłe. A sama myśl o tym, że mógłby położyć swoje łapy na jej cudownie pociągającym ciele, potwornie go nakręciła.

Drea wzięła szczypce i ułożyła croissanta na talerzyku. Nalała kawy i mleka do szklaneczki. Potem wszystko mu podała.

– Flirtujesz ze mną, Drea? – bardziej stwierdził, niż spytał Cujo, wyjmując portfel.

– Z całą pewnością nie, za bardzo się różnimy – odparła bez namysłu.

– Sprytnie. A może skoczymy coś zjeść po twojej pracy i spróbujemy dokończyć planowanie imprezy? – zaproponował, podając banknot.

– To się nie uda, Cujo. – Położyła mu resztę na dłoni.

Nie mógł się powstrzymać i zamknął dłoń na jej palcach.

– To tylko kolacja, Drea. Robi się późno. Muszę coś zjeść, ty na pewno też, a trzeba ogarnąć tę imprezę – przypomniał. Paluszki Drei wydawały się takie drobne. Gdy je zabrała, od razu poczuł żal.

Wydęła wargi.

– Dobra, ale nie pójdzie ci ze mną łatwo – zgodziła się, spoglądając w stronę kolejki.

I znowu to samo. Jak to możliwe, że wszystko, co mówi, brzmi jak zachęta.

– Fajnie wiedzieć. O której kończysz? – spytał, a ona zachichotała, po czym zakryła usta dłonią i opanowała wesołość. Flirtowanie z nią chyba stanie się jego ulubionym hobby.

– Niedługo – rzuciła ostro, choć jej oczy wyrażały rozbawienie.

– I faktycznie nie będzie łatwo? – Mrugnął do niej. W myślach postawił sobie wyzwanie, żeby pokazać dziewczynie, jak łatwo mógłby sobie z nią poradzić w łóżku.

– Cujo, mam klientów. – Oparła się o blat tak, że mógł zajrzeć w jej cudowny dekolt. – Ale – teraz już mówiła szeptem – jeżeli myślisz, że faktycznie pójdzie ci ze mną łatwo, to przygotuj się na godziny planowania.

***

Guacamole to najlepsze jedzenie na świecie, pomyślała. I właśnie stało przed nią, w towarzystwie limonkowego ciasta. Sięgnęła po kolejny kawałek i zanurzyła go w glinianym naczyniu pełnym rozkoszy. Wpakowała sobie wszystko do buzi i aż westchnęła z zachwytu. To Cujo zaproponował meksykańską kuchnię, a ona ochoczo się zgodziła. Z kolei to ona wybrała knajpkę. Tania i wesoła, ale za to autentyczna.

Przez ograniczony budżet od dawna nie jadła nic na mieście, ale dziś dostała hojne napiwki. A jeśli wystarczy jej przystawka, to nie wyda więcej niż sześć dolarów.

– Dzięki, że poczekałeś, aż zamknęłam – powiedziała z wdzięcznością, jakiej się u niej nie spodziewał. Obiecała sobie, że będzie pracować jak zwykle, ale wizja zamykania samej wieczorem wydawała się jej przerażająca. Poczekał na nią ze swoją kawą i razem ruszyli do restauracji.

– Spoko, słyszałem, że klęłaś jak szewc na zapleczu – wypalił. – Nie wiedziałem, że takie grzeczne dziewczynki jak ty znają takie słowa.

– Bardzo śmieszne. Jutro przyjadą z pralni, a moi przygłupi współpracownicy nie rozumieją, co to znaczy opróżnić kieszenie. Powiedziałam im, że wszystko, co znajdę, należy do mnie. W tym tygodniu to cztery gumki do włosów i trzy długopisy, wszystkie moje, co znaczy, że ktoś je kradnie; poza tym paczka gumy i pendrive, co pewnie znaczy, że Joanie już świruje, bo zgubiła pracę domową… – Drea przerwała, żeby wziąć kolejny kęs.

– Niezły łup – rzucił Cujo i też sięgnął po kawałek.

Przyglądała się, jak zajada enchiladas. Wyraźnie nie chodził na lekcje etykiety, bo używał widelca jak szufli.

– No więc, tak sobie myślałem… – zaczął, z ustami pełnymi fasoli – podoba mi się pomysł, żeby zrobić wielką imprezę. Wycisnąć to, co najlepsze, z Mardi Gras, Cinco de Mayo i Czwartego Lipca.

Drea bardzo chciała mieć inne zdanie. Ale nie było rady. Zastanowiła się przez chwilę i musiała przyznać Cujo rację. Harper i Trent zasługiwali na niezwykłą noc pełną niespodzianek.

– I jak to sobie wyobrażasz? – poprosiła o szczegóły planu.

– Jedzenie może być cajun albo meksykańskie, albo mieszanka, podawane jak tapasy. Oczywiście pokaz fajerwerków. I nagrody dla dziewczyn, które przyjdą topless – dodał.

Zamarła w pół ruchu i uniosła brew.

– Żartowałem. Chciałem sprawdzić, czy mnie słuchasz – wyjaśnił z uśmiechem.

Zaczęła sobie wyobrażać jego wizję imprezy.

– Moglibyśmy mieć bar z margaritą. Albo jeszcze lepiej z tequilą. I piñatę – dodała.

– Żebyś mogła mnie niby niechcący walnąć kijem do baseballa? – spytał, śmiejąc się.

– Nie pomyślałam o tym, ale to świetny pomysł – zgodziła się ochoczo.

– A co myślisz o moim planie? – Spojrzenie miał jasne i zawadiackie. Uśmiechał się do niej szeroko.

– Fajny – przyznała, czując, że udzielił się jej entuzjazm Cujo.

– Ale?

– Nie ma żadnego ale. Po prostu mi się podoba.

– A co z twoją wizją, że powinniśmy być wszyscy poważni i wystrojeni.

– Przemyślałam to, co mówiłeś. Jestem już wystarczająco duża, żeby umieć przyznać, że dałam się ponieść.

– Czy ty właśnie powiedziałaś, że miałem rację? – Cujo złapał się ze serce i gwałtownie opadł na krzesło.

Drea kopnęła go pod stołem i tylko parsknęła śmiechem, kiedy jęknął z bólu.

Wyciągnęła notatnik i zaczęła zapisywać pomysły. Wolałaby to zrobić zupełnie inaczej, ale z całą pewnością zapowiadała się dobra zabawa. Będą tace wspaniałych przystawek, meksykańskie minikukurydze i przepyszne churros. A może jeszcze smażone langusty? No i oczywiście meksykańskie klopsiki. Wszędzie świece i wysokie, smukłe wazony z kolorowymi kwiatami. I do tego lampiony.

– Napijesz się jeszcze czegoś? – zaproponował Cujo, gdy podeszła do nich kelnerka.

Szklanka wody, którą Drea powoli sączyła cały wieczór, była jej sposobem, żeby zapłacić możliwe jak najmniej.

– Nie, dzięki – odparła.

Poprosił o rachunek.

Kelnerka przyniosła go na maleńkiej srebrnej paterze z dwoma lizakami o smaku ananasa i chili. Cujo sięgnął po rachunek.

– Ja stawiam. I tak zjadłem zdecydowanie więcej – stwierdził.

– Nie – zaprotestowała i położyła kartę kredytową na paterze. – To nie randka – przypomniała mu, mimo że zrobiło się jej trochę przykro, gdy to powiedziała. – Płacę za siebie.

Cujo wziął z patery kartę kredytową i przyjrzał się jej uważnie.

– Andrea?

– Nie znoszę tego imienia. Tylko mama tak do mnie mówi, i to kiedy jest na mnie zła. – Wzięła kartę Cujo. – Brody? Ładne imię. Skąd „Cujo”?

– To historia na inną okazję. – Zabrał swoją kartę, a jego palce delikatnie musnęły dłoń Drei. Postanowiła wyprzeć to, że przebiegł ją cudowny dreszcz. Przecież wcale nie takiego mężczyzny szuka, więc czemu tak na nią działa?

Kelnerka przyniosła terminal. Najpierw zapłacił Cujo, a kelnerka bardzo powoli oddała mu kartę kredytową. Wzięła kartę Drei i włożyła ją do czytnika.

– Przykro mi, Andreo. – Rzuciła jej spojrzenie, które wyrażało zupełnie co innego. – Twoja transakcja została odrzucona.

Drea poczuła, że robi się jej słabo. Zapłaciła ostatnio za lekarstwa mamy, ale nie sądziła, że tak mało zostało.

– Możemy spróbować jeszcze raz? – Policzki jej płonęły. Wbiła wzrok w stolik przerażona, że Cujo jest świadkiem takiego upokorzenia.

– Niestety, znów odrzucona. Możesz zapłacić gotówką albo wypróbujemy inną kartę – zaproponowała kelnerka.

Drea otworzyła portmonetkę. Cholera. Wszystkie napiwki zostawiła w szafce w kawiarni. Właśnie przekopywała kolejne rachunki i kopie recept, gdy poczuła jego dłoń na przedramieniu.

– Drea – zwrócił się do niej, ale bała się podnieść wzrok. Nie chciała jego litości ani wsparcia. – Drea, spójrz na mnie.

Spojrzała. Gdyby dał jej jeszcze tylko chwilę, na pewno zaraz by coś wymyśliła.

– Naprawdę, to tylko wypad na tanie meksykańskie żarcie z przyjacielem. Pozwól, że ja zapłacę. – Podał swoją kartę kelnerce i poczekał, aż nabije odpowiednią sumę.

Drea złapała swoje rzeczy i gwałtownie wstała.

– Przepraszam, wrócę do kawiarni po napiwki i wszystko ci oddam. Poczekaj na mnie na zewnątrz – wyrzuciła z siebie i wybiegła.

***

Cujo zapłacił, ignorując zupełnie otwarte propozycje ze strony kelnerki, żeby dał jej swój numer telefonu.

Drea wydawała się zdruzgotana. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, że dziewczyna może mieć problemy finansowe.

Zadzwonił do niej, ale odezwała się poczta głosowa: „Hej, tu Drea. Zostaw wiadomość, a jeśli jesteś fajny i cię lubię, to na pewno oddzwonię”.

Cujo się rozłączył. Z zasady się nie nagrywał. Nie znosił poczty głosowej. To było takie sztuczne. Ruszył truchtem w stronę kawiarni w nadziei, że dogoni Dreę.

Przecież to dziesięć dolarów, bez przesady. To nie problem.

Pchnął drzwi do kawiarni. Okazało się, że jest otwarte.

– Hej, mała, jesteś tam? – zawołał, ale odpowiedziała mu cisza.

Tylko na zapleczu paliło się światło. Może w pośpiechu zapomniała zamknąć frontowe drzwi? Taka lekkomyślność całkiem do niej pasowała, choć gdyby to był jego lokal, z pewnością by ją za to zwolnił.

Drea wyszła z zaplecza w towarzystwie jakiegoś kolesia – wyglądał jak kopia rockmana z lat osiemdziesiątych. Długie kręcone włosy, które przypominały bardzo źle zrobioną trwałą albo po prostu ktoś miał strasznego pecha urodzić się z taką szopą. Stara skórzana kurtka i zniszczone kowbojki dopełniały stylizacji. Cujo podejrzewał, że facet nie był w typie Drei, choć mocno obejmował ją ramieniem.

– Co tu się dzieje? Wszystko w porządku? – Przyjrzał się uważnie dziewczynie. Stała jak słup soli. Ręce trzymała przyciśnięte do boków.

– Wszystko dobrze – powiedziała nerwowo. – Dzięki za kolację, oddam ci… jutro. Lepiej… już idź.

Wcale nie wyglądała dobrze. Nie wspominała mu, że ma chłopaka, ale to przecież nie znaczyło, że się z kimś nie spotyka. Koleś wydawał się jednak dziwnie podejrzany.

– Słuchaj, stary. Wyjaśnisz mi, co tu się dzieje? – spytał, a Drea drgnęła, bo facet mocniej ją do siebie przyciągnął. To wystarczyło, żeby Cujo miał już pewność. Z całą pewnością nie chciała być tu teraz z tym gościem.

– Widzisz, znamy się z Andreą od dawna. Nie, Andrea? – rzucił nieznajomy.

Drea posłała Cujo przerażone spojrzenie. Nie było opcji, żeby to się działo z jej woli. Powietrze aż iskrzyło, a ona wciąż stała bez ruchu. I wtedy przypomniało mu się, że przecież laska nie znosi swojego imienia.

– Chodź, Andrea – rozkazał mężczyzna.

Coś tu było nie tak. I to bardzo nie tak.

Pokręciła głową.

– Proszę, Cujo, naprawdę, już idź. Wszystko gra – powiedziała błagalnym tonem.

– Jej tatuś poprosił, żebym sprawdził, czy córeczka daje sobie radę. Nie, Andrea?

– Proszę, idź już – powtórzyła jak echo dziwnie bezdźwięcznym głosem.

Cujo rozejrzał się za czymś, co mogłoby mu się przydać. Ale niestety do dyspozycji miał tylko swoje pięści. Na szczęście dzięki Frankiemu – trenerowi mieszanych sztuk walki – z całą pewnością był dobrze przygotowany na taką chwilę.

Zrobił krok w stronę drzwi, żeby zmylić kolesia. Wbrew jego intuicji Drea prosiła go, żeby poszedł. Ale intuicja jeszcze nigdy go nie zawiodła, więc rzucił się do przodu… akurat w momencie, gdy ten frajer wyciągnął pistolet i wycelował w głowę Drei.

Ja pierdolę, zaklął w duchu.

– Kiepski ruch – wycedził napastnik.