Różanooka - Konrad T. Lewandowski - ebook
Opis

Wielki powrót kultowej „Sagi o kotołaku”!

Przybrana córka Ksina, strzyga Irian zwana Różanooką, po tajemniczym zniknięciu ojca obejmuje stanowisko dowódcy gwardii królewskiej. Pewnego dnia w pałacu pojawia się młody weteran Mino Dergo. Przybywa do stolicy, gdyż kilka dni wcześniej spotkała go ogromna krzywda. I wtedy na Irian spada miłość, od której zawali się cały świat Międzykontynentu…

Od autora:

Drogi czytelniku, nawet jeśli czytałeś poprzednie wydania „Różanookiej”, nie znałeś dotąd tej opowieści. Dawne pomysły zostały rozwinięte, przybyły nowe wątki i zwrot akcji, który stawia wszystko na głowie. Nowa „Różanooka” nabrała wyrazistości i głębi, emocje bohaterów prawdziwego żaru: aż do szaleństwa, do śmierci i jeszcze dalej… Tak potrafią kochać tylko potwory Onego!

Konrad T. Lewandowski jest autorem poczytnych kryminałów historycznych, powieści historyczno-przygodowych, SF i fantasy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


KonradT. Lewandowski
Saga o kotołaku RÓŻANOOKA Fragment
Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

KSIN POCZĄTEK

KSIN DRAPIEŻCA

KSIN SOBOWTÓR

RÓŻANOOKA

W przygotowaniu

KSIN KOCZOWNIK

PRAWO ONEGO

Nad naturą Moc Ona

trwa, spod gwiazd przybyła,

w sam rdzeń żywota

wbita swoim żądłem.

Lęk przed Nią na wszystko

długie ręce kładzie.

Śmierć sługą posłusznym

jest na Onej dworze

i kornie pod osąd

oddaje swe łupy.

Skrzywdzona niewinność,

gdy nienawiść skazi,

przeciwny naturze

może wydać owoc.

Ten zaś, co naznaczył

zbrodniami swą drogę,

za życie plugawe

weźmie kły wampira.

Tejże, co przed gadem

otwiera swe łono,

za tę podłą rozkosz

da łeb i szpon strzygi.

Płód niepogrzebany,

spędzony ukradkiem,

na rozkaz Onego

przyjmie dziób porońca.

Ów, co swe nasienie

trzewiom wilka oddał,

za zniewagę Prawa

weźmie bure łapy.

Ci, co Moc Onego

dla siebie chcą posiąść,

za pychę tak wielką

śmierć poprzez jej Dzieci...

(fragment Kodeksu z Katidy,

Stary Suminor, rok 305 ery Onego)

1WISIELICA

Kamienie, które mijała, szydziły z niej swoją obojętnością. Porośnięte mchem i połyskujące bielą nadłupanych krawędzi, kanciaste i obłe. Wszystkie trwały tu dookoła, pogrążone w zachłannej kontemplacji swej niezmienności i martwoty. Chwilami miała wrażenie, że patrząc na nią, chełpią się tą swoją niezniszczalnością, a wtedy lodowaty skurcz chwytał ją za gardło i serce, po czym gwałtownym dreszczem przenikał całe ciało. Tak bardzo chciałaby stać się teraz jednym z nich. One wiedziały, na pewno musiały to wiedzieć, bo ich drwina z tej rozpaczliwej zazdrości przybierała na sile, przechodząc z wolna w szemrzący, szyderczy rechot.

Wyciągnięte leniwie przy ścieżce, siedzące wygodnie na wygniecionej darni, wszystkie wydawały z siebie ten sam pulsujący szept:

– Odchodzisz... Ty przemijasz, my zostajemy... zostajemy... zostajeeemyyy...

– Nie! Nieeee!!! – Związane na plecach ramiona wyprężyły się nagle i mocno szarpnęły sznurami. Palce zwinęły się w pięści, chwytając powietrze. – Nie!!! To nie ja! Nie ja!!! Niewinna!... Ja niewinna!!! Proszę!... Nie mnieeee!!!

Wyrwała się zaskoczonemu pachołkowi i runęła na ziemię, krzycząc rozdzierająco. Milczący dotychczas tłum gapiów zafalował z głuchym pomrukiem.

Trzej sędziowie w ceremonialnej czerni, strażnicy połyskujący ciemną stalą kolczug i hełmów, papuzio kolorowi mieszczanie oraz chłopi w białych płótniakach, przybyli z okolic Kardy – wszyscy z pośpiechem stłoczyli się wokół, aby nic nie uronić z tak interesującego widowiska.

– Puśćcie mnie! To nie ja!!! Przysięgam! Błagam... – Jeszcze raz uniknęła próbujących przytrzymać ją dłoni i długim wyrzutem całego ciała przypadła do nóg sędziemu Molinie. Ten cofnął się, wykrzywiając twarz w dziwacznym grymasie.

Rozpaczliwy szloch, przeplatany co chwila zapewnieniami o niewinności, docierał do wszystkich i wywoływał gniew albo kpiące okrzyki. Sędzia Maron słuchał tego z wyraźną uciechą, zadowolony, że skazana tak dobrze odgrywa dla ludu swą rolę, ale sędzia Tares z niesmakiem odwrócił się do stojącego obok kata.

– Zacny Mefinie – mruknął półgłosem, ocierając pot z czoła. – Uciszże tę nieszczęsną...

Dobrze wymierzony w żołądek kopniak przerwał błagalny skowyt w pół słowa. Chwilę później ręka nabita węźlastymi mięśniami złapała dziewczynę za kark i postawiła na nogi. Kilka mocnych uderzeń otwartą dłonią w twarz przywróciło skazanej przytomność, po czym ujęli ją pod ramiona dwaj pomocnicy.

Wznowiono marsz.

Szła teraz skulona, z trudem powłócząc nogami i potykając się tak, że idący po bokach pachołkowie chwilami musieli ją wlec.

Bełkotała coś cicho i niezrozumiale. Krew spływająca z rozbitego nosa i warg skapywała na jej zgrzebną śmiertelną suknię z burego płótna oraz na drogę prowadzącą do bliskiego już szczytu wzgórza.

Kamienie umilkły. Wspinaczka, narastający przedpołudniowy upał, a teraz jeszcze mdlący, przenikliwy ból przepędziły uczucia i myśli. Dziewczyna obojętnie patrzyła na strażnika z widłami w ręku, który – gdy byli już o kilkadziesiąt kroków od celu – wysforował się do przodu i pośpiesznie przerzucił w krzaki leżące pod szubienicą szczątki. Zaraz też podążyło tam trzech ludzi z drabiną i sznurem, by przygotować nową pętlę. Kat skręcił niespodziewanie w bok i odwróciwszy się plecami do tłumu, przystanął przy kępie zarośli.

Sędzia Tares wyciągnął zza pazuchy rulon papieru i chciał podać go Molinie, ale ten pokręcił tylko przecząco głową, więc Tares cofnął rękę i sam podszedł do Ridy.

– Ridina, córka rymarza Dedy... – przeczytał głośno. Gwar głosów umilkł, a kat odwrócił się szybko i dopiął spodnie. – Wiosen dziewiętnaście, oskarżona przez czcigodnego pana Dekela...

Zgaszone oczy Ridy zabłysły nagle nienawiścią. Wyprostowała się nieco, uniosła głowę.

– Ty ścierwo... – Jej głos dotarł do obu katowskich pachołków. – Będziesz zdychał...

– ...o to, że czarami sprowadziła śmierć na dwoje jego dzieci, które rzeczonej w opiekę powierzone były.

– Nienawidzę... nienawidzę...

– Została uznana winną i w imieniu naszego najjaśniejszego pana Redrena III, króla i samodzierżcy Suminoru, skazana na śmierć na sznurze. Podpisali imionami swymi jednomyślnie sędziowie Jego Wysokości: Tares, Maron i Molino. – Ostatni z wymienionych gwałtownie poruszył grdyką.

– Mistrzu Mefinie, niechaj się wypełni! – Tares zwinął papier i odstąpił od Ridy.

– Nienawidzę was...

Pętla już była gotowa. Kat Mefin z Kardy, mistrz cechowy, oficjalnie uczeń sławnego Jakuba Katimskiego, acz, o czym mało kto wiedział, odrzucony przez swego mistrza po dwóch miesiącach nauki, sprawnie wszedł do połowy drabiny opartej o poprzeczną belkę szubienicy, chwycił rozkołysany sznur i sprawdziwszy staranność przygotowanych węzłów, dał znak czekającym na dole pomocnikom.

Podprowadzili Ridę, podnieśli ją i z pomocą jeszcze jednego strażnika postawili na czwartym szczeblu. Nie broniła się, była już całkowicie bezwolna i tylko jej nieustanny, monotonny szept towarzyszył każdej czynności mistrza. Ten zaś po chwili zeskoczył na ziemię i stanąwszy z dłonią opartą o drabinę, pytająco popatrzył na Taresa. Akt łaski nie nastąpił. Odpowiedzią sędziego był przyzwalający ruch głowy.

– Nienawidzę! – krzyknęła jeszcze skazana.

Zatrzeszczał napinany sznur. Drabina z głuchym łomotem uderzyła o ziemię.

Mefin pewnym ruchem chwycił wierzgające nogi, przytrzymał je i mocno pociągnął w dół.

Wśród zgromadzonych rozległ się nerwowy śmiech, ktoś splunął, ktoś inny pozieleniał nagle i chwytając się za żołądek, z pośpiechem ruszył w powrotną drogę.

Blady jak ściana Molino stał, chłonąc wszystko szeroko otwartymi oczami.

Niebawem kat dał znać, że skończone. Nie było już czego oglądać, zebrani poruszyli się i jak fala zaczęli odpływać ze szczytu Szubienicznego Wzgórza. Tares zaczekał, aż mistrz Mefin podejdzie do niego, po czym bez słowa wręczył mu małą sakiewkę i dołączył do pozostałych.

Nikt się nie obejrzał, aby zobaczyć twarz patrzącą za odchodzącymi...

Dochodziło południe.

* * *

Chmura powoli odsłoniła pełny księżyc, a wtedy skały, krzewy i trawy zalśniły szarosrebrzystym blaskiem. Zbudziły się cienie. Lekki powiew wiatru ożywił je i nimi poruszył. Smugi mętnej poświaty rozpełzły się w różne strony, a jedna z nich wślizgnęła się pod kępę zarośli i wydobyła z mroku wpatrzony w przestrzeń oczodół i dwa rzędy matowo połyskujących zębów. Jakby onieśmielona liznęła jeszcze jakąś kość, po czym cofnęła się tam, skąd przyszła. W ślad za cichnącym szmerem łodyg i liści popłynęło długie, przeciągłe skrzypnięcie. To naprężona lina konopna otarła się o suchą drewnianą belkę, a podłużna plama czerni na ziemi ruszyła tam i z powrotem. Nowy podmuch i nowe skrzypnięcie. Monotonna, miarowa melodia, którą dało się słyszeć już od kilkunastu godzin.

Nagły dysonans przerwał ów posępny rytm. Kolejny zanikający odgłos, zamiast zamrzeć, przeszedł w gwałtowny trzask. Cień pod szubienicą zadrżał, zafalował i ożył! Ostre szarpnięcie zatrzęsło całą konstrukcją.

Nogi powieszonej dziewczyny podkurczyły się i wyprostowały, a ona sama zadygotała jakby w nowej agonii. Mięśnie znów napinały się i wiotczały w chaotycznych zrywach, a piersi raz jeszcze podjęły rozpaczliwą walkę o oddech...

Coś przypominającego obłok księżycowego światła skondensowało się tuż nad poprzeczną belką szubienicy, z wolna spłynęło w dół i niczym mgła otuliło szamoczącą się postać. Pomiędzy tym świetlistym kokonem a lśniącą wysoko na niebie tarczą na moment, niczym smuga srebrnego dymu, zabłysł długi i prosty snop blasku. Chwilę później zjawisko przygasło, skurczyło się, a mleczna poświata, pulsując, wniknęła w wiszącą postać.

Teraz...

Wystające spod śmiertelnej sukni bose stopy Ridy poruszyły się wolno i wyprężyły tak, jakby chciała dotknąć ziemi czubkami palców. Te zaś wydłużyły się wyraźnie, lecz wtem wygięły się wraz z całymi stopami tak mocno i nienaturalnie, że aż chrupnęły pękające kości i zrywane ścięgna. Ze stóp przemienionych nagle w mięsiste pąki, konwulsyjnie drgających i chrzęszczących, wykiełkowały w okamgnieniu podobne do haków szpony.

Po nogach przyszła kolej na dłonie, głowę i resztę ciała.

Przemiana dopełniła się całkowicie.

Niebawem na ziemię spadły zerwane z przedramion powrozy i strzępy podartej sukni.

Świeży twór mocy Onego wisiał jeszcze chwilę spokojnie na stryczku, jakby odpoczywał po Przemianie, po czym pazury potwora mocno wczepiły się w linę nad łbem i dźwignęły całe ciało.

Ostre kły szybko przegryzły w połowie sznur od wisielczej pętli, po czym w ciszy nad Szubienicznym Wzgórzem rozległ się łoskot towarzyszący skokowi z niewielkiej wysokości. Jeszcze tylko gwałtownie zaszeleściły krzewy rosnące na zboczu i już nic więcej nie zmąciło spokoju tej nocy.

* * *

Wstający brzask wydobył z granatowego mroku dużą, nieregularną bryłę miasta Kardy, podzielił ją na gromadę pomniejszych konturów i plam, a te pod dotykiem promieni zaczęły uwypuklać się i rozjaśniać, przybierając powoli kształt domów, dwu- i trzypiętrowych kamienic, obronnych murów, wieżyczek i baszt.

Główna droga prowadząca do bramy odcięła się jasnoszarą smugą na tle zieleni poboczy, jako ostatni wyparował cień z głębi fosy.

Zajęczał dawno nieoliwiony kołowrót i płyta zwodzonego mostu zaczęła z wolna opadać na drugi brzeg. Gdy była już o kilka piędzi od obmurowanej czerwonym granitem końcówki gościńca, korba musiała wymknąć się z rąk rozespanego strażnika i platforma z drewnianych bali nabijanych żelaznymi ćwiekami z piekielnym rumorem wyrżnęła o kamienie.

Brzęk łańcuchów i dudniący łomot przetoczyły się po okolicy. Na ten odgłos otworzyły się drzwi przydrożnej gospody, odległej od mostu o parę strzelań z łuku, i wyszedł z niej jakiś człowiek.

Mężczyzna chwilę stał na ganku, po czym niepewnie, na miękkich nogach, poczłapał w kierunku otwartej bramy. Szedł długimi, z rozmachem zakreślanymi zakosami, wyraźnie zadowolony, że nikogo nie musi o tej porze wymijać. Nagle stanął gwałtownie i uważnie przypatrzył się kształtowi leżącemu w rowie.

Postąpił jeszcze jeden, dwa kroki... Wydał zdławiony krzyk, zrobił gwałtowny zwrot i szaleńczym biegiem puścił się tam, skąd przyszedł. Potknął się niemal od razu, runął jak długi w pył drogi, przez moment się czołgał, po czym znów popędził, wrzeszcząc i wymachując rękami. W drzwiach gospody zaczepił butem o próg i wraz z tumanem kurzu zatrzymał się na najbliższym stole.

– Gambo, czy ci na rozum padło?! – Karczmarz Riken odstawił kufel, który właśnie wycierał, i wyszedł zza kontuaru. – No co ty?

Tamten, dysząc ciężko i wyrzucając z siebie pojedyncze, niezrozumiałe okrzyki, chwycił go za rękaw koszuli i pociągnął do wyjścia.

– Kat... Mefin... i p-pomocnik... – wykrztusił dopiero na zewnątrz mężczyzna.

– Gdzie?! – W oczach karczmarza błysnęło zrozumienie.

Odpowiedzią był gest wyciągniętej ręki. Po chwili Riken stał już nad przydrożnym rowem. Zbyt wiele podobnych obrazków widział przez dwadzieścia kilka lat pracy w swojej karczmie, aby tracić czas na kontemplację. Skoczył w rów i przypadł do wykręconego nienaturalnie ciała kata. Było zimne i sztywne. Z rozmachem przewrócił je na bok i zobaczył wyrwę wielkości pięści na karku, tuż poniżej włosów. Lewy policzek trupa naznaczony był trzema równoległymi ranami, sięgającymi aż do zębów. Riken zrozumiał, że nic tu po nim, ruszył więc ku leżącemu o trzy kroki dalej pomocnikowi.

Ten żył, ale straszliwe uderzenie w głowę obnażyło mózg i jedno oko wyrwało razem z połową ucha. Nieprzytomny oddychał nierówno, tocząc różową pianę. Widać miał jeszcze strzaskane żebra.

Podłużny cień padł na dno rowu.

– Gambo, po straże! Szybko! – krzyknął karczmarz, nie patrząc za siebie.

Cień zniknął, a Riken ostrożnie zajął się rannym. Ułożył go w wygodniejszej pozycji i zabrał się do podwiązywania żeber. Za moment odkrył, że odłamki niektórych z nich poprzebijały ciało i wylazły pod kaftan, inne zapewne podziurawiły nieszczęśnikowi wszystko w środku. Nie można już było mu pomóc.

Na drodze zadudniły kroki wielu biegnących ludzi, szczęknęło żelazo.

– Riki, co z nim? – rozległ się głos dowódcy straży przy głównej bramie, starszego dziesiętnika Tadina.

– Nic, już po nim. – Karczmarz wstał i wytarł w fartuch zakrwawione dłonie.

– A mistrz Mefin?

– Martwy od co najmniej trzech godzin.

Tadin wskoczył do rowu i zbliżył się do pomocnika kata.

– Niech to zaraza... – mruknął półgłosem, a zaraz krzyknął: – Hej, wy tam! Dajcie tu płaszcz i dwie włócznie! I bierzcie go, tylko uważać! – Cofnął się, aby zrobić miejsce żołnierzom, i stanął obok Rikena. – Jak sądzisz, kto to zrobił? – zapytał.

Karczmarz spojrzał na niego dziwnie zamyślony.

– Nie kto, tylko co. Pamiętasz strzygę Liret piętnaście lat temu?

Dziesiętnik zbladł i z niepokojem popatrzył na najbliższe krzaki.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – Głos mu zadrżał. – Przecież u nas... W naszych stronach takie rzeczy nie bywają...

– Twarz mistrza – odpowiedział mu Riken – na policzku ma ślad od pazurów, a poza tym coś jawnie przegryzło mu kark.

– Ale ponoć strzygi zawsze wywlekają bebechy. A ci tutaj...

– Więc było to coś podobnego, tylko że miało odmienne zwyczaje.

Tadin szybko odwrócił się do stojących na gościńcu żołnierzy.

– Wy dwaj! – Pokazał na podwładnych. – Natychmiast zawiadomić o tym sędziego Taresa! Nie dajcie się zbyć, że pora za wczesna. Każcie go budzić, jeśli będzie trzeba.

– Panie, a co z onym nieborakiem? – odezwał się jeden z tych, którzy położyli rannego na prowizorycznych noszach.

– Nieście go do mnie, do gospody – polecił Riken.

Po kilkudziesięciu krokach cichy, przeciągły jęk nagle poruszył idących.

– Na Reha! – zawołał Tadin. – Toż on się budzi... Stójcie!

Pośpiesznie pochylił się nad zmasakrowaną twarzą.

– Człowieku, mów, co się stało!

Otwarte oko nieruchomo patrzyło w niebo.

– Nie słyszy cię – mruknął karczmarz, ale również przybliżył ucho do ust konającego.

Zsiniałe wargi poruszyły się najpierw bezgłośnie.

– ...wisielic... – Szept był cichy jak szum deszczu za ścianą. – ...To ona... wi... sie... lic... ooo...

– Koniec, po wszystkim. – Riken sięgnął i zamknął to jedyne, zgasłe już oko.

– Rozumiesz coś? – Tadin zrobił nieokreślony gest dłonią.

Karczmarz skinął głową.

– Wisielic... wisielica... Prawda, jest coś takiego. Różne rzeczy słyszy się czasami przy szynkwasie – powiedział zadumany i nagle się ożywił. – Trzeba by sprawdzić na Szubienicznym Wzgórzu.

– Ta cała Rida...?

– Nie wiem, ale wyślij tam szybko kogoś.

– Tak, zaraz... – Tadin dotknął czoła, jakby opędzał się od natłoku myśli. – Hej, czterech do mnie!

– Panie, mamy onego nieść? – spytał jeden z żołnierzy przy noszach.

– Już nie trzeba. Zostawcie tutaj, grabarze go wezmą. – Riken nawet nie spojrzał na pytającego. – Trzeba dać znać nadzorcy cmentarza – zwrócił się do Tadina i dodał: – Niech dobrze zabezpieczą te trupy przed mocą Onego, bo będziemy tu zaraz mieli cały łańcuszek kolejnych Przemian...

Dziesiętnik wydał rozkazy. Potem czekali. Nikt nie odezwał się aż do przybycia sędziów.

Przyszli wszyscy trzej, spokojny jak zawsze Tares, pyszałkowaty Maron i roztrzęsiony, spocony Molino. W milczeniu wysłuchali Tadina i karczmarza.

– „Skrzywdzona niewinność, gdy nienawiść skazi, przeciwny naturze może wydać owoc...” – zacytował ściszonym głosem, na wpół do siebie, Tares.

– Co to jest?! Co ty bredzisz?! – syknął z furią Maron. – Oszalałeś?!

– To stary poemat o wszystkim, co nadnaturalne, Prawo Onego. Czytałeś?

– Nie gustuję w ludowych zabobonach! Wszyscy uczeni wiedzą, że Prawo Onego to bajania nieuków, a nie poważna wiedza.

– Wydaliśmy niesprawiedliwy wyrok...

– Milcz, głupcze!

– Posłaliśmy na sznur niewinną. – Tares nie dał się uciszyć.

– A skąd wiesz, że to ona? Gdzie dowód?!

– Dowód? O, zaraz go dostaniem. Widzę, że wracają już strażnicy, których wysłał zacny Tadin...

Żołnierze nadbiegli zziajani, wyraźnie wzburzeni. Widać było, że gnali na łeb na szyję przynajmniej przez całą powrotną drogę.

– Nie ma trupa, nie ma! – wykrzyczał, łapiąc oddech, pierwszy z nich.

– I szmaty na ziemi podarte! – dodał inny.

Milczący do tej pory Molino zsiniał, poruszył wargami jak ryba i wydawało się, że zaraz porazi go apopleksja.

– Spójrzcie, panie! – Strażnik wyciągnął w stronę Taresa sznur odcięty od szubienicznej belki. Oba jego końce trzymał obok siebie. Kontrast pomiędzy jednym – równo przeciętym – ostrzem noża a drugim – postrzępionym i lepkim od śluzu – był aż nadto wymowny. – Przegryziony – wyjaśnił niepotrzebnie.

Tares bez słowa odwrócił się i ruszył szybkim krokiem w kierunku miasta. Dwaj pozostali sędziowie natychmiast podążyli za nim.

– I co teraz, co teraz?! – wybuchnął Maron.

– Będzie się mścić – odparł Tares z jakimś nieludzkim spokojem. – Mefinowi odpłaciła tak samo szybką śmiercią, jaką on jej zadał. Chyba nawet nie poczuł, kiedy mu skoczyła na plecy...

– A ten chłopak? – Cynizm Taresa sprawił, że Maron zaczął myśleć logicznie.

– Przypadek, zwyczajnie się napatoczył.

– Przez was to!!! Wszystko przez was! Zmusiliście mnie, namówiliście! A ja wiedziałem! Czułem, że to nie ona! To wy mi kazaliście podpisać ten przeklęty wyrok! Wyyy!!! – rozwrzeszczał się histerycznie Molino.

Tares skoczył do niego, chwycił za togę i z całej siły potrząsnął.

– Opamiętaj się, durniu! Cóżeś myślał, że wolno ci naszą niepewność tłumowi przed oczy wywlekać?! Zresztą wszystko odbyło się jak należy, bo jeśli ja i Maron byliśmy pewni jej winy, to i ty jako trzeci z nami powinieneś się zgodzić!

– A aby byliście pewni?

– Zamilcz, głupcze! Procedura była legalna! Tak czy nie?

– Jest jedno ale...

– To swoje „ale” powiedz teraz tamtej, co się z tej dziewki wylęgła, jeśli ciebie wysłuchać zechce...

– Czekajcie no... – odezwał się Maron. – Trzeba by rychło wieści rozesłać i Tępicieli sprowadzić.

– Uzgodniliśmy, że Tępicieli nie będziemy w to mieszać! – przypomniał stanowczo Tares. – Teraz należy o wszystkim uwiadomić pana Dekela. On zna kogoś, kto nam pomoże...

– Tak, tylko że oprócz tych machinacji jest jeszcze prawdziwa sprawiedliwość... – powiedział Molino cicho i już tylko do siebie.

Wieść za sprawą pijaczka Gamby błyskawicznie obiegła całe miasto. Kto żyw, bez zwłoki zaczął opatrywać drzwi i okiennice domostw. U kupców żelaznych do południa zabrakło sztab i skobli.

Mieszanina strachu, ciekawości i współczucia dla Ridy, w której niewinność powszechnie uwierzono, niczym lotny opar wypełniła uliczki oraz domy i zakrzepła w pełne napięcia oczekiwanie.

* * *

I było znowu południe.

Ach, Rida! Nieuchwytny, bezdźwięczny, ale ogłuszający krzyk przenikał falami cały jego umysł, utrzymując go na pograniczu szaleństwa. Przejmujący ból. Kiedy odpływał, zostawiał po sobie czarną pustkę, a gdy wracał, to mimo iż nie miał postaci, był gorszy niż dotyk rozpalonego żelaza. Ta bezcielesność sprawiała chwilami, że doprowadzony do szału Mino chwytał się za łeb z usilnym pragnieniem, aby rozerwać sobie czaszkę, wyciągnąć mózg i wycisnąć z niego to obłędne cierpienie.

Chciał wyć, miotać się, tłuc głową o ścianę, ale zamiast tego brał kubek i wypijał następną miarkę gorzały. Nic nie dawało się określić, nazwać czy wytłumaczyć, tylko beznadziejność i poczucie nieodwracalności trwały w tej ponurej otchłani, w którą bez przerwy spadał. Nowe hausty piekącego płynu nie zmniejszały udręki, aż do chwili gdy kolejny łyk sprawił, że wielki i ciężki młot spadł wreszcie i rozgniótł wszelkie uczucia. Potem jednak Mino nieuchronnie trzeźwiał i znowu wszystko zaczynało się od początku, powtarzało jak ruch karuzeli. Czas i miejsce przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Rozpłynęła się rzeczywistość, ale w końcu w spranym okowitą mózgu nie zostało już nic. Kiedy zapadał się w ciemność, jego ostatnią myślą była nadzieja, że w końcu zapił się na śmierć.

– Mino, może chcesz mleka? Jest kwaśne, dobrze ci zrobi... – Niespodzianie zobaczył nad sobą pucołowatą twarz szynkarza Hety.

Zaskoczony spokojem i ciszą, która zapadła w jego duszy, powoli, jakby bojąc się ją zmącić, przyjął kubek i wypił. Miał tak suche usta i gardło, że musiał karczmarzowi uwierzyć na słowo, że to kwaśne mleko, bo smaku nie poczuł, ale pragnienie przynajmniej na chwilę znikło.

– Na Reha! – odezwał się Heto, odbierając naczynie. – W życiu nie widziałem, by ktoś tak chlał i przeżył. Już dwa razy sprawdzałem, czy jeszcze oddychasz!

Równie zdumiony jak ucieszony niespodziewaną ulgą młodzieniec wyprostował się i oparł plecami o ścianę.

– Ile czasu? – zapytał ostrożnie.

– Trzy dni – odrzekł Heto, a widząc osłupienie rozmówcy, dodał pośpiesznie: – No, może bez paru godzin... Przyszedłeś tutaj, zaraz jak się sąd skończył.

Niepotrzebnie przypomniał mu powód pijaństwa.

– A pieniądze? – Mino pośpiesznie zmienił temat.

Karczmarz obejrzał się i zerknął na wiszącą nad szynkwasem tablicę.

– Na razie to ja jeszcze jestem ci trochę dłużny. Koniec końców, nie tak łatwo przepić całe siedem sztuk złota...

– To nalej!

– Daj pokój, Mino! Lepiej coś zjedz, bo naprawdę mi tu skonasz.

– Odczep się, Heto! Nie twoja rzecz! – warknął.

– Niby nie, ale skoroś taki mocny, to może lepiej po męsku weź się w garść! Ale, ale! Ty przecież nic nie wiesz...

– A niby co mam wiedzieć?! – odparł rozeźlony.

– Mefin i jego pomocnik nie żyją.

Wielkie pięści Mina zacisnęły się, aż zatrzeszczały palce.

– Jak to?!

– Po robocie poszli pić pod miasto do Rikena, no wiesz gdzie. Wcześniej to oni zawsze po robocie przychodzili do mnie, ale teraz Mefin przezornie wolał zejść ci z oczu...

– I miał rację! – wycedził przez zęby Mino.

– No właśnie, więc dlatego poszli tam i zostali do późna. Wyszli gdzieś tak w środku nocy...

– Po co? Przecież brama zamknięta!

– A bo ja tam wiem?! – Heto rozeźlił się nagle. – Widać mieli do siebie jakiś interes. Nic mi do tego! A rano znaleźli ich w przydrożnym rowie...

I popłynęła opowieść, w trakcie której oczy Mina otwierały się coraz szerzej.

– Więc żyje... – wyszeptał młodzieniec, gdy szynkarz zamilkł.

– Niby kto żyje? – Tamten nie pojął.

– Ridka! Ridka żyje! – wykrzyknął Mino i zerwał się z ławy. Zaczął się miotać po izbie.

– Człowieku, szalonyś?! Co ty gadasz?!

Mino zatrzymał się, popatrzył nieco przytomniej.

– Nieważne... – powiedział powoli. – Daj coś jeść!

– Nareszcie rozumnie gadasz – burknął Heto i zabrał się do krojenia kiełbasy.

Młodzieniec usiadł znowu i podparł głowę obiema rękami. Myślał nad czymś głęboko.

Heto usmażył jajecznicę i postawił przed nim talerz.

– Konia mi trzeba i jadła na drogę... – rzekł Mino z pełnymi ustami.

– A to już mi musisz dopłacić. Gdzie cię niesie?

– Do Katimy. Dziś jeszcze ruszam!

– Do stolicy... – powtórzył z namysłem Heto. – Będzie trzeba liczyć pięć dni. Dodaj mi jeszcze dwie sztuki złota. – Widać było, że chciałby o coś zapytać, ale zrezygnował.

Mino sięgnął do kieszeni, wyjął z niej duży złoty pierścień z migoczącym sennie kocim okiem i podał go karczmarzowi.

– Po ojcu... Teraz wystarczy?

– Aż nadto!

– To zastaw, jak wrócę, wykupię. Szykuj mi, co trzeba! Ja jeszcze zajrzę do domu po parę rzeczy na drogę i wracam tu za godzinę, może półtorej. Niech już wszystko czeka gotowe!

– Będzie... – Heto z roztargnieniem skinął głową. Znać było, że myśli o czymś innym.

Mino tego nie zauważył. Dokończył swoją jajecznicę. Wprawdzie nie chciało mu się jeść, lecz zrobił to przez rozum, po czym wybiegł z karczmy na złamanie karku. Rzec by można: jak pijany, bo w istocie wciąż był pijany, ale teraz doszło do tego jeszcze jakieś dziwne uniesienie. Myśl, która nim owładnęła, jaśniała mu w umyśle niczym słońce w zenicie, nie było żadnych cieni, żadnych wątpliwości. Czuł to wszystkimi nerwami, każdym drgnieniem myśli, uczuć i woli...

Rida żyła!!!

Żyła! Nieważne, w jakiej postaci! Nieważne gdzie! Wszystko jedno! Więcej nie umiałby już ująć w słowa. W tej chwili owładnął nim pęd, ruch, pragnienie działania.

Mino popędził jak burza, niemal nie dotykając stopami bruku.

Heto aż wyszedł za nim na ulicę, by się upewnić, że młodzieniec istotnie, zgodnie ze swoją zapowiedzią, zmierza w stronę własnego domu, a nie do pobliskiego zamtuza czy konkurencji. Przekonawszy się, że Mino zrobił, jak mówił, karczmarz wrócił do siebie i przywołał posługacza, zbierającego ze stołu brudne naczynia.

– Zostaw to i biegnij duchem do Zogana! – polecił półgłosem. – Powiedz mu, że młody Dergo umyślił sobie jechać z donosem do Katimy...

Kuchcik skinął głową i pobiegł w przeciwny kraniec ulicy.

* * *

Mino Dergo mieszkał sam w czynszówce przy ulicy Mosiężnej, w niezbyt zamożnej, acz raczej spokojnej zachodniej dzielnicy Kardy. Jego ojciec był statecznym kamienicznikiem i miał dwa domy, z których żył. Po jego śmierci jeden odziedziczyła i dostała w posagu siostra Mina, która zmarła w połogu niespełna dwa lata temu, zdążyła wszakże powić dwoje siostrzeńców, a ci formalnie odziedziczyli spadek. Wuj nie był im do niczego potrzebny i kontakty z tą gałęzią rodziny się urwały.

Życie zacnego prowincjonalnego mieszczanina nigdy Mina nie pociągało. Od zawsze był niespokojnego ducha. W wieku piętnastu lat, czyli kiedy tylko mógł, na ochotnika zaciągnął się do wojska, i to nie byle jakiego, bo do ciężkiej piechoty legionowej z Rontu. Tam zaś nie dość, że podołał ćwiczeniom i warunkom służby, to jeszcze po dwóch kampaniach przeciw Karowi, przed ukończeniem dwudziestego roku życia, dosłużył się rangi starszego dziesiętnika i zyskał tytuł szlachecki. Dalszą karierę wojskową przerwała mu wiadomość o chorobie ojca. Wrócił do Kardy uporządkować rodzinne interesy, ale szło mu to niesporo. Ledwo zaczął, co innego całkiem zaprzątnęło jego umysł – zakochał się w Ridzie, młodej chłopce z podkardyjskiej wioski. Świeży patent szlachecki, jeszcze niedawno wielki powód do dumy, stał się nagle poważną przeszkodą małżeńską. Ojciec nie chciał słyszeć o takim mezaliansie, więc trzeba było poczekać, aż umrze, co nie trwało długo, ale potem doszła jeszcze zwyczajowa żałoba i wszelkie poważne decyzje należało odłożyć na rok.

Rida nie szczędziła mu swoich wdzięków od pierwszych tygodni znajomości, ale licząc na wżenienie się do stanu szlacheckiego, jawną kochanicą być nie chciała i nigdy nie zostawała u Mina na noc, z czego właśnie wynikło całe nieszczęście, bo w innym wypadku biedaczka miałaby alibi w swojej sprawie, a szlacheckie słowo Mina mogłoby łatwo oddalić oskarżenie. Tak zaś jego zeznanie pogrążyło Ridę dodatkowo, on bowiem musiał uczciwie przyznać, że nie wie, co ukochana robi nocami. Jego intuicja z kolei oraz głębokie uczucia i przekonania żadnej wagi prawnej nie miały. Właściwie to taki obrót rzeczy i w nim samym zasiał zwątpienie co do niewinności Ridy. Na tyle duże, że po wyroku nie zdobył się na żaden desperacki krok. W końcu doświadczenie wojskowe miał, majątek też niezgorszy, mógłby więc skrzyknąć i opłacić paru obwiesiów, odbić Ridę, a potem uciec z nią do Rohirry albo Ronu. No ale to już byłaby jawna zdrada króla, skalanie szlachectwa, złamanie przysięgi...

Nie mogąc się zdecydować, Mino pił więc na umór, aż do owej chwili genialnego olśnienia bądź szaleństwa – nie umiał tego rozstrzygnąć.

Wszedł do domu. Mieszkanie było w ruinie.

Wcześniej znać tu było kobiecą rękę, Rida sprzątała dla zachowania pozorów, że niby tylko po to przychodzi, ale kiedy ją skazano, Mino sam wszystko doszczętnie zdemolował w napadzie szału i rozpaczy. Potem zaś na tydzień zamieszkał w miejskich szynkach.

Opoką rodzinnego interesu był jak zawsze dozorca Bezo, który zbierał czynsz od pozostałych lokatorów, pewnie nieźle przy tym kradnąc, bo jak ognia unikał szczegółowych rozliczeń, ale Mino na to nie nalegał. W sumie dobrze, że oszczędził sobie kłótni z powodu pieniędzy, bo teraz był ktoś, kto dopilnował, aby zrujnowanego i porzuconego na wiele dni i nocy domostwa ze szczętem nie rozkradziono.

Bałagan wyglądał zatem na taki, jakim go Mino zostawił.

Wszystkie krzesła były połamane, acz jeden stołek ocalał. Łóżko zarwane po tym, jak Mino stratował je obunóż na wspomnienie, jak leżał w nim z Ridą... Z kolei w stole wciąż tkwił bojowy topór, wbity aż po stylisko.

Mino podniósł przewrócony stołek i siadł na nim pośrodku bałaganu, starając się zebrać myśli. Przede wszystkim potrzebował zmienić ubranie, włożyć podróżny strój i wziąć ze sobą zapasową, lepszą szatę, stosowną tam, dokąd się wybierał. Na kąpiel nie było czasu, zresztą z cebra na wodę zostały tylko pogięte obręcze i rozwłóczone klepki. Młodzieniec obtarł się więc ręcznikiem zmoczonym w occie, po czym się przebrał.

Następnie broń...

Topór sam się rzucał w oczy, ale miecz gdzieś przepadł. Poszukawszy go pod szczątkami łóżka, a następnie w pamięci, Mino przypomniał sobie, że w rozpaczy zamierzał się nim przebić, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i wyrzucił oręż przez okno. No to było już po mieczu, wiernym druhu z wielu bitew... W zamian musiał wystarczyć zwykły tasak, trudno. Sztyletów za to miał pięć, z tego trzy zdobyczne, karyjskie, bogato zdobione, przydatne zarówno do walki, jak i na wymianę. Niewiele myśląc, Mino wcisnął je wszystkie za pas.

Żywność na drogę miał przygotować Heto, więc tym się nie kłopotał, ale przydałby się jeszcze jakiś podróżny amulet przeciw stworom Onego. Owszem, miał takowy, jak każdy rozsądny mieszkaniec Suminoru, jednak znalezienie takiego drobiazgu w tym pobojowisku stanowiło nie lada wyzwanie. Ale poszukać należało koniecznie! Nikt przy zdrowych zmysłach, ani nawet pomieszanych w stopniu umiarkowanie ciężkim, do której to kategorii kwalifikował się obecnie Mino Dergo, nie ruszał w tym kraju w choćby najkrótszą drogę bez amuletów ochronnych. Należało zatem, chcąc nie chcąc i przeklinając w duchu własną głupotę, skrupulatnie, na czworakach przejrzeć wszystkie kąty...

Amulety wszakże przepadły. Jak na złość wszystkie! I te małe, przenośne, do noszenia na szyi, i większe – do zwyczajowego wieszania na ścianach, nad drzwiami i oknami, aby chroniły dom. Mino szukał ich coraz bardziej gorączkowo – bez skutku. W jego zmąconym umyśle nie postała rozsądna myśl, żeby o amulety zapytać Beza, który miał i możność, i powód, by zabrać magiczne przedmioty, zwłaszcza kiedy po mieście rozniosła się wieść o grasującej potworzycy... W zamian nerwowa krzątanina tylko wzmogła rozkojarzenie nieszczęśliwego kochanka.

Szperającego po mieszkaniu młodzieńca oderwało od bezowocnych poszukiwań przeciągłe skrzypnięcie drzwi.

Weszło trzech obcych mężczyzn.

Jeden z nich natychmiast stanął pomiędzy gospodarzem a wbitym w stół toporem. Młody, ale doświadczony żołnierz natychmiast zwrócił na to uwagę i odczytał mowę ciała przybyszy. Półświadomie, lecz bezbłędnie rozpoznał ich intencje, zanim padło jakiekolwiek słowo.

Potem wszakże stało się coś przedziwnego. Amulet na szyi jednego z intruzów zaświecił nagle ostrym białożółtym światłem.

Mino Dergo oślepł od tego blasku. I zarazem poczuł się dziwnie lekki...

Kiedy odzyskał wzrok, stwierdził, że siedzi w kucki pod ścianą, w obu rękach trzyma zakrzywione karyjskie sztylety i zlizuje z ich ostrzy krew... Właściwie to już prawie skończył zlizywać. Smak krwi, zamiast mdlić, przyjemnie łechtał jego podniebienie...

Nieproszeni goście leżeli martwi. Jeden wydał ostatnie tchnienie, akurat kiedy Mino na niego spojrzał. Intruz miał rozchlastane do kości obie tętnice udowe i wręcz pływał w kałuży własnej krwi.

O drugim z kolei trudno było rzec, jak zginął. Trzeba było mu się naprawdę dobrze przyjrzeć, aby dostrzec małą ranę na karku, która niemal nie krwawiła, za to musiała sięgać głęboko pomiędzy kręgi i przecinać rdzeń. Ten nawet nie wyjął własnego sztyletu, zdążył dobyć ostrze z pochwy tylko do połowy, kiedy musiał poczuć delikatne, chłodne muśnięcie w kark, po którym ogarnął go całkowity paraliż, a potem ciemność...

Ostatni miał gardło poderżnięte od ucha do ucha, jednak w chwili śmierci myślał najwyraźniej o czymś zupełnie innym. Obie dłonie kurczowo wczepiał w dymiącą jeszcze koszulę na piersiach, gdzie miał wypaloną dziurę wielkości dłoni, z której wyglądało mocno zwęglone ciało. Poparzyć go musiał rozpadający się talizman ochronny, przeciążony naglą falą skoncentrowanej mocy Onego...

Wszyscy trzej byli zawodowymi zabójcami, ale zginęli jak nowicjusze, wręcz dzieci niepojmujące, co się wkoło nich dzieje. Szybkość zdarzeń dalece przerosła ludzkie zmysły. Tylko ten z rozchlastanymi udami zdołał wyjąć sztylet i podjąć walkę, po której na kaftanie Mina, trochę poniżej lewej pachy, zostało niewielkie rozcięcie, co młodzieniec zauważył i skojarzył dopiero w Katimie.

Na razie kompletnie nic z tego, co się tu przed chwilą wydarzyło, do Mina nie docierało. Najwyraźniej zabił tych trzech ludzi, bo wszak któż inny miałby to zrobić, ale niezbyt go to zajęło. Smak krwi zlizywanej z ostrza był znacznie bardziej intrygujący, błogi i kuszący zarazem...

Dalsze szukanie amuletów całkiem wyleciało mu z głowy. Przypomniał sobie w końcu, po co tu właściwie przyszedł, chwycił przygotowane wcześniej rzeczy i ruszył z nimi na ulicę. Przebiegając pod oknami Beza, krzyknął tylko dozorcy, że u niego w mieszkaniu trzeba posprzątać...

Odchodząc, nie zauważył na dachu skulonej, przytulonej do nasady osmalonego komina żylastej, włochatej sylwetki, która odprowadziła go beznamiętnym spojrzeniem żółtych gadzich ślepi.

Za to karczmarz Heto wyglądał, jakby zobaczył ducha.

– Konia i żarcie! – zawołał zdyszany Mino.

– Zaraz będą gotowe... – wybełkotał gospodarz.

– Jak to zaraz?! Jeszcze nie są?! – Zirytowany Mino złapał oddech.

– Leniwy smarkacz się ociągał! – Heto bez skrupułów zwalił swoje zaniedbanie na kuchcika. – A mówiłem ci, gamoniu, żeby to duchem było?! – Grzmotnął chłopaka kułakiem w plecy.

– Ależ ja... przecie...

Poprawił smarkaczowi na odlew w twarz, żeby się nie wygadał.

– Do roboty, gnuśny gamoniu!

– Już, już... – Posługacz siąknął rozbitym nosem i pobiegł na zaplecze.

– Wielmożny pan napije się czego, aby chwilkę czekania umilić...?

Mino spojrzał na karczmarza takim wzrokiem, że ten urwał w pół słowa.

– No to ja zaś pójdę lepiej tego siodłania dopilnować! – Heto czym prędzej zszedł mu z oczu.

* * *

Z łoskotem i szczękiem przemknął przez wąskie uliczki między kamieniczkami, a ludzie umykali spod kopyt jego wierzchowca niczym króliki. Zadudniły jeszcze belki zwodzonego mostu, po czym gwałtowny tętent ścichł, wytłumiony przez zbity grunt gościńca. Młodzieniec minął grupę dyskutujących mieszczan, zgromadzonych w miejscu zabójstwa, dalej zostawił za sobą karczmę Rikena i razem z niknącym obłokiem kurzu pomknął w stronę lasu na horyzoncie.

Dzikie uniesienie i radość doprowadziły do wrzenia krew, a pęd powietrza rozwiał mu włosy i chłodził rozpalone ciało, wdzierając się pod rozchełstaną koszulę. Sploty końskich mięśni, pulsujące pod nim rytmicznie, sprawiły, że znów ogarnęło Mina uniesienie.

Pochłonął go, wciągnął nieodparty żywioł, zew, dziki śpiew, hymn potęgi i mocy.

Uprosi pomocy i pójdzie po Ridę choćby na samo dno piekła! Zabierze, wykradnie ją stamtąd i drugi raz nie odda już swej miłości pod żaden sąd! Żaden kat ani prawo go nie powstrzyma. „Dość tego! Dość! Kocham, kocham! O, Rida! Rida! Ridkaaaaa!”...

Ciąg dalszy w wersji pełnej

2ŁAGODZICIEL WAŚNI

Dostępne w wersji pełnej

3MIŁOŚĆ POZA GRÓB

Dostępne w wersji pełnej

4DZIEWKA I ŻOŁDAK

Dostępne w wersji pełnej

5OSTATNIE PORACHUNKI

Dostępne w wersji pełnej

6ŚWIADKOWIE

Dostępne w wersji pełnej

7MIESZKANIEC WZGÓRZA

Dostępne w wersji pełnej

8UCIECZKA

Dostępne w wersji pełnej

9MISTRZ JAKUB KAT

Dostępne w wersji pełnej

10REDREN KRÓL

Dostępne w wersji pełnej

11SZPONY I STAL

Dostępne w wersji pełnej

12TAGERO CZARNOKSIĘŻNIK

Dostępne w wersji pełnej

13ONO BEZIMIENNE

Dostępne w wersji pełnej

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2016

Text © copyright by Konrad T. Lewandowski, 2016

Ilustracje na okładce Kerem Beyit

Projekt okładki Marta Weronika Żurawska-Zaręba

Korekta Przemysław Komenduła, Malwina Łozińska, Zofia Kozik

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13065-5

Plik wyprodukowany na podstawie Różanooka, Warszawa 2016

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: [email protected]

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl