Rosyjski oligarcha - Maggie Cox - ebook
Opis

Bogaty rosyjski milioner, Mikołaj Golicyn, od dawna interesował się piękną Ellie, która opiekowała się dzieckiem jego brata, Saszy. Miał ochotę poznać ją bliżej. Jednak gdy doszło do tragicznego wypadku, w którym zginął Sasza, zrozpaczony Mikołaj obwinił ją o tę śmierć. Gdy udręczona oskarżeniami wyjechała z Londynu, nie potrafił o niej zapomnieć. W końcu postanawia ją odnaleźć i zaproponować, by zaopiekowali się wspólnie jego osieroconą bratanicą...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 127

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maggie Cox

Rosyjski oligarcha

TłumaczyłJanusz Maćczak

Tytuł oryginału: Bought: For His Convenience or Pleasure?

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2009

Redaktor serii: Małgorzata Pogoda

Opracowanie redakcyjne: Małgorzata Pogoda

Korekta: Jolanta Spodar

© 2009 by Maggie Cox

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin

Życie Ekstra są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa

ISBN 978-83-238-8191-9

ŚWIATOWE Z ŻYCIE EKSTRA –307

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Elizabeth, pamiętasz, co się stało? – zapytał głos brzmiący jak z wielkiej oddali czy ze snu.

Ellie balansowała na granicy przytomności, niespecjalnie starając się ją przekroczyć, jakby raczej wolała przyjazną bezpieczną ciemność, spowijającą jej umysł i chroniącą przed lodowatym strachem.

Wydarzyło się coś okropnego. Dlaczego ten mężczyzna zmusza ją, by sobie to przypomniała? Przez krótki moment skupiła wzrok na jego twardo rzeźbionych rysach, lecz zaraz szybko zamknęła oczy, gdyż na widok tej twarzy poczuła zakłopotanie, jakby niedawno zrobiła coś naprawdę złego. Gdyby tylko potrafiła sobie przypomnieć, co to było!

Jednak może lepiej tego nie pamiętać? Na szczęście, zaraz znów otulił ją miękki aksamitny mrok. W obawie przed lękiem i cierpieniem nie próbowała więcej niczego sobie przypominać. Wiedziała tyle, że jest w szpitalu – i to musiało chwilowo wystarczyć.

Postać tego mężczyzny w czarnym, jakby żałobnym garniturze wydawała się złowroga i przerażająca. Ellie zastanawiała się w oszołomieniu, dlaczego widzi go za każdym razem, gdy otwiera oczy. Czyżby na coś czekał?

Przeczuwała mgliście, iż coś go z nią łączy, a towarzyszyła temu niejasna myśl, że stała się co najmniej pośrednią przyczyną czegoś strasznego. Celowo starała się nie dopuścić tego do świadomości, koncentrując się na widoku tego nijakiego, bezosobowego pokoju o ścianach nieokreślonego koloru owsianki i na przenikającej wszystko wokoło szpitalnej woni. W nogach czuła dziwny ciężki bezwład. Zerknęła w dół i stwierdziła, że są w gipsie. Zaniepokojona, jęknęła cicho, a potem przyłożyła policzek do poduszki i znów przymknęła powieki.

Kilka dni później Ellie, ocknąwszy się, ujrzała tym razem nad sobą znajomą twarz ojca.

– Nie martw się, córeczko. – Pogłaskał jej dłoń, jakby była małą, bezradną dziewczynką. – Twój tata wszystkim się zajmie. Wyciągnę cię z tego najszybciej, jak się da. Tommy Barnes wie co nieco o tym, jak wtopić się w tłum i zniknąć. W ciągu minionych dwudziestu lat musiałem nauczyć się paru sztuczek!

– Doktor Lyons, proszę pójść z Susie, dobrze? Ona zajmie się pani makijażem.

Ellie nie przepadała za udziałem w tych miałkich programach telewizyjnych – ani za mianem, jakie jej nadały londyńskie media, odkąd pomogła synowi pewnego sławnego polityka, uzależnionemu od narkotyków i nocującemu na ulicy:,,Psycholożka z końskim ogonem''. Czuła przez to, jakby cofnęła się znów do wieku niedoświadczonej nastolatki. A przecież od tamtego czasu przebyła długą drogę, pokonując wiele trudnych przeszkód, by osiągnąć swoją obecną pozycję i dobrobyt.

A najdziwniejsze, że pomógł jej w tym ojciec, w swój zwykły chaotyczny i bałaganiarski sposób. Po jej wypadku pięć lat temu wykorzystał swoje znajomości, by zatuszować sprawę, a potem namówił ją na przeprowadzkę z Londynu do Szkocji, co okazało się jednym z najtrafniejszych kroków w jej życiu. Zyskała niezbędny bodziec, by ukończyć studia psychologiczne i zdobyć kwalifikacje do zawodu, o jakim zawsze marzyła.

Mniej więcej przed rokiem skorzystała z okazji powrotu do Londynu i podjęła pracę na East Endzie przy projekcie szczególnie bliskim jej sercu – pomocy bezdomnym młodym ludziom, znajdującym się w ciężkiej sytuacji. Poznała na własnej skórze, co znaczy być porzuconym i samotnym, toteż gorąco pragnęła pomóc tym dzieciakom. Jednakże przez ostatni tydzień mieszkała po południowej stronie rzeki, w położonym w dzielnicy Chelsea uroczym wytwornym hotelu nieopodal Kings Road. Jej pobyt finansowała stacja telewizji kablowej, która zaangażowała ją do przygotowania tygodniowego cyklu programów o nastoletnich latoroślach pomniejszych celebrytów, które wpadły w tarapaty.

Zgodziła się niechętnie. Miała mnóstwo pracy w swojej poradni psychologicznej w Hackney oraz w ośrodku dla bezdomnych, którego była współzałożycielką. Pragnęła wrócić tam, gdzie mogła być najbardziej użyteczna i robić to, po co tak ciężko studiowała. Jednak za zrealizowanie tego telewizyjnego cyklu zaproponowano jej zbyt duże pieniądze, by mogła odmówić. Rozgłos, jaki przy tym mimowolnie zdobyła, pozwalał jej pozyskiwać przynajmniej skromne dotacje dla walczącego o przetrwanie schroniska dla bezdomnych.

Po programie wróciła do hotelu. Gdy przez obrotowe drzwi weszła do holu, zatrzymała ją recepcjonistka w eleganckim uniformie.

– Doktor Lyons, czeka na panią jakiś mężczyzna. Zaprowadziłam go do sali konferencyjnej na końcu korytarza, gdzie będą państwo mogli spokojnie porozmawiać.

Zaniepokojona Ellie zmarszczyła brwi. W swoim zawodzie od czasu do czasu stykała się z ludźmi, którzy rozwścieczeni odszukiwali ją, by jej naubliżać. Najczęściej byli to krewni osób, którym usiłowała pomóc.

– Kto to jest? – zapytała. – Przedstawił się?

Z wniebowziętej miny recepcjonistki zorientowała się, że ten nieznajomy musi być nadzwyczaj przystojny. Jaką sprawę ktoś taki mógłby mieć do mnie? – zastanowiła się przelotnie.

– Powiedział, że nazywa się Mikołaj Golicyn – oznajmiła dziewczyna.

Pod Ellie ugięły się nogi i na chwilę pociemniało jej w oczach. Mikołaj Golicyn… Wspomnienie tego mężczyzny prześladowało ją w koszmarnych snach. Wniósł w jej życie więcej zamętu niż to kiedykolwiek udało się jej niesfornemu ojcu. Lękała się spotkania z nim, lecz pod tym strachem kryła się tęsknota, której nie osłabił upływ czasu.

Wzięła się w garść, choć miała wrażenie, że spada z krawędzi urwiska w bezdenną przepaść najeżoną ostrymi skałami. Ze zdenerwowania przygryzła wargę. Jak on odnalazł ją po tylu latach? Przecież ojciec starannie zatarł ślady, a nawet doradził jej, by przybrała panieńskie nazwisko matki i skróciła swe imię Elizabeth do Ellie. Widocznie niepożądany rozgłos, jaki ostatnio zyskała, w końcu umożliwił jej byłemu pracodawcy odkrycie miejsca jej pobytu.

Drżącą dłonią musnęła jasne włosy, starannie zaczesane do tyłu w koński ogon. Przez chwilę znów ogarnęły ją słabość i paniczny lęk. Wymamrotała do recepcjonistki podziękowanie. Dziewczyna odpowiedziała pogodnym uśmiechem osoby, która wzrosła w serdecznej, kochającej rodzinie i nie dowiedziała się jeszcze, że życie potrafi być okrutne.

Elizabeth mimo woli poczuła ukłucie zazdrości. Jeszcze raz poprawiła włosy, wygładziła swe modne czarne spodnium i jak skazaniec powlokła się korytarzem.

– Dzień dobry – rzuciła odruchowo, wchodząc do sali zebrań. To zwykłe powitanie nawet w jej własnych uszach zabrzmiało absurdalnie.

Mężczyzna siedział przy długim, wypolerowanym do połysku stole konferencyjnym, ze zniecierpliwieniem bębniąc palcami po blacie. Na jej widok podniósł się powoli. Był wysoki i szczupły, lecz barczysty i muskularny. Emanował władczą energią i siłą, co jeszcze bardziej spotęgowało jej lęk.

Stanowił dla Ellie emocjonalne zagrożenie, zdolne zrujnować jej spokój ducha i wszystko, co z takim trudem osiągnęła w życiu. Widząc wyraziste rysy i krótko, po wojskowemu ostrzyżone włosy, pomyślała w pierwszej chwili, że upływ czasu obszedł się z Mikołajem Golicynem łaskawie. Jednak gorzki grymas ust i zapadnięte policzki świadczyły o czymś przeciwnym.

– Witaj, Elizabeth – powiedział, przeszywając ją ostrym i przenikliwym niczym laser spojrzeniem lodowato niebieskich oczu, pod którym zadrżała ze strachu.

– Obecnie wolę, by nazywano mnie Ellie – oświadczyła, gardząc sobą za brzmiącą w jej głosie nutę lęku.

– Nie wątpię – odrzekł, krzywiąc wargi w cynicznym uśmiechu. – Z pewnością wolałabyś pozostać dla mnie anonimowa przez resztę życia, ale powinnaś była wiedzieć, że to ci się nie uda. Przyznaję, pomogło mi to, że pokazałaś się publicznie w mediach. Prawdę mówiąc, dziwię się, że zdecydowałaś się na takie ryzyko, ale być może zgubiła cię zbytnia pewność siebie i przekonanie, że już dawno przestałem cię szukać. Jeśli tak, to sama jesteś sobie winna.

Jego urodziwa twarz zastygła teraz jak wykuta z lodu. Ellie przebiegł dreszcz grozy, gdy po pięciu latach znów patrzyła na tego mężczyznę, przez którego musiała uciec z rodzinnego miasta, ponieważ oskarżył ją o spowodowanie śmierci jego brata! Odpowiedziała z gardłem ściśniętym strachem:

– Nie mam już żadnego powodu, by ukrywać się lub uciekać. Opuściłam Londyn tylko dlatego, że ojciec martwił się o mnie i pragnął zabrać mnie w miejsce, gdzie będę mogła dojść do siebie po obrażeniach, jakie odniosłam w tamtym wypadku samochodowym.

– Nie wierzę, że to była jedyna przyczyna. Wówczas nie zmieniłabyś nazwiska… doktor Lyons – wymówił je z pogardliwą ironią i podszedł do niej.

Ellie zapragnęła nagle stać się niewidzialną. Jednak zniknięcie oznaczałoby tylko tymczasowe odroczenie egzekucji. Zawsze to wiedziała. Lepiej stawić czoło demonom przeszłości, choćby najbardziej przerażającym!

Za wszelką cenę starała się nie okazać strachu, lecz nie było to łatwe. Nawet pięć lat temu Mikołaj Golicyn – młodszy wtedy i jeszcze przystojniejszy – budził w niej niepokój. Było w nim coś tajemniczego i mrocznego, co sprawiało, że w jego obecności zawsze czuła się nieswojo. Jego brat Sasza powiedział jej kiedyś, że Mikołaj ma w sobie przerażający rys okrucieństwa i lepiej nie wchodzić mu w drogę.

Ale Sasza zawsze zazdrościł sukcesów swemu tajemniczemu starszemu bratu. On sam dzięki wrodzonemu wdziękowi zyskał liczne grono przyjaciół, lecz marzył o szacunku i podziwie, jakie budził Mikołaj swą rzetelnością i pracowitością. Ellie pojęła to od pierwszego dnia, gdy zgodziła się opiekować maleńkim dzieckiem Saszy i swojej siostry Jackie i zamieszkała w imponującej rezydencji na Park Lane, po tym jak Jackie zmarła przy porodzie.

Pamiętała, że bracia często burzliwie się ze sobą kłócili. Lecz wbrew opinii Saszy, to Mikołaj zawsze pierwszy wyciągał rękę do zgody.

– Dlaczego mnie odszukałeś? – spytała teraz z gwałtownie bijącym sercem, na próżno usiłując opanować lęk.

– Udajesz, że nie wiesz, po tym wszystkim, co się stało?

Oprócz rosyjskiego Mikołaj Golicyn mówił jeszcze w kilku językach, a jego angielszczyzna była niemal doskonała. Lecz teraz w jego słowach brzmiał obcy akcent – a także wielki gniew i uraza.

– To, co spotkało Saszę… jest potworne – wyjąkała. – Chętnie porozmawiam z tobą o tym okropnym wydarzeniu, lecz obawiam się, że nie mam nic nowego do powiedzenia.

– Czyżby?

– Wiem, że śmierć brata była dla ciebie straszliwym ciosem, ale zawsze miałam nadzieję, że kiedy się znowu spotkamy, zdołam cię przekonać, iż nie ponoszę żadnej winy za ten wypadek.

– Ach tak? Więc dlaczego nie porozmawiałaś ze mną po zakończeniu dochodzenia albo przynajmniej nie upewniłaś się, co się dzieje z twoją siostrzenicą, tylko uciekłaś ze swym lekkomyślnym ojcem, by później wieść najwyraźniej przyjemne i pełne sukcesów życie? Twierdzisz, że jesteś niewinna? Więc dlaczego zgodziłaś się odwieźć Saszę moim samochodem, chociaż dopiero co zrobiłaś prawo jazdy, a ja przykazałem mu, żeby zaczekał na mój powrót? Zapewniam cię, że nie spocznę, póki nie usłyszę powodu!

Mikołaj zadał jej ostrym tonem to samo pytanie przed budynkiem sądu po rozprawie. Wtedy ojciec objął ją opiekuńczo ramieniem i krzyknął:,,Zostaw ją w spokoju! I tak już wystarczająco wiele wycierpiała!''

– Nadal nie umiem ci tego wyjaśnić. Przecież wiesz, że w tej kraksie doznałam obrażeń głowy i straciłam pamięć wszystkiego, co zdarzyło się tamtego dnia. Niestety, wciąż jej nie odzyskałam. To jak zgubiony element układanki, którego nie potrafię odnaleźć. Lekarze w szpitalu powiedzieli, że pamięć może mi wrócić nagle albo nie wróci nigdy.

– Jakież to dla ciebie wygodne!

Te zjadliwie słowa Mikołaja naprawdę ją zabolały. Utrata pamięci o tym, co się wtedy stało, wcale nie była dla niej błogosławieństwem, lecz wręcz przeciwnie – powodem zwątpienia, lęku i poczucia winy, które od tamtego tragicznego dnia nieustannie ciążyły jej na sercu. Dręczyło ją, że nie potrafi sobie przypomnieć, dlaczego w ogóle wsiadła do samochodu i zdecydowała się odwieźć Saszę, choć była jeszcze świeżym i zupełnie niedoświadczonym kierowcą.

Sasza był wprawdzie uroczy, ale też lekkomyślny i nieobliczalny, a po śmierci Jackie te jego negatywne cechy jeszcze się nasiliły. Nie interesował się wcale swoją córeczką i gdyby nie interwencja Mikołaja, który zaproponował Ellie zaopiekowanie się nią, dziecko byłoby całkiem pozbawione miłości i czułości. Ale pamiętała, że najbardziej niepokoiło ją niezrównoważone zachowanie Saszy, spowodowane jego uzależnieniem od używek.

– To wcale nie jest dla mnie wygodne! – zaprotestowała porywczo. – Jak możesz tak mówić? Czy nie pojmujesz, że w tamtym wypadku ja również ucierpiałam – i to bynajmniej nie tylko fizycznie.

– Tak, niewątpliwie znasz się na psychicznych urazach, doktor Lyons. Zwłaszcza tych związanych z poczuciem winy!

Odruchowo cofnęła się, przerażona jego ledwo hamowaną furią. Wytwornie umeblowana sala konferencyjna wydała się jej nagle ponurym grobowcem. Lecz zarazem doszły w niej do głosu od dawna tłumione gwałtowne emocje.

– Nie zaprzeczam, że czuję się winna – ale nie wypadku, tylko tego, że porzuciłam Arinę! – zawołała. – Przecież nawet nie pamiętam, co się wtedy wydarzyło.

– Mój brat miał zaledwie dwadzieścia osiem lat. Był zbyt młody, by tak bezsensownie zginąć. Niewiedza o przyczynie jego tragicznej śmierci dręczy mnie i nie daje mi spokoju. Co powiem jego córce, kiedy dorośnie? A co gorsza, ją też zabrałaś na tę przejażdżkę z Saszą! Jak mogłaś być tak bezmyślna i nieodpowiedzialna?

Ellie wiedziała, że Arina, przywiązana bezpiecznie w dziecięcym foteliku, wyszła bez jednego zadraśnięcia z tej kraksy, w której jej ojciec zginął, a ciotka została ciężko ranna. Zderzenie zmiażdżyło jedynie przód samochodu, jakimś cudem pozostawiając tył nietknięty. Gdyby dziewczynka ucierpiała, Ellie nigdy by jej nie opuściła.

– Cóż mogę odpowiedzieć? Troskliwie opiekowałam się siostrzenicą i nigdy świadomie nie naraziłabym jej na niebezpieczeństwo.

– Ale jednak to zrobiłaś, prawda? Mogła zginąć, jak jej ojciec – rzekł Mikołaj, spoglądając na nią z pogardą.

Ellie znów ogarnęło dojmujące poczucie winy. Zaraz uświadomiła sobie jednak, że przecierpiała już dość. Wiedziała, że nie ma sensu grzęznąć bez końca w tych destrukcyjnych uczuciach. Życie toczy się dalej – nawet jeśli Mikołaj tego nie pojmuje i nadal obwinia ją i pragnie ukarać za śmierć swego brata.

Powoli pokręciła głową.

– Nigdy bym jej nie skrzywdziła – powtórzyła z mocą. – Kochałam ją… i wciąż kocham.

– Co takiego?! – wykrzyknął Mikołaj.

Najwyraźniej nie potrafił wysłuchać jej ani zrozumieć. Pojmowała jednak jego ból po stracie brata i wiedziała, że musi wybaczyć mu gniew i urazę, choć, niestety, nie potrafiła wyjaśnić, co zaszło tamtego fatalnego dnia. Lecz on z kolei powinien zrozumieć, że minęło już pięć lat. Czego od niej oczekuje? Że zrezygnuje ze swej przyszłości, ponieważ przeżyła, a Sasza zginął? Czy takiej kary dla niej pragnie? Niewątpliwie wściekłość budził w nim sukces, jaki odniosła. Lecz ironia losu polegała na tym, że Ellie wcale nie uważała swego życia za udane.

– Naprawdę rozumiem, że pragniesz się dowiedzieć, co się wtedy stało – rzekła współczującym tonem w wątłej nadziei, że zdoła zaapelować do bardziej ludzkiej strony jego natury.

Mikołaj Golicyn zawsze stanowił dla niej zagadkę. Skryty, zamknięty w sobie i zazwyczaj przerażająco zimny emocjonalnie. Pracując u niego, zastanawiała się często, czy coś potrafiłoby skruszyć lodowe ściany, jakimi odgradzał się od ludzi. Od czasu do czasu bywała świadkiem jego ciepłych i serdecznych odruchów – zwłaszcza wobec małej Ariny – co jeszcze bardziej wzmagało jej zainteresowanie tym mężczyzną.

– Nie przyszło ci do głowy, że ja też chciałabym to wiedzieć? – ciągnęła. – Ta sytuacja nieustannie mnie dręczy.

Mikołaj wsadził ręce w kieszenie spodni i westchnął, lecz bez śladu współczucia.

– Tak czy inaczej, sprawa między nami jeszcze się nie skończyła – oświadczył. Mocno zacisnął szczęki. – Wkrótce poznasz konsekwencje swojej ucieczki.

Ellie zbladła.

– Jakie konsekwencje?

– Teraz wzywają mnie obowiązki – rzekł, ignorując jej pytanie. – Ale zarezerwowałem za dwie godziny stolik w hotelowej restauracji i oczekuję, że zjesz ze mną kolację. Nawet nie próbuj odmawiać!

W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.

– Wejść! – rzucił Mikołaj ze zniecierpliwieniem.

Do pokoju zajrzał potężnie zbudowany, krótko ostrzyżony i nienagannie ubrany mężczyzna, niewątpliwie jeden z jego ochroniarzy. Powiedział kilka słów po rosyjsku. Golicyn odpowiedział równie krótko i mężczyzna wyszedł.

– Jestem już spóźniony na następne spotkanie – warknął z irytacją Mikołaj, jakby również za to winił Ellie.

– Odnosisz się do mnie tak, jakbyś szukał zemsty – rzekła i zadrżała na sam dźwięk tego słowa.

Jej reakcja najwyraźniej go rozbawiła. Uśmiechnął się i lekceważąco wzruszył ramionami.

– Nazwij to, jak chcesz. Możesz nawet dokonać psychoanalizy tego, co uważasz za moją okrutną chęć zadania ci cierpień, ale wiedz jedno: zapłacisz za to, co zrobiłaś!