Rosa alchemica - William Butler Yeats - ebook
Opis

Wydanie dwujęzyczne.

Autor, będąc czynnym członkiem tajemnym stowarzyszeń, bynajmniej nie opisuje w tym utworze czegoś, co jest tylko fikcją. On to znał, on to praktykował, on tym mocno się interesował.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 72

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


William Butler Yeats

Rosa alchemica

__________

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej

A dual Polish-English language edition

na język polski przełożył Józef Birkenmajer

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Tekst polski wg edycji z roku 1925, tekst angielski zaś wg edycji z roku 1914. Polską pisownię uwspółczesniono w niewielkim zakresie.

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

Rosa alchemica

O błogosławion i szczęśliw ów mąż, który znając tajemnice bogów, uświęca swe życie i oczyszcza swą duszę, obchodząc pośród gór tajne obrzędy wraz ze świętymi ubłaganiami!

Eurypides.

I.

Dziesięć lat z okładem upłynęło od czasu, gdym po raz ostatni spotkał się z Michałem Robartesem, a po raz pierwszy i ostatni z jego przyjaciółmi i uczniami; byłem świadkiem tragicznego końca ich wszystkich oraz przeżyłem owe dziwne przygody, które zmieniły mnie tak dalece, iż pisma moje stały się mniej wzięte i mniej zrozumiałe i omal nie przywdziałem habitu Św. Dominika. Właśnie podówczas ogłosiłem małą rozprawkę alchemistyczną, coś w rodzaju Sir Tomasza Browne’a, pod tytułem ‘Rosa Alchemica’ i otrzymałem wiele listów od wyznawców wiedzy tajemnej, zarzucających mi rzekomą tchórzliwość, gdyż nie chciało im się wierzyć w tak oczywistą skłonność i upatrywali w niej jedynie na wpół litościwe przywiązanie artysty do wszystkiego, co kiedykolwiek ożywiało serca ludzkie. Jeszcze na początku mych dociekań doszedłem do odkrycia, że ich nauka nie była czczą fantasmagorią chemiczną, lecz filozofią, na podstawie której określali świat, żywioły i samego człowieka, oraz że poszukiwany przez nich sposób uzyskiwania złota z pospolitych kruszców miał być tylko cząstką ogólnej przemiany wszechrzeczy w jakąś materię boską i niezniszczalną; to zaś natchnęło mnie myślą, by mą książeczkę uczynić fantastyczną mrzonką o przemianie życia w sztukę oraz krzykiem bezbrzeżnej tęsknoty do świata, składającego się jeno z samych bytów nieprzemijających.

Siedziałem, marząc o tym, com napisał, w domu mym w jednej ze starych dzielnic Dublina, w domu, który za czasów mych przodków miał pewną sławę z powodu ich udziału w życiu społecznym i obywatelskim stolicy oraz przyjaźni z wieloma znakomitymi ludźmi ówczesnymi — i ogarniała mnie nadzwyczajna radość, że na koniec doprowadziłem do skutku zamiar, długo piastowany w duszy, dostrajając wygląd mego mieszkania do tej umiłowanej nauki. Usunąłem portrety, mające wartość raczej historyczną aniżeli artystyczną, a nad drzwiami porozwieszałem kobierce, mieniące się brązem i błękitem pawi, odgraniczając się od wszelkiej historii i współczesności, pozbawionej piękna i ciszy. To też obecnie, przyglądając się obrazowi Crivelliego i zastanawiając się nad trzymaną w dłoni Dziewicy różą o kształtach tak miękkich i dokładnych, że wydawała się raczej myślą niż kwiatem, lub patrząc na szary półmrok i wniebowzięte twarze Franceski, doznawałem wszelkich zachwyceń chrześcijanina bez niewolniczego przywiązania do przepisów i obrządków; wpatrując się w spiżowe posągi starożytnych bogów i boginek, na których zakup zastawiłem kamienicę, odczuwałem pogańskie uwielbienie różnorodnej piękności, jednakowoż bez owej obawy nieuśpionego przeznaczenia oraz krzątania się koło wszelakich nabożeństw; wystarczyło mi tylko przejść się do mego księgozbioru, gdzie każda książka była oprawna w skórę z wytłoczonym na niej splotem ornamentów tudzież w starannie dobranym kolorze: Szekspir w pomarańczowym kolorze chwały ziemskiej, Dante w oprawie ciemno-szkarłatnej, symbolizującej jego popędliwość, Milton w okładce popielatej, spokojnej, jak forma jego pieśni: — i mogłem doświadczyć, jakichkolwiek bym zechciał porywów ludzkich, bez ich goryczy i przesytu. Zebrałem dokoła siebie wszystkie bóstwa, ponieważ nie wierzyłem w żadne z nich, i zażywałem wszelkich rozkoszy, ponieważ nie oddawałem się z nich żadnej, lecz pozostawałem w odosobnieniu, sam dla siebie niepodzielnie i nierozłącznie, jako zwierciadło z polerowanej stali. Przypatrywałem się triumfowi tego wyobrażenia, upostaciowanemu w ptakach Hery, połyskujących w blasku ogniska, jak gdyby były wykonane z drogich kamieni, a umysł mój, któremu symbolika stała się wewnętrzną potrzebą, przedstawiał je sobie jako strażników mego świata, niedopuszczających tu niczego, co nie było piękne na równi z nimi. Przez chwilę, jak w wielu innych podobnych chwilach, przychodziło mi na myśl, że byłoby rzeczą możliwą pozbawić życie wszelkiej goryczy z wyjątkiem goryczy śmierci, następnie jednak inna myśl, która raz po raz szła w ślad za tą myślą, napełniała mnie serdeczną zgryzotą. Wszystkie te postaci: ta Madonna zamyślona i czysta, te wniebowzięte twarze rozśpiewane w blaskach przedświtu, te spiżowe bóstwa niewzruszone i dostojne, te dziwaczne kształty, pełne rozpaczliwych wzlotów, należały do świata zaklętego, gdzie nie było ani cząstki mej istoty; każde doświadczenie, choćby najgłębsze, każde wrażenie, choćby najwyszukańsze, wywoływało we mnie gorzki sen o bezgranicznej energii, jakiej nigdy nie poznam, i nawet w najlepszych chwilach miałem niejako dwojaką istność, z których jedna wzrokiem ponurym przyglądała się chwilowemu zadowoleniu drugiej. Nagromadziłem dokoła siebie złoto powstałe w tyglach innych ludzi; lecz najgorętsze marzenie alchemika, przemiana znużonego serca w niezmęczonego ducha, było tak daleko ode mnie, jak niewątpliwie, według mego przypuszczenia, było i od niego samego.

Zabrałem się do świeżo zakupionego zbioru przyrządów alchemicznych które, jak zapewniał mnie kupiec z Rue le Peletier, należały ongi do Raymonda Lully, a gdy złączyłem alembik z athanorem i położyłem obok nich wodę morską – lavacrum maris, zrozumiałem zasadę alchemików, że wszystkie istoty, oddzielone od wielkiej głębiny, gdzie snują się duchy, zjednoczone, a przecie tłumne, ulegają znużeniu; i szczycąc się swym znawstwem, sprzyjałem trawiącej żądzy burzycielskiej, która kazała alchemikom ukrywać pod godłami lwów, smoków, orłów, kruków, pary i saletry poszukiwanie żywiołu, który by unicestwił wszystkie istoty śmiertelne. Powtarzałem sobie dziewiąty rozdział Bazyliusa Walentyna, w którym ów porównywa ogień dnia ostatecznego do ognia alchemika, a świat do pieca alchemicznego i naucza, że wszyscy musimy ulec zniszczeniu, zanim zrodzi się boska substancja, materialne złoto lub niematerialna ekstaza. Jam przecie już unicestwił świat doczesny i żyłem wśród pierwiastków nieśmiertelnych, lecz nie osiągnąłem cudownej ekstazy. Rozmyślając nad tym, rozsunąłem kotary i spojrzałem w ciemność. W swym skołataniu począłem sobie wyobrażać, że wszystkie te punkciki świetlne, rozsiane po niebie, są piecami niezliczonych boskich alchemików, którzy pracują nieustannie, przemieniając ołów w złoto, udręczenie w zachwycenie, ciała w dusze, ciemność w Boga. Wobec ich doskonałej pracy zaczęła mi ciężyć moja śmiertelność i począłem przyzywać, jak w naszym wieku przyzywało wielu marzycieli i uczonych, chwilę narodzin tej wypracowanej piękności duchowej, która sama jedynie zdoła podnieść dusze obciążone tylu rojeniami.

II.

Marzenia moje przerwało głośne dobijanie się do drzwi, co zdziwiło mnie tym więcej, że nie miewałem gości, a służącym poleciłem czynić wszystko po cichu, żeby nie przerywali snu mego życia wewnętrznego. Przeczuwając coś niezwykłego, postanowiłem sam iść do drzwi i wziąwszy jeden ze srebrnych świeczników znad kominka, począłem zstępować po schodach. Okazało się, że służących nie było, gdyż, pomimo że hałas docierał w każdą szparę i zakątek domu, w dolnych pokojach nikt się nawet nie poruszył. Przypomniałem sobie, że ponieważ miałem tak mało wymagań i tak mały udział brałem w życiu, weszło w zwyczaj u służby przychodzić i wychodzić, kiedy jej się podobało, iż często całymi godzinami pozostawałem sam w domu. Przeraziła mnie nagle pustka i głusza świata, z którego wypędziłem wszystko oprócz snów, to też zadrżałem, odsuwając zaworę. Ujrzałem przed sobą Michała Robartsa, którego nie widziałem od lat wielu; jego bezładne rude włosy, dziki wzrok, zmysłowe, drżące wargi i prosta odzież nadawały mu, jak przed laty piętnastu, wygląd po trosze hulaki, świętego i wieśniaka. Opowiedział mi, że niedawno przybył do Irlandii i chciał zobaczyć się ze mną w pewnej sprawie, ważnej dla niego i dla mnie. Jego głos uprzytomnił mi nasze lata studenckie w Paryżu, a na wspomnienie magnetycznej władzy, jaką miał niegdyś nade mną, przejął mnie pewien lęk zmieszany z wielkim niezadowoleniem z powodu tych nieproszonych odwiedzin; gdy zaś wprowadziłem go na szerokie schody, po których chadzał ongi Swift, drwinkując i dowcipkując, i Curran opowiadający bajeczki i cytujący Greków wobec umysłów ludzkich, wysubtelnionych i wzbogaconych nowymi prądami w literaturze i sztuce, odczułem dreszcz, jak gdyby u wstępu jakiegoś niebywałego objawienia. Czułem, że ręce mi się trzęsły i zauważyłem, że blaski świec chwiały się i migotały, więcej niż należy, na postaciach Menad ze starych inkrustacyj francuskich, nadając im kształty istot pierwotnych, powoli wyłaniających się z niekształtnej i pustej pomroczy. Gdy drzwi się zamknęły, a zdobna pawiami kotara, połyskująca niby wielobarwny płomień, zapadła między nami a światem, przeczułem niepojętym sposobem, że zdarzy się coś niezwykłego i nieoczekiwanego. Podszedłem do okapu kominka i zobaczyłem, że mała kadzielnica brązowa bez łańcuszka, wysadzana od zewnętrznej strony kawałkami porcelany malowanej przez Orazia Fontanę, a napełniona przeze mnie starożytnymi amuletami, przewróciła się na bok i wysypała swą zawartość; zacząłem zbierać amulety do czarki, po trochu dlatego, by skupić myśli, a po trochu wskutek nabytego poszanowania, które, jak mi się zdawało, należało się przedmiotom związanym przez tak długi czas z naszymi potajemnymi obawami i nadziejami.

— Widzę — rzekł Michał Robartes — że jeszcze lubisz kadzidło. Mogę ci wskazać kadzidło o wiele drogocenniejsze od wszelkich kadzideł, jakie widziałeś w życiu.

Mówiąc to, wyjął mi z ręki kadzielnicę i ułożył amulety na kupkę pomiędzy alembikiem i athanorem. Usiadłem i on też usiadł obok ogniska i siedział tak przez chwilę, wpatrując się w ogień i trzymając w ręku kadzielnicę.

— Przybyłem, by cię o coś zapytać — odezwał się — a gdy będziemy rozmawiali, kadzidło napełniać będzie pokój i nasze myśli. Otrzymałem je od pewnego starca w Syrii, który mi mówił, że jest ono sporządzone z kwiatów, z pewnej odmiany kwiatów, które składały ciężkie szkarłatne pąkowia na dłoniach, włosach i stopach Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym i spowijały Go duszącym zapachem, gdy wołał o oddalenie krzyża i Swego przeznaczenia.

Wsypał do kadzielnicy nieco proszku z małego srebrnego pudełka, postawił kadzielnicę na podłodze i zapalił proszek; uniosła się zeń błękitnawa smuga dymu, która rozpostarła się pod powałą i znów spłynęła w dół, aż stała się niby to drzewo figowe u Miltona. Ogarnęła mnie lekka senność, jak to często bywa przy zapachu kadzidła, tak iż ocknąłem się dopiero na jego słowa:

— Przyszedłem, aby zadać ci to pytanie, które ci zadawałem w Paryżu, a tyś wolał opuścić Paryż, niż na nie odpowiedzieć.

Zwrócił oczy