14 osób interesuje się tą książką

Opis

W fizyce istnieje zjawisko splątania kwantowego – zachodzi ono, kiedy dwie cząstki łączą się w jeden układ, w którym oddziałują na siebie przez pewien czas, wytwarzając nierozerwalną więź. Nawet jeśli zostaną rozdzielone, oddalone od siebie o kilometry czy lata świetlne, wciąż będą zachowywać się, jakby były jednością, jakby los jednej zależał od losu drugiej.

Singapur to świecąca szklana kula, w której zamieszkać mogą jedynie wybrańcy. Lea porzuciła swoje małe rzymskie mieszkanko, by wraz z mężem osiąść w perfekcyjnym świecie ze szkła i stali. Vittorio jest ambitny, opiekuńczy i do szaleństwa zakochany w żonie – silny, twardo stąpający po ziemi, w każdej chwili gotów chwycić ją w ramiona i ochronić przed złem tego świata.

Jest jednak ktoś jeszcze – w sercu Lei wciąż żyje wspomnienie młodego chłopaka zgarbionego nad matematycznymi równaniami. Kiedyś wybitny uczeń, następnie nauczyciel cieszący się uwielbieniem wszystkich uczennic, namiętny kochanek, tchórz uciekający przed uczuciem... Lea wie, że powinna trzymać się od niego z daleka. Kiedy dostaje propozycję wydania swojej powieści od niszowego rzymskiego wydawnictwa, nie podejrzewa nawet, kto się za tym kryje. Giacomo. To on opowiedział jej o losie dwóch cząstek kwantowych, których nic nie jest w stanie rozdzielić.

Powieść, która zapiera dech w piersiach, historia miłosnej pasji, która za nic ma czas i odległość. Do bólu prawdziwa, pełna emocji refleksja na temat siły uczucia i przeznaczenia.

Simona Sparaco – pisarka i scenarzystka. Urodzona w 1978, rzymianka z pochodzenia, żyje pomiędzy swoim rodzinnym miastem a Singapurem. Finalistka włoskiej prestiżowej nagrody literackiej Premio Strega. Jej ostatnia książka "Sono cose da grandi" to list do czteroletniego syna, w którym pokazuje, jak rozmawiać z dziećmi o źle tego świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

EQUAZIONE DI UN AMORE

Copyright © 2017 by Simona Sparaco

All rights reserved

Projekt okładki

Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce

© Julie Ponce/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Kinga Szafrugo

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

ISBN 978-83-8123-486-3

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej Matce, jej mądremu sercu,

które jest dla mnie wsparciem

od dnia wydania mnie na świat.

Oraz D., którego pierwsze uderzenia serca

sprawiły, że wszystko inne zamilkło.

1

4 kwietnia 2015, Singapur

„Osierdzie. Osłania mnie i chroni od dnia moich narodzin.

Błona, która broni tylko mnie i żadnego innego organu ciała.

Tyle razy zastanawiałem się dlaczego.

Po wielu latach męczącego współistnienia znalazłem wreszcie odpowiedź.

By chronić mnie przed zależnością od Ciebie.

Przed Tobą, która wierzy gwiazdom raczej niż pragnieniom.

Przed Tobą, która wszystko może i która rozkazuje”.

W fizyce kwantowej nie sposób ustalić położenia obiektu, jeśli obiekt ten nie oddziałuje z czymś innym. Tak, jakby rzeczy nie istniały od zawsze i materializowały się w konkretnym miejscu wyłącznie napotkawszy czyjeś spojrzenie.

Przed Leą, tuż za wielkim oknem pokoju dziennego, z wysokości osiemnastego piętra wieżowca, rozpościera się Singapur, błyszcząc jak diadem w ciemnościach nocy – na ciemnym tle geometrycznych uśpionych budynków mieszkalnych ulice wciąż żarzą się światłami samochodów. Jest prawdziwy, namacalny, jak kieliszek czerwonego wina, który chłodzi opuszki jej palców i jak odbijający się w szybie płomień świecy ustawionej na środku stołu za jej plecami.

I znów zaskakuje ją ta sama, porzucona i odległa myśl. Delikatne szarpnięcie w sercu, które ucisza naprędce czujny rozum. Powraca wspomnienie podręczników do fizyki i matematyki, jest i chłopak, który patrzy na świat przez grube szkiełko nauki, który nauczył ją kochać literaturę. Chłopak, który może nawet nie jest rzeczywisty. Z całą pewnością nie ma go w jej życiu.

Rzeczywisty jest Vittorio, jej mąż, który wstaje teraz z krzesła i idzie w jej stronę. W szybie okna migocze i jego odbicie.

Właśnie skończyli jeść kolację.

Vittorio ma dzisiaj ochotę na czułości, wracając z biura departamentu prawnego banku inwestycyjnego kilka godzin wcześniej, pojechał aż na Katong, do ich ulubionej restauracji, by przywieźć jej laksę, singapurską zupę z makaronem. Zanim dotarł do domu, wysłał jej wiadomość: „Nakryj do stołu niebieską zastawą i włóż tę obcisłą małą czarną, w której tak mi się podobasz.:)”. Lea uśmiechnęła się, odgadując jego intencje, i tak jak prawie jej nakazał, zajęła się przygotowywaniem stołu do kolacji.

W wiadomości od Vittorio wyczuwalny był również szacunek do rytuału jedzenia. Dzięki daniom z najznakomitszych restauracji, najwymyślniejszym przepisom, których nieustannie próbuje, poświęcając swój czas wolny programom kulinarnym, Vittorio zdołał ją uleczyć. Dosłownie. Jego starania i kulinarne kreacje pozwoliły zażegnać jej przerażającą chudość, której przyczyn wciąż nie chce poznać. Od zawsze jednak okazuje jej wsparcie poprzez jedzenie.

Przytula ją teraz od tyłu, przyciska ją do siebie, oddychając głęboko. Zadanie zakończone sukcesem.

– W co się tak wpatrujesz?

– W przyszłość – odpowiada, nie odwracając się.

– W przyszłość? I co widzisz?

– Wydaje mi się, że nadchodzi zbyt szybko. Nawet o tej porze.

Reflektory samochodów zlewają się w rzeki światła, wcinające się między jedną dzielnicę a drugą.

Vittorio całuje jej szyję, oddycha zapachem jej włosów.

– A ty? Co widzisz?

Opiera brodę na jej ramieniu, i teraz on patrzy przez okno.

– Małą dziewczynkę. Mówi do mnie „tato” i ma twoje oczy.

Dopiero teraz Lea odwraca się i spogląda badawczo w błyszczące oczy swojego męża. Chwyta go za ręce i czule gładzi.

Pragnie dać mu szczęście, tylko na to zasługuje. Widzi go, widzi jego zaangażowanie, jego codzienną gonitwę i zmartwienia związane z pracą – wszystko po to, by przynieść do domu o wiele więcej, niż potrzebują. Osiągnął już wszystko w swoim życiu, zaczynał od zera. Ma pełne prawo, by pragnąć teraz dziecka. Są małżeństwem od pięciu lat i choć na początku to Lea nie czuła się gotowa, od kiedy półtora roku temu przeprowadzili się do Singapuru, zaczęli starać się z nieco większą determinacją. Zdawałoby się, że natura postanowiła posadzić ich w poczekalni – a to niezbyt odpowiednie miejsce ze względu na niecierpliwość cechującą Vittorio. Dlatego tak świetnie czuł się w tym kręgu kulturowym, że był perfekcyjnie zorganizowany i do bólu punktualny, i właściwie tylko zaburzenia cyklu miesiączkowego u Lei, która już jako dziewczynka krwawiła nieregularnie, wymykały się spod kontroli. Rytm ich nowego życia wyznaczały więc długie okresy wyczekiwania.

W kilka minut ulega namowom Vittorio i zaczynają się kochać na dopiero co uprzątniętym stole, w pozycji, na którą nie pozwolili sobie już od jakiegoś czasu. Z kratki klimatyzatora włączonego w dzień i w nocy, by zrównoważyć piekielne gorąco i wilgotność, dociera do niej podmuch zimnego powietrza i czuje, jak ból głowy wierci jej w skroni, napływa falami. Migreny uprzykrzają jej życie mniej więcej od chwili, gdy się przeprowadzili.

Dłonie jej męża rozpinają ostrożnie czarną sukienkę, delikatnym i uważnym ruchem, dbają o każdy szczegół. I choć stół to niecodzienne dla nich miejsce na miłość, początek ceremonii przebiega powoli, z całą serią znajomych gestów, które sprawiają, że Lea czuje się bezpieczna. Kiedy kładzie mu dłoń na ramieniu, jej wzrok trafia na paznokieć, z którego odprysnął kawałeczek lakieru. Pomalowała paznokcie kilka godzin temu, wie, że mu się podoba. Ona nie przepada za makijażem, wystarczy jej odrobina pudru, żeby ukryć piegi widoczne na mlecznobiałej skórze. Nigdy ich nie lubiła. Odgarnia długi kosmyk miedzianorudych włosów, odsłania szyję, a Vittorio całuje ją, aż przechodzi ją dreszcz. W tej samej chwili wyobraża sobie, że mąż zrywa z niej ubranie, pospiesznie sadza ją na stole, nie zważając na kosztowną zastawę. To tylko ulotna pasja, to nie miłość porządkująca ci życie, powtarza sobie, gdy czuje ciało Vittorio na swoim ciele. On nachyla się i szuka jej, by złączyć się z nią w jedność.

Teraz musi przestać myśleć o bólu głowy, o klimatyzacji i wszystkich tych błahostkach, które trzymają ją mocno w tym pokoju. I ona musi uwierzyć, że można stać się jednością – kiedyś wierzyła, że można stracić wszelki kontakt ze światem zewnętrznym i trafić tam, gdzie nie istnieje materia ani granice.

Ale materia wciąż tu jest, wszędzie dookoła, stanowi kwintesencję tego mieszkania, identycznego pewnie i tak samo wykończonego, jak pozostałych trzydzieści osiem mieszkań w ich wieżowcu. Jak w wielkim ulu. Materia krystalizuje się we wszystkich udogodnieniach, w jakie ich apartament został wyposażony – w windzie, która zatrzymuje się bezpośrednio w mieszkaniu, w malutkiej karcie magnetycznej zastępującej tradycyjny klucz, w śmieciach, które wyrzuca się przez odpowiednią klapę w kuchni, w domofonie, przez który można zadzwonić do recepcji przy wejściu. To materia tworzy minimalistyczne meble z przewagą bieli i aluminium, składa się na marmur podłogi: bez żyłek i zawsze nieskazitelnie czysty, choć Lea rzadko go wyciera – nikt nie wchodzi do tego domu w butach, to miejscowy zwyczaj, na który Vittorio przystał z zadowoleniem. Materia to też suma, którą bank Vittorio wydaje co miesiąc na wynajem i dodatkowe opłaty za mieszkanie, gdzie Lea nie mogła wybrać nawet obrazka na ścianie ani zastawy stołowej, ponieważ zastała je w pełni wyposażone – w tak nowoczesnym i esencjonalnym stylu, że nawet regał na książki okazał się niefunkcjonalną fanaberią. I w tej materii brakuje zapachu papieru, bo kiedy zamknęła drzwi domu na Zatybrzu, by jechać za Vittorio do Londynu, Lea podarowała wszystkie swoje książki Biance, a większość ubrań i rzeczy, których nie miała serca wyrzucić, zdeponowała w piwnicy swojej matki w Morlupo. Nauczyła się czytać książki na Kind­le’u, a antyramy zastąpiła elektrycznymi wyświetlaczami, na których przesuwają się w równych odstępach czasu sceny z pięciu lat jej życia – zawieszonego i stworzonego z materii: to zdjęcia z ich ślubu, z podróży, uchwycone na fotografiach najzabawniejsze chwile spędzone razem.

Czuje zapach perfum Vittorio, wdycha aromat białego piżma, ich ślina ma posmak tabasco. On nieruchomieje wewnątrz niej i chwyta jej twarz w dłonie, spogląda na nią z uchylonymi ustami, szeroko otwiera oczy, czuje jego ciepły oddech na skórze swoich policzków.

– Boże, jesteś zjawiskowa – szepce, zatapiając twarz w jej włosach, i wreszcie Lea sięga swojej namiętności. Jest jak niedomknięta muszla, w której wnętrzu pulsuje życie. Vittorio wykrzywia twarz w grymasie, który Lea tak dobrze zna – marszczy się mała biała blizna tuż nad jego górną wargą, dokładnie tak, jak wtedy kiedy kończy gotować danie z nowego przepisu lub kiedy przedstawia jej jakąś kuszącą propozycję.

Ten sam grymas zapamiętała już z ich pierwszej randki w Londynie. To było sześć lat temu, lało jak z cebra, a on wysiadł z samochodu i czekał na nią pod parasolem przed bramą przy Ellerdale Road. Wtedy jeszcze Lea studiowała scenopisarstwo na London Film Academy i mieszkała na trzydziestu metrach kwadratowych pełnych książek, naczyń, pościeli i ubrań zmiętych w każdym kącie. Jej jedynym towarzystwem był kanarek oraz żółw. Ani jedna kropla deszczu nie zdołała zmoczyć jej twarzy tamtej nocy, ani jedna łza nie spłynęła jej po policzku, chociaż miała ogromną ochotę płakać. Powtarzała sobie: „To właśnie mężczyzna, któremu możesz i powinnaś zostawić klucze do swojego życia”.

Znajomy elektroniczny dźwięk odzywa się między nimi, oznajmia nadejście wiadomości. To telefon Vittorio, wiecznie oblegany. Gdy mężczyzna pospiesznie po niego sięga, magia chwili chowa się z powrotem do środka muszli.

Vittorio wciąż stoi przed nią, lecz myślami jest już daleko, skupiony na ekranie przesuwa palcem wiadomości. Niedawno skończył czterdzieści pięć lat, przerzedziły mu się włosy, a na skórze szyi i torsu pojawiły się pierwsze zmarszczki. Jego nagie ciało jest chude, prawie bez owłosienia, mięśnie klatki piersiowej rysują się, dopiero gdy zgarbi nieco plecy – niewielkie i zmysłowe jak posągi Apollina. Biega, gra w tenisa i spędza godziny na oczyszczających posiedzeniach w saunie. Wie, że może się podobać i żywi się uwodzicielskimi spojrzeniami kobiet, lecz we wszystkim, co robi, zawsze zdaje się być drugie dno, które dotyczy Lei: – Nie zatrzymam się, nie zestarzeję – zdaje się mówić. – Nigdy nie będę cię traktował jak pewnik. I nigdy nie będziemy tylko we dwoje, choćbyśmy nigdy nie mieli dzieci. Zawszę będę ja, ty, i wszyscy ci ludzie, którzy mieszkają w moim telefonie.

Lea również korzysta z przerwy, żeby sprawdzić, czy któreś wydawnictwo odpisało jej na e-maila. Przeprowadzka do Singapuru zainspirowała ją do napisania powieści, jedynej, którą udało się jej doprowadzić do końca. Niedawno wysłała ją wszystkim znanym jej włoskim wydawcom. Prócz jednego. Skrzynka pocztowa jest jednak wciąż pusta. Lea strofuje się w myślach, nie chce popaść w obsesję, chce być bardziej cierpliwa, lecz sama myśl o tym, że ktoś po drugiej stronie świata czyta właśnie jej maszynopis, napawa ją niepokojem.

Vittorio przestaje wreszcie grzebać w telefonie, układa piżamę na łóżku i wślizguje się pod prysznic. Starannie namydla ciało, przesuwając maszynką po szyi i po policzkach. Zdaje się odprężony, na ustach błąka mu się uśmiech zadowolenia. Lea znika w drugiej łazience, jedynym miejscu, w którym może sobie pozwolić na trochę kobiecego nieładu. Robi siku i widzi cienki skrzep krwi unoszący się na powierzchni wody w toalecie. Tym razem pojawił się zbyt wcześnie.

Odprowadza go wzrokiem do chwili, gdy znika w spiralnym nurcie. Cicha możliwość wessana przez strumień wody. Lea czuje napływającą falę melancholii. Nie zamierza mówić o tym Vittorio, nie dziś wieczorem.

Podchodzi do okna.

Miasto powoli cichnie. Światła przygasły nieco, a biały księżyc, któremu do pełni brakuje tylko ząbka, świeci wysoko na niebie. Zdaje się większy niż zwykle. Lea spogląda przez szybę, przez moment odnosi wrażenie, że widzi błysk oczu tamtego chłopaka. Ma wciąż „naście” lat i rzuca jej surowe spojrzenie za każdym razem, gdy ona gubi się w swoich myślach przed matematycznym równaniem w zeszycie. Teraz Lea patrzy na miasto, nie skupia się na niczym szczególnym, to przejrzysta przestrzeń, w której nie istnieje czas.

Heisenberg i jego skoki kwantowe. Twierdził, że elektrony mogą zaistnieć tylko wtedy, gdy przeskakują z jednej orbity na drugą. Jeśli nic nie stanie im na przeszkodzie, nie znajdują się w żadnym konkretnym miejscu, tylko w abstrakcyjnej przestrzeni matematycznej, i nie można przewidzieć, gdzie na nowo pojawi się elektron, można jedynie obliczyć prawdopodobieństwo tego zdarzenia.

Czyżby uciekła tak daleko tylko po to, by ograniczyć prawdopodobieństwo ich spotkania? Czy po to, by uwierzyć wreszcie, że ogranicza go abstrakcyjna matematyczna przestrzeń i że nie istnieje?

A przecież tak nie jest.

To matematyka sprawiła, że się spotkali. Niektóre spotkania ciągną za sobą ciężar nieodwracalnych wydarzeń, choćby wynikały z czystej chęci poprawienia błędu. Gdyby nie banalny błąd w rachunkach, który popełniła jako uczennica pierwszej klasy liceum, nigdy nic by się nie wydarzyło.

To był jeden ze zwyczajnych dni stycznia. Właśnie zadzwonił dzwonek i Lea przechodziła przez korytarz oddzielający sale lekcyjne od gabinetu dyrektora. Wciąż niewiele było gracji w jej ruchach, chodziła nieco sztywno i niezgrabnie. Miała na sobie szerokie dżinsy i ciepły sweter z wysokim golfem, tak jakby chciała zamaskować naturalny wdzięk, z którym wciąż nie potrafiła się obchodzić. I tamtego dnia jej długie włosy sięgające dołu pleców zwinięte były w niedbały węzeł unieruchomiony ołówkiem. Pełne czerwone usta kontrastowały z anonimowością jej stroju, przyciągały spojrzenie – tak jak i dołeczek w brodzie, który dodawał jej uroku dziecinnego i złośliwego zarazem. Była wysoka jak na swój wiek, długa i wyprostowana. Wąskie biodra, szczupłe ramiona i nogi budzące obawę, że mogą w każdej chwili się złamać, ledwie widoczny biust. Wciąż nieforemne, cierpkie jak niedojrzałe jabłko stworzenie, desperacko usiłujące zwiększyć swoje zdolności intelektualne, jakby na przekór matce nieustannie wychwalającej jej urodę. Lea nigdy nie była zdolną uczennicą, skupienie przychodziło jej z trudem, nie miała pamięci do dat ani nazwisk i pewnie dzisiaj zdiagnozowaliby u niej lekką formę dysleksji. Kiedy czytała, myliła d z b, lecz rzadko zdarzało się, by ktoś skarcił ją za niespodziewane potknięcia, które wzbudzały wyłącznie czuły uśmiech.

Po raz pierwszy całowała się w ostatniej klasie podstawówki. Grali w butelkę w garażu u Bianki, a kiedy chłopiec, na którego wypadło, wpatrywał się w nią oszołomiony, naprędce wsunęła język w jego półotwarte usta. Jej koleżanki rozmawiały już o seksie i antykoncepcji, a Lea słuchała ich z zaciekawieniem. Nie czuła pośpiechu. Bardzo chciała spróbować, nie zniosłaby jednak goryczy, która pozostała jej po tym pocałunku. – Nie podobasz mi się – powtarzała szczerze i bez ogródek chłopcom, którzy zgłaszali chęci uprawiania miłości tego ostatniego lata, po czym próbowała ich pocieszać. Pomagała im się pogodzić z odmową lub wskazywała na mniej wymagające przyjaciółki: – Moim zdaniem ona jest idealna, możesz dać jej w prezencie Heart Shaped Box Nirvany. – Czekała jednocześnie, aż i jej zaśpiewają: Hey, wait, I’ve got a new complaint, forever in debt to your priceless advice.

Tamtego dnia dyrektor zaprosił ją do swojego pokoju, by porozmawiać o jej tragicznych ocenach z matematyki. Zjawiła się tam z rozwiązanym butem, potknęła się o włas­ne nogi. Zobaczyła go, kiedy podniosła wzrok: starszy od niej, mógł być byłym uczniem, który odwiedza starą szkołę. Dopiero później okazało się, że jest w ostatniej klasie i niedawno przeprowadził się z miasta na północy.

Z nieprawdopodobną wręcz przytomnością wyciągnął rękę, by jej pomóc, lecz w obliczu jej beztroskiego i rados­nego: – Ale ze mnie łamaga! – natychmiast się wycofał. A Lei zdawało się, że jego dłoń, wycelowana w nią, popycha ją z powrotem na ziemię. Zawstydziła się.

Przez chwilę siedzieli obok siebie na ławce przed drzwiami do gabinetu dyrektora. Nie powiedzieli do siebie ani słowa: Lea trzymała na kolanach zeszyt do matematyki, pełen rysunków i bazgrołów na marginesach, przerzucała nerwowo jego kartki, wlepiając wzrok w ścianę; on, ubrany w dziwaczną sztruksową marynarkę, za dużą przynajmniej o dwa numery, z podwiniętymi rękawami – wbrew obowiązującej modzie, która, paradoksalnie, dopuszczała ekstrawaganckie stroje. Daleko mu było do atrakcyjności, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Regularne rysy twarzy kontrastowały ze zbyt krótko obciętymi włosami, przy których wyraźnie odcinały się nieproporcjonalnie duże uszy. Pełne blizn policzki stoczyły nierówną bitwę ze złośliwą formą trądziku. Blizn musiało być więcej, tych niewidzialnych, odbijających się w ciemnych oczach, w których błyszczało coś bolesnego i nieodwracalnego. Wpatrywał się w nieokreśloną przestrzeń za oknem, a jego źrenice poruszały się szybko z jednej strony na drugą, jakby chciał przegonić czas tracony na oczekiwanie. Nerwowy tik, kiedy gładził płatek ucha, wydawał się sposobem na ukojenie wewnętrznych ran, a niespokojne podrygiwanie nogi, którą usiłował wcisnąć w podłogę, wyrażało jego zniecierpliwienie.

Wprawił ją w dziwny stan poruszenia i kiedy podniosła się z ławki, by pierwsza wejść do pokoju dyrektora, Lea prawie poczuła ulgę.

Tego samego popołudnia zatrzymała się w szkolnej bibliotece, by odrobić zadania na następny dzień. Zdała sobie sprawę z jego obecności dopiero w chwili, gdy usiadł u jej boku.

Już po raz drugi Lea wyrywała stronę z zeszytu i przepisywała bezskutecznie to samo równanie. Traciła całkiem cierpliwość, kiedy zorientowała się, że ją obserwuje.

Rozbawionym tonem powiedziała: – Dalej się śmiejesz z tego, jak się wywróciłam dzisiaj rano?

Nie odpowiedział. Wpatrywał się w skupieniu w kartkę z zeszytu. Położył jej dłoń na przedramieniu, spokojną dłoń, poczuła, jak emanuje z niej ciepło. Niepokój napłynął niespodziewanie.

– Tu się pomyliłaś – powiedział to kategorycznie, dobitnie.

Lea nie mogła uwierzyć, że w tak krótkim czasie zdołał dostrzec błąd w tej plątaninie cyfr.

– Tu jest dwa, nie osiem – dodał. – I tym samym, w skrócie, nie może to być równe cztery.

Choć w tym roku postanowiła naprawdę się przyłożyć, by nadrobić zaległości, nigdy nie zdarzyło jej się wstydzić własnych błędów, nie przejmowała się nimi szczególnie. – W gruncie rzeczy, czy w życiu kiedykolwiek przydają się równania? – powtarzała sobie. A teraz ten nieznajomy wytykał je jej palcem. Forever in debt to your priceless advice?

Zanim zdążyła odpowiedzieć czy przynajmniej sprawdzić słuszność jego uwagi, wstał i skierował się w stronę wyjścia.

Słyszy głos dobiegający z sypialni. Vittorio woła ją spod warstwy kołder.

Lea idzie do niego, nie chce, by dostrzegł jej rozterki. Czuje potrzebę wtulenia się w jego pierś, chce odnaleźć to ciepło, które Vittorio okazuje jej często, nie tylko podczas zbliżenia. A jednak stoi na progu zawieszona, niepewna. Po raz ostatni zerka na wciąż pustą ikonkę poczty na komórce.

– Co ci jest? Wydajesz się niespokojna.

– Dostałam okres – odpowiada, podchodząc do łóżka, z prawej strony.

To jedno krótkie zdanie gasi uśmiech na jego twarzy.

2

Jeśli to prawda, że każde miejsce ma swoją historię, ta dotycząca Urban Suites, nowoczesnego budynku, w którym znajduje się apartament Lei i Vittorio, jest wciąż jeszcze niezbyt długa. Kompleks powstał zaledwie kilka miesięcy temu, a pierwsze, co przychodzi do głowy po przekroczeniu szlabanu przy wejściu, to gra w Tetris przeprogramowana na geometryczne kształty ze stali i szkła. Mieszkańcy budynku to w znacznej większości ekspaci, niektórzy tylko przejazdem, wielu przywiozło ze sobą potomstwo.

Singapur został zaprojektowany zwłaszcza z myślą o dzieciach. Lea domyślała się tego już po kilku wizytach w parkach rozrywki na wyspie Sentosa i w futurystycznych shopping mallach, w których za szkłem witryn widziała wanny w sklepach zwanych Baby Spa – pełne noworodków unoszących się w wodzie pod czujnym okiem niepewnych, lecz uśmiechniętych matek trzymających je w ramionach. W publicznych toaletach obowiązkowo musiały być oddzielne pomieszczenia wyposażone w zabawki i spowite dźwiękami muzyki relaksacyjnej. Pobyt w apartamentach Urban Suites utwierdził Leę w przekonaniu, że to miasto przeznaczone do wychowywania dzieci.

W latach sześćdziesiątych ówczesny prezydent Lee Kuan Yew zasadził tysiące drzew, czym wzbudził zgodny zachwyt mieszkańców. Marzyło mu się miasto-ogród, zdolne zapewnić odpowiednią ilość tlenu rodzinom przyszłości. Także w Urban Suites znalazło się miejsce na ogród oraz ogromny basen wykończony kamieniem wulkanicznym. Dmuchane zabawki, samochodziki i gumowe figurki porozrzucane są tam na całej przestrzeni między placem zabaw a grillem z marmuru i stali otoczonym rzędem drewnianych stołów.

Jest Niedziela Wielkanocna i ogród wypełnił się dziećmi w każdym wieku, biegającymi między rzeźbami i fontannami. W cieniu trampoliny z teku sąsiedzi Lei i Vittorio smarują się olejkiem do opalania, a automatyczne zraszacze kręcą się miarowo i wypluwają wodę lśniącą w promieniach słońca. Nieukończone budowy wznoszących się powoli drapaczy chmur budzą to samo poczucie wyobcowania co plaże wyspy Sentosa – bielusieńki piasek, bujne czupryny palm, schludne budynki fabryk, a w oddali, na horyzoncie, równe sylwetki tankowców.

„Wyobcowanie” to słowo, które często powraca w powieści Lei. Napisała dziennik młodej ekspatki, która wyobraża sobie, jak dzień w dzień przechadza się po Singapurze w towarzystwie Lee Kuan Yewa, przez wszystkich wciąż nazywanego tutaj Prezydentem. Doszedł do władzy zaraz po zdobyciu niepodległości od Wielkiej Brytanii i stworzył system rządowy, który zdołał przekształcić maleńki kraj bez zasobów naturalnych, udręczony przemytem narkotyków i przestępczością w prężnie rozwijające się państwo i wspaniałe miejsce do życia.

Kiedy Lea zobaczyła go po raz pierwszy, uderzyła ją energia w jego oczach, niewspółmiernie wąskich do ogromu dumy, którą błyszczały, widocznej nawet na małej fotografii zajmującej centralne miejsce na kokpicie samochodu taksówkarza.

– Przepraszam, kim jest ten człowiek? – zapytała wtedy kierowcę, wychylając się pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami.

Odruchowo chciał się odwrócić, a kiedy spojrzał na nią w lusterku, w jego oczach rysowało się osłupienie, jakby chciał powiedzieć: „Naprawdę nie wiesz kto to?”.

– Dla nas, Singapurczyków, jest jak ojciec – odparł z mieszanką dumy i nabożeństwa w głosie. – To on to wszystko stworzył.

Lee Kuan Yew wpatrywał się w nią ze świętego obrazka na kokpicie, a w jego spojrzeniu było coś niezmierzonego. Wiara w moc ideałów.

Vittorio nie był nigdy zapalonym czytelnikiem, uwielbiał jednak biografie ludzi sukcesu.

– Czyżbyś to ty była tą młodą ekspatką, o której piszesz? – zapytał Leę.

– To ja, choć tak naprawdę to wcale nie ja. To zagubiona kobieta ze starej Europy – nagle przenosi się do pozornie nieskazitelnego świata i widzi w nim odkształcenia, których nie jest w stanie zrozumieć.

– Jakie znowu odkształcenia? Bądź ze mną szczera, nie oszalałaś na punkcie tego miejsca.

– To nieprawda. Myślę tylko o wszystkich tych wywrotowcach, którzy trafili za kratki bez prawa do procesu; myślę o cenzurze, o karze śmierci za posiadanie narkotyków i o tym, że mogą cię wychłostać, jeśli przyłapią cię na kradzieży.

Vittorio usprawiedliwiał ciężką rękę władzy:

– Moim zdaniem, koniec końców liczy się efekt – powiedział jej tamtego dnia. – Surowość kary przekłada się na szacunek do zasad. To najbezpieczniejszy, najczystszy kraj, jaki znam, z kompetentnymi ludźmi u władzy.

Kilka dni po tej rozmowie stan zdrowia Lee Kuan Yewa znacznie się pogorszył. A kiedy Lea była w trakcie pisania swojej powieści, Prezydent wyszedł na spotkanie śmierci. Ogłoszono siedmiodniową żałobę narodową, a flagi na budynkach rządowych zostały spuszczone do połowy masztu. Długa procesja sparaliżowała całą dzielnicę Orchard, której ulicami płynęła niekończąca się rzeka ludzi, ściśniętych w tłumie dorosłych, przypominających małe sieroty o zdezorientowanych twarzach.

Lea pluska się leniwie w basenie, opierając łokcie o kamienny brzeg. Vittorio jest tuż za nią, masuje jej plecy.

Z boku wyglądają jak para nastolatków na wakacjach, a przecież dopiero co podjęli ważną decyzję, jedną z tych zdolnych zmienić bieg życia. W oczach Vittorio jaśnieje nowe światło, jego spojrzenie zdaje się bardziej otwarte, jak kwiat, który rozkwita z rana. Zaraz po świętach skontaktują się z doktor Jong w sprawie badań, by wykluczyć ewentualne przeszkody uniemożliwiające zapłodnienie. Opracują dla Vittorio spermiogram, Lea podda się badaniom specjalistycznym. Wszystko po to, by osiągnąć cel. Zrobią wszystko, co każe im pani doktor, byle tylko udało im się zostać rodzicami w jak najkrótszym czasie.

Vittorio patrzy na rozbawione dzieciaki:

– Lea, chciałbym więcej niż jedno. Wolałbym, żebyś nie pracowała, cieszyła się domem, miastem i naszymi nowymi przyjaciółmi – mówi.

Tak jakby ludzie, z którymi się spotykają, nie byli tylko znajomymi z jego pracy, czy jakby ekskluzywny apartament, w którym przyszło im gościć, naprawdę potrzebował jej opieki. Przecież nawet to, co jedzą, to prawie zawsze efekt wizyt Vittorio w kolejnej restauracji czy też zasługa jego determinacji, by wypróbować jeszcze jeden przepis kulinarny. Przez chwilę Lea ma wrażenie, że zaczyna się dusić, jakby jej szyję znów oplatał gryzący wełniany szalik, który matka ciasno zawiązywała jej w dzieciństwie.

– Dla dziecka obecność matki jest niezwykle istotna – mówi sentencjonalnie Vittorio.

Wybiegł daleko w przyszłość, wypowiada się tak, jakby ich cel został już osiągnięty. Identycznie zachowuje się w pracy, kiedy jest przekonany, że kolejne przejęcie firmy zakończy się sukcesem. Lea słyszy jego słowa i myśli o fartuchach swojej teściowej, w kwiatowy wzór, przesiąkniętych aromatem jedzenia. Wyobraża ją sobie za młodych lat, zanim jeszcze ją poznała, jak stoi w swojej kuchni z dłońmi zanurzonymi w misce z warzywami i wzrokiem wbitym w okno wychodzące na grządki w ogródku. Pięcioro dzieci i znikąd pomocy. Wyobraża sobie Vittorio – jest jeszcze dzieckiem i właśnie rozgniata kamieniem szyszki drzew piniowych na werandzie. Towarzyszą mu jego bracia. Lea wyobraża sobie, niemal czuje, zapach makaronu dochodzący z piekarnika i aromat świeżej bazylii na pomarszczonych rękach jego matki… Wreszcie wraca z tej podróży w czasie i spogląda na rodziny sąsiadów szykujących grilla w tym astralnym, dalekim miejscu, gdzie kreska termometru prawie nigdy nie spada poniżej dwudziestu siedmiu stopni. Wkrótce i oni staną się uczestnikami tego pseudorodzinnego rytuału, tak jak zdarzyło im się kilkakrotnie w niedziele: Harvey i Satoshi, Australijczyk i Japończyk, zajęci są przygotowywaniem mięsa, a ich żony, Susan i Akame, opowiadają sobie zapewne o ostatniej wyprawie na zakupy.

W zeszłym tygodniu podczas niedzielnego grilla synek Susan prawie przez cały czas był na rękach u Lei. Rozmawiały o lokalnym systemie szkolnictwa. W Singapurze już bardzo małe dzieci przechodzą testy predyspozycyjne, które w znacznej mierze decydują o ich dalszej ścieżce rozwoju – w obliczu zbliżających się egzaminów matki nie rozmawiają o niczym innym. Kto wie: kiedy mały Vittorio rozgniatał szyszki, może i jego matka, obserwując go przez okno, już myślała o tym, by nadać kształt jego przyszłości.

Choć w Singapurze czternastoletnie dzieciaki wiedzą dokładnie, jak potoczy się ich los, Lea w ich wieku nie miała o tym bladego pojęcia. Tylko kilka kwestii zdawało się wtedy jasnych: to, że jej matka właśnie z hukiem wyrzuciła ojca z domu po kolejnej zdradzie, to, że wisiało nad nią ryzyko powtarzania klasy z powodu fatalnych ocen z matematyki i wreszcie, że jest w szkole chłopak, który zdołał zakłócić jej spokój.

Los to wykres z mnogością wyborów. Może być tak, że te, nad którymi nieszczególnie się zastanawiamy, nieokupione większym cierpieniem, lub te, których dokonuje się zwyczajnie przez pomyłkę, okazują się mieć determinujące znaczenie. Tak jak ten, który spowodował, że przez jeden test orientacji zawodowej Lea trafiła do liceum o profilu ścisłym.

Test przeprowadzano w ostatniej klasie podstawówki. Należało odgadnąć kształt bryły, którą stworzyłyby kolejne formy geometryczne, gdyby kręciły się na pionowej osi przechodzącej przez ich środek. – Stożek – mówiła, podnosząc rękę, lub: – Walec. – Kula. I nie dawała za wygraną, kiedy oś została przemieszczona: – Stożek z walcowatym otworem w środku. I tak dalej.

Nauczyciel był pod takim wrażeniem przygotowania i entuzjazmu Lei, że zasugerował jej ojcu, inżynierowi architektowi Federici, że powinien skierować ją na drogę studiów naukowych. Wcześniej jednak podsunął mu plan mieszkania do remontu, które zakupił nie tak dawno w okolicach szkoły. Gdyby nie nauczyciel, gdyby nie wynik jej testu, Lea nigdy pewnie nie znalazłaby się na korytarzu liceum o profilu ścisłym, nigdy nie musiałaby walczyć z liczbami i może nigdy nie poznałaby okrutnego oblicza miłości.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI