Różany eter - Julia Gambrot - ebook + audiobook
Opis

Miłość, medycyna i fascynująca podróż w czasy la belle époque!

Róża Zimmerman, wychowanka sierocińca, dostaje się na pierwszy rok studiów medycznych. Oprócz Róży rok akademicki zaczynają dwie inne studentki. Dziewczęta rozpoczynają niełatwą walkę o przetrwanie w męskim świecie, przeżywają pierwsze miłosne uniesienia i mierzą się z własnymi słabościami.
Jednocześnie Róża musi rozwikłać tajemnicę związaną ze swoim pochodzeniem. Ma wrażenie, że ktoś nieustannie podąża jej śladem, a od nieznajomego darczyńcy otrzymuje zaskakujący prezent. W mieście dochodzi do serii tajemniczych zabójstw, narasta atmosfera strachu, a gazety rozpisują się o zagadkowym człowieku w masce… Kim jest? Co łączy go z Różą? Czy bohaterce uda się odkryć prawdę o własnej przeszłości?

Pozwól się przenieść w czasy, kiedy pierwsze kobiety wkraczały w świat medycyny. Daj się uwieść mocy „Różanego eteru“!

Autorka książki - Julia Gambrot – na co dzień zajmuje się badaniem i leczeniem oczu i uważa, że największym szczęściem dla okulisty jest oślepnąć z miłości. Właścicielka dwóch kotów oraz psa, towarzyszących jej podczas pisania, które jest jej pasją. Życiowe motto Autorki mówi, że trzeba żyć tak, aby każdy dzień miał szansę stać się najpiękniejszym dniem życia. „Różany eter” to jej debiutancka powieść, wydana nakładem Liry.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 619

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 16 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Julia Gambrot, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © massonforstock/123rf.com,

Wellcome Collection (cc)

Zdjęcie Julii Gambrot: © archiwum Autorki

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Daria Paulina Domachowska

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-20-4 (EPUB); 978-83-66229-21-1 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

ROZDZIAŁ I

Opowieść ta zaczyna się u progu XX wieku, gdy ulicami pięknego miasta położonego nad Odrą przejeżdżają jeszcze tramwaje konne, damy przechadzają się ulicami w szeleszczących, bufiastych sukniach z gorsetem, gentlemani z długimi brodami, w cylindrach dyskutują na rogatkach, wciągając tabakę, a wieczorami w powietrzu unosi się zapach migoczących szarym światłem latarni gazowych i domowych lamp naftowych.

Był koniec września – najsłoneczniejszy, jaki pamiętam w moim życiu. Jakby chciał mi wynagrodzić ostatnie chwile przed rozpoczęciem studiów. Złote liście tańczyły wesoło jesienne tango wokół mojej rozłożystej spódnicy, a ja wirowałam wraz z nimi z radością. „Doktor Róża Zimmerman” – powtarzałam raz po raz w myślach i na głos słowa, które wydawały mi się tak niewiarygodne, że aż musiałam samą siebie do nich przekonywać. Spełniało się właśnie największe marzenie mojego życia. Zostałam przyjęta na medycynę – oprócz samych mężczyzn tylko ja i jeszcze dwie inne kobiety. Pomyśleć, że pośród nazwisk ponad stu mężczyzn, wykaligrafowanych starannie czarnym atramentem, na liście znalazły się także i nasze! Pierwsze kobiety w Niemczech, którym pozwolono zgłębiać tajniki ludzkiego ciała i ratowania życia – wiedzy tajemnej i nieograniczonej, do tej pory zarezerwowanej tylko dla płci męskiej. „Udowodnię im, że potrafię być tak samo twarda i silna jak oni!” – wykrzyknęłam w myślach i przyjrzałam się swojemu odbiciu w witrynie sklepowej. Moje rude loki niesfornie ułożyły się na czole, w zielonych oczach błyszczały iskry podniecenia, a na policzkach pokazały się czerwone rumieńce. Do tego przekrzywiony kapelusz i parasolka zwichrowana od tańczenia na wietrze. Miałam dopiero osiemnaście lat, przede mną było przecież całe życie! Uśmiechnęłam się więc do swojego odbicia i ruszyłam z nową energią w stronę neogotyckich zabudowań z czerwonej cegły należących do uniwersytetu medycznego, zbudowanego całkiem niedawno za odszkodowania zapłacone przez Francuzów po przegranej wojnie. Przebiegłam pośpiesznie ulicę, nie patrząc na boki, omal nie tracąc życia pod końskimi kopytami i nieomal wpadając w kałużę. Usłyszałam tylko gwizd rozjuszonego woźnicy, który dorzucił jeszcze kilka przekleństw, ale byłam już na szczęście daleko – bezpieczna na chodniku. Stanęłam przed żeliwną bramą i przez dłuższą chwilę przyglądałam się z dumą napisowi: Collegium anatomicum. Niebawem będę chodzić tutaj na seminaria i zgłębiać tajemnice budowy anatomicznej człowieka. Wzruszenie ścisnęło mi gardło. Czułam, że jest to wielka, przełomowa chwila – po raz pierwszy przekroczę próg mojej Alma Mater. Ten podniosły moment przerwał nagle męski, nieco piskliwy głos, który sprawił, że aż zakłuło mnie w uszach:

– Zgubiła się panienka? – zapytał życzliwie mężczyzna.

– Nie, dziękuję panu za troskę. Przyszłam tylko sprawdzić, o której godzinie zaczynają się pierwsze zajęcia. Czy wie pan może, w jakiej sali odbywają się wykłady? – zapytałam i z dumą spojrzałam w stronę niskiego, nieco korpulentnego mężczyzny, którego twarz zdobiły grube binokle.

– Wykłady? – odparł takim tonem, jakbym pytała o drogę na księżyc. Jego długi, garbaty nos wydłużył się jeszcze bardziej, jakby węszył jakiś podstęp.

– Zgadza się, jestem tutaj dopiero pierwszy raz i niestety jeszcze nie znam uczelni.

– Ależ szkoła dla pielęgniarek jest zupełnie gdzie indziej! – odpowiedział i z politowaniem machnął ręką, jakbym była nierozgarniętym dzieckiem. – Tutaj kształcą się tylko przyszli lekarze!

– Wiem o tym, ale tak się składa, że jestem jednym z nich. Od niedawna zawód ten mogą też wykonywać kobiety! Gdyby mi pan... – zaczęłam rozpaczliwie, czując negatywne nastawienie rozmówcy, które wyrażał każdym swym gestem i przeszywającym spojrzeniem, ale nie zdołałam dojść do orzeczenia w zdaniu, gdy przerwał mi kategorycznym tonem:

– Kobieta lekarz?! Nie sądziłem, że dożyję takich strasznych czasów! – to mówiąc, chwycił rozpaczliwie za resztki swoich siwych włosów i zaczął je bezlitośnie szarpać, jakby strach przed całkowitym wyłysieniem zupełnie go opuścił. – Przecież to oznacza koniec prawdziwej medycyny! Zbezczeszczenie tego zawodu... I prawo tego nie zabrania? – Spojrzał na mnie bezradnie i dopiero wtedy zauważyłam, że jedno oko mojego rozmówcy wystaje bardziej od drugiego, jakby miało wypaść z oczodołu. Tak bardzo zafascynowało mnie moje odkrycie, że przez chwilę całkowicie wyłączyłam się z słuchania jego wywodów, całą uwagę skupiając na jego twarzy. Tak bardzo chciałam wiedzieć, co mu dolega, dopaść do tych wszystkich książek, które czekają na mnie w ogromnej bibliotece, i rozpoznać chorobę. Mężczyzna najwyraźniej zorientował się, że dostrzegłam jego defekt, bo poprawił binokle, nasuwając je głębiej na nos, a twarz spłonęła mu rumieńcem niczym dojrzała piwonia. Wzrok tymczasem krążył nerwowo po otoczeniu, szukając punktu zaczepienia – jak u kameleona, którego widziałam kiedyś w ogrodzie zoologicznym. Czując się obnażony, postanowił chrząknąć impertynencko na zakończenie rozmowy, po czym bez pożegnania odwrócił się na pięcie, odchodząc pośpiesznie. To wyłupiaste oko nie dawało mi później długo spokoju. Jednakże zdarzenia kolejnych dni przyćmiły wspomnienie o tym spotkaniu.

Wbiegłam na górę kamiennymi schodami uczelni, omal nie potykając się o rąbek spódnicy. Pchnęłam z całej siły ogromne drzwi, które wydawały mi się wtedy bramą do raju. I wtedy poczułam ten zapach, który miał mi towarzyszyć już zawsze. Słodkawomdły, delikatnie drażniący nozdrza, a zarazem niepokojący, złowrogi, powodujący, że serce zaczynało mi bić szybciej, a na skórze pojawiała się gęsia skórka. Dopiero później dowiedziałam się, że tak właśnie pachnie śmierć... W pobliżu musiała znajdować się sala sekcyjna.

Ruszyłam ciemnym korytarzem, oświetlanym przez dymiące lampy i wtedy na jego końcu dostrzegłam drobną postać. Z oddali wydawała mi się bardzo krucha, jakby była jedynie iluzją. Słysząc moje kroki, postać odwróciła głowę, którą oplatały piękne blond loki, nienagannie ufryzowane. Widząc to, szybko poprawiłam swoje niesforne kosmyki. Oczy miała tak wielkie, że można było się w nich przejrzeć. Miały kolor niezapominajek. Jej twarz była tak blada, jakby ktoś posypał ją mąką. Pomyślałabym, że to anioł właśnie spadł z nieba i że za chwilę wyciągnie z torby skrzydła, by odlecieć, gdyby nie to, że tajemnicza osoba odezwała się do mnie:

– Dzień dobry! Czy będziemy miały przyjemność razem studiować? – Na zakończenie uśmiechnęła się bladymi ustami, ukazując drobne, perłowe zęby. Tak poznałam Lilię von Schiller, moją późniejszą najlepszą przyjaciółkę.

– Ależ tak! – wypaliłam, nie dbając o konwenanse. Miałam wielką ochotę rzucić się jej na szyję. Czułam się tak, jakbym spotkała swoją rodzoną siostrę, której nigdy w życiu nie miałam. W końcu łączyło nas tak wiele – obie byłyśmy skłonne poświęcić swoje życie dla medycyny.

– Bardzo mi miło. Mam na imię Lilia – rzekła i wyciągnęła dłoń w geście powitania, ściągając uprzednio koronkową rękawiczkę. Uścisnęłam ją energicznie. Wydawała mi się tak mała i krucha, jakby ktoś wyrzeźbił ją z kryształu. Osoba mająca takie dłonie powinna być artystką, malować kwiaty, pisać wiersze albo grać na pianinie. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że te ręce będą wyciągać kule żołnierzom na froncie, amputować kończyny i odbierać porody, nigdy bym mu nie uwierzyła. Wszak nie do tego były stworzone.

– Mnie również bardzo miło! Jestem Róża. Tak się cieszę, że cię tutaj spotkałam. Bałam się, że będę błąkać się zupełnie sama po tym przerażającym, ciemnym budynku, próbując odnaleźć audytorium. Nie mogę się już doczekać naszych pierwszych zajęć!

– Podobno od razu mamy zacząć sekcją zwłok – odparła Lilia i stała się jeszcze bardziej blada, choć przy jej karnacji było to prawie niemożliwe.

– Cóż... – jęknęłam, przełykając głośno ślinę.

Słowo „sekcja” i u mnie wywołało niemiłe dreszcze, aczkolwiek w swoim życiu już kilkakrotnie widziałam martwego człowieka.

Moja matka zmarła w trudach porodu, zaraz po moim urodzeniu, a ja zostałam porzucona przez mojego ojca pod bramą klasztoru jako mała dziewczynka – zbyt mała, by móc cokolwiek zapamiętać ze swojej przeszłości. Działo się to w czasach epidemii ospy. Słuch po moim ojcu szybko zaginął. Pojawiły się doniesienia, że odszedł wkrótce po tym, jak mnie porzucił – podobno umarł na zarazę. Nigdy nie dociekałam, co się z nim stało. Miałam do niego żal, że tak mnie skrzywdził. Wychowałam się w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne, które często pomagały chorym i bezdomnym włóczęgom oraz innym biedakom, których nie było stać na leczenie. Zdarzało się, że nic nie można było już dla nich zrobić, wtedy miałam okazję towarzyszyć im w ostatnich chwilach życia. To właśnie wtedy zapragnęłam zostać lekarzem i obiecałam sobie, że używając całej swojej wiedzy, zrobię wszystko, by uratować każde istnienie ludzkie. Żadna z zakonnic nie miała wykształcenia medycznego – wiedzę, jaką posiadały, nabyły głównie dzięki doświadczeniu. Zdobyły je, pomagając w różnych szpitalach lub na froncie wojennym. Częściowo przejęłam od nich te umiejętności: zgłębiałam tajniki ziołolecznictwa, opatrywania i leczenia ran, nacinania ropni oraz odbierania porodów. Miałam jedną bardzo mądrą nauczycielkę – siostrę Anastazję. Była dla mnie jak matka, inna od pozostałych. Otaczała mnie czułością i opieką. To ona nauczyła mnie miłości do książek oraz wiedzy i to właśnie dzięki niej byłam dziś studentką medycyny. To ona kazała mi zawsze przekraczać horyzonty mojej wyobraźni i podnosić się z każdej porażki, by iść dalej naprzód. Kiedyś zwierzyłam jej się, że moim marzeniem jest ratowanie chorych i że, ponieważ kobieta nie może być lekarzem, chciałabym zostać chociaż pielęgniarką. Odpowiedziała mi wówczas, iż czuje, że dokonam w życiu czegoś wielkiego oraz że w Ameryce są już pierwsze kobiety, które ukończyły medycynę, więc pewnie to tylko kwestia czasu, kiedy i w Europie będzie to możliwe. Nie myliła się! W 1897 roku wydano ustawę, która otworzyła płci pięknej drzwi uniwersytetów medycznych.

– W sumie nie ma się czego bać – odparła mi moja rozmówczyni, wracając po chwili milczenia do rozmowy. – Mój ojciec, który jest chirurgiem, opowiadał mi, jak wygląda badanie pośmiertne zwłok.

Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że Lilia była córką profesora i pochodziła z arystokratycznej rodziny. Z natury była bardzo skromna i cicha. Trzeba było dobrze ją poznać, by odkryć w niej nieziemskie pokłady poczucia humoru oraz ogromną siłę ducha, jaką miała w sobie.

– A więc nie jesteś pierwsza w twojej rodzinie, która zostanie lekarzem! – zawołałam entuzjastycznie.

– Nie... W sumie miałam kilku medyków w mojej familii – odrzekła, spuszczając wzrok.

– Moi przodkowie zbierali rannych po bitwie pod Lipskiem w 1813 roku. Ja będę szóstym pokoleniem lekarzy, gdy tylko skończę studia – do naszej rozmowy wtrącił się obcy mężczyzna. Ujrzałam ciemnowłosego młodzieńca z zawadiacko przekrzywionym kapeluszem, wypinającego dumnie pierś. – Czy mogę w czymś pomóc szanownym damom? – zaoferował się chętnie.

– Dziękuję, wydaje mi się, że wszystko już wiemy. Jutro pozostaje nam stawić się punktualnie na zajęcia – odparła Lilia, zupełnie ignorując jego wdzięki.

– Doprawdy, gdy ujrzałem te kobiece imiona na liście przyjętych, byłem przekonany, że to jakaś straszna pomyłka! Cóż, jestem pewien, że po pierwszych zajęciach wszystkie panie zrezygnują z mrzonek o studiowaniu medycyny i oddadzą się temu, do czego kobieta została stworzona.

– A do czego pana zdaniem zostałyśmy stworzone? Do rodzenia dzieci? Do zadowalania mężczyzn?

Nie spodziewałam się takiego wybuchu złości po łagodnym obliczu Lilii.

– Wkrótce zapewne sama pani to zrozumie. Żegnam uprzejmie – to powiedziawszy, skłonił się, udając fałszywą galanterię.

– Co za impertynent! Nienawidzę takich mężczyzn! – bulwersowała się Lilia. – Ja chyba nigdy nie zostanę czyjąś żoną. Oddam się w pełni chirurgii, jak mój ojciec! Jeszcze im wszystkim pokażę! – odgrażała się.

Od początku podziwiałam w niej tę nadludzką siłę i upór, jakimi została obdarzona, i nie miałam wątpliwości, że zrealizuje wszystko to, co sobie obiecywała.

Nastał wreszcie długo oczekiwany dzień rozpoczęcia studiów. Pamiętam jak przez mgłę wielkie audytorium, którego mrok rozświetlały dymiące lampy i migocące świece oraz słowa łacińskiej pieśni Gaudeamus igitur, rozchodzące się echem wśród murów uczelni. Na uroczystość stawiło się całe grono profesorskie ubrane w czerwone togi z futrem z gronostajów. Pamiętam słowa rektora, który mówił, że medycynę studiują tylko najwybitniejsi ludzie na świecie oraz że praca lekarza to misja, służenie chorym, a ich dozgonna wdzięczność oraz niewysłowiona radość z ocalenia i przedłużenia życia pacjentowi to dla lekarza największa zapłata. Chłonęłam te wszystkie słowa, zastanawiając się w głębi duszy, czy podołam nowym wyzwaniom.

Później nadszedł czas na pierwsze zajęcia. Stanęłyśmy w grupie przed salą sekcyjną, ale żaden z naszych kolegów nie rozmawiał z nami, traktując nas jak powietrze. Asystent, który przyszedł otworzyć pomieszczenie, nie obdarzył nas ani jednym spojrzeniem.

– Panowie, zapraszam do środka – rzekł oschłym tonem, zupełnie pomijając naszą obecność w grupie. – Wejdziecie dopiero na końcu i zajmiecie ostatni rząd – upomniał nas.

– Muszę dbać o jakieś dobre zasady!

Najwyraźniej fakt, że zaczęłyśmy studiować medycynę, pozbawił nas w oczach tamtych mężczyzn statusu kobiety i damy. Poczułam w sercu ukłucie smutku, bo zupełnie inaczej wyobrażałam sobie tę wielką chwilę. Widziałam, jak cicho podśmiewają się z nas, gdy ostrożnie, podtrzymując w górze suknię, wchodziłyśmy pod schodach amfiteatru, by zająć przydzielone nam miejsca. Postanowiłyśmy jednak przyjmować wszystko z godnością. Na korytarzu zrobiło się małe zamieszanie i nagle do sali wbiegła jeszcze jedna nasza koleżanka w towarzystwie mężczyzny.

– Dołączy pani do górnego rzędu – skierował ją w naszą stronę asystent. – A pana zapraszam tutaj do przodu, żeby lepiej pan widział – zwrócił się do jej towarzysza. Ponownie poczułam bolesne ukłucie.

– Jestem Iris Selinger – przedstawiła się nam. Miała czarne kręcone włosy, sięgające do ramion, upięte jedynie spinką, ciemne oczy o migdałowatym kształcie, bladą cerę, wąski i lekko garbaty nos. Jej uroda zdradzała żydowskie pochodzenie.

– Cicho tam! Nie przeszkadzać! – warknął niemile asystent w naszą stronę. Struchlałam ze strachu, bojąc się nawet oddychać zbyt głośno. Znajdowałyśmy się w pomieszczeniu, pośrodku którego stał betonowy stół sekcyjny, różniący się od normalnego stołu tym, że miał specjalny otwór i bruzdy, którymi miała spływać krew oraz inne wydzieliny ciała. Po chwili wniesiono do środka owinięte w płótno zwłoki, które okazały się należeć do mężczyzny.

– Nazywam się August Razer i będę prowadził ćwiczenia prosektoryjne. Dzisiaj sam przeprowadzę sekcję demonstracyjną, ale od następnych zajęć będą to już robić studenci, żeby zaliczyć ćwiczenia – poinformował nas. Wzdrygnęłam się na samą myśl.

Autopsja rozpoczęła się od otwarcia czaszki i wyjęcia na zewnątrz mózgu, który pokrojono na cienkie plasterki. Patrząc na to, myślałam tylko o tym, że tam zapisane są czyjeś myśli, marzenia, wspomnienia, tęsknoty, miłości, a teraz ktoś kroi to wszystko nożem sekcyjnym...

– Widzicie, jak tkanka przylega do ostrza? – zademonstrował, unosząc preparat. – To świadczy o jej malacji!

Potem wyjął serce wraz z płucami. Patrzyłam na ten stosunkowo mały narząd i zastanawiałam się, jak to możliwe, że swoim biciem jest w stanie utrzymać przy życiu człowieka, nie tracąc sił przez wiele lat. Znosiłam dobrze wszystkie etapy sekcji, dopóki asystent nie doszedł do żołądka i jelit.

– Zaraz się przekonamy, co było ostatnim posiłkiem nieboszczyka – to powiedziawszy, rozkroił przewód pokarmowy, z którego wylała się częściowo strawiona treść. Poczułam, jak robi mi się słabo i czarno przed oczami. Pośpiesznie sięgnęłam po chusteczkę i zakryłam nią usta.

– Musisz dać radę! – szepnęła Lilia, widząc, w jakim jestem stanie. – Czekają nas przecież jeszcze gorsze rzeczy – dodała na pocieszenie. Uśmiechnęłam się blado, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa.

Ucieszyłam się bardzo, gdy zajęcia wreszcie dobiegły końca i znalazłyśmy się znów na świeżym powietrzu. Usiadłyśmy na ławce przed budynkiem, w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, obserwując jesienne niebo i przelatujące po nim klucze dzikich kaczek.

– Nie wiedziałam, że to wszystko będzie takie trudne... – wyszeptałam, starając się wymazać z pamięci wszystkie obrazy, jakie tego dnia zobaczyłam.

– Chyba nie zamierzasz się poddać już na samym początku? – spytała mnie badawczo Lilia. – Wiesz, ktoś kiedyś powiedział, że nie można narzekać, że ma się w życiu pod górę, jeśli zmierza się na sam szczyt...

Pokręciłam przecząco głową, uśmiechając się.

– Nie, nigdy się nie poddam! – odparłam z pełnym przekonaniem. – Medycyna to przecież całe moje życie...

ROZDZIAŁ II

Zbliżał się koniec października. Jesienne słońce pojawiało się coraz rzadziej na niebie, które teraz przybierało najróżniejsze odcienie szarości. Skończyła się również pora złotych liści, a nagie drzewa złowrogo trzeszczały, uginając się pod naporem zimnego wiatru. Ćwiczenia prosektoryjne, które kończyły się często późno wieczorem, kiedy dymiły już latarnie naftowe, napawały mnie irracjonalnym strachem wywołującym dreszcze na ciele, gdy wracałam do domu w mglistą pogodę. Bałam się zwierzyć komuś z moich odczuć, starałam się skrzętnie to ukryć. Obecność kobiet na zajęciach, do tej pory zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn, i tak była źródłem niekończących się docinek naszych kolegów z roku – nie chciałam dawać im kolejnych powodów do satysfakcji. Poznawaliśmy po kolei wszystkie kości tworzące szkielet, potem ścięgna i mięśnie, nerwy, tętnice oraz żyły. Tajniki anatomii zgłębialiśmy również na wiekowych preparatach, wyjmowanych z formaliny specjalnie na potrzeby tych zajęć. Największe wrażenie zrobił na mnie widok rąk, palców i paznokci. Często można było poznać po ich wyglądzie, czy były to dłonie kobiece czy też męskie. Nie mogłam pozbyć się myśli, do kogo należały i co robiły za życia. Myślałam o tych wszystkich anonimowych szczątkach, które kiedyś tworzyły przecież fragmenty ludzkiego ciała – takiego jak moje. Odwlekałam zawsze moment wejścia na salę sekcyjną, udając, że loki sprawiają mi kłopoty i muszę je poprawić. W rzeczywistości czekałam jednak, aż ustanie odgłos piłowania czaszki i zdążą ściągnąć skalp z głowy, tak by przesłonił twarz nieboszczyka. Wtedy stawał się on dla mnie zupełnie anonimowy – był jedynie ciałem, a nie miejscem, gdzie kiedyś mieszkała dusza. Mimo że starałam się przegonić myśli, które napływały do mojej głowy, nieuchronnie zastanawiałam się nad kruchością ludzkiego życia – nad jego sensem w obliczu nieuniknionej śmierci.

Dlatego też niezmiernie ucieszyłam się, gdy monotonię zajęć i ciągłej nauki przerwało zaproszenie na herbatę do Lilii. Powód był szczególny – po wielu miesiącach miał wrócić do domu jej brat Fryderyk, który wyjechał do Afryki, aby jako inżynier nadzorować budowę kolei w koloniach. Poznanie człowieka, którego noga stała na innym kontynencie – pośród dzikich tubylców, lwów i jadowitych gadów – wydawało mi się ekscytujące. Wcześniej czytałam tylko w gazetach urywki wspomnień takich osób. Na spotkanie miały przybyć jeszcze dwie przyjaciółki Lilii, z których jedna była narzeczoną jej brata.

Punktualnie o godzinie czwartej popołudniu podjechał po mnie powóz państwa von Schillerów. Lilia nie chciała pozwolić mi na samotną podróż przez mgliste, zabłocone ulice, pełne ogromnych kałuż. Początkowo uważałam, że to zbędny luksus, jednak gdy włożyłam muślinową suknię koloru kości słoniowej – jedyną elegancką, jaką posiadałam, której falbany sięgały podłogi – stwierdziłam, że po podróży tramwajem konnym miałaby już kolor co najmniej parzonej kawy. W tak wytwornym towarzystwie mogłoby zostać to źle odebrane, a zależało mi na dobrym wrażeniu. Przed wyjściem zerknęłam w lustro i westchnęłam – moja cera w wyniku przewlekłego zmęczenia zrobiła się ostatnio ziemista, usta lekko blade, a i policzki nie były już tak rumiane jak wtedy, gdy padały na nie słoneczne promienie. Za to całą moją ozdobą pozostały kasztanowe włosy, które pięknie błyszczały, spięte jedynie jedwabną wstążką.

„Oj Różo, Różo!” – westchnęłam w myślach. „Kto by przypuszczał, że kiedykolwiek będziesz piła herbatę z wyższymi sferami. Czy ty – prosta, skromna dziewczyna będziesz do nich pasować?”. Zarazem pocieszałam się, że skoro Lilia jest tak wspaniałą osobą, to zapewne reszta rodziny musi być do niej podobna.

Gdy zeszłam na dół, stangret ubrany w elegancki surdut skłonił mi się usłużnie, uchylając rąbka kapelusza, po czym pomógł wsiąść do powozu. Przez całą drogę starał się prowadzić kurtuazyjną rozmowę, w której, jak miałam wrażenie, nie wypadłam najlepiej, ponieważ wątki wyjątkowo mi się nie kleiły. Nie byłam też przyzwyczajona do takiej uniżoności wobec mnie. Było to dosyć krępujące. Nawet nie zdążyłam poprawić sobie włosów, które nie chciały się w żadnym razie podporządkować zaplanowanej fryzurze, gdy oto zatrzymaliśmy się przed wejściem do pięknej zabytkowej willi z kolumnami oraz wielkim podjazdem dla karet i powozów. Drzwi uchyliły się i stanął w nich wąsaty kamerdyner ubrany w liberię, przypominający wyglądem pulchnego pączka. Uśmiechnęłam się do niego, od razu czując sympatię, mimo że nie zamieniłam z nim ani jednego słowa. Stangret podszedł do mnie, podał mi rękę i pomógł wysiąść z powozu. Spojrzałam jeszcze raz w stronę wejścia i wtedy po raz pierwszy w życiu doznałam tego uczucia, którego do dziś nie potrafię nazwać. W drzwiach stał jasnowłosy mężczyzna o chabrowych oczach i sylwetce przypominającej posąg. Czupryna opadała mu na czoło. Odgarnął ją ręką, która wydała mi się tak szlachetna, kremowobiała, subtelna jak u pianisty. Stanęłam jak wryta. Moje serce zaczęło bić tak mocno, że jego pulsowanie czułam nawet w stopach. Zapatrzona i urzeczona chwilą, czułam, jak na moją twarz wstępują rumieńce. I wtedy stało się najgorsze. Nie słyszałam słów stangreta, który zapewne ostrzegał: „Niech panienka uważa na tę straszną kałużę!”, gdyż chwilę potem wpadłam w nią niczym śliwka w kompot. Usłyszałam chlupot błota, które rozpryskało się na mojej sukni. Musiałam wyglądać w tej chwili wyjątkowo rozpaczliwie – jak bezdomny pies i to w dodatku dalmatyńczyk, z uwagi na moje błotne cętki.

– Różo, biedactwo! – usłyszałam znajomy głos. – Mówiłam już tyle razy, żeby podjeżdżać powozem do tylnej bramy, gdy jest taka pogoda! Ta kałuża jest tu od zawsze, z powodu nierówności terenu! – dodała Lilia usprawiedliwiająco.

– Myślę, że w szafie mojej siostry znajdzie się coś na przebranie, chociaż nawet w tym stanie wygląda pani uroczo! – usłyszałam tuż nad uchem ciepły męski głos. Bałam się podnieść wzrok, wszak był to sprawca całego zamieszania w moim sercu. Musiałam jednak to zrobić, gdyż Lilia pełniła właściwie honory pani domu.

– Różo, moment może nie najszczęśliwszy, ale poznaj proszę mojego brata Fryderyka.

– Bardzo mi miło, jestem Róża Zim... – zaczęłam, lecz młodzieniec przerwał mi, ujmując zarazem szarmancko moją dłoń i składając na niej pocałunek.

– Wiele o pani słyszałem, Lilia pisała dużo w listach. Proszę zwracać się do mnie Fryderyk, bez „pan”! Nie lubię takich oficjalności! – rzekł, po czym po szelmowsku mrugnął do mnie okiem. Byłam w stanie tylko bąknąć jedno słowo:

– Dobrze – po czym znów poczułam, że rumieńce zalewają całą moją twarz. „Uspokój się, Różo, na litość boską! Co się z tobą dzieje? Zachowuj się przyzwoicie, przecież on ma narzeczoną, zaraz ją zresztą poznasz!” – zbeształam samą siebie, ale pomogło tylko na krótko. Weszłam do ogromnego holu oświetlonego kryształowym żyrandolem, po czym zostałam zaprowadzona do pokoju Lilii, który mieścił się na półpiętrze. Na szczęście, pomimo faktu, że Lilia była bardzo szczupła, znalazła się suknia, w którą się zmieściłam. Po chwili byłam gotowa i stanęłam w drzwiach salonu, gdzie siedziały dwie panienki zabawiane rozmową przez Fryderyka.

– Różo, poznaj Lottę i Gabrielę – rzekła gospodyni, a ja dygnęłam skromnie.

– Och, seledynowa koronka! Masz identyczną sukienkę jak Lilia! – przywitały mnie ich słowa. – Czy też kupiłaś ją w Paryżu? – padło ciekawskie pytanie.

Spojrzałam zakłopotana na moją rozmówczynię. Była to dziewczyna o alabastrowej cerze, wielkich, czarnych oczach i ciemnych lokach, ubrana w ciasny gorset. Chociaż mogła mieć najwyżej szesnaście lat, upinała już włosy wysoko, jak przystało na dorosłą damę. Przypominała bardziej lalkę niż kobietę.

– Ach, nie. – Machnęłam ręką i zaczerwieniłam się z zakłopotania. – W zasadzie to jest jej suknia, musiałam ją pożyczyć, ponieważ miałam mały wypadek po drodze.

– Suknie, suknie! W następnym sezonie i tak będą już niemodne! A pantofle, parasolki, torebki? To straszne, ile pieniędzy trzeba wydać, by nadążyć za modą! Jak będziesz następnym razem w Paryżu, mogę polecić ci krawca i kilka butików... Zakupiłam tam między innymi ten kapelusz – to powiedziawszy, wskazała z dumą w stronę krzesła, gdzie położyła swoje nakrycie głowy.

Miał on wymyślną draperię. Zauważyłam też, że był do niego przyczepiony wypchany, biały gołąb – bardzo modny w tym sezonie.

– Nigdy nie byłam w Paryżu – odparłam krótko i widząc, jak uśmieszek pogardy i wyższości pojawia się na usteczkach dziewczyny, poczułam złość wypełniającą całe moje ciało i pulsującą aż w skroniach.

– No cóż... Jakie to przykre, że nie każdy może sobie na to pozwolić! – wyraziła fałszywą litość nad moim losem ta zarozumiała brunetka, po czym kontynuowała wątek.

– Ale ja, jako córka barona, muszę przecież jakoś wyglądać, zbyt często bywam na salonach... – w tym momencie westchnęła teatralnie, jakby ubolewała nad swoją ciężką dolą.

Poczułam mocne ukłucie w sercu. W jednej sekundzie wydawało mi się, że znienawidziłam tę dziewczynę od stóp do głów. A może stało się to dopiero chwilę później, gdy dodała:

– Ja i mój narzeczony Fryderyk planujemy jechać w podróż poślubną po największych stolicach Europy. Już nie mogę się doczekać, gdy będę przebierać w tych wszystkich jedwabiach, klejnotach i...

– Lotto, zmiłuj się nad nami i nie nudź dziś więcej o modzie! – niespodziewanie wtrącił się do rozmowy brat Lilii. – Pani Róża ma nam na pewno coś ciekawszego do powiedzenia! – dodał i uśmiechnął się do mnie.

Ponownie mnie sparaliżowało. Jednak na pewno nie mniej niż młodą baronównę, która wyglądała teraz nadzwyczaj żałośnie, niczym pisklę wyrzucone z gniazda na bruk. Totalnie zbita z tropu biegała bezładnie wzrokiem po pokoju, nie mogąc znaleźć w swojej głowie stosownego kontrargumentu, zdecydowała się rzec:

– Twoje zachowanie nie było stosowne! Tak nie powinno się odnosić do dam!

– Któż powiedział, że chcę być gentlemanem? – odparł jej nieco cynicznie, na co Lotta wydęła histerycznie usta, prychając, by zaakcentować, jak bardzo jest dotknięta jego uwagą.

Na jej narzeczonym nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Wyciągnął z kieszeni cygaro i zaczął szukać zapałek.

– Może napijemy się herbaty, zaraz będą gorące ciasteczka owsiane! – próbowała ratować sytuację Lilia, która do tej pory przyglądała się biernie całemu zajściu, mocno przejęta całą sytuacją.

– Wyśmienity pomysł! – powiedziała Gabriela. – Czy masz jeszcze ten sok z malin?

– Jaki sok z malin! W tak zimny wieczór proponuję rum, żeby się rozgrzać, a potem tańce! – wypalił niespodziewanie Fryderyk.

– Pani Różo, pani musi zapewne pięknie tańczyć! Ktoś, kto ma taką talię i długą szyję, musi wyglądać w tańcu jak łabędź!

Po raz kolejny tego dnia zrobiłam się czerwona. Uwagi brata Lilli z jednej strony pochlebiały mi, z drugiej jednak wydawały mi się coraz bardziej niestosowne. Zwłaszcza w obecności Lotty, która była teraz purpurowa z oburzenia. „Przynajmniej kolor twarzy pasuje jej teraz do tej sukni z Paryża” – pomyślałam złośliwie, uśmiechając się do siebie w duszy.

– Fryderyku, myślę, że tańce trzeba będzie przełożyć na inny dzień... – rzekła zakłopotana Lilia. – Dziś nie jesteśmy gotowe!

– Myślę, że to nie jest najwłaściwszy czas i miejsce – zgodziłam się z nią.

– Ależ do tego nie trzeba się specjalnie szykować! Wystarczy tylko wsłuchać się w melodię, chłonąć ją całym ciałem, tak zwyczajnie jak płuca wciągają powietrze! Muzyka to pokarm dla duszy! – kontynuował Fryderyk, szeroko gestykulując. Mój wzrok ponownie spotkał się z jego spojrzeniem, a on znów mrugnął zawadiacko, a może mi się tylko tak zdawało. Niemniej spłoniłam się i poczułam krople potu na skórze. Kłopotliwą sytuację przerwała gosposia niosąca pachnący imbryk, do tego kruche ciastka i konfiturę. Lecz Fryderyk nie dał się łatwo zbić z tropu.

– Stanowczo, miłe panie, brakuje wam witalności! Może to przez tę pogodę, wszakże tak rzadko świeci tutaj słońce, które za to w Afryce jest prawdziwą udręką. Ale mam coś, co rozświetli wasze piękne oblicza! – rzekł tajemniczo, lustrując nas dokładnie wzrokiem. Spojrzałam w stronę Lilii, która tego wieczoru wydawała się być wyjątkowo smutna, jakby zgaszona. Zastanawiałam się, co mogło ją trapić. Nie miałam jednak za wiele czasu, by o tym myśleć, bo jej brat wyciągnął z komody drewnianą skrzynkę zamykaną na kluczyk. Po chwili trzymał w ręku jej zawartość w postaci małego, płóciennego woreczka.

– To, co tutaj mam, znajduje się w samym sercu Afryki – szepnął Fryderyk, nadając chwili nieco podniosły charakter.

Każda z nas wpatrzona była teraz w niego jak w obrazek. Na jego twarzy pokazał się nieco zagadkowy uśmiech. Nie chciał trzymać nas dłużej w niepewności, więc po chwili odwinął zawiniątko. Naszym oczom ukazały się błyszczące klejnoty. Lotta z wrażenia aż wstrzymała oddech.

– Skąd to masz? – zapytała, chwytając mieniące się kamienie i gładząc je z lubością.

– To tajemnica! Mogę wam tylko powiedzieć, że cała Afryka jest nimi usłana, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać! A potem można brać je garściami, wypełniając wszystkie kieszenie! Ja zabrałem kilka skrzyń, jednak większość rozdałem napotkanym po drodze ludziom. Nie dbam o nie, wszak mogę w każdej chwili wrócić i przywieźć kolejne! – zakończył i spojrzał na nasze zdumione twarze z nieukrywaną satysfakcją.

– Bierzcie, panie, ode mnie ten skromny dar na pamiątkę! – zachęcał, po czym podsunął szlachetne kruszce w naszą stronę.

Jednak żadna z nas nie wyciągnęła po nie ręki. Czułam w głębi duszy, że nie powinnam przyjmować tak drogiego prezentu.

– Chcesz je tak po prostu rozdać? – jęknęła Lotta bliska płaczu na myśl, że zaraz te drogocenne kamienie rozejdą się do obcych rąk.

– Tak właśnie zamierzam zrobić. Wkrótce i tak zostanę milionerem! Otóż w czasie mojego pobytu na Czarnym Lądzie wydarzył się pewien incydent, który całkowicie odmienił moje życie... – zaczął opowieść, a my zamieniłyśmy się w słuch, chłonąc każde jego słowo.

– Nikt poza mną o niej nie wie, a teraz wy usłyszycie ją jako pierwsze... – to powiedziawszy, ściszył głos do szeptu, jakby miał zwierzyć się z największego sekretu.

– Otóż nadzorowałem budowę kolei, w samym sercu dzikiej i nieprzemierzonej dżungli, gdzie nigdy wcześniej nie stanęła noga białego człowieka, a jedyną łącznością ze światem były tratwy pływające po spienionych wodach rzeki Malagarasi, zamieszkałej przez monstrualnie wielkie krokodyle, które mogły połknąć człowieka jednym kłapnięciem paszczy. Wówczas wydarzyła się niezwykła historia. Okazało się, że nieopodal naszego obozowiska znajdowała się murzyńska wioska. Jej mieszkańcy długo ukrywali się przed nami. Początkowo myślałem, że był to strach przed białym człowiekiem, jednak okazało się, że jest to coś gorszego, co mogło i nam zagrozić.

Pewnego dnia, gdy zbliżał się już wieczór, usłyszałem w mroku bicie w bębny – tam-tamy, jakby obwieszczające ważne wydarzenie. Ich echo niosło w dal złowrogie brzmienie. Postanowiłem zawołać mojego ciemnoskórego chłopaka, który miał za zadanie mi usługiwać, i zapytać go, czy wie, o co chodzi, wszakże w jego żyłach płynęła murzyńska krew, więc musiał rozumieć wezwanie współplemieńców. Stanął przede mną na drżących ze strachu, chudych nogach, a w jego oczach malowało się przerażenie. „Bwana! My uciekać!” – mówił łamanym językiem. Roześmiałem się i powiedziałem mu, że nie widzę powodu ku temu, ale wtedy padł przede mną na kolana i zaczął odprawiać dziwne modły, jakby go jakiś zły duch opętał. Wreszcie, gdy krzyknąłem na niego, żeby się opamiętał, wydusił z siebie, o co chodzi. „Bwana! Złe Mzimu mieszka tutaj i zjadać lud!”. Zaintrygowany zapytałem, cóż to jest Mzimu, ale nie był w stanie mi wyjaśnić. Zażądałem więc, by zwołał grupę ochotników wyposażonych w strzelby i zaprowadził mnie do miejsca, skąd biły bębny. Po raz pierwszy nie chciał wykonać mojego rozkazu. Zaczął się rozpaczliwie miotać, ale postraszyłem go batami i zrobił to, o co go prosiłem.

Jechaliśmy na koniach, kordonem, jeden za drugim. Mieliśmy ze sobą naładowane strzelby. Robiło się coraz ciemniej, słychać było syk gadów, a gdzieniegdzie prześmiewcze wrzaski małp. Wreszcie dotarliśmy do niewielkiej osady. Moim oczom ukazały się najpierw płaczące żałośnie kobiety, które tarzały się w ziemi, posypując sobie nią głowy. Były tak zajęte swoim rytuałem, że nie spostrzegły naszej obecności. Ale zaraz wyskoczyli na nas wojownicy z dzidami, gotowi wbić je nam prosto w serca. Jeden wystrzał w niebo wystarczył, by legli przed nami z pokorą. Gdy rozejrzeliśmy się dokładniej, zobaczyłem w blasku ognia coś, co do dziś przyprawia mnie o dreszcze. Na czymś w rodzaju ołtarza wyścielonego liśćmi bananowca leżało ciało, które musiało należeć wcześniej do człowieka. Było jednak pozbawione głowy, a korpus był mocno zmasakrowany. Podszedłem bliżej mimo obrzydzenia. W tej temperaturze wszystko zaczynało szybko gnić. Wokół, mimo dymu, pojawiały się trupie muchy. Zobaczyłem, że nieszczęśnik ten musiał zostać poharatany przez jakąś dziką bestię – na jego kończynach wyraźnie odcisnęły się zwierzęce kły, a skóra była poprzecinana ogromnymi pazurami. Zawołałem ponownie do siebie Maolo, bo tak nazywał się mój afrykański sługa. Kazałem mu dowiedzieć się, czyje to zwłoki i co się stało, a sam wybrałem się do wioski. Po chwili wrócił, prowadząc kobietę otoczoną wianuszkiem małych dzieci, z których najmniejsze było jeszcze przy piersi. Na mój widok padła na kolana i szlochała żałośnie. „Bwana, to być wdowa. Wódz leżeć tam przy ogniu, zjedzony przez złe Mzimu! Trzeba uciekać” – dodał na koniec od siebie, ale widząc mój wzrok, zaraz pożałował tej uwagi. „Zostajemy tutaj! Już ja pokonam to wasze Mzimu, czy jak to tam zwiecie. Mnie ono nie straszne. Spytaj, gdzie ostatnio było widziane!” – odparłem, patrząc na ludzi, którzy zapewne w tamtej chwili musieli myśleć o mnie jak o szaleńcu. Okazało się, że „zły duch” nawiedzał wioskę w nocy albo wcześnie rano, napadając na chaty i wywlekając z nich swoje ofiary. Zadecydowałem więc, że zostaniemy tutaj na noc i poczekamy, aż wróci. Postawiłem warty, a sam zamknąłem oczy, starając się zaznać choć trochę odpoczynku. Czekała mnie przecież walka na śmierć i życie...

– I nie bałeś się ani przez chwilę? – przerwało opowieść nagłe pytanie Lotty.

– Pewnie, że się bałem! – padła odpowiedź Fryderyka, która wyraźnie nie usatysfakcjonowała jego narzeczonej. – Ale teraz już niczego się nie boję!

Gdy tubylcy poszli spać i już smacznie chrapali w swoich lepiankach, a pierwsze poranne ptaki zaczęły śpiewać, obwieszczając nadchodzący wschód słońca, nagle usłyszałem szelest liści i złowrogie pomrukiwania w mroku dżungli. Naszykowałem strzelbę i dałem znak ludziom, żeby byli ostrożni. Kolejne wydarzenia rozegrały się w ciągu sekundy. Najpierw usłyszałem żałosne rżenie konia, a potem rozdzierający ciszę ryk, który do dziś przyspiesza bicie mojego serca. Wystrzeliłem w kierunku, z którego dochodził głos, i musiałem trafić, bo „to coś” głośno zawyło i rzuciło się do ucieczki. Szybko więc dosiadłem swojego wierzchowca i ruszyłem w pogoń. Bestia musiała być ogromna, bo pod ciężarem jej stóp rozchodziło się rozległe dudnienie. Usłyszałem szum fal rzeki, która musiała być blisko. Po chwili byłem nad jej brzegiem, oświetlonym przez ognistą kulę wschodzącego słońca. Wtedy po raz pierwszy, a zarazem ostatni, spojrzałem w oblicze dzikiego zwierza. Stał przede mną ogromny lew, wiatr rozwiewał jego bujną grzywę. Dyszał ciężko, a z pyska kapała mu krew zmieszana z pianą. Nie zastanawiałem się długo, tylko wycelowałem w ludojada. Padł od pierwszego strzału... Zawsze byłem dobry w mierzeniu. Trafiłem go prosto między oczy, rozłupując mu czaszkę.

– Prawdziwy z ciebie bohater! – westchnęła głośno rozmarzona Lotta.

Ja też byłam pełna podziwu dla niego i tej opowieści. Zdziwiło mnie jednak zachowanie Lilii, która w dalszym ciągu milczała, jakby była czymś mocno zafrapowana. Przygryzała jedynie nerwowo usta. Postanowiłam, że później, gdy pozostali goście już sobie pójdą i zostaniemy same, wypytam ją i dowiem się, co się z nią dzieje.

– I co było dalej? – Gabriela nalegała na dalszą opowieść.

– Stałem nad jego ogromnym, jeszcze ciepłym cielskiem, patrząc, jak ucieka z niego życie – kontynuował Fryderyk. – Wtedy podbiegli do mnie tubylcy oraz moi ludzie i zaczęli podrzucać mnie na rękach. Od tej pory byłem czczony przez nich jak bóg. Składali mi swoje bogactwa w dziękczynnym darze. Wdowa po wodzu chciała ofiarować mi najstarszą ze swoich córek za żonę.

– Ale odmówiłeś?! – zapytała z niepokojem Lotta, łapiąc go kurczowo za rękaw.

– Cóż, gdybym nie odmówił, siedziałbym teraz na tronie jako wódz tamtej wioski i rozkoszował lenistwem w najlepszym dobrobycie – odrzekł, odchodząc na bok, by zapalić kolejne cygaro.

– Na koniec zaprowadzili mnie do miejsca, skąd wydobywa się te rzeczy – mówiąc to, wskazał na drogocenne kamienie. – Oni nie znali wartości tych klejnotów, toteż mogłem brać, ile chciałem. Okazało się, że w drodze powrotnej do Europy tym samym statkiem co ja płynął niejaki pan Fischmeister, który okazał się być jubilerem z samego Wiednia, poszukującym kruszców do swoich wyrobów.

– To ten, który miał projektować kolię dla cesarzowej? – spytała piskliwie mocno podniecona Lotta.

– Właśnie ten! Gdy opowiedziałem mu swoją historię, zaproponował mi, bym został jego wspólnikiem! Oczywiście od razu się zgodziłem. Żegnaj na zawsze, budowo kolei, witaj, nowe życie!

– Fryderyku, to wspaniała wiadomość! – pogratulowała mu Gabriela. – Lilu, powinnaś być dumna ze swojego brata! – zawołała, szturchając ją delikatnie. Ku mojemu zaskoczeniu, zamiast okazać entuzjazm, Lilia siedziała obok cicho, jakby była zupełnie nieobecna. Uśmiechnęła się tylko subtelnie – ledwie dostrzegalnie – jakby z grzeczności. Nie byłam w stanie zrozumieć jej zachowania i przyglądałam się jej badawczo.

– Fryderyku, cieszę się, że tak ci się powiodło. Ale uważam, że dopóki interes nie rozwinie się w pełni, nie powinieneś na razie rezygnować ze swojej pracy. Masz świetnie płatną posadę, możliwości awansu... – zaczęła nieśmiało po długiej chwili milczenia, cedząc powoli każde słowo.

Brat jednak natychmiast przerwał jej.

– Nic podobnego! Już wysłałem pismo do gubernatora, że rezygnuję! Nie muszę się teraz martwić o cokolwiek!

– A co, jeśli nic z tego interesu nie wyjdzie? – spytała, rozkładając ręce.

– Widzę, że odziedziczyłaś po naszej świętej pamięci matce skłonność do melancholii! To właśnie wpędziło ją do grobu! – odparł jej wyraźnie rozdrażniony. – Dlaczego ma nie wyjść? Przecież to znak niebios, to dar, jaki otrzymałem. Jestem teraz wielki i niepokonany. Nawet jeśli spełniłby się twój czarny scenariusz, zawsze mogę wrócić do tamtej wioski afrykańskiej, jestem wszak dla nich jak Bóg! – zakończył, po czym wstał i nerwowo przechadzał się po pokoju.

Ciężka atmosfera zawisła w powietrzu, a ciszę wypełniającą pokój przerywało jedynie trzaskanie drewna w kominku i brzęczenie muchy. Uznałam, że najlepiej będzie pożegnać się w tym momencie. Zrobiło się też późno. Podobnego zdania byli pozostali goście. Dziękując za wizytę, udawałyśmy się powoli do wyjścia. Fryderyk odprowadzał nas do powozów, szarmancko całując na pożegnanie w rękę, a Lilia uściskała serdecznie każdą z nas.

Gdy wracałam do mojego miejsca zamieszkania, ciągle jeszcze rozmyślałam nad wydarzeniami dzisiejszego wieczoru. Brat Lilii wydawał się być przemiłym, otwartym na świat i nowe wyzwania człowiekiem, tryskającym energią niczym wulkan. Momentami jednak jego zachowanie zdawało się być mało taktowne i niestosowne do sytuacji. Intrygowała mnie też dziwna reakcja Lilii na opowieści Fryderyka. Ciekawiło mnie, czy kiedyś dowiem się, o co mogło w tym wszystkim chodzić. Moje rozmyślania przerwało nagle gwałtowne hamowanie powozu. Konie zarżały z niepokojem.

– Prrrrrrr – krzyknął stangret, aż po okolicy rozeszło się echo. Końskie kopyta zaryły w błocie, rozchlapując je na boki. Rzuciło mną tak mocno do przodu, że aż uderzyłam się w czoło o ścianę powozu. Wtem w nikłej poświacie księżyca ujrzałam zakapturzoną postać. Podniosła na chwilę głowę i obróciła się w moją stronę. Wtedy z przerażeniem dostrzegłam, że zamiast twarzy ma woskową maskę z wyciętymi otworami jedynie na usta i oczy. W blasku latarni jej oczy błysnęły upiornie. Z wrażenia krzyknęłam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. Woźnica również wrzeszczał z wściekłości, ale nie tracąc zimnej krwi, próbował dosięgnąć napastnika batem. Po chwili widziałam już tylko jego czarny płaszcz i jak kulejącym, pośpiesznym krokiem oddala się we mgle. Zniknął równie niespodziewanie, jak się pojawił.

– Nic panience nie jest? – ciszę dzwoniącą w uszach przerwało pytanie. Musiałam być wtedy blada, jakby mnie ktoś obsypał mąką.

– Nie... – odrzekłam niepewnie. – Kto to był? – zapytałam przerażona.

– A bo ja wiem! – odparł mój rozmówca, zupełnie niewzruszony całym zajściem, machając od niechcenia ręką. – Wtargnęło to nagle na drogę z pobocza, prosto pod kopyta i w ogóle nie patrząc! Skądkolwiek przyszło, już sobie poszło.

– On nie miał twarzy... – szepnęłam wciąż struchlała ze strachu.

– Co też panienka mówi! W ciemności pewnie jej się przywidziało!

– Miał woskową maskę... Taką straszną... – wyszeptałam, ale w odpowiedzi usłyszałam dobroduszny śmiech.

– Za dużo się panienka naczytała o Frankensteinie! – odpowiedział, po czym ruszyliśmy ponownie w drogę. Wsłuchując się w stukot kół wozu na bruku, nie mogłam zapomnieć o tym, co przed chwilą zobaczyłam. Byłam pewna, że woskowa maska na twarzy przechodnia nie była wytworem mojej wyobraźni. Rozmyślałam, kim był tajemniczy, zakapturzony człowiek, który po nocy przechadzał się ciemnymi ulicami, zakrywając przed światem swoją twarz? Dokąd zmierzał? Czego szukał? A na koniec zadałam sobie pytanie, które spowodowało ciarki na całym ciele: czy postać, którą spotkałam, w ogóle była człowiekiem?

Próbowałam włączyć w myślenie mój racjonalizm. Przecież jako przyszła lekarka nie powinnam wierzyć w istoty nadprzyrodzone. Gdy jednak zasypiałam w małym pokoiku w ciemnym klasztorze, gdzie mieściła się moja stancja, a nagie konary drzew sięgały zachłannie ku moim oknom, trudno było mi kierować się rozumem...

ROZDZIAŁ III

Najbardziej z wszystkich zajęć, jakie do tej pory mieliśmy na uczelni, spodobała mi się histologia. Każdy dostawał preparat, który trzeba było obejrzeć pod mikroskopem i przerysować ołówkiem do zeszytu. Obrazy, które rysowałam, tworzyły najprzeróżniejsze wzory. Fascynowało mnie, że te niepozorne komórki są w stanie stworzyć tak skomplikowaną istotę, jaką jest człowiek.

Nie obywało się oczywiście bez docinek ze strony mężczyzn, którzy przyjęli zgodny front – na każdym kroku starali się udowodnić nam, kobietom, naszą niższość. Z naszej trójki w nieco lepszej sytuacji była Lilia, której jako córce znanego chirurga czasem darowano przykre uwagi. Miałam wrażenie, że wpadła nawet w oko jednemu z naszych asystentów, który chociaż był w wieku jej ojca, robił sobie względem niej jakieś nadzieje. Teodor Heinberg, bo tak miał na nazwisko, był niewątpliwie postacią dość barwną. Miał podkręcone wąsy i siwą, długą brodę, a do tego rozczochraną czuprynę, jakby poraził go prąd. Wiecznie roztargniony i zatopiony w swoich myślach, rzadko schodził do nas na ziemię. Był lekko przygłuchawy na jedno ucho, bo jak się dowiedzieliśmy, podczas ostatniej wojny z Francją tuż obok niego wybuchła bomba, pozbawiając go błony bębenkowej. Wynikały z tego nieraz zabawne historie, bo rzadko kiedy rozumiał za pierwszym razem, co się do niego mówiło. Gdy nas odpytywał, chodząc po sali i spoglądając na nas groźnie, można było podpowiadać nieszczęśnikowi tak głośno, że chyba słyszał nas kataryniarz grający na pobliskim skwerku.

– Panno Zimmerman! – pewnego razu wyrwał mnie niespodziewanie do odpowiedzi – proszę wymienić mi przydatki skóry, jakie spotykamy u zwierząt – i tu spojrzał na mnie, marszcząc brwi.

Starałam się jak najszybciej pozbierać myśli, by nie dać satysfakcji kolegom, którzy porozumiewawczo szturchali się łokciami i mrugali do siebie.

– Paznokcie, pazury, włosy, łuski, pióra, kopyta, rogi... – zaczęłam wymieniać powoli.

– Panno Zimmerman! Nogi nie są przydatkiem! – skarcił mnie niezasłużenie, a po sali przemknął śmiech.

Zdenerwowana, że ktokolwiek mógł pomyśleć, iż mogłabym tak uważać, chciałam jak najszybciej wyjaśnić nieporozumienie, powtarzając wcześniejsze słowo głośniej, by tym razem dobrze mnie usłyszał, ale moja odpowiedź nałożyła się na jego kolejne pytanie: które z nich są swoiste dla naczelnych.

– Rogi!

– Z pewnością wiele pań „przyprawia panom rogi”, ale nie o to pytałem! – próbował być dowcipny, ale tylko wprawił mnie w jeszcze większą złość.

Machnął ręką na znak, że moja wypowiedź została zakończona, a mój przypadek traktuje jako zupełnie beznadziejny. Chwycił kredę i zaczął wypisywać na tablicy temat ćwiczeń. Ja zaś siedziałam w ławce narażona na kpinę i kąśliwe uwagi kolegów. Chwilę potem dostałam liścik od Lilii. Otworzyłam go i zobaczyłam rysunek z karykaturą Heinberga z wielkimi kręconymi rogami. Obie zachichotałyśmy mimowolnie. Asystent zobaczywszy to, chrząknął znacząco, jakby czując, że jest obiektem naszego śmiechu. Widziałam, że był teraz nieco zmieszany. Jego duma wyraźnie została urażona. Gdy oceniał rysunek Lilii przedstawiający preparat skóry, zamiast dotychczasowego, bezkrytycznego zachwytu tym razem czepiał się każdej kreski.

– Panno von Shiller! Gdzie panna widziała taki gruczoł potowy pod mikroskopem? Proszę mi go pokazać! To mi przypomina kłębowisko glist!

Jednak pod koniec zajęć już mu przeszło, bo powrócił do adorowania mojej przyjaciółki, kręcąc się obok niej jak owad wokół kwiatka.

Zastanawiało mnie, że do tej pory ani Lilii, ani mnie nie udało się znaleźć nici porozumienia z naszą trzecią koleżanką – Iris Selinger. Rzadko kiedy odzywała się do nas, unikając raczej naszego towarzystwa, ograniczając się jedynie do krótkich uwag. Siedziała w ostatniej ławce, pod samym oknem. W pełnym skupieniu oglądała preparat, przerysowując go skrupulatnie do zeszytu. Miałam wrażenie, że zakrywa swój notatnik, aby nikt inny nie mógł od niej odrysować. Wydawało mi się bardzo dziwne, że nie odczuwała żadnej potrzeby zbliżenia się do nas, kobiet – wszakże całą naszą trójkę łączyła wspólna dola pierwszych studentek medycyny.

Kiedyś przyuważyłam, że spotyka się z jednym z naszych kolegów, Ludwikiem Gestnerem. Widziałam ich raz na spacerze w parku, innym razem w kawiarni. Siedzieli nawet dość blisko siebie na wykładach, ale wówczas też za wiele ze sobą nie rozmawiali. Wykluczałam jednak, aby mogło zaistnieć między nimi jakiekolwiek głębsze uczucie. Ludwik był dziwnym mężczyzną – niski, chodził w dość charakterystyczny sposób, tak że można było poznać go z daleka. Był wyjątkowo małomówny, wręcz wydawał się gburowaty, a gdy się już odzywał, głos miał cichy i cienki. Podczas rozmowy odpowiadał lakonicznie, narzucając czuprynę na twarz. Wtedy ledwo można było spod niej dostrzec jego orzechowe oczy. Często spuszczał wzrok, wbijając go w ziemię, jakby skrywał w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Poza Iris praktycznie z nikim nie utrzymywał kontaktu. Czułam jednak, że w głębi swej istoty nie był chyba złym człowiekiem. O dziwo, z jego ust nigdy nie padła żadna przykra uwaga skierowana pod naszym adresem. Nie przyłączał się również do grona pozostałych młodzieńców, trzymając się zawsze na uboczu, nie paląc cygar ani nie używając tabaki. Do sali wykładowej wchodził zawsze na samym końcu – podobnie jak my, starając się, ku naszemu zaskoczeniu, przepuścić nas jako pierwsze. Przez swoje nietypowe zachowanie sam stawał się obiektem kpin ze strony kolegów. Chociaż mało go znałam, czułam do niego jakąś niejasną sympatię. Moje rozmyślania na temat osoby Ludwika przerwało szturchnięcie Lilii.

– Popatrz! – szepnęła, wskazując na okno. Po raz kolejny zobaczyłyśmy na dziedzińcu mężczyznę w starszym wieku, w długim płaszczu i czarnym cylindrze. Był mocno przygarbiony, miał jedną nogę drewnianą i kuśtykając, zmierzał w stronę wejścia do piwnicy w budynku stojącym naprzeciwko. I jak zawsze dźwigał czarny kufer sporych rozmiarów. Wreszcie zniknął nam z oczu. Po chwili w małym zakratowanym okienku pojawiło się wątłe światło świecy, ale zaraz potem zostało przysłonięte ciemną zasłoną. Wcześniej widziałyśmy go w kostnicy, jak przemykał pomiędzy stołami sekcyjnymi, tak jakby chciał, by nikt go nie zauważył. Innym razem, gdy już było ciemno, a zmieszana z dymem listopadowa mgła okrywała ulice, widziałam go, jak zamykał na kłódkę stare odrapane drzwi, które były bocznym wejściem do katedry medycyny sądowej.

– To Czarny Baron... – odrzekłam z przejęciem, tak bowiem nazwałyśmy nieznanego nam człowieka, który, ilekroć go widziałyśmy, intrygował nas swoją tajemniczością. Zarówno ja, jak i Lilia miałyśmy w sobie żyłkę detektywa lubiącego rozwiązywać zagadki, co w połączeniu z naszą bujną wyobraźnią stanowiło doskonałą mieszankę. Obydwie snułyśmy rozmaite przypuszczenia i spekulacje na temat tego człowieka: czym się właściwie zajmuje i co przenosi w swoim kufrze. Każde spotkanie z nim dostarczało nam nowych powodów do fantazjowania.

– Pójdziemy tam po zajęciach! Może wreszcie odkryjemy, kim jest i czym się zajmuje... – powiedziała Lilia, a ja przytaknęłam, od razu zgadując, o czym myśli. Po plecach przeszedł mi delikatny dreszcz – ze strachu pomieszanego z podnieceniem. Chociaż nie było jeszcze tak późno, zapadał zmrok. Myślałam, że nie doczekam się chwili, gdy wreszcie pan Heinberg spojrzy na zegarek i obwieści, że możemy iść do domu. Nie minęło kilka minut, a przemknęłyśmy z Lilią pod katedrą histologii, czekając, aż grupa studentów oddali się. Nikt nie mógł wiedzieć o naszym śledztwie. Gdy wreszcie zostałyśmy zupełnie same, z sercem na ramieniu odważyłyśmy się podejść do drzwi prowadzących do piwnicy. Lecz nagle struchlałyśmy. Usłyszałyśmy zgrzyt zamka, a potem ujrzałyśmy ciemną postać wychodzącą po schodach z piwnicy. Trzymała rower, który głośno klekotał. Schowałyśmy się za wielkim cisem, obserwując, jak Czarny Baron z trudem wytacza się na chodnik, załadowując niewielki pakunek i małą łopatę na bagażnik.

– Może powinnyśmy mu pomóc? – szepnęła Lilia, ale ja w odpowiedzi ścisnęłam tylko jej rękę na znak, że nigdzie się nie ruszamy. Po chwili wrócił jeszcze do środka po swój kufer, po czym załadował go na pojazd i prowadząc go przy nodze, ruszył w stronę bramy. Poczekałyśmy, aż oddali się na pewną odległość, i udałyśmy się za nim w bezpiecznej odległości, by nie mógł się zorientować, że za nim podążamy.

– Myślisz, że dobrze robimy? Może powinnyśmy dać sobie spokój? – zapytałam Lilię, ale ona najwyraźniej była tak samo przejęta sytuacją jak ja, bo odrzekła ledwie słyszalnie „Chodźmy za nim”. Szłyśmy bardzo długo wzdłuż brzegu rzeki, aż latarnie miejskie zaczęły być coraz rzadsze. Weszłyśmy na kamienistą, nierówną drogę. Po chwili zobaczyłyśmy w oddali, jak jego postać przechodzi przez bramę i znika za kamiennym murem. Gdy zbliżyłyśmy się do niego, w nikłej poświacie księżyca z trudem zdołałyśmy dostrzec wyryty na bramie napis, zarośnięty mchem wraz z upływem czasu: „Śmierć wrota życia”.

– To dawny cmentarz – wyszeptałam i pochwyciłam mocniej rękę Lilii, która była lodowata niczym u nieboszczyka. – Po co tutaj przyjechał? Nie powinnyśmy były go śledzić! Co nas podkusiło?

– Wracajmy... – jęknęła cicho, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie.

Wydawało mi się, że w tej ciszy, rozdzieranej co jakiś czas krakaniem wrony, słyszę bicie jej serca. Pociągnęłam ją za sobą. Przez chwilę oddalałyśmy się powoli, lecz gdy znalazłyśmy się wystarczająco daleko, puściłyśmy się dzikim pędem, omal nie gubiąc naszych notatników, nie wiedząc jeszcze wówczas, że nasze losy i los Czarnego Barona znów się kiedyś przetną.

ROZDZIAŁ IV

Szare jesienne dni mijały jeden za drugim. Sporą część czasu, oprócz anatomii, musiałyśmy poświęcić nauce łaciny. Trzeba było w tym języku pisać nieraz całe eseje, często o tematyce medyczno-filozoficznej, a do tego zapamiętać wszystkie anatomiczne nazwy części ciała oraz chorób. Najwięcej trudu sprawiało mi jednak opanowanie wszystkich deklinacji oraz koniugacji, które nigdy nie były moją mocną stroną. Repetitio mater studiorum est – powtarzał ze stoickim spokojem nasz nauczyciel, gdy byłam już bliska rozpaczy i miałam szczerą ochotę wyrzucić mój podręcznik przez okno. Studiowanie medycyny – niestety – często upływało w bólu i łzach.

Wydawało mi się, że Lotta von Buffo znienawidziła mnie od pierwszego wejrzenia podczas naszego spotkania w domu państwa von Schillerów. Jak podejrzewałam, głównie za sprawą zazdrości wzbudzonej zapewne zainteresowaniem, jakie okazał mi Fryderyk. Byłam więc niezmiernie zaskoczona, gdy pewnego popołudnia do mojego pokoju na stancji w klasztorze zapukał elegancki posłaniec, trzymając w ręku różowy pachnący liścik, który okazał się być zaproszeniem na podwieczorek do młodej baronówny. Chociaż sama miałam w stosunku do niej ambiwalentne uczucia, postanowiłam jej nie odmawiać i dać nam jeszcze jedną szansę na bliższe poznanie. Podwieczorek w jej domu to przecież doskonała okazja do zakopania toporów wojennych. Oprócz mnie miała przyjść jeszcze Lilia, z czego niezmiernie się ucieszyłam, a także dwie nieznane mi przyjaciółki Lotty.

Poczęstunek miał odbyć się nazajutrz, a szczęśliwym zbiegiem okoliczności zdołałam już opanować unaczynienie kończyny górnej. Czując się przygotowana do zajęć prosektoryjnych, mogłam zabrać się do przygotowań stroju na wizytę u Lotty. Wyjęłam z szafy suknię z koronką, która wydawała mi się najstosowniejsza na tę okazję, aczkolwiek była dość skromna i trochę nadjedzona przez ząb czasu. Nie mogłam też w pełni ustrzec jej przed molami. Miała kolor oliwkowy, mocne wcięcie w talii, do tego bufiaste rękawy i wysoko postawiony koronkowy kołnierzyk z żabotem w kolorze jaśminowym. Kiedyś zapewne olśniewała, dziś mogła co najwyżej się podobać. Siostry zakonne otrzymały ją w darach od dobrych ludzi, podobnie jak inne części garderoby, w których chodziłam. Byłam dumna z jej posiadania, uważając, że podkreśla moje zielone oczy, nadając im wyraźnego blasku. Do drapowanego materiału przypięłam okrągłą broszkę z ametystem – prezent od siostry Anastazji za zdanie egzaminu wstępnego na studia. Zastanawiałam się, czy Lotta nie będzie zbulwersowana, że na taką uroczystość nie zdecydowałam się założyć gorsetu. Sama szczyciła się swoją talią osy, którą specjalnie eksponowała. Odkąd rozpoczęłam studia, zrezygnowałam jednak całkowicie z tego niepraktycznego dodatku do ubioru. Nosiłam go bardzo rzadko i zawsze czułam się w nim uwięziona, mając wrażenie, że wszystkie trzewia podchodzą mi do gardła. Ponieważ nie posiadam służącej, czułam się dodatkowo skrępowana koniecznością proszenia o pomoc przy zawiązaniu tego cuda. Włosy upięłam w elegancki kok, puszczając wolno jeden lok. Całość dopełnił kapelusz z piórem i woalką.

Musiałam wyjść znacznie wcześniej, bo nie byłam pewna, kiedy uda mi się złapać tramwaj. Jak na złość, gdy tylko wyszłam na ulicę, jesienne słońce schowało się za chmurami i zaraz zaczął padać rzęsisty deszcz, spływając obficie po moim palcie. Woda z chlupotem dostawała się pod falbany sukni – czułam, jak mokną mi trzewiki. W tej części miasta kanalizacja nie była jeszcze doprowadzona i woda tworzyła rwiste potoki na błotnistym chodniku. Na szczęście zabrałam ze sobą parasol, który dobrze mnie osłaniał, i brnęłam twardo przed siebie, aż dotarłam na przystanek. Wypatrywałam nadjeżdżającego pojazdu. Nie zauważyłam nawet, gdy po chwili podeszła do mnie nieznajoma kobieta. Na oko miała może około trzydziestu lat, a być może tylko postarzały ją rysy twarzy. Była niskiej postury, niezbyt urodziwa, a wokół ust widoczne były dziwne blizny. Pomimo jesiennego chłodu miała na sobie wyzywającą suknię z dekoltem.

– Poratuje panienka marką? – zapytała, okręcając się wokół latarni i chciwie wyciągając w moją stronę niedomytą dłoń. – Dzisiaj już chyba nic w taką pogodę nie zarobię.

W duszy uśmiechnęłam się, że chyba wyglądam na nieźle sytuowaną, skoro inni proszą mnie o jałmużnę. Musiałam jednak odpowiedzieć zgodnie z prawdą:

– Przykro mi, ale nie jestem w stanie. Natomiast mogę pani pomóc w inny sposób. Sama nie posiadam zbyt wiele pieniędzy, a jeszcze studiuję...

– Sierota? – podsumowała moje wywody słowem, które zakłuło mnie w sercu. Przytaknęłam w milczeniu głową.

– Ja też. Moja matka zmarła na syfilis, a ojca nie znałam – odpowiedziała, po czym splunęła pod nogi i uśmiechnęła się. Mój wzrok przykuł dziwny wygląd jej zębów – miały kształt ponadgryzanych półksiężyców. Wówczas jednak moja wiedza medyczna była jeszcze niewystarczająca, aby wiedzieć, co to oznacza.

– Jak ma pani na imię? – zapytałam, by przerwać męczącą ciszę.

– Frieda – odburknęła i zaczęła obgryzać brudne paznokcie, spluwając na chodnik. Po chwili zobaczyłam, jak zbliża się do niej garbaty mężczyzna. Miał krogulczy nos i szpiczaste uszy, a do tego był karłem. Wyglądał jak karykatura człowieka.

– Czy to pani mąż? – zapytałam, ale w odpowiedzi parsknęła dziwnym śmiechem. Cały jej sposób bycia wydawał się tak bardzo odpychający, że aż się wzdrygnęłam.

– Na mnie już czas – rzekła wyniośle, po czym oddaliła się, kręcąc ostentacyjnie biodrami. Zastanawiałam się, kim właściwie była. Obserwowałam ją jeszcze chwilę ukradkiem. Widziałam, jak karzeł robi jej o coś awanturę, ale właśnie nadjechał mój tramwaj. Szybko do niego wsiadłam i niemal natychmiast zapomniałam o całym zdarzeniu.

Zbliżałam się do domu baronówny. Był nim zabytkowy pałacyk cytrynowego koloru, stojący w zacisznym parku. Pomimo słotnej pory wyglądał wesoło w otoczeniu jesiennych drzew, na których zwisały ostatnie kolorowe liście, skurczone od porannych przymrozków. Kamerdyner otworzył mi drzwi i oświadczył, że baronówna Charlotta życzy sobie pić dzisiaj herbatę w salonie południowym. Wprowadzono mnie do sali o barwie dojrzałych brzoskwiń, pełnej marmurowych rzeźb. W jej centrum płonął kominek. Okazało się, że przybyłam pierwsza. Poproszono, abym usiadła i poczekała chwilę, aż moja gospodyni wyjdzie ze swojej garderoby. Nikt nie spodziewał się mojej obecności w bawialni. Nagle usłyszałam pośpieszne kroki na schodach i nerwową rozmowę.

– Lotta musi jak najszybciej wyjść za mąż! – mówił tonem nieznoszącym sprzeciwu męski głos.

– Nie chcesz, by najpierw ukończyła szkołę? – odparła kobieta.

– Szkołę? Przecież doskonale wiesz, że nie jest w stanie pójść na jakąkolwiek stancję! Muszę płacić za guwernantki.

– Ale ona ma dopiero piętnaście lat – jęknęła błagalnie kobieta. – Niedawno skończyła bawić się lalkami!

– Dobrze wiesz, że to będzie się tylko nasilać. Tak mówi doktor Kader! – odparł mężczyzna, kładąc szczególny nacisk na słowo „to”. Kobieta zaszlochała. – Nie ma na to rady! Nikt nie może się o tym dowiedzieć! Wówczas byłaby skończona. Nikt nie poślubi przecież kaleki. Czy ktoś obcy widział ją w czasie ataku?

– Nie, na szczęście nie. Ona czuje, jak to się zbliża i szybko się oddala. Wiemy tylko my i jej osobista służąca.

– Mów pozostałym, że to migrena – rozkazał jej.

– Zawsze tak robię... – odpowiedziała cicho kobieta, a po chwili dodała:

– Wychodzisz?

– Tak, jestem umówiony na grę w karty w klubie, wrócę późno.

Po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi frontowych i wszystko ucichło. Znów zapanowała dzwoniąca w uszach cisza, przerywana trzaskiem palącego się w kominku drewna. Nie mogłam przestać myśleć o rozmowie, którą przypadkowo podsłuchałam. Wszystko pulsowało mi w głowie, a najbardziej zdanie: „To będzie się tylko nasilać”. Co strasznego mogło się za tym kryć? Żałowałam, że nie przyjechałam wcześniej i nie byłam świadkiem całej wymiany zdań. Zrobiło mi się strasznie żal Lotty i chciałam jej pomóc. Być może to wszystko wyjaśniało jej nieznośny charakter. Siedziałam jeszcze chwilę sama, ale niebawem moja gospodyni weszła do salonu, wyjątkowo wystrojona – jakby miała podejmować na tym podwieczorku samą cesarzową. Była uczesana w kok, a na włosy miała nałożoną pomadę. Wraz z nią pojawiły się jej dwie przyjaciółki, z których jedna okazała się być jej kuzynką Hildą, a druga – o dość pretensjonalnie jak na mój gust brzmiącym imieniu Lukrecja – wiernym cieniem młodej baronówny. Chociaż nie były brzydkie, Lotta wyraźnie brylowała w ich towarzystwie, niczym wisienka na torcie. Zauważyłam, że sprawiało jej to niebywałą przyjemność. One – wpatrzone w nią jak w święty obrazek – przyklaskiwały wszystkiemu, co powiedziała. Nie minęła chwila, a w holu usłyszałam znajomy śmiech Lilii, a po chwili męski głos. Zamarłam na sekundę. Czyżby towarzyszył jej Fryderyk? Moje przypuszczenia po chwili potwierdziły się, bo do salonu weszli oboje. Brat Lilii rzucił się ku nam, kłaniając się w pas i szarmancko całując dłonie.

– Pani Różo, pani jest nieludzka! – powitał mnie zaskakująco wylewnie, a ja z zaskoczeniem spojrzałam mu w oczy. Poczułam intensywny zapach jego wody kolońskiej, który roztaczał w powietrzu.

– Za każdym razem, kiedy panią widzę, jest pani jeszcze piękniejsza i w ten sposób łamie tylko męskie serca, poświęcając się medycynie... – dodał, patrząc mi głęboko w oczy i składając gorący pocałunek na mojej dłoni, a jego zarost delikatnie podrapał moją skórę.

Speszyłam się ponownie na te słowa. Najwyraźniej musiał mieć do mnie pewną słabość. Ja, chociaż nie chciałam przed samą sobą przyznać się do tego, także odczuwałam dużą przyjemność, słysząc jego komplementy. Czułam na sobie zazdrosne i zaniepokojone spojrzenie Lotty, które, gdyby tylko mogło, najpewniej przewierciłoby mnie na wylot. Jej oczy były teraz stalowoszare i błyszczały wręcz złowrogo. Podeszła do swojego narzeczonego i szarpiąc go za rękaw od surduta, zmusiła do zajęcia miejsca obok siebie na sofie, a potem trzymała go kurczowo, jakby bała się, że ucieknie. Dopadły mnie wyrzuty sumienia i spuściłam wzrok.

– Ach, te kobiety... – westchnął Fryderyk i uśmiechnął się, zupełnie nieporuszony jej reakcją.

– Czujecie, jak pięknie pachnie moja woda toaletowa? – odezwała się niespodziewanie nasza gospodyni. – To Houbigant! Jeden z najstarszych i zarazem najdroższych domów perfumeryjnych. Podobno to właśnie ten zapach zdradził królową Marię Antoninę w czasie próby ucieczki – wyjaśniła, patrząc, czy jej opowieść wywarła należytą reakcję na zgromadzonych. Przyjaciółki natychmiast, jak na komendę, zaczęły się zachwycać jej perfumami, błagając, aby użyczyła im flakonika. Po chwili służąca wniosła kremówki, kawę zbożową i starą srebrną cukiernicę zamykaną na kluczyk. Dawniej zapewne chroniono w ten sposób kosztowny trzcinowy cukier przed jego nadmiernym spożyciem lub kradzieżą przez służbę.

– Hildo, ze swoją skłonnością do nadwagi uważałabym z tymi ciastkami! Już gorset ci się ledwo dopina – rzekła autorytatywnym tonem gospodyni.

Spodziewałam się jakiejś reakcji oburzenia na tę okrutną uwagę ze strony gościa, lecz ku mojemu zdziwieniu Hilda odpowiedziała jej spokojnie:

– Masz rację, Lotto, przecież moja babcia od strony matki zmarła od tego, że była za gruba! Nie powinnam iść w jej ślady – odrzekła, a w jej słowach nie było cienia ironii.

– Twoją babcię musiało nosić pięciu służących! – zaśmiała się złośliwie Lotta z błyskiem w oku, po czym dodała: – Była tak gruba, że musiała bokiem przechodzić przez drzwi! Poza tym od słodkości psuje się cera – to powiedziawszy, spojrzała wymownie w stronę swojej drugiej towarzyszki, która pod grubą warstwą pudru starała się ukryć niedoskonałości swojej skóry. Zapadło chwilowe niezręczne milczenie. Nasza gospodyni przeciągnęła się, wzdychając w teatralnym geście, w czym była mistrzynią, i zmieniła nagle temat:

– Jak to dobrze, że żadna z was nie ma jeszcze narzeczonego! Na pewno wyjdę za mąż jako pierwsza... – rozmarzyła się, zatapiając zęby w kremowym ciastku.

– Tego nigdy nie wiadomo – wypaliłam bez zastanowienia, a widząc rumieniec oburzenia na policzkach Lotty, zdałam sobie sprawę z tego, jaki popełniłam nietakt. Szybko dodałam więc.

– Z miłością jak z huraganem – nigdy nie wiesz, kiedy i dokąd cię porwie!

Lilia przyszła mi zaraz z pomocą:

– Ach tak, to prawda. Ja nawet jeszcze nigdy nie byłam naprawdę zakochana... – powiedziała, wpatrując się w ogień.

– Lotta też nie była – wypalił niespodziewanie Fryderyk, a jego narzeczona z oburzenia upuściła z rąk drogocenną porcelanę.

– Jak możesz tak mówić? – spytała głosem bliskim płaczu.

– Młoda damo, dobrze wiemy, że małżeństwo jest w naszym przypadku kontraktem korzystnym dla obydwu stron. Błękitna krew, majątek, wyższe sfery... Przecież miałaś być żoną mojego brata... Tak ustalili pomiędzy sobą nasi rodzice, kiedy tylko się urodziłaś, nie pytając cię nawet o zdanie.

– Brata? – spytałam zaskoczona, gdyż Lilia nigdy nie wspominała, że ma jeszcze jakieś rodzeństwo.

– Fryderyku, to nie jest dobra okazja, by wspominać Wilhelma! – upomniała go siostra.

– Dla naszego ojca każda okazja jest dobra, żeby wypomnieć mi, że nie jestem lekarzem! Zawsze podkreśla, jak wielki błąd popełniłem, nie zostając chirurgiem tak jak on! Niestety, swojego pierworodnego syna, który poszedł w jego ślady, stracił przedwcześnie... Ja jego zdaniem zmarnowałem swoje życie, bo dla niego inne zawody poza medycyną nie istnieją. Cóż, syna medyka mieć nie będzie, ale jeszcze w córce nadzieja! – urwał nagle swój wywód. Zapanowała niezręczna cisza, którą każdy bał się przerwać. Patrzyłam na wszystkich zgromadzonych, ale każdy uciekał gdzieś spojrzeniem. Nieopatrznie na moich oczach rozgrywał się dramat rodzinny. Wszystkie żale wypłynęły teraz na powierzchnię, psując bezpowrotnie podwieczorkową atmosferę. Zerknęłam dyskretnie na Fryderyka. Pomimo arogancji płynącej z jego wypowiedzi było mi go w głębi duszy szkoda. Musiał być bardzo nieszczęśliwy. Ktoś zaplanował mu życie, nie pytając go o zdanie. W pewnym sensie nasze położenie było podobne. Mój ojciec także zadecydował o tym, że wychowam się w sierocińcu, porzucając mnie i tym samym skazując mnie na zawsze na piętno sieroty.

Oblicze Lilii wyraźnie zbladło i posmutniało, jakby odżyły w niej przykre wspomnienia. Starałam się wesprzeć ją, chociażby życzliwym spojrzeniem. Zastanawiałam się, kim był Wilhelm i dlaczego do tej pory moja przyjaciółka ukrywała przede mną fakt, że miała jeszcze jednego brata. Nie ośmieliłabym się jednak nigdy zapytać ją o to. Sprawa była najwyraźniej bardzo delikatna, a każda wzmianka o nim powodowała ból i nerwową reakcję. Być może czas przyniesie odpowiedź na te pytania, które stawia teraźniejszość.